Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Oto stoję w deszczu ciała [dziennik studentki]

Oto stoję w deszczu ciała [dziennik studentki]

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-63879-08-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Oto stoję w deszczu ciała [dziennik studentki]

Oto stoję w deszczu ciała [dziennik studentki], ta autobiograficzna poetycka opowieść jest zapisem dramatycznego wchodzenia w dorosłość neurotycznie wrażliwej dwudziestolatki. Nie straciła na aktualności, bo podejmuje problem ponadczasowy delikatnej, naiwnej jeszcze kobiecej niewinności zderzającej się z brutalną mechanicznością i inercją reguł społecznych gier zastanego świata. Reakcją jest pełen determinacji bunt, który znajduje swój wyraz w totalnym eskapizmie, zawierającym w sobie odmowę uczestniczenia w społecznych strukturach (ucieczka do szpitala psychiatrycznego) i nawet w samej rzeczywistości (intoksykacja twardymi narkotykami i dużymi dozami farmaceutycznych środków modyfikujących świadomość).

Rozpaczliwy protest, który nie mogąc znaleźć wyrazu w akcie zniszczenia tego, co nie może zostać zaakceptowane, znajduje ujście w autodestrukcji i, na szczęście, w akcie literackiej kreacji.

Eda Ostrowska jest poetką i prozatorką o znaczącym dorobku, postacią ważną dla polskiej kontrkultury lat 80. Magnetyzm jej charyzmatycznej osobowości przyciągał wielu podobnych jej autsajderów. To późne dziecko epoki Stachury, polskiego pokolenia hippisowskich dzieci kwiatów, ale w jej pisarstwie jest już coś punkowo drapieżnego, autowiwisekcyjnego.

/Kazimierz Bolesław Malinowski/

Przedstawiona proza miała swoje pierwsze wydanie w wydawnictwie Iskry w 1983 roku. Obecnie autorka dokonała całkowicie nowej redakcji, co stanowi o jej sile i urodzie.

Patroni medialni:

Lubie-czytac.pl, opetaniczytaniem.pl, radioaktywne.pl, independent.pl, Radio Lublin, Miejska Biblioteka Publiczna im. H. Łopacińskiego w Lublinie, Magazyn Literacki KSIĄŻKI

Eda Ostrowska, ur. 9 sierpnia 1959 r. w Sławatyczach. Debiutowała w 1977 r. w Kamenie wierszem Przechylę ciebie.... Trzykrotnie otrzymała nagrodę im. J. Czechowicza: w 1984 r. (za tomiki wierszy Ludzie, symbole i chore kwiaty oraz Smugi pieprzu) i w 1989 r. (za tomiki wierszy Tajemnica I bolesna i Małmazja) nagrody III stopnia, a także w 1991 r. nagrodę II stopnia za Psalmy.

W 1989 r. za twórczość poetycką, w szczególności tomik wierszy pt. Małmazja, uzyskała Nagrodę Artystyczną Młodych im. S. Wyspiańskiego (II stopnia), zaś w 1995 r. - I nagrodę w IX Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. E. Stachury. W roku 2011r. została laureatką XVII Konkursu Poetyckiego im. Anny Kamieńskiej za tomik poezji wydany w roku 2010 Śmiech i łaska. Nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia w dziedzinie poezji w 2012 r.



Polecane książki

  Od rozliczenia za styczeń 2018 r. każdy podatnik VAT czynny będzie miał obowiązek przesyłania do MF swojej ewidencji sprzedaży w formacie JPK_VAT. MF zachęca mikroprzedsiębiorców do próbnego przesyłania JPK_VAT jeszcze w tym roku. Dzięki temu będą mogli uzyskać zwrot VAT we wcześniejszym terminie....
Zbiór siedmiu opowiadań fantastyczno-naukowych wydany po raz pierwszy w 1980 r. przez Wydawnictwo „Śląsk” Obecnie prezentowana elektroniczna wersja została poddana przez autora niewielkiej autokorekcie. W opowiadaniach spotykamy się między innymi z uwieńczonym sukcesem naukowym eksperymentem maj...
Straumatyzowany kompozytor Adam godzinami ślęczy nad swoim opus magnum. Kiedy pisanie mu nie wychodzi, poszukuje inspiracji w dokonywaniu morderstw grzeszników. Morderstwa to tylko doraźne środki – dopiero ukończona krwią ofiar symfonia ma zniszczyć wszelkie zło tego świata, a przynajmniej tak uważa...
Poemat jak wskazuje jego nazwa jest o ojczyźnie. Jest w formie rymowanej. Opisuje naszą historię, obyczaje, tradycje, radości i smutki....
Opowiadanie fantasy osadzone w nieokreślonym miejscu i czasie. Świetnie opowiedziana historia człowieka posiadającego moc uzdrawiania, który został porwany ze swojego miejsca zamieszkania, by stać się zabezpieczeniem dla władcy Wermodu i wszystkich ludzi zamkniętych wraz z jego rodziną na zamku prze...
W Oby cię matka urodziła Vedrana Rudan, zawsze prowokująca i zawsze gotowa swoje intelektualne i pisarskie żądło wbić w najboleśniejsze i zazwyczaj nietykalne miejsca naszej społecznej rzeczywistości, bezlitośnie rozprawia się z mitem o świętości Matki.  W powieści o relacjach m...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Eda Ostrowska

Eda Ostrow­ska Oto sto­ję w desz­czy cia­ła

Co­py­ri­ght © by Eda Ostrow­ska, 2013

Co­py­ri­ght © by Ji­ra­fa Roja, 2013

Co­py­ri­ght © by An­drzej Bed­na­ruk, 2013

wy­da­nie dru­gie zmie­nio­ne

ISBN 978-83-63879-08-2

KO­REK­TA Ma­ria Ma­słow­ska

PRO­JEKT TY­PO­GRA­FICZ­NY, SKŁAD

To­masz Smoł­ka / stu­dio­for­mat.pl

PRO­JEKT OKŁAD­KI Ra­fał Rola / stu­dio­for­mat.pl

ZDJĘ­CIA An­drzej Bed­na­ruk

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp

Oto sto­ję w desz­czu cia­ła Edy Ostrow­skiej to tekst o du­żej sile li­te­rac­kie­go wy­ra­zu, do­brze więc się sta­ło, że po trzy­dzie­stu la­tach od pierw­szej edy­cji tra­fia zno­wu do rąk czy­tel­ni­ka. Ta au­to­bio­gra­ficz­na po­etyc­ka opo­wieść jest za­pi­sem dra­ma­tycz­ne­go wcho­dze­nia w do­ro­słość neu­ro­tycz­nie wraż­li­wej dwu­dzie­sto­lat­ki. Nie stra­ci­ła na ak­tu­al­no­ści, bo po­dej­mu­je pro­blem po­nad­cza­so­wy de­li­kat­nej, na­iw­nej jesz­cze ko­bie­cej nie­win­no­ści zde­rza­ją­cej się z bru­tal­ną me­cha­nicz­no­ścią i in­er­cją re­guł spo­łecz­nych gier za­sta­ne­go świa­ta. Re­ak­cją jest pe­łen de­ter­mi­na­cji bunt, któ­ry znaj­du­je swój wy­raz w to­tal­nym eska­pi­zmie, za­wie­ra­ją­cym w so­bie od­mo­wę uczest­ni­cze­nia w spo­łecz­nych struk­tu­rach (uciecz­ka do szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go) i na­wet w sa­mej rze­czy­wi­sto­ści (in­tok­sy­ka­cja twar­dy­mi nar­ko­ty­ka­mi i du­ży­mi do­za­mi far­ma­ceu­tycz­nych środ­ków mo­dy­fi­ku­ją­cych świa­do­mość). Roz­pacz­li­wy pro­test, któ­ry nie mo­gąc zna­leźć wy­ra­zu w ak­cie znisz­cze­nia tego, co nie może zo­stać za­ak­cep­to­wa­ne, znaj­du­je uj­ście w au­to­de­struk­cji i, na szczę­ście, w ak­cie li­te­rac­kiej kre­acji. Pa­ra­dok­sal­nie, w od­rzu­co­nej przez au­tor­kę spo­łecz­nej rze­czy­wi­sto­ści za­cho­dzą sy­mul­ta­nicz­nie głę­bo­kie, nie­mal re­wo­lu­cyj­ne zmia­ny – fala straj­ków na Lu­belsz­czyź­nie daje po­czą­tek ogól­no­kra­jo­we­mu ru­cho­wi, ale te dwa bun­ty, bunt du­szy i bunt tłusz­czy, nie mają wspól­ne­go mia­now­ni­ka, roz­gry­wa­jąc się jed­no­cze­śnie, są zu­peł­nie osob­ne.

Eda Ostrow­ska jest po­et­ką o zna­czą­cym do­rob­ku, po­sta­cią waż­ną dla pol­skiej kontr­kul­tu­ry lat 80. Ma­gne­tyzm jej cha­ry­zma­tycz­nej oso­bo­wo­ści przy­cią­gał wie­lu po­dob­nych jej au­tsaj­de­rów. To póź­ne dziec­ko epo­ki Sta­chu­ry, pol­skie­go po­ko­le­nia hip­pi­sow­skich „dzie­ci kwia­tów”, jed­nak w jej pi­sar­stwie jest już coś pun­ko­wo dra­pież­ne­go, au­to­wi­wi­sek­cyj­ne­go. Ni­hi­lizm jej po­sta­wy wo­bec świa­ta nie wy­ni­ka z cy­ni­zmu; ta ob­ra­zo­bur­cza po­sta­wa ma w so­bie ce­chy roz­ło­żo­ne­go na eta­py sa­mo­bój­stwa, roz­pacz­li­we­go sa­mo­spa­le­nia, przy­znaj­my, hi­ste­rycz­nie nar­cy­stycz­ne­go, jako aktu wy­zwa­nia wo­bec Boga, któ­ry ma zo­stać tym ak­tem zmu­szo­ny do da­nia zna­ku ist­nie­nia, choć­by przez od­sło­nię­cie sen­sów jed­no­znacz­nie uza­sad­nia­ją­cych ból eg­zy­sten­cji.

Oto sto­ję w desz­czu cia­ła to miej­sca­mi blas­fe­micz­na opo­wieść bez hap­py endu, jest bo­wiem ocie­ra­ją­cym się o czar­ną gro­te­skę te­sta­men­tem, oso­bli­wym, bo pi­sa­nym przez oso­bę, któ­ra do­pie­ro wcho­dzi w świat do­ro­sło­ści. Ale jej barw­ny, ela­stycz­ny i eks­pan­syw­ny ję­zyk jest świa­dec­twem na­ro­dzin po­et­ki ozna­cza­ją­cej pole bo­skiej obec­no­ści swo­ją pie­śnią, któ­ra jest od­po­wie­dzią na Jego mil­cze­nie.

Ka­zi­mierz Bo­le­sław Ma­li­now­ski

śp. Dok­tor Ewie Ko­pacz

CZĘŚĆ I

16.08.79 r.

21.38 – I kto by po­my­ślał, że gdy­by nie po­śled­niej­sze­go ga­tun­ku mą­drość ja­kie­goś skur­wy­sy­na, nie zo­ba­czy­ła­bym Ame­ry­ki. Żyję, strze­lam w mor­dę sta­ka­na, wiesz, zna­czy: zo­ba­czę Ame­ry­kę

17.08.79 r.

0.12 – Mi­nę­ło sześć dni. Sie­dzę, jem chleb z ma­słem, po­pi­jam her­ba­tą i pa­trzę, wła­ści­wie gdzie?, nie wiem. Dwa tap­cza­ny ro­ze­sła­ne, od­su­nię­ty stół, od­sta­wio­ne krze­sła, trzy szklan­ki na sto­le, pół­mrok, ja sama, bar­dzo już sen­na

18.08.79 r.

9.42 – Ja­kie zło­to droż­sze: plu­ty czy pa­ra­dok­su, głup­ca czy mę­dr­ca?

10.22 – Iza ostrzy nóż. Sie­dzę, my­ślę o tym, że Iza ostrzy nóż, i co z tego?

12.55 – Sto­ję, pa­trzę bez­myśl­nie w ce­bu­lę

13.32 – Sto­ję w tym sa­mym miej­scu, taka róż­ni­ca, że pa­trzę w po­kro­jo­ne jabł­ka

20.08.79 r.

11.50 – Abra­mo­wi­ce. Boże, jak tu zwy­czaj­nie, cho­ler­nie zwy­czaj­nie. Sie­dzę na ław­ce, zie­lo­no, słoń­ce, idzie męż­czy­zna w szla­fro­ku, za ple­ca­mi kro­ki, chrzęst żwi­ru, pi­szę, bo­kiem leci he­li­kop­ter, pi­szę i kon­tro­lu­ję sie­bie do bólu, mam świa­do­mość, że nie, nie je­stem wa­riat­ką, ale wiem: gdy wyj­dę za bra­mę, po­czu­ję cie­pły as­falt i to, że do tego świa­ta też nie na­le­żę. Chcia­ła­bym już usta­lić, zna­leźć swo­ją ław­kę w cie­niu otu­ma­nio­ne­go drze­wa, zo­stać na niej i za­cze­kać, aż za­bio­rą. Męż­czy­zna nie­chluj­nie ubra­ny idzie chod­ni­kiem, robi ener­gicz­ny zwrot, znów idzie, żach­nął się, ob­rót i z po­wro­tem, na­gle zwol­nił, po­dra­pał się w gło­wę, jak­by cze­goś za­po­mniał lub coś so­bie przy­po­mniał, wró­cił, idzie ener­gicz­nym kro­kiem, śpie­szy się, sta­je, wra­ca, przy­śpie­sza, ręce sple­cio­ne z tyłu, na czo­le za­my­śle­nie, wy­glą­da jak ar­chi­tekt pra­cu­ją­cy nad pro­jek­tem domu, wtem sta­je, wy­su­wa do przo­du lewą nogę i pa­trzy na sta­ry bu­dy­nek, lu­stru­je go wzro­kiem, zmie­nia nogę, znów mie­rzy, za­kła­da ręce i idzie, zda­wa­ło­by się już wszyst­ko, nie, sta­je, wra­ca…

Jed­nak nie każ­da rzecz ma swój ko­niec. Chcia­ła­bym zmą­drzeć lub zgłu­pieć, być wa­riat­ką to prze­cież nie ubli­ża. Idzie ja­kaś znisz­czo­na ko­bie­ta, może al­ko­ho­licz­ka, śpie­szy się, śmie­je i mówi do sie­bie: na­roz­ra­bia­ły jak pi­ja­ne za­jącz­ki, a ja mu­szę za nie… Spoj­rza­ła na mnie, nic, śmie­je się da­lej… nie ro­zu­miem

Star­sza, sztyw­na ko­bie­ta idzie chod­ni­kiem, pa­trzy tyl­ko pod nogi, mi­ja­jąc mnie, usil­nie chce zo­ba­czyć, co pi­szę. Ci­sza, gdzieś w od­da­li sły­chać pu­cha­cza, wo­kół kro­ki, chłod­no, nie chce się żyć. „Pa­nie, tam nie wol­no”. Zro­zu­miał, za­wró­cił. Pro­wa­dzą dziew­czy­nę w ka­fta­nie bez­pie­czeń­stwa, idzie rów­no, pa­trzy pod nogi, w bok, wy­glą­da na oso­bę zrów­no­wa­żo­ną. Po co wło­ży­li jej ten ka­ftan? Za kil­ka mi­nut pój­dzie do to­a­le­ty, zsu­nie majt­ki, wy­si­ka, z po­wro­tem wcią­gnie spodnie i za­pnie gu­zik. Dla­cze­go ją pro­wa­dzą, czy ona wie o tym?

Ci lu­dzie wy­da­ją się fi­zycz­nie ułom­ni, nie roz­ma­wia­ją, nie śmie­ją się, nie pi­szą, ot, cho­ciaż­by jak ja, tyl­ko sto­ją po­je­dyn­czo lub grup­ka­mi i pa­trzą, pa­trzą, cho­dzą ja­koś nie tak, albo za pręd­ko, albo za wol­no, bo­kiem czy ja­koś sztyw­no, to jak­by roz­pacz od­czu­wać jak ból fi­zycz­ny w tyle gło­wy

Abra­mo­wic­ka ka­wiar­nia, skle­pik, kwia­ty, blo­ki miesz­kal­ne, sznu­ry z bie­li­zną, ro­sną gru­sze, ja­rzę­bi­ny, sko­szo­na tra­wa pach­nie dzie­ciń­stwem… Wcho­dzę na od­dział, za­glą­dam do jed­nej z sal, pa­trzę, nie, chy­ba jed­nak je­stem nor­mal­na. Scho­dzę na dół, pani w bia­łym ki­tlu pyta: „A pani do kogo?”. „Tak so­bie”. „Tu­taj nie wol­no!”. Chce mi się śmiać, śmie­ję się do sie­bie, wy­cho­dzę z bu­dyn­ku, śmie­ję się, sie­dzą ja­cyś na ław­ce, pew­nie my­ślą: nowa

Rze­czy­wi­ście na­resz­cie nie cho­dzą pa­ra­mi, nie obej­mu­ją, nie ca­łu­ją i co naj­waż­niej­sze, nie śmie­ją. Dla­cze­go oni są tacy po­waż­ni? Prze­cież ży­cie to je­den pa­ra­doks

Zu­peł­nie tak samo chłop­cy roz­bi­ja­ją się na ro­we­rach i jabł­ka zbi­ja­ne lecą uko­sem ku zie­mi… Ja­kie dziw­ne uczu­cie – lęk przed czło­wie­kiem, któ­ry idzie z tyłu, sko­czy nie sko­czy?

21.30 – Jest noc, ciem­no, chłod­ny wiatr, ław­ka, la­tar­nia, ka­łu­że, chłód, przej­mu­ją­cy chłód i przej­mu­ją­ca myśl, je­śli w Abra­mo­wi­cach czu­ję się obca, a za bra­mą idą lu­dzie, któ­rzy mnie nie ro­zu­mie­ją, moje miej­sce może być rów­nie do­brze na x od­dzia­le albo nig­dzie. Mu­szę, mu­szę zna­leźć swo­je miej­sce

Sie­dzę, pi­szę, ław­ka nie skrzy­pi, la­tar­nia nie ko­ły­sze, żwir nie chrzę­ści, tyl­ko ja­kiś sen się kru­szy. Już je­stem spo­koj­na, na­wet bar­dzo spo­koj­na, taka ci­sza i świa­tła w oknach, garn­ki, dzie­cia­ki, ra­mien­ne kłót­nie i świe­że, moc­ne po­wie­trze, Boże, czy oni nie my­ślą? za­łóż­my, bo gdy­by my­śle­li, po­ocie­ra­li­by ścia­ny, ogryź­li korę z drzew. Sie­dzę, my­ślę, ni­cze­go mi nie brak – więc to już dwa­dzie­ścia lat, ani roku mniej i wciąż je­den głu­pi sen, i łzy z tej sa­mej ob­ro­śnię­tej becz­ki. Po­sta­ram się do­stać do psy­chia­try, chcę, bar­dzo chcę zo­stać w Abra­mo­wi­cach na dłu­żej (mie­siąc lub wię­cej, czy moż­na na za­wsze?). Sko­ro ten świat za bra­mą nie le­czy, moż­na spró­bo­wać… Wiesz, my­ślę, że jak w nor­mal­nym szpi­ta­lu, przy­cho­dzi czło­wiek zdro­wy i po ja­kimś cza­sie coś wy­kry­wa­ją, na coś za­pa­da, czu­je osła­bie­nie. Za­łóż­my że po mie­sią­cu będę po­dob­niej­sza do nie­ru­cho­mych ko­biet w nie­chluj­nych szla­fro­kach, a po dwóch, trzech mie­sią­cach przyj­mą do sie­bie, po­wie­dzą: to z na­sze­go od­dzia­łu; nie wy­prę się, dla­cze­go? rze­czy­wi­ście je­stem z tego od­dzia­łu, a ta ko­bie­ta leży na­prze­ciw­ko mnie. Ty­dzień, dwa, trzy ty­go­dnie, ale nie dłu­żej, będę ubie­ra­ła swo­je ciu­chy, po­tem pa­sia­ki, sko­śny chód i jak­by sztyw­ne lewe ra­mię, prze­cież nie będę cał­kiem nor­mal­na, daj­my na to, po mie­sięcz­nej ku­ra­cji psy­cho­tro­po­wej. A gdy już za­po­mnę ucze­sać, po­ma­lu­ję usta, prze­wią­żę w pa­sie po­ma­rań­czo­wą szar­fą i po­śpie­szę szu­kać pi­ja­nych za­jącz­ków, za­raz, za­raz, i za­pa­mię­tam łóż­ko, od­dział, dwie zgrzeb­ne ko­bie­ty po są­siedz­ku, wte­dy już będę tam, gdzie głu­pi Bóg nie za­siał, a gdzie po­win­nam wzejść. Je­śli nie uda się dro­gą ugo­dy, spró­bu­ję in­a­czej, po­sta­ram po­zo­stać na te­re­nie szpi­ta­la do nocy i po­pro­sić o spa­nie, bo już póź­no, nie mam do­kąd wra­cać, nikt nie cze­ka, tyl­ko łóż­ko: sien­nik i sprę­ży­ny albo cho­ciaż ja­kąś kry­szę nad gło­wę, a już wte­dy byle raz, po­tem dru­gi i trze­ci i może uda się zo­stać. Zresz­tą nie wiem, może ja­kiś nu­mer, krzyk na krzyk, na la­ta­nie rąk i w ka­fta­nie… Chcę, mu­szę tam zo­stać, sły­szysz, mu­szę. La­tar­nia, drze­wa, ka­łu­ża i gło­wa opar­ta o mur. Wiesz, o czym ma­rzę? Za­kryj kart­kę i po­myśl, nie zgad­niesz, za­rę­czam ci, nie zgad­niesz, ale spró­buj… Ma­rzę o tym, żeby la­tar­nia spa­dła do ka­łu­ży i żeby pod­je­cha­li na sy­gna­le pod blok, tuż pod fi­la­ry, i wy­sko­czy­li w bia­łych ki­tlach, za­rzu­ci­li coś szorst­kie­go i bia­łe­go, i wpro­wa­dzi­li do wozu, po­tem sia­dła­by przy mnie taka bia­ła oso­ba, i czu­wa­ła­by nad moim przy­mu­so­wym spo­ko­jem… po­sta­ra­ła­bym się do niej uśmiech­nąć. No przy­znaj, nie zga­dłeś, dwa punk­ty… nie, nie punk­ty się li­czą, ale szcze­rość…

22.08.79 r.

10.10 – Abra­mo­wi­ce, sie­dzę na tej sa­mej ław­ce, bez dwóch szcze­bli, a je­den w dwóch miej­scach zła­ma­ny. Dziw­ne, pra­wie każ­dy wa­riat, prze­cho­dząc koło ław­ki, musi po­ru­szyć szcze­blem, zo­ba­czyć, może da się na­pra­wić, nie wiem, ale wy­glą­da, jak­by coś było w tym zła­ma­nym szcze­blu, tyl­ko co? Tak bym chcia­ła wie­dzieć co. Już my­śla­łam, żeby spy­tać któ­re­goś z nich, ale na­gle wy­da­ło mi się, że oni na­wet nie wie­dzą, że po­ru­sza­ją szcze­blem, tak, te­raz już wiem: oni na pew­no nie wie­dzą

Sie­dział obok mło­dy chło­pak, te­raz idzie i śmie­je się, już go nie wi­dać za drze­wa­mi. Za­nim usiadł, po­ru­szył szcze­bel. Siadł, scho­wał gło­wę w wy­pu­kłych dło­niach… kil­ka razy gwał­tow­nie gło­wę pod­no­sił i pa­trzył na mnie, jak­by chciał coś po­wie­dzieć, ale nie, nie te­raz. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach spoj­rzał, śmie­je się cho­ciaż przed chwi­lą wy­glą­dał na bar­dzo smut­ne­go, bez­rad­ne­go. Może coś so­bie przy­po­mniał, wstał, cho­dzi w tę i z po­wro­tem przed sta­rym bu­dyn­kiem, ob­ro­śnię­tym dzi­kim wi­nem, jest bar­dzo ład­ny, nie, pięk­ny, czar­ny, wy­so­ki, nie­ucze­sa­ny, w roz­cheł­sta­nej pi­ża­mie, w spodniach pod­wią­za­nych trocz­kiem, na no­gach zwy­czaj­ne mę­skie ciem­no­brą­zo­we san­da­ły, cie­ka­we jaki nu­mer? na ob­na­żo­nej pier­si z da­le­ka błysz­czy ja­kaś blasz­ka, ma ład­ne, dłu­gie pal­ce…

Je­dzie żuk „Za­opa­trze­nie” – nie tak po­win­ny wy­glą­dać Abra­mo­wi­ce. Wiesz, wa­ria­ci czę­sto pa­trzą w oczy bez żad­ne­go za­że­no­wa­nia, czy oni wie­dzą o tym?

Znów ten chło­pak, zrzu­ca gór­ną część pi­ża­my, kła­dzie się na niej zwi­nię­ty w kłę­bek, kil­ka razy po­ru­sza, nie­wy­god­nie, pod­no­si, prze­su­wa metr da­lej, leży…

Zie­lo­na tra­wa, nie­wy­so­ka (znów męż­czy­zna w pa­sia­kach po­ru­szył szcze­blem), żół­ty mlecz, gra­na­to­we drze­wa. Obok na ław­ce sie­dzą dwaj męż­czyź­ni, roz­ma­wia­ją, je­den do dru­gie­go od­wró­co­ny ple­ca­mi, pa­trzy mi w oczy i mówi do tam­te­go, od­po­wia­da, pyta – tra­wa jest na pew­no zie­lo­na…

Chło­pak leży, tra­wa jest nie­wy­so­ka… tu­taj czas się nie li­czy. Są ta­kie, co palą pety, i tacy, co wi­dzą to. Sie­dzę, opa­lam się…

12.41 – Jed­nak mnie czas do­ty­czy. Po obie­dzie wy­szedł z bu­dyn­ku ten sam chło­pak, ład­niej­szy i jak­by smut­niej­szy, żal mi go. Idzie, zbli­ża się po­wo­lut­ku, ma czer­wo­ne usta, tra­gicz­ny, nie­ucze­sa­ny, jesz­cze nie­szczę­śliw­szy w pod­pa­lo­nym gra­na­cie… wcho­dzi na scho­dy, zni­ka w drzwiach. Ja­kiś dzia­dek siadł na dru­gim koń­cu ław­ki, po­ru­szył szcze­blem i mówi: „Ktoś zła­mał go”. Albo sam się zła­mał. Po­szedł. Idzie ten chło­pak, pali pa­pie­ro­sa, umie pa­lić, wró­cił, nie do­szedł do ław­ki, dla­cze­go?

Idzie mały męż­czy­zna w dre­li­chach, kurt­ka zsu­nię­ta z le­we­go ra­mie­nia, ręce sple­cio­ne na gło­wie… Tu­taj nikt się nie śmie­je. Tak, więc nie przy­jął mnie psy­chia­tra, a prze­cież mia­łam skie­ro­wa­nie, co bę­dzie da­lej?

Cho­dzą, cho­dzą, jesz­cze raz cho­dzą, sie­dzą, leżą, pod­pie­ra­ją – nikt się nimi nie in­te­re­su­je – pa­trzą w oczy, nie wie­dzą, co to bez­czel­ność

„Ze­nek, nie kładź się na go­łej zie­mi”. Wstał, aha, ma na imię Ze­nek, nie­du­że sto­py i dłu­gie pal­ce

Ja­kaś ko­bie­ta po­ru­sza szcze­blem, do­pa­so­wu­je, dla­cze­go oni wszyst­ko chcą na­pra­wiać?

„Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny Je­zus Chry­stus i przez nas, i przez ko­mu­ni­stów”. Czy aby na se­rio? Za­raz, chwi­lecz­kę, pi­sa­łam, że ten chło­pak, praw­da, Ze­nek, miał na no­gach san­da­ły, skąd­że, drew­nia­ki na pa­sku

Idzie Ze­nek, nie­ucze­sa­ny, umy­ty, sku­pio­ny, my­ślę że sły­szy jak zie­mia od­dy­cha. „Kto ław­kę ze­psuł?”. Boże, skąd tyle za­in­te­re­so­wa­nia? Ci­sza, je­śli te­raz nie zwa­riu­ję, będę jesz­cze gra­ła w kla­sy. Znów idzie ten chło­pak, nie mogę oprzeć się my­śli, ktoś mu­siał go skrzyw­dzić, idzie nie tak, pod­no­si nogi z wy­sił­kiem, gło­wa spusz­czo­na, duże, ład­ne usta – cie­ka­we, czy ktoś mu to mó­wił?

16.10 – Nic nie ja­dłam do tej pory, nie li­cząc rano zupy mlecz­nej i na obiad gru­szek. Chce mi się jeść, ale to nic

Oni cho­dzą, jak­by dźwi­ga­li mnó­stwo spraw na gło­wie, jak­by ktoś na nich cze­kał – na czas, w porę – spie­szą, nie mają żad­nych spraw, bla­dzi, wło­sy spo­co­ne, oczy im błysz­czą… są cho­rzy. Boże! a ten mały męż­czy­zna w dre­li­chach cho­dzi od sa­me­go rana, wie­rzysz mi? cho­dzi w tę i z po­wro­tem na prze­strze­ni może pię­ciu me­trów kwa­dra­to­wych, spy­taj go, czy się nie zmę­czył

Znów idzie Ze­nek, my­śli, a może tyl­ko mi się zda­je? Ja­kaś pani z ko­szy­kiem, tro­chę za gru­ba, cie­ka­we, co nie­sie. Chce się pła­kać, smut­no, gro­szek nadal czer­wo­ny, koń klasz­cze ko­py­tem

17.30 – Je­stem w Abra­mo­wi­cach, a tra­wa wciąż nie­wy­so­ka, dzień co­raz niż­szy, ot, już się po­chy­lił. Idzie ta sama ko­bie­ta, od­sap­nę­ła – w ko­szy­ku jaja, sza­ry chod­nik, brud­no, leżą za­pał­ki. „Wła­dek, ko­la­cja”. „Już ko­la­cja?”. „My już po ko­la­cji, szyb­ko, śpiesz się, śpiesz”. Ko­la­cja, co z tego? gro­szek czer­wo­ny, na pew­no czer­wo­ny, idzie Ze­nek, co by było, gdy­bym po­wie­dzia­ła mu, że idzie?

„Ty le­piej od­daj mi ro­wer”. „Ja? Wy­bacz, ale nie pro­wa­dzę”. O czym oni mó­wią? aha, o ro­we­rze, śmiesz­ne Dla­cze­go ten dzia­dek pod­pie­ra się la­ską, pew­nie musi, kto mu po­wie­dział, że musi? Pew­nie idio­ta. Ja­kiś czło­wiek, stąd, prze­cho­dząc obok ław­ki, po­chy­lił się i na­gle po­ca­ło­wał mnie w ra­mię. Dłu­go­pis, mó­wisz, że to jest broń, ale przed czym?… Może przed ko­ma­ra­mi? Znów ten chło­pak, ucze­sa­ny, jesz­cze ład­niej­szy, pa­sia­ki co­raz ciem­niej­sze, gra­nat też ko­lor.

Sie­dzą obok dwaj chłop­cy, ci­cho, krzy­czy pu­chacz, chrzę­ści żwir, rzu­co­na pu­sta to­reb­ka po pa­pie­ro­sach. „A co?”. „Nic, in­tym­na spra­wa”

Ten chło­pak, to na pew­no jego mat­ka, ob­ję­ła go, scho­wa­li się za drze­wem, on wra­ca, ona po­szła w stro­nę bra­my, sta­nę­ła, pa­trzy, on idzie, pali, ona pa­trzy, on idzie ale nie wie, że idzie, mat­ka wy­szła za bra­mę, że­la­zne prę­ty, czas, prze­strzeń, stoi, pa­trzy, Ze­nek idzie po­wo­li, bar­dzo po­wo­li, pali, mat­ka, star­sza ko­bie­ta, na pew­no go ko­cha, pa­trzy, prę­ty na twa­rzy, to musi bo­leć, skrę­cił, nie wi­dzi go już, wy­chy­la się, tyl­ko spo­za cze­go? sama nie wiem, nie obej­rzał się, mat­ka… żeby jesz­cze była tro­chę więk­sza, ale nie, mat­ka… ma­lut­ka, na pew­no mat­ka, prę­ty w po­przek twa­rzy, o, te­raz wzdłuż, tak, do­brze… nie obej­rzał się, je­stem pew­na, to była mat­ka Prze­szedł pręd­ko, po­waż­nie, mło­dy jesz­cze czło­wiek w bia­łym ki­tlu, po­wie­dział: „Pani za­no­tu­je i mnie”. „A czy pan jest aż tak in­te­re­su­ją­cy?”. „Nie, ale dla­te­go, że nie… wła­śnie”. „Cie­ka­we”

„Pach­nie”. „Yhy”. „Na­praw­dę pach­nie”. „Wie­rzę ci”. „Ta pani jest uczo­na”. „Nie, jak­by to po­wie­dzieć… nie, ale… daj mi się wy­sło­wić… za­ko­cha­na… zna­czy, chcia­łem po­wie­dzieć co in­ne­go”

Jak te pta­ki krzy­czą, ma­rzę o tym sa­mym, sy­gnał ka­ret­ki i tak za­głu­szył­by… Lu­dzie mó­wią, że chcie­li­by jak naj­le­piej, zo­stać, chcę tu zo­stać, po­win­nam zo­stać… żeby cho­ciaż ktoś mi po­mógł… Pta­ki krzy­czą, 19.30, prze­szedł pan, oko­ło trzy­dziest­ki, czy­sto, po­rząd­nie ubra­ny, gło­wa prze­krzy­wio­na, lek­ko sztyw­ne ra­mię, skrzy­wio­na twarz, żona przy bra­mie, to nic in­ne­go jak ból fi­zycz­ny… zmierzch, ci­sza…

„A, to ty, właź, sta­ry”. Boże, jak mi smut­no, pła­kać się chce, ju­tro 23.08.79 roku. Ju­tro o go­dzi­nie 8.00 na pew­no bę­dzie 8.00. „Masz wes­tchnąć”. „No to już”. „Je­steś cho­ler­nie cie­ka­wą dziew­czy­ną…”. „Nie, mam war­ko­czy­ki, brą­zo­wą bluz­kę, spód­ni­cę w kwiat­ki, je­stem nor­mal­na”

22.10 – Sie­dzę na ław­ce, pa­trzę w chod­nik, leżą dwie za­pał­ki, tyl­ko dwie za­pał­ki, sto­ją nade mną dwaj, je­den więk­szy, dru­gi mniej­szy, roz­ma­wia­ją… dwa dłu­gie cie­nie i taka roz­pacz, je­den cień dłuż­szy i głup­szy… pta­ki nie krzy­czą, ci­sza, la­tar­nia, brak ka­łu­ży, gdzie ma spaść la­tar­nia, czy to waż­ne?

…Ci­sza, noc… nie ma dla mnie ra­tun­ku… a jesz­cze rok temu mia­łam dzie­więt­na­ście lat, dzie­więt­na­ście lat…

23.08.79 r.

12.34