Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Humanistyka » Pewnego razu w Świnioryjach

Pewnego razu w Świnioryjach

4.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Pewnego razu w Świnioryjach

"Pewnego razu w Świnioryjach" to zbiór zazębiających się ze sobą epizodów z życia dwóch nierozłącznych przyjaciół - Waldka Paciaji i Mundka Waśki. Każdy z nich ma własne życie i własne kłopoty. Nie przeszkadza im to przeżywać przygód i borykać się wspólnie z problemami świata w świnioryjskiej skali. Tytułowe Świnioryje, to zabita dechami wieś, gdzieś na Mazurach. Czas płynie tam wolniej, a ludzie żyją inaczej, przede wszystkim spokojniej. Aczkolwiek nie do końca... Dwaj główni bohaterowie, co rusz popadają w jakieś tarapaty i doświadczają różnych perypetii. No cóż, takich trzech, jak ich dwóch, to w Świnioryjach nie ma ani jednego. Dzięki temu bawią, śmieszą, czasem zmuszają do refleksji, a nawet potrafią wzruszyć.

Polecane książki

Publikacja stanowi pierwszą w Polsce monografię dotyczącą instytucji sprostowania prasowego po wejściu w życie ustawy z 14.9.2012 r. o zmianie ustawy – Prawo prasowe (Dz.U. z 2012 r. poz. 1136). Książka poświęcona jest materialnoprawnym i procesowym zagadnieniom związanym z tą instytucją. W ramach z...
„Dynamiczny rozwój rynku w Polsce, w tym dokonujące się zmiany na rynku energii elektrycznej, wzrost konkurencji na tym rynku a jednocześnie kształtowanie się nowoczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego, społeczeństwa masowej konsumpcji stwarzają zapotrzebowanie na analizy zachowań konsumentów, ich d...
Piękna opowieść o obezwładniającej sile więzi matki i dziecka, potężniejszej od rodzinnych tajemnic i powtarzanych latami kłamstw Nina w wieku szesnastu lat przeżyła pierwszą miłość i… zaszła w ciążę. Teraz niechętnie przyjeżdża do rodzinnej Czeladzi. Życie zmusza ją jednak do porzucenia kar...
Poradnik do gry Mass Effect 3 to kompletne zestawienie informacji dotyczących gry ze szczegółowym opisem wszystkich zadań wraz z niezbędnymi informacjami potrzebnymi do ich ukończenia. Poradnik zawiera ponadto pełne zestawienia przedmiotów oraz sklepów. Mass Effect 3 - poradnik, opis przejścia, ques...
Winnetou jest młodym, szlachetnym wodzem indiańskiego plemienia Apaczów Mescalero, a po śmierci ojca także najwyższym wodzem Apaczów. Pozytywne cechy charakteru odróżniają go od wielu białych przybywających na Dziki Zachód, a także od innych Indian – Komanczów, Kiowów i Siuksów (Indianie Dakota) okr...
Celem książki jest uporządkowanie i analiza współczesnych koncepcji rozwoju terytorialnego, czynników, które decydują o dynamice tego rozwoju oraz pokazanie sposobów ich włączania się w szybki i skomplikowany proces globalizacji. Innymi słowy chodzi o pytania, co warunkuje fakt, że pewne regiony roz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Przemysław R. Cichoń

PEW­NE­GO RA­ZU W ŚWI­NIO­RY­JACH

Co­py­ri­ght © by Prze­my­sław R. Ci­choń 2018. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © by Bi­blio­te­ka­rium 2018

 

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy – Ma­rek Żel­kow­ski

 

Re­dak­cja – Woj­ciech Chu­dziń­ski

Ko­rek­ta – An­na Po­trze­ba

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny oraz lo­go se­rii – Ta­de­usz Mesz­ko

Skład – Ta­de­usz Mesz­ko

Fo­to­gra­fia na okład­ce – Fo­to­lia

Kon­wer­sja i opra­co­wa­nie for­ma­tów elek­tro­nicz­nych

 

Książ­ka, któ­rą na­by­łeś, jest dzie­łem twór­cy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przy­słu­gu­ją. Jej za­war­tość mo­żesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Je­śli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich tre­ści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzie­ło. A ko­piu­jąc jej część, rób to je­dy­nie na uży­tek oso­bi­sty.

Sza­nuj­my cu­dzą wła­sność i pra­wo.

Wię­cej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książ­ki

 

Wy­da­nie I elek­tro­nicz­ne

Byd­goszcz 2018

 

ISBN 978-83-950151-6-8

 

 

Bi­blio­te­ka­rium

ul. Kacz­mar­czy­ka 17, 85-796 Byd­goszcz

e-ma­il: re­dak­cja@bi­blio­te­ka­rium.pl

 

Ne­vi­com sp. z o.o.

ul. Kacz­mar­czy­ka 17, 85-796 Byd­goszcz

O sobie i Świnioryjach

Na­zy­wam się do­kład­nie tak, jak stoi na okład­ce. Nie uży­wam pseu­do­ni­mów. Pi­szę pod wła­snym imie­niem i na­zwi­skiem, a wła­ści­wie imio­na­mi, bo „R” to pierw­sza li­te­ra mo­je­go dru­gie­go imie­nia. Uro­dzi­łem się dość daw­no te­mu. Co nie­któ­rzy mo­gli­by po­wie­dzieć, że pół wie­ku to wca­le nie tak du­żo. Cóż, wszyst­ko jest względ­ne, spy­taj­cie Al­ber­ta. Nie je­stem pi­sa­rzem z wy­kształ­ce­nia. Nie ukoń­czy­łem fi­lo­lo­gii pol­skiej ani li­te­ra­tu­ro­znaw­stwa. Nie stu­dio­wa­łem dzien­ni­kar­stwa, kre­atyw­ne­go pi­sa­nia czy choć­by bi­blio­te­ko­znaw­stwa. Ni­cze­go, co mia­ło­by zwią­zek z pi­sa­niem. Mo­ją szko­łą by­ło przede wszyst­kim „ży­cie”, a w za­sa­dzie jest, bo na­dal stu­diu­ję na tym cu­dow­nym uni­wer­sy­te­cie. Ostat­nio ob­ra­łem so­bie, ja­ko no­wy kie­ru­nek, „Pi­sa­nie”. Tak, bo na mo­jej uczel­ni jest ta­ki kie­ru­nek – „Pi­sa­nie”, nie pi­sar­stwo. Pi­szę od nie­daw­na. W za­sa­dzie, od bar­dzo nie­daw­na. To zna­czy, gdy­by ca­łe mo­je do­tych­cza­so­we ży­cie trwa­ło, po­wiedz­my, go­dzi­nę, to moż­na by po­wie­dzieć, że pi­szę od kil­ku mi­nut. W rze­czy­wi­sto­ści je­stem sa­mo­ukiem i nie mam tu na my­śli tyl­ko pi­sa­nia. Jest wie­le rze­czy, któ­re po­tra­fię ro­bić, a któ­rych nikt mnie ni­g­dy nie uczył. Je­stem, jak mi się wy­da­je, do­brym ob­ser­wa­to­rem oraz wy­cho­dzę z za­ło­że­nia, że wszyst­kie­go w ży­ciu, któ­re jest naj­więk­szą i naj­bar­dziej pre­sti­żo­wą uczel­nią na świe­cie, moż­na się na­uczyć.

Cykl opo­wia­dań pod ty­tu­łem „Pew­ne­go ra­zu w Świ­nio­ry­jach” zro­dził się, jak więk­szość mo­ich opo­wia­dań, z przy­pad­ku, z po­trze­by chwi­li. Te­raz nie pa­mię­tam już, czy by­ło to jed­no z ćwi­czeń na fa­ce­bo­oko­wej gru­pie warsz­ta­to­wej, czy po pro­stu post na „te­mat”. Przy­zna­ję, że in­spi­ra­cją w pew­nym stop­niu oka­za­ła się też twór­czość jed­ne­go z mo­ich ulu­bio­nych au­to­rów. Bo­ha­te­ro­wie uro­dzi­li się na­tu­ral­nie, naj­pierw Wal­dek (choć jest młod­szy). No cóż, już sa­mo je­go na­zwi­sko su­ge­ru­je, że nie jest on do­sko­na­ły, więc mu­sia­łem dać mu ja­kąś pod­po­rę, ko­goś, kto go za­wsze wes­prze i ni­g­dy nie zdra­dzi. I w ten spo­sób zro­dził się Mun­dek Waś­ka, wiel­ki i sil­ny, mo­że nie­ko­niecz­nie tak by­stry, jak Wal­dek, ale świet­nie się uzu­peł­nia­ją. A da­lej to już by­ło z gór­ki, choć cza­sa­mi trze­ba by­ło po­dejść pod ko­lej­ną, że­by zno­wu mo­gło być z gór­ki itd., itd.

Cykl po­wstał w nie­speł­na pół ro­ku, a pi­sa­nie go da­ło mi ty­leż ra­do­ści, co przy­spo­rzy­ło zmar­twień. Nie po­tra­fię po­wie­dzieć, czy za pa­rę lat nie za­pra­gnę znów za­nu­rzyć się w te siel­skie, „pszen­no-bu­ra­cza­ne”[1] kli­ma­ty. A wte­dy, kto wie, co mo­że się jesz­cze wy­da­rzyć. Zda­ję so­bie spra­wę, że mo­je opo­wia­da­nia o dwóch ta­kich, co nie buch­nę­li księ­ży­ca, ale nie­źle na­mie­sza­li w Świ­nio­ry­jach, nie każ­de­mu przy­pad­ną do gu­stu, ale je­śli choć pa­rę osób czy­ta­jąc je uśmiech­nie się, to by­ło war­to.

Bo jak po­wie­dział kie­dyś Wil­liam Szek­spir: Ży­cie nie jest ani lep­sze, ani gor­sze od na­szych ma­rzeń. Jest od nich zu­peł­nie in­ne. Więc śmiej­my się z ży­cia, ta­kie­go, ja­kim jest, a mo­że sta­nie się lep­sze na­wet od na­szych ma­rzeń…

[1] Pszen­no-bu­ra­cza­ne – tak po pre­mie­rze pierw­sze­go opo­wia­da­nia z te­go cy­klu na an­te­nie ra­dio­wej, wy­ra­ził się o nim Ma­rek Żel­kow­ski – pi­sarz scien­ce fic­tion i fan­ta­sy, sce­na­rzy­sta ra­dio­wy oraz dzien­ni­karz, pro­wa­dzą­cy au­dy­cję „ABW” w Ra­diu Pa­ra­nor­ma­lium. 

Bez komplikacji

W Świ­nio­ry­jach wsta­wał wła­śnie no­wy dzień. I to ja­ki dzień – so­bo­ta.

Słoń­ce nie­śmia­ło prze­wle­ka­ło swo­je pierw­sze pro­my­ki przez skłę­bio­ne gę­stwi­ny już daw­no nie­przy­ci­na­nych krza­czy­sków, ro­sną­cych na mie­dzy, tuż obok obo­ry Wa­len­dzia­ków. Nic pew­nie nie zmą­ci­ło­by te­go siel­skie­go kra­jo­bra­zu, gdy­by owe krza­czy­ska nie za­czę­ły się po­ru­szać, a z ich wnę­trza nie za­czę­ły wy­do­by­wać się prze­ra­ża­ją­ce dźwię­ki. Kil­ka sie­dzą­cych w ga­łę­ziach wró­bli po­de­rwa­ło się na­gle do lo­tu. Ga­łę­zie jesz­cze raz się po­ru­szy­ły, a prze­cią­gły jęk ucichł. I w tym mo­men­cie, w pro­mie­niach wscho­dzą­ce­go jesz­cze nie­śmia­ło słoń­ca, po­ja­wi­ła się wiel­ka, czer­wo­na, po­kry­ta si­ny­mi pla­ma­mi, opuch­nię­ta mor­da Wald­ka Pa­cia­ji. Tuż za nią wy­pełzł z krza­ków nie­wiel­ki, w po­rów­na­niu, tu­łów pod­trzy­my­wa­ny przez czte­ry, chwie­ją­ce się i ugi­na­ją­ce pod je­go cię­ża­rem koń­czy­ny. Ca­łość by­ła gu­stow­nie przy­odzia­na w ku­faj­kę po­prze­ty­ka­ną gdzie­nie­gdzie źdźbła­mi sło­my i kol­cza­sty­mi ga­łąz­ka­mi je­żyn.

Po kil­ku nie­uda­nych pró­bach spio­ni­zo­wa­nia or­ga­ni­zmu, Wal­dek po­sta­no­wił jed­nak po­ko­nać po­dwór­ko me­to­dą „na czte­rech”, chwi­la­mi czoł­ga­jąc się, to znów lek­kim kłu­sem. Po­ko­na­nie dwu­dzie­stu me­trów, ja­kie dzie­li­ły go od cha­łu­py Mund­ka Waś­ki, tak go wy­czer­pa­ło, że nie był w sta­nie sta­wić czo­ła trzem schod­kom, pro­wa­dzą­cym do wej­ścia. Po­legł. I nie­chyb­nie sko­nał­by tam z pra­gnie­nia, ale wła­śnie w tym mo­men­cie drzwi się otwo­rzy­ły i sta­nął w nich je­go naj­lep­szy kum­pel, wiel­ki Waś­ka. Po­pa­trzył kry­tycz­nie na ko­le­gę le­żą­ce­go u pod­nó­ża scho­dów. Na­stęp­nie chwy­cił go obu­rącz za ku­faj­kę i uniósł do gó­ry, po czym po­sta­wił przy ścia­nie i pod­trzy­mu­jąc jed­ną rę­ka, dru­gą otwo­rzył drzwi do cha­łu­py.

– Właź. Jak ty kur­na wy­glą­dasz? Coś ty Wa­la, ca­łą noc w krza­kach spę­dził?

Wal­dek, le­d­wie do­ty­ka­jąc czub­ka­mi gu­mo­fil­ców pod­ło­gi, zo­stał eks­pre­so­wo do­star­czo­ny do kuch­ni i ra­dy­kal­nie usa­dzo­ny przez Waś­kę na krze­śle, któ­re nie­po­ko­ją­co przy tym za­skrzy­pia­ło.

– Mu-mu-sz-sz-szę się cze-egoś-ś n-na­pić – drżą­cym gło­sem stwier­dził Wal­dek.

Waś­ka się­gnął do sta­re­go kre­den­su i przy akom­pa­nia­men­cie ko­ją­cej ner­wy or­kie­stry dzwo­nią­cych bu­te­lek, wy­cią­gnął rę­kę, w któ­rej ści­skał pół li­tra, tyl­ko lek­ko upi­tej, czy­stej. Oczy Wa­li jak­by tro­chę sze­rzej się otwo­rzy­ły. Wła­ści­wie „otwo­rzy­ły” to za wie­le po­wie­dzia­ne. Je­go po­wie­ki uchy­li­ły się nie­co sze­rzej. Waś­ka po­sta­wił bu­tel­kę na sto­le i po­now­nie się­gnął do kre­den­su, nie­dba­le po­ma­lo­wa­ne­go nie­bie­ską, olej­ną far­bą, by po chwi­li wy­jąć z nie­go dwie szklan­ki musz­tar­dów­ki. Na­lał wód­ki w obie do po­ło­wy i przy­su­nął w stro­nę ko­le­gi sło­ik ki­szo­nych ogór­ków.

– Wal, Wa­la. – Uniósł szklan­kę na wy­so­kość czub­ka swo­jej gło­wy, po czym wy­chy­lił jed­nym hau­stem, chuch­nął w rę­kaw i się­gnął do sło­ika po ogór­ka. Je­go kum­pel wy­ko­nał iden­tycz­ny ry­tu­ał, z tym, że nie za­gryzł ogór­kiem. Waś­ka pa­lu­chem wska­zał mu sło­ik.

– Wiesz prze­cież Waś­ka, że po pierw­szym nie prze­gry­zam.

Waś­ka oczy­wi­ście zro­zu­miał alu­zję i po­now­nie po­lał do szkla­nek kla­row­ne­go pły­nu z bu­tel­ki. Tym ra­zem do peł­na. Po czym od­sta­wił z hu­kiem pu­stą bu­tel­kę na blat. Wal­dek skur­czył się na­gle, jak­by ktoś wbił mu nóż w trze­wia, i jęk­nął.

– Ostroż­nie, bo się roz­sy­pie.

– Nie ma oba­wy. Dę­bo­wy – Waś­ka po­kle­pał dło­nią blat sto­łu.

– Nie stół. Ja się roz­sy­pię – wy­ja­śnił Wal­dek.

– Pij, to ci szyb­ciej przej­dzie.

Wy­pi­li jak po­przed­nio i za­ką­si­li ogór­ka­mi ze sto­ją­ce­go na bla­cie sło­ja.

– Te­raz sta­ry mu­sisz się zbie­rać. Do­cho­dzi siód­ma i mo­ja Ger­tru­da za­raz wsta­nie. Za­cznie się szy­ko­wać do ko­ścio­ła. Jak wyj­dzie, spo­tka­my się przy skle­pie. To na ra­zie.

Po­pchnął zdez­o­rien­to­wa­ne­go jesz­cze Wa­lę w stro­nę drzwi do sie­ni.

Wal­dek, ku wła­sne­mu zdzi­wie­niu, po­czuł się o wie­le pew­niej w po­zy­cji pio­no­wej i dość spraw­nie sta­wiał kro­ki. Lek­kie od­chył­ki od kur­su mo­gły wy­ni­kać z nie­cał­ko­wi­te­go jesz­cze przy­swo­je­nia przez or­ga­nizm wy­pi­te­go przed chwi­lą al­ko­ho­lu. Wy­szedł na ze­wnątrz, zszedł nie­pew­nie po trzech nie­wy­so­kich stop­niach. Pod­cią­gnął ga­cie, wcią­gnął do płuc dym z za­pa­lo­ne­go wła­śnie pa­pie­ro­sa i ob­rał azy­mut na je­dy­ny w Świ­nio­ry­jach GS-owski sklep.

So­bo­ta to pięk­ny dzień ty­go­dnia. Jed­nak nie dla wszyst­kich. Otóż w so­bo­ty Maź­nia­ko­wa otwie­ra o dzie­wią­tej. Tra­ge­dia, ja­kieś pół­to­rej go­dzi­ny cze­ka­nia.

Pod skle­pem, dość spo­ra grup­ka en­tu­zja­stów mło­de­go wi­na i in­nych trun­ków ocze­ki­wa­ła z utę­sk­nie­niem Maź­nia­ko­wej, któ­ra cza­sa­mi, nie mo­gąc spać z po­wo­du reu­ma­ty­zmu, któ­ry jej co­raz bar­dziej do­ku­czał, otwie­ra­ła nie­co wcze­śniej. Oczy­wi­ście naj­więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie wśród klien­tów wzbu­dzał pan Hie­ro­nim. Eme­ry­to­wa­ny na­uczy­ciel che­mii z po­bli­skie­go gim­na­zjum w Gni­je­wie. Pan Hie­ro­nim cie­szył się wiel­kim au­to­ry­te­tem wśród świ­nio­ryj­skie­go spo­łe­czeń­stwa, a przy­naj­mniej je­go mę­skiej czę­ści. A to z tej pro­stej przy­czy­ny, iż był on eks­per­tem, a za­ra­zem wir­tu­ozem, w pro­duk­cji ro­dzi­me­go al­ko­ho­lu. Po­tra­fił wy­pro­du­ko­wać w za­ci­szu swo­je­go la­bo­ra­to­rium, czy­li szo­py na ty­łach do­mu, cał­kiem przy­zwo­ity tru­nek, i to pra­wie z ni­cze­go. Nie ma się więc co dzi­wić, że pan Hie­ro­nim wzbu­dzał w ocze­ku­ją­cych pod skle­pem swo­ich wy­znaw­cach po­dziw i za­in­te­re­so­wa­nie, wy­ka­zu­ją­ce na­wet, w nie­któ­rych przy­pad­kach, zna­mio­na kul­tu. Ze­bra­ni pod skle­pem czci­cie­le „Hie­ro­ni­mu­sa”, w ocze­ki­wa­niu na Maź­nia­ko­wą umi­la­li so­bie czas nie­wiel­ką ilo­ścią wy­śmie­ni­te­go trun­ku, któ­rym w ra­mach re­kla­my czę­sto­wał ich pan Hie­ro­nim.

W Świ­nio­ry­jach jesz­cze do nie­daw­na ist­niał wspa­nia­ły przy­by­tek, któ­ry jed­no­czył spo­łe­czeń­stwo i po­zwa­lał zre­lak­so­wać się po cięż­kim dniu pra­cy. Był to Bar „Pod Gru­szą”, pro­wa­dzo­ny przez ro­dzi­mą Gmin­ną Spół­dziel­nię „Sa­mo­po­moc Chłop­ska”. Nie­ste­ty ta osto­ja spo­ko­ju i wy­tchnie­nia, a cza­sem sie­lan­ko­wej za­ba­wy, nie wszyst­kim się po­do­ba­ła. Od kie­dy wła­dzę w wio­sce prze­ję­ła, dzię­ki sfał­szo­wa­niu wy­bo­rów, jak twier­dzą by­li by­wal­cy Ba­ru „Pod Gru­szą”, pa­ni Soł­tys, wszyst­ko za­czę­ło się sy­pać. Ogło­si­ła ja­kieś re­fe­ren­dum w spra­wie za­go­spo­da­ro­wa­nia GS-owskie­go bu­dyn­ku, któ­ry był, we­dług niej, źle i nie­efek­tyw­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ny. Oczy­wi­ście wy­wo­ła­ło to ogól­ne obu­rze­nie mę­skiej po­ło­wy lo­kal­ne­go spo­łe­czeń­stwa. Lecz kie­dy przy­szło co do cze­go, to zna­czy, kie­dy trze­ba by­ło za­gło­so­wać w re­fe­ren­dum, wię­cej niż po­ło­wa za­in­te­re­so­wa­nych męż­czyzn by­ła jesz­cze tak pi­ja­na, że nie by­li w sta­nie udać się do pa­ra­fial­nej świe­tli­cy, gdzie wy­sta­wio­no urny do gło­so­wa­nia. „Ba­by to spe­cjal­nie tak uknu­ły”. „Kto ro­bi coś ta­kie­go w nie­dzie­lę i to w dzień po imie­ni­nach Jó­ze­fa?”. To był głów­ny ar­gu­ment zwo­len­ni­ków utrzy­ma­nia do­tych­cza­so­we­go po­rząd­ku rze­czy. Jak ła­two się do­my­ślić, bar prze­padł. Te­raz znaj­du­je się tam sie­dzi­ba Ko­ła Go­spo­dyń Wiej­skich i świe­tli­ca dla dzie­ci.

Ja­kich dzie­ci?… Tu są pra­wie sa­mi eme­ry­ci. Mło­dzi już daw­no stąd ucie­kli, do mia­sta, za gra­ni­cę, po­le­cie­li w ko­smos… By­le da­lej od świ­nio­ryj­skie­go za­du­pia.

Wal­dek nie­śmia­ło do­łą­czył do we­so­łej ga­wie­dzi pod skle­pem. Nie­dłu­go i je­mu udzie­lił się we­so­ły na­strój, za spra­wą rę­ko­dzie­ła pa­na Hie­ro­ni­ma. Czas pły­nął szyb­ko i wkrót­ce Maź­nia­ko­wa otwo­rzy­ła po­dwo­je skle­pu. Wal­dek prze­li­czył zmię­te bank­no­ty, wy­cią­gnię­te wła­śnie z kie­sze­ni spodni. Po krót­kim sku­pie­niu je­go twarz roz­ja­śnił sze­ro­ki uśmiech.

– Niech mi pa­ni da dwie „ze­ro sie­dem” – wy­ar­ty­ku­ło­wał do­kład­nie z nie­ukry­wa­ną sa­tys­fak­cją.

Wło­żył bu­tel­ki do głę­bo­kich kie­sze­ni ku­faj­ki, jed­ną do jed­nej, dru­gą do dru­giej i dum­nie wy­szedł z unie­sio­ną gło­wą. Spoj­rzał w nie­bo. Mu­sia­ło już być po dzie­wią­tej, a Waś­ki ani wi­du. Ro­zej­rzał się po oko­li­cy, ale ni­g­dzie nie za­uwa­żył swo­je­go kum­pla.

„Mo­że Ger­tru­da nie po­szła na mszę o ósmej trzy­dzie­ści? A mo­że coś mu się sta­ło po dro­dze?” – po­my­ślał z nie­kła­ma­ną tro­ską Wal­dek. „Pój­dę go po­szu­kać” – za­de­cy­do­wał.

Przez wieś wio­dła tyl­ko jed­na dro­ga. Na­wet nie as­fal­to­wa, tyl­ko wy­sy­pa­na ta­kim żół­tym żwi­rem. Kie­dy by­ło su­cho, każ­dy prze­jeż­dża­ją­cy nią sa­mo­chód wzbi­jał kłę­by gę­ste­go, żół­te­go ku­rzu, któ­ry opa­dał do­pie­ro wte­dy, gdy sa­mo­chód był już daw­no w Gni­je­wie. Na­to­miast, kie­dy po­go­da by­ła desz­czo­wa, prze­jeż­dża­ją­ce sa­mo­cho­dy roz­pry­ski­wa­ły ru­do-żół­tą maź na wszyst­kie stro­ny. Na szczę­ście przez Świ­nio­ry­je nie jeź­dzi­ło zbyt wie­le sa­mo­cho­dów, bo ni­by po co. Do Gni­je­wa oprócz tej, pro­wa­dzi­ła jesz­cze jed­na, pięk­na, as­fal­to­wa, sze­ro­ka i gład­ka jak stół szo­sa, od­da­lo­na od wsi o ja­kieś dwa ki­lo­me­try. Nie­trud­no się do­my­ślić, że zna­mie­ni­ta więk­szość, uda­ją­cych się do gmin­ne­go Gni­je­wa, wy­bie­ra­ła wła­śnie tam­tą dro­gę. Dziś po­go­da by­ła sło­necz­na i su­cha. Wal­dek wy­szedł na trakt i ro­zej­rzał się w obie stro­ny. Nic. Ani ży­we­go du­cha.

– To ja­sne, jest so­bo­ta, le­d­wie po dzie­wią­tej, to chy­ba nor­mal­ne – skwi­to­wał swo­je roz­wa­ża­nia. Po­gła­skał z czu­ło­ścią kie­sze­nie ku­faj­ki i spoj­rzał opty­mi­stycz­nie przed sie­bie. Na ho­ry­zon­cie żół­tej, nik­ną­cej gdzieś wstąż­ce dro­gi, ma­ja­czy­ła ja­kaś po­stać al­bo po­jazd… Wkła­da­jąc rę­ce do kie­sze­ni i obej­mu­jąc dłoń­mi piesz­czo­tli­wie dwie gła­dziut­kie, jesz­cze chłod­ne bu­tel­czy­ny, ru­szył w kie­run­ku wid­no­krę­gu. Po bli­sko dzie­się­ciu mi­nu­tach mar­szu środ­kiem szo­sy, bu­tel­ki w kie­sze­niach ku­faj­ki nie by­ły już chłod­ne, a ob­raz na ho­ry­zon­cie nie wy­ostrzył się ani tro­chę. Ow­szem, po­stać lub po­jazd, na­zwij­my to obiek­tem, zro­bił się tro­chę więk­szy, lecz na­dal był za­ma­za­ny jak fa­ta­mor­ga­na na pu­sty­ni. W pew­nym mo­men­cie Wal­dek za­czął na­wet po­dej­rze­wać, że w isto­cie jest to fa­ta­mor­ga­na, ale nie trzy­mał się zbyt dłu­go tej kon­cep­cji, po­nie­waż za­świ­ta­ła mu w gło­wie zu­peł­nie no­wa myśl – i to o wie­le bar­dziej wia­ry­god­na.

– Tak, to na pew­no oma­my wzro­ko­we, spo­wo­do­wa­ne zbyt ni­skim po­zio­mem al­ko­ho­lu we krwi – wy­de­du­ko­wał, po czym wy­jął z kie­sze­ni jed­ną z bu­te­lek, od­krę­cił ko­rek i po­cią­gnął z gwin­tu spo­ry łyk. Gdy już ode­rwał usta, bra­ko­wa­ło w niej oko­ło jed­nej czwar­tej pły­nu. Chuch­nął w rę­kaw, jak miał w zwy­cza­ju, i po­wie­dział sam do sie­bie:

– Cie­pła, su­ka… Do­brze, że po pierw­szym nie prze­gry­zam.

Mo­gło­by się wy­da­wać, że nie był to pierw­szy głęb­szy te­go dnia, ale Wal­dek in­ter­pre­to­wał to tro­chę ina­czej. Nie miał al­ko­ho­lu w ustach już pra­wie go­dzi­nę, więc moż­na by­ło przy­jąć, że ten był dla nie­go pierw­szy.

Pod­niósł gło­wę, dłoń przy­ło­żył do czo­ła, two­rząc osło­nę od słoń­ca i, wy­tę­ża­jąc swój so­ko­li wzrok, spoj­rzał w stro­nę ho­ry­zon­tu. – Tak, te­raz to zu­peł­nie co in­ne­go. – Ob­raz był jak­by tro­chę ostrzej­szy, ale mi­mo wszyst­ko nie da­ło się jed­no­znacz­nie stwier­dzić, czy to oso­ba, czy mo­że po­jazd. – Nic. Trze­ba iść da­lej – po­wziął mę­ską de­cy­zję oraz na­po­czę­tą bu­tel­kę i ru­szył da­lej, w stro­nę nie­spre­cy­zo­wa­ne­go obiek­tu, co­raz le­piej wi­docz­ne­go na szczy­cie wznie­sie­nia.

Szedł, szedł, szedł, aż wresz­cie, pra­wie u kre­su swo­jej wy­trzy­ma­ło­ści fi­zycz­nej, za­trzy­mał się i spoj­rzał przed sie­bie, bo do tej po­ry pa­trzył tyl­ko na czub­ki gu­mo­fil­ców i rzę­żą­cy pod ni­mi ru­do-żół­ty żwir. Przed je­go ocza­mi ma­lo­wał się ob­raz dziw­ny, za­ska­ku­ją­cy, a za­ra­zem śmiesz­ny. Dzie­sięć, mo­że pięt­na­ście me­trów przed Wald­kiem stał na środ­ku dro­gi te­re­no­wy sa­mo­chód z pod­nie­sio­ną ma­ską, a z ko­mo­ry sil­ni­ka, w kłę­bach pa­ry, wy­sta­wa­ła wiel­ka, za­dnia część cia­ła je­go przy­ja­cie­la Mund­ka Waś­ki. Tak, to by­ło na pew­no je­go wiel­kie dup­sko. Nikt in­ny nie no­sił już spodni z krem­pli­ny i to w fio­le­to­wym ko­lo­rze. Spodnie by­ły zwią­za­ne w pa­sie sznur­kiem od sno­po­wią­zał­ki, któ­ry wczo­raj Waś­ka wziął od Wald­ka, bo po­przed­ni tak się za­pę­tlił, że gdy­by nie no­sił za­wsze przy so­bie ko­zi­ka, to by się pew­ni­kiem w nie ze­srał.

Obok sa­mo­cho­du sta­ła, opar­ta o drzwi, ja­kaś la­ska. No do­bra, po bliż­szej ana­li­zie do­szedł do wnio­sku, że to po pro­stu blon­dy­na, al­bo ko­bit­ka. Na wy­gląd mo­gła mieć ja­kieś pięć­dzie­siąt lat, ale uwzględ­nia­jąc po­praw­kę na gru­by na cen­ty­metr ma­ki­jaż, li­czy­ła pew­nie du­żo wię­cej. Co nie zmie­nia­ło fak­tu, że pre­zen­to­wa­ła się ni­cze­go so­bie… Wci­śnię­ta by­ła w wą­skie dżin­sy, na no­gach no­si­ła zło­te szpi­lecz­ki, a od gó­ry ba­aaar­dzo wy­de­kol­to­wa­ną blu­zecz­kę w ko­lo­rze ró­żo­wym, a la Bar­bie. Na to na­rzu­ci­ła przy­krót­kie wdzian­ko, po­ły­sku­ją­ce zło­tem i ob­szy­te ró­żo­wym fu­ter­kiem.

– Dzień do­bry – ode­zwa­ła się wy­so­kim, ma­to­wym gło­sem. – Czy był­by pan tak mi­ły i po­mógł pa­nu Ed­mun­do­wi, bo zda­je się, on nie za bar­dzo zna się na sa­mo­cho­dach.

– Dro­ga pa­ni – za­czął swą ty­ra­dę Wal­dek – po­zwo­li pa­ni, że się przed­sta­wię. Wal­de­mar Pa­cia­ja, do usług. – Ukło­nił się nie­zdar­nie, bo no­gi bo­la­ły go strasz­nie od dłu­gie­go mar­szu. – Swe­go cza­su by­łem me­cha­ni­kiem w po­bli­skim pe­ge­erze. By­łem naj­lep­szy. Na­wet z są­sied­niej gmi­ny po mnie przy­jeż­dża­li, jak nie mo­gli so­bie we żni­wa dać ra­dy z kom­baj­nem. Bi­zo­na mam w jed­nym pal­cu…

W tym cza­sie Waś­ka wy­lazł spod ma­ski Ran­ge Ro­ve­ra i z dziw­nym wy­ra­zem twa­rzy przy­glą­dał się roz­ga­da­ne­mu w naj­lep­sze ko­le­dze. W pew­nym jed­nak mo­men­cie, w któ­rym Wal­dek za­czął opo­wia­dać blon­dy­nie, jak to sam je­den na­pra­wił sa­mo­lot rol­ni­czy, któ­ry ro­biąc opry­ski mu­siał awa­ryj­nie lą­do­wać na po­lu PGR-u, Waś­ka nie wy­trzy­mał, zła­pał Wald­ka za ku­faj­kę i przy­cią­gnął do sie­bie na od­le­głość dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Z te­go dy­stan­su, sce­nicz­nym szep­tem wy­ar­ty­ku­ło­wał bar­dzo wy­raź­nie:

– Skończ, kur­na, pie­przyć i zrób coś z tym po­pie­przo­nym sa­mo­cho­dem. Tam wszyst­ko jest ja­kieś dziw­ne, nie ma na­wet gaź­ni­ka. Bierz się za ro­bo­tę, a ja zaj­mę się umi­la­niem pa­ni cza­su. Okej?

Mó­wiąc „okej”, jed­nym ru­chem rę­ki wsa­dził pra­wie ca­łe­go Wald­ka pod ma­skę te­re­nów­ki.

– Do­bra, do­bra, za­raz coś wy­my­ślę.

– Ty Wa­la nie myśl, tyl­ko na­praw to an­gol­skie ustroj­stwo, bo nie mam tu za­mia­ru kwit­nąć do wie­czo­ra. Pa­ni zresz­tą też. – Spoj­rzał wy­mow­nie na blon­dy­nę, mie­rząc ją wzro­kiem od stóp do głów.

Po do­słow­nie pię­ciu mi­nu­tach sil­nik za­czął wy­gry­wać mi­łą dla ucha, czte­ro­tak­to­wą me­lo­dię. Wal­dek wy­lazł spod ma­ski i wy­jął z kie­sze­ni ku­faj­ki na­po­czę­tą bu­tel­czy­nę.

– Na­pi­je się pa­ni jed­ne­go? – zwró­cił się wprost do blon­dy­ny.

– Czyś ty zwa­rio­wał, Wa­la, prze­cież pa­ni sa­mo­cho­dem – zga­nił go na­tych­miast Waś­ka. – Ale ja się z chę­cią na­pi­ję, da­waj – wziął od kum­pla bu­tel­kę i przy­sta­wił ją do ust.

Bul, bul, bul, za­war­tość bu­tel­ki szyb­ko zni­ka­ła w prze­past­nym gar­dle Waś­ki.

– Cie­pła, su­ka!… – wy­krzyk­nął, krztu­sząc się lek­ko i splu­wa­jąc pod no­gi, jed­nak za­raz zre­flek­to­wał się i do­dał: – Pa­ni wy­ba­czy, ale nie przy­wy­kłem do cie­płej wód­ki. Mam wraż­li­we pod­nie­bie­nie.

– Nie wiem, jak ja się pa­nom od­wdzię­czę? – za­czę­ła nie­śmia­ło blon­dy­na. – Mo­że gdzieś pa­nów pod­wieźć?

– Cze­mu nie – od­parł Waś­ka. – Gdzie pa­ni je­dzie?

– Chcę do­stać się do au­to­stra­dy, bo źle zje­cha­łam i mu­sia­łam za­wró­cić. Po­tem skrę­ci­łam na skrzy­żo­wa­niu w pra­wo i do­je­cha­łam do Gni­je­wa, a po­tem, to już tu­taj – i wte­dy coś za­czę­ło się psuć. W koń­cu zgasł sil­nik. Te­raz mu­szę wró­cić na au­to­stra­dę.

– Wa­la, je­dziesz z na­mi czy zo­sta­jesz tu­taj?

– No co ty Waś­ka, chciał­byś mnie tu zo­sta­wić?

– Nie, oczy­wi­ście, że nie, zwłasz­cza, że masz jesz­cze jed­ną flasz­kę.

Wsie­dli do Ran­ge Ro­ve­ra. Wal­dek do ty­łu, a Waś­ka obok kie­row­cy. Blon­dy­na za­pię­ła pa­sy, przez co jesz­cze bar­dziej uwy­dat­ni­ła swój, już i tak wy­dat­ny, biust, wrzu­ci­ła bieg, za­wró­ci­ła i ru­szy­li w kie­run­ku Gni­je­wa. Po­mię­dzy Świ­nio­ry­ja­mi i Gni­je­wem roz­cią­gał się pas la­sów pań­stwo­wych nad­le­śnic­twa Roj­ce. Jak tyl­ko zna­leź­li się w te­re­nie za­le­sio­nym, blon­dy­na skrę­ci­ła w pierw­szy zjazd. Za­par­ko­wa­ła sa­mo­chód nie­da­le­ko od dro­gi i wy­łą­czy­ła sil­nik.

– Wi­dzi­cie pa­no­wie, nie mam przy so­bie go­tów­ki, a chcia­ła­bym się wam ja­koś od­wdzię­czyć – prze­mó­wi­ła tym swo­im ma­to­wym, wy­so­kim gło­si­kiem. – Nie wy­glą­da­cie mi na zbyt­nich ma­te­ria­li­stów, więc po­my­śla­łam, że mo­gli­by­śmy roz­li­czyć się w na­tu­rze.

Kum­ple po­pa­trzy­li po so­bie, ro­biąc mi­ny świad­czą­ce o dez­orien­ta­cji.

– No… Je­śli pa­ni tak, kur­na, uwa­ża… To cze­mu nie – od­parł dy­plo­ma­tycz­nie sie­dzą­cy obok niej Waś­ka.

Blon­dy­na się­gnę­ła po to­reb­kę, rów­nież w ró­żo­wym ko­lo­rze, wy­ję­ła z niej dwie pre­zer­wa­ty­wy w czar­no-fio­le­to­wych, fo­lio­wych opa­ko­wa­niach i wrę­czy­ła każ­de­mu po jed­nej.

– A to co!? – ode­zwał się z tyl­ne­go sie­dze­nia Wal­dek.

– To po to, by nie by­ło kom­pli­ka­cji – od­par­ła.

– Ale ja­kich kom­pli­ka­cji? – do­py­ty­wał się wciąż Wal­dek.

– Jak pa­ni mó­wi, że to prze­ciw kom­pli­ka­cjom, to bierz i nie ma­rudź – skwi­to­wał Waś­ka.

Da­lej spra­wy po­to­czy­ły się już sa­me. Ro­zu­mie­cie, hor­mo­ny, in­stynkt i te spra­wy.

Na­za­jutrz Waś­kę obu­dzi­ło wa­le­nie do drzwi. Za­spa­ny i ska­co­wa­ny wy­pełzł z łóż­ka i po­drep­tał do sie­ni.

– Ki zbój wo­dę mą­ci – za­klął, otwie­ra­jąc drzwi. Za drzwia­mi stał, a wła­ści­wie tań­czył, prze­stę­pu­jąc z no­gi na no­gę, Wal­dek.

– Co ci kur­na jest? Masz owsi­ki.

– Waś­ka, mam do cie­bie bar­dzo waż­ne py­ta­nie.

– Cze­go?

– Czy ty bo­isz się kom­pli­ka­cji…?

– Nie. Bo co?

– To ja też ścią­gam, bo za chwi­lę mi pę­cherz roz­pier­ni­czy…

Indiana Jones

Kurna, jesz­cze trzy dni do dzie­sią­te­go. Ro­zu­mie pa­ni, fun­du­sze się skoń­czy­ły, mo­że tak wziął­bym dwie krów­ki w kre­do, a po dzie­sią­tym wszyst­ko do­pnie­my? – pró­bo­wał nie­zgrab­nie ne­go­cjo­wać Wal­dek.

Je­śli jed­nak cho­dzi o ne­go­cja­cje, to Maź­nia­ko­wa nie na­le­ża­ła do ła­twych part­ne­rów.

– Pa­nie Pa­cia­ja, jak bę­dzie pan miał pie­nią­dze, to pa­nu sprze­dam na­wet ca­łe sta­do, a na ra­zie mo­gę pa­nu dać se­tecz­kę na ze­szyt do dzie­sią­te­go, bo wi­dzę, że za­raz mi się pan tu roz­sy­pie.

Wal­dek grzecz­nie po­dzię­ko­wał i wy­szedł ze skle­pu. Na tyl­nej ram­pie nie za­stał ni­ko­go. Nic dziw­ne­go, był siód­my, a nie­wie­lu zna­la­zło­by się śmiał­ków ta­kich jak on, któ­rzy od­wa­ży­li­by się pro­sić Maź­nia­ko­wą o kre­dyt. Od­krę­cił bu­tel­kę i jed­nym hau­stem wchło­nął za­war­tość. Po czym od­su­nął ją od ust na wy­cią­gnię­cie rę­ki. Przez chwi­lę pa­trzył na pu­stą fla­szecz­kę wzro­kiem wy­ra­ża­ją­cym roz­cza­ro­wa­nie i zdzi­wie­nie.

– Cóż, trze­ba szu­kać po­mo­cy. A gdzie naj­le­piej szu­kać po­mo­cy, je­śli nie u naj­lep­sze­go kum­pla?

Mun­dek wła­śnie był za­ję­ty rą­ba­niem i ukła­da­niem drew. „Zi­ma za pa­sem, a tu, w dre­wut­ni, ani ka­wał­ka drew­na” – za­uwa­ży­ła ra­no, przed wyj­ściem do ko­ścio­ła, je­go Ger­tru­da. Po czym da­ła mu do zro­zu­mie­nia, że to wła­śnie on po­wi­nien się tym za­jąć. No to się za­jął. Na szczę­ście w szo­pie miał jesz­cze scho­wa­ne pół li­ter­ka te­go spe­cja­łu od Hie­ro­ni­mu­sa i po­krze­piał się wła­śnie je­go odro­bi­ną, gdy usły­szał na­wo­ły­wa­nia od stro­ny ogro­dze­nia.

– Waś­ka!… Waś­ka­aaa!

– Cze­go, do cięż­kiej cho­le­ry!? – wark­nął Mun­dek, wy­cho­dząc z szo­py i zbli­ża­jąc się do ogro­dze­nia. Tak, jak przy­pusz­czał, za pło­tem stał Wal­dek Pa­cia­ja.

– Cze­go kur­na chcesz, nie wi­dzisz, że mam ro­bo­tę?

– Kur­na, Waś­ka, ty wiesz, że ta wred­na Maź­nia­ko­wa nie chcia­ła dać mi na kre­skę dwóch mar­nych fla­szek do dzie­sią­te­go?

– No wiesz, to aku­rat mo­gę so­bie wy­obra­zić. Zdzi­wił­bym się, jak­by ci da­ła choć jed­ną. Ostat­ni dług spła­ca­łeś chy­ba pół ro­ku.

– Prze­stań, mia­łem wte­dy bar­dzo trud­ną sy­tu­ację ma­jąt­ko­wą.

– A te­raz masz ła­twą? – za­py­tał z szel­mow­skim uśmie­chem na twa­rzy i wy­jął z kie­sze­ni pacz­kę ukra­iń­skich pa­pie­ro­sów.

Wal­dek w koń­cu wgra­mo­lił się na czte­rech przez dziu­rę w pło­cie i otrze­py­wał wła­śnie spodnie, gdy z głę­bi po­dwór­ka roz­legł się klak­son sa­mo­cho­du. Mun­dek wrę­czył ko­le­dze pacz­kę fa­jek i za­pal­nicz­kę.

– Masz, za­pal so­bie – A sam po­szedł zo­ba­czyć, ko­go tam u dia­bła li­cho nie­sie.

W otwar­tej, jak zwy­kle, bra­mie stał Land Ro­ver. Aż dreszcz prze­biegł mu po ple­cach. Za kół­kiem sie­dział jed­nak ja­kiś męż­czy­zna. Na wi­dok go­spo­da­rza, wy­siadł z sa­mo­cho­du i za­czął zmie­rzać w je­go kie­run­ku.

– Dzień do­bry! Nie orien­tu­je się pan przy­pad­kiem, czy tu w oko­li­cy nie wy­naj­mu­je ktoś po­koi? Szu­kam cze­goś na pa­rę dni.

Fa­cet był wy­so­ki, ubra­ny w dziw­ne ciu­chy, jak­by nie z te­go fil­mu. Na gło­wie miał skó­rza­ny ka­pe­lusz, a na no­gach bu­ty z czub­ka­mi i na ob­ca­sie. Re­je­stra­cja by­ła war­szaw­ska – „WWN”, a sam gość nie spra­wiał wra­że­nia tu­ry­sty.

– Pa­nie. Co pan tu szu­kasz? Ja nie wy­naj­mu­ję po­koi – oschle przy­wi­tał go­ścia Mun­dek. I już miał pu­ścić w je­go kie­run­ku wią­zan­kę me­lo­dii wiet­nam­skich, kie­dy zza je­go ple­ców roz­legł się głos Wald­ka: – A py­ta­łeś pan u Wa­len­dzia­ko­wej, to za­raz obok, na­stęp­na bra­ma, nie­raz wy­naj­mu­je i nie chce za du­żo.

Mun­dek stał przez chwi­lę za­sko­czo­ny, z otwar­ty­mi usta­mi. Za­mknął je, ale tyl­ko po to, by za mo­ment po­słać wiet­nam­ską wią­zan­kę w stro­nę kum­pla.

– Co się, kur­na, wpie­przasz mię­dzy mło­tek a ko­wa­dło. Chcesz do­stać w ry­ja? Zę­by cię swę­dzą, czy co? Zła­ma­sie ku­ta­ny!

W tym cza­sie gość wsiadł do sa­mo­cho­du i po­wo­li wy­co­fał z Mund­ko­we­go pod­jaz­du z po­wro­tem na dro­gę.

– Ty, Waś­ka – za­czął Wal­dek przy­tłu­mio­nym gło­sem. – On mi wy­glą­da na ży­łę zło­ta.

Otu­ma­nio­ny ca­łą sy­tu­acją Mun­dek otwo­rzył sze­rzej oczy.

– Co ty pie­przysz? Jak chcesz na nim za­ro­bić?

– On na pew­no tu cze­goś kon­kret­ne­go szu­ka. My­ślisz, że ta­ki ele­ganc­ki gość, z War­sza­wy, szu­kał­by tu noc­le­gu, by tak po pro­stu po­zwie­dzać? A co moż­na zwie­dzać w Świ­nio­ry­jach?

– No, mo­że masz ra­cję, ale co my mo­że­my mu za­ofe­ro­wać?

– Naj­pierw wła­śnie to mu­si­my usta­lić. Ob­ser­wa­cja, mój dro­gi, ob-ser-wa-cja. A ła­twiej bę­dzie go ob­ser­wo­wać, jak bę­dzie no­co­wał u Wa­len­dzia­ko­wej, zresz­tą ona po­trze­bu­je na gwałt go­tów­ki. Wa­len­dzia­ka przy­mknę­li i mu­si mieć pa­rę gro­szy na pa­pu­gę, bo jak nie, to zno­wu po­sie­dzi z pół ro­ku.

Mun­dek zro­bił mi­nę, jak­by mu się lek­ko prze­grze­wał mózg. Co praw­da pró­bo­wał na­dą­żać za ko­le­gą, ale je­go tok my­śle­nia był ja­kiś męt­ny i mniej wart­ki niż Wald­ka. W koń­cu dał za wy­gra­ną i stwier­dził:

– Mu­szę się na­pić. Bo za Chi­ny nie ku­mam, o co ci cho­dzi.

– Wi­dzisz, to się świet­nie skła­da, bo ja też mam ocho­tę na jed­ne­go.

Ra­zem więc po­szli do szo­py, gdzie cze­ka­ła na nich ca­ła ma­sa nie­po­rą­ba­nych drew i nie­ca­ła już bu­te­lecz­ka spe­cja­łu Hie­ro­ni­mu­sa.

Na­stęp­ne­go dnia, pierw­szą zmia­nę ob­jął Wal­dek, któ­ry w za­sa­dzie nie miał nic kon­kret­ne­go do ro­bo­ty. W prze­ci­wień­stwie do ko­le­gi, któ­ry po otrzy­ma­niu po­waż­nej re­pry­men­dy od mał­żon­ki, z po­wo­du nie­wy­ko­na­nia nor­my po­przed­nie­go dnia, miał peł­ne rę­ce ro­bo­ty, a do­słow­nie ca­łą gó­rę drew do po­rą­ba­nia i po­ukła­da­nia w dre­wut­ni. Za dzie­sięć zło­tych, któ­ry­mi to po­ra­to­wał go Waś­ka, Wal­dek ku­pił w GS-ie, za­raz po otwar­ciu, dwu­set­kę czy­stej i udał się na po­ste­ru­nek. Znaj­do­wał się on w krza­kach za ro­wem, na wprost bra­my Wa­len­dzia­ków. Do go­dzi­ny dzie­wią­tej nic się nie dzia­ło. Wald­ko­wi już wy­schło w gar­dle. „Ile moż­na sie­dzieć o su­chym py­sku i ga­pić się w bra­mę Wa­len­dzia­ków”? – za­sta­na­wiał się, gdy nie­ca­łe pięć po dzie­wią­tej, ob­ser­wo­wa­ny fi­gu­rant wy­szedł z do­mu Wa­len­dzia­ków i wsiadł do sa­mo­cho­du.

Wal­dek wy­gra­mo­lił się z ro­wu i ni­by od nie­chce­nia, za­czął spa­ce­ro­wać wzdłuż żwi­ro­wej dro­gi. Sa­mo­chód war­sza­wia­ka wy­je­chał z im­pe­tem na dro­gę, uno­sząc za so­bą tu­ma­ny żół­to-bru­nat­ne­go ku­rzu.

***

Wie­czo­rem, po po­rą­ba­niu chy­ba pię­ciu me­trów sze­ścien­nych drew­na, Mun­dek za­czął wy­pa­try­wać przy­ja­cie­la. Nie­ste­ty Wal­dek gdzieś prze­padł. Po dłuż­szym ocze­ki­wa­niu i z po­wo­du wy­czer­pa­nia pod­ręcz­ne­go za­pa­su trun­ku, Mun­dek po­sta­no­wił po­szu­kać kum­pla. Naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nym miej­scem po­by­tu po­szu­ki­wa­ne­go by­ła ram­pa na ty­łach je­dy­ne­go GS-owskie­go skle­pu w Świ­nio­ry­jach. Do­tarł tam w nie­ca­łe pięć mi­nut. Zro­bi­ło się już ciem­no. Sklep od ja­kie­goś cza­su był nie­czyn­ny. Za skle­pem na ram­pie sie­dział Wal­dek i ści­skał w rę­kach nie­do­pi­te pół li­tra wód­ki.

– Wa­la, co tu ro­bisz? – za­py­tał kum­pla Mun­dek. Ten jed­nak nie za­re­ago­wał.

– Wa­la, do­brze się czu­jesz, sły­szysz mnie? – po­trzą­snął go lek­ko za ra­mię. – Co ci jest?

Wal­dek nie re­ago­wał. Sie­dział na ram­pie ze spusz­czo­ną gło­wą i ści­skał w rę­kach bu­tel­kę. Nie przy­po­mi­na­ło to upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go. Wal­dek w sta­nie upo­je­nia jest nad po­dziw ak­tyw­ny, a na­wet nad­po­bu­dli­wy, te­raz jed­nak znaj­do­wał się jak­by w sta­nie ka­ta­to­nii. Sło­wa Mund­ka nie do­cie­ra­ły naj­wi­docz­niej do je­go świa­do­mo­ści, od­bi­ja­jąc się od niej jak groch od ścia­ny. Po kil­ku nie­uda­nych pró­bach do­tar­cia do wald­ko­wej świa­do­mo­ści, Mun­dek zde­cy­do­wał się na roz­wią­za­nie o wie­le bar­dziej ra­dy­kal­ne i po pro­stu przy­pier­dzie­lił mu w pysk. Wal­dek, jak­by przez chwi­lę zdez­o­rien­to­wa­ny, za­mru­gał ocza­mi i spy­tał:

– Co tu się, kur­na, dzie­je? Gdzie ja je­stem i cze­mu bi­jesz mnie po mor­dzie?

– Chwa­ła Bo­gu! – wy­krzyk­nął Mun­dek. – My­śla­łem, że już do koń­ca ży­cia bę­dziesz ro­ślin­ką.

– Gdzie on jest? – za­dał nie­spo­dzie­wa­nie py­ta­nie Wal­dek.

– Kto, gdzie jest?

– No ten In­dia­na Jo­nes.

– Ja­ki, kur­na, In­dia­na Jo­nes? – Mun­dek nic nie ro­zu­miał.

– No ten, co to mi ka­za­łeś go śle­dzić.

– Ja ci ka­za­łem? To był twój po­mysł. Ja mia­łem ma­sę ro­bo­ty, sam się za­ofe­ro­wa­łeś, że bę­dziesz go śle­dził. Cze­ka­łem na cie­bie, tak jak się umó­wi­li­śmy, ale nie przy­sze­dłeś, więc po­sta­no­wi­łem cię po­szu­kać i zna­la­złem tu­taj, w tym dziw­nym sta­nie. O co tu cho­dzi?

– Nie­zu­peł­nie pa­mię­tam, co się tak na­praw­dę wy­da­rzy­ło – Wal­dek po­cią­gnął spo­ry łyk z bu­tel­ki, któ­rą do tej po­ry ści­skał kur­czo­wo w dło­niach. – Pa­mię­tam, że po­sze­dłem za nim aż na ko­niec wsi. Jak tam do­tar­łem, nie by­ło go już w sa­mo­cho­dzie. Stoi tam sta­ry dom Ko­niecz­ki, pa­mię­tasz sta­re­go Ko­niecz­kę? Nie ży­je już chy­ba z sie­dem lat. Zresz­tą, kto by tam wie­dział, co się z nim sta­ło. Za­gi­nął pew­nej zi­my, mó­wi­li, że pew­nie uto­pił się w je­zio­rze. W każ­dym ra­zie, cia­ła nie od­na­le­zio­no. Pę­dził świet­ny bim­ber. Miesz­kał zu­peł­nie sam w tym do­mu na koń­cu wsi. Wsze­dłem tam. To bar­dzo sta­ry, opusz­czo­ny bu­dy­nek, pe­łen sta­rych gra­tów. Wszę­dzie peł­no ku­rzu i pa­ję­czyn. Okna za­bi­te de­ska­mi i nie­wie­le świa­tła do­cie­ra przez szcze­li­ny w de­skach. Zresz­tą za­czy­na­ło już zmierz­chać. Wte­dy go zo­ba­czy­łem. Stał nie­ru­cho­mo przed ta­kim du­żym lu­strem w drzwiach od sza­fy. Stał i pa­trzył w to lu­stro.

– I co? Mów kur­na wresz­cie, co się sta­ło!

– No prze­cież mó­wię, stał tam i pa­trzył w lu­stro, tak po pro­stu, nic nie ro­bił, nie po­ru­szał się, nic nie mó­wił, tyl­ko pa­trzył w swo­je od­bi­cie. I na­gle wpadł do środ­ka.

– Jak to „do środ­ka”, do środ­ka cze­go? Do sza­fy?

– Nie! Do lu­stra.

– I co. Co zro­bi­łeś?

– Po­sze­dłem za nim.

– Jak to „za nim”, do lu­stra?

– Tak, do lu­stra. Sta­ną­łem na­prze­ciw swo­je­go od­bi­cia, tak jak on przed chwi­lą, i wsze­dłem do środ­ka. Do środ­ka lu­stra. Nie po­tra­fię ci te­go wy­tłu­ma­czyć, ale zu­peł­nie wy­trzeź­wia­łem, a wiesz, że jak je­stem trzeź­wy, nie umiem lo­gicz­nie my­śleć. Zo­ba­czy­łem go tam, był wku­rzo­ny, ma­chał rę­ka­mi, coś krzy­czał. Nie wiem, jak to się sta­ło, mo­że był ja­kimś mi­strzem kung-fu, bo w pew­nym mo­men­cie zła­pał mnie za rę­kę i jed­nym ru­chem od­wró­cił. Po­tem za­pier­ni­czył mi ta­kie­go ko­pa, że aż po­ciem­nia­ło mi w oczach. Co dzia­ło się da­lej, nie pa­mię­tam. Obu­dzi­łem się tu na ram­pie, a wła­ści­wie to ty mnie obu­dzi­łeś.

– Ja pier­dzie­lę, Wa­la, to jest nie­praw­do­po­dob­ne. A du­cha Ko­niecz­ki cza­sem nie spo­tka­łeś? Coś ty pił? Ja ro­zu­miem, że je­steś bez ka­sy, ale ty­le ra­zy ci mó­wi­łem, nie pij tej ber­be­lu­chy od Ukra­iń­ców. Czort wie, co oni do te­go do­da­ją. – To mó­wiąc, wy­jął z rąk Wald­ka bu­tel­kę i ci­snął ją w krza­ki. – Chodź, na­pi­jesz się po­rząd­nej go­rza­ły. – Po­kle­pał kum­pla po ple­cach i ra­zem ru­szy­li w stro­nę wsi. Po dro­dze mi­nął ich Land Ro­ver. Za kie­row­ni­cą sie­dział gość w ka­pe­lu­szu i, od­su­wa­jąc szy­bę, po­ka­zał im pal­cem wy­mow­ny gest. Nim opa­dły tu­ma­ny ku­rzu, po Land Ro­ve­rze nie by­ło już śla­du.

W no­cy wy­ły sy­re­ny, a ran­kiem pod skle­pem do­wie­dzie­li się, że wła­śnie spa­lił się opusz­czo­ny dom Ko­niecz­ki.

Armagedon i archeolodzy z Bożej łaski

Nikt nie mógł te­go prze­wi­dzieć. No chy­ba że wójt Gni­je­wa, po­nie­waż miał do­stęp do pla­nów za­go­spo­da­ro­wa­nia prze­strzen­ne­go gmi­ny. Jed­nak w Świ­nio­ry­jach nikt się nie spo­dzie­wał, że pew­ne­go sło­necz­ne­go, let­nie­go dnia, przyj­dzie im zmie­rzyć się z nad­cho­dzą­cym Ar­ma­ge­do­nem.

Żwi­ro­wą dro­gą już od go­dzi­ny szó­stej, wzbi­ja­jąc tu­ma­ny ru­do-żół­te­go py­łu, cią­gnął cięż­ki sprzęt. Koń­ca te­go kon­duk­tu, prze­ra­ża­ją­ce­go for­mą i roz­mia­rem, nie by­ło wi­dać. Od stro­ny Gni­je­wa, nie­ustan­nym po­to­kiem prze­ta­cza­ły się ko­par­ki, spy­cha­cze, wal­ce i in­ny sprzęt bu­dow­la­ny. Część czy­ni­ła to na spe­cjal­nych la­we­tach, część na wła­snych ko­łach. Przy akom­pa­nia­men­cie war­czą­cych sil­ni­ków i po­mru­ku to­czą­cych się po żwi­ro­wej dro­dze kół, ka­wal­ka­da jeźdź­ców apo­ka­lip­sy jed­no­staj­nym tem­pem su­nę­ła przez wieś.

Wal­dek jesz­cze smacz­nie spał, gdy do je­go uszu za­czę­ły do­cie­rać mo­no­ton­ne, ale co­raz gło­śniej­sze od­gło­sy cięż­kie­go sprzę­tu. Kie­dy do te­go do­łą­czy­ły się drga­nia grun­tu, gdy ka­wal­ka­da prze­ta­cza­ła się ko­ło je­go cha­łu­py, ock­nął się zdez­o­rien­to­wa­ny. Przez mo­ment na­słu­chi­wał za­nie­po­ko­jo­ny. Po chwi­li ze­rwał się na rów­ne no­gi, krzy­cząc:

– Ru­skie czoł­gi! Cho­du do piw­ni­cy.

Po kil­ku se­kun­dach zo­rien­to­wał się, że już od daw­na, to zna­czy od czte­rech lat, miesz­ka sam. Żo­na wraz z dwój­ką dzie­ci i psem wy­pro­wa­dzi­ła się do mat­ki. Je­dy­nym współ­lo­ka­to­rem Wald­ka był wy­chu­dły, wy­li­nia­ły kot. Zresz­tą przy­cho­dził tu tyl­ko spać. Ca­ły­mi dnia­mi włó­czył się po wsi, pra­wie tak jak Wal­dek. A ru­ska oku­pa­cja? Ona prze­cież skoń­czy­ła się już ja­kiś czas te­mu.

Po na­stęp­nych kil­ku­na­stu, mo­że kil­ku­dzie­się­ciu se­kun­dach, do Wald­ka za­czę­ła do­cie­rać resz­ta bodź­ców z re­al­ne­go świa­ta. Ostat­nio sy­piał twar­do i mie­wał sny, dziw­ne sny. Pod­szedł do okna i od­sło­nił za­słon­kę z pa­sia­ste­go ręcz­ni­ka frot­te. Na dro­dze coś się dzia­ło. Są­dząc po ha­ła­sie, ja­ki stam­tąd do­cho­dził, by­ło to coś waż­ne­go. Na ogół nic się tu nie dzie­je, nic ab­so­lut­nie. A te­raz się dzia­ło… No­oo! Te­raz to się dzia­aało.

Wal­dek wci­snął się w ga­cie i czym prę­dzej wy­szedł przed cha­łu­pę, usi­łu­jąc za­wią­zać ko­kard­kę ze sznur­ka od sno­po­wią­zał­ki, któ­ry słu­żył mu za pa­sek. Wśród tu­ma­nów bru­nat­no-żół­te­go ku­rzu, dro­gą po­ru­sza­ły się ja­kieś po­jaz­dy. Przez kłę­by py­łu, co ja­kiś czas by­ło wi­dać roz­bły­ski po­ma­rań­czo­wych świa­teł i sły­chać by­ło klak­so­ny.

„Ożeż w mor­dę. Ja­kiś prze­marsz wojsk Ukła­du War­szaw­skie­go?” – za­sta­na­wiał się Wal­dek. Oczy­wi­ście zda­wał so­bie spra­wę z fak­tu, że Układ War­szaw­ski nie ist­nie­je, ale tak mu się sko­ja­rzy­ło, bo tę­sk­nił tro­chę za tam­ty­mi cza­sa­mi, kie­dy ży­cie by­ło lep­sze. A na­wet je­śli nie lep­sze, to na pew­no prost­sze. Pra­co­wał wte­dy w pe­ge­erze i to w za­sa­dzie ty­le, nic wię­cej nie po­trze­bo­wał. PGR jak mat­ka za­pew­niał mu wszyst­ko, co by­ło nie­zbęd­ne do ży­cia. Ubra­nie, wę­giel, ziem­nia­ki na zi­mę, ziar­no do sie­wu (oczy­wi­ście Wal­dek ni­g­dy nie wy­siał na­wet garst­ki ziar­na, ale za­wsze moż­na by­ło za nie do­stać pa­rę zło­tych), a oprócz te­go, go­dzi­wą wy­pła­tę raz w mie­sią­cu. A te­raz? PGR-u już nie ma, a za te nie­ca­łe osiem­set zło­tych z ZUS-u, nie za bar­dzo jest jak wy­żyć.

„Czy to jesz­cze kie­dyś wró­ci?” – za­sta­na­wiał się Wal­dek. I pew­nie na­dal by się tak za­sta­na­wiał, gdy­by z tej za­du­my nie wy­rwał go głos Waś­ki.

– Co się tak ga­pisz, Wa­la? Dro­gę bę­dą nam as­fal­to­wać.

– As­fal… Co?

– As­fal­to­wać, to zna­czy, że nie bę­dzie już tej brei i ku­rzu. Czu­jesz? As­falt do sa­me­go Gni­je­wa, od za­krę­tu na koń­cu wsi, gdzie stał dom Ko­niecz­ki. No wiesz, ten, co to się w ze­szłym ro­ku schaj­co­wał.

– Wiem gdzie to. Prze­cież tam by­łem – ob­ru­szył się Wal­dek.

– No ale, Wa­la, nie bę­dzie­my tu chy­ba tak stać po próż­ni­cy. Masz tam co?

Wal­dek ock­nął się z chwi­lo­we­go za­my­śle­nia. Od cza­su przy­go­dy w do­mu Ko­niecz­ki, co­raz czę­ściej mu się to zda­rza­ło. Zna­czy, zda­rza­ło mu się za­my­ślić, i to tak, że aż nie­raz bo­la­ła go gło­wa od te­go my­śle­nia. No i te sny. Miał bar­dzo re­ali­stycz­ne sny. Wi­dział w nich róż­ne rze­czy, róż­ni lu­dzie, i nie tyl­ko lu­dzie, mó­wi­li mu prze­róż­ne rze­czy, a gdy się bu­dził, to prze­waż­nie te rze­czy się dzia­ły. Nie, że­by od ra­zu stał się ja­sno­wi­dzem, po pro­stu miał sny, a te sny się spraw­dza­ły. Nie­raz pal­nął coś przy kie­li­chu, że to czy tam­to. Zwy­kłe pi­jac­kie ga­da­nie. A tu na­stęp­ne­go dnia, bęc! – to się dzia­ło. Do­kład­nie tak, jak po­wie­dział. Lu­dzi­ska za­czę­li już ga­dać. Kie­dyś przy go­rza­le pal­nął, że Ku­la­wiń­ski po­wi­nien w koń­cu ten dach na­pra­wić, bo mu wiatr da­chów­ki strą­ca. W no­cy tak wia­ło, że ca­ły dach z cha­łu­py Ku­la­wiń­skie­go zdję­ło i w po­le za­nio­sło. Co cie­ka­we, „trą­ba” ni­cze­go w po­bli­żu nie uszko­dzi­ła, tyl­ko ten nie­szczę­sny dach. Wal­dek cza­sa­mi już bał się gę­bę otwo­rzyć, że­by go za ja­kie­go pro­ro­ka nie wzię­li. A wra­ca­jąc do wald­ko­we­go bó­lu gło­wy, Waś­ka stwier­dził, że to du­ma­nie, na zdro­wie na pew­no mu nie wyj­dzie, bo mózg od­wy­kły i strasz­nie się mę­czy, i od te­go go ten łeb tak cią­gle na­pie­prza. A jak wia­do­mo, Waś­ka – nie by­le ja­ki au­to­ry­tet w dzie­dzi­nie bó­lu gło­wy – miał nań jed­no tyl­ko le­kar­stwo.

– No pew­nie, że mam co nie­co! – od­parł, roz­ch­mu­rza­jąc się Wal­dek. We­szli do cha­łu­py. We­wnątrz by­ła sień i prze­stron­na izba. W ro­gu stał piec, sta­ry, ale bar­dzo ład­nie wy­ko­na­ny przez zduń­skie­go mi­strza. Na­wet ko­min wy­ło­żo­ny był ka­fla­mi aż do po­wa­ły. Przy pie­cu sta­ło łóż­ko, a na nim le­ża­ła nie­zbyt świe­ża po­ściel, te­raz w cał­ko­wi­tym nie­ła­dzie. Wal­dek pod­szedł do łóż­ka i za­czął ją po­pra­wiać. W tym cza­sie Waś­ka sta­nął przy kre­den­sie, i, jak­by był u sie­bie, wy­jął z nie­go dwie szklan­ki i na­po­czę­tą bu­tel­kę wód­ki. Po­sta­wił to wszyst­ko na sto­le, któ­ry stał przy jed­nym z dwu okien.

– Masz ja­ką za­gry­chę? – spy­tał.

– Tam w kre­den­sie po­wi­nien być sło­ik z pa­pry­ką.

Waś­ka wy­jął z kre­den­su sło­ik z ma­ry­no­wa­ną pa­pry­ką i trzy­ma­jąc go dwo­ma pal­ca­mi z wy­ra­zem obrzy­dze­nia na twa­rzy, po­sta­wił na bla­cie sto­łu.

– A nie masz Wa­la zwy­kłych ogór­ków? – spy­tał ko­le­gę, któ­ry skoń­czył mor­do­wać się z łóż­kiem i wła­śnie wy­gła­dzał ka­pę, któ­rą przy­krył bar­łóg.

– Nie mam, ale pa­pry­ka też do­bra, zwłasz­cza że ku­pi­łem u Maź­nia­ko­wej za pół ce­ny. Da­ta wy­cho­dzi.

Waś­ka od­krę­cił sło­ik i pod­su­nął so­bie pod nos.

– Pach­nie nie naj­go­rzej. – Wsa­dził dwa pa­lu­chy do szkła i wy­do­był jed­ną, fla­ko­wa­tą pa­prycz­kę, po czym wło­żył ją so­bie do ust. – Hmm. Ni­cze­go, cał­kiem, cał­kiem. – Otarł rę­ka­wem spły­wa­ją­cy po bro­dzie ocet. – Ale i tak wo­lę ogór­ki.

Wal­dek w koń­cu do­łą­czył do przy­ja­cie­la i na­lał po słusz­nej por­cji czy­stej.

– No to siup w ten głu­pi dziób! – za­krzyk­nął Waś­ka.

– Che­ers! – od­po­wie­dział Wal­dek i wy­chy­lił szkla­ni­cę.

Kie­dy już za­ką­sił pa­prycz­ką, spoj­rzał na Waś­kę, któ­ry na­dal trzy­mał w rę­ku peł­ną szklan­kę, a wzro­kiem pró­bo­wał prze­wier­cić mu czasz­kę.

– No co? Co ci nie sma­ku­je, wód­ka czy za­ką­ska?

Waś­ka nie od­po­wia­dał. Wy­pił po­wo­li wód­kę i z na­masz­cze­niem prze­żuł pa­pry­kę. W koń­cu prze­mó­wił.

– Ty coś ostat­nio dziw­ny je­steś, Wa­la. Nie dzi­wię się, że lu­dzi­ska za­czy­na­ją ga­dać.

– Co za­czy­na­ją ga­dać? – spy­tał Wal­dek, na­le­wa­jąc po ko­lej­nej szklan­ce.

– No wiesz, że po­tra­fisz prze­wi­dzieć, co bę­dzie, że ni­by ja­sno­widz z cie­bie, no i że czy­tasz w my­ślach. A na­wet sły­sza­łem, jak się ba­by na­ra­dza­ły, że­by iść do cie­bie, to mo­że urok od­czy­nisz.

– E… coś ty, Waś­ka. Ja tam od­czy­niać uro­ków nie umiem. A że cza­sem mi się coś przy­śni i wy­ga­dam się przy wód­ce, to po­tem plot­ku­ją. Naj­gor­sze, Waś­ka, że mnie to się co­raz czę­ściej zda­rza, zna­czy co­raz czę­ściej śnią mi się te sny. A ostat­nio to na­wet przy ro­bo­cie mnie na­szło.

– I co, i co? – do­py­ty­wał szcze­rze za­nie­po­ko­jo­ny Waś­ka.

– No, to by­ło tak… Ale wy­pij­my. – Prze­rwał i się­gnął po szklan­kę.

Waś­ka uczy­nił to sa­mo. Wy­chy­li­li. Wal­dek za­ką­sił pa­prycz­ką ze sło­ika i po­dał go Wa­ś­ce mó­wiąc: – Bon ap­pe­tit. – Waś­ka zno­wu onie­miał. Po chwi­li jed­nak wi­dząc za­kło­po­ta­nie ko­le­gi, prze­mó­wił:

– Skąd ty, Wa­la, znasz ta­kie sło­wa?

– Wiesz, nie wiem, ale tak ja­koś sa­me mi one do gło­wy przy­cho­dzą. Nie­waż­ne – mach­nął rę­ką i kon­ty­nu­ował opo­wieść.

– Na­pier­ni­czył mi ro­wer. Wiesz, ten cho­ler­ny łań­cuch. Do­sta­łem od Wa­len­dzia­ka cał­kiem no­wy, tyl­ko lek­ko uży­wa­ny. Po­my­śla­łem, że wy­mie­nię i bę­dzie po kło­po­cie. To zna­czy, że ten cho­ler­ny łań­cuch nie bę­dzie już spa­dał za każ­dym ra­zem, jak bę­dzie mi się gdzieś spie­szyć. Już na­wet wzią­łem się do roz­pi­na­nia sta­re­go, kie­dy śru­bo­kręt omsknął się ze spin­ki i dziab­ną­łem się w rę­kę. Oooo, zo­bacz, jesz­cze mam ślad… – to mó­wiąc, wy­cią­gnął le­wą dłoń w stro­nę twa­rzy Waś­ki. – Wi­dzisz, pra­wie so­bie na wy­lot prze­bi­łem. Ból był ta­ki, że aż mi w oczach po­ciem­nia­ło. I wte­dy wła­śnie mia­łem wi­zję.

– Co mia­łeś? – prze­rwał mu Waś­ka.

– Wi­zję.

– Ja­ką wi­zję?

– Nor­mal­ną wi­zję, ima­gi­na­cję, we­wnętrz­ną pro­jek­cję men­tal­ną z przy­szło­ści – od­parł po­iry­to­wa­ny Wal­dek.

Wa­ś­ce tak opa­dła szczę­ka, że mu­siał ją pod­trzy­my­wać rę­ko­ma, że­by nie wy­le­cia­ła z za­wia­sów.

– Wa­la, ja się cie­bie bo­ję, ty na­praw­dę sta­jesz się co­raz dziw­niej­szy.

– Chcesz po­słu­chać, co by­ło da­lej, czy nie? – spy­tał wy­pro­wa­dzo­ny z rów­no­wa­gi Wal­dek. – Jak chcesz, to się za­mknij i słu­chaj.

Waś­ka, chłop pra­wie dwu­me­tro­we­go wzro­stu i po­tęż­nej bu­do­wy, zro­bił się na­gle ma­lut­ki i na­wet nie pi­snął, tyl­ko wpa­try­wał się w ko­le­gę ocza­mi wiel­ki­mi jak spodki, słu­cha­jąc dal­szej czę­ści opo­wie­ści.

– Zo­ba­czy­łem pa­na Hie­ro­ni­ma, jak pra­cu­je u sie­bie w szo­pie, prze­pra­szam, w la­bo­ra­to­rium. Coś tam mie­szał i do­le­wał. Apa­ra­tu­ra ci­chut­ko szu­mia­ła. Z za­wor­ka cie­kła cie­niut­ką stróż­ką ta je­go oko­wit­ka. I na­gle coś za­czę­ło sy­czeć, co­raz gło­śniej. Hie­ro­ni­mus za­czął się krzą­tać wo­kół apa­ra­tu­ry, prze­krę­cać ja­kieś kur­ki i prze­łącz­ni­ki, ale szum był co­raz gło­śniej­szy. I na­gle…

Wal­dek zro­bił głę­bo­ki wdech.

– … Je­bu­uut! Wszyst­ko wy­le­cia­ło w po­wie­trze… Wte­dy oprzy­tom­nia­łem i zno­wu za­czą­łem czuć ból w le­wej dło­ni. Ra­na by­ła po­waż­na, krwa­wi­ła, bo­la­ło jak ja­sna cho­le­ra. Za­wi­ną­łem rę­kę szma­tą i po­sze­dłem do są­siad­ki. Wa­len­dzia­ko­wa opa­trzy­ła mi ra­nę i stwier­dzi­ła, że mia­łem szczę­ście, że to le­wa, ale po­tem do­da­ła, że w za­sa­dzie to bez zna­cze­nia, bo do ro­bo­ty to ja mam obie le­we… I cze­go nic nie mó­wisz?

– Bo… Bo… – ją­kał się Mun­dek.

– Co „bo”? Wy­krztuś w koń­cu co ci le­ży na wą­tro­bie.

Wal­dek, po­iry­to­wa­ny, po­lał resz­tę wód­ki. By­ło te­go nie­speł­na po pół szklan­ki. Wte­dy Waś­ka w koń­cu prze­mó­wił.

– Bo… Wi­dzisz… Pan Hie­ro­nim miał wy­pa­dek i…

– Wiem. I to mnie wła­śnie nie­po­koi. Za­sta­na­wiam się co­raz czę­ściej, czy jak­by mi się to nie wy­ima­gi­no­wa­ło, to czy pan Hie­ro­nim na­dal by był w do­mu i pę­dził tę swo­ją oko­wit­kę? Czy to ja je­stem wi­nien, że le­ży te­raz po­pa­rzo­ny w szpi­ta­lu?… Waś­ka, to mnie mę­czy.

– Co cię tak mę­czy?

– My­śle­nie. No prze­cież ci mó­wi­łem. Aż mnie już gło­wa bo­li od te­go cią­głe­go my­śle­nia. Mu­si­my się jesz­cze na­pić. Jest tak, że po go­rza­le tro­chę mniej my­ślę, nie mam ha­lu­cy­na­cji i łeb mnie prze­sta­je na­pier­ni­czać.

– No­oo! To ro­zu­miem. My­ślę, że to ci przej­dzie, zna­czy to my­śle­nie, i znów bę­dziesz nor­mal­ny, Wa­la.

Na­za­jutrz Waś­kę obu­dzi­ło ło­mo­ta­nie do drzwi. Nie mu­siał się dłu­go za­sta­na­wiać, do­my­ślił się pra­wie od ra­zu. Przed drzwia­mi stał Wal­dek i, sa­piąc cięż­ko, wy­ce­dził przez zę­by:

– Ma­my tyl­ko dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny. Mu­si­my się sprę­żać. Ubie­raj się.

– Co cię tak przy­pi­li­ło? Mo­ja sta­ra jesz­cze śpi. Po­gię­ło cię? Jest wcze­śnie – od­pa­ro­wał Waś­ka.

– Nie ga­daj ty­le, tyl­ko wkła­daj ga­lo­ty, bierz szpa­del i ło­pa­tę i idzie­my –za­ko­men­de­ro­wał Wal­dek.

Po pię­ciu mi­nu­tach szli już dro­gą, wzdłuż któ­rej sta­ły, jesz­cze śpią­ce w bez­ru­chu, ma­szy­ny dro­go­we. Kie­ro­wa­li się w stro­nę Gni­je­wa. Po ja­kimś cza­sie Waś­ka od­wa­żył się spy­tać:

– Da­le­ko jesz­cze?

– Nie. Tyl­ko ka­wa­łek, do tej kę­py lesz­czyn.

Waś­ka dziel­nie ma­sze­ro­wał, nio­sąc w jed­nej rę­ce szpa­del, a w dru­giej ło­pa­tę, pod­czas gdy Wal­dek szedł przed nim w po­śpie­chu, prze­bie­ra­jąc no­ga­mi i sa­piąc z pod­nie­ce­nia i wy­sił­ku. Do­tar­li do kę­py lesz­czyn. Za ro­wem, tuż obok lesz­czy­no­wych krze­wów, stał sta­ry drew­nia­ny słup te­le­fo­nicz­ny. Drew­no by­ło zbu­twia­łe, po­czer­nia­łe i spę­ka­ne. Na wy­so­ko­ści wzro­ku przy­mo­co­wa­na by­ła nie­wiel­ka, me­ta­lo­wa ta­blicz­ka. Na niej wy­bi­to nu­me­ra­to­rem licz­bę „13”.

– To tu­taj. Tu­taj mu­si­my ko­pać. Mię­dzy tym słu­pem a ty­mi krza­ka­mi. – Wal­dek do­kład­nie po­ka­zał pal­cem miej­sce, gdzie Waś­ka miał ko­pać. – No, co się tak ga­pisz? Kop.

Waś­ka, nie cze­ka­jąc na dal­sze za­chę­ty, wziął się do ro­bo­ty.

– Tu? – spy­tał, wbi­ja­jąc szpa­del w twar­dą zie­mię, po­prze­ra­sta­ną ko­rze­nia­mi.

Wal­dek tyl­ko ski­nął gło­wą. Po kil­ku szty­chach Waś­ka zro­bił prze­rwę.

– Cho­ler­nie tu twar­do. Mu­szę za­pa­lić. A tak wła­ści­wie, to po co ko­pie­my tę dziu­rę?

Waś­ka wy­jął z kie­sze­ni spodni lek­ko zde­ze­lo­wa­ną pacz­kę pa­pie­ro­sów i po­czę­sto­wał ko­le­gę. Usie­dli przy ro­wie i de­lek­to­wa­li się sma­kiem ukra­iń­skich, czer­wo­nych Vi­ce­ro­jów.

– Wiesz Waś­ka, mia­łem sen… – za­czął Wal­dek.

– No nie! Nie strasz mnie.

– Tym ra­zem sen nie był wca­le strasz­ny, był in­try­gu­ją­cy.

– Ga­daj po na­sze­mu, bo nic cię nie ro­zu­miem.

– No do­bra, był cie­ka­wy i je­śli się spraw­dzi tak jak po­przed­nie, to ni­g­dy już nie bę­dzie­my mu­sie­li mar­twić się i za­sta­na­wiać, kto nam tym ra­zem do­rzu­ci do flasz­ki.

– Jak to? – spy­tał za­cie­ka­wio­ny Waś­ka.

– A tak to. Śni­ło mi się, że wła­śnie tu­taj, ci dro­go­wcy, co to nam tę dro­gę as­fal­tu­ją, wy­ko­pa­li ca­łą skrzy­nię zło­tych mo­net. Pru­skie zło­te mo­ne­ty z koń­ca osiem­na­ste­go wie­ku. Wi­dzia­łem ją jak na ja­wie, we dwóch ją wy­cią­ga­li, ta­ka by­ła cięż­ka. Więc kop, to nie bę­dzie­my już ni­g­dy mu­sie­li pra­co­wać – skwi­to­wał Wal­dek.

– My­ślę, że w two­im przy­pad­ku to nic nie zmie­ni, prze­cież i tak ni­g­dzie nie pra­cu­jesz – za­uwa­żył słusz­nie Waś­ka.

– Aleś ty by­stry, jak wo­da w ki­blu! Ja zaj­mę się my­śle­niem, a ty kop.

Oko­ło po­łu­dnia, z wy­ko­pa­nej dziu­ry wy­sta­wa­ła tyl­ko gło­wa Waś­ki. Bio­rąc pod uwa­gę, że miał on dwa me­try wzro­stu, dziu­ra by­ła już im­po­nu­ją­cych roz­mia­rów. Wo­kół niej pię­trzy­ły się gó­ry zie­mi oraz pia­sku. Z wy­ko­pu wy­do­by­wał się dym pa­pie­ro­so­wy i ci­che prze­kleń­stwa umę­czo­ne­go Waś­ki. Nie­opo­dal prze­cha­dzał się ner­wo­wym kro­kiem Wal­dek i, pa­ląc pa­pie­ro­sa, mó­wił sam do sie­bie.

– Co, do ja­snej cho­le­ry, prze­cież do­kład­nie wi­dzia­łem. Ten słup i te lesz­czy­ny, na­wet te po­krzy­wy wi­dzia­łem. I tę ta­blicz­kę na słu­pie. Pa­mię­tam do­kład­nie. Co jest, do cho­le­ry? Wszyst­kie sny jak do­tąd się speł­nia­ły, ale za­wsze by­ło to coś złe­go. A te­raz, jak mia­ło być coś do­bre­go, to du­pa! Du­pa, du­pa, du­pa! – drep­tał wko­ło i po­wta­rzał. – Gów­no! Nic! Szlag by to.

Zro­bił się czer­wo­ny na twa­rzy i za­czął za­cho­wy­wać się tak, jak­by go bra­ło de­li­rium. Waś­ka, za­nie­po­ko­jo­ny o zdro­wie ko­le­gi, wy­gra­mo­lił się z do­łu i po­kle­pu­jąc go po przy­ja­ciel­sku, od­pro­wa­dził do do­mu, gdzie dla uko­je­nia ner­wów wy­chy­li­li po jed­nym głęb­szym.

Na­za­jutrz wieś obie­gła sen­sa­cyj­na no­wi­na: „Pod­czas prac ziem­nych pra­cow­ni­cy bu­dow­la­ni od­kry­li skrzy­nię z pru­ski­mi mo­ne­ta­mi z cza­sów za­bo­rów”. Gdy in­for­ma­cja ta do­tar­ła do uszu Wald­ka, po­pę­dził jak sza­lo­ny do skle­pu Maż­nia­ko­wej, by po­znać wię­cej szcze­gó­łów. Do­wie­dział się, że od­kry­cia do­ko­na­no nie­opo­dal po­se­sji Ko­niecz­ki, na dru­gim koń­cu wsi. Gdy tyl­ko tam do­tarł, uj­rzał w nie­wiel­kim tłu­mie ga­piów, gó­ru­ją­ce­go nad wszyst­ki­mi wzro­stem Waś­kę.

– Co tu ro­bisz? – za­py­tał.

– Jak to co? Przy­sze­dłem zo­ba­czyć, co mie­li­śmy wczo­raj wy­ko­pać – od­parł z nut­ką drwi­ny w gło­sie.

– Daj i mnie po­pa­trzeć. – Wal­dek za­czął prze­ci­skać się do przo­du.

Wy­kop był ogro­dzo­ny bia­ło-czer­wo­ną ta­śmą ostrze­gaw­czą, w tle sta­ła ko­par­ka. W wy­ko­pie sie­dzia­ło ja­kichś dwóch fa­ce­tów w bia­łych ki­tlach, któ­rzy coś tam na dnie maj­stro­wa­li.

– To ar­che­olo­dzy z po­wia­tu. Bę­dą tu jesz­cze ko­pać, tak, że nie wia­do­mo, kie­dy bę­dzie­my mie­li tę dro­gę – z re­zy­gna­cją w gło­sie stwier­dził sto­ją­cy obok Kaw­ka.

Wy­kop był umiej­sco­wio­ny po­mię­dzy kę­pą lesz­czyn a sta­rym, drew­nia­nym słu­pem te­le­fo­nicz­nym. Na słu­pie znaj­do­wa­ła się ta­blicz­ka z wy­bi­tym nu­me­rem. Ob­ra­zek, ni­czym na­chal­ne „déjà vu”, draż­nił zmy­sły Wald­ka, a świa­do­mość po­raż­ki przy­gnia­ta­ła go co­raz bar­dziej do zie­mi. „Ja­sna cho­le­ra, nie ten słup. A wszyst­ko wy­glą­da tak sa­mo. Krza­ki i na­wet po­krzy­wy, tyl­ko ta cho­ler­na ta­blicz­ka… Nie wi­dać stąd nu­me­ru…” – my­ślał.

– Fuck it! I ne­ed a drink – wy­rwa­ło się Wald­ko­wi.

Po­ło­wa ga­piów od­wró­ci­ła wzrok w je­go stro­nę. On tyl­ko splu­nął pod no­gi i do­dał:

– Fuck! – splu­nął jesz­cze raz i po­szedł do do­mu.

Jeziorowe przesłanie

Tego ran­ka, jak dzia­ło się to już od kil­ku ty­go­dni, od stro­ny je­zio­ra do­cho­dzi­ły od­gło­sy wy­strza­łów. Od go­dzi­ny szó­stej, po­mi­mo sza­rów­ki, my­śli­wi nie od­pusz­cza­li gę­siom gę­ga­wom. Po­czy­na­jąc od pierw­sze­go wrze­śnia, wa­li­li ile wle­zie. A by­ła już po­ło­wa paź­dzier­ni­ka. Nad trzci­no­wi­ska­mi co chwi­la sły­chać by­ło spe­cy­ficz­ne gę­ga­nie, gdy ca­łe sta­da tych pięk­nych pta­ków pod­ry­wa­ły się do lo­tu, spło­szo­ne wy­strza­ła­mi my­śli­wych. Mun­dek wła­śnie dziś po­sta­no­wił wy­brać się na ry­by. Nie, że­by był węd­ka­rzem al­bo ry­ba­kiem. On po pro­stu umiał ło­wić ry­by, i to na wszel­kie spo­so­by. Opła­ca­nie skła­dek i po­sia­da­nie ze­zwo­leń na po­łów ryb, uwa­żał za cał­ko­wi­cie zbęd­ne. Bo że­by ło­wić, to trze­ba umić, a nie pła­cić – po­wta­rzał.

Więk­szość miej­sco­wych mia­ła po­dob­ne po­glą­dy na tę kwe­stię. Zresz­tą tu i tak wszy­scy się zna­li. Edek Pi­skorz, prze­wod­ni­czą­cy Świ­nio­ryj­skie­go Ko­ła PZW i za­ra­zem Ko­men­dant Okrę­go­wej Spo­łecz­nej Stra­ży Ry­bac­kiej, jest chrze­śnia­kiem Mund­ka i na ko­mu­nię do­stał od nie­go skła­da­ka „Wi­gry 2”. Tak więc Mun­dek mógł od­da­wać się swo­jej pa­sji bez­stre­so­wo i spo­koj­nie do­sko­na­lić sta­re oraz opra­co­wy­wać no­we me­to­dy. Ostat­nio pa­sjo­no­wał się on tech­ni­ką na tak zwa­ne­go „pier­dol­ca”. By­ła ona, tak jak jej na­zwa, bar­dzo pro­sta. Wy­pły­wa­ło się ło­dzią na je­zio­ro, ko­twi­czy­ło, wy­rzu­ca­ło do wo­dy ła­du­nek i cze­ka­ło. Nie­dłu­go, ja­kieś pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia se­kund. …A po­tem, jak pier­dol­ło, to wo­da uno­si­ła się na ja­kieś trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści cen­ty­me­trów, a wiel­ki dym­ny bą­bel mą­cił jej po­wierzch­nię, ni­czym gej­zer w Yel­low­sto­ne. Wte­dy ryb­ki moż­na by­ło zbie­rać pod­bie­ra­kiem wprost do ko­szy w łód­ce. Tak na­praw­dę, nie by­ła to me­to­da no­wa­tor­ska. Za­raz po woj­nie, gdy na po­do­rę­dziu by­ło jesz­cze tro­chę gra­na­tów, sto­so­wa­no ją, ale z cza­sem gra­na­ty się skoń­czy­ły, a me­to­da, z po­wo­dów oczy­wi­stych, ode­szła w nie­pa­mięć.