Strona główna » Humanistyka » Papuga i ratlerek

Papuga i ratlerek

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8032-414-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Papuga i ratlerek

Zbiór wysmakowanej, erudycyjnej i poruszającej prozy Michała Głowińskiego, jednego z najwybitniejszych polskich humanistów. Opowiadania Głowińskiego pokazują, że  tak głębokie zaangażowanie w rejestrowaniu świata dziś już się nie zdarza w literaturze. W jego tekstach ożywają dawni nauczyciele akademiccy, koledzy z roku, profesorowie czy przypadkowo spotkani przechodnie. Twórczym impulsem do snucia historii może stać się wycinek prasowy, spotkanie starej znajomej na poczcie czy nowe, zaskakujące użycie słowa w tekście. Żywy, aktywny i wciąż poszukujący intelekt Michała Głowińskiego najdrobniejsze zdarzenie codzienności potrafi umieścić w szerokim kontekście społecznym, historycznym i ludzkim. Opowieść o wycieczce z koleżanką na daleką Pragę „w czynie społecznym” staje się pretekstem do aktualnej jak nigdy refleksji o przyzwoitości i wstydzie. Wizyta u fryzjera okazuje się być doskonałą okazją do przyglądania się niezmiennej szkodliwości stereotypów. Kiczowaty obraz okładki magazynu wydanego w czasach głębokiego stalinizmu zachęca do odbycia podróży do dawno nieodwiedzanych miejsc. Ale niezmiennie w centrum zainteresowania Głowińskiego pozostaje człowiek – z jego ułomnościami, słabościami i nieoczywistym pięknem. W kinie, w sklepie, przed półką z gazetami – nie przestaje przyglądać się sobie i ludziom z dystansem i życzliwą refleksją. Zbiór został wzbogacony tekstami o charakterze felietonów i małych esejów, w których znajdziemy rozważania o języku, poezji, jakości współczesnej prozy, a nawet architekturze. Poznajemy w nich Głowińskiego jako pełnego dystansu do siebie akademika, a przy tym czujnego humanistę, sprawnego obserwatora i niezastąpionego komentatora.

Polecane książki

Poradnik do gry Star Wars: The Old Republic – Sith Warrior & Sith Inquistor zawiera wszystko, co dotyczy dwóch klas – Wojownika Sithów (Sith Warrior) oraz Inkwizytora Sithów (Sith Inquistor) od startu w Korriban Arrival Port do opuszczenia planety.Star Wars: The Old Republic - przewodnik po Korr...
  Publikacja zawiera wszystkie obowiązujące akty wykonawcze do ustawy o VAT, w tym również nowe, które obowiązują od 1 stycznia 2017 r....
Komedia romantyczna, której scenariusz napisało życie i która zdarzyła się naprawdę.  Między Nowym Jorkiem, Warszawą i rajską wyspą na Karaibach. Ona wyruszyła na swoją kolejną samotną wyprawę. Samodzielna, odważna, myślała, że nie potrzebuje nikogo do szczęścia.   &...
  Autorzy artykułów reprezentują różne ośrodki naukowe, zróżnicowane dziedziny wiedzy, a zagadnienie mniejszości postrzegają z różnych perspektyw. Pragną zabrać głos w imieniu tych wszystkich, którzy z różnych powodów znajdują się na marginesie grup większościowych. Według Alberta Camusa rolą pisarz...
Monografia jest pierwszą w Polsce publikacją kompleksowo omawiającą problematykę wezwań do zapisywania się na sprzedaż lub zamianę akcji spółki publicznej. Instytucja ta znajduje zastosowanie do nabywania znacznych pakietów akcji emitentów notowanych na rynku regulowanym. Przy wykorzystaniu wezwań d...
  Jakże często uczniowie i studenci poszukują praktycznych wiadomości z matematyki, jak: wzorów, reguł, własności i praw? Wychodząc naprzeciw tym potrzebom przygotowaliśmy niezbędne kompendium wiedzy podzielone na działy matematyki, bez zbędnej teorii i przykładów, zarówno na poziom podstawowy i roz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Michał Głowiński

Od Autora

Książka, którą pozwalam sobie przedłożyć Czytelnikom, różni się od moich poprzednich tomów zawierających teksty narracyjne – opowiadania, wspomnienia, charaktery (rozmaicie można określać ich status gatunkowy). Na część pierwszą składa się wybór z dwóch opublikowanych przed laty przez Wydawnictwo Literackie zbiorów, a mianowicie z Magdalenki z razowego chleba (2001) oraz z Historii jednej topoli i innych opowieści (2003). Część druga stanowi kontynuację dwóch zbiorów, zawierających różnego rodzaju miniatury, które określam jako małe szkice, a mianowicie: Przywidzeń i figur (1998) orazFabuł przerwanych (2008). Te, które zamieszczam w tym tomie, tworzą serię trzecią. Nie zostały one dotychczas objęte edycją książkową. Ukazywały się w ogromnej większości w wydawanym w Bydgoszczy „Kwartalniku Artystycznym”, redagowanym z maestrią przez Krzysztofa Myszkowskiego. Gdyby nie jego zaproszenia i zachęty, ten cykl trzeci niewątpliwie by nie powstał. Dziękuję Ci, Krzysztofie!

M.G.

Warszawa, lipiec 2019

CZĘŚĆ I

Opowiadania wybrane

Pani od matematyki

To był pierwszy normalny dzień lekcyjny w nowej szkole, w świeżo założonym drugim liceum ogólnokształcącym w naszym niewielkim mieście. Poszedłem na drugie piętro, gdzie mieścić się miała nasza klasa, i nowemu otoczeniu przyglądałem się z zaciekawieniem. Budynek był jeszcze przedwojenny (do niedawna zajmowały go klasy podstawowe), dopiero co wyremontowany i niewątpliwie gotowy na przyjęcie większej liczby uczniów. Rzucały się w oczy ślady pośpiesznych porządków, z podłóg, ani na korytarzach, ani w klasach, nie usunięto jeszcze gazet, które miały je chronić po niedawnym myciu, rozpościerały się więc pod nogami pokaźne płachty „Głosu Ludu” i „Życia Warszawy”. Zapewne bym na to nie zwrócił uwagi, nie było w tym przecież nic nadzwyczajnego, gdybym nie ujrzał z daleka niewielkiej i bardzo tęgiej kobiety, osobliwie pochylonej, chyba klęczącej. Najpierw myślałem, że szuka jakiejś starej gazety, potem zobaczyłem, że niektóre obraca na drugą stronę, a inne odkłada na bok. Robiła to w ten sposób, iż nie ulegało wątpliwości, że nie zamierza ich czytać. Zajęcie starszej i korpulentnej pani wydało mi się dziwne, tym bardziej że wiedziałem, iż nie jest woźną. Woźnego zresztą poznałem wcześniej. Tym dziwniejsze, że swoją robotę pani ta wykonywała z wielką dokładnością, tak jakby ułożenie gazet było sprawą szczególnie doniosłą.

Kim jest owa starsza kobieta, miałem się dowiedzieć niebawem – pani Helena Orłowska, matematyczka. Przyszła na lekcję normalnie, jak przychodzą nauczyciele, z dziennikiem w ręku, zaczęła ją jednak w sposób zaiste daleko odbiegający od przyjętych zwyczajów. Nie sprawdziła listy, nie powiedziała, czym będziemy się zajmować – i od razu zainteresowała się gazetami rozłożonymi na podłodze. Nie taiła zdenerwowania, mówiła coś pod nosem, ale ani ja, ani moi koledzy nie wiedzieliśmy z początku, o co chodzi.

– Tak być nie może; jak się o tym dowiedzą, spadną na nas kary, będą się dziać rzeczy straszne…

W klasie zabrała się do tej samej co na korytarzu, niezrozumiałej dla nas, roboty. Przyglądała się gazetom z podłogi, niektóre zostawiała w spokoju, inne – odkładała bądź odwracała na drugą stronę. Trwało to dobrych kilka minut, dopiero po zakończeniu tego niespodziewanego przeglądu ujawniła, jaki jest cel działań, które wprawiły nas w zdumienie. Powiedziała, że tam, gdzie była, to za takie rzeczy karali, surowo karali, szło się do więzienia, a potem wywozili daleko, w okolice, w których jest okropnie zimno. Najwyraźniej chodziło o coś więcej niż o rozłożenie gazet na podłodze po umyciu i wypastowaniu, pani Orłowska miała na myśli poważniejsze sprawy. Po chwili uchwyciłem, jakie. Ówczesne dzienniki i tygodniki zamieszczały obficie na swych pierwszych stronach zdjęcia przywódców, przede wszystkim Stalina, ale także polskich władców – Bieruta i innych. Nasza nauczycielka bała się, że chodzenie po gazetach z konterfektami tak ważnych osób uznane zostanie za profanację, potraktowane jako polityczna prowokacja, zorganizowana czy przynajmniej podpowiedziana przez wroga, który ucieka się do najróżniejszych środków, by zaszkodzić socjalizmowi i poniżać tych, którzy przewodzą w jego budowaniu. Już od samego początku nie było wątpliwości, że osobliwe działania pani Orłowskiej napędzane były przez wielki, niedający się opanować strach. Bo tam, gdzie przebywała z tymi, którzy tak bezceremonialnie obchodzili się z gazetami, reprodukującymi wiadome zdjęcia, naprawdę się nie patyczkowano. Pani Orłowska bała się, nauczona doświadczeniem, o siebie, ale też nie chciała, by nam, dzieciom jeszcze, przytrafiło się coś złego. I dlatego te płachty papieru, na których były zdjęcia Stalina, odkładała na bok, te zaś z fotografiami osobistości nie aż tak ważnych przewracała na drugą stronę. W okresie „kultu jednostki” zdezaktualizowana gazeta z wizerunkiem owej „jednostki” nie mogła być zwykłą makulaturą. Święte obrazki nigdy nie tracą swoich praw, nie można ich zdesakralizować.

Pierwsza lekcja pani Orłowskiej w naszej klasie rozpoczęła się niekonwencjonalnie, następne nie zawsze aż tak odbiegały od normy, ale też były dziwaczne, raz smutne, raz całkiem wesołe, w każdym razie matematyka bywała tylko pretekstem i niewiele się o niej mówiło. Miałem czasem wrażenie, iż pani Orłowska zapominała, że przyszła do klasy po to jednak, by czegoś nas nauczyć. Jej myśl w czasie lekcji szybowała nie wiadomo gdzie, nie była w stanie wziąć w okrągły czy kwadratowy nawias tego, czym żyła, co stanowiło treść jej istnienia. Nie składały się na nią sprawy teraźniejsze, nie mogła oderwać się od przeszłości, przywoływała ją nieustannie, tę dobrą i tę złą, wesołą i smutną. Wspominała lata młodości, ale przede wszystkim czas spędzony tam, daleko, w krainie niewyobrażalnego zimna. Z tego, co opowiadała, można było w najgrubszych zarysach zrekonstruować jej biografię.

Urodziła się w ostatnich latach XIX wieku i aż do wybuchu drugiej wojny całe jej życie związane było ze Lwowem, tam się wychowała, wykształciła, wyszła za mąż. Lubiła opowiadać o swej lwowskiej młodości – i to była pogodna część lekcji. Ale największym doświadczeniem jej życia była wywózka na Syberię, Sowieci aresztowali ją we Lwowie wraz z córką (co się stało z mężem, nie wiem, nie wspominała o nim). I kiedy o tym opowiadała, a czuła niedającą się opanować potrzebę powracania do tych swoich strasznych przeżyć także w czasie lekcji matematyki, unikała wszelkich realiów, nawet nazwę „Syberia” wymawiała rzadko, nieśmiało, ściszonym głosem. Przeżywała niewątpliwy konflikt wewnętrzny, bo jednocześnie obok tej potrzeby odzywał się w niej strach, wiedziała przecież, że opowiadanie o wywózce nie będzie w Polsce Ludowej dobrze widziane i ściągnąć może na nią nowe nieszczęścia. Mówiła tak, jakby chciała opowiedzieć jak najwięcej, ale zarazem opowiadać się bała. Konieczność ekspresji nakładała się na ograniczenia, których przezwyciężyć nie było można, a właściwie z nimi się zderzała. Toteż najwięcej miejsca poświęcała pani Orłowska zjawiskom klimatycznym, mówiła o nich tak, jakby były symbolem czy reprezentacją tego koszmarnego świata, w który rzuciła ją obca przemoc. Jeden wątek powtarzał się stale: jeśli ktoś splunął, ślina spadała na ziemię w postaci kawałka lodu. Opisy zimna, jakie trudno sobie przedstawić, jeśli nie opuszczało się Polski, były nadzwyczaj konkretne i sugestywne, miały w sobie dawkę sensualności, jakże niezbędnej, gdy relacjonuje się tego rodzaju doznania. Pani Orłowska umiała opowiadać, w każdym razie umiała opowiadać o tym głównym doświadczeniu swojego życia.

Ale czy my potrafiliśmy słuchać? Wydaje mi się, że tak, należeliśmy przecież do pokolenia wojennego i choć mieliśmy zaledwie po kilkanaście lat, wiedzieliśmy, co to cierpienie – jeśli nie z własnego doświadczenia (pod tym względem ja niewątpliwie górowałem nad wszystkimi kolegami i koleżankami), to przynajmniej ze słyszenia i z widzenia. W czasie tych opowieści klasa zachowywała się przyzwoicie, spokojnie, cicho. Niska i tęga pani Orłowska, nosząca zawsze ten sam ciemnobeżowy, mocno już podniszczony kostium, z lekko opadającymi na nos drucianymi okularami, nie budziła szczególnego respektu, była jednak na swój sposób przez uczniów tolerowana. Może zresztą bardziej niż szacunek budziła współczucie, jeśli w ogóle dzieci, nawet podrośnięte, są do niego zdolne.

A działo się tak również dlatego, że sprawa wywózek tam, gdzie tak zimno, nie była w Miasteczku bynajmniej sprawą odległą czy abstrakcyjną. Nie wiedziałem wówczas, i z pewnością nie wiedzieli też o tym moi koledzy, że to właśnie w willowej dzielnicy naszego Miasteczka podstępem skupiono szesnastu przywódców polskiego podziemia i że to stąd porwano ich do Moskwy, by im wytoczyć pokazowy proces. Ale wiedziałem o tym, że po wejściu Rosjan w styczniu 1945 roku zatrzymano i wywieziono kilka osób, w tym jedną znajomą mojej rodziny, panią Janinę M. Pani M. była starszą siostrą jednej z gimnazjalnych koleżanek mojej Matki, o tej wywózce mówiło się w moim domu dużo, często, z nieukrywanym przerażeniem. Z zawodu nauczycielka, pani M. uczyła głównie matematyki, tylko że w szkole podstawowej (czy jak się mówiło jeszcze wówczas przedwojennym zwyczajem – powszechnej), i kiedy po roku wróciła z Uralu, zetknąłem się z nią właśnie jako panią od matematyki, pracowała bowiem „u Piłsudskiego” (szkoła oczywiście tak już się nie nazywała, ale tradycyjnie w potocznych rozmowach pozostawiono ją Marszałkowi). Była surowa i zdecydowanie powściągliwa w sposobie bycia, nigdy nie zrobiła choćby najmniejszej aluzji do tego, co stało się jej udziałem na Wschodzie.

Wysoka, szczupła, o podłużnej twarzy i wyrazistych, wręcz ostrych rysach, także zewnętrznie stanowiła kontrast wobec niskiej i okrąglutkiej pani Orłowskiej. Od nas wywożono tylko poszczególne osoby, znajomi zastanawiali się więc, dlaczego padło akurat na panią M. Należała do AK, ale do AK należało wiele osób; nie było mnie w czasie okupacji w naszym Miasteczku, wiem jednak i z pewnością wiedziałem już wówczas, że życie konspiracyjne było w nim rozbudowane. Dopiero po dziesięcioleciach dowiedziałem się ze wspomnieniowego artykułu jednego z moich kolegów, ogłoszonego w „Życiu Warszawy”, że pani Janina M. działała w głęboko zakonspirowanej siatce AK-owskiej i pełniła w niej wysoką i ważną funkcję, podlegało jej sporo osób; terenem jej konspiracyjnej pracy była Warszawa, choć i wtedy w stolicy nie mieszkała. Sowieci niewątpliwie zdekonspirowali tę głęboko utajnioną strukturę, choć nie przeciw nim, lecz przeciw Niemcom walczyła – i pani M. znalazła się na Uralu. Z jakich powodów wywieziono panią Orłowską, nie wiem. Prawdopodobnie zresztą żadnego konkretnego powodu nie było, bo kiedy akcje represyjne czy nawet zbrodnie mają wymiar masowy, indywidualny przypadek przestaje być indywidualnym przypadkiem, wchodzi w sferę anonimowości i przekształca się w nic nieznaczący sam w sobie przyczynek do ogólnej statystyki. Nigdy o przyczynach nie wspominała, zapewne nie były jej znane.

Ale pani Orłowska, uciekając od matematyki, której w miarę jak rok szkolny zbliżał się do końca, coraz mniej poświęcała uwagi, bo najwyraźniej coraz bardziej ją nudziła, opowiadała nie tylko o ponurych wydarzeniach niedawnych lat, lubiła wspominać swą lwowską młodość sprzed pierwszej wojny światowej. Szybko miało się okazać, że jest wielbicielką teatru. Przywoływała przedstawienia, jakie oglądała w swoim mieście za dawnych dobrych czasów; nie potrafię wymienić ich tytułów – poza dwoma, które pozostały w pamięci. A stało się to z tej racji, że pani Orłowska nie tylko relacjonowała te spektakle, ale odtwarzała przed nami ich fragmenty. Kilkakrotnie recytowała monolog Psyche z popularnego w czasach jej młodości dramatu Jerzego Żuławskiego, podkreślając zwłaszcza powracający jak refren dwuwiersz: „ja, wygnanka bosa, szukam Erosa”. I mnie, i moim kolegom, wydawało się śmieszne, a może nawet żenujące, że starsza pani patetycznie mówi o poszukiwaniu Erosa. Ówczesna szkoła była nader purytańska i zakłamana, o żadnych sprawach związanych z erotyką oficjalnie się nie mówiło, a więc nawet tak niewinne słowa dochodzące z katedry robiły na uczniach wrażenie. Przyjmowaliśmy te deklamacje ciepło, z ukontentowaniem (było to w sumie całkiem przyjemne spędzanie lekcyjnego czasu), ale nie bez pewnej dozy okrucieństwa. Napuszczaliśmy panią Orłowską na dalsze występy, a ona – niczym prawdziwa artystka – radowała się z sukcesu. I wówczas delikatnie, jakby zażenowana sytuacją, uśmiechała się, a na jej twarzy, zniszczonej i poszarzałej, zaczęły się pojawiać, jak ukryty tekst w palimpseście, ślady niegdysiejszej urody, dawno już zatraconej.

Jednakże to nie monolog Psyche był popisowym numerem pani Orłowskiej, najbardziej lubiła nas zabawiać arią z operetki Krysia Leśniczanka, dzisiaj już kompletnie zapomnianej, tak zresztą jak cała twórczość Georga Jarno, który w ostatnich latach panowania Franciszka Józefa stawiany był na równi z Kalmanem i Leharem. W dożywającej swych lat pięknej epoce Krysia Leśniczanka była popularna w Europie centralnej, trafiła więc także na lwowską scenę. Pani Orłowska śpiewała arię głównej bohaterki, subtelnie podkreślając rytm walca. Do dzisiaj mam w uszach jej wysoki sopran, nieprawdopodobnie rozwibrowany, wręcz trzęsący się. Śpiew ten nie był dla klasy wydarzeniem estetycznym, stał się czymś niewymownie śmiesznym, a przede wszystkim okazją pozwalającą uniknąć odpytywania czy w ogóle wysiłku umysłowego, jakiego jednak od nas wymagały lekcje matematyki. Jedynie dwie czy trzy wzorowe uczennice, klasowe prymuski, ubolewały, że niczego się nie nauczymy. Miały za złe kolegom, że w ten czy inny sposób, często żartem bądź podstępem, odciągają uwagę pani Orłowskiej od matematyki i kierują ją ku operetkom.

W pewne dni nie ulegała ona naszym szatańskim podszeptom, była poważną panią profesor, taką jak wszystkie inne panie zajmujące się wykładaniem w liceum – i wówczas rzeczywiście umiała jasno i precyzyjnie wytłumaczyć nawet skomplikowane sprawy. Kiedy indziej w wykładzie wszystko jej się plątało i jeśli nawet nie robiła elementarnych błędów, wynikających z roztargnienia choćby, to nie była w stanie wyjaśnić niczego, jej myśl krążyła po kole i nie zmierzała do konkluzji. A w inny czas znowu ulatywała bądź ku strasznościom Syberii, bądź ku urokom dawnego Lwowa. Prowadzone przez panią Orłowską lekcje naprawdę nie były konwencjonalne.

I nie był też konwencjonalny jej stosunek do uczniów. Nie rozpoznawała nas i nie identyfikowała, mylili jej się wszyscy, nie była w stanie konsekwentnie oceniać i stawiać stopni. Kiedyś usłyszałem od niej komplement, że jestem „matematyczna głowa”, a ja doskonale zdawałem sobie sprawę, że nic nie wiem i niczego nie rozumiem, więcej, że nic mnie to wszystko nie obchodzi, bo naprawdę interesuje mnie zupełnie co innego. Najprawdopodobniej wzięła mnie za któregoś z bardziej pojętnych kolegów. Z dwu klasówek w pierwszym półroczu dostałem dwójki. Oceny te były zapewne słuszne i sprawiedliwe, choć nie mogę wykluczyć, że i tym razem zaszła pomyłka, bo należała mi się choćby trójka z minusem. O tych fatalnych dwójkach w domu nie powiedziałem – i okazało się, że dobrze zrobiłem, bo na pierwszy okres pani Orłowska wystawiła mi czwórkę; w ten sposób uniknąłem rodzicielskich wymówek, że do nauki się nie przykładam, robię nie to, co należy, i w ogóle leń ze mnie i nicpoń. Choć marny matematyk, od razu pojąłem, co zaszło. Z dwu stopni z klasówek pani Orłowska nie wyciągnęła średniej, tylko po prostu je dodała. I w ten sposób raz jeszcze potwierdziła niezbitą prawdę, że dwa plus dwa równa się cztery, choć to właśnie wtedy na prawach rewolucyjnej retoryki głoszono, że kiedy buduje się socjalizm, to dwa plus dwa równać się może pięć, a nawet – osiem. Zadowolony byłem z takiego toku rzeczy, choć świtała w mojej głowie myśl, że ta zabawa źle się skończy. Może nie dla mnie, skoro już wtedy byłem pewien, że zajmę się na studiach i w dorosłym życiu tym, co z matematyką nie będzie miało nic wspólnego, ale dla moich kolegów, w większości wybierali się przecież na politechnikę, a jeśli nie na politechnikę, to na takie wydziały, które też wymagały solidnych podstaw z dziedziny nazywanej niekiedy królową nauk.

Dobrnęliśmy jakoś do końca roku szkolnego, minęły wakacje, zaczął się rok nowy. Nie pamiętam, czy pierwszego dnia nauki pięknie umyte i wypastowane podłogi wyłożone były gazetami; jeśli tak, to nikt nimi się nie interesował, mimo że zdjęć dostojników w nich nie brakowało, a ogólna sytuacja w kraju nie tylko że się nie polepszyła, ale jeszcze zaostrzyła. Pani Helena Orłowska już do szkoły nie przyszła. Jej miejsce zajęła inna pani od matematyki, sporo od niej starsza, zapewne przywołana z emerytury do ponownej nauczycielskiej służby. Od razu zdobyła sobie autorytet, a nawet sympatię uczniów, choć była wymagająca i nam nie pobłażała.

A jak potoczyły się dalsze losy pani Orłowskiej, nie wiem. Nie widywało się jej na ulicach, dojeżdżała do pracy w naszej szkole z jednego z sąsiednich miasteczek. Zapewne została rencistką i – mam nadzieję – do końca zmysłów nie postradała. Przestano o niej mówić, tak jakby nigdy w szkole jej nie było. Nauczyciele jej nie wspominali – w każdym razie w kontaktach z uczniami, bo nie mogę wiedzieć, co mówili między sobą. Była dla nich wspomnieniem przykrym, być może sądzili, że obniżała swoim postępowaniem powagę zawodu. Ale – co ciekawe – także uczniowie do niej nie powracali, nie wspominali jej lekcji jako wydarzeń ciekawych czy zabawnych. Być może pragnęliśmy, by jednak nauczyciel był osobą serio i z autorytetem, a pani Orłowska, choć czasem opowiadała o strasznych doświadczeniach, oczekiwań tych nie spełniała. I znikła nie tylko ze szkolnych klas i korytarzy, znikła z naszej sfery postrzegania, z naszego horyzontu, została zapomniana. Dopiero ja – po kilku dziesięcioleciach – wyciągam ją z królestwa niepamięci.

.

Czyn urodzinowy

To wtedy chyba właśnie „czyn” w tym osobliwym użyciu zagnieździł się w języku oficjalnym i rozpowszechnił, nic przeto dziwnego, że znaczenie to zaledwie kilkanaście lat później odnotowane zostało w monumentalnym dykcjonarzu. Trudno było nie wiedzieć, do jakiej sfery rzeczywistości odnosiły się takie formuły, jak „podjąć czyn…”, „odpowiedzieć czynem produkcyjnym na apel…”, „uczcić czynem…”, a zlepki słowne w rodzaju „czynu pierwszomajowego” lub „czynu lipcowego” stały się powszechnie zrozumiałe. Najgorliwsi podejmowali czyny indywidualne, takich jednakże było raczej niewielu. Decydowali się na to głównie przodownicy pracy, o których pisano na pierwszych stronach gazet, a pryszczaci poeci poświęcali im równie patetyczne, co nieporadne strofy, ale też ci, którzy chcieli się z jakichś powodów wyróżnić, bo to była dobra metoda, by zostać przez władze zauważonym – i pochwalonym. Czyny stanowiły jednak przede wszystkim domenę zbiorowości, takich czy innych, w istocie wszelkich, nie tylko fabrycznych, również biurowych i szkolnych. Nie zastanawiałem się w tamtym czasie, czy owe tak sławione czyny, do których wzywano z najróżniejszych okazji, bo stały się niezbywalnym składnikiem rytuału, to forma wymuszania darmowej pracy, ze swej istoty niemal niewolniczej, bo podejmowanej nie z własnej inicjatywy i niezakończonej choćby groszową zapłatą, czy też jest to forma mobilizowania, by obywatele – choćby pod przymusem i w postaci jedynie symbolicznej – nieustannie służyli reżimowi, by zobowiązywali się do działań także z okazji, które budzą ich niechęć, a w wielu przypadkach – nawet obrzydzenie, by nie dane im było zapomnieć, że władza ma do nich prawo – i może im kazać, co jej się żywnie podoba, i to wtedy również, gdy z pozoru chodzi o postanowienia wynikające z własnej nieprzymuszonej woli. Gra toczyła się zatem o wymierne korzyści materialne, czy też o wprowadzenie społeczeństwa w ciągły, motywowany ideologicznie ruch, a więc o nieustanną mobilizację? Myślę, że skromna historia, jaką opowiem, pozwoli w jakiejś mierze odpowiedzieć na to pytanie.

Tego roku na przełomie jesieni i zimy rozbiła się nad Polską Ludową, tak zresztą jak nad wszystkimi krajami należącymi do obozu pokoju i socjalizmu, bania z czynami. Podejmowali je górnicy i hutnicy, ale też krawcy i wytwórcy wiklinowych koszy, zrzeszeni w odpowiedniej spółdzielni, podejmowały aktywistki zjednoczone w Lidze Kobiet, ale i milicjanci nie pozostawali gorsi, podejmowali partyjni i bezpartyjni, starzy i młodzi, w istocie gotowość do wykonywania czynu winien przejawiać każdy, kto ma ręce i nogi. A jakiś znakomity rolnik, być może kandydat do roli polskiego Miczurina, zadeklarował, że specjalnie – właśnie w czynie – wyhodował był nową odmianę buraka cukrowego, dużo lepszą od odmian tradycyjnych – i że zrobił to, czyli uczynił, z myślą o wielkim jubilacie, któremu pragnie swoje buraczane dzieło poświęcić. Także i nasza klasa zobowiązać się musiała do czynu, oczywiście krojonego na tę skromną miarę, jaka dla nas była dostępna, bo przecież nawet marzyć nie mogliśmy o ulepszaniu buraka, z którego wytwory skutecznie osładzałyby ludowi kroczenie na drodze do socjalizmu, by nie wspominać nawet o wydobyciu dodatkowej tony węgla, dzięki której my się mrozów nie boimy, choć idzie zima zła.

Czynu naszego wiekopomnego dokonać mieliśmy po lekcjach, z tego tak doniosłego powodu chyba nieco skróconych, na dwa, a może trzy dni przed świętem największego człowieka naszych czasów, ozdoby rodu ludzkiego. Mieliśmy wykopać dół nieopodal kolejki elektrycznej, łączącej Miasteczko ze stolicą. Nie pamiętam, czy uświadomiono nas, czemu dół ów miałby służyć, niechybnie jednak to zrobiono, hołdownicze czyny musiały przecież mieć również wymiar praktyczny, bo wódz dbał o to, by poświęcone wielkim celom działania dawały konkretne wyniki, a wraz z nimi lepsze i weselsze stawało się nasze życie – i cieszył się z każdego osiągnięcia, z wszystkiego, co zrobiono dla pokoju i socjalizmu, a przede wszystkim dla ludzkości, której przewodzi, bo ją swym dobrym i szlachetnym sercem po prostu ukochał. Cieszyłby się zatem i z tego, co zdziałali licealiści ze skromnej prowincjonalnej szkoły średniej, jeśliby tylko wiadomość o naszym wysiłku do niego doszła. A przecież dotrze – nawet nie dlatego, że wódz odznacza się cechami zbliżającymi go do Boga – z tej racji, że w urodzinowych przesłaniach, sprawozdaniach i meldunkach uwzględniona zostanie także nasza praca, wliczone zostanie to, co zrobiliśmy w akcie hołdu wypływającego z najgłębszych potrzeb duszy. Mieliśmy żywić przekonanie, że nasza praca nie jest formą pańszczyzny, ale odznacza się sensem oczywistym.

Dano nam kilka łopat i jeszcze może jakieś inne prymitywne narzędzia, ułatwiające dobranie się do ziemi, która nie była wprawdzie w pełni zamarznięta, bo w grudniowe dni tego roku wielkie mrozy jeszcze nie nadeszły, była już jednak niewątpliwie ściśnięta i twarda. Wyruszyliśmy przeto, by wkrótce znaleźć się na wyznaczonym miejscu, droga zajęła nam czasu niewiele, bo znajdowało się ono w pobliżu ulicy Lipowej, przy której mieściła się nasza szkoła. Wyruszyliśmy bez entuzjazmu, tak jakby już u samego początku ogarnęło nas niedające nad sobą zapanować lenistwo, lenistwo zaś to – myśl tę napotkałem w czytanym już w dorosłej epoce mojego życia Dzienniku Jules’a Renarda – zmęczenie przed wysiłkiem. A więc chociaż mieliśmy wykonać czyn, wielkiej ochoty do czynu w nas nie było. Przejawiali ją jedynie koledzy będący aktywistami, ale nie miałbym pewności, czy nie była ona udawana. Musieli tak się zachowywać, bo ich zadaniem było nie tylko pilnowanie i dozorowanie, ale także – świecenie przykładem. To oni, zawsze ideologicznie uświadomieni, reprezentujący młodzież przodującą i najbardziej postępową, stanowić mieli wzór.

Zabierając się do pracy, winniśmy mieć nieustannie przed oczyma wodza, którego za jej sprawą czcimy. A o to trudno nie było, raczej przeciwnie, na opór materii natrafiałby ten, kto próbowałby o nim zapomnieć. Był wszędzie, spoglądał na nas ze wszystkich stron, a gdyby było to technicznie możliwe, jego portrety przypinano by agrafkami lub przyklejano do ciężkich ołowianych chmur, jakie o tej porze roku wiszą nad naszą częścią Europy, by patrzył na nas również z nieba, w tym przypadku zresztą nader ponurego. Bo to nie była tylko sprawa szkolnej akademii czy innych tego rodzaju rytuałów. Oddawano mu cześć boską od lat, ale w te dni jubileuszowe z jeszcze większą intensywnością niż zwykle. Dostępny nam świat obracał się wokół jego osoby, to ona znalazła się w najbardziej eksponowanym punkcie universum. Jego portrety umieszczano wszędzie, nie tylko w prasie i na ścianach urzędów, szkół, fabryk, ale także w witrynach zieleniaków między pietruszką i burakami (niewątpliwie zwykłymi, nie tymi, które dzielnemu polskiemu agronomowi udało się ulepszyć na jego cześć), w sklepach z damską bielizną, między biustonoszami i majtkami, jak również wśród garnków, pieczywa czy na coraz bardziej pustych wystawach sklepów mięsnych. Od widoku wąsatej gęby nie było w owym czasie ucieczki. Ale też i od pochwał wierszem i prozą; choćby poeta w tamte lata niezmiernie popularny, a przez niektórych uważany za wybitnego czy wręcz wielkiego, tak sławił generalissimusa:

Stalin pokój niesie światu,

Stalin – wolność, Stalin – radość,

Stalin – wódz proletariatu,

Jemu sława!

Wówczas, gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie torów i przystępowaliśmy do dzieła, mieliśmy go nie tylko przed oczyma, ale także – by tak powiedzieć – w uszach. Hymny na jego cześć rozbrzmiewały z radia, a dopełniały je wojenne pieśni, między innymi ta, w której powtarzały się słowa: „artilieristy kotorim Stalin dał prikaz”. Przejawów czci było dużo, ale łopat – jak szybko się okazało – za mało, wykonywać zatem musimy swój czyn na zmianę, a nie – wszyscy równocześnie. Postanowiono, że do roboty zabiorą się chłopcy, dziewczęta zaś będą nam towarzyszyć. Niektóre symbolicznie wzięły do ręki nasze jakże nowoczesne narzędzia, dotknęły nimi ziemi – i pozostały bezczynne. Ktoś przytomnie zdecydował, że stanie na zimnie i bierne przyglądanie się temu, jak pracują inni, do czynu już nie należy, nie stanowi też właściwej formy uczczenia tego, któremu wyrazy hołdu i uwielbień składają wszyscy ludzie postępu jak ziemia długa i szeroka, pozwolono im więc rozejść się do domów. Wśród koleżanek raczej niewiele było gorliwych adoratorek największego wodza w dziejach ludzkości, który niebawem objawić się miał światu również jako genialny językoznawca, toteż niewątpliwie ucieszyły się z takiego obrotu rzeczy. To myśmy zostali, by kopać ziemię: Mirek i Marek, Wojtek i Sławek, Franek i Janek, i kilku innych jeszcze…

Nie zastanawiałem się wówczas nad tym, ale dzisiaj jestem świadom, że w tym samym dniu, o tej samej porze, w podobnej sytuacji jak nasza klasa znajdowały się nieprzebrane rzesze osób, nie tylko rówieśników zaganianych do czynów, bo każda szkoła musiała się przecież czymś wykazać, także starszych – robotników i urzędników, gajowych i traktorzystów, chłopów z tworzących się właśnie spółdzielni produkcyjnych i pracowników uspołecznionego handlu, lekarzy i wojskowych, a także artystów… Albowiem cały naród tego wodza chwali, który równych sobie nie ma. Być może właśnie w tym czasie, kiedy my machaliśmy łopatami, wyruszał z Warszawy do Moskwy pociąg wiozący urodzinowe podarki od ludu polskiego. Lokomotywę zdobił ogromny portret, na wagonach wypisane były sentencje i hasła pełne uwielbienia, nikt nie miał prawa żywić wątpliwości, co to za pociąg, nikt też, kto znajdował się w pobliżu jego trasy, nie miał prawa go nie dostrzec. A co za wspaniałości w nim się znajdowały! Prawdziwe dary serca, makatki, kryształy, rzeźby w węglu i inne, niedające się zliczyć przedmioty, dzieła rąk polskiego robotnika, chłopa i pracującego inteligenta, trudno nie wspominać o kilkuset tysiącach listów z życzeniami i homagiami – od starych i młodych, wykształconych i prostych, a także dzieci, które do ludu pracującego miast i wsi jeszcze nie należą, bo dopiero rozpoczynają edukację, ale już wiedzą, kto jest ich wielkim przyjacielem i opiekunem. Jedenaście wagonów hołdowniczej masy; rytmiczny stukot ich kół miał się upodobniać do skandowania: Stalin… Stalin… Ale myśmy tego monumentalnego pociągu nie widzieli i nie słyszeli, w naszym zasięgu znajdowała się jedynie podmiejska kolejka, złożona z dwu niewielkich wagoników wypełnionych po brzegi. Przejeżdżała od czasu do czasu i nie budziła zainteresowania, należała do naszej codzienności.

Zdziałaliśmy niewiele, ale zapadająca wcześnie grudniowa noc nie pozwalała kontynuować dzieła. Pozostawiliśmy po sobie nieforemny dół, w istocie nie troszcząc się zbytnio o to, czemu on służyć będzie, wystarczyło, że stanowić miał formę urodzinowego hołdu i nasz dar złożony u stóp ojca narodów. Ucieszyłem się, że to już koniec… Ulegałem wtedy, między piętnastym a osiemnastym rokiem życia, uwodzicielskim czarom komunistycznej ideologii, nie lubiłem jednak tego rodzaju akcji, trudno mi było z różnych powodów włączyć się w zbiorowość i z nią współodczuwać, trudno mi było wykrzesać z siebie entuzjazm, którego oczekiwano od wszystkich, a udawać go nie potrafiłem, w istocie zaś – nie chciałem. Tego rodzaju obrzędy wywoływały we mnie niechęć, skłaniały do dystansu i kazały myśleć o zwykłym, pozbawionym głębszego sensu marnotrawieniu czasu; nie byłem, wieczny wyobcowaniec, zdolny do uczestniczenia w zbiorowych emocjach – w zasadzie wszystko jedno czy autentycznych, czy też sztucznie wywoływanych.

Ale ten okres jubileuszowy zaznaczył się czymś jeszcze, przekonałem się, że umiem dostrzec śmieszność czy groteskowość tego, co się dzieje. Stało się to nie w czasie owego osobliwego czynu, o jakim tu opowiadam, ale trochę później, w dniu obrzędowej kulminacji, w którym przypadały właściwe urodziny. Tego dnia w jednym z ilustrowanych dodatków ukazała się na rozkładówce reprodukcja niezwykłego radzieckiego obrazu: był to syntetyczny widok pierwszej ojczyzny robotników i chłopów, przedstawiający najróżniejsze elementy, wysławiane przez ówczesną propagandę, a zamiast słońca – figurowała dostojna i uśmiechnięta postać Józefa Wissarionowicza Stalina z płaszczem przewieszonym przez ramię. Pamiętam z najwcześniejszego dzieciństwa, że przed wojną produkowano pastę do podłóg, która nazywała się – przyznać trzeba, że w polszczyźnie raczej osobliwej – „jaśniej słońca”. A teraz „jaśniej słońca” świecił wódz, którego zresztą w patetycznych wyliczankach, układających się w swoiste litanie, nazywano słońcem naszej epoki. Być może usłużny sowiecki pacykarz świadomie uplastycznił panegiryczną metaforę, bardziej prawdopodobne jednak, że to zdumiewające ujęcie wynikało ze swoistej hołdowniczej dialektyki i z orientalnych tradycji. Stalin rozjaśniał swoją osobą kraj, w którym wszystko przebiegało zgodnie z jego myślą i wolą, a słupy elektryczne, kombajny i dymy unoszące się z fabrycznych kominów świadczyły, że rozkwita. Tej rozbudowanej alegorii nie można było nie zauważyć i nie zapamiętać, przy niej plakaty z portretami wodza, umieszczone wśród pęczków włoszczyzny bądź damskich desusów, naprawdę były przykładem powściągliwości i umiarkowania.

Tuż po dniu kulminacyjnym, w którym – jak napisano w jednej z gazet – „ludzkość złożyła hołd generalissimusowi Stalinowi”, rozpoczynały się ferie świąteczne. Dobra to była okazja, by zapomnieć o cyklu obrzędowym, w jakim musieliśmy uczestniczyć, choć nie wykluczam, że inicjatorzy i organizatorzy tego niezwykłego homagialnego przedsięwzięcia chcieli w jakiś sposób spowodować, by urodziny tyrana i Boże Narodzenie znalazły się w społecznej świadomości na jednej płaszczyźnie, obok siebie. Przypuszczenie to jest tym bardziej uzasadnione, że te formy kultu, jakie przywołano, zarezerwowane były, jeśli nie liczyć kilku wyjątków z dawnej historii, dla bogów. Zapomnieliśmy w naszej klasie o czynie, który musieliśmy podjąć (czy raczej za nas go podjęto), ostatecznie był to epizod krótki i niewiele znaczący. Pewnie zapomnieli także inni – i nie pytali choćby o to, co się stało z urodzinowymi darami, które zajęły aż jedenaście towarowych wagonów, gdzie są przechowywane i czy wszystkie utrzymują się w dobrym stanie, bo wśród prezentów znalazły się rzeczy niewątpliwie mniej od spiżu trwałe, jak owe buraki, które dla uczczenia wodza wyhodował przodujący rolnik. I choć naszym czynem już nie zaprzątałem sobie głowy i nie interesowałem się tym, co się dzieje z dziełem, powstałym w jego wyniku, z zaciekawieniem wysłuchałem nowiny przyniesionej przez jednego z kolegów pod koniec roku szkolnego: dół, którym nasza klasa uczciła siedemdziesiąte urodziny Józefa Wissarionowicza Stalina, został zasypany. Może jacyś inni uczniowie dokonali tego wiekopomnego dzieła w ramach czynu pierwszomajowego?

.

Pochód żałobny – 9 marca 1953

Tego dnia moje zajęcia na uniwersytecie zaczynały się kwadrans po ósmej, a więc wstać musiałem wcześnie, by zdążyć. Dojście do stacji, jazda pociągiem, a potem bieg z dworca na Krakowskie Przedmieście zajmowały mi ponad godzinę. Otworzyłem radio przed szóstą, usłyszałem marsza żałobnego z Eroiki – i już byłem świadom, co się stało. Marsz powiedział mi wszystko i kiedy myślę o tym, czy muzyka może cokolwiek komunikować, przywołuję właśnie ten przykład. Oczywiście, gdyby ta część symfonii nazywała się inaczej i gdybym nie znał podawanych od dwóch czy trzech dni komunikatów, niczego konkretnego bym się nie dowiedział. A w tej sytuacji wątpliwości nie miałem. Umarł.

Wieść nie tylko mnie nie zaskoczyła, ale nawet nie zdziwiła. Znałem już nieźle obowiązujące obyczaje, byłem zatem pewien, że skoro oznajmiono, iż zapadł na ciężką chorobę, to albo w najbliższych dniach umrze, albo już nie żyje, tylko że z jakichś powodów jeszcze się o tym publicznie nie mówi. A mogło ich być wiele, w tym także troska o to, by ludzi nie zaskakiwać – i nie wywoływać gwałtownych reakcji. Do tej pory mówiono o nim tak, jakby nawet elementarne atrybuty ludzkiej kondycji jego osoby nie obejmowały. We wszystkim, co raczył powiedzieć, miał być nieomylny, zmieniał przyrodę, dysponował darem odkrywania praw historii i przewidywania przyszłości. To prawda, o jego nieśmiertelności nie mówiono jawnie, jednakże z tego wszystkiego, co głoszono, wynikało niezbicie, że choroba i śmierć nie jest po prostu przewidywana, zyskał status boski – i będzie w nim trwać. Mówienie o jego odejściu byłoby czymś więcej niż ideologicznym błędem, głupotą polityczną, nawet czymś więcej niż zbrodnią stanu, byłoby świętokradztwem, bogobójczym atakiem na to, co stanowi o sensie i porządku świata. I nagle okazało się, że kończy się – nieskończony. Przedtem nie wolno było nawet wspominać, że on kiedyś umrze; odkąd ogłoszono komunikat o chorobie, trzeba było nie tylko objawiać zainteresowanie, należało demonstrować ból i współczucie, jakże inaczej, skoro kona ojczulek narodów, któremu zawdzięczasz wszystko, bo jest nie tylko wodzem całej postępowej ludzkości, ale także opiekunem spolegliwym.

Szaleństwo zaczęło się od pierwszej informacji. Nie tylko z tej przyczyny, że dla tego lub owego był to szok, także z tej racji, że wszystko, co się z chorobą wodza nie łączyło, nagle okazało się nieważne i błahe. Prawda, wykładów nie zawieszono. Ale je przerywano, by podawać najświeższe wiadomości. Jednego z kolegów wydelegowano do radiowęzła, by słuchał komunikatów i raportował, jak się rzeczy mają. Zdyszany, przybiegał co pół godziny i powiadamiał, że według najnowszego lekarskiego oświadczenia stan towarzysza Stalina jest ciężki i budzi obawy. Nie tylko mnie nasunęła się analogia z posłańcem w tragedii greckiej. Nie całkiem zdawałem sobie wówczas sprawę, jaka jest to tragedia, choć miałem już przeczucie, że podszyta fałszem i groteską. Nie jest bowiem prawdą, że wiadomość o chorobie potwora, a potem o jego śmierci przyjęto jednoznacznie z ulgą i z radością. Podobno w ten sposób zareagowano w więzieniach i w łagrach, ale na wolności nawet w środowiskach niechętnych komunizmowi zachowywano się bardziej powściągliwie. Dyktator był elementem stabilizacji, reprezentował to, co znane, a kto mógł zaręczyć, że po nim panowania nie zdobędzie tyran jeszcze gorszy, jeszcze bardziej bezwzględny i okrutny (jakby to było możliwe!), kto mógł zagwarantować, że nie wybuchnie nowa wojna światowa. Nie był to czas rzeczywistej żałoby, ale też nie był to czas spontanicznej radości i nadziei.

To można powiedzieć o tych dniach bez obawy, że popadnie się w przesadę: były okresem wielkiego udawania. Momentalnie powstał swoisty terror powagi, czy chciałeś, czy nie chciałeś, musiałeś być do głębi przejęty, nie wolno ci było się uśmiechnąć, wszystko, co wchodziłoby w konflikt z narzuconym sposobem zachowania, z tą atmosferą żalu i niczym niezakłóconego serio, traktowane byłoby jako objaw politycznej, ideowej, klasowej wrogości – i surowo potępione. Musiałeś sobie przypiąć gębę powagi, a od rana, w którym na cały kraj rozbrzmiał z radia Marcia funebre z Eroiki, maskę żałobnika. To tego właśnie dnia na uniwersytecie przerwano zajęcia i kazano studentom i pracownikom wyjść na dziedziniec, by uczcić zmarłego wodza – ciszą. Celowo nie piszę „minutą ciszy”, bo to na pewno nie była minuta, ale dużo więcej. Staliśmy w milczeniu, na zimnie, czas dłużył się niesamowicie, powstała sytuacja nie do zniesienia. Jeden z moich najbliższych kolegów, stojący nieopodal mnie, nie wytrzymał i w pewnym momencie wybuchnął głośnym nerwowym śmiechem. Inny, słynący z hipokryzji neofita komunizmu, powiedział mu karcącym tonem: ty zawsze musisz się tak zachować.

W ciągu dni dzielących śmierć od pogrzebu trzeba było wejść w rytuał żałobny, nie tylko śmiech, ale i wszelki luz był wykluczony. Nie wolno było zapomnieć ani na moment, że zmarł ten, kto przypisał sobie pozycję Boga – i znalazł miliony chętnych, którzy go w tym utwierdzali. Najgłębiej utkwił mi w pamięci dzień pogrzebu. Zorganizowano wówczas w Warszawie ogromny pochód, w którym musieli uczestniczyć także studenci. Było oczywiste, że potrwa wiele godzin, to myśmy mieli go zamykać. Kazano nam zebrać się na uniwersytecie bodaj o drugiej. Przed południem odbywały się zajęcia, a więc mieliśmy ze sobą teczki, książki, notatki. Na uroczysty pochód żałobny nie chodzi się z bagażem, kazano nam zostawić wszystko, torba czy teczka byłaby oznaką braku szacunku, odbierałaby powagę. A miała to być rzeczywiście uroczystość żałobna, choć właściwy pogrzeb odbywał się w Moskwie.

Wspominam o zostawianiu teczek, bo w pamięci mojej zapisała się pewna awantura. Jeden z moich kolegów, sporo ode mnie starszy, łączył studia z pracą w jakimś biurze. To on właśnie się uparł, że teczki na uniwersytecie nie zostawi, bo ma w niej papiery wagi państwowej i jest za nie odpowiedzialny. Ideę czujności doprowadzono wówczas do absurdalnego apogeum, ale argumentów tego rodzaju nie wysłuchano. Kiedy perswazja nie pomogła, teczkę siłą wyrwano i rzucono na stos, doszło do przepychanki między jej właścicielem a zetempowskimi aktywistami, których zadaniem było pilnowanie, by wszystko przebiegało zgodnie z planem – i z rygorystycznymi regułami. Musiał się im podporządkować, grożono mu surowymi karami (udział w pochodzie był, rzecz jasna, bezwzględnie obowiązkowy). Wspominam o tym incydencie, bo już w nim objawił się żywioł niepowagi, który potem dawał o sobie znać wielokrotnie. Chyba nie tylko ja patrzyłem na tę przepychankę z moim kolegą biuralistą jako na wydarzenie groteskowe.

W końcu wyruszyliśmy, było nas ogromnie dużo, żałobnie maszerował cały uniwersytet. Nie pamiętam, jaką dokładnie trasę nam wyznaczono, najpierw szliśmy bocznymi ulicami, by się zbliżyć do miejsca, w którym mieliśmy włączyć się w główny nurt pochodu sunącego Marszałkowską. Jak zwykle w takich przypadkach, więcej było postojów niż chodzenia. Zatrzymywaliśmy się nieustannie. Z początku wszystko działo się w pełnej powadze, żałobne maski jeszcze się nie odkleiły od naszych twarzy. W powadze i powoli. Nie wiem, ile czasu to trwało, w moim ówczesnym odczuciu bardzo długo. Czas ciągnął się wręcz nieprawdopodobnie, ciągnął i ciążył, po prostu mnie przygniatał. Przyjmowałem go jako coś szczególnie przykrego i nienaturalnego, tym bardziej że nadzwyczajna sytuacja z konieczności określała zachowania, trzeba było je kontrolować, zakazany był każdy swobodniejszy gest. Trwało to godzinami. I nie był to tylko ów czas subiektywny, mierzony kryteriami wewnętrznymi, odpowiadał czasowi wskazywanemu przez zegary. Kiedy zbliżaliśmy się do głównej trasy pochodu, gdzieś w okolicach placu, który od kilku lat nosił imię Feliksa Dzierżyńskiego, zrobiło się ciemno.

I przez ten czas trudny do zniesienia coś się w naszym studenckim kondukcie zaczęło dziać. Ta cisza, w której wyszliśmy z bram uniwersytetu, cisza, mająca świadczyć o doniosłości chwili i naszym nieutulonym żalu z powodu zgonu ukochanego wodza i wypróbowanego przyjaciela narodu polskiego, nie dała się dłużej utrzymać. Zaczęły się rozmowy, zwykłe ciche rozmowy na banalne tematy, najpierw rozmawiali ze sobą – co naturalne – ci, którzy szli koło siebie, wkrótce jednak komunikowali się koledzy, znajdujący się od siebie daleko, a więc głosy z konieczności się podnosiły, potem jedni przekrzykiwali drugich. Również uporządkowany szyk, w jakim mieliśmy demonstrować światu naszą rozpacz, po trochu się załamywał, przekształcaliśmy się w niesubordynowaną gromadę, bezkształtną i przelewającą się. Pochód tracił formę. A z naszych twarzy opadały maski, od kilku dni na siłę przytwierdzane.

W miarę jak zbliżaliśmy się do Marszałkowskiej, dyscyplina się zmniejszała, narastała zaś dziwna, trudna do opisania atmosfera, powstawał niepowtarzalny nastrój, osobliwy i absurdalnością nasycony. Sprzyjały mu okoliczności. Było już ciemno, ale przestrzeń rozświetlały silne reflektory. Nie pamiętam, czy śnieg padał już wcześniej, czy wtedy właśnie zaczął prószyć, do dzisiaj jednak mam przed oczyma duże mokre płatki dziwnie wyglądające w snopach światła. Sceneria przypominała dekoracje teatralne czy scenografię do filmowego epizodu, w którym rozegrają się jakieś niezwykłe wydarzenia, może takie jak w dreszczowcu. A trzeba pamiętać, że paradowaliśmy w mieście jeszcze nieodbudowanym, leżącym w gruzach, zniszczonym, w mieście, w którym wciąż straszyły kikuty wypalonych domów. Byliśmy do ruin przyzwyczajeni, mimo wszystko jednak współtworzyły one upiorną atmosferę, zwłaszcza gdy padał na nie potok jasności z reflektorów.

I jeszcze głośniki, bardzo silne, wręcz gigantyczne. Przy głównej trasie było ich dużo. Podawano informacje, jak czci się zmarłego generalissimusa w innych krajach, a przede wszystkim mówiono o tym, co dzieje się w Moskwie. Ale też go wspominano, cytowano złote myśli z jego dzieł, przytaczano wypowiedzi różnych znakomitości na jego temat. Głosy spikerów brzmiały uroczyście, wręcz patetycznie, miały w sobie tę irytującą sztuczność, tak nieznośną zwłaszcza wtedy, gdy czuje się w niej fałsz, tutaj zaś sama intonacja była fałszywa. A kiedy milkło słowo, rozbrzmiewała muzyka. Płaczliwa, pełna rozpaczy, nasycona emocjami – i nastrojowa. Dominowały marsze żałobne, atmosferę podgrzewały zwłaszcza melodie rosyjskie – boleściwe, śpiewne, będące często parafrazami pieśni. Łzawe i wyraziste, nie mogły nie wpadać w ucho.

Nasz studencki pochód nie poddawał się jednak tym rozdzierającym serce nastrojom, coraz bardziej żył własnym życiem, zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy zapomnieli, z jakiego powodu nas tutaj w ten marcowy wieczór spędzono i kazano uroczyście maszerować, a przede wszystkim postępowaliśmy w ten sposób, jakbyśmy przestali się bać – niepomni, że pilnuje nas ogromna masa agentów jawnych i ukrytych, że wśród nas są donosiciele – i tacy, którzy się zakontraktowali, i tacy, którzy uprawiają tę zbożną działalność z doskoku, z ideologicznego zaślepienia czy zacietrzewienia. Idąc wśród ruin, w ciemności rozświetlanej reflektorami, przy akompaniamencie żałobnych zawodzeń – słownych i muzycznych – dochodzących z głośników, przemieniliśmy się w wesoły tłum, w gromadę, która wreszcie przestała nakładać tłumik na swą młodość. Coś się stało, w czasie tych godzin uciążliwych i nielitościwie się wlokących zmienił się nasz świat. Opowiadaliśmy sobie dowcipy i anegdoty; nagle, zupełnie niespodziewanie, ni z tego, ni z owego, stało się całkiem przyjemnie. Dwaj koledzy, obdarzeni wyjątkowo silnymi głosami, zaczęli współzawodniczyć w wykrzykiwaniu haseł. Powtarzali znane ówczesne slogany i wymyślali nowe („My z Bierutem, Bierut z nami, będziem walczyć z faszystami”). Ale to nie był już przejaw ideologicznej gorliwości, przeciwnie, to była parodia. Im hasła głośniej wykrzykiwano, tym więcej było śmiechu. Żałoba zamieniła się w zabawę. W ponurym entourage’u nastał karnawał.

Ów niezwykły pochód jest jednym z najwyrazistszych wspomnień z czasów mojej studenckiej młodości. Był wydarzeniem w jakiś sposób ważnym. Nie tylko dlatego, że oficjalna żałoba została odrzucona, bo była nie do zniesienia, z tej racji, że za tym odrzuceniem kryło się jakieś elementarne wyzwolenie, a więc zanegowanie świata opartego na kłamstwie i terrorze. W pewnym momencie uczestnik tego niespodziewanego karnawału stawał się ponownie sobą, odzyskiwał autentyczność. A może wtedy już odczuwaliśmy, instynktownie, bo nie mieliśmy po temu żadnych racjonalnych przesłanek, że wraz z odejściem tyrana coś się naprawdę w świecie zmienia, że nadchodzą czasy jeśli nie – dobre, to w każdym razie lepsze. Dzisiaj, kiedy patrzę na to wydarzenie z odległej perspektywy, wydaje mi się ono nasycone znaczeniami symbolicznymi.

Nie pamiętam jednak, jak pochód się rozwiązał. Kiedy miał się ku końcowi, byliśmy już z pewnością wymęczeni, przemarznięci i głodni, z pustymi żołądkami i pełnymi pęcherzami, myśleliśmy więc o jednym: jak najszybciej dostać się do domu. Przedtem jednak trzeba było odzyskać pozostawioną na uniwersytecie teczkę. Kiedy szedłem na Krakowskie Przedmieście, a potem na dworzec, było jeszcze na ulicach sporo ludzi, zamilkły już jednak głośniki i wyłączono reflektory. Ale mokry śnieg o dużych, natychmiast roztapiających się płatkach chyba jeszcze prószył. Tego dnia wróciłem do domu późno. Później niż Ojciec i moja ciotka Maria, bo studenci szli na samym końcu pochodu. Spóźniony obiad, z którym czekała na mnie Matka, zjadłem z wielką przyjemnością.

.

Agitatorzy

Już wtedy miałem poczucie, że wszystko robiono, byśmy nie mieli czasu, że celowo odbierano nam możliwość wykorzystania choćby chwili na zastanowienie, refleksję, prywatność. Same studia były przeładowane, obowiązywała bezwzględna dyscyplina, spisy lektur dano nam tak obszerne, że przy najlepszych chęciach i wzorowej pilności nie sposób było nad nimi zapanować. Ogromnie rozbudowane przedmioty ideologiczne (bo tak nazywano te, które bezpośrednio służyły indoktrynacji) też stały się pożeraczami czasu, a nie można było ich traktować na odczepnego. Wkładano nam do głowy, że są szczególnie ważne, że dadzą nam niezawodną busolę, która pozwoli poruszać się po świecie – i wiele wymagano. Ale prawdziwym przekleństwem były niezliczone zebrania, masówki, wiece, narady produkcyjne i tak zwane czyny z najróżniejszych okazji – świąt, rocznic, jakichś przygodnych, oczywiście niezmiernie doniosłych wydarzeń. Ale to jeszcze nie koniec. Wykorzystywano studentów należących do ZMP, za więc w zasadzie wszystkich, do różnych posług, czyli akcji określanych jako społeczne, a naprawdę – propagandowych. Tworzono zespoły, które jeździły na wieś agitować chłopów za kolektywizacją. O tym nie mogę opowiadać, bo szczęśliwie nigdy w takiej ekipie nie uczestniczyłem, wiem tylko, że wykonywano jakieś pieśni, recytowano dwa czy trzy rewolucyjne wiersze i trzymano mowy o tym, jak świetną rzeczą jest socjalizm i jaki dobrobyt osiągną rolnicy, gdy tylko zdecydują się na wstąpienie do spółdzielni produkcyjnej. Wyjazdy łączyły się z występami, w cenie więc były osoby uzdolnione artystycznie, umiejące śpiewać w chórze i deklamować wiersze. Organizatory wiedzieli, że talentów żadnych nie mam – i dawali mi święty spokój. Do dzisiaj jestem im za to wdzięczny.

Nie zawsze jednak tak dobrze mi się działo, od uczestnictwa w paru akcjach nie udało mi się wymigać. I jedną taką historię chciałbym opowiedzieć. Przed wyborami w roku 1952 czy – jak należałoby mówić – tak zwanymi wyborami lub pseudowyborami, wciągano studentów do robót propagandowych. Kazano nam chodzić po domach i uświadamiać, jakie znaczenie mają te wybory, jak należy głosować (wrzucać do urny kartki bez skreśleń), a także mówić, jak świetnie jest w Polsce Ludowej, jakie dobrodziejstwa ona przyniosła ludowi pracującemu miast i wsi. Akcji tej nie prowadzono raczej w centrum, posyłano studentów przede wszystkim na obrzeża miasta, czyli tam właśnie, gdzie ów lud, pracujący i niepracujący, mieszkał. Miał on wprawdzie wejść do śródmieścia, ale weszli ci przede wszystkim, którzy byli politycznie pewni i ideologicznie uświadomieni, nie pojawił się zatem szczególny po temu powód, by studenci mieli zachwalać im uroki nowego ustroju. W agitowaniu uczestniczyłem dwukrotnie. Za pierwszym razem z jednym z kolegów, ale wtedy zapewne nie wydarzyło się nic znaczącego czy charakterystycznego, bo żadne wspomnienie nie osadziło się w mojej pamięci. Prawdopodobnie wzorowo odbębniliśmy to, co nam polecono, a nasi słuchacze zachowywali się z przykładną biernością. Nie jestem w pełni świadom, w jakiej dzielnicy Warszawy wykonywaliśmy tę niezmiernie ważną robotę, ale też pewnie na Targówku, bo tę cząstkę miasta przydzielono polonistyce.

Natomiast doskonale pamiętam drugą wyprawę agitacyjną. Tym razem połączono mnie z sympatyczną koleżanką, Krystyną K., i posłano na daleką Pragę do jednego z baraków. Nie umiem osadzić tego miejsca na planie, może był to Targówek, może Kawęczyn, a może jakiś jeszcze bardziej oddalony kawałek miasta. W każdym razie zawędrowaliśmy tam, gdzie diabeł mówi dobranoc; rzecz działa się późną jesienią, ciemności kryły ziemię, nie pamiętam więc dokładnie, jak ten barak był usytuowany, wydawało mi się jednak, że stał w polu, w sporej odległości od innych zabudowań, daleko też było do przystanku tramwajowego. Pamiętam, że szliśmy drogami wiejskimi, tonącymi w błocie i z całą pewnością nieskłaniającymi do przypuszczenia, że miejsca te, przynajmniej administracyjnie, należą do stolicy europejskiego państwa. Barak był duży, drzwi z korytarza prowadziły do klitek, w których gnieździły się wielodzietne i wielopokoleniowe rodziny. To przed tymi ludźmi mieliśmy wydukać naszą agitkę. Znaleźliśmy się w świecie skrajnej biedy, takiej, która narzucała się wszystkim zmysłom. Już u samego wejścia uderzył nas charakterystyczny odór nędzy, w którym wonie podgniłej kiszonej kapusty łączyły się ze smrodem odchodów (kanalizacji oczywiście nie było), a zaduch nigdy niewietrzonych pomieszczeń narzucał się z różnych stron. Był bardzo silny, nie potrafiłem jednak wtedy i nie potrafię dzisiaj wyodrębnić jego składników, działał całym sobą, osaczał człowieka tą straszną chemią ubóstwa. Ściany zarosły grzybowymi ornamentami, układającymi się w najdziwniejsze wzory. Na suficie widoczne były zacieki, a w różnych miejscach stały kubły i miski, do których spływać miała woda z przeciekającego dachu. Wszędzie był straszny ścisk, po korytarzach biegały umorusane dzieci. Oczywiście, w całej Warszawie, jeszcze wciąż leżącej w gruzach, z mieszkaniami była straszna bieda, ale mimo wszystko to, co ujrzeliśmy w baraku, robiło wrażenie. Trudno było mieć wątpliwości, znaleźliśmy się w slumsach, slumsach krzyczących nędzą, takich, które mogłyby współzawodniczyć z opisywanymi przez nastrojonych społecznikowsko pisarzy XIX wieku. Świat, jaki ujrzał Stanisław Wokulski, gdy wybrał się na Powiśle, wydać się mógł wręcz komfortowy.

Wiedzieliśmy, że udajemy się na ubogie przedmieście, nie spodziewaliśmy się jednak, że trafimy w miejsce tak potworne. I to tu właśnie mieliśmy mówić o dobrodziejstwach, jakie przyniosła ludowi Polska, już tym razem nie pańska, ale właśnie ludowa. Nie mogliśmy się ze sobą porozumieć, by ustalić, jak zmienić scenariusz naszego gadania, ani przez chwilę nie byliśmy przecież sami, zmianę w szybkim trybie wymusiła jednak na nas sytuacja. W miarę jak przenikaliśmy w barak, ograniczaliśmy patetyczne słowa o zdobyczach społecznych Polski Ludowej, redukowaliśmy utopijne wywody o wspaniałej przyszłości, jaka niechybnie wszystkich nas czeka, pozostało nam już tylko coraz bladziej brzmiące nakłanianie, by wziąć udział w wyborach – no i informowanie, w jaki sposób należy głosować. Stawaliśmy się coraz bardziej mili, wręcz przymilni, przepraszaliśmy, że wdzieramy się w prywatny świat, przychodzimy w nieproszone odwiedziny, sprawiamy kłopot itp. Krystyna była śliczną, pełną wdzięku dziewczyną, blondynką o łagodnej urodzie, dobrze wychowaną, umiała te zdania wypowiadać w taki sposób, że sugerowały, iż przyszliśmy z normalną towarzyską wizytą. Ale co tu gadać, mieliśmy porządnego stracha, baliśmy się, że ktoś nas przegna, albo nawet pobije.

Nic takiego jednak się nie stało. Ci ludzie – na ogół natrafialiśmy na kobiety zajęte gospodarskimi zajęciami, mężczyzn mimo późnej pory było niewielu – słuchali nas ze znudzeniem, niekiedy przerywali, przepraszając, że muszą wrócić do dzieci czy takiej lub innej domowej roboty. Nie ulega wątpliwości, że traktowali nasze najście jako jeszcze jeden dopust boży, a być może tak zwaną kontrol nasłaną z ubecji bądź milicji, by sprawdzić, co też się w tym baraku dzieje. Najwyraźniej chciano nas się pozbyć jak najszybciej, ale też unikano gestów, które mogłyby nas urazić. Występowaliśmy jako wysłannicy oficjalności, tym pogrążonym w nędzy ludziom żaden nowy konflikt z władzą nie był potrzebny (zapewne mieli już niejeden). Nie mogliśmy nie zdać sobie sprawy, że po prostu nas się bano.

Spotkania