Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Fantastyka i sci-fi » Perski Podmuch

Perski Podmuch

5.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Perski Podmuch

Rok 2018. W Nowym Jorku giną irańscy studenci.

W Teheranie dochodzi do ataku odwetowego, którego celem staje się placówka dyplomatyczna. Amerykańska krew znaczy perski bruk...

Stany Zjednoczone reagują z całą mocą. Zatoka Perska i irackie bazy ponownie wypełniają się amerykańskimi wojskami.

Jednocześnie w sercu Europy rośnie ryzyko zamachu z wykorzystaniem broni jądrowej.

Czy stworzona przez Polaków jednostka specjalna okaże się bardziej skuteczna w działaniu niż agenci zachodnich państw? Czy uda się zapobiec tragedii w Europie?

Jakub Jastrzębski i Andriej Bołkoński ponownie wchodzą do gry.

Gdy Iran chyli się ku upadkowi, łeb podnosi Czerwony Smok.

Rozpoczyna się wyścig ku Teheranowi. 

Polecane książki

Co by było, gdyby się okazało, że u podstaw konfliktów w domu, w pracy, a także na świecie leży ta sama przyczyna? A co, jeśli wciąż błędnie diagnozujemy tę przyczynę? A co, jeśli w rezultacie pogłębiamy problemy, które rzekomo staramy się rozwiązywać? Każdego dnia. Nowy międzynarodowy bestseller au...
Sześćdziesiąt minut – tyle wystarczyło, żeby zniszczyć ludzką cywilizację.Tysiące lat później nastała nowa era ruchomych miast. Miasta drapieżcy na gigantycznych gąsienicach przemierzają wyludnioną Ziemię. Polują: atakują, walczą i pożerają się nawzajem.W tym świecie młody czeladnik i dziewczyna z b...
Tygodnik "Uważam Rze" był fenomenem pod każdym względem. To historia kury znoszącej złote jajka uduszonej przez swojego właściciela. Dlaczego? Mówi o tym Paweł Lisicki, twórca sukcesu "URze". To opowieść o politycznych naciskach, intrygach ludzi mediów, ostrej światopoglądowej wojnie z "Gazetą Wybor...
Bóg powiedział Mojżeszowi, że na świecie zawsze będzie trzydziestu sześciu sprawiedliwych. To oni będą nas wszystkich chronić. Bez nich ludzkość zginęłaby. Oni jednak nie wiedzą, że zostali wybrani. W różnych częściach świata śmiercią nagłą i niewytłumaczalną giną mężczyźni i kobiety. Na ich ciałach...
Laura Aldridge, Amerykanka podróżująca po Europie, uratowała życie zamożnemu Francuzowi. Guy Laroche zaprasza ją do swej luksusowej rezydencji na Lazurowym Wybrzeżu. Laura ma zaopiekować się żoną Guya, która po wypadku nie opuszcza wózka inwalidzkiego i jest pogrążona w głębokiej w depresji. Tymczas...
Jeżeli w firmie zawierane są pozorne umowy o dzieło, prędzej czy później ZUS wyda decyzję o konieczności ich oskładkowania. Większość zawieranych umów o dzieło jest bowiem w istocie umowami o świadczenie usług, do których stosuje się przepisy o zleceniu. ZUS obecnie przy każdej kontroli bardzo skrup...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jakub Pawełek

Jakub Pawełek

Perski Podmuch

© 2014 Jakub Pawełek

© 2014 WARBOOK Sp. z o.o.

Redaktor serii: Sławomir Brudny

Redakcja językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Projekt graficzny, eBook mastering:

Ilona i Dominik TrzebińscyDu Châteaux, atelier@duchateaux.pl

Ilustracja na okładce: Tomasz Tworek

ISBN 978-83-64523-19-9

Ustroń 2014

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Dzię­ku­ję To­ma­szo­wi Wnu­ko­wi za to, że dzie­lił się ze mną swo­ją me­ry­to­rycz­ną wie­dzą i jak na by­łe­go woj­sko­we­go przy­sta­ło, udzie­lał mi fa­cho­wych rad pod­czas pi­sa­nia Per­skie­go Po­dmu­chu.

Książkę dedykuję mojemu ojcu.

PrologManhattan, Nowy Jork, USA | 7 października 2018, godzina 23:48

Wszyst­ko za­czę­ło się jak naj­zwy­klej­sza knaj­pia­na bur­da pod do­wol­ną sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficz­ną. Bar­czy­sty blon­dyn w kurt­ce aka­de­mic­kiej dru­ży­ny fut­bo­lo­wej Vio­lets prze­ci­skał się w kie­run­ku tań­czą­cej na par­kie­cie zwiew­nej bru­net­ki, łu­dzą­co po­dob­nej do naj­słyn­niej­szej ar­che­olog wir­tu­al­ne­go świa­ta. Do dziew­czy­ny pod­szedł wła­śnie ja­kiś fa­cet z drin­kiem w dło­ni. Za­nim fut­bo­li­sta do­tarł do celu, roz­mo­wa mię­dzy bru­net­ką a męż­czy­zną roz­krę­ci­ła się na do­bre. Roz­wście­czo­ny i lek­ko pod­pi­ty Ame­ry­ka­nin umięś­nio­nym ra­mie­niem ode­pchnął de­li­kwen­ta ku wy­raź­ne­mu roz­cza­ro­wa­niu dziew­czy­ny. Tam­ten, oszo­ło­mio­ny, wy­pu­ścił drin­ka i omal nie wy­lą­do­wał twa­rzą na ba­rze. Po chwi­li oprzy­tom­niał i od­wró­cił się do na­past­ni­ka. Oczom blon­dy­na uka­za­ły się orien­tal­ne rysy i ciem­na, cha­rak­te­ry­stycz­na dla miesz­kań­ców Bli­skie­go Wscho­du kar­na­cja skó­ry.

– Spier­da­laj! – Krót­ki roz­kaz zo­stał wy­po­wie­dzia­ny z wy­raź­nym ame­ry­kań­skim ak­cen­tem.

– To stu­denc­ki klub, je­śli ci nie pa­su­je, mo­żesz po­szu­kać in­ne­go.

– Już stąd, kur­wa, nie wyj­dziesz… – Fut­bo­li­sta spur­pu­ro­wiał i za­mach­nął się po­tęż­nym ra­mie­niem. Irań­czyk nie mu­siał się zbyt­nio tru­dzić, żeby unik­nąć cio­su. Za­nim ten spadł na nie­go ze strasz­li­wą mocą, zdo­łał się uchy­lić. Dziew­czy­na nie mia­ła już tyle szczę­ścia. Sto­jąc za nim, nie sły­sza­ła roz­mo­wy i nie wi­dzia­ła szy­ku­ją­ce­go się do ata­ku Ame­ry­ka­ni­na. Cios tra­fił ją pro­sto w czo­ło i zwa­lił z nóg jak szma­cia­ną lal­kę. Irań­czyk na­tych­miast wmie­szał się w tłum. Tę samą tak­ty­kę przy­jął ka­pi­tan Vio­let­sów.

Po chwi­li słyn­ny stu­denc­ki klub na rogu Czwar­tej i Mer­cer za­peł­nił się po­sta­cia­mi ubra­ny­mi w ko­lo­ro­we kurt­ki. Fut­bo­li­ści prze­szli do ata­ku i roz­pę­ta­ło się praw­dzi­we pie­kło. W ruch po­szły krze­sła, bu­tel­ki i ku­fle. Raz po raz ktoś bar­dziej lub mniej za­an­ga­żo­wa­ny w bi­twę za­ta­czał się ugo­dzo­ny pię­ścią, ko­la­nem czy alu­mi­nio­wym sie­dzi­skiem. Mu­zy­ka uto­nę­ła w krzy­kach i urwa­ła się, a na uli­cę oka­la­ją­cą klub wy­le­wa­ły się masy mło­dych lu­dzi. Ochro­na nie mia­ła szans opa­no­wać sy­tu­acji. Do Irań­czy­ka do­łą­czy­ło kil­ku­na­stu jego zna­jo­mych. Część już chwy­ta­ła za te­le­fo­ny i wzy­wa­ła wspar­cie z od­da­lo­ne­go o nie­co po­nad sto me­trów aka­de­mi­ka.

Człon­ko­wie dru­ży­ny Vio­lets zwar­tą ławą prze­bi­li się przez pierz­cha­ją­cych we wszyst­kie stro­ny by­wal­ców klu­bu. Prze­chod­nie two­rzy­li co­raz więk­sze zbie­go­wi­sko, osła­nia­jąc ba­ta­lię szczel­nym kor­do­nem, i po chwi­li na Czwar­tej Uli­cy były już po­nad dwie set­ki lu­dzi.

Przy­jezd­ni nie mie­li szans w star­ciu z peł­ną dru­ży­ną fut­bo­lo­wą, uzna­li więc, że naj­le­piej bę­dzie po­łą­czyć się z resz­tą swo­ich pod aka­de­mi­kiem przy pla­cu Wa­szyng­to­na i tam przy­jąć wal­ną bi­twę. Ucie­ka­ją­cych poza Vio­let­sa­mi ści­ga­ły bły­ski fle­szy z apa­ra­tów, ta­ble­tów i smart­fo­nów. Część ga­piów, wy­po­sa­żo­na w nowy ga­dżet w po­sta­ci wir­tu­al­nych oku­la­rów, ozna­cza­ła już skrzy­żo­wa­nie jako miej­sce bi­twy i udo­stęp­nia­ła sta­tu­sy na por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych. Po­li­cji na­tu­ral­nie nikt nie za­wia­do­mił.

Na­gle z tłu­mu w kie­run­ku czmy­cha­ją­cych mię­dzy sa­mo­cho­da­mi Ara­bów po­le­cia­ła pod­pa­lo­na bu­tel­ka. Pło­ną­cy al­ko­hol roz­pry­snął się na ma­sce For­da i w mgnie­niu oka sa­mo­chód po­chło­nę­ły pło­mie­nie. Skwer za­peł­nił się wal­czą­cy­mi.

Irań­czyk, od któ­re­go za­czę­ło się całe za­mie­sza­nie, w ostat­niej chwi­li unik­nął kop­nia­ka wy­mie­rzo­ne­go przez jed­ne­go z Ame­ry­ka­nów i wy­ko­rzy­stał od­sło­nię­cie się prze­ciw­ni­ka. Po­tęż­ny cios tra­fił w pod­bró­dek i strza­skał zęby. Chło­pak za­wył z bólu i opadł na ko­la­na.

Ka­pi­tan Vio­let­sów szu­kał swo­je­go prze­ciw­ni­ka od wyj­ścia z klu­bu. Wresz­cie go do­strzegł. Irań­czyk stał pod drze­wem i ma­so­wał dłoń, a u jego stóp wił się fut­bo­li­sta w cha­rak­te­ry­stycz­nej kurt­ce. Blon­dyn pod­niósł le­żą­cą w tra­wie bu­tel­kę i roz­bił o pień drze­wa w pod­ręcz­ni­ko­we­go tu­li­pa­na. Irań­czyk za póź­no zo­rien­to­wał się, co mu gro­zi. Ostre jak brzy­twa szkło we­szło pod że­bra i prze­bi­ło skó­rę.

– Zdy­chaj, skur­wie­lu! Zdy­chaj! – Ame­ry­ka­nin dźgał na śle­po osu­wa­ją­ce się po drze­wie cia­ło.

– Po­je­ba­ło cię?! Za­bi­jesz go! Opa­nuj się! – Do ka­pi­ta­na pod­biegł ko­le­ga i zła­pał za­krwa­wio­ną rękę szy­ku­ją­cą się do ko­lej­ne­go pchnię­cia.

– Za­bi­ję! Niech zdy­cha, sam się pro­sił! – W oczach blon­dy­na była czy­sta nie­na­wiść.

– Zo­staw to i chodź stąd, prze­cież cię, kur­wa, wsa­dzą! Od­je­ba­ło ci do resz­ty?!

– Wszyst­kich ich za­pier­do­lę… Sły­szy­cie mnie?! Za­je­bię was jed­ne­go po dru­gim! – Ame­ry­ka­nin rzu­cał się jak sza­le­niec.

Irań­czyk od­dy­chał co­raz pły­cej, de­spe­rac­ko szu­ka­jąc spo­so­bu na od­da­le­nie nie­unik­nio­ne­go. Na próż­no, z każ­dym ru­chem z cia­ła ula­ty­wa­ło ży­cie. Jego oczy za­czę­ły sza­rzeć, a źre­ni­ce po­wo­li się roz­sze­rza­ły. Zo­ba­czył ośle­pia­ją­cą ja­sność, któ­ra po chwi­li zga­sła, jak­by urwa­ła się ta­śma fil­mo­wa.

***

Bi­ja­ty­ka trwa­ła jesz­cze przez kil­ka mi­nut, jed­nak sy­re­ny zbli­ża­ją­cych się ra­dio­wo­zów sta­wa­ły się co­raz gło­śniej­sze. Pło­nę­ły już dwa sa­mo­cho­dy, kil­ka­na­ście in­nych stra­ci­ło nie­mal wszyst­kie szy­by. Do stu­den­tów do­łą­cza­li za­nie­po­ko­je­ni miesz­kań­cy. Po­dob­ne eks­ce­sy były tu na po­rząd­ku dzien­nym, lecz tym ra­zem nie obe­szło się bez ofiar.

Za­le­d­wie pół­go­dzin­na bur­da do­pro­wa­dzi­ła do cał­ko­wi­te­go zde­mo­lo­wa­nia klu­bu i śmier­ci trzech stu­den­tów z kra­ju, któ­ry był solą w oku wa­szyng­toń­skiej ad­mi­ni­stra­cji. Dwu­na­stu cięż­ko po­bi­tych Irań­czy­ków tra­fi­ło do szpi­ta­la, po­dob­nie jak po­ło­wa dru­ży­ny Vio­lets. Do­wo­dzą­cy ze­spo­łem ka­pi­tan nie miał jesz­cze po­ję­cia, że wsz­czę­ta przez nie­go bur­da za­koń­czy­ła się nie tyl­ko śmier­cią trój­ki lu­dzi, ale spo­wo­do­wa­ła la­wi­nę wy­da­rzeń, któ­rych kon­se­kwen­cje prze­kro­czy­ły naj­śmiel­sze wy­obra­że­nia. ■

Rozdział IBudva, Czarnogóra | 8 paź­dzier­ni­ka 2018, godzina 09:34

Ob­raz prze­ka­zy­wa­ny z dro­na miał ide­al­ną ja­kość. Mimo że nie­wiel­ka ma­szy­na krą­ży­ła nie­mal ki­lo­metr nad da­cha­mi czar­no­gór­skie­go ku­ror­tu, Ja­strzęb­ski mógł z po­wo­dze­niem prze­czy­tać ga­ze­tę sto­ją­ce­go przy przej­ściu dla pie­szych tu­ry­sty. Na ekra­nie mo­du­łu ste­ro­wa­nia po­ja­wi­ła się ko­lum­na trzech fur­go­ne­tek. To­yo­ty skrę­ci­ły ostro, zni­ka­jąc na chwi­lę w ulicz­ce mię­dzy dwo­ma nowo wy­bu­do­wa­ny­mi ho­te­la­mi. Na­wet wów­czas sys­tem ozna­czył po­jaz­dy, któ­re przez kil­ka se­kund pul­so­wa­ły kan­cia­sty­mi kon­tu­ra­mi. Do nad­mor­skiej ar­te­rii mia­sta po­zo­sta­ło nie­speł­na dwie­ście me­trów. Stąd każ­dy miał po­je­chać w swo­ją stro­nę.

– Sześć­set me­trów do celu, Pre­iss. – Ja­strzęb­ski mi­mo­wol­nie spoj­rzał na wska­za­nia sys­te­mu. Wy­świe­tla­ny przez GPS ad­res znaj­do­wał się w bar­dzo wą­skiej uli­cy. Je­śli To­yo­ty nie po­gu­bią lu­ste­rek, bę­dzie do­brze.

– Wiem, wi­dzę… – Pre­iss zdra­dzał ty­po­wą dla sie­bie po­gar­dę dla pro­ce­dur.

– Zgło­ście się, jak wje­dzie­cie w ulicz­kę. Boł­koń­ski bę­dzie cze­kał od pół­no­cy.

***

Pierw­sza fur­go­net­ka skrę­ci­ła w lewo. Mi­nę­ła roz­dzie­la­ją­cy ale­ję pas zie­le­ni i włą­czy­ła się do ru­chu. Dru­ga To­yo­ta wę­ży­kiem ru­szy­ła na pra­wo, trze­cia po­szła w jej śla­dy. Mie­li się roz­dzie­lić do­pie­ro na na­stęp­nym skrzy­żo­wa­niu. Sznur sa­mo­cho­dów za­trzy­mał się na świa­tłach.

Boł­koń­ski od­ru­cho­wo spoj­rzał przez przy­ciem­nia­ną bocz­ną szy­bę. Po­czą­tek paź­dzier­ni­ka nie prze­szka­dzał tu­ry­stom wi­zy­to­wać naj­bar­dziej ob­le­ga­ne­go ku­ror­tu w Czar­no­gó­rze. Dziew­czę­ta eks­po­no­wa­ły swo­je wdzię­ki, co sku­tecz­nie od­wra­ca­ło uwa­gę kie­row­ców od sy­gna­li­za­cji. Ro­sja­nin uśmiech­nął się mi­mo­wol­nie. Eli­za jest w Mo­skwie, on tu­taj. Gdy­by nie au­to­mat spo­czy­wa­ją­cy mię­dzy no­ga­mi…

– Wjeż­dża­my w Vi­no­gra­di, trzy­sta me­trów do celu – za­mel­do­wał.

– Przy­ją­łem, Kasz­te­lan. Lu­ba­wa bę­dzie na po­zy­cji za sie­dem mi­nut – usły­szał od­po­wiedź Ja­strzęb­skie­go w słu­chaw­ce.

Uli­ca Vel­ji Vi­no­gra­di nie od­róż­nia­ła się ni­czym od resz­ty za­bu­do­wy Bu­dvy. Dwu­pię­tro­we ka­mie­ni­ce były po­ma­lo­wa­ne prze­waż­nie w ja­sne, pa­ste­lo­we bar­wy. Par­te­ry zaj­mo­wa­ły punk­ty ga­stro­no­micz­ne i skle­py spo­żyw­cze lub stra­ga­ny z prze­róż­ny­mi ga­tun­ka­mi owo­ców. Po­dob­nie jak każ­da inna ulicz­ka w mie­ście, Vi­no­gra­di była szczel­nie wy­peł­nio­na tłu­mem tu­ry­stów. Chod­ni­ki pę­ka­ły w szwach, a sku­te­ry wjeż­dża­ły mię­dzy pie­szych, żeby na czas do­star­czyć piz­zę lub inny to­war.

Prze­je­cha­li wła­śnie obok jed­nej z wyż­szych ka­mie­nic, ukry­tej w dru­giej li­nii za­bu­do­wy. Boł­koń­ski nie­mal przy­warł no­sem do szy­by.

– Mi­nę­li­śmy obiekt, bar­dzo dużo lu­dzi, ob­ser­wa­cja nie­moż­li­wa.

– Przy­ją­łem, Kasz­te­lan. Mamy wi­dok z ptasz­ka. Czte­ry sa­mo­cho­dy na par­kin­gu za bra­mą obiek­tu. Ana­li­za ter­micz­na nie wy­ka­za­ła od wczo­raj żad­nej ak­tyw­no­ści. We­wnątrz na­dal prze­by­wa je­de­na­ście osób. Cel znaj­du­je się praw­do­po­dob­nie na trze­cim pię­trze. Lu­ba­wa bę­dzie na miej­scu za trzy mi­nu­ty. Mir­mił od­ci­na ar­te­rię.

***

Pre­iss spoj­rzał jesz­cze raz przez lor­net­kę. Dal­mierz i wbu­do­wa­na ter­mo­wi­zja po­tra­fi­ły zdzia­łać cuda. Po­lak bez naj­mniej­szych prze­szkód mógł oce­nić od­le­głość od każ­de­go czło­wie­ka we­wnątrz ka­mie­ni­cy.

– Je­ste­śmy na po­zy­cji, Kasz­te­lan. Cze­ka­my na sy­gnał.

– Przy­ją­łem, Mi­luś. Pta­szek krą­ży nad ce­lem, wszy­scy na po­zy­cjach. Zgła­szać go­to­wość.

– Mir­mił na po­zy­cji.

– Mi­luś na po­zy­cji – sap­nął Pre­iss.

– Lu­ba­wa na po­zy­cji.

– Przy­ją­łem, za­czy­na­my. He­ge­mon, po­wta­rzam, He­ge­mon!

***

Ja­strzęb­ski ob­ser­wo­wał, jak ozna­czo­ne nie­bie­ski­mi sym­bo­la­mi po­sta­ci zbli­ża­ją się z dwóch stron do osa­mot­nio­nej ka­mie­ni­cy. Do naj­bliż­szej uli­cy mie­li stąd nie mniej niż pięć­dzie­siąt me­trów. Kil­ku prze­chod­niów pierz­chło na wi­dok uzbro­jo­nych po zęby spe­cjal­sów. Uśmiech­nął się. Ta­kie sce­ny zda­rza­ły się tyl­ko w fil­mach.

– Wy­glą­da na to, że idzie cał­kiem nie­źle. – Anna Ka­sprzak usia­dła obok i po­pra­wi­ła oku­la­ry.

– Jak za­wsze na po­cząt­ku.

– Je­ste­śmy na po­se­sji. – Głos Pre­is­sa roz­brzmiał w gło­śni­ku. Ja­strzęb­ski spoj­rzał na po­wo­li ob­ra­ca­ją­cy się ob­raz. Rze­czy­wi­ście, po­je­dyn­cze fi­gur­ki jed­na za dru­gą mi­ja­ły ogro­dze­nie. Od­dział Pre­is­sa wcho­dził do bu­dyn­ku od par­kin­gu. Tu­taj w ułam­ku se­kun­dy mo­gło się coś spie­przyć. Wy­star­czy, że któ­ryś z ope­ra­to­rów ude­rzy o lu­ster­ko sa­mo­cho­du. Gru­pa Lu­ba­wa do­wo­dzo­na przez Boł­koń­skie­go mia­ła zde­cy­do­wa­nie ła­twiej­sze za­da­nie. Czte­ry nie­bie­skie punk­ci­ki obe­szły bry­łę ka­mie­ni­cy i je­den za dru­gim usta­wi­ły się przy wej­ściu do piw­ni­cy bu­dyn­ku.

– Lu­ba­wa na po­zy­cji. Wcho­dzi­my do środ­ka.

– Przy­ją­łem, Lu­ba­wa. – Ja­strzęb­ski nie od­ry­wał wzro­ku od ekra­nu. Po­wo­li prze­su­wa­ją­cy się ko­man­do­si pro­wa­dze­ni przez Pre­is­sa wy­mi­nę­li wszyst­kie sa­mo­cho­dy. Wę­żyk czte­rech po­sta­ci przy­warł do ścia­ny.

– Mi­luś na po­zy­cji. Wcho­dzi­my do środ­ka.

– Przy­ją­łem, Mi­luś. Wi­dzi­cie od­czy­ty na pa­ne­lach? – Ja­strzęb­ski spoj­rzał na dru­gi ekran, gdzie wi­dział ob­raz z ka­mer na heł­mach po­szcze­gól­nych ope­ra­to­rów i sta­tu­sy in­dy­wi­du­al­nych pa­ne­li tak­tycz­nych. Wszyst­ko wy­glą­da­ło jak trze­ba.

– Tak, sprzęt dzia­ła bez za­rzu­tu.

– Trzech na dole. Sie­dzą w miej­scu. Żad­ne­go ru­chu na scho­dach.

– Wi­dzę, Kasz­te­lan… Nie mu­sisz mi ry­czeć do ucha.

Ja­strzęb­ski usły­szał chi­chot Boł­koń­skie­go. Ro­sja­nin na do­bre zżył się z od­dzia­łem. Mie­sią­ce spę­dzo­ne w to­wa­rzy­stwie Pre­is­sa i spe­cjal­sów zro­bi­ły swo­je. Zresz­tą ża­den z nich dwóch nie czuł się już tak nie­pew­nie jak pod­czas ak­cji w Tur­cji.

Spoj­rzał na ekran. Oba ze­spo­ły były w środ­ku, te­raz po­wo­li prze­miesz­cza­ły się do zlo­ka­li­zo­wa­ne­go w cen­trum par­te­ru sa­lo­nu. Trzy ozna­czo­ne na czer­wo­no po­sta­ci sie­dzia­ły w środ­ku. Od­dział Pre­is­sa za­trzy­mał się przy scho­dach, a sek­cja Boł­koń­skie­go sta­nę­ła przy drzwiach pro­wa­dzą­cych z piw­ni­cy do po­miesz­czeń na par­te­rze. Wę­żyk prze­mie­ścił się bli­żej sa­lo­nu i ko­man­do­si wpa­dli do po­miesz­cze­nia. Czer­wo­ne krop­ki zga­sły w ułam­ku se­kun­dy.

– Par­ter czy­sty.

– Przy­ją­łem, Lu­ba­wa. Idzie­my na pię­tro.

– Zro­zu­mia­łem.

Wy­mia­na zdań była zwię­zła. Do­kład­nie wie­dzie­li, gdzie jest ofia­ra, zna­li jej każ­dy ruch. Wy­star­czy­ło tyl­ko na­ci­snąć spust.

– Je­ste­śmy na pierw­szym pię­trze. Czte­ry cele, po dwa w róż­nych po­miesz­cze­niach.

– Wi­dzę, Mi­luś, je­den zbli­ża się w wa­szą stro­nę.

– Przy­ją­łem. – W tle roz­legł się głos ko­goś mó­wią­ce­go po serb­sku. Sło­wa za­mie­ni­ły się w rzę­że­nie, po­tem lek­ki char­kot, aż w koń­cu dźwię­ki umil­kły. – Cel wy­eli­mi­no­wa­ny.

– Zo­sta­ło trzech. – Ja­strzęb­ski nie mógł ode­rwać wzro­ku od onie­mia­łej twa­rzy naj­wy­żej trzy­dzie­sto­let­nie­go męż­czy­zny. Pre­iss bez­gło­śnie po­ło­żył zwło­ki w za­ła­ma­niu ko­ry­ta­rza.

Na­gle wszyst­ko za­czę­ło się sy­pać.

– Ruch na dru­gim pię­trze, dwóch idzie w stro­nę scho­dów. Na pierw­szym je­den prze­miesz­cza się w wa­szą stro­nę.

– Szlag! Lu­ba­wa, tu Mi­luś, trzy cele zmie­rza­ją w na­szą stro­nę.

– Przy­ją­łem, zaj­mu­je­my po­zy­cje. Zaj­mij­cie się tymi z góry. Bę­dzie­my pil­no­wać ko­ry­ta­rza.

– Przy­ją­łem.

Dwóch lu­dzi ozna­czo­nych czer­wo­ny­mi punk­ci­ka­mi scho­dzi­ło po­wo­li po scho­dach, gło­śno na­stę­pu­jąc na każ­dy sto­pień. Nie mie­li po­ję­cia o obec­no­ści ósem­ki ko­man­do­sów we­wnątrz bu­dyn­ku. Do­bry znak. Nie­mniej ich bez­gło­śne wy­eli­mi­no­wa­nie mo­gło być pro­ble­ma­tycz­ne. Trze­ci po­ja­wił się w ko­ry­ta­rzu na dru­gim pię­trze. W jego opusz­czo­nej dło­ni lśnił De­sert Eagle. Ru­szył raź­nym kro­kiem na spo­tka­nie ze scho­dzą­cy­mi z góry.

– Za­raz na sie­bie wej­dą… – Anna tyl­ko po­twier­dzi­ła nie­unik­nio­ne.

– Mó­wi­łem, że się spie­przy. – Ja­strzęb­ski za­klął pod no­sem.

Czer­wo­na krop­ka na ko­ry­ta­rzu za­mi­go­ta­ła. Ja­strzęb­ski spoj­rzał na ob­raz z ka­me­ry. Śnia­dy męż­czy­zna wal­czył z ca­łych sił, ale w star­ciu z za­pra­wio­nym w boju ko­man­do­sem nie miał naj­mniej­szych szans. W tej sa­mej chwi­li dwie krop­ki zna­la­zły się już na pół­pię­trze. Urwa­ne krzy­ki prze­pla­ta­ły głu­che puk­nię­cia wy­strza­łów. Ja­strzęb­ski do­pie­ro te­raz zo­rien­to­wał się, że sły­szy jesz­cze je­den dźwięk.

– Ktoś tra­fił w szy­bę? – rzu­ci­ła Ka­sprzak.

– Spier­da­la! Wy­sko­czył przez okno! – Od­dział Pre­is­sa wbił się do po­miesz­cze­nia na pierw­szym pię­trze jak ta­ran. Dwój­ka po­zo­sta­łych prze­ciw­ni­ków nie sta­no­wi­ła pro­ble­mu. Po­ci­ski wy­strze­lo­ne z bez­kol­bo­wych Ra­do­nów zga­si­ły krop­ki na ekra­nie Ja­strzęb­skie­go.

– Uciekł?! Za­brał ka­mi­zel­kę? – krzyk­nął Ja­strzęb­ski.

– Za­brał, ka­mi­zel­ki nie ma w bu­dyn­ku! – Pre­iss do­padł do okna i wal­nął pię­ścią we fra­mu­gę.

– Trze­cie pię­tro czy­ste, cele wy­eli­mi­no­wa­ne. Mo­że­my pod­jąć po­ścig.

– Nie, Lu­ba­wa, ewa­ku­uj­cie się. Mi­luś, do­łą­czy­cie do Lu­ba­wy i wra­ca­cie do Kasz­te­lu. Po­ści­gu po­dej­mie się Mir­mił.

– Przy­ją­łem, Kasz­te­lan. Ewa­ku­uje­my się.

– Pier­do­lę taką za­ba­wę. – Ka­me­ra Pre­is­sa od­wró­ci­ła się w stro­nę wnę­trza po­miesz­cze­nia. Po chwi­li Ja­strzęb­ski na ekra­nie wi­dział już tyl­ko zbli­ża­ją­cy się z za­wrot­ną pręd­ko­ścią ogród.

***

Pre­iss opadł mięk­ko na zie­mię i prze­tur­lał się przez bark. Spoj­rzał na in­dy­wi­du­al­ny pa­nel tak­tycz­ny przy­tro­czo­ny do przed­ra­mie­nia. Zbieg był nie­speł­na sto me­trów przed nim. Gdy­by nie cią­gła ob­ser­wa­cja z nie­ba i prze­sył da­nych, był­by zda­ny tyl­ko na wła­sne zmy­sły. Po­de­rwał się na rów­ne nogi i rzu­cił bie­giem w ulicz­kę, gdzie do­łą­czył do nie­go Boł­koń­ski.

– Chło­pa­ki wy­co­fu­ją się do bazy. Sami damy radę. – Ro­sja­nin spraw­dził swo­je­go AK-12 i po­pra­wił hełm.

– Do­sta­nie nam się po du­pach za bie­ga­nie mię­dzy cy­wi­la­mi.

– Mu­si­my od­zy­skać ka­mi­zel­kę. Mir­mił prze­tnie mu dro­gę i może go zgar­nie.

Wy­bie­gli na uli­cę Vi­no­gra­di po kil­ku se­kun­dach. Prze­ra­że­ni lu­dzie na ich wi­dok za­czę­li krzy­czeć, tłum ogar­nę­ła pa­ni­ka.

– Mir­mił! Gdzie je­ste­ście?! – w słu­chaw­kach roz­legł się głos Ja­strzęb­skie­go.

Pre­iss cu­dem unik­nął po­trą­ce­nia sta­rusz­ki, któ­ra skrę­ca­ła do­kład­nie w tę samą stro­nę co on.

– Nie­speł­na sto me­trów za ce­lem. Bie­gnie głów­ną! Kur­wa mać! Mało go nie prze­je­cha­li! Prze­biegł uli­cę, kie­ru­je się w stro­nę wy­brze­ża przez park i kom­pleks ho­te­lo­wy! Kasz­te­lan! Pro­szę o po­zwo­le­nie na kon­ty­nu­owa­nie po­ści­gu pie­szo!

– Mir­mił, tu Kasz­te­lan, ma­cie zgo­dę na po­ścig. Za­raz do­łą­czą do was Pre­iss i Boł­koń­ski. – Ja­strzęb­ski był spo­koj­ny, jak­by re­la­cjo­no­wał bieg chmur po nie­bo­skło­nie. Ro­sja­nin wie­dział, że to bar­dzo źle wró­ży.

– Przy­ją­łem, Kasz­te­lan, wi­dzi­my ich.

Ktoś szturch­nął Pre­is­sa bar­kiem, a wrzesz­czą­ca wnie­bo­gło­sy ko­bie­ta wbi­ła Boł­koń­skie­mu ło­kieć w bok. Gdy­by nie osprzęt, z pew­no­ścią po­ła­ma­ła­by mu że­bra. Przedar­cie się na dru­gą stro­nę uli­cy za­ję­ło im po­nad mi­nu­tę. Zbieg nie mar­no­wał cza­su. Dy­stans mię­dzy nimi zwięk­szył się nie­mal dwu­krot­nie.

Ja­strzęb­ski ob­ser­wo­wał wy­da­rze­nia na ekra­nie. Je­śli ktoś mógł so­bie po­ra­dzić w ta­kiej sy­tu­acji, to tyl­ko jego lu­dzie. Już miał ode­tchnąć głę­biej, gdy na­gle nie­spo­dzie­wa­ny wy­strzał w po­wie­trze spo­wo­do­wał ma­so­wy wy­buch hi­ste­rii. Za­pa­no­wał cha­os. Lu­dzie rzu­ci­li się do pa­nicz­nej uciecz­ki, prze­wra­ca­jąc stra­ga­ny i wpa­da­jąc jed­ni na dru­gich.

– Po­pier­do­li­ło cię, Boł­koń­ski?! – Ja­strzęb­ski i Pre­iss krzyk­nę­li w tej sa­mej chwi­li.

– Póź­niej!

To­yo­ta za­trzy­ma­ła się z pi­skiem opon tuż przed Pre­is­sem i Ro­sja­ni­nem. Kil­ka cen­ty­me­trów da­lej, a fur­gon roz­je­chał­by mło­dą, naj­wy­żej osiem­na­sto­let­nią blon­dyn­kę. Czwór­ka ope­ra­to­rów wy­sko­czy­ła z sa­mo­cho­du i na­tych­miast ru­szy­ła w kie­run­ku par­ku. Dron krą­żył nad nimi, nie spusz­cza­jąc z ucie­ki­nie­ra pola wi­dze­nia ka­me­ry.

Męż­czy­zna ucie­kał na po­łu­dnie, w stro­nę wy­brze­ża i przej­ścia do Be­či­ći, są­sied­nie­go ku­ror­tu od­dzie­lo­ne­go od Bu­dvy wbi­ja­ją­cym się w mo­rze kli­nem wy­so­kich skał.

Pre­iss spoj­rzał na pa­nel. Sto osiem­dzie­siąt me­trów. Mu­siał być już głę­bo­ko mię­dzy za­bu­do­wa­nia­mi. Dwu­pię­tro­we bu­dyn­ki mia­ły bie­lo­ne ścia­ny i so­czy­ście nie­bie­skie okna. Tu­taj lu­dzi było zde­cy­do­wa­nie mniej. Ra­zem z Boł­koń­skim wbiegł na te­ren kom­plek­su przez sze­ro­ką bra­mę łą­czą­cą dwa bu­dyn­ki.

– Je­ste­śmy sto pięć­dzie­siąt me­trów za nim, kie­ru­je się do przej­ścia na Be­či­ći!

– Przy­ją­łem, Pre­iss, kon­ty­nu­uj­cie po­ścig, ze­spo­ły Lu­ba­wa i Mi­luś są w ba­zie. Mel­duj­cie o wszyst­kim i pil­nuj Boł­koń­skie­go, bo mu łeb od­strze­lę.

– Zro­zu­mia­łem, Kasz­te­lan.

Od bra­my cią­gnę­ła się dłu­ga ale­ja upstrzo­na ław­ka­mi, ka­wia­ren­ka­mi i klom­ba­mi cy­pry­sów. Kom­pleks przy­po­mi­nał mi­nia­tu­ro­we mia­stecz­ko. Po­je­dyn­cze twa­rze cie­ka­wie wy­glą­da­ły zza okien­nic, po czym szyb­ko cho­wa­ły się we wnę­trzu apar­ta­men­tów.

Do­pa­dli do za­krę­tu. Sze­ścio­oso­bo­wa gru­pa po­ści­go­wa mia­ła te­raz przed sobą sto pięć­dzie­siąt me­trów pro­stej do dru­giej bra­my. Mniej wię­cej w po­ło­wie tego dy­stan­su znaj­do­wał się ucie­ki­nier.

– Je­ste­śmy tuż za nim! Skrę­cił mię­dzy bu­dyn­ki. – Nie­ustan­na ko­mu­ni­ka­cja z Ja­strzęb­skim po­zwa­la­ła nie tyl­ko na ar­chi­wi­zo­wa­nie każ­dej se­kun­dy ope­ra­cji, ale po­ma­ga­ła ko­ry­go­wać błę­dy.

– Przy­ją­łem. Kon­ty­nu­uj­cie po­ścig. Mir­mił, skrę­ci­cie w pierw­szą w pra­wo i wyj­dzie­cie na ple­cy celu.

Czwór­ka ope­ra­to­rów ru­szy­ła w bocz­ną ulicz­kę. Jak du­chy mig­nęli mię­dzy cy­pry­sa­mi i znik­nę­li za za­ło­mem. Pre­iss już miał wbiec w za­kręt, za któ­rym znik­nął zbieg, kie­dy Boł­koń­ski szarp­nął go za tył ka­mi­zel­ki tak­tycz­nej.

– Nie! Stam­tąd ma tyl­ko jed­no wyj­ście! Bie­gnie­my pro­sto! Tędy!

Ro­sja­nin miał ra­cję. Na pa­ne­lu Pre­is­sa wy­świe­tla­ła się obec­na po­zy­cja ucie­ki­nie­ra. Znaj­do­wał się trzy­dzie­ści me­trów przed nimi. Je­śli się po­spie­szą, zła­pią go w śle­pym za­uł­ku. W se­kun­dę do­pa­dli do okra­to­wa­nej bra­my pro­wa­dzą­cej na dzie­dzi­niec jed­ne­go z apar­ta­men­tow­ców.

– Tu Mir­mił, jest tuż przed wami.

– Przy­ją­łem, Mir­mił, pil­nuj­cie każ­de­go moż­li­we­go wyj­ścia, przej­mu­je­my go.

– Zro­zu­mia­łem.

Boł­koń­ski na­parł na klam­kę kra­ty. Ustą­pi­ła z ję­kiem. Obaj z Pre­is­sem wśli­znę­li się do ciem­ne­go przej­ścia. Spo­rych roz­mia­rów dzie­dzi­niec po dru­giej stro­nie był oświe­tlo­ny ja­sny­mi pro­mie­nia­mi słoń­ca, a spa­dzi­sty dach bu­dyn­ku pod­trzy­my­wa­ły mar­mu­ro­we ko­lum­ny. Cen­tral­ną część zaj­mo­wał ba­sen. Pre­iss ką­tem oka uchwy­cił ruch za ko­lum­ną po dru­giej stro­nie dzie­dziń­ca.

– Pod­daj się! Je­steś oto­czo­ny. – Wy­ce­lo­wał MSBS i po­wo­li prze­su­wał się w lewo.

– Spier­da­laj­cie!

– Pod­daj się, a nic ci się nie sta­nie. Rzuć broń. – Pre­iss już nie­mal wi­dział syl­wet­kę zbie­ga. Luź­na ko­szu­la i dłu­gie pia­sko­we spodnie. Ury­wa­ny od­dech. Nie bę­dzie ucie­kał.

– Nie wie­cie, z kim za­dzie­ra­cie! – Wy­strzał ukru­szył tynk kil­ka me­trów na pra­wo od Po­la­ka.

– Rzuć broń! Je­śli tego nie zro­bisz, otwo­rzy­my ogień! Je­steś oto­czo­ny!

Zbieg wy­sko­czył przed ko­lum­nę i wy­próż­nił cały ma­ga­zy­nek. Pre­iss in­stynk­tow­nie padł na zie­mię. Krzy­ki i wy­strza­ły prze­rwa­ło głu­che łup­nię­cie i plusk wody. Był pe­wien, że Boł­koń­ski nie dał zbie­go­wi ko­lej­nej szan­sy.

– Czy­sto! Mo­że­cie wyjść. Dłu­go się z nim ba­wi­li­ście.

Pre­iss zmarsz­czył brwi i pod­niósł gło­wę. W miej­scu, gdzie jesz­cze przed chwi­lą stał ucie­ki­nier, te­raz dum­nie pre­zen­to­wał swój pro­fil do­wód­ca sek­cji Mir­mił. Ko­lej­ny ope­ra­tor wy­cią­gał z wody onie­mia­łe­go i ogłu­szo­ne­go męż­czy­znę.

– Cel uniesz­ko­dli­wio­ny, żyje – syk­nął Pre­iss do mi­kro­fo­nu.

– Ka­mi­zel­ka? – za­py­tał Ja­strzęb­ski.

Po­lak wziął z rąk do­wód­cy Mir­mi­ła ple­cak i otwo­rzył za­mek. Wy­szarp­nął za­war­tość. Na ja­snej po­sadz­ce le­ża­ła tak­tycz­na ka­mi­zel­ka nie­mal iden­tycz­na jak resz­ty od­dzia­łu. Je­dy­ną róż­ni­cą był brak mo­du­łów.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, ka­mi­zel­ka za­bez­pie­czo­na. Ewa­ku­uje­my się.

– Przy­ją­łem, trans­port cze­ka przy kor­tach. Na­no­szę na pa­ne­le.

– Zro­zu­mia­łem, bez od­bio­ru.

Boł­koń­ski pod­szedł do Pre­is­sa i spoj­rzał mu przez ra­mię.

– Se­rio taki cen­ny ten gra­fen?

Biały Dom, Waszyngton DC, USA | 8 paź­dzier­ni­ka 2018, godzina 10:12

Dzień pra­cy ame­ry­kań­skiej pre­zy­dent Hil­la­ry Clin­ton za­czął się le­ni­wie. Przej­rze­nie po­ran­ne­go ra­por­tu za­ję­ło jej pół go­dzi­ny. Po­tem cze­ka­ła ją kawa i kil­ka spraw, któ­re wczo­raj po­sta­no­wi­ła odło­żyć do rana.

Ame­ry­kan­ka mimo swo­je­go wie­ku trzy­ma­ła się nad wy­raz do­brze. Pod­czas gdy więk­szość ko­biet po sie­dem­dzie­siąt­ce że­gna­ła prze­mi­ja­ją­cą uro­dę, Hil­la­ry Clin­ton zda­wa­ła się pro­mie­nieć z każ­dym dniem co­raz ja­śniej.

Ga­bi­net Owal­ny przy­wi­tał pre­zy­dent przy­jem­ną wo­nią świe­że­go cro­is­san­ta i aro­ma­tem do­sko­na­łej ara­bi­ki. Pro­mie­nie wa­szyng­toń­skie­go słoń­ca prze­dzie­ra­ły się mię­dzy krze­wa­mi ogro­du ró­ża­ne­go i po­wo­li wpeł­za­ły do ga­bi­ne­tu.

Dru­gi rok ka­den­cji mi­jał za mie­siąc, a przez ten czas pre­zy­den­tu­ra Hil­la­ry Clin­ton nie róż­ni­ła się zbyt­nio sty­lem od tego, w ja­kim rzą­dził jej po­przed­nik. Za­cie­śnia­nie sto­sun­ków z Unią Eu­ro­pej­ską oraz ła­go­dze­nie spo­rów, ja­kie wy­nik­nę­ły ze współ­pra­cy Pol­ski i resz­ty Eu­ro­py Wschod­niej z Ro­sją, zaj­mo­wa­ły ją od pierw­sze­go dnia ka­den­cji. Ame­ry­ka­nie po­wo­li wy­pro­wa­dza­li swo­je woj­ska z Afga­ni­sta­nu, zo­sta­wia­jąc po so­bie do­kład­nie tę samą spu­ści­znę, co w Ira­ku. Anar­chia i cha­os tra­wi­ły zruj­no­wa­ny wie­lo­let­nim kon­flik­tem kraj. Ta­li­bo­wie przy­ci­śnię­ci do muru przez ko­ali­cję uspo­ko­ili się na ja­kiś czas, ale mniej wię­cej od roku co­raz czę­ściej de­sta­bi­li­zo­wa­li le­gal­ną wła­dzę w Ka­bu­lu. Za­an­ga­żo­wa­nie w Pa­ki­sta­nie do­bie­gło koń­ca wraz z czerw­cem ze­szłe­go roku, kie­dy w re­fe­ren­dum na­ro­do­wym Pa­ki­stań­czy­cy nie­mal jed­no­gło­śnie opo­wie­dzie­li się za wy­rzu­ce­niem ame­ry­kań­skich wojsk. Ostat­ni ma­ri­ne opu­ścił Is­la­ma­bad w lu­tym. Ten kraj był nie­mal stra­co­ny, na­wet CIA dzia­ła­ło tam już tyl­ko na wła­sną rękę, bez po­ro­zu­mie­nia z ISI.

Rów­no­wa­gę dla re­gio­nu sta­no­wił Pa­cy­fik. Chiń­czy­cy, ata­ku­jąc Ro­sję, sami so­bie za­szko­dzi­li. Taj­wan zbro­ił się na po­tę­gę, na czym ko­rzy­sta­ły nie­mal wszyst­kie ame­ry­kań­skie kor­po­ra­cje zbro­je­nio­we. Taj­pej ku­po­wa­ło wszyst­ko, od opo­rzą­dze­nia aż po sys­te­my obro­ny prze­ciw­ra­kie­to­wej. Go­rzej było w Ja­po­nii i Ko­rei Po­łu­dnio­wej. Po­dry­gu­ją­cy przy­naj­mniej dwa razy do roku Kim chwa­lił się ko­lej­ny­mi pró­ba­mi ją­dro­wy­mi, a ro­sną­ca po­tę­ga chiń­skiej flo­ty rzu­ca­ła bla­dy strach na Ja­poń­czy­ków. Ame­ry­ka­nie ro­bi­li, co mo­gli, mo­der­ni­zu­jąc wy­po­sa­że­nie swo­ich wojsk na Pa­cy­fi­ku i za­cie­śnia­jąc współ­pra­cę z kra­ja­mi so­jusz­ni­czy­mi. Do tej pory trzy­ma­ło to Chiń­czy­ków w ry­zach, ale jak dłu­go to po­trwa?

Po­zo­sta­wał jesz­cze tyl­ko je­den kraj, któ­ry Ame­ry­ka­nie chcie­li so­bie pod­po­rząd­ko­wać, ale nie mie­li po­ję­cia, jak to zro­bić. Przez opie­sza­łość biu­ro­kra­tów z ONZ-etu Te­he­ran osią­gnął zdol­ność do bu­do­wy bro­ni ato­mo­wej. Od­po­wie­dzią na to były oczy­wi­ście sank­cje. Kie­dy ad­mi­ni­stra­cja w Tel Awi­wie i Wa­szyng­to­nie za­czę­ła for­so­wać opcję si­ło­we­go roz­wią­za­nia pro­ble­mu, Pe­kin zro­bił to, cze­go wszy­scy się oba­wia­li. Chiń­ska gru­pa eks­pe­dy­cyj­na za­ko­twi­czy­ła się w Ira­nie na do­bre, a trzy­na­stu ty­się­cy żoł­nie­rzy nie moż­na było lek­ce­wa­żyć. ONZ miał zwią­za­ne ręce i wci­śnię­ty w usta kne­bel.

Gło­śne pu­ka­nie spra­wi­ło, że pre­zy­dent aż pod­sko­czy­ła w fo­te­lu, po chwi­li jed­nak ro­ze­śmia­ła się, kar­cąc się w du­chu za bo­jaź­li­wość. W drzwiach uka­za­ła się twarz se­kre­ta­rza.

– Pani pre­zy­dent, do­rad­ca do spraw bez­pie­czeń­stwa oraz se­kre­tarz sta­nu pro­szą o pil­ne spo­tka­nie. – Krót­ka szy­ja i bar­czy­sta syl­wet­ka zdra­dza­ły dłu­go­let­nią służ­bę w Kor­pu­sie Pie­cho­ty Mor­skiej. Pre­zy­dent nie raz za­sta­na­wia­ła się, co cią­gnę­ło ta­kich lu­dzi do Bia­łe­go Domu. Bro­nią była tu­taj in­for­ma­cja, a amu­ni­cją ar­ku­sze pa­pie­ru.

– Pro­szę ich wpu­ścić. – Hil­la­ry Clin­ton zmarsz­czy­ła brwi. Coś mu­sia­ło się stać, sko­ro to ta­kie pil­ne. Na­tu­ral­nie każ­de­go dnia spo­ty­ka­ła się z Eli­za­beth, ale rzad­ko z sa­me­go rana i rów­nie rzad­ko z se­kre­ta­rzem sta­nu.

Se­kre­tarz znik­nął za drzwia­mi, a jego miej­sce za­ję­ła smu­kła syl­wet­ka Eli­za­beth Hawk w ja­snej gar­son­ce i ze spię­ty­mi w kok wło­sa­mi. Tuż za nią do ga­bi­ne­tu wkro­czył Joe Bi­den. Si­wie­ją­cy sie­dem­dzie­się­cio­sze­ścio­la­tek wi­go­rem mógł ob­da­rzyć kil­ku swo­ich ró­wie­śni­ków, a w gar­ni­tu­rze w ko­lo­rze navy blue pre­zen­to­wał się jak ra­so­wy po­li­tyk.

– Wi­dzia­łaś wia­do­mo­ści? – Eli­za­beth na­tych­miast po­de­szła do te­le­wi­zo­ra i włą­czy­ła ekran. Po chwi­li ścia­na roz­ja­rzy­ła się męt­nym świa­tłem i ufor­mo­wa­ła się na niej twarz pre­zen­ter­ki CNN.

– Do­pie­ro co skoń­czy­łam ra­port, coś się od tego cza­su sta­ło?

– Mój Boże, ty nic nie wiesz! Patrz. – Do­rad­ca do spraw bez­pie­czeń­stwa usia­dła na ka­na­pie i opar­ła dło­nie o ko­la­na. Joe Bi­den, krzy­żu­jąc ra­mio­na na pier­si, za­jął miej­sce obok niej.

Opa­li­zu­ją­ce błę­kit­nym świa­tłem tło za­stą­pi­ło ama­tor­skie na­gra­nie przed­sta­wia­ją­ce pło­ną­cy sa­mo­chód i bie­ga­ją­cych we wszyst­kie stro­ny lu­dzi. Część z nich mia­ła po­dar­te ubra­nia i po­obi­ja­ne twa­rze. Jed­nak znacz­na więk­szość z unie­sio­ny­mi w górę dłoń­mi cią­gnę­ła za bo­jo­wo na­sta­wio­ny­mi mło­dzień­ca­mi w kurt­kach zna­nej no­wo­jor­skiej dru­ży­ny fut­bo­lo­wej. Na­gra­nie do­peł­niał głos pre­zen­ter­ki.

– Wczo­raj­szej nocy kam­pu­sem no­wo­jor­skie­go uni­wer­sy­te­tu wstrząs­nęła re­gu­lar­na bi­twa. Bój­ka przy­bra­ła gi­gan­tycz­ne roz­mia­ry i prze­nio­sła się do mia­stecz­ka aka­de­mic­kie­go przy pla­cu Wa­szyng­to­na. We­dług re­la­cji świad­ków wszyst­ko za­czę­ło się w klu­bie aka­de­mic­kim, kie­dy to męż­czy­zna po­cho­dze­nia arab­skie­go za­ata­ko­wał sto­ją­cą przy ba­rze dziew­czy­nę. Do bój­ki włą­czy­li się wów­czas za­wod­ni­cy uni­wer­sy­tec­kiej dru­ży­ny fut­bo­lo­wej. W kul­mi­na­cyj­nym mo­men­cie w miej­scu zda­rze­nia znaj­do­wa­ło się po­nad trzy­sta osób. W wy­ni­ku za­mie­szek zgi­nę­ło dwóch stu­den­tów z Ira­nu prze­by­wa­ją­cych na wy­mia­nie stu­denc­kiej, a trze­ci zmarł w wy­ni­ku od­nie­sio­nych ran w jed­nym z miej­skich szpi­ta­li. Po­li­cja po­ja­wi­ła się w kam­pu­sie za póź­no, co unie­moż­li­wi­ło in­ter­wen­cję i unik­nię­cie tra­gicz­ne­go fi­na­łu. Rzecz­nik pra­so­wy no­wo­jor­skiej po­li­cji oświad­czył, że po­dej­rza­ni o za­bój­stwo Irań­czy­ków zo­sta­li za­trzy­ma­ni. Wła­dze uczel­ni uchy­la­ją się od od­po­wie­dzial­no­ści, za­sła­nia­jąc się bra­kiem ju­rys­dyk­cji na te­re­nie nowo otwar­te­go klu­bu. Na­to­miast irań­ski MSZ…

Ob­raz znik­nął, a elek­tro­nicz­ną ścian­kę wy­peł­ni­ła głę­bo­ka czerń.

– Dla­cze­go do­wia­du­ję się o tym z me­diów? – Hil­la­ry Clin­ton rzu­ci­ła pi­lo­ta na blat za­byt­ko­we­go biur­ka.

– By­łam prze­ko­na­na, że już sły­sza­łaś, co się sta­ło. Sama do­wie­dzia­łam się go­dzi­nę temu. Poza tym ty, ran­ny pta­szek…

– Roz­ma­wia­łem z mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych Ira­nu przed kil­ku­na­sto­ma mi­nu­ta­mi. Żą­da­ją na­tych­mia­sto­we­go uka­ra­nia win­nych i ofi­cjal­nych prze­pro­sin oraz kon­do­len­cji dla ro­dzin. – Joe Bi­den wy­jął z tecz­ki ar­kusz za­dru­ko­wa­ne­go pa­pie­ru i po­dał sie­dzą­cej za biur­kiem pre­zy­dent.

– Me­dia nas zje­dzą… – Hil­la­ry Clin­ton prze­su­nę­ła wzro­kiem po tek­ście. – Co za idio­ta to zro­bił? Po­li­cja rze­czy­wi­ście ma po­dej­rza­ne­go?

– Tak, to ka­pi­tan Vio­let­sów, przy­znał się do za­bój­stwa. Użył roz­bi­tej bu­tel­ki. – Joe Bi­den wstał i za­czął się prze­cha­dzać po ga­bi­ne­cie. – Wszyst­kie kra­jo­we i za­gra­nicz­ne me­dia trą­bią o tym na lewo i pra­wo. Oskar­że­nia o dys­kry­mi­na­cję i na­cjo­na­lizm to tyl­ko te naj­ła­god­niej­sze ko­men­ta­rze. Na Bli­skim Wscho­dzie za­wrza­ło, nie uda nam się tak szyb­ko opa­no­wać sy­tu­acji.

– Co mówi irań­ski MSZ? Chcą tyl­ko tych prze­pro­sin? – Hil­la­ry Clin­ton prze­szła ocho­ta na cro­is­san­ta i na pa­ru­ją­cą kawę. Już wie­dzia­ła, że to po­czą­tek tra­gicz­ne­go dnia.

– Gro­żą ze­rwa­niem sto­sun­ków dy­plo­ma­tycz­nych i po­tę­pia­ją Ame­ry­kę jako „sza­tań­skie pań­stwo o bar­ba­rzyń­skiej nie­na­wi­ści do na­ro­du irań­skie­go”. Nie mu­szę chy­ba wspo­mi­nać, że tę samą re­to­ry­kę przy­ję­ła więk­szość kra­jów arab­skich. W Izra­elu pa­ni­ka, Ha­mas i He­zbol­lah już za­po­wie­dzia­ły, że we­zmą od­wet za śmierć Irań­czy­ków.

– Co mo­że­my zro­bić?

– Mu­sisz wy­gło­sić to oświad­cze­nie i za­pew­nić, że win­ni zo­sta­ną uka­ra­ni. Przy­naj­mniej na chwi­lę po­win­no ich to uspo­ko­ić. To da nam po­trzeb­ny czas. – Eli­za­beth Hawk roz­ło­ży­ła ręce w ge­ście bez­rad­no­ści. Na tę chwi­lę nie mo­gli prze­wi­dzieć re­ak­cji ani Te­he­ra­nu, ani spo­łe­czeń­stwa w Ira­nie. Z pew­no­ścią doj­dzie do ma­so­wych de­mon­stra­cji i mar­szów po­par­cia dla is­lam­skich eks­tre­mi­stów i zwo­len­ni­ków zbroj­ne­go dżi­ha­du.

– Mu­si­my wzmoc­nić ochro­nę na­sze­go per­so­ne­lu dy­plo­ma­tycz­ne­go w Ira­nie i na ca­łym Bli­skim Wscho­dzie. Mo­gli­by­śmy też za­trosz­czyć się o pla­ców­ki tu­taj, w Wa­szyng­to­nie. Mo­że­my być pew­ni de­mon­stra­cji mu­zuł­ma­nów w sto­li­cy i No­wym Jor­ku. – Joe Bi­den oparł się o po­tęż­ny, nie­uży­wa­ny ko­mi­nek i po­my­ślał, że pew­ne­go razu mógł­by po­pro­sić Hil­la­ry Clin­ton, żeby ka­za­ła go prze­pa­lić dla za­sa­dy.

– Zga­dzam się z pa­nem Bi­de­nem, za­bez­pie­cze­nie na­szych pla­có­wek to prio­ry­tet. Nie mamy po­ję­cia, jak za­re­agu­je spo­łe­czeń­stwo w kra­jach arab­skich. Mo­że­my spo­dzie­wać się wy­stą­pień o wy­so­kiej in­ten­syw­no­ści – do­da­ła Hawk.

– Do­brze, wy­daj­cie od­po­wied­nie po­le­ce­nia, przede wszyst­kim za­kaz opusz­cza­nia przez pra­cow­ni­ków te­re­nu na­szych przed­sta­wi­cielstw. Je­śli doj­dzie do de­mon­stra­cji przed am­ba­sa­da­mi, prze­pro­wa­dzi­my ewa­ku­ację. Nie stać nas na dru­gie „Argo”.

– Oczy­wi­ście, pani pre­zy­dent. – Joe Bi­den po­ki­wał gło­wą. Sy­tu­acja wy­ma­ga­ła ostrych re­ak­cji. Je­śli pod­ju­dza­na przez sza­leń­ców tłusz­cza po­sta­no­wi wziąć sztur­mem któ­rąś z am­ba­sad, po­le­je się krew. Je­den klo­cek po­pchnie na­stęp­ny i nikt nie za­trzy­ma spi­ra­li prze­mo­cy.

– Biu­ro zbie­ra naj­now­sze in­for­ma­cje. Bę­dziesz mia­ła wie­ści z pierw­szej ręki – za­pew­ni­ła Eli­za­beth Hawk.

– Mam na­dzie­ję. Nie chcę się do­wia­dy­wać z CNN, że Irań­czy­cy wy­strze­li­li ra­kie­ty. To wszyst­ko. – Hil­la­ry Clin­ton się­gnę­ła po te­le­fon, co jed­no­znacz­nie świad­czy­ło o za­koń­cze­niu spo­tka­nia. Mu­sia­ła po­pro­sić o świe­żą kawę. To bę­dzie dzień pe­łen wra­żeń, po­my­śla­ła.

Ambasada Szwajcarii, Teheran, Iran | 8 paź­dzier­ni­ka 2018, godzina 15:22

Pa­trick Ja­cobs, pra­cow­nik Biu­ra Spraw Kon­su­lar­nych ame­ry­kań­skie­go De­par­ta­men­tu Sta­nu, zdu­sił pa­pie­ro­sa w krysz­ta­ło­wej po­piel­nicz­ce i po­pra­wił się w fo­te­lu. Zaj­mo­wa­ne od roku sta­no­wi­sko w szwaj­car­skiej pla­ców­ce dy­plo­ma­tycz­nej uwa­ża­ne było za jed­no z naj­mniej pre­sti­żo­wych i jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej po­pu­lar­nych wśród wa­szyng­toń­skiej ad­mi­ni­stra­cji. Od mo­men­tu nie­sław­ne­go in­cy­den­tu w ame­ry­kań­skiej am­ba­sa­dzie u schył­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych to rząd Szwaj­ca­rii wziął na swo­je bar­ki pro­wa­dze­nie ame­ry­kań­skiej mi­sji dy­plo­ma­tycz­nej w Ira­nie.

Ja­cobs był dum­ny z po­wie­rzo­ne­go mu sta­no­wi­ska. Może i nie była to pla­ców­ka w Izra­elu albo Wiel­kiej Bry­ta­nii, ale mia­ła swo­je plu­sy. Pra­cy nie było dużo, poza mło­dzie­żą wy­bie­ra­ją­cą się na stu­dia do Sta­nów nie tra­fia­ło do nie­go zbyt wie­lu in­te­re­san­tów. Je­dy­ny mi­nus sta­no­wił to­wa­rzy­szą­cy mu cią­gle swąd pa­lo­nych opon i ame­ry­kań­skich flag oraz gar­dło­we okrzy­ki rzu­ca­ne w kie­run­ku bie­lo­ne­go pa­ła­cy­ku. Po­dob­nie było i w tej chwi­li. Od rana za mu­ra­mi am­ba­sa­dy ko­czo­wał tłu­mek kil­ku­dzie­się­ciu Irań­czy­ków, skan­du­ją­cych ha­sła pod ad­re­sem Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki. Wy­zy­wa­nie od dia­błów, mor­der­ców i bar­ba­rzyń­ców na­le­ża­ło do tra­dy­cyj­ne­go pro­to­ko­łu dy­plo­ma­tycz­ne­go irań­skie­go spo­łe­czeń­stwa. Tym ra­zem Ja­cobs po raz pierw­szy przy­znał im ra­cję. Kie­dy do­szły go słu­chy o za­bój­stwie trój­ki stu­den­tów pod­czas pi­jac­kiej awan­tu­ry, mało nie na­ro­bił w spodnie.

– Za dużo pa­lisz, Pa­trick. Ostat­nio kop­ci­łeś tyle, jak Gi­gan­ci stłu­kli Pa­trio­tów na Su­per Bowl. – Kurt Cu­che po­ja­wił się jak duch. Znał am­ba­sa­dę jak wła­sną kie­szeń. Nie­jed­no­krot­nie Ja­cobs znie­nac­ka wpa­dał na wy­ła­nia­ją­ce­go się z cie­nia Szwaj­ca­ra.

– Daj spo­kój, Kurt, roz­ma­wia­łem dzi­siaj z Wa­szyng­to­nem. – Pa­trick otarł pot z czo­ła.

– Co po­wie­dzie­li? – Kurt przy­cup­nął na kra­wę­dzi fran­cu­skie­go biur­ka i zmierz­wił wło­sy. Ame­ry­ka­nin każ­de­go dnia dzi­wił się, ja­kim cu­dem ten gość tak do­sko­na­le zno­si tu­tej­szy kli­mat. Pół­noc­ny Iran, bli­sko mo­rza, a jed­nak było bar­dzo cie­pło. Mimo że za­czął się już paź­dzier­nik, w słoń­cu tem­pe­ra­tu­ra do­bi­ja­ła do trzy­dzie­stu kre­sek.

– Uwa­ża­ją, że na­le­ży zwięk­szyć nam ochro­nę, po­dob­nie jak wszyst­kim pla­ców­kom na Bli­skim Wscho­dzie.

– Nie jest to do koń­ca głu­pie po­su­nię­cie, ale nie mu­sisz się bać, nie po­zwo­lą so­bie na dru­gi sie­dem­dzie­sią­ty dzie­wią­ty. – Kurt sięg­nął po ka­raf­kę z wodą mi­ne­ral­ną i dwie szklan­ki.

– Na­wet nie chcę o tym my­śleć. Co to mu­siał być za im­be­cyl, żeby za­tłuc na śmierć irań­skie­go stu­den­ta?! Prze­cież było pew­ne, że me­dia i wszy­scy szy­ici pod słoń­cem do­bio­rą nam się do dupy! – Ja­cobs się­gnął po szklan­kę i po­cią­gnął so­lid­ny łyk.

– Ewa­ku­ują was, jak zro­bi się go­rą­co. Jesz­cze się nie przy­zwy­cza­iłeś do tego wszyst­kie­go? – Cu­che kiw­nął gło­wą w stro­nę prze­sło­nię­te­go okna.

Mimo do­bre­go wy­tłu­mie­nia co­raz licz­niej­sze okrzy­ki prze­bi­ja­ły się do wnę­trza kom­plek­su. Do tłu­mu mu­sia­ło do­łą­czyć ko­lej­ne kil­ka­dzie­siąt osób i sy­tu­acja za­czy­na­ła co­raz bar­dziej przy­po­mi­nać słyn­ną arab­ską wio­snę sprzed kil­ku lat. Ame­ry­kań­skie am­ba­sa­dy prze­ży­wa­ły wte­dy praw­dzi­we ob­lę­że­nie. Ja­cobs aż za do­brze pa­mię­tał do­nie­sie­nia o uda­nym za­ma­chu na ame­ry­kań­skie­go am­ba­sa­do­ra w Li­bii. Wte­dy uwa­żał to za atak na su­we­ren­ność i de­mo­kra­cję Ame­ry­ki. Jako urzęd­nik śred­nie­go szcze­bla i za­go­rza­ły re­pu­bli­ka­nin wziął so­bie za punkt ho­no­ru ujaw­nie­nie toż­sa­mo­ści za­ma­chow­ców. Te­raz Pa­trick Ja­cobs bał się jak ja­sna cho­le­ra i tyl­ko cze­kał, aż na as­falt z me­ta­licz­nym brzę­kiem spad­nie wy­wa­żo­na przez Irań­czy­ków bra­ma, a osza­la­ły z nie­na­wi­ści tłum wtar­gnie na te­ren am­ba­sa­dy.

– Mam na­dzie­ję, że nie bę­dzie ta­kiej po­trze­by. Prze­cież to wszyst­ko się za kil­ka dni uspo­koi. Clin­ton ma dzi­siaj wy­gło­sić oświad­cze­nie i zło­żyć kon­do­len­cje ro­dzi­nom.

– My­ślisz, że to wy­star­czy?

– Oczy­wi­ście! Ro­uha­ni tyl­ko cze­ka na to, żeby Ame­ry­ka oka­za­ła skru­chę. Bę­dzie mógł przez na­stęp­ny rok krzy­czeć z am­bo­ny, że wiel­kie Sta­ny Zjed­no­czo­ne ugię­ły się przed Ira­nem i prze­pro­si­ły. Spo­łe­czeń­stwu na­wet przez myśl nie przej­dzie, że to zwy­kła mię­dzy­na­ro­do­wa kur­tu­azja. Wy­god­niej jest żyć w prze­świad­cze­niu o wiel­ko­ści swo­je­go przy­wód­cy.

– Nie był­bym taki pe­wien. To, co się sta­ło w No­wym Jor­ku, jest do­sko­na­łym pre­tek­stem do kon­ty­nu­acji pro­gra­mu ato­mo­we­go.

– Skąd ten wnio­sek? – Ja­cobs za­nie­po­ko­jo­ny sło­wa­mi Szwaj­ca­ra chwy­cił mięk­ką pacz­kę pa­pie­ro­sów i wy­do­był bi­buł­kę wy­peł­nio­ną ty­to­niem.

– Po­myśl, po pierw­sze, mają pre­tekst, żeby usank­cjo­no­wać po­sia­da­nie bro­ni ją­dro­wej.

– Co ty mó­wisz?! Prze­cież to nie było za­bój­stwo na zle­ce­nie! – Pa­trick mo­co­wał się z za­pal­nicz­ką co­raz bar­dziej drżą­cy­mi rę­ko­ma.

– Ja to wiem, ty to wiesz, pew­nie na­wet Cha­me­nei to wie. Ale co po­my­ślą Irań­czy­cy? Sko­ro mo­gli za­bić trzech, rów­nie do­brze mogą nas na­je­chać i za­bić dzie­siąt­ki ty­się­cy. Po dru­gie, Wa­szyng­ton przy­sto­pu­je z tą za­po­ro­wą re­to­ry­ką i na chwi­lę od­pu­ści Te­he­ra­no­wi. Dam so­bie rękę uciąć, że wy­ko­rzy­sta­ją to na swój spo­sób. Może nie zbu­du­ją bom­by ato­mo­wej, ale z pew­no­ścią za­czną nad nią in­ten­syw­niej pra­co­wać. – Kurt z gry­ma­sem bólu wstał ze sto­li­ka i pod­szedł do okna. Od­chy­lił lek­ko za­sło­ny i spoj­rzał na od­da­lo­ną o kil­ka­na­ście me­trów ale­ję Sza­hi­da Sza­ri­fa. Nie wi­dział do­kład­nie, ilu lu­dzi zgro­ma­dzi­ło się przed am­ba­sa­dą, ale na oko tłum li­czył po­nad set­kę. Wy­ma­chi­wa­li na wszyst­kie stro­ny pło­ną­cy­mi izra­el­ski­mi i ame­ry­kań­ski­mi fla­ga­mi. Krzy­cze­li wnie­bo­gło­sy i cho­ciaż pew­nie przed wie­czo­rem wró­cą do swo­ich do­mów, Kurt był pe­wien, że na­za­jutrz bę­dzie ich dwa razy wię­cej.

– Chry­ste! Nie mo­że­my do tego do­pu­ścić! Je­śli Hil­la­ry Clin­ton ustą­pi pod pre­sją Irań­czy­ków, stra­ci­my wszel­ki sza­cu­nek na Bli­skim Wscho­dzie. Trzy­ma­my so­ju­sze tyl­ko dla­te­go, że sto­su­je­my ja­sną po­li­ty­kę i nie od­pusz­cza­my ani na krok. Wej­dą nam na gło­wę!

– Na­ro­bi­li­ście ba­ła­ga­nu, nie ma co do tego dwóch zdań. Ale nie bój się, Pa­trick, po­trwa to wszyst­ko mie­siąc, może dwa, i ucich­nie, tak samo jak wszyst­kie inne po­dob­ne spra­wy. Irań­czy­cy po­czu­ją się wiel­cy dzię­ki swo­je­mu ma­łe­mu zwy­cię­stwu, a wy tak czy siak bę­dzie­cie mo­gli zro­bić z nimi, co chce­cie. Nikt nie sta­nie w ich obro­nie, to szy­ici. Co naj­wy­żej Irak, i tak ogar­nię­ty kon­tro­lo­wa­nym cha­osem. Ich dru­gi obroń­ca nie bę­dzie za­przą­tał so­bie gło­wy.

– Chiń­czy­cy? – Ja­cobs wy­pu­ścił z płuc błę­kit­ny dym.

– Wła­śnie. Po tym, co się sta­ło w Ro­sji, nie za­le­ży im na ko­lej­nej woj­nie. Sta­bil­ność Ira­nu jest dla nich kwe­stią klu­czo­wą. Nie mogą so­bie po­zwo­lić na żad­ne ru­chaw­ki, tym bar­dziej że Iran do­star­cza im te­raz dzie­więć­dzie­siąt pro­cent ropy naf­to­wej.

– Może masz ra­cję… W koń­cu nie trzy­ma­ją tu­taj swo­je­go kon­tyn­gen­tu dla za­ba­wy. Cho­ciaż to też mi się nie po­do­ba. Kil­ka­na­ście ty­się­cy chiń­skich żoł­nie­rzy to jaw­ny po­kaz, jak Pe­kin pro­wa­dzi swo­ją po­li­ty­kę.

– Przy po­ka­zie sprzed dwóch lat to jed­nak nie jest aż taki eks­pan­sjo­nizm… – Kurt wy­pił do koń­ca wodę i od­sta­wił szklan­kę na biur­ko.

– Je­stem za sta­ry na ta­kie rze­czy, Kurt… Mia­łem na­dzie­ję, że nowa ad­mi­ni­stra­cja nie do­pu­ści do po­dob­nych sy­tu­acji.

– Chy­ba nie przej­mu­jesz się tak bar­dzo tymi krzy­ka­cza­mi?

– Je­stem tu­taj już rok, a da­lej nie mogę się do tego przy­zwy­cza­ić. Jak u nas coś się nie po­do­ba spo­łe­czeń­stwu, to lu­dzie pi­szą pe­ty­cję, któ­ra po­tem lą­du­je w ko­szu. W naj­gor­szym wy­pad­ku pre­zy­dent musi przez pięć mi­nut mó­wić do na­ro­du i wszyst­ko wra­ca do nor­my. Nikt nie pali opon pod Ka­pi­to­lem…

– Oj, przy­ja­cie­lu! – Kurt za­śmiał się per­li­ście i po­kle­pał Ame­ry­ka­ni­na po ra­mie­niu. – Mu­sisz się jesz­cze wie­le na­uczyć o tej ro­bo­cie. A z tym wie­kiem to nie prze­sa­dzaj, masz na kar­ku całą de­ka­dę mniej niż ja! Idę do sie­bie. Zaj­rzysz?

Śmiech szwaj­car­skie­go dy­plo­ma­ty roz­wiał czar­ne my­śli Ja­cob­sa. Po­my­ślał, że na tak spie­przo­ny dzień jest tyl­ko jed­no le­kar­stwo. Wstał z fo­te­la i dziar­skim kro­kiem ru­szył za Kur­tem. On za­wsze miał w za­na­drzu bu­tel­kę do­brej whi­sky.

Pałac Beit Rahbari, Teheran, Iran | 8 paź­dzier­ni­ka 2018, godzina 19:07

Ha­san Ro­uha­ni mi­nął pul­su­ją­cy dzie­siąt­ka­mi ko­lo­rów ogród i w asy­ście ochro­nia­rzy wszedł do kom­plek­su pa­ła­co­we­go naj­wyż­sze­go pań­stwo­we­go do­stoj­ni­ka. Sze­ro­kie ale­je wio­dły mię­dzy rzę­da­mi fi­go­wych drzew i strze­li­stych krze­wów, znacz­nie prze­wyż­sza­ją­cych ro­słe­go męż­czy­znę. Pre­zy­dent nie­jed­no­krot­nie prze­by­wał w tym miej­scu i prze­cha­dzał się ze swym mi­strzem ra­mię w ra­mię, ob­ser­wo­wa­ny bacz­nie przez gwar­dzi­stów. Znał te spoj­rze­nia. Re­li­gij­na in­dok­try­na­cja zro­bi­ła z tych lu­dzi wier­ne be­stie, w każ­dej chwi­li go­to­we do ata­ku na po­ten­cjal­ne­go prze­ciw­ni­ka. Straż­ni­cy Re­wo­lu­cji byli ta­kim sa­mym po­stra­chem jak nie­gdy­siej­si Nie­śmier­tel­ni słu­żą­cy per­skim wład­com. Ro­uha­ni za­sta­na­wiał się cza­sa­mi, na ile jego po­zy­cja u szczy­tu wła­dzy jest pew­na. Czy przyj­dzie kie­dyś taki dzień, w któ­rym to wła­śnie te same po­są­go­we twa­rze zo­ba­czy nad swo­im łóż­kiem, a póź­niej byli słu­dzy za­cią­gną go na ka­mie­no­wa­nie albo szu­bie­ni­cę? Do tej pory był sło­wem i wolą Ale­go Cha­me­ne­ie­go, naj­wyż­sze­go wo­dza irań­skiej re­pu­bli­ki. Mógł czuć się bez­piecz­nie, przy­naj­mniej na ra­zie.

Wszedł po stop­niach do wy­so­kiej oran­że­rii bę­dą­cej przej­ściem mię­dzy ba­jecz­nym ogro­dem a bry­łą pa­ła­cu. Ażu­ro­we wy­koń­cze­nia stro­pu i wi­ją­ce się wzdłuż ścian ro­ślin­ne re­lie­fy nada­wa­ły tej czę­ści bu­dyn­ku fan­ta­zyj­ny, nie­mal ba­śnio­wy wy­gląd. Kil­ka­na­ście kro­ków da­lej ko­lej­nych dwóch gwar­dzi­stów strze­gło wej­ścia do sa­mej bu­dow­li. Pre­zy­dent sta­nął przed nimi w mil­cze­niu, a je­den ze straż­ni­ków bez sło­wa otwo­rzył cięż­kie drzwi. Prze­mie­rza­nie pa­ła­co­wych ko­ry­ta­rzy mo­gło przy­pra­wić o praw­dzi­wy za­wrót gło­wy. Kil­ka­dzie­siąt po­miesz­czeń, roz­lo­ko­wa­nych na trzech kon­dy­gna­cjach, po­tra­fi­ło zmy­lić na­wet wy­traw­ne­go eks­plo­ra­to­ra. Je­dwa­bie ukła­da­ły się w wi­szą­ce na ścia­nach łuki lub po­wie­wa­ły mu­ska­ne wie­czor­nym wia­trem. Pa­łac spra­wiał przez to wra­że­nie, jak­by byle sil­niej­szy po­dmuch mógł roz­nieść kru­chą kon­struk­cję nad ca­łym Te­he­ra­nem. Ha­san Ro­uha­ni wie­dział jed­nak, że pa­łac zo­stał grun­tow­nie prze­bu­do­wa­ny i jego ka­ta­kum­by mo­gły te­raz bez uszczerb­ku wy­trzy­mać ude­rze­nie ame­ry­kań­skiej bom­by pe­ne­tru­ją­cej GBU-28. Ostat­nie me­try prze­był już sam. Dwóch gwar­dzi­stów za­trzy­ma­ło się i pre­zy­dent wkro­czył w dłu­gie przej­ście, na któ­re­go koń­cu sta­li ko­lej­ni straż­ni­cy.

Wnę­trze pry­wat­ne­go ga­bi­ne­tu aja­tol­la­ha Ale­go Cha­me­ne­ie­go było urzą­dzo­ne z ta­kim sa­mym prze­py­chem jak resz­ta pa­ła­co­wych kom­nat. Go­spo­darz nie sie­dział za ma­syw­nym biur­kiem, lecz w rogu po­miesz­cze­nia, przy nie­wiel­kim sto­li­ku. Cie­płe świa­tło lamp­ki roz­ja­śnia­ło jego twarz i trzy­ma­ny w dło­niach Ko­ran.

– Wi­taj, przy­ja­cie­lu! – Cha­me­nei z na­masz­cze­niem za­mknął świę­tą księ­gę i uśmiech­nął się, po­pra­wia­jąc jed­no­cze­śnie oku­la­ry.

– Przy­no­szę złe wie­ści… – Ha­san Ro­uha­ni nie chciał tra­cić cza­su na po­wi­ta­nia. Je­śli szyb­ko nie opa­nu­ją sy­tu­acji, lud wy­mknie się spod kon­tro­li.

– Słu­cham. – Cha­me­nei złą­czył dło­nie na ko­la­nach.

– Pod szwaj­car­ską am­ba­sa­dą jest co­raz bar­dziej nie­bez­piecz­nie. Po­win­ni­śmy za­ka­zać ta­kich zgro­ma­dzeń. Do­pó­ki cho­dzi­ło o kil­ka­dzie­siąt osób, nie było się czym mar­twić. Tłum ro­śnie jed­nak z każ­dą go­dzi­ną, gniew prze­sła­nia lu­dziom roz­są­dek.

– Słusz­ny gniew, chy­ba o tym nie za­po­mnia­łeś? – Aja­tol­lah spoj­rzał uważ­nie na pre­zy­den­ta, wy­czu­wa­jąc jego wa­ha­nie. Mog­ło to być zwy­czaj­ne zmę­cze­nie, ale Cha­me­nei oba­wiał się naj­gor­sze­go. Jego po­ma­za­niec za­czy­nał tra­cić wia­rę, nie­za­chwia­ny fun­da­ment Is­lam­skiej Re­pu­bli­ki Ira­nu. Osno­wę, któ­rej na­ru­sze­nie mo­gło do­pro­wa­dzić kraj do za­gła­dy. Sy­jo­ni­stycz­ne psy tyl­ko cze­ka­ją, aż wła­dza za­cznie trzesz­czeć, żeby przy­pu­ścić ha­nieb­ny atak w samo ser­ce. – Nasz lud do­tknę­ła bar­ba­rzyń­ska zbrod­nia. Bóg wi­dział to wszyst­ko i prze­le­wa swój żal w na­sze ser­ca, gdzie zo­sta­je prze­ku­ty w gniew. My je­ste­śmy ra­mie­niem Al­la­ha.

– Nie ma boga nad Al­la­ha! Świę­te to sło­wa i praw­dzi­we, nie za­po­mi­naj­my jed­nak, że jako Jego ra­mię mu­si­my być sil­ni. To, co się dzie­je, nie umac­nia nas. Je­śli nie ogra­ni­czy­my de­mon­stra­cji, wkrót­ce mo­że­my być świad­ka­mi po­wtór­ki wy­da­rzeń sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat. – Ro­uha­ni za­jął miej­sce obok du­cho­we­go przy­wód­cy. Twarz aja­tol­la­ha nie wy­ra­ża­ła żad­nych emo­cji. Stę­ża­ła i za­mar­ła, jak­by była wy­rzeź­bio­na z pia­skow­ca.

– Wola boża! Nie wol­no nam się sprze­ci­wiać Jego roz­ka­zom. Kim by­śmy byli, je­śli nie uzna­li­by­śmy Jego woli? – Cha­me­nei roz­ło­żył ręce i uniósł brwi. Był co­raz bar­dziej pe­wien swo­je­go pierw­sze­go osą­du. Pre­zy­dent tra­cił wia­rę, jego sło­wa sta­wa­ły się grzesz­ne.

– Izra­el tyl­ko na to cze­ka. Je­śli po­zwo­li­my na sa­mo­sąd, na­stęp­ne­go dnia sy­jo­ni­stycz­ne sa­mo­lo­ty za­ata­ku­ją nasz kraj! Za­raz po nich zja­wi się tu cała ame­ry­kań­ska ar­mia. Mu­si­my być mą­drzy. – Ro­uha­ni zda­wał so­bie spra­wę z nie­bez­pie­czeń­stwa, ja­kie wy­ni­ka­ło ze sprze­ci­wia­nia się aja­tol­la­ho­wi. Był jed­nak pe­wien, że są chwi­le, w któ­rych jego ję­zyk po­wi­nien pro­wa­dzić nie Al­lah, a roz­są­dek, któ­ry tak czę­sto był tu uwa­ża­ny za he­re­zję.

– Grzech za­sła­nia ci Boga, przy­ja­cie­lu. Ro­zu­miem two­ją tro­skę i wąt­pli­wo­ści, wszy­scy ich do­świad­cza­my. Pa­mię­taj jed­nak, że na­szy­mi lo­sa­mi kie­ru­je mą­drość nie czło­wie­cza, a bo­ska, i to jej po­win­ni­śmy być po­słusz­ni.

Cha­me­nei wstał i po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu pre­zy­den­ta. Spoj­rzał głę­bo­ko w jego oczy. Nie było tam zwąt­pie­nia, du­szę przy­ja­cie­la tra­wi­ło zu­peł­nie co in­ne­go. Pre­zy­dent chciał mieć pew­ność, że po­wstrzy­ma­ją prze­ciw­ni­ka w wal­ce, że będą w sta­nie prze­ciw­sta­wić się jego tech­no­lo­gii wła­sny­mi osią­gnię­cia­mi. Za­po­mniał, że kie­dy Ma­ho­met wy­ru­szył w swo­ją wę­drów­kę z Mek­ki, nie miał po­tęż­nej ar­mii, nie miał no­wo­cze­sne­go uzbro­je­nia, miał za to w ser­cu wolę Al­la­ha, a Al­lah jest wiel­ki!

– Je­steś wiel­kim przy­wód­cą tego kra­ju. To dzię­ki two­je­mu gło­so­wi ze­psu­ty i cho­ry z sza­leń­stwa Za­chód drży przed po­tę­gą na­sze­go wiel­kie­go na­ro­du. Wszy­scy je­ste­śmy ci wdzięcz­ni.

– Mu­si­my po­wstrzy­mać to, co się dzie­je w Te­he­ra­nie. Je­śli lud zaj­mie am­ba­sa­dę i uwię­zi Ame­ry­ka­nów, nie skoń­czy się tak jak w sie­dem­dzie­sią­tym dzie­wią­tym. Mu­si­my mieć nad tym kon­tro­lę. – Pre­zy­dent był pe­wien, że Ira­nu nie stać na kon­fron­ta­cję zbroj­ną z Izra­elem i Ame­ry­ką. Nie bę­dzie w sta­nie za­pew­nić so­bie cał­ko­wi­te­go zwy­cię­stwa. Jesz­cze nie.

– Masz ra­cję, przy­ja­cie­lu, jak za­wsze w two­ich sło­wach kry­je się praw­dzi­wa mą­drość. Cóż więc chcesz uczy­nić?

– Po­win­ni­śmy usta­wić po­ste­run­ki na dro­gach do­jaz­do­wych do szwaj­car­skiej am­ba­sa­dy. Am­ba­sa­dor tego kra­ju zwró­cił się do mnie z żą­da­niem o za­wie­sze­nie de­mon­stra­cji, boi się o swo­ich pra­cow­ni­ków. Za­pew­ne tak samo jak o ame­ry­kań­ski per­so­nel.

– Chcesz za­ka­zać na­sze­mu lu­do­wi wy­ra­ża­nia swo­je­go gnie­wu?

– Ależ nie! Nie­mniej uwa­żam, że po­li­cja po­win­na trzy­mać pie­czę nad pi­kie­ta­mi. Mu­si­my też ogra­ni­czyć li­czeb­ność pro­te­stu­ją­cych. Je­śli doj­dzie do ak­tów wan­da­li­zmu lub prób wtar­gnię­cia na te­ren am­ba­sa­dy, po­li­cja po­win­na mieć pra­wo do za­trzy­ma­nia spraw­ców i roz­pę­dze­nia de­mon­stra­cji.

– Czy to nie za wie­le?

– To ko­niecz­ność. Świat musi wie­dzieć, że dba­my o sto­sun­ki dy­plo­ma­tycz­ne i po­tra­fi­my de­mon­stro­wać swój gniew w cy­wi­li­zo­wa­ny spo­sób. Nie będą mie­li jak się do nas do­brać.

– Zga­dzam się. Wy­daj od­po­wied­nie po­le­ce­nia i niech świat zo­ba­czy, ja­kim je­steś przy­wód­cą! Lud jest z cie­bie dum­ny, Ha­sa­nie.

– Je­stem tyl­ko słu­gą Al­la­ha, je­stem Jego wolą, tak samo jak my wszy­scy. – Ha­san Ro­uha­ni skło­nił się lek­ko i w znacz­nie lep­szym hu­mo­rze ru­szył w kie­run­ku drzwi. Te otwar­ły się przed nim, pchnię­te moc­ną dło­nią straż­ni­ka w czar­nym uni­for­mie.

Ali Cha­me­nei pa­trzył przez chwi­lę w ślad za pre­zy­den­tem. Na­wet te­raz, kie­dy zo­stał sam, jego twarz była po­zba­wio­na wy­ra­zu. Iran jest wiel­ki, tak jak jego obroń­ca. Al­la­hu Ak­bar! Aja­tol­lah od­wró­cił się w kie­run­ku swo­je­go biur­ka i spoj­rzał na ręcz­nie tka­ną cho­rą­giew. Głę­bo­ka zie­leń ozdo­bio­na była bia­łym ha­ftem ko­ra­nicz­nych wer­se­tów ukła­da­ją­cych się w dwie li­nie pro­sto­pa­dłe do drzew­ca. Mię­dzy nimi śnież­no­bia­łą ni­cią wy­ha­fto­wa­no cha­rak­te­ry­stycz­ny za­krzy­wio­ny miecz. Zul­fi­kar, miecz Pro­ro­ka, ostrze na wro­ga. Cha­me­nei bez na­my­słu się­gnął po te­le­fon i wy­brał od­po­wied­ni nu­mer. Po chwi­li po dru­giej stro­nie ode­zwał się gar­dło­wy głos na­czel­ni­ka irań­skiej po­li­cji. Aja­tol­lah prze­ka­zał mu roz­kaz, nie za­sta­na­wia­jąc się ani chwi­li:

– Po­li­cja ma ab­so­lut­ny za­kaz in­ter­we­nio­wa­nia, choć­by lu­dzie chcie­li spa­lić am­ba­sa­dę ze wszyst­ki­mi pra­cow­ni­ka­mi.

Zhongnanhai, Pekin, Chiny | 9 paź­dzier­ni­ka 2018, godzina 10:31

Pre­zy­dent Chiń­skiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej wcią­gnął po­ran­ne po­wie­trze w noz­drza i uśmiech­nął się. Nie była to oczy­wi­ście świe­ża gór­ska bry­za, ale prze­siąk­nię­ta spa­li­na­mi za­wie­si­na, nie­mniej dla ko­goś, kto żył w Pe­ki­nie od lat, mię­dzy dzie­sią­tą trzy­dzie­ści a sie­dem­na­stą, kie­dy więk­szość miesz­kań­ców gi­gan­tycz­nej me­tro­po­lii spę­dza­ła dłu­gie go­dzi­ny w pra­cy, mo­gła wy­da­wać się zno­śna.

Xi Jin­ping czuł się szczę­śli­wy. Co­dzien­ny pół­go­dzin­ny spa­cer w rzą­do­wej czę­ści par­ku Be­ihai był jed­nym z nie­licz­nych przy­jem­nych punk­tów gra­fi­ku.

Mi­nął rząd chy­lą­cych ga­łę­zie wierzb i wszedł do kry­te­go pa­wi­lo­nu wy­bu­do­wa­ne­go na nie­wiel­kiej wy­sep­ce tuż przy wschod­nim brze­gu naj­więk­sze­go je­zio­ra. Ma­lo­wa­ne na czer­wo­no drew­no i bla­do­nie­bie­skie or­na­men­ty nada­wa­ły Pa­wi­lo­no­wi Wody i Chmur praw­dzi­wie orien­tal­ny cha­rak­ter. Pre­zy­dent zo­sta­wił nie­co w tyle kil­ku ochro­nia­rzy z taj­nych służb i od­dał się kon­tem­pla­cji mu­ska­nej de­li­kat­ny­mi po­wie­wa­mi wia­tru ta­fli wody. Na­pa­wał się spo­ko­jem tyl­ko przez chwi­lę. W od­da­li do­strzegł dwie syl­wet­ki oto­czo­ne wia­nusz­kiem odzia­nych w czerń straż­ni­ków. Po­sta­ci mi­nę­ły alej­kę wierzb. Pre­mier Li Ke­qiang oraz Wang Yi, peł­nią­cy urząd mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych, wła­śnie wcho­dzi­li na drew­nia­ny po­dest mię­dzy lą­dem a al­ta­ną.

– Pa­nie pre­zy­den­cie, pro­szę o wy­ba­cze­nie… – Pre­mier skło­nił się ni­sko i sta­nął na bacz­ność przed Jin­pin­giem, a w jego śla­dy na­tych­miast po­szedł mi­ni­ster.

– Cze­mu za­wdzię­czam tę wi­zy­tę? – Pre­zy­dent zmie­rzył wzro­kiem sze­fa rzą­du. Pa­mię­tał, jak ten wy­ko­rzy­stał jego za­ła­ma­nie pod­czas ostat­niej fazy woj­ny z Ro­sją. Gdy­by Xi Jin­ping nie do­szedł szyb­ko do zdro­wia, Ke­qiang mógł­by bez więk­szych pro­ble­mów prze­jąć ste­ry wła­dzy w Chi­nach. Nie­bio­sa były jed­nak przy­chyl­ne. Tuż po za­koń­cze­niu roz­mów po­ko­jo­wych z Fe­de­ra­cją Ro­syj­ską pre­zy­dent wró­cił na za­słu­żo­ne miej­sce. Ke­qiang za­cho­wał sta­no­wi­sko tyl­ko dzię­ki wsta­wien­nic­twu czę­ści ge­ne­ra­li­cji. Uzna­no, że po­hań­bie­nie czło­wie­ka, któ­ry oca­lił od za­gła­dy więk­szość chiń­skich sił w Ro­sji, znacz­nie po­gor­szy sza­cu­nek ludu do wła­dzy. Ar­gu­ment de­mo­gra­ficz­no-po­li­tycz­ny, mimo że­la­znej dys­cy­pli­ny ko­mu­ni­stycz­nych Chin, nie mógł zo­stać zlek­ce­wa­żo­ny.

– Wła­śnie skon­tak­to­wa­li­śmy się z irań­skim MSZ-etem. De­mon­stra­cje przed szwaj­car­ską am­ba­sa­dą przy­bie­ra­ją na sile. Po­li­cja ob­sta­wia do­jazd do obiek­tu, ale nie in­ter­we­niu­je. Tłum jest co­raz bar­dziej agre­syw­ny, wpro­wa­dzo­ne przez po­li­cję ogra­ni­cze­nia zgro­ma­dzeń są igno­ro­wa­ne, a służ­by po­rząd­ko­we za­cho­wu­ją się, jak­by de­mon­stran­tów w ogó­le nie było – za­czął nie­pew­nie Wang Yi.

– Co to ozna­cza?

– Izra­el już ogła­sza, że naj­wyż­szy czas za­pro­wa­dzić po­rzą­dek w Ira­nie i unik­nąć sy­tu­acji sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat. Po­dob­ne na­stro­je za­czy­na­ją do­mi­no­wać w sa­mych Sta­nach Zjed­no­czo­nych – po­wie­dział Li Ke­qiang. Był znacz­nie bar­dziej opa­no­wa­ny niż jego przed­mów­ca. Wie­dział, że dzię­ki po­par­ciu czę­ści woj­sko­wych może być pew­ny swo­jej po­zy­cji w pe­kiń­skiej hie­rar­chii.

– Mam na­dzie­ję, że nasz am­ba­sa­dor od­wie­dził Ro­uha­nie­go i po­wie­dział mu, że Chi­ny nie mogą so­bie po­zwo­lić na nie­sta­bil­ność mię­dzy­na­ro­do­wą Ira­nu? – Xi Jin­ping spoj­rzał na ma­syw­ne drew­nia­ne fi­la­ry pod­trzy­mu­ją­ce strze­li­sty dach. Tak samo sta­ły do­pływ su­row­ców z Ira­nu pod­trzy­my­wał Chi­ny. Nie ule­ga­ło jed­nak wąt­pli­wo­ści, że w prze­ci­wień­stwie do ce­dro­wych słu­pów ten kraj przy­po­mi­nał spróch­nia­łe bel­ki.

– Na­tu­ral­nie, wy­wie­ra­my pew­ną pre­sję i na­ci­ska­my na rząd Ira­nu, do­ma­ga­jąc się opa­no­wa­nia i wy­ga­sze­nia za­mie­szek. Jak do tej pory bez re­zul­ta­tu. – Wang Yi roz­ło­żył drżą­ce ręce w ge­ście bez­rad­no­ści. Prze­cież nie mógł przy­ło­żyć pi­sto­le­tu do skro­ni Cha­me­ne­ie­go i ka­zać mu roz­pę­dzić zbie­go­wi­sko. Pre­zy­dent jak­by wy­czuł tok my­śle­nia mi­ni­stra i wbił w nie­go wzrok.

– Nie mo­że­cie użyć bar­dziej sta­now­czych me­tod? Iran jest naj­więk­szym od­bior­cą na­szej tech­no­lo­gii woj­sko­wej i tyl­ko dzię­ki nam jesz­cze nie zo­stał star­ty na proch przez Izra­el i USA. Wy­mie­nia­my mi­sje woj­sko­we, a trzy na­sze bry­ga­dy strze­gą ich wschod­nich gra­nic. Czy nie po­tra­fi­cie za­su­ge­ro­wać, że ten pro­tek­to­rat może nie trwać wiecz­nie? – Xi Jin­ping wró­cił do for­my. Nie krzy­czał, nie rzu­cał się jak sza­le­niec. Zno­wu przy­po­mi­nał cza­ją­ce­go się do sko­ku ty­gry­sa, go­to­we­go w ułam­ku se­kun­dy za­ata­ko­wać ofia­rę.

– Zor­ga­ni­zu­ję wi­zy­tę w Ira­nie w cią­gu naj­bliż­szych dni, a jesz­cze w tym ty­go­dniu oso­bi­ście spo­tkam się z pre­zy­den­tem Ro­uha­nim – pre­mier peł­nym spo­ko­ju gło­sem po­wie­dział to, cze­go ocze­ki­wał Xi Jin­ping.

– Dzię­ku­ję, jed­nak po­tra­fi­cie my­śleć… Rząd w Te­he­ra­nie ma uspo­ko­ić tę tłusz­czę i za­nie­chać na­wo­ły­wa­nia do ak­tów prze­mo­cy na oby­wa­te­lach Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie je­ste­śmy jesz­cze go­to­wi na taką kon­fron­ta­cję. Iran musi być sta­bil­ny i wy ma­cie o to za­dbać. Jak bę­dzie trze­ba, po­każ­cie, kto roz­da­je kar­ty w tej grze. Ame­ry­ka ma w nas wi­dzieć me­dia­to­ra, więc nie przy­kła­daj­cie aja­tol­la­ho­wi pi­sto­le­tu do gło­wy…

– Na­tu­ral­nie, pa­nie pre­zy­den­cie, oso­bi­ście wszyst­kie­go do­pil­nu­ję. – Li Ke­qiang skło­nił się, uzna­jąc spo­tka­nie za za­koń­czo­ne.

– In­for­muj­cie mnie na bie­żą­co. – Xi Jin­ping prze­su­nął wzrok na Mo­rze Środ­ko­we i za­czął na nowo ob­ser­wo­wać fale, ja­kie na jego po­wierzch­ni two­rzy­ły po­dmu­chy wia­tru.

Biały Dom, Waszyngton DC, USA | 10 paź­dzier­ni­ka 2018, godzina 13:48

Hil­la­ry Clin­ton z nie­do­wie­rza­niem wpa­try­wa­ła się w ekran te­le­wi­zo­ra. We­dług re­la­cji świad­ków i dzien­ni­ka­rzy, ja­kimś cu­dem do­pusz­czo­nych do szwaj­car­skiej am­ba­sa­dy, po­nad pięć­set osób żą­da­ło usu­nię­cia ame­ry­kań­skich urzęd­ni­ków z Ira­nu. Jak re­la­cjo­no­wa­li re­por­te­rzy, tłum co­raz czę­ściej do­ma­gał się wy­da­nia dy­plo­ma­tów w ich ręce. Ame­ry­ka­nie już raz omal nie stra­ci­li ca­łej za­ło­gi dy­plo­ma­tycz­nej, a te­raz sy­tu­acja mo­gła nie uło­żyć się tak po­myśl­nie jak wte­dy. We­zwa­ni przed kil­ko­ma mi­nu­ta­mi se­kre­tarz sta­nu oraz do­rad­ca do spraw bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go mie­li tyl­ko po­twier­dzić de­cy­zję pre­zy­dent. Od wi­do­ku osza­la­łe­go tłu­mu ode­rwa­ło Hil­la­ry Clin­ton trza­śnię­cie drzwi. Se­cret Se­rvi­ce wpu­ści­ło do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go dwój­kę za­pro­szo­nych. Eli­za­beth Hawk i Joe Bi­den wy­trzy­ma­li kar­cą­ce spoj­rze­nie ame­ry­kań­skiej pre­zy­dent.

– Gdzie wy­ście byli?! – Clin­ton wró­ci­ła za biur­ko. – We­zwa­łam was pra­wie pół go­dzi­ny temu. – Zde­cy­do­wa­ny ruch dło­nią po­wstrzy­mał do­rad­ców przed od­po­wie­dzią. – Uwa­żam, że na­le­ży ewa­ku­ować na­szych pra­cow­ni­ków z Te­he­ra­nu. Mu­si­my zro­bić to jak naj­szyb­ciej. Mam na­dzie­ję, że śle­dzi­cie naj­now­sze wy­da­rze­nia.

– Oczy­wi­ście, pani pre­zy­dent. Kon­tak­to­wa­li się ze mną Szwaj­ca­rzy, boją się o swój per­so­nel. Po­dzie­la­ją zda­nie pani pre­zy­de…

– Prze­stań mi tu pre­zy­den­to­wać! Ile lat my się zna­my, Joe?! – Hil­la­ry Clin­ton rzad­ko tra­ci­ła pa­no­wa­nie nad sobą.

– Do­brze, Hil­la­ry. Są go­to­wi do ewa­ku­acji w każ­dej chwi­li, nie wie­dzą tyl­ko, co zro­bić z na­szy­mi. – Joe Bi­den sap­nął gniew­nie i spoj­rzał pro­sto w roz­iskrzo­ne oczy roz­mów­czy­ni.

– Jak to co? Mają ich za­brać ze sobą, od­bie­rze­my ich z Zu­ry­chu. Chy­ba nie chcie­li ich tam zo­sta­wić? – Clin­ton par­sk­nę­ła śmie­chem, ale na wi­dok nie­tę­gich min go­ści szyb­ko się zmi­ty­go­wa­ła.

– To nie jest ta­kie pro­ste. Kil­ka­set osób ob­le­ga te­ren am­ba­sa­dy i tłum za­czy­na dzia­łać co­raz agre­syw­niej. Ka­mie­nie i obe­lgi to nic, lada mo­ment wszyst­ko może się za­wa­lić jak do­mek z kart – od­par­ła Eli­za­beth Hawk. – Do tego do­cho­dzą Izra­el­czy­cy. Tel Awiw już dru­gi dzień na­wo­łu­je do zbroj­nej in­ter­wen­cji w Ira­nie. Zła­pa­li wiatr w ża­gle i nie wy­glą­da na to, żeby mie­li od­pu­ścić.

– Tak, wiem, Mey­er dzwo­nił do mnie wczo­raj i przy­po­mniał gwa­ran­cje po­przed­niej ad­mi­ni­stra­cji do­ty­czą­ce po­mo­cy w przy­pad­ku ata­ku pre­wen­cyj­ne­go. – Hil­la­ry Clin­ton od­chy­li­ła się w fo­te­lu i chwy­ci­ła pió­ro. Kil­ka razy ob­ró­ci­ła nim w pal­cach i odło­ży­ła na miej­sce. – Cie­ka­we, co na to wszyst­ko Chiń­czy­cy. Ra­czej im nie po dro­dze z ko­lej­ną woj­ną.

– Z tego, co wie­my, chiń­ski MSZ ostro kry­ty­ko­wał opie­sza­łość władz w re­ago­wa­niu na de­mon­stra­cje. Nie ma co się dzi­wić, wy­sy­sa­ją z Ira­nu każ­dą kro­plę ropy. Jak im się tam coś po­sy­pie, to zo­sta­ną z ręką w noc­ni­ku. Dru­gi raz ra­czej Ro­sji nie za­ata­ku­ją… – Joe Bi­den uśmiech­nął się na wspo­mnie­nie na­ucz­ki, jaką Chiń­czy­kom dały po­łą­czo­ne siły ko­ali­cji.

– Iran to ich stre­fa wpły­wów. Z pew­no­ścią będą na­ci­skać na Te­he­ran, żeby wła­dze wy­ga­si­ły de­mon­stra­cje. Jest im to wy­bit­nie nie na rękę. Od­no­śnie do moż­li­wo­ści mi­li­tar­nych Chin, nie po­dzie­la­ła­bym pań­skie­go opty­mi­zmu… – Hawk wbi­ła ja­strzę­bi wzrok w se­kre­ta­rza. – Pro­szę przy­po­mnieć so­bie, co chiń­skie woj­ska zro­bi­ły z Ro­sja­na­mi, za­nim za­wią­za­ła się ko­ali­cja. Po­moc tych kil­ku państw była zba­wie­niem dla Mo­skwy.

– Mają swo­je woj­ska w Ira­nie, mogą je wy­ko­rzy­stać jako stra­szak. No i to oni głów­nie sprze­da­ją im broń. Może za­trzy­ma­ją to sza­leń­stwo. – Hil­la­ry Clin­ton po­sta­no­wi­ła uciąć słow­ne utarcz­ki swo­ich go­ści.

– Nie po­win­ni­śmy li­czyć na Chiń­czy­ków w tej kwe­stii. – Bi­den od­chrząk­nął i po­pra­wił się na pre­zy­denc­kiej ka­na­pie. – Eli­za­beth ma ra­cję, oni są nie­prze­wi­dy­wal­ni, je­śli cho­dzi o sto­sun­ki mię­dzy­na­ro­do­we. Na do­brą spra­wę są w sta­nie się do­ga­dać z Irań­czy­ka­mi co do wspól­nej obro­ny przed na­szą agre­sją. Nie mogą so­bie po­zwo­lić na utra­tę naj­waż­niej­sze­go źró­dła su­row­ców.

– Zo­staw­my w spo­ko­ju Chiń­czy­ków. Wróć­my do na­szych pra­cow­ni­ków. Kie­dy Szwaj­ca­rzy chcą ewa­ku­ować pla­ców­kę?

– Jesz­cze dzi­siaj. Cze­ka­ją tyl­ko na de­cy­zję, co z na­szy­mi ludź­mi, i mają pew­ną proś­bę, a ra­czej żą­da­nie… – Twarz Joe Bi­de­na nie wy­ra­ża­ła żad­nych emo­cji.

– Słu­cham.

– Chcą po­mo­cy CIA w ewa­ku­acji. Wie­dzą, że mamy tam swo­ją ko­mór­kę.

– Cze­go do­kład­nie ocze­ku­ją?

– Że­by­śmy za­bez­pie­czy­li lo­gi­sty­kę, wy­ko­rzy­stu­jąc sa­te­li­tę do zna­le­zie­nia bez­piecz­nej dro­gi na lot­ni­sko. Boją się za­mie­szek na tra­sie prze­jaz­du kon­wo­ju i w za­sa­dzie wca­le im się nie dzi­wię. – Joe Bi­den wzru­szył ra­mio­na­mi i uśmiech­nął się kwa­śno.

– Na lot­ni­sku też mamy im po­móc? Chy­ba po­tra­fią wy­czar­te­ro­wać sa­mo­lot dla swo­jej pla­ców­ki? – Hil­la­ry Clin­ton po­chy­li­ła się nad biur­kiem i ścią­gnę­ła usta w wą­ską kre­skę.

– Oczy­wi­ście, Hil­la­ry. Ocze­ku­ją tyl­ko, że znaj­dzie­my naj­bez­piecz­niej­szą dro­gę i bę­dzie­my ich na bie­żą­co pi­lo­to­wać, rzecz ja­sna na bez­piecz­nej li­nii. Wszyst­kim zaj­mie się sama Agen­cja.

– Co o tym są­dzisz, Eli­za­beth?

– Chy­ba nie mamy wyj­ścia. Szwaj­ca­rzy to nasi go­spo­da­rze w Ira­nie. Poza tym nie wy­ma­ga­ją od nas de­san­tu spa­do­chro­nia­rzy, tyl­ko pro­wa­dze­nia kon­wo­ju na szy­fro­wa­nej li­nii. Ni­kłe szan­se wy­kry­cia na­szych i rów­nie nie­wiel­kie ry­zy­ko, że eki­pa coś spie­przy.

– Do­brze, niech tak bę­dzie. Daj­cie znać Szwaj­ca­rom, że CIA im po­mo­że. Niech jak naj­szyb­ciej wy­cią­gną ich wszyst­kich z tego ba­gna. – Hil­la­ry Clin­ton przy­pie­czę­to­wa­ła spo­tka­nie ude­rze­niem otwar­tą dło­nią w blat biur­ka. – Ma­cie mnie in­for­mo­wać na bie­żą­co o wszyst­kim.

– Oczy­wi­ście, pani… Hil­la­ry. – Joe Bi­den zdą­żył sko­ry­go­wać swo­ją wy­po­wiedź, za­nim pre­zy­dent po­wtór­nie go ofuk­nę­ła.

Po kil­ku se­kun­dach w ga­bi­ne­cie zo­sta­ła tyl­ko Hil­la­ry Clin­ton. Pod­nio­sła się zza biur­ka, wy­łą­czy­ła te­le­wi­zor i ode­tchnę­ła głę­bo­ko. Oby tyl­ko uda­ło się ich wy­wieźć stam­tąd bez żad­ne­go pro­ble­mu. Je­śli coś by się sta­ło któ­re­muś z Ame­ry­ka­nów, opi­nia pu­blicz­na roz­szar­pa­ła­by ich na ka­wał­ki. Może zbyt dłu­go zwle­ka­li z de­cy­zją? Mo­gli ewa­ku­ować ame­ry­kań­ski per­so­nel już na sa­mym po­cząt­ku. Te­raz i tak za póź­no na gdy­ba­nie, agen­cja po­win­na so­bie po­ra­dzić, tak samo jak szwaj­car­skie służ­by spe­cjal­ne peł­nią­ce za­szczyt­ną funk­cję ochro­ny pla­ców­ki. Hil­la­ry Clin­ton jesz­cze raz wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze i prze­mie­rzy­ła ga­bi­net od okien aż po drzwi na ko­ry­tarz Za­chod­nie­go Skrzy­dła.

Zo­sta­wał jesz­cze Izra­el. Wo­jen­na re­to­ry­ka nie była obca temu pań­stwu od chwi­li jego po­wsta­nia, jed­nak w ostat­nich dniach co­raz czę­ściej sły­sza­ło się o za­cho­waw­czej po­li­ty­ce USA na Bli­skim Wscho­dzie. Część ame­ry­kań­skie­go spo­łe­czeń­stwa pod­chwy­ty­wa­ła te ha­sła i na­wo­ły­wa­ła, tak jak lu­dzie na sło­necz­nych uli­cach Tel Awi­wu, do ude­rze­nia na Iran i roz­pra­wie­nia się z pań­stwem „osi zła”. Więk­szość z nich nie mia­ła po­ję­cia, jak tra­gicz­ne nio­sło­by to za sobą kon­se­kwen­cje nie tyl­ko dla go­spo­dar­ki, ale i dla ar­mii i bez­pie­czeń­stwa ca­łe­go re­gio­nu. Zmniej­sze­nie do­staw gazu i ropy, ty­sią­ce za­bi­tych Ame­ry­ka­nów i ko­tłu­ją­cy się na Bli­skim Wscho­dzie ma­giel – fan­ta­stycz­na per­spek­ty­wa! Hil­la­ry Clin­ton po­my­śla­ła, że kie­dy już coś za­czy­na się chwiać, to z cza­sem przy­bie­ra roz­mia­ry pę­dzą­cej w dół zbo­cza la­wi­ny.

Dowództwo wojsk specjalnych, Kraków, Polska | 11 paź­dzier­ni­ka 2018, godzina 07:30

Wy­sie­dli na par­kin­gu tuż przed sa­mym wej­ściem. Trza­snę­ły drzwi. Ja­strzęb­ski spo­dzie­wał się, co za­sta­ną w środ­ku. Peł­ne po­gar­dy spoj­rze­nia, ci­che po­mru­ki, nie­odwza­jem­nio­ne przy­wi­ta­nia. Wie­dział, że ze­psu­li re­pu­ta­cję nie tyl­ko so­bie, ale pol­skim si­łom spe­cjal­nym w ogó­le. Wy­stra­szy­li pół mia­sta, do­pro­wa­dzi­li do pa­ni­ki i kil­ku kraks sa­mo­cho­do­wych. Parę osób od­nio­sło ob­ra­że­nia. In­ny­mi sło­wy, nie było się czym chwa­lić.

Prze­ska­no­wa­li swo­je kar­ty w czyt­ni­kach, pod­pi­sa­li się, po­zwo­li­li spraw­dzić iden­ty­fi­ka­to­ry. Nor­ma, żad­nych udziw­nień. Ofi­cer dy­żur­ny nie za­szczy­cił ich głęb­szym spoj­rze­niem niż za­zwy­czaj. Go­rzej zro­bi­ło się do­pie­ro po wej­ściu na ko­ry­ta­rze.

– Ma­cie się sta­wić w ga­bi­ne­cie sze­fa. Na­tych­miast. – Ofi­cer od­dał im prze­pust­ki i ak­ty­wo­wał za­mek w drzwiach. Prze­szli da­lej.

Ko­ry­ta­rze szta­bu wojsk spe­cjal­nych nie od­róż­nia­ły się szcze­gól­nie od tego, co wi­dzie­li w Rem­ber­to­wie – le­go­wi­sku GROM-u. Su­ro­we ścia­ny, gład­ka wy­kła­dzi­na i asce­tycz­ny wy­strój nie pod­no­si­ły na du­chu. Głów­ny ko­ry­tarz zdo­bi­ły zdję­cia by­łych sze­fów szta­bu i wy­bit­nych do­wód­ców po­szcze­gól­nych jed­no­stek. Mi­nę­li pierw­szą dwój­kę spe­cjal­sów, któ­rzy na ich po­zdro­wie­nie tyl­ko lek­ko ski­nęli gło­wa­mi. Fama do­szła do szta­bu, za­nim opu­ści­li Czar­no­gó­rę. Do­tar­li do ko­lej­ne­go punk­tu kon­tro­l­ne­go. Po­now­nie ze­ska­no­wa­li kar­ty i po­da­li prze­pust­ki po­są­go­we­mu straż­ni­ko­wi. Drzwi pik­nę­ły i zie­lo­na dio­da po­in­for­mo­wa­ła o moż­li­wo­ści przej­ścia da­lej.

Pre­iss cze­kał w koń­cu ko­ry­ta­rza, przed drzwia­mi do po­miesz­czeń do­wód­cy wojsk spe­cjal­nych. Minę miał nie­tę­gą. Pod krza­cza­stym wą­sem wi­dać było ści­śnię­te w wą­ską kre­skę usta.

– Pra­wie się spóź­ni­li­ście. Jest już wy­star­cza­ją­co wkur­wio­ny – wark­nął, wy­cho­dząc im na­prze­ciw.

– Roz­ma­wia­łeś z nim? – Boł­koń­ski wy­sfo­ro­wał się przed Po­la­ka i wy­cią­gnął dłoń na po­wi­ta­nie.

– Nie, ka­za­li mi cze­kać na was. Was też po­wi­ta­li na ko­ry­ta­rzu z taką mi­ło­ścią? – Pre­iss ski­nął gło­wą w stro­nę drzwi z pan­cer­ne­go szkła.

– Nie spo­tka­li­śmy ni­ko­go poza dy­żur­nym i tym tu­taj. Ale spo­dzie­wam się, że na chleb i sól nie ma co li­czyć.

Drew­nia­ne, wzmac­nia­ne pan­cer­ną pły­tą drzwi otwar­ły się nad wy­raz lek­ko. W pro­gu sta­nę­ła mło­da ko­bie­ta w do­pa­so­wa­nym mun­du­rze.

– Za­pra­szam, ge­ne­rał cze­ka. – Uśmiech­nę­ła się, ale Ja­strzęb­ski dał­by so­bie rękę uciąć, że ką­ci­ki jej ust za­drża­ły.

– Dzię­ku­je­my – od­po­wie­dział za wszyst­kich i ru­szył na lewo, gdzie ko­lej­ne drzwi od­dzie­la­ły ich od ga­bi­ne­tu.

Za­pu­kał.

– Wejść!

Ja­strzęb­ski i Boł­koń­ski prze­łknę­li śli­nę, tyl­ko Pre­iss oka­zy­wał sto­ic­ki spo­kój. Na­ci­snął klam­kę. Ga­bi­net przy­wi­tał ich znacz­nie cie­plej­szy­mi to­na­mi niż ko­ry­tarz. Mięk­ki dy­wan, dę­bo­we me­ble, sza­ble i kor­dy wi­szą­ce na ścia­nach spra­wia­ły, że zy­ski­wał przy­tul­ny cha­rak­ter. Go­spo­darz jed­nak pod żad­nym po­zo­rem nie przy­po­mi­nał ru­basz­ne­go sar­ma­ty z dzba­nem mio­du. Ge­ne­rał Edward Ko­zak mógł­by za­stą­pić na pla­nie Clin­ta Eastwo­oda.

– Jak po­dróż, pa­no­wie? Sa­mo­lot cały? – Chu­dy jak pa­tyk, szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna na­wet nie zmie­nił po­zy­cji. Głę­bo­ko osa­dzo­ne oczy świ­dro­wa­ły przy­by­łych. – Na­wet le­piej, że nie od­po­wia­da­cie. Za­dam wam tyl­ko jed­no py­ta­nie. Ja­kim, kur­wa, cu­dem?

– Pa­nie ge­ne­ra­le, prze­chwy­ci­li­śmy ła­du­nek, nikt nie ucier­piał…

– Za­mknij się, Ja­strzęb­ski! Ja wam po­wiem, że nikt nie ucier­piał! Dwa­na­ście osób po­tur­bo­wa­nych, kil­ka­na­ście stra­ga­nów roz­je­ba­nych w drza­zgi! Na do­da­tek jesz­cze to! Pa­trz­cie, sław­ni je­ste­ście! – Ko­zak stuk­nął pal­cem w kla­wia­tu­rę lap­to­pa. Na usta­wio­nej po prze­ciw­nej stro­nie ga­bi­ne­tu ko­mo­dzie roz­ja­rzył się ekran te­le­wi­zo­ra.

Cał­kiem nie­złej ja­ko­ści na­gra­nie przed­sta­wia­ło spa­ni­ko­wa­ny tłum bie­gną­cy uli­cą wprost na obiek­tyw ka­me­ry. Klak­so­ny mie­sza­ły się z krzy­ka­mi prze­ra­żo­nych lu­dzi. Na jezd­ni mi­gnę­ły dwie syl­wet­ki w czar­nych kom­bi­ne­zo­nach. Sza­lo­ko­mi­niar­ki i heł­my prze­sła­nia­ły twa­rze. Obie po­sta­ci trzy­ma­ły przed sobą ka­ra­bi­ny. W rogu ekra­nu wid­nia­ło logo in­ter­ne­to­we­go gi­gan­ta. Prę­dzej czy póź­niej każ­de, choć­by ama­tor­skie na­gra­nie lą­do­wa­ło na YouTu­be. Boł­koń­ski roz­po­znał sie­bie i uśmiech­nął się ką­ci­kiem ust.

– Do śmie­chu ci, ba­ra­ni łbie?! – Ge­ne­rał tym ra­zem wstał. – Jak oglą­da­li­śmy re­la­cję z ak­cji, nikt nie pro­te­sto­wał, zda­rza się. Kie­dy fa­cet wy­sko­czył przez okno, nie­któ­rzy zdo­by­li się na­wet na śmiech. Ale jak za­czę­li­ście, kur­wa, de­mo­lo­wać pół mia­sta, na­wet w Mo­skwie zła­pa­li się za gło­wę! Wie­cie, co to dla nas ozna­cza? Ra­de­gast 1 nie jest już nie­zna­ną jed­nost­ką. Mimo że nie ma­cie ozna­czeń, prę­dzej czy póź­niej ktoś nas o to oskar­ży.

– Pa­nie ge­ne­ra­le, mi­sja za­koń­czy­ła się suk­ce­sem. Nie mo­gli­śmy do­pu­ścić do utra­ty ka­mi­zel­ki. Tech­no­lo­gia jest war­ta mi­lio­ny. – Pre­iss in­ter­we­nio­wał w ide­al­nym mo­men­cie. Boł­koń­ski już otwie­rał usta do ri­po­sty, a obaj Po­la­cy byli pew­ni, że nie skoń­czy­ło­by się to do­brze.

– Ow­szem, ka­mi­zel­ka jest na­sza. Oca­li­li­ście tech­no­lo­gię, nie mogę jed­nak przy­mknąć oka na to, jaką nie­kom­pe­ten­cją wy­ka­za­li­ście się pod­czas po­ści­gu.

– Zła­pa­li­śmy zbie­ga, wy­ko­na­li­śmy za­da­nie. – Boł­koń­ski po­wstrzy­my­wał się jak mógł.

– Uży­łeś bro­ni wśród cy­wi­lów! Bóg cię opu­ścił?! – usły­szał w od­po­wie­dzi.

– Mu­sie­li­śmy prze­rze­dzić tłum. Cel od­da­lał się za szyb­ko, dzia­ła­łem in­stynk­tow­nie.

– Do­brze, żeś nie prze­rze­dził gra­na­tem!

– Pre­mier wie? – Ja­strzęb­ski prze­zwy­cię­żył su­chość w gar­dle.

– Jak my­ślisz? Oczy­wi­ście, że wie. Ro­sja­nie pro­si­li o kon­fe­ren­cję. Poza tym, że mam was opier­do­lić, mu­szę prze­ka­zać wam dal­sze wy­tycz­ne. Po­słu­chaj­cie mnie uważ­nie.

Ski­nę­li gło­wa­mi bez sło­wa.

– Ra­de­gast 1 zo­sta­je cza­so­wo za­wie­szo­ny. Roz­głos był zbyt duży. Nie uczest­ni­czy­cie w żad­nych ope­ra­cjach do od­wo­ła­nia. Ci­sza, Ja­strzęb­ski. – Ge­ne­rał ge­stem dło­ni uspo­ko­ił chcą­ce­go sko­men­to­wać jego sło­wa ka­pi­ta­na. – Szko­li­cie się, po­zo­sta­je­cie w struk­tu­rach sił spe­cjal­nych, ale je­ste­ście uzie­mie­ni. Tu są wnio­ski urlo­po­we, ma was nie być przez mie­siąc. Pre­iss, ty wra­casz do Rem­ber­to­wa.

– Tak jest, pa­nie ge­ne­ra­le. – Wą­sacz ode­brał z rąk ge­ne­ra­ła tecz­kę.

– Mu­sie­li­śmy to zro­bić, ge­ne­ra­le. Mu­sie­li­śmy wy­ko­nać mi­sję. – Boł­koń­ski zwle­kał z od­bio­rem swo­je­go wnio­sku.

– W przy­szło­ści mu­si­cie też uży­wać gło­wy, ma­jo­rze. Ma­cie te­raz tro­chę cza­su, żeby so­bie to przy­swo­ić.

Ambasada Szwajcarii, Teheran, Iran | 11 paź­dzier­ni­ka 2018, godzina 08:11

Ewa­ku­acja szwaj­car­skiej pla­ców­ki dy­plo­ma­tycz­nej za­mie­ni­ła się w spek­takl pe­łen pa­ni­ki i cha­osu. Szyb­ko za­bez­pie­cza­na do­ku­men­ta­cja, dzie­siąt­ki se­gre­ga­to­rów, kom­pu­te­rów i prze­no­śnych dys­ków twar­dych lą­do­wa­ły w pla­sti­ko­wych skrzy­niach, po czym były prze­no­szo­ne do pan­cer­nych fur­go­ne­tek grze­ją­cych sil­ni­ki na ty­łach kom­plek­su. Szwaj­car­skie siły spe­cjal­ne, od­de­le­go­wa­ne do za­bez­pie­cze­nia pla­ców­ki, uwi­ja­ły się jak w ukro­pie. Uni­for­my i opa­no­wa­ne twa­rze żoł­nie­rzy mie­sza­ły się z czer­nią biz­ne­so­wych gar­ni­tu­rów i prze­ra­żo­ny­mi ob­li­cza­mi ofi­cje­li.

Wyż­sze pię­tra głów­ne­go bu­dyn­ku zaj­mo­wa­ne były przez sa­me­go am­ba­sa­do­ra oraz biu­ra od­po­wie­dzial­ne za kon­tak­ty z przed­sta­wi­ciel­stwa­mi Ira­nu i Szwaj­ca­rią. Wła­śnie tam, na koń­cu wy­ście­ła­ne­go szkar­łat­nym dy­wa­nem ko­ry­ta­rza, swój ga­bi­net, te­raz nie­mal pu­sty, miał Kurt Cu­che. Kurt i Pa­trick sie­dzie­li w fo­te­lach i cze­ka­li na sy­gnał do opusz­cze­nia am­ba­sa­dy. Na­wet tu­taj do­cho­dził har­mi­der pa­nu­ją­cy na niż­szych pię­trach. Szwaj­car wy­da­wał się spo­koj­ny na tyle, na ile po­zwa­la­ła na to obec­na sy­tu­acja. Za okna­mi, kil­ka­na­ście me­trów da­lej, sza­lał tłum kil­ku­set roz­wście­czo­nych Irań­czy­ków. Kost­ka bru­ko­wa i ka­mie­nie raz za ra­zem roz­trza­ski­wa­ły się o pod­jazd i ryły bruz­dy w ide­al­nie przy­strzy­żo­nym traw­ni­ku. Emo­cje tar­ga­ły też du­szą Ame­ry­ka­ni­na. Płyt­ki od­dech i zro­szo­ne po­tem czo­ło świad­czy­ły o wal­ce z pa­ni­ką.

– Kie­dy to się wresz­cie skoń­czy?! Ileż moż­na wy­no­sić pa­pie­ry?! – Pa­trick trza­snął o blat sto­łu pu­stą szklan­ką po whi­sky i po­lu­zo­wał kra­wat. Na­wet al­ko­hol nie po­zwa­lał mu po­zbyć się na­tręt­nych my­śli.

– Uspo­kój się! Za­raz ru­sza­my. Prze­cież nie zo­sta­wi­my am­ba­sa­dy ze wszyst­ki­mi do­ku­men­ta­mi na biur­kach. – Brak opa­no­wa­nia ame­ry­kań­skie­go urzęd­ni­ka co­raz bar­dziej dzia­łał Kur­to­wi na ner­wy. Jak oni mo­gli od­de­le­go­wać tu­taj ko­goś tak nie­sta­bil­ne­go?

– Wy­bacz, Kurt, to chy­ba nie na moje ner­wy. Nie pcha­łem się do tej ro­bo­ty. Mia­łem na­dzie­ję, że uda mi się do­stać po­sad­kę w ja­kimś za­po­mnia­nym przez Boga po­li­ne­zyj­skim pań­stew­ku… – Osiem­na­sto­let­nia szkoc­ka ude­rza­ła do gło­wy.

Nie­zręcz­ną at­mos­fe­rę prze­rwa­ło sta­now­cze pu­ka­nie do drzwi. Po chwi­li klam­ka ustą­pi­ła, a w drzwiach uka­za­ła się ma­syw­na syl­wet­ka szwaj­car­skie­go spe­cjal­sa z wi­szą­cym na bun­gee MP9.

– Wszyst­ko go­to­we, pa­nie am­ba­sa­do­rze, mo­że­my ru­szać.

– Dzię­ki Bogu! Już się zbie­ra­my. Chodź, Pa­trick, wy­no­śmy się z tego szam­ba…

Ame­ry­ka­nin po­de­rwał się z fo­te­la i na­wet nie tru­dził się, by za­piąć gór­ny gu­zik ma­ry­nar­ki. Krzą­ta­ni­nę prze­rwał zło­wiesz­czy dźwięk. Do­pie­ro kie­dy do dy­plo­ma­tów do­padł ko­man­dos i po­wa­lił ich na pod­ło­gę, Ja­cobs zdał so­bie spra­wę, co to za ryt­micz­ny, pie­kiel­nie re­gu­lar­ny huk.

***

Pierw­sza se­ria z au­to­ma­tu prze­le­cia­ła nad roz­ju­szo­nym tłu­mem. Do­wo­dzą­cy kil­ku­oso­bo­wym od­dzia­łem sił spe­cjal­nych z bry­ga­dy Quds po­rucz­nik spoj­rzał za sie­bie, gdzie do fa­lu­ją­cej ciż­by wła­śnie do­jeż­dżał upać­ka­ny bło­tem SUV. Po­chy­lił się do przo­du, zbli­ża­jąc usta do mi­kro­fo­nu, skrzęt­nie ukry­te­go w kla­pie kurt­ki.

– Mo­że­cie za­czy­nać.

– Tak jest, po­rucz­ni­ku!

SUV przy akom­pa­nia­men­cie klak­so­nu i bły­skach świa­teł to­ro­wał so­bie dro­gę do ku­tej bra­my am­ba­sa­dy. We­wnątrz po­jaz­du dwóch ko­man­do­sów prze­ła­do­wy­wa­ło wła­śnie krót­kie AK spo­czy­wa­ją­ce na ko­la­nach. Resz­ta od­dzia­łu roz­lo­ko­wa­ła się w new­ral­gicz­nych miej­scach, pod­ju­dza­jąc osza­la­ły tłum do osta­tecz­ne­go roz­pra­wie­nia się z ukry­wa­ją­cy­mi się za wy­so­ki­mi mu­ra­mi słu­ga­mi sza­ta­na. Efekt prze­cho­dził naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Po­rucz­nik po­my­ślał, że nie­ustan­ne bom­bar­do­wa­nie ka­mie­nia­mi mu­sia­ło na­pę­dzić urzęd­ni­kom nie­złe­go stra­cha.

Te­re­nów­ka pod­je­cha­ła już pod samą bra­mę. Sie­dzą­cy na miej­scu pa­sa­że­ra ope­ra­tor wy­sko­czył na ze­wnątrz i spraw­nie za­mon­to­wał na oku­ciu bra­my hak po­łą­czo­ny liną z paką SUV-a. Roz­sza­la­ły tłum fa­lo­wał, na­pie­ra­jąc na bra­mę i mur oka­la­ją­cy kom­pleks. Wy­star­czy­ło tyl­ko te­raz zro­bić mu przej­ście, a gniew zo­sta­nie ska­na­li­zo­wa­ny. Ko­man­dos jesz­cze raz spraw­dził za­cze­pie­nie haka. Do­padł do szo­fer­ki i wy­mie­nił z kie­row­cą kil­ka słów. SUV z pi­skiem opon ru­szył ku uli­cy. Na­prę­żo­na do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści sta­lo­wa lin­ka szarp­nę­ła i wy­rwa­ła bra­mę z za­wia­sów. Że­la­zne wro­ta z brzę­kiem pa­dły na bruk, otwie­ra­jąc dro­gę do wnę­trza am­ba­sa­dy. Jak na ra­zie szło do­brze. Po­rucz­nik zo­ba­czył, że ko­man­dos w ara­fat­ce ze­ska­ku­je z paki na zie­mię, cią­gnąc za sobą bre­zen­to­wą płach­tę. Tłum wo­kół sa­mo­cho­du ryk­nął z ra­do­ści. W rę­kach się­ga­ją­cych na od­kry­tą na­cze­pę po­ja­wia­ły się za­ła­do­wa­ne AKM-y. Po­rucz­nik po­czuł, jak sto­ją­cy za nim de­mon­stran­ci, nie­sie­ni falą dzi­kiej eu­fo­rii, prze­su­nę­li go kil­ka me­trów do przo­du. Mu­siał się wy­rwać z tego ko­tła, ina­czej tłum za­bie­rze go aż pod sam ga­bi­net tego pie­przo­ne­go Szwaj­ca­ra. Kil­ka razy użył łok­ci i trza­snął ko­goś w pod­bró­dek, to­ru­jąc so­bie dro­gę na tyły. Sta­nął kil­ka­na­ście me­trów od SUV-a. Po sfor­so­wa­niu bra­my ko­man­do­si mie­li wto­pić się w tłum i przy­jąć po­sta­wę wy­łącz­nie ob­ser­wa­cyj­ną. Wie­dzie­li, że do­brze ukie­run­ko­wa­na ludz­ka nie­na­wiść za­ła­twi spra­wę. Po­rucz­nik nie po­my­lił się. Już po kil­ku se­kun­dach roz­le­gły się pierw­sze se­rie wy­strza­łów.

***

– Wdar­li się na te­ren am­ba­sa­dy! – szwaj­car­ski ko­man­dos wrzas­nął do ucha oszo­ło­mio­ne­go na­ra­sta­ją­cy­mi krzy­ka­mi Kur­ta Cu­che. – Mu­szę pana na­tych­miast ewa­ku­ować!

– Gdzie Pa­trick?! Co tu się, kur­wa, dzie­je?! – Am­ba­sa­dor cał­ko­wi­cie stra­cił pew­ność sie­bie. Ką­tem oka zo­ba­czył, jak gdzieś w oko­li­cach przed­sion­ka trzech żoł­nie­rzy w mun­du­rach ostrze­li­wu­je się z na­past­ni­ka­mi na ze­wnątrz.

– Pan Ja­cobs jest wła­śnie trans­por­to­wa­ny na tyły, za­raz po­wi­nien ru­szać ra­zem z resz­tą ame­ry­kań­skie­go per­so­ne­lu!

Do­wód­ca sił ochro­ny mu­siał cią­gnąć dy­plo­ma­tę jak wo­rek ziem­nia­ków. Bez­wol­ne z prze­ra­że­nia cia­ło nie było zdol­ne do żad­ne­go wy­sił­ku. Kur­to­wi wy­da­wa­ło się, że śni, że to wszyst­ko, co się wo­kół dzie­je: bie­ga­ją­cy we wszyst­kie stro­ny lu­dzie, pa­nicz­ne wrza­ski i gar­dło­we char­cze­nie to wy­mysł jego wy­obraź­ni. Przed oczy­ma sta­nę­ła mu fa­bu­ła jed­nej z ksią­żek, w któ­rej Zie­mię opa­no­wa­ły pół­ży­we, po­włó­czą­ce no­ga­mi isto­ty.

– Zbli­ża­my się do par­kin­gu. Po­je­dzie pan z ra­zem z se­kre­ta­rzem oraz resz­tą ga­bi­ne­tu pro­sto na lot­ni­sko. Cze­ka­ją tam nasi lu­dzie, któ­rzy bez­piecz­nie od­pro­wa­dzą pana na po­kład sa­mo­lo­tu, ro­zu­mie pan? – Do­wód­ca zła­pał w dło­nie nie­obec­ną twarz am­ba­sa­do­ra. Od­po­wie­dzia­ło mu obo­jęt­ne kiw­nię­cie gło­wą.

Strza­ły przy­bie­ra­ły na sile. Do krzy­ków do­łą­czy­ły nowe, jak­by te gar­dło­we char­cze­nia zbli­ży­ły się na od­le­głość wy­cią­gnię­tej ręki. Po chwi­li am­ba­sa­dor zo­ba­czył, jak spo­koj­ną twarz ko­man­do­sa wy­krzy­wia prze­raź­li­wy gry­mas.

– Pa­nie am­ba­sa­do­rze, tłum jest na ty­łach, wy­je­cha­ły tyl­ko dwie fur­go­net­ki, mu­si­my po­szu­kać dla pana in­nej dro­gi ewa­ku­acji! O kur… – Am­ba­sa­dor nie usły­szał resz­ty słów. Cie­pła, pach­ną­ca że­la­zem ciecz ob­le­pi­ła jego twarz jak pa­ję­czy­na. Kurt Cu­che osu­nął się na pod­ło­gę i bez­wol­nie ob­ser­wo­wał, jak wy­da­rze­nia to­czą na jego oczach ni­czym sce­ny z fil­mu. Zmiaż­dżo­na ka­ra­bi­no­wą kulą twarz spe­cjal­sa roz­ma­zy­wa­ła się tak samo jak po­sta­ci rzu­ca­nych na ko­la­na pra­cow­ni­ków am­ba­sa­dy. Krzy­ki były wy­głu­szo­ne, od­da­la­ły się i ni­kły w ciem­no­ściach, do­kład­nie tak samo jak świa­do­mość am­ba­sa­do­ra.

***

– Hil­la­ry, coś się sta­ło w Te­he­ra­nie… – Eli­za­beth Hawk bez pu­ka­nia wpa­ro­wa­ła do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go.

– Mó­wi­łam, żeby… Do­brze się czu­jesz, Eli­za­beth? – Pre­zy­dent pod­nio­sła wzrok znad ster­ty do­ku­men­tów i do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wa­ła się, że twarz jej do­rad­czy­ni przy­po­mi­na bia­łą kart­kę.

– Za­ata­ko­wa­no am­ba­sa­dę, wdar­li się do kom­plek­su, nie wie­my, co z Ja­cob­sem.

Przez kil­ka dłu­gich se­kund w ga­bi­ne­cie pa­no­wa­ła ab­so­lut­na ci­sza.

– Kie­dy to się sta­ło?

– Kil­ka­na­ście mi­nut temu. Byli wła­śnie w trak­cie ewa­ku­acji, kie­dy de­mon­stran­ci sfor­so­wa­li bra­mę… Nie wie­my nic o ofia­rach.

– Na­tych­miast spro­wadź Bi­de­na i sze­fa ope­ra­cji spe­cjal­nych. Chcę wie­dzieć, kto jest za to od­po­wie­dzial­ny.

– Oczy­wi­ście.

– Me­dia już wie­dzą? – Hil­la­ry Clin­ton, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, się­gnę­ła po pi­lo­ta i włą­czy­ła ka­nał in­for­ma­cyj­ny. Ode­tchnę­ła z ulgą, kie­dy na ekra­nie po­ja­wi­ły się naj­now­sze no­to­wa­nia no­wo­jor­skiej gieł­dy.

– Nie, nie ma żad­ne­go prze­cie­ku, ale daj­my im jesz­cze go­dzi­nę, a będą o tym trą­bić wszyst­kie sta­cje.

– Za­nim za­czną wie­szać na nas psy, chcę wie­dzieć o wszyst­kim, co tam się sta­ło. Ab­so­lut­nie o wszyst­kim, zro­zu­mia­łaś?

– Tak…

– To do ro­bo­ty.

***

Pa­trick Ja­cobs czuł, że się dusi. Płó­cien­na tor­ba na jego gło­wie prze­sła­nia­ła nie tyl­ko wi­dok, ale i do­pływ po­wie­trza. Gdzieś go wieź­li, wy­bo­je wska­zy­wa­ły na jed­ną z bocz­nych dróg, z pew­no­ścią nie na żad­ną głów­ną ar­te­rię mia­sta. Miał skrę­po­wa­ne ręce. Spró­bo­wał przy­wró­cić krą­że­nie ko­li­sty­mi ru­cha­mi dło­ni, ale poza szorst­kim sznu­rem w miej­scu usa­dził go po­tęż­ny cios w brzuch i po­tok nie­zro­zu­mia­łych słów. Pra­wie się za­dła­wił, kie­dy za wszel­ką cenę chciał zła­pać od­dech. Sta­lo­wy uścisk dło­ni na ra­mio­nach stłam­sił reszt­ki jego opo­ru. Za­czął szlo­chać, nie po­wstrzy­my­wał pły­ną­cych co­raz ob­fi­ciej łez. Te­raz nie mia­ło to już zna­cze­nia. Wieź­li go pew­nie do ja­kiejś za­wszo­nej dziu­ry, gdzie spę­dzi na­stęp­ne mie­sią­ce, cze­ka­jąc na po­moc. Jego usta mi­mo­wol­nie szep­ta­ły sło­wa mo­dli­twy. Nie był oso­bą szcze­gól­nie wie­rzą­cą, w Sta­nach cho­dził do ko­ścio­ła głów­nie z uwa­gi na żonę, za­go­rza­łą ka­to­licz­kę, i na­wet w świą­ty­ni my­śla­mi był da­le­ko, na tro­pi­kal­nej wy­sep­ce. Ja­kie to mia­ło te­raz zna­cze­nie? Wpadł po same uszy i wąt­pił, żeby uda­ło mu się z tego wy­rwać. Sie­dzą­cy po jego obu stro­nach męż­czyź­ni wy­mie­ni­li kil­ka zdań i szturch­nę­li go ku swo­jej ucie­sze.

– Jest tyl­ko je­den Bóg! – Wi­dać mu­sie­li usły­szeć, że szep­cze. Ten po pra­wej na­chy­lił się i krzyk­nął mu „Al­la­hu Ak­bar!” wprost do ucha.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się. Straż­ni­cy wy­sie­dli i wy­cią­gnę­li Ja­cob­sa na roz­grza­ny bruk. Do­oko­ła sły­szał roz­e­mo­cjo­no­wa­ne gło­sy, ta­kie same jak te przed am­ba­sa­dą. Po­czuł moc­ne klep­nię­cie w bark i omal nie upadł, kie­dy chciał zła­pać rów­no­wa­gę ze skrę­po­wa­ny­mi rę­ka­mi. Po­na­gla­ny krzy­ka­mi i sztur­cha­niem po­słusz­nie drep­tał przed sie­bie, nie­ustan­nie za­wa­dza­jąc bu­ta­mi o na­wierzch­nię. Je­den ze straż­ni­ków zła­pał go i sil­nym kop­nię­ciem w staw ko­la­no­wy usa­dził na zie­mi, jed­no­cze­śnie zry­wa­jąc wo­rek z jego gło­wy. Ośle­pia­ją­ce świa­tło prze­sło­ni­ło świat na kil­ka­na­ście se­kund. Kie­dy za­czął od­zy­ski­wać wzrok, zo­rien­to­wał się, że jest na pla­cu tuż przy by­łej am­ba­sa­dzie Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Czy­li jed­nak mu­sie­li je­chać głów­ny­mi dro­ga­mi. Pew­nie na­wia­ło ka­my­ków albo po­ru­sza­li się zde­ze­lo­wa­nym gru­cho­tem. Ja­cobs ro­zej­rzał się. Wo­kół kłę­bił się opę­ta­ny gnie­wem tłum.

– Pa­trick! Pa­trick! Tu­taj! – Ame­ry­ka­nin do­strzegł klę­czą­ce kil­ka me­trów da­lej dwie ko­bie­ty i dwóch męż­czyzn, po­zo­sta­łych pra­cow­ni­ków ame­ry­kań­skiej pla­ców­ki przy szwaj­car­skiej am­ba­sa­dzie. Ko­bie­ty były skrę­po­wa­ne, po­dob­nie jak klę­czą­cy z po­chy­lo­ny­mi gło­wa­mi męż­czyź­ni.

– Su­san! Nie bój się, wszyst­ko bę­dzie do­brze!

– Pa­trick, oni nas za­bi­ją!

– Prze­stań tak my­śleć, nic nam nie bę­dzie, to ja­kaś po­mył­ka! – Ja­cobs sta­rał się nad­ra­biać miną, ale kie­dy straż­ni­cy po­de­rwa­li go bru­tal­nie z klę­czek i ci­snę­li na ścia­nę am­ba­sa­dy, omal nie stra­cił przy­tom­no­ści. Pod­szedł do nie­go wy­glą­da­ją­cy na do­wód­cę bo­jów­karz ubra­ny w spodnie w ka­mu­fla­żu wo­odland i roz­pię­tą pod szy­ją ko­szu­lę.

– Za­pła­cisz za grze­chy two­je­go sza­tań­skie­go kra­ju. Al­lah jest wiel­ki!

– Co wy ro­bi­cie?! To ja­kieś sza­leń­stwo, zo­staw­cie nas, my nic nie zro­bi­li­śmy!

– Przez was giną nasi ro­da­cy! Za­sła­niasz się bluź­nier­stwa­mi, psie! – Irań­czyk opa­tu­lo­ny w ara­fat­kę splu­nął w twarz Ame­ry­ka­ni­no­wi i od­szedł kil­ka kro­ków do tyłu. Wy­szar­pał pi­sto­let z przy­tro­czo­nej do pa­ska spodni ka­bu­ry i wy­ce­lo­wał w Ja­cob­sa.

– Nie! Bła­gam! Ja nic nie zro­bi­łem! – Pa­trick za­niósł się pła­czem, nogi się pod nim ugię­ły, ale nie upadł. Straż­ni­cy pod­trzy­ma­li jego bez­wład­ne cia­ło. Bez­gło­śnie szep­tał bła­ga­nia o ła­skę. Na­gle usły­szał prze­raź­li­we krzy­ki swo­ich ko­le­gów i uj­rzał ja­sny błysk. Po­tem była już tyl­ko ciem­ność.

Biały Dom, Waszyngton DC, USA | 11 paź­dzier­ni­ka 2018, godzina 10:09

Sie­dzie­li w ab­so­lut­nej ci­szy. Okro­jo­ny przez cen­zu­rę ma­te­riał emi­to­wa­ny w naj­więk­szej sta­cji in­for­ma­cyj­nej w kra­ju za­koń­czył się przed kil­ko­ma se­kun­da­mi. Miej­sce dan­tej­skich scen roz­gry­wa­ją­cych się na te­re­nie by­łej ame­ry­kań­skiej am­ba­sa­dy za­ję­ła bla­da jak ścia­na pre­zen­ter­ka. Bia­ły Dom otrzy­mał ten ma­te­riał kil­ka­na­ście mi­nut wcze­śniej. Hil­la­ry Clin­ton nie chcia­ła wer­sji prze­kon­wer­to­wa­nej i ocen­zu­ro­wa­nej. Uwa­ża­ła, że te ob­ra­zy będą karą za opie­sza­łość i brak de­ter­mi­na­cji. Nie my­li­ła się. Wi­dok eks­plo­du­ją­cej gło­wy Pa­tric­ka Ja­cob­sa wy­wo­łał falę emo­cji, któ­ra w ułam­ku se­kun­dy za­mie­ni­ła się w po­czu­cie bez­rad­no­ści i zwąt­pie­nia.

– Me­dia już wie­dzą… Jak mo­gli­śmy do tego do­pu­ścić? – Hil­la­ry Clin­ton za­mar­ła za biur­kiem i wpa­try­wa­ła się nie­wi­dzą­cym wzro­kiem w pła­ski ekran te­le­wi­zo­ra.

– Nie mie­li­śmy po­ję­cia, że do tego doj­dzie. Ana­li­zy nie wska­zy­wa­ły na aż tak agre­sy… – John Bren­nan, dy­rek­tor wy­ko­naw­czy ame­ry­kań­skiej Cen­tral­nej Agen­cji Wy­wia­dow­czej, nie do­stą­pił za­szczy­tu do­koń­cze­nia swo­jej wy­po­wie­dzi.

– Pra­wie pięć­dzie­siąt mi­liar­dów do­la­rów rocz­nie na­sze spo­łe­czeń­stwo wy­da­je tyl­ko na po­trze­by Agen­cji, a ty mó­wisz mi, że nie mie­li­ście po­ję­cia? Zgi­nę­li nasi dy­plo­ma­ci, do ja­snej cho­le­ry! – Hil­la­ry Clin­ton nie­na­wi­dzi­ła dup­ków z CIA. Uwa­ża­li się za pań­stwo w pań­stwie, wszech­mo­gą­cych. Do­pó­ki oczy­wi­ście nikt nie pa­trzył im na ręce. Jak tyl­ko coś się pie­przy­ło, Lan­gley drep­ta­ło do Wa­szyng­to­nu z proś­bą o wy­ba­cze­nie. Nie tym ra­zem, po­my­śla­ła pre­zy­dent.

– Na­sza ko­mór­ka wy­zna­czy­ła ide­al­ną tra­sę dla ko­lum­ny, zna­leź­li­by się na lot­ni­sku w cią­gu dwu­dzie­stu trzech mi­nut, tak jak uda­ło się to pierw­szym dwóm fur­go­net­kom. By­li­śmy go­to­wi do ewa­ku­acji na kil­ka­dzie­siąt mi­nut przed Szwaj­ca­ra­mi, nie mo­że­my po­no­sić kon­se­kwen­cji za ich opie­sza­łość. – Bren­nan nie da­wał za wy­gra­ną i trze­ba mu było przy­znać tro­chę ra­cji. Nie tyl­ko oni nie mie­li się czym chwa­lić.

– Stra­ci­li­śmy oby­wa­te­li na­sze­go kra­ju, a to jest wy­łącz­nie na­sza wina. Obar­cza­nie od­po­wie­dzial­no­ścią za tę stra­tę Szwaj­ca­rów jest zde­cy­do­wa­nie nie na miej­scu.

– Hil­la­ry, mu­szę się zgo­dzić z Joh­nem, nie do koń­ca my je­ste­śmy za to od­po­wie­dzial­ni. Poza tym to, co się dzia­ło przed am­ba­sa­dą, nie wy­glą­da­ło jak zwy­kły akt nie­na­wi­ści. Zbyt wie­le w tym było lo­gi­ki. – Joe Bi­den jako wy­traw­ny gracz i były kan­dy­dat do go­spo­da­rze­nia w Ga­bi­ne­cie Owal­nym uwa­żał się za spe­cja­li­stę w kwe­stii za­wi­łych me­an­drów pra­cy wy­wia­dow­czej.

– Co masz na my­śli? – Hil­la­ry Clin­ton opar­ła się dłoń­mi o blat biur­ka i po­chy­li­ła w stro­nę zaj­mu­ją­cych miej­sca na ka­na­pach go­ści.

– Z tych strzę­pów in­for­ma­cji, ja­kie prze­ka­za­li CIA Szwaj­ca­rzy, wy­ni­ka, że am­ba­sa­dę za­ata­ko­wał uzbro­jo­ny tłum. Strze­la­li do nich i albo mu­sie­li mieć tam uzbro­jo­ną kom­pa­nię lu­dzi, albo kil­ku do­sko­na­łych strzel­ców.

– Ktoś mu­siał ich uzbro­ić tuż przed wtar­gnię­ciem na te­ren am­ba­sa­dy. Wcze­śniej nie padł na­wet je­den strzał. W tej chwi­li na­sza ko­mór­ka sta­ra się usta­lić, ja­kim cu­dem de­mon­stran­ci mo­gli prze­my­cić broń przez kor­don po­li­cji – do­dał Bren­nan, lek­ko ski­nąw­szy gło­wą w stro­nę Bi­de­na. Zna­li się od lat.

– Ktoś o tym wie? – Pre­zy­dent za­cię­ła usta w kre­skę i spoj­rza­ła na sze­fa Agen­cji.

– Tyl­ko na­sza czwór­ka oraz ofi­ce­ro­wie kon­tak­to­wi w Lan­gley. W su­mie nie wię­cej niż dzie­sięć osób.

– Niech tak zo­sta­nie. Do­pó­ki te re­we­la­cje się nie po­twier­dzą, wszyst­ko ma być taj­ne. Je­śli to się oka­że praw­dą, na­sza re­ak­cja bę­dzie mu­sia­ła być znacz­nie ostrzej­sza niż pro­jek­ty no­wych sank­cji i żą­da­nia ofi­cjal­nych prze­pro­sin od naj­wyż­szych władz w Ira­nie.

– To bę­dzie nie­unik­nio­ne. Już te­raz na­stro­je na­sze­go spo­łe­czeń­stwa za­czy­na­ją przy­po­mi­nać te z je­de­na­ste­go wrze­śnia. Je­śli nie zaj­mie­my twar­de­go sta­no­wi­ska, po­par­cie dla ad­mi­ni­stra­cji spad­nie na łeb na szy­ję. – Eli­za­beth Hawk, do tej pory mil­czą­ca i po­trzą­sa­ją­ca gło­wą w nie­do­wie­rza­niu, od­zy­ska­ła trzeź­wość umy­słu.

– Na­ma­wiasz nas do roz­po­czę­cia na­stęp­nej woj­ny? Nie za­ga­lo­po­wuj się za bar­dzo, nie je­steś dru­gim Brze­ziń­skim – prych­nął Joe Bi­den.

– Słu­chaj, w Izra­elu za­czy­na­ją oskar­żać nas o tchó­rzo­stwo i cho­wa­nie gło­wy w pia­sek. Jesz­cze ty­dzień ta­kie­go za­wie­sze­nia, a pierw­szy lep­szy prze­cho­dzień na­plu­je ci w twarz. Ame­ry­ka za­wsze mści­ła się za śmierć swo­ich oby­wa­te­li, nie mo­że­my zo­sta­wić tego wy­da­rze­nia bez od­ze­wu.

– Spo­koj­nie, Eli­za­beth. Emo­cje udzie­la­ją się nam wszyst­kim, ale nie są do­brym do­rad­cą. Nie po­stę­puj­my po­chop­nie. Naj­pierw mu­si­my mieć pew­ność co do udzia­łu sił trze­cich w za­ma­chu. – Hil­la­ry Clin­ton wy­ko­na­ła uspo­ka­ja­ją­cy gest dło­nią i po­to­czy­ła spoj­rze­niem po ze­bra­nych w ga­bi­ne­cie. – Wiem, jak to wy­glą­da, i to głów­nie w moją stro­nę spa­da­ją gro­my, ale nie mo­że­my dzia­łać pod pre­sją. Nie stać nas na dru­gi Irak i Afga­ni­stan. Do­pie­ro co wy­cią­gnę­li­śmy na­szych z tego ma­gla.

– Nasi lu­dzie już nad tym pra­cu­ją – bąk­nął Bren­nan.

– Wy­bacz, Hil­la­ry, ale nie mie­li­śmy ta­kie­go kry­zy­su od de­ka­dy. Na­wet chiń­ska in­wa­zja na Ro­sję tego nie prze­bi­je, a zgi­nę­ły tam po­nad dwa mi­lio­ny lu­dzi. Te­raz śmierć piąt­ki na­szych oby­wa­te­li może za­wa­lić fun­da­men­ty za­ufa­nia spo­łecz­ne­go – po­wie­dział Bi­den.

– Nie damy się spro­wo­ko­wać. – Pre­zy­dent wy­pu­ści­ła po­wie­trze ze świ­stem. – Cze­go ocze­ku­ją od nas Izra­el­czy­cy?

– Fran­klin Mey­er na­ci­ska na spo­tka­nie. Uwa­ża, że nada­rzy­ła się do­sko­na­ła oka­zja do wy­eli­mi­no­wa­nia za­gro­że­nia zwią­za­ne­go z irań­skim pro­gra­mem ato­mo­wym. – Joe Bi­den naj­le­piej znał sta­no­wi­sko izra­el­skie­go pre­mie­ra, któ­re­go przed­sta­wi­ciel­stwo kon­tak­to­wa­ło się z De­par­ta­men­tem Sta­nu przy­naj­mniej dwa razy dzien­nie.

– Mają ocho­tę na spo­ry ka­wa­łek tor­tu, ale mu­szą li­czyć się z kon­se­kwen­cja­mi, ja­kie przy­nie­sie atak na Iran. Mimo za­tar­gów mię­dzy sun­ni­ta­mi i szy­ita­mi wy­dzie­le­nie czę­ści sił do na­lo­tów może za­chę­cić są­sied­nie kra­je do no­wej woj­ny. – Eli­za­beth po­pra­wi­ła się na ka­na­pie i po­sta­no­wi­ła nie oka­zy­wać żad­nych wię­cej ob­ja­wów sła­bo­ści, a już z pew­no­ścią nie dzi­siaj.

– W Tel Awi­wie po­dry­gu­ją dzień i noc, cze­ka­jąc, aż damy zie­lo­ne świa­tło. – Se­kre­tarz sta­nu uśmiech­nął się gorz­ko. Wie­dział, cze­go ocze­ku­je Izra­el. Ame­ry­ka była jego pro­tek­to­rem, a gdy­by nie bli­skie sto­sun­ki, do­sta­wy bro­ni i wspar­cie fi­nan­so­we, Ara­bo­wie roz­dar­li­by ten kra­ik na ka­wał­ki w cią­gu kil­ku ty­go­dni.

– Kie­dy chce się spo­tkać? – Pre­zy­dent za­czę­ła po­wo­li ob­ra­cać się w głę­bo­kim biu­ro­wym fo­te­lu, do­star­czo­nym do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go na jej spe­cjal­ne za­mó­wie­nie.

– Jak naj­szyb­ciej, za­le­ży im na cza­sie i chcą wy­ko­rzy­stać na­stro­je spo­łecz­ne. Mają szan­sę umoc­nić wła­dzę i przy­wró­cić wia­rę w woj­sko. Mło­dzież za­czy­na kom­bi­no­wać jak ich ko­le­dzy z blo­ku wschod­nie­go za cza­sów zim­nej woj­ny. Robi wszyst­ko, byle tyl­ko unik­nąć służ­by. – Joe Bi­den zro­bił kwa­śną minę.

– Do­brze, skon­tak­tuj się z ich MSZ-etem i po­twierdź na­szą go­to­wość do spo­tka­nia. Nie za­szko­dzi nam to ani do ni­cze­go nie zo­bo­wią­że. Opi­nia pu­blicz­na po­win­na się nie­co uspo­ko­ić.

– Oczy­wi­ście, Hil­la­ry. – Joe Bi­den pierw­szy raz tego wie­czo­ru uśmiech­nął się szcze­rze.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Pekin, Chiny | 11 paź­dzier­ni­ka 2018, go­dzi­na 10:34

Mi­ni­ster Wang Yi się­gał wła­śnie po por­ce­la­no­wą fi­li­żan­kę, kie­dy na jego biur­ku roz­dzwo­nił się te­le­fon. Po­iry­to­wa­ny tym fak­tem zmie­nił kie­ru­nek ru­chu ręki i chwy­cił słu­chaw­kę.

– Wang Yi, słu­cham? – Roz­mów­ca mu­siał już na sa­mym po­cząt­ku wy­czuć hu­mor go­spo­da­rza po­tęż­ne­go gma­chu.