Strona główna » Dla dzieci i młodzieży » Pan Smrodek

Pan Smrodek

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-62745-17-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Pan Smrodek

Kąpie się tylko w oczku wodnym!

Włóczęga, bezdomny, tułacz, kloszard. Pewnego dnia po prostu zjawił się w miasteczku i zajął parkową ławkę. Skąd przyszedł? Dokąd zmierzał? Tego nikt nie wiedział. I dowiedzieć się wcale nie chciał. Aż do chwili, kiedy mała dziewczynka, Chloe, postanowiła zagadnąć wagabundę. On - życiowy nieudacznik, ona - szkolna oferma. Tu się zanosi na poważną karierę w świecie mediów! Programy telewizyjne, wywiady, szalejące tłumy wielbicieli. Wystarczy tylko trochę się odświeżyć i spisać przemówienie… na odpowiednio długiej rolce papieru toaletowego.

Kluczem do historii życia Pana Smrodka jest srebrna łyżeczka!

 

I gwiazdy na nocnym niebie!

Polecane książki

Świadectwo imponujące – wiele tysięcy stron pokrytych gęstym maczkiem – powstawało codziennie przez 34 lata. A w nim utrwalona wspólna historia Polaków i Litwinów. Autor dzienników, Michał Römer (prawnik, publicysta, działacz społeczny i polityczny, wolnomularz) był postacią znakomitą. Wyprzedzał sw...
W razie śmierci matki lub porzucenia przez nią dziecka zasiłek macierzyński przysługuje ubezpieczonemu ojcu dziecka albo innemu ubezpieczonemu członkowi najbliższej rodziny, pod warunkiem, że przerwie zatrudnienie lub inną działalność zarobkową w celu sprawowania osobistej opieki nad dzieckiem. Publ...
Beck nienawidzi swojego życia, swojej brutalnej matki, swojego domu. Nade wszystko jednak nienawidzi gry na fortepianie, do której zmusza go matka godzina po godzinie, dzień po dniu. On nigdy nie zagra tak idealnie jak ona. Ale Beck jest zbyt przestraszony, aby jej się przeciwstawić i ujawnić swoją ...
Zakon Achawy przedstawia nam świat Mornera i jego Ajala o imieniu Nimf. Jest to świat przerażający swym okrucieństwem. Świat pełen piękna i malowniczych scenerii. Powieść straszy, bawi, rozczula. Nieśmiertelni Magowie a zarazem Rycerze Zakonu Achawy toczą nieustanne boje z kreaturami tego świata. I...
Zatrzymał się na śniadanie w knajpie przy parkingu. Jechał na wakacje, miał swoje plany. Kiedy jednak kobieta w barze wycelowała w niego broń, udał, że nie poznał, że to zabawka. Ciekawość wzięła górę i ruszył z nieznajomą w szaloną podróż. Jej konsekwencje przeszły jego najśmielsz...
Idealna rodzina. Szczęśliwe małżeństwo, kochająca żona i oddany mąż, dla którego dwójka dzieci jest całym światem. Wydawało się, że nic nie zakłóci idylli, którą cieszyli się Skalscy. Do czasu. Pewnej nocy sąsiedzi słyszą krzyki dochodzące z domu, a kiedy policjanci zjawiają się na miejscu, odnajduj...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa David Walliams

Strona redakcyjna

Originally published by HarperCollins Publishers under
the title ”Mr.Stink

Text copyright © David Walliams 2009

Illustrations copyright © Quentin Blake 2009

David Walliams and Quentin Blake assert the moral
right to be identified as the author and illustrator of this work.

Copyright © for the Polish Edition by Dom Wydawniczy
MAŁA KURKA, Piastów 2014

Copyright © for the Polish translation by Karolina
Zaremba

Wydanie pierwsze, październik 2014

Korekta:

Małgorzata Majewska

Skład i łamanie:

Trevo, Grażyna Martins

Przygotowanie do druku okładki i stron tytułowych:

Czartart, Magdalena Muszyńska, Izabela Surdykowska-Jurek

Wydawca:

Dom Wydawniczy MAŁA KURKA

wydawnictwo@malakurka.pl

www.malakurka.pl

ISBN 978-83-62745-17-3

Publikację elektroniczną przygotował:

Dla mojej mamy Kathleen,
najmilszej osoby, jaką kiedykolwiek znałem

Podziękowania

Po raz kolejny dziękuję
przede wszystkim Quentinowi Blake’owi, który znów zaszczycił mój tekst
swoimi niezrównanymi ilustracjami. Wciąż nie mogę uwierzyć, że udało mi
się współpracować z tym legendarnym twórcą. Pragnę podziękować również
Mario Santosowi i Ann-Janine Murtagh z HarperCollins za wiarę we mnie.
Mojemu redaktorowi Nickowi Lake’owi za to, że zmusza mnie do ciężkiej
pracy oraz zabiera na herbatę i ciastka. Adiustatorce Alex Antscherl,
Jamesowi Annalowi za projekt okładki oraz Elorine Grant za skład tekstu,
wszyscy świetnie się spisali. Dziękuję też całemu zespołowi HarperCollins,
a zwłaszcza Samowi White’owi, za staranną pracę nad promocją i dystrybucją
tej książki. Również mój agent literacki, Paul Stevens z Independent, to
bardzo miły człowiek, który znakomicie poradził sobie ze wszystkimi
ważnymi paragrafami umowy, których mój mózg nie daje rady przyswoić.

Na koniec pragnę podziękować także wszystkim osobom, a
szczególnie dzieciom, które pisały do mnie o tym, że podobała im się moja
pierwsza książka, „The Boy in the Dress”. To bardzo wzruszające, kiedy
ktoś poświęca czas, żeby napisać list. Niezwykle dopingowały mnie one
podczas pracy nad „Panem Smrodkiem”. Mam nadzieję, że się nie
rozczarujecie.

1. Potrzyj i powąchaj

1

Potrzyj i powąchaj

Pan Smrodek śmierdział. Co
więcej, zasmradzał. Do tego stopnia, że można by dodać do słownika parę
nowych wyrazów i powiedzieć, że smrodkował i śmierdziuchował. Był
najsmrodliwszym śmierdzącym śmierdziuchem w historii świata.

Smród to najgorszy ze wszystkich zapachów. Smród jest
gorszy niż odór. A odór jest gorszy od fetoru. A fetor straszniejszy od
woni. A czasem już sama woń wystarczy, żeby się skrzywić.

Ale Pan Smrodek nie śmierdział naumyślnie. W końcu był
przecież włóczęgą. Nie miał domu, a więc też okazji do tego, żeby — tak
jak ty czy ja — porządnie się wykąpać. Z czasem zapach stał się coraz paskudniejszy. Oto ilustracja
przedstawiająca Pana Smrodka.

Czyż nie wygląda szykownie w tej muszce i tweedowej
marynarce? Ale nie dajcie się zwieść! Ilustracja w żadnym stopniu nie
oddaje jego zapachu. Mogłaby to być książka typu „potrzyj i powąchaj”, ale
smród byłby tak potworny, że musielibyście trzymać ją w kontenerze. A
potem ten kontener zakopać. W bardzo, bardzo głębokiej jamie.

Obok widać jego małą, czarną suczkę, Księżną. Księżna
nie była psem żadnej konkretnej rasy, była po prostu psem. I również
śmierdziała, tyle że nie aż tak bardzo jak Pan Smrodek. Na całym świecie
nic nie rozsiewało tak nieprzyjemnej woni jak on. Z wyjątkiem jego brody.
Pełno w niej było okruchów jajek, kiełbasy i sera, które posypały mu się z
ust całe wieki temu. Ani razu nie została umyta szamponem, więc miała swój
własny, wyjątkowy aromat, jeszcze straszniejszy niż ten główny.

Któregoś ranka Pan Smrodek po prostu pojawił się w
mieście i zamieszkał na starej, drewnianej ławce. Nikt nie wiedział, skąd
się wziął ani dokąd zmierzał. Mieszkańcy przeważnie byli dla niego
uprzejmi. Czasem rzucali mu pod nogi kilka monet, po czym od razu
spieszyli dalej, współczująco ocierając łzę z oka. Ale nikt nie był wobec
Pana Smrodka naprawdę PRZYJACIELSKI.
Nikt nie zatrzymywał się, żeby pogawędzić.

Aż do dnia, kiedy pewna dziewczynka wreszcie zdobyła
się na odwagę, żeby go zagadnąć. I tutaj właśnie zaczyna się nasza
opowieść.

— Dzień dobry — powiedziała dziewczynka, drżącym ze
zdenerwowania głosem. Na imię jej było Chloe. Miała dopiero dwanaście lat
i nigdy wcześniej nie odezwała się do żadnego włóczęgi. Matka zabroniła
jej rozmawiać z „tego typu kreaturami”. Nie zgadzała się nawet na kontakty
z dziećmi z pobliskich blokowisk. Ale zdaniem Chloe Pan Smrodek NIE BYŁ kreaturą. Uważała, że był człowiekiem, który wyglądał na
osobę o bardzo ciekawej historii — a Chloe najbardziej ze wszystkiego
kochała najróżniejsze opowieści.

Każdego dnia mijała mężczyznę i jego psa, jadąc
samochodem do prywatnej szkoły dla dzieci zamożnych rodziców. Czy słońce,
czy deszcz, Pan Smrodek zawsze przesiadywał na tej samej ławce, ze swoim
pieskiem u stóp. Spoglądała przez szybę luksusowego auta, którego skórzane
siedzenie dzieliła ze swoją jadowitą młodszą siostrą Annabelle, i
rozmyślała.

W jej głowie kłębiły się miliony myśli i pytań. Kim
jest ten pan? Dlaczego mieszka na ulicy? Czy kiedykolwiek miał dom? Co
jada jego pies? Czy miał jakichś przyjaciół lub rodzinę? Jeśli tak, to czy
wiedzieli, że jest bezdomny?

Gdzie się podziewał w czasie Bożego Narodzenia? Jeśli
chciało się napisać do niego list, to jaki adres należało wpisać na
kopercie? „Ławka — wiadomo która — ta za rogiem, przy przystanku
autobusowym”? Jak długo się nie kąpał? Czy to możliwe, żeby NAPRAWDĘ nazywał się Pan Smrodek?

Chloe była dziewczynką, która uwielbiała spędzać czas
na rozmyślaniach. Często siadała na łóżku i wymyślała przygody Pana
Smrodka. Przesiadując samotnie w pokoju, wyobrażała sobie
najprzeróżniejsze fantastyczne historie. Być może Pan Smrodek był kiedyś
bohaterskim żeglarzem, którego za męstwo i odwagę odznaczono mnóstwem
orderów, ale nie był w stanie przystosować się do życia na suchym lądzie?
A może był światowej sławy śpiewakiem operowym, który pewnego wieczoru, po
zaśpiewaniu najwyższej nuty arii w Royal Opera House w Londynie, stracił
głos i nie mógł śpiewać już nigdy więcej? A może tak naprawdę był
rosyjskim tajnym agentem, który przywdział misterny kamuflaż, żeby jako
włóczęga obserwować mieszkańców miasta?

Chloe nie znała żadnych szczegółów z życia Pana
Smrodka. Wiedziała jedynie, że tamtego dnia, kiedy zatrzymała się, żeby
porozmawiać z nim po raz pierwszy, wyglądał na kogoś, kto ZDECYDOWANIE bardziej od niej potrzebował pięciofuntowego banknotu,
który miała przy sobie.

Wydawał się też samotny — nie tylko brakiem
towarzystwa, ale osamotnieniem do głębi duszy. Chloe było z tego powodu
smutno, bo dobrze znała to uczucie. Dziewczynka nie przepadała za szkołą.
Jej mama uparła się, żeby córka chodziła do ekskluzywnej szkoły dla
dziewcząt, ale tam nie udało jej się z nikim zaprzyjaźnić. W domu Chloe
też nie czuła się najlepiej. Gdziekolwiek się znalazła, zawsze miała
wrażenie, że nie pasuje do otoczenia.

Co więcej, właśnie nadszedł najbardziej znielubiony
przez Chloe moment w roku — święta Bożego Narodzenia. Wszyscy z góry
zakładają, że każdy przepada za Gwiazdką, a zwłaszcza dzieci. Ale Chloe
jej nie znosiła. Nie znosiła tych wszystkich świecidełek, nie znosiła
krakersów, nie znosiła kolęd, nie znosiła tego, że musiała oglądać
przemówienie Królowej, nie znosiła świątecznych babeczek z bakaliowym
nadzieniem ani tego, że nigdy nie spadało tyle śniegu, ile trzeba; nie
znosiła siadać z rodziną do nieskończenie długiej kolacji, a przede
wszystkim nienawidziła tego, że musiała udawać szczęśliwą tylko dlatego,
że nadszedł 25 grudnia.

— W czym mógłbym pomóc, młoda damo? — zapytał Pan
Smrodek. Jego głos był nadspodziewanie wytworny. Jako że nigdy wcześniej
nikt nie zatrzymał się, żeby z nim porozmawiać, mężczyzna przyjrzał się
pulchnej dziewczynce nieco podejrzliwie. Chloe trochę się przestraszyła.
Może to jednak nie był najlepszy pomysł zagadywać starego trampa. Od
tygodni, a nawet miesięcy zbierała się na odwagę i nie taki scenariusz
napisała w swojej głowie.

Co gorsza, Chloe nie mogła oddychać przez nos. Smród
zaczynał ją obezwładniać. Jak żywa istota wkradał się nozdrzami i
spopielał gardło.

— Ja… Przepraszam, że przeszkadzam…

— Tak? — ponaglił ciut zniecierpliwiony Pan
Smrodek.

Chloe była zaskoczona. Do czego mu tak spieszno? ZAWSZE przesiadywał właśnie tutaj, więc nie musiał się nagle
zrywać i gdzieś biec.

Księżna zaczęła na nią szczekać. Chloe przestraszyła
się jeszcze bardziej. Pan Smrodek wyczuł to i od razu pociągnął za smycz,
czyli za zwykły kawałek starego sznurka, żeby uciszyć psiaka.

— Cóż — ciągnęła nerwowo Chloe — moja ciocia
przysłała mi pięć funtów, żebym kupiła sobie prezent gwiazdkowy. Ale
właściwie niczego mi nie trzeba, więc pomyślałam, że podaruję je panu.

Pan Smrodek uśmiechnął się. Chloe odwzajemniła uśmiech
i przez chwilę wyglądało na to, że mężczyzna skorzysta z jej propozycji,
ale potem wbił wzrok w chodnik.

— Dziękuję ci — odparł. — To wielce łaskawie z
twojej strony, ale nie mogę przyjąć tych pieniędzy. Wybacz.

Chloe poczuła się zbita z tropu.

— Dlaczego nie? — spytała.

— Jesteś jeszcze dzieckiem. Pięć funtów? To
doprawdy niebywała hojność.

— Ja tylko myślałam, że…

— To naprawdę niezwykle uprzejme, lecz obawiam
się, że nie mogę się zgodzić. Powiedz, ile masz lat, młoda damo. Dziesięć?

— DWANAŚCIE! — powiedziała głośno Chloe. Była
dość niska jak na swój wiek, ale uważała się za dorosłą pod wieloma innymi
względami. — Mam dwanaście lat. Dziewiątego stycznia skończę trzynaście!

— Daruj. Jesteś zatem dwunastolatką. Prawie
trzynastolatką. Udaj się do sklepu i kup sobie jedną z tych nowoczesnych
płyt muzycznych. Nie przejmuj się takim starym wagabundą jak ja. — Smrodek
obdarzył dziewczynkę uśmiechem. A kiedy się uśmiechnął, w jego oczach
pojawił się ujmujący błysk.

— Nie chciałabym się narzucać, ale czy mogłabym
zadać panu pytanie?

— Ależ naturalnie.

— Bardzo chciałabym wiedzieć, dlaczego mieszka
pan na tej ławce, a nie w domu, tak jak ja?

Pan Smrodek poruszył się niespokojnie.

— To długa historia, moja droga — odparł. — Może
opowiem ci ją innym razem.

Chloe była zawiedziona. Inny taki raz mógł NIE nastąpić. Gdyby Matka dowiedziała się, że Chloe rozmawiała
z tym człowiekiem, a co gorsza zaoferowała mu pieniądze, z miejsca
wpadłaby w dziki szał.

— W takim razie przepraszam, że przeszkodziłam.
Życzę panu miłego dnia. — Na dźwięk własnych słów od razu się skrzywiła.
Wygadywała same głupoty! Jakim cudem miałby mieć miły dzień? Był
śmierdzącym, starym kloszardem, a niebo robiło się coraz czarniejsze od
chmur. Dziewczynka z zażenowaniem odwróciła się, żeby odejść.

— Co tam masz na plecach, drogie dziecko? —
zawołał za nią Pan Smrodek.

— Mam coś na plecach? — spytała Chloe, usiłując
zerknąć sobie przez ramię. Sięgnęła ręką za siebie, oderwała od swetra
kartkę i spojrzała na nią.

Ktoś napisał na papierze wielkimi, czarnymi literami
jeden wyraz.

Chloe poczuła, jak z upokorzenia boleśnie zaciska się
jej żołądek. Zapewne Rosamunda przykleiła jej tę kartkę taśmą, kiedy
wychodziły ze szkoły. Rosamunda stała na czele szkolnej bandy. Bez przerwy
czepiała się Chloe: o to, że je za dużo słodyczy, że jest biedniejsza od
innych dziewczyn w szkole albo że nikt jej nie wybiera do swojej drużyny
hokejowej. Dzisiaj, po zajęciach, Rosamunda poklepała Chloe kilka razy po
plecach i życzyła jej „wesołych świąt”, podczas gdy reszta dziewczyn się
śmiała. Teraz Chloe wiedziała już dlaczego. Pan Smrodek z wyraźnym
skrzypnięciem wstał z ławki i wyjął kartkę z rąk dziewczynki.

— Nie mogę uwierzyć, że chodziłam z tym na plecach
całe popołudnie — powiedziała dziewczynka. Zakłopotana łzami, które
nabiegły jej do oczu, odwróciła wzrok w stronę słońca i zamrugała.

— O co chodzi, moja droga? — zainteresował się
życzliwie Pan Smrodek.

Chloe pociągnęła nosem.

— No cóż, wygląda na to, że to prawda. Oferma ze
mnie i tyle.

Pan Smrodek pochylił się, żeby na nią spojrzeć.

— Nie — stwierdził stanowczo. — Nie jesteś żadną
ofermą. Prawdziwą ofermą jest osoba, która przykleiła ci tę kartkę.

Mimo że Chloe się starała, nie potrafiła mu uwierzyć.
Odkąd sięgała pamięcią, zawsze czuła się jak niedorajda. Może Rosamunda i
pozostałe dziewczyny z jej paczki miały rację?

— Ta kartka może mieć tylko jedno przeznaczenie —
powiedział Pan Smrodek. Zgniótł papier i niczym profesjonalny gracz w
krykieta wprawnym ruchem wrzucił kulkę do kosza. Gdy Chloe to przyuważyła,
jej wyobraźnia z miejsca zaczęła pracować. Czyżby Pan Smrodek był niegdyś
kapitanem angielskiej reprezentacji krykieta?

Pan Smrodek zatarł ręce.

— Spłoń w ogniu piekielnym! — stwierdził.

— Dzięki — mruknęła Chloe.

— Proszę najuprzejmiej — odpowiedział Pan
Smrodek. — Nie pozwól, żeby poniżała cię byle łobuzica.

— Postaram się. Miło było pana poznać, panie…
eee… — urwała Chloe. Wszyscy nazywali go Panem Smrodkiem, ale nie
wiedziała, czy mężczyzna zdawał sobie z tego sprawę. Niegrzecznie byłoby
tak się do niego zwrócić.

— Smrodek — podpowiedział. — Nazywają mnie Pan
Smrodek.

— Aha. Miło pana poznać, Panie… Smrodek. Mam na
imię Chloe.

— Dla mnie to również przyjemność, Chloe.

— Wie pan co, Panie Smrodku. Może jeszcze wybiorę
się na zakupy. Potrzeba panu czegoś? Na przykład mydła czy czegoś w tym
stylu?

— Dziękuję ci, moja droga — odparł. — Ale mydło mi się
nie przyda. Widzisz, kąpałem się dopiero co, w zeszłym roku. Za to z ROZKOSZĄ zjadłbym kilka kiełbasek. Uwielbiam smaczne, chudziutkie
kiełbaski…

2. Lodowata cisza

2

Lodowata cisza

— Mamo? — odezwała się
Annabelle.

Matka dokładnie przeżuła jedzenie, przełknęła ostatni
kęs i dopiero wtedy odpowiedziała.

— Tak, córeczko?

— A Chloe właśnie zdjęła z talerza jedną ze
swoich kiełbasek i ukryła w serwetce.

Był sobotni wieczór. Państwo Okruchowie wraz z dziećmi
siedzieli w jadalni przy kolacji. Nie mogli oglądać takich programów, jak
„Taniec z gwiazdami” czy „X Factor”. Mama zakazała im jednocześnie jeść i
oglądać telewizję. Uznała to za „niewiarygodnie prostackie”. Właściwie
prowadząca się rodzina musiała siedzieć w ciszy i jeść kolację ze wzrokiem
utkwionym w ścianach. Czasem mama podejmowała rozmowę, która zazwyczaj
dotyczyła tego, co by zrobiła, gdyby rządziła krajem. Bez wątpienia jej
ulubiony temat. Matka zrezygnowała z prowadzenia salonu urody, żeby
startować w wyborach, i nie miała najmniejszych wątpliwości, że pewnego
dnia zostanie premierem.

Domowego kota — białego persa — na cześć Królowej
nazwała Elżbieta. Ponadto miała obsesję na punkcie bycia szykowną. Na
parterze ich domu znajdowała się oddzielna łazienka, którą trzymała
zamkniętą w razie wizyty „niezwykle ważnych gości”, tak jakby miał do nich
wpaść przejazdem ktoś z rodziny królewskiej. W kredensie stał porcelanowy
serwis do herbaty, przeznaczony „dla gości” — ani razu nieużyty. Pani
Okruch posuwała się nawet do rozpylania w ogrodzie odświeżacza powietrza.
Nigdy też nie wychodziła z domu, ani nawet nie otwierała drzwi, jeśli nie
była nienagannie przygotowana, z ukochanymi perłami wokół szyi i włosami
usztywnionymi lakierem w takich ilościach, jakby chciała mieć własną
dziurę ozonową. Była tak przyzwyczajona do kręcenia nosem na wszystko i na
wszystkich, że istniało duże niebezpieczeństwo trwałego zadarcia tego
organu. Oto jej podobizna.

Wielkie nieba, ależ jest szykowna, nie sądzicie? Jak
można się spodziewać, Ojciec, a raczej Tata — wolał, żeby się do niego tak
zwracać, kiedy Matki nie było w pobliżu — cenił sobie życie spokojne i
zazwyczaj nie odzywał się niepytany. Był dużym, silnym mężczyzną, ale żona
uczyniła z niego karzełka. Tata skończył zaledwie czterdzieści lat, ale
już zaczął łysieć i nieco się przygarbił. Pracował ciężko przez wiele
godzin w fabryce samochodów na obrzeżach miasta.

— Chloe, czy schowałaś w serwetce kiełbaskę? —
spytała surowo Matka.

— Stale próbujesz wpędzić mnie w kłopoty! —
warknęła do siostry Chloe.

To była prawda. O dwa lata młodsza od Chloe Annabelle
była typem dziecka, o którym dorośli myślą, że jest idealne, ale inne
dzieci go nie cierpią, bo jest małym świętoszkowatym krętaczem. Annabelle
uwielbiała pakować Chloe w kłopoty. Czasem kładła się na łóżku w swoim
jaskraworóżowym pokoju i tarzała się, krzycząc: „CHLOE, ZŁAŹ ZE MNIE! TO
BOLI!”, chociaż Chloe w tym czasie siedziała, pochłonięta pisaniem, w
pokoju obok.
MOŻNA BY powiedzieć, że Annabelle była
uosobieniem przewrotności. A z pewnością była niedobra dla swojej starszej
siostry.

— Przepraszam, po prostu spadła mi na kolana —
powiedziała Chloe. Planowała przemycić kiełbaskę dla Pana Smrodka.
Rozmyślała o nim cały wieczór, wyobrażała sobie, jak trzęsie się z zimna w
tę chłodną i ciemną grudniową noc, podczas gdy oni siedzieli sobie w
ciepłej jadalni i pałaszowali kolację.

— W takim razie, Chloe, rozwiń ją z serwetki i
odłóż na talerz — nakazała Matka. — Tak mi wstyd, że w ogóle jemy
kiełbaski na kolację. Wydałam waszemu ojcu wyraźne polecenie, żeby
wyekspediował się do supermarketu i nabył cztery filety z dzikiego
labraksa1.
A on wraca do domu z paczką jakichś kiełbasek. Gdyby ktoś wpadł teraz z
wizytą i zobaczył nas jedzących taki posiłek, odczułabym okropne
zażenowanie. Pomyśleliby, że z nas barbarzyńcy!