Strona główna » Humanistyka » Pewnego razu w Świnioryjach

Pewnego razu w Świnioryjach

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-950151-6-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Pewnego razu w Świnioryjach

"Pewnego razu w Świnioryjach" to zbiór zazębiających się ze sobą epizodów z życia dwóch nierozłącznych przyjaciół - Waldka Paciaji i Mundka Waśki. Każdy z nich ma własne życie i własne kłopoty. Nie przeszkadza im to przeżywać przygód i borykać się wspólnie z problemami świata w świnioryjskiej skali. Tytułowe Świnioryje, to zabita dechami wieś, gdzieś na Mazurach. Czas płynie tam wolniej, a ludzie żyją inaczej, przede wszystkim spokojniej. Aczkolwiek nie do końca... Dwaj główni bohaterowie, co rusz popadają w jakieś tarapaty i doświadczają różnych perypetii. No cóż, takich trzech, jak ich dwóch, to w Świnioryjach nie ma ani jednego. Dzięki temu bawią, śmieszą, czasem zmuszają do refleksji, a nawet potrafią wzruszyć.

Polecane książki

Czy wiesz, co ukrywa się nocą w ogrodzie dziadka Amelki? Hura! Wreszcie wakacje! Amelka może teraz codziennie odwiedzać babcię Zuzię i dziadka Franciszka, których wprost uwielbia. Pewnego dnia mieszkający po sąsiedzku Kuba przekazuje dziewczynce wiadomość, że z rogu jej ogrodu dochodzą dziwne odg...
Okultystyczny kryminał z elementami mitologii wudu i horror w duchu twórczości Lovecrafta! John Raymond Legrasse, doświadczony nowoorleański policjant, podczas policyjnego nalotu na przemytników trafia do dziupli handlarzy żywym towarem. Znajduje tam makabrycznie okaleczone zwłoki młodej kobiety....
Autorka „Metadiety” nie namawia nas do kolejnej diety-cud, nikogo nie reprezentuje, niczego nie chce nam sprzedać. Własnym życiem, osobistą przemianą, poprawą stanu zdrowia, samopoczucia i chęcią do życia, w postaci krótkich „lekcji” daje nam świadectwo skuteczności proponowanych mikro-korekt. Zasto...
Tom drugi, część trzecia dzieła „Słowianie Zachodni” omawia następujące tematy: Rozwój cywilizacji Słowiańszczyzny. Północno-Zachodniej. Byt pasterko-rolniczy i przemysłowy. 1. Jedność obyczajów zapewnia jednakowy rozwój społeczny. 2. Gospodarstwo domowe. Pasterstwo. Rolnictwo. Ochodze. Ujazdy. Lgot...
Altair de Sao – z pochodzenia Aragończyk – przyłącza się do zakonu asasynów (nizarytów), by odnaleźć odpowiedzi na pytania, których zadanie sobie zabiło już wiele osób. „Ci, których wierzenia są ukryte” zostali wplątani w potężną machinę intrygi, kłamstw, mistyfikacji oraz zbrodni. Skąd mieć nadal p...
Oparta na prawdziwych wydarzeniach historia poszukiwań przez Nazistów nowych, pozaziemskich technologii. Występujące w niej postacie i miejsca są prawdziwe....

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Przemysław R. Cichoń

PEW­NE­GO RA­ZU W ŚWI­NIO­RY­JACH

Co­py­ri­ght © by Prze­my­sław R. Ci­choń 2018. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © by Bi­blio­te­ka­rium 2018

 

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy – Ma­rek Żel­kow­ski

 

Re­dak­cja – Woj­ciech Chu­dziń­ski

Ko­rek­ta – An­na Po­trze­ba

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny oraz lo­go se­rii – Ta­de­usz Mesz­ko

Skład – Ta­de­usz Mesz­ko

Fo­to­gra­fia na okład­ce – Fo­to­lia

Kon­wer­sja i opra­co­wa­nie for­ma­tów elek­tro­nicz­nych

 

Książ­ka, któ­rą na­by­łeś, jest dzie­łem twór­cy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przy­słu­gu­ją. Jej za­war­tość mo­żesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Je­śli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich tre­ści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzie­ło. A ko­piu­jąc jej część, rób to je­dy­nie na uży­tek oso­bi­sty.

Sza­nuj­my cu­dzą wła­sność i pra­wo.

Wię­cej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książ­ki

 

Wy­da­nie I elek­tro­nicz­ne

Byd­goszcz 2018

 

ISBN 978-83-950151-6-8

 

 

Bi­blio­te­ka­rium

ul. Kacz­mar­czy­ka 17, 85-796 Byd­goszcz

e-ma­il: re­dak­cja@bi­blio­te­ka­rium.pl

 

Ne­vi­com sp. z o.o.

ul. Kacz­mar­czy­ka 17, 85-796 Byd­goszcz

O sobie i Świnioryjach

Na­zy­wam się do­kład­nie tak, jak stoi na okład­ce. Nie uży­wam pseu­do­ni­mów. Pi­szę pod wła­snym imie­niem i na­zwi­skiem, a wła­ści­wie imio­na­mi, bo „R” to pierw­sza li­te­ra mo­je­go dru­gie­go imie­nia. Uro­dzi­łem się dość daw­no te­mu. Co nie­któ­rzy mo­gli­by po­wie­dzieć, że pół wie­ku to wca­le nie tak du­żo. Cóż, wszyst­ko jest względ­ne, spy­taj­cie Al­ber­ta. Nie je­stem pi­sa­rzem z wy­kształ­ce­nia. Nie ukoń­czy­łem fi­lo­lo­gii pol­skiej ani li­te­ra­tu­ro­znaw­stwa. Nie stu­dio­wa­łem dzien­ni­kar­stwa, kre­atyw­ne­go pi­sa­nia czy choć­by bi­blio­te­ko­znaw­stwa. Ni­cze­go, co mia­ło­by zwią­zek z pi­sa­niem. Mo­ją szko­łą by­ło przede wszyst­kim „ży­cie”, a w za­sa­dzie jest, bo na­dal stu­diu­ję na tym cu­dow­nym uni­wer­sy­te­cie. Ostat­nio ob­ra­łem so­bie, ja­ko no­wy kie­ru­nek, „Pi­sa­nie”. Tak, bo na mo­jej uczel­ni jest ta­ki kie­ru­nek – „Pi­sa­nie”, nie pi­sar­stwo. Pi­szę od nie­daw­na. W za­sa­dzie, od bar­dzo nie­daw­na. To zna­czy, gdy­by ca­łe mo­je do­tych­cza­so­we ży­cie trwa­ło, po­wiedz­my, go­dzi­nę, to moż­na by po­wie­dzieć, że pi­szę od kil­ku mi­nut. W rze­czy­wi­sto­ści je­stem sa­mo­ukiem i nie mam tu na my­śli tyl­ko pi­sa­nia. Jest wie­le rze­czy, któ­re po­tra­fię ro­bić, a któ­rych nikt mnie ni­g­dy nie uczył. Je­stem, jak mi się wy­da­je, do­brym ob­ser­wa­to­rem oraz wy­cho­dzę z za­ło­że­nia, że wszyst­kie­go w ży­ciu, któ­re jest naj­więk­szą i naj­bar­dziej pre­sti­żo­wą uczel­nią na świe­cie, moż­na się na­uczyć.

Cykl opo­wia­dań pod ty­tu­łem „Pew­ne­go ra­zu w Świ­nio­ry­jach” zro­dził się, jak więk­szość mo­ich opo­wia­dań, z przy­pad­ku, z po­trze­by chwi­li. Te­raz nie pa­mię­tam już, czy by­ło to jed­no z ćwi­czeń na fa­ce­bo­oko­wej gru­pie warsz­ta­to­wej, czy po pro­stu post na „te­mat”. Przy­zna­ję, że in­spi­ra­cją w pew­nym stop­niu oka­za­ła się też twór­czość jed­ne­go z mo­ich ulu­bio­nych au­to­rów. Bo­ha­te­ro­wie uro­dzi­li się na­tu­ral­nie, naj­pierw Wal­dek (choć jest młod­szy). No cóż, już sa­mo je­go na­zwi­sko su­ge­ru­je, że nie jest on do­sko­na­ły, więc mu­sia­łem dać mu ja­kąś pod­po­rę, ko­goś, kto go za­wsze wes­prze i ni­g­dy nie zdra­dzi. I w ten spo­sób zro­dził się Mun­dek Waś­ka, wiel­ki i sil­ny, mo­że nie­ko­niecz­nie tak by­stry, jak Wal­dek, ale świet­nie się uzu­peł­nia­ją. A da­lej to już by­ło z gór­ki, choć cza­sa­mi trze­ba by­ło po­dejść pod ko­lej­ną, że­by zno­wu mo­gło być z gór­ki itd., itd.

Cykl po­wstał w nie­speł­na pół ro­ku, a pi­sa­nie go da­ło mi ty­leż ra­do­ści, co przy­spo­rzy­ło zmar­twień. Nie po­tra­fię po­wie­dzieć, czy za pa­rę lat nie za­pra­gnę znów za­nu­rzyć się w te siel­skie, „pszen­no-bu­ra­cza­ne”[1] kli­ma­ty. A wte­dy, kto wie, co mo­że się jesz­cze wy­da­rzyć. Zda­ję so­bie spra­wę, że mo­je opo­wia­da­nia o dwóch ta­kich, co nie buch­nę­li księ­ży­ca, ale nie­źle na­mie­sza­li w Świ­nio­ry­jach, nie każ­de­mu przy­pad­ną do gu­stu, ale je­śli choć pa­rę osób czy­ta­jąc je uśmiech­nie się, to by­ło war­to.

Bo jak po­wie­dział kie­dyś Wil­liam Szek­spir: Ży­cie nie jest ani lep­sze, ani gor­sze od na­szych ma­rzeń. Jest od nich zu­peł­nie in­ne. Więc śmiej­my się z ży­cia, ta­kie­go, ja­kim jest, a mo­że sta­nie się lep­sze na­wet od na­szych ma­rzeń…

[1] Pszen­no-bu­ra­cza­ne – tak po pre­mie­rze pierw­sze­go opo­wia­da­nia z te­go cy­klu na an­te­nie ra­dio­wej, wy­ra­ził się o nim Ma­rek Żel­kow­ski – pi­sarz scien­ce fic­tion i fan­ta­sy, sce­na­rzy­sta ra­dio­wy oraz dzien­ni­karz, pro­wa­dzą­cy au­dy­cję „ABW” w Ra­diu Pa­ra­nor­ma­lium. 

Bez komplikacji

W Świ­nio­ry­jach wsta­wał wła­śnie no­wy dzień. I to ja­ki dzień – so­bo­ta.

Słoń­ce nie­śmia­ło prze­wle­ka­ło swo­je pierw­sze pro­my­ki przez skłę­bio­ne gę­stwi­ny już daw­no nie­przy­ci­na­nych krza­czy­sków, ro­sną­cych na mie­dzy, tuż obok obo­ry Wa­len­dzia­ków. Nic pew­nie nie zmą­ci­ło­by te­go siel­skie­go kra­jo­bra­zu, gdy­by owe krza­czy­ska nie za­czę­ły się po­ru­szać, a z ich wnę­trza nie za­czę­ły wy­do­by­wać się prze­ra­ża­ją­ce dźwię­ki. Kil­ka sie­dzą­cych w ga­łę­ziach wró­bli po­de­rwa­ło się na­gle do lo­tu. Ga­łę­zie jesz­cze raz się po­ru­szy­ły, a prze­cią­gły jęk ucichł. I w tym mo­men­cie, w pro­mie­niach wscho­dzą­ce­go jesz­cze nie­śmia­ło słoń­ca, po­ja­wi­ła się wiel­ka, czer­wo­na, po­kry­ta si­ny­mi pla­ma­mi, opuch­nię­ta mor­da Wald­ka Pa­cia­ji. Tuż za nią wy­pełzł z krza­ków nie­wiel­ki, w po­rów­na­niu, tu­łów pod­trzy­my­wa­ny przez czte­ry, chwie­ją­ce się i ugi­na­ją­ce pod je­go cię­ża­rem koń­czy­ny. Ca­łość by­ła gu­stow­nie przy­odzia­na w ku­faj­kę po­prze­ty­ka­ną gdzie­nie­gdzie źdźbła­mi sło­my i kol­cza­sty­mi ga­łąz­ka­mi je­żyn.

Po kil­ku nie­uda­nych pró­bach spio­ni­zo­wa­nia or­ga­ni­zmu, Wal­dek po­sta­no­wił jed­nak po­ko­nać po­dwór­ko me­to­dą „na czte­rech”, chwi­la­mi czoł­ga­jąc się, to znów lek­kim kłu­sem. Po­ko­na­nie dwu­dzie­stu me­trów, ja­kie dzie­li­ły go od cha­łu­py Mund­ka Waś­ki, tak go wy­czer­pa­ło, że nie był w sta­nie sta­wić czo­ła trzem schod­kom, pro­wa­dzą­cym do wej­ścia. Po­legł. I nie­chyb­nie sko­nał­by tam z pra­gnie­nia, ale wła­śnie w tym mo­men­cie drzwi się otwo­rzy­ły i sta­nął w nich je­go naj­lep­szy kum­pel, wiel­ki Waś­ka. Po­pa­trzył kry­tycz­nie na ko­le­gę le­żą­ce­go u pod­nó­ża scho­dów. Na­stęp­nie chwy­cił go obu­rącz za ku­faj­kę i uniósł do gó­ry, po czym po­sta­wił przy ścia­nie i pod­trzy­mu­jąc jed­ną rę­ka, dru­gą otwo­rzył drzwi do cha­łu­py.

– Właź. Jak ty kur­na wy­glą­dasz? Coś ty Wa­la, ca­łą noc w krza­kach spę­dził?

Wal­dek, le­d­wie do­ty­ka­jąc czub­ka­mi gu­mo­fil­ców pod­ło­gi, zo­stał eks­pre­so­wo do­star­czo­ny do kuch­ni i ra­dy­kal­nie usa­dzo­ny przez Waś­kę na krze­śle, któ­re nie­po­ko­ją­co przy tym za­skrzy­pia­ło.

– Mu-mu-sz-sz-szę się cze-egoś-ś n-na­pić – drżą­cym gło­sem stwier­dził Wal­dek.

Waś­ka się­gnął do sta­re­go kre­den­su i przy akom­pa­nia­men­cie ko­ją­cej ner­wy or­kie­stry dzwo­nią­cych bu­te­lek, wy­cią­gnął rę­kę, w któ­rej ści­skał pół li­tra, tyl­ko lek­ko upi­tej, czy­stej. Oczy Wa­li jak­by tro­chę sze­rzej się otwo­rzy­ły. Wła­ści­wie „otwo­rzy­ły” to za wie­le po­wie­dzia­ne. Je­go po­wie­ki uchy­li­ły się nie­co sze­rzej. Waś­ka po­sta­wił bu­tel­kę na sto­le i po­now­nie się­gnął do kre­den­su, nie­dba­le po­ma­lo­wa­ne­go nie­bie­ską, olej­ną far­bą, by po chwi­li wy­jąć z nie­go dwie szklan­ki musz­tar­dów­ki. Na­lał wód­ki w obie do po­ło­wy i przy­su­nął w stro­nę ko­le­gi sło­ik ki­szo­nych ogór­ków.

– Wal, Wa­la. – Uniósł szklan­kę na wy­so­kość czub­ka swo­jej gło­wy, po czym wy­chy­lił jed­nym hau­stem, chuch­nął w rę­kaw i się­gnął do sło­ika po ogór­ka. Je­go kum­pel wy­ko­nał iden­tycz­ny ry­tu­ał, z tym, że nie za­gryzł ogór­kiem. Waś­ka pa­lu­chem wska­zał mu sło­ik.

– Wiesz prze­cież Waś­ka, że po pierw­szym nie prze­gry­zam.

Waś­ka oczy­wi­ście zro­zu­miał alu­zję i po­now­nie po­lał do szkla­nek kla­row­ne­go pły­nu z bu­tel­ki. Tym ra­zem do peł­na. Po czym od­sta­wił z hu­kiem pu­stą bu­tel­kę na blat. Wal­dek skur­czył się na­gle, jak­by ktoś wbił mu nóż w trze­wia, i jęk­nął.

– Ostroż­nie, bo się roz­sy­pie.

– Nie ma oba­wy. Dę­bo­wy – Waś­ka po­kle­pał dło­nią blat sto­łu.

– Nie stół. Ja się roz­sy­pię – wy­ja­śnił Wal­dek.

– Pij, to ci szyb­ciej przej­dzie.

Wy­pi­li jak po­przed­nio i za­ką­si­li ogór­ka­mi ze sto­ją­ce­go na bla­cie sło­ja.

– Te­raz sta­ry mu­sisz się zbie­rać. Do­cho­dzi siód­ma i mo­ja Ger­tru­da za­raz wsta­nie. Za­cznie się szy­ko­wać do ko­ścio­ła. Jak wyj­dzie, spo­tka­my się przy skle­pie. To na ra­zie.

Po­pchnął zdez­o­rien­to­wa­ne­go jesz­cze Wa­lę w stro­nę drzwi do sie­ni.

Wal­dek, ku wła­sne­mu zdzi­wie­niu, po­czuł się o wie­le pew­niej w po­zy­cji pio­no­wej i dość spraw­nie sta­wiał kro­ki. Lek­kie od­chył­ki od kur­su mo­gły wy­ni­kać z nie­cał­ko­wi­te­go jesz­cze przy­swo­je­nia przez or­ga­nizm wy­pi­te­go przed chwi­lą al­ko­ho­lu. Wy­szedł na ze­wnątrz, zszedł nie­pew­nie po trzech nie­wy­so­kich stop­niach. Pod­cią­gnął ga­cie, wcią­gnął do płuc dym z za­pa­lo­ne­go wła­śnie pa­pie­ro­sa i ob­rał azy­mut na je­dy­ny w Świ­nio­ry­jach GS-owski sklep.

So­bo­ta to pięk­ny dzień ty­go­dnia. Jed­nak nie dla wszyst­kich. Otóż w so­bo­ty Maź­nia­ko­wa otwie­ra o dzie­wią­tej. Tra­ge­dia, ja­kieś pół­to­rej go­dzi­ny cze­ka­nia.

Pod skle­pem, dość spo­ra grup­ka en­tu­zja­stów mło­de­go wi­na i in­nych trun­ków ocze­ki­wa­ła z utę­sk­nie­niem Maź­nia­ko­wej, któ­ra cza­sa­mi, nie mo­gąc spać z po­wo­du reu­ma­ty­zmu, któ­ry jej co­raz bar­dziej do­ku­czał, otwie­ra­ła nie­co wcze­śniej. Oczy­wi­ście naj­więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie wśród klien­tów wzbu­dzał pan Hie­ro­nim. Eme­ry­to­wa­ny na­uczy­ciel che­mii z po­bli­skie­go gim­na­zjum w Gni­je­wie. Pan Hie­ro­nim cie­szył się wiel­kim au­to­ry­te­tem wśród świ­nio­ryj­skie­go spo­łe­czeń­stwa, a przy­naj­mniej je­go mę­skiej czę­ści. A to z tej pro­stej przy­czy­ny, iż był on eks­per­tem, a za­ra­zem wir­tu­ozem, w pro­duk­cji ro­dzi­me­go al­ko­ho­lu. Po­tra­fił wy­pro­du­ko­wać w za­ci­szu swo­je­go la­bo­ra­to­rium, czy­li szo­py na ty­łach do­mu, cał­kiem przy­zwo­ity tru­nek, i to pra­wie z ni­cze­go. Nie ma się więc co dzi­wić, że pan Hie­ro­nim wzbu­dzał w ocze­ku­ją­cych pod skle­pem swo­ich wy­znaw­cach po­dziw i za­in­te­re­so­wa­nie, wy­ka­zu­ją­ce na­wet, w nie­któ­rych przy­pad­kach, zna­mio­na kul­tu. Ze­bra­ni pod skle­pem czci­cie­le „Hie­ro­ni­mu­sa”, w ocze­ki­wa­niu na Maź­nia­ko­wą umi­la­li so­bie czas nie­wiel­ką ilo­ścią wy­śmie­ni­te­go trun­ku, któ­rym w ra­mach re­kla­my czę­sto­wał ich pan Hie­ro­nim.

W Świ­nio­ry­jach jesz­cze do nie­daw­na ist­niał wspa­nia­ły przy­by­tek, któ­ry jed­no­czył spo­łe­czeń­stwo i po­zwa­lał zre­lak­so­wać się po cięż­kim dniu pra­cy. Był to Bar „Pod Gru­szą”, pro­wa­dzo­ny przez ro­dzi­mą Gmin­ną Spół­dziel­nię „Sa­mo­po­moc Chłop­ska”. Nie­ste­ty ta osto­ja spo­ko­ju i wy­tchnie­nia, a cza­sem sie­lan­ko­wej za­ba­wy, nie wszyst­kim się po­do­ba­ła. Od kie­dy wła­dzę w wio­sce prze­ję­ła, dzię­ki sfał­szo­wa­niu wy­bo­rów, jak twier­dzą by­li by­wal­cy Ba­ru „Pod Gru­szą”, pa­ni Soł­tys, wszyst­ko za­czę­ło się sy­pać. Ogło­si­ła ja­kieś re­fe­ren­dum w spra­wie za­go­spo­da­ro­wa­nia GS-owskie­go bu­dyn­ku, któ­ry był, we­dług niej, źle i nie­efek­tyw­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ny. Oczy­wi­ście wy­wo­ła­ło to ogól­ne obu­rze­nie mę­skiej po­ło­wy lo­kal­ne­go spo­łe­czeń­stwa. Lecz kie­dy przy­szło co do cze­go, to zna­czy, kie­dy trze­ba by­ło za­gło­so­wać w re­fe­ren­dum, wię­cej niż po­ło­wa za­in­te­re­so­wa­nych męż­czyzn by­ła jesz­cze tak pi­ja­na, że nie by­li w sta­nie udać się do pa­ra­fial­nej świe­tli­cy, gdzie wy­sta­wio­no urny do gło­so­wa­nia. „Ba­by to spe­cjal­nie tak uknu­ły”. „Kto ro­bi coś ta­kie­go w nie­dzie­lę i to w dzień po imie­ni­nach Jó­ze­fa?”. To był głów­ny ar­gu­ment zwo­len­ni­ków utrzy­ma­nia do­tych­cza­so­we­go po­rząd­ku rze­czy. Jak ła­two się do­my­ślić, bar prze­padł. Te­raz znaj­du­je się tam sie­dzi­ba Ko­ła Go­spo­dyń Wiej­skich i świe­tli­ca dla dzie­ci.

Ja­kich dzie­ci?… Tu są pra­wie sa­mi eme­ry­ci. Mło­dzi już daw­no stąd ucie­kli, do mia­sta, za gra­ni­cę, po­le­cie­li w ko­smos… By­le da­lej od świ­nio­ryj­skie­go za­du­pia.

Wal­dek nie­śmia­ło do­łą­czył do we­so­łej ga­wie­dzi pod skle­pem. Nie­dłu­go i je­mu udzie­lił się we­so­ły na­strój, za spra­wą rę­ko­dzie­ła pa­na Hie­ro­ni­ma. Czas pły­nął szyb­ko i wkrót­ce Maź­nia­ko­wa otwo­rzy­ła po­dwo­je skle­pu. Wal­dek prze­li­czył zmię­te bank­no­ty, wy­cią­gnię­te wła­śnie z kie­sze­ni spodni. Po krót­kim sku­pie­niu je­go twarz roz­ja­śnił sze­ro­ki uśmiech.

– Niech mi pa­ni da dwie „ze­ro sie­dem” – wy­ar­ty­ku­ło­wał do­kład­nie z nie­ukry­wa­ną sa­tys­fak­cją.

Wło­żył bu­tel­ki do głę­bo­kich kie­sze­ni ku­faj­ki, jed­ną do jed­nej, dru­gą do dru­giej i dum­nie wy­szedł z unie­sio­ną gło­wą. Spoj­rzał w nie­bo. Mu­sia­ło już być po dzie­wią­tej, a Waś­ki ani wi­du. Ro­zej­rzał się po oko­li­cy, ale ni­g­dzie nie za­uwa­żył swo­je­go kum­pla.

„Mo­że Ger­tru­da nie po­szła na mszę o ósmej trzy­dzie­ści? A mo­że coś mu się sta­ło po dro­dze?” – po­my­ślał z nie­kła­ma­ną tro­ską Wal­dek. „Pój­dę go po­szu­kać” – za­de­cy­do­wał.

Przez wieś wio­dła tyl­ko jed­na dro­ga. Na­wet nie as­fal­to­wa, tyl­ko wy­sy­pa­na ta­kim żół­tym żwi­rem. Kie­dy by­ło su­cho, każ­dy prze­jeż­dża­ją­cy nią sa­mo­chód wzbi­jał kłę­by gę­ste­go, żół­te­go ku­rzu, któ­ry opa­dał do­pie­ro wte­dy, gdy sa­mo­chód był już daw­no w Gni­je­wie. Na­to­miast, kie­dy po­go­da by­ła desz­czo­wa, prze­jeż­dża­ją­ce sa­mo­cho­dy roz­pry­ski­wa­ły ru­do-żół­tą maź na wszyst­kie stro­ny. Na szczę­ście przez Świ­nio­ry­je nie jeź­dzi­ło zbyt wie­le sa­mo­cho­dów, bo ni­by po co. Do Gni­je­wa oprócz tej, pro­wa­dzi­ła jesz­cze jed­na, pięk­na, as­fal­to­wa, sze­ro­ka i gład­ka jak stół szo­sa, od­da­lo­na od wsi o ja­kieś dwa ki­lo­me­try. Nie­trud­no się do­my­ślić, że zna­mie­ni­ta więk­szość, uda­ją­cych się do gmin­ne­go Gni­je­wa, wy­bie­ra­ła wła­śnie tam­tą dro­gę. Dziś po­go­da by­ła sło­necz­na i su­cha. Wal­dek wy­szedł na trakt i ro­zej­rzał się w obie stro­ny. Nic. Ani ży­we­go du­cha.

– To ja­sne, jest so­bo­ta, le­d­wie po dzie­wią­tej, to chy­ba nor­mal­ne – skwi­to­wał swo­je roz­wa­ża­nia. Po­gła­skał z czu­ło­ścią kie­sze­nie ku­faj­ki i spoj­rzał opty­mi­stycz­nie przed sie­bie. Na ho­ry­zon­cie żół­tej, nik­ną­cej gdzieś wstąż­ce dro­gi, ma­ja­czy­ła ja­kaś po­stać al­bo po­jazd… Wkła­da­jąc rę­ce do kie­sze­ni i obej­mu­jąc dłoń­mi piesz­czo­tli­wie dwie gła­dziut­kie, jesz­cze chłod­ne bu­tel­czy­ny, ru­szył w kie­run­ku wid­no­krę­gu. Po bli­sko dzie­się­ciu mi­nu­tach mar­szu środ­kiem szo­sy, bu­tel­ki w kie­sze­niach ku­faj­ki nie by­ły już chłod­ne, a ob­raz na ho­ry­zon­cie nie wy­ostrzył się ani tro­chę. Ow­szem, po­stać lub po­jazd, na­zwij­my to obiek­tem, zro­bił się tro­chę więk­szy, lecz na­dal był za­ma­za­ny jak fa­ta­mor­ga­na na pu­sty­ni. W pew­nym mo­men­cie Wal­dek za­czął na­wet po­dej­rze­wać, że w isto­cie jest to fa­ta­mor­ga­na, ale nie trzy­mał się zbyt dłu­go tej kon­cep­cji, po­nie­waż za­świ­ta­ła mu w gło­wie zu­peł­nie no­wa myśl – i to o wie­le bar­dziej wia­ry­god­na.

– Tak, to na pew­no oma­my wzro­ko­we, spo­wo­do­wa­ne zbyt ni­skim po­zio­mem al­ko­ho­lu we krwi – wy­de­du­ko­wał, po czym wy­jął z kie­sze­ni jed­ną z bu­te­lek, od­krę­cił ko­rek i po­cią­gnął z gwin­tu spo­ry łyk. Gdy już ode­rwał usta, bra­ko­wa­ło w niej oko­ło jed­nej czwar­tej pły­nu. Chuch­nął w rę­kaw, jak miał w zwy­cza­ju, i po­wie­dział sam do sie­bie:

– Cie­pła, su­ka… Do­brze, że po pierw­szym nie prze­gry­zam.

Mo­gło­by się wy­da­wać, że nie był to pierw­szy głęb­szy te­go dnia, ale Wal­dek in­ter­pre­to­wał to tro­chę ina­czej. Nie miał al­ko­ho­lu w ustach już pra­wie go­dzi­nę, więc moż­na by­ło przy­jąć, że ten był dla nie­go pierw­szy.

Pod­niósł gło­wę, dłoń przy­ło­żył do czo­ła, two­rząc osło­nę od słoń­ca i, wy­tę­ża­jąc swój so­ko­li wzrok, spoj­rzał w stro­nę ho­ry­zon­tu. – Tak, te­raz to zu­peł­nie co in­ne­go. – Ob­raz był jak­by tro­chę ostrzej­szy, ale mi­mo wszyst­ko nie da­ło się jed­no­znacz­nie stwier­dzić, czy to oso­ba, czy mo­że po­jazd. – Nic. Trze­ba iść da­lej – po­wziął mę­ską de­cy­zję oraz na­po­czę­tą bu­tel­kę i ru­szył da­lej, w stro­nę nie­spre­cy­zo­wa­ne­go obiek­tu, co­raz le­piej wi­docz­ne­go na szczy­cie wznie­sie­nia.

Szedł, szedł, szedł, aż wresz­cie, pra­wie u kre­su swo­jej wy­trzy­ma­ło­ści fi­zycz­nej, za­trzy­mał się i spoj­rzał przed sie­bie, bo do tej po­ry pa­trzył tyl­ko na czub­ki gu­mo­fil­ców i rzę­żą­cy pod ni­mi ru­do-żół­ty żwir. Przed je­go ocza­mi ma­lo­wał się ob­raz dziw­ny, za­ska­ku­ją­cy, a za­ra­zem śmiesz­ny. Dzie­sięć, mo­że pięt­na­ście me­trów przed Wald­kiem stał na środ­ku dro­gi te­re­no­wy sa­mo­chód z pod­nie­sio­ną ma­ską, a z ko­mo­ry sil­ni­ka, w kłę­bach pa­ry, wy­sta­wa­ła wiel­ka, za­dnia część cia­ła je­go przy­ja­cie­la Mund­ka Waś­ki. Tak, to by­ło na pew­no je­go wiel­kie dup­sko. Nikt in­ny nie no­sił już spodni z krem­pli­ny i to w fio­le­to­wym ko­lo­rze. Spodnie by­ły zwią­za­ne w pa­sie sznur­kiem od sno­po­wią­zał­ki, któ­ry wczo­raj Waś­ka wziął od Wald­ka, bo po­przed­ni tak się za­pę­tlił, że gdy­by nie no­sił za­wsze przy so­bie ko­zi­ka, to by się pew­ni­kiem w nie ze­srał.

Obok sa­mo­cho­du sta­ła, opar­ta o drzwi, ja­kaś la­ska. No do­bra, po bliż­szej ana­li­zie do­szedł do wnio­sku, że to po pro­stu blon­dy­na, al­bo ko­bit­ka. Na wy­gląd mo­gła mieć ja­kieś pięć­dzie­siąt lat, ale uwzględ­nia­jąc po­praw­kę na gru­by na cen­ty­metr ma­ki­jaż, li­czy­ła pew­nie du­żo wię­cej. Co nie zmie­nia­ło fak­tu, że pre­zen­to­wa­ła się ni­cze­go so­bie… Wci­śnię­ta by­ła w wą­skie dżin­sy, na no­gach no­si­ła zło­te szpi­lecz­ki, a od gó­ry ba­aaar­dzo wy­de­kol­to­wa­ną blu­zecz­kę w ko­lo­rze ró­żo­wym, a la Bar­bie. Na to na­rzu­ci­ła przy­krót­kie wdzian­ko, po­ły­sku­ją­ce zło­tem i ob­szy­te ró­żo­wym fu­ter­kiem.

– Dzień do­bry – ode­zwa­ła się wy­so­kim, ma­to­wym gło­sem. – Czy był­by pan tak mi­ły i po­mógł pa­nu Ed­mun­do­wi, bo zda­je się, on nie za bar­dzo zna się na sa­mo­cho­dach.

– Dro­ga pa­ni – za­czął swą ty­ra­dę Wal­dek – po­zwo­li pa­ni, że się przed­sta­wię. Wal­de­mar Pa­cia­ja, do usług. – Ukło­nił się nie­zdar­nie, bo no­gi bo­la­ły go strasz­nie od dłu­gie­go mar­szu. – Swe­go cza­su by­łem me­cha­ni­kiem w po­bli­skim pe­ge­erze. By­łem naj­lep­szy. Na­wet z są­sied­niej gmi­ny po mnie przy­jeż­dża­li, jak nie mo­gli so­bie we żni­wa dać ra­dy z kom­baj­nem. Bi­zo­na mam w jed­nym pal­cu…

W tym cza­sie Waś­ka wy­lazł spod ma­ski Ran­ge Ro­ve­ra i z dziw­nym wy­ra­zem twa­rzy przy­glą­dał się roz­ga­da­ne­mu w naj­lep­sze ko­le­dze. W pew­nym jed­nak mo­men­cie, w któ­rym Wal­dek za­czął opo­wia­dać blon­dy­nie, jak to sam je­den na­pra­wił sa­mo­lot rol­ni­czy, któ­ry ro­biąc opry­ski mu­siał awa­ryj­nie lą­do­wać na po­lu PGR-u, Waś­ka nie wy­trzy­mał, zła­pał Wald­ka za ku­faj­kę i przy­cią­gnął do sie­bie na od­le­głość dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Z te­go dy­stan­su, sce­nicz­nym szep­tem wy­ar­ty­ku­ło­wał bar­dzo wy­raź­nie:

– Skończ, kur­na, pie­przyć i zrób coś z tym po­pie­przo­nym sa­mo­cho­dem. Tam wszyst­ko jest ja­kieś dziw­ne, nie ma na­wet gaź­ni­ka. Bierz się za ro­bo­tę, a ja zaj­mę się umi­la­niem pa­ni cza­su. Okej?

Mó­wiąc „okej”, jed­nym ru­chem rę­ki wsa­dził pra­wie ca­łe­go Wald­ka pod ma­skę te­re­nów­ki.

– Do­bra, do­bra, za­raz coś wy­my­ślę.

– Ty Wa­la nie myśl, tyl­ko na­praw to an­gol­skie ustroj­stwo, bo nie mam tu za­mia­ru kwit­nąć do wie­czo­ra. Pa­ni zresz­tą też. – Spoj­rzał wy­mow­nie na blon­dy­nę, mie­rząc ją wzro­kiem od stóp do głów.

Po do­słow­nie pię­ciu mi­nu­tach sil­nik za­czął wy­gry­wać mi­łą dla ucha, czte­ro­tak­to­wą me­lo­dię. Wal­dek wy­lazł spod ma­ski i wy­jął z kie­sze­ni ku­faj­ki na­po­czę­tą bu­tel­czy­nę.

– Na­pi­je się pa­ni jed­ne­go? – zwró­cił się wprost do blon­dy­ny.

– Czyś ty zwa­rio­wał, Wa­la, prze­cież pa­ni sa­mo­cho­dem – zga­nił go na­tych­miast Waś­ka. – Ale ja się z chę­cią na­pi­ję, da­waj – wziął od kum­pla bu­tel­kę i przy­sta­wił ją do ust.

Bul, bul, bul, za­war­tość bu­tel­ki szyb­ko zni­ka­ła w prze­past­nym gar­dle Waś­ki.

– Cie­pła, su­ka!… – wy­krzyk­nął, krztu­sząc się lek­ko i splu­wa­jąc pod no­gi, jed­nak za­raz zre­flek­to­wał się i do­dał: – Pa­ni wy­ba­czy, ale nie przy­wy­kłem do cie­płej wód­ki. Mam wraż­li­we pod­nie­bie­nie.

– Nie wiem, jak ja się pa­nom od­wdzię­czę? – za­czę­ła nie­śmia­ło blon­dy­na. – Mo­że gdzieś pa­nów pod­wieźć?

– Cze­mu nie – od­parł Waś­ka. – Gdzie pa­ni je­dzie?

– Chcę do­stać się do au­to­stra­dy, bo źle zje­cha­łam i mu­sia­łam za­wró­cić. Po­tem skrę­ci­łam na skrzy­żo­wa­niu w pra­wo i do­je­cha­łam do Gni­je­wa, a po­tem, to już tu­taj – i wte­dy coś za­czę­ło się psuć. W koń­cu zgasł sil­nik. Te­raz mu­szę wró­cić na au­to­stra­dę.

– Wa­la, je­dziesz z na­mi czy zo­sta­jesz tu­taj?

– No co ty Waś­ka, chciał­byś mnie tu zo­sta­wić?

– Nie, oczy­wi­ście, że nie, zwłasz­cza, że masz jesz­cze jed­ną flasz­kę.

Wsie­dli do Ran­ge Ro­ve­ra. Wal­dek do ty­łu, a Waś­ka obok kie­row­cy. Blon­dy­na za­pię­ła pa­sy, przez co jesz­cze bar­dziej uwy­dat­ni­ła swój, już i tak wy­dat­ny, biust, wrzu­ci­ła bieg, za­wró­ci­ła i ru­szy­li w kie­run­ku Gni­je­wa. Po­mię­dzy Świ­nio­ry­ja­mi i Gni­je­wem roz­cią­gał się pas la­sów pań­stwo­wych nad­le­śnic­twa Roj­ce. Jak tyl­ko zna­leź­li się w te­re­nie za­le­sio­nym, blon­dy­na skrę­ci­ła w pierw­szy zjazd. Za­par­ko­wa­ła sa­mo­chód nie­da­le­ko od dro­gi i wy­łą­czy­ła sil­nik.

– Wi­dzi­cie pa­no­wie, nie mam przy so­bie go­tów­ki, a chcia­ła­bym się wam ja­koś od­wdzię­czyć – prze­mó­wi­ła tym swo­im ma­to­wym, wy­so­kim gło­si­kiem. – Nie wy­glą­da­cie mi na zbyt­nich ma­te­ria­li­stów, więc po­my­śla­łam, że mo­gli­by­śmy roz­li­czyć się w na­tu­rze.

Kum­ple po­pa­trzy­li po so­bie, ro­biąc mi­ny świad­czą­ce o dez­orien­ta­cji.

– No… Je­śli pa­ni tak, kur­na, uwa­ża… To cze­mu nie – od­parł dy­plo­ma­tycz­nie sie­dzą­cy obok niej Waś­ka.

Blon­dy­na się­gnę­ła po to­reb­kę, rów­nież w ró­żo­wym ko­lo­rze, wy­ję­ła z niej dwie pre­zer­wa­ty­wy w czar­no-fio­le­to­wych, fo­lio­wych opa­ko­wa­niach i wrę­czy­ła każ­de­mu po jed­nej.

– A to co!? – ode­zwał się z tyl­ne­go sie­dze­nia Wal­dek.

– To po to, by nie by­ło kom­pli­ka­cji – od­par­ła.

– Ale ja­kich kom­pli­ka­cji? – do­py­ty­wał się wciąż Wal­dek.

– Jak pa­ni mó­wi, że to prze­ciw kom­pli­ka­cjom, to bierz i nie ma­rudź – skwi­to­wał Waś­ka.

Da­lej spra­wy po­to­czy­ły się już sa­me. Ro­zu­mie­cie, hor­mo­ny, in­stynkt i te spra­wy.

Na­za­jutrz Waś­kę obu­dzi­ło wa­le­nie do drzwi. Za­spa­ny i ska­co­wa­ny wy­pełzł z łóż­ka i po­drep­tał do sie­ni.

– Ki zbój wo­dę mą­ci – za­klął, otwie­ra­jąc drzwi. Za drzwia­mi stał, a wła­ści­wie tań­czył, prze­stę­pu­jąc z no­gi na no­gę, Wal­dek.

– Co ci kur­na jest? Masz owsi­ki.

– Waś­ka, mam do cie­bie bar­dzo waż­ne py­ta­nie.

– Cze­go?

– Czy ty bo­isz się kom­pli­ka­cji…?

– Nie. Bo co?

– To ja też ścią­gam, bo za chwi­lę mi pę­cherz roz­pier­ni­czy…

Indiana Jones

Kurna, jesz­cze trzy dni do dzie­sią­te­go. Ro­zu­mie pa­ni, fun­du­sze się skoń­czy­ły, mo­że tak wziął­bym dwie krów­ki w kre­do, a po dzie­sią­tym wszyst­ko do­pnie­my? – pró­bo­wał nie­zgrab­nie ne­go­cjo­wać Wal­dek.

Je­śli jed­nak cho­dzi o ne­go­cja­cje, to Maź­nia­ko­wa nie na­le­ża­ła do ła­twych part­ne­rów.

– Pa­nie Pa­cia­ja, jak bę­dzie pan miał pie­nią­dze, to pa­nu sprze­dam na­wet ca­łe sta­do, a na ra­zie mo­gę pa­nu dać se­tecz­kę na ze­szyt do dzie­sią­te­go, bo wi­dzę, że za­raz mi się pan tu roz­sy­pie.

Wal­dek grzecz­nie po­dzię­ko­wał i wy­szedł ze skle­pu. Na tyl­nej ram­pie nie za­stał ni­ko­go. Nic dziw­ne­go, był siód­my, a nie­wie­lu zna­la­zło­by się śmiał­ków ta­kich jak on, któ­rzy od­wa­ży­li­by się pro­sić Maź­nia­ko­wą o kre­dyt. Od­krę­cił bu­tel­kę i jed­nym hau­stem wchło­nął za­war­tość. Po czym od­su­nął ją od ust na wy­cią­gnię­cie rę­ki. Przez chwi­lę pa­trzył na pu­stą fla­szecz­kę wzro­kiem wy­ra­ża­ją­cym roz­cza­ro­wa­nie i zdzi­wie­nie.

– Cóż, trze­ba szu­kać po­mo­cy. A gdzie naj­le­piej szu­kać po­mo­cy, je­śli nie u naj­lep­sze­go kum­pla?

Mun­dek wła­śnie był za­ję­ty rą­ba­niem i ukła­da­niem drew. „Zi­ma za pa­sem, a tu, w dre­wut­ni, ani ka­wał­ka drew­na” – za­uwa­ży­ła ra­no, przed wyj­ściem do ko­ścio­ła, je­go Ger­tru­da. Po czym da­ła mu do zro­zu­mie­nia, że to wła­śnie on po­wi­nien się tym za­jąć. No to się za­jął. Na szczę­ście w szo­pie miał jesz­cze scho­wa­ne pół li­ter­ka te­go spe­cja­łu od Hie­ro­ni­mu­sa i po­krze­piał się wła­śnie je­go odro­bi­ną, gdy usły­szał na­wo­ły­wa­nia od stro­ny ogro­dze­nia.

– Waś­ka!… Waś­ka­aaa!

– Cze­go, do cięż­kiej cho­le­ry!? – wark­nął Mun­dek, wy­cho­dząc z szo­py i zbli­ża­jąc się do ogro­dze­nia. Tak, jak przy­pusz­czał, za pło­tem stał Wal­dek Pa­cia­ja.

– Cze­go kur­na chcesz, nie wi­dzisz, że mam ro­bo­tę?

– Kur­na, Waś­ka, ty wiesz, że ta wred­na Maź­nia­ko­wa nie chcia­ła dać mi na kre­skę dwóch mar­nych fla­szek do dzie­sią­te­go?

– No wiesz, to aku­rat mo­gę so­bie wy­obra­zić. Zdzi­wił­bym się, jak­by ci da­ła choć jed­ną. Ostat­ni dług spła­ca­łeś chy­ba pół ro­ku.

– Prze­stań, mia­łem wte­dy bar­dzo trud­ną sy­tu­ację ma­jąt­ko­wą.

– A te­raz masz ła­twą? – za­py­tał z szel­mow­skim uśmie­chem na twa­rzy i wy­jął z kie­sze­ni pacz­kę ukra­iń­skich pa­pie­ro­sów.

Wal­dek w koń­cu wgra­mo­lił się na czte­rech przez dziu­rę w pło­cie i otrze­py­wał wła­śnie spodnie, gdy z głę­bi po­dwór­ka roz­legł się klak­son sa­mo­cho­du. Mun­dek wrę­czył ko­le­dze pacz­kę fa­jek i za­pal­nicz­kę.

– Masz, za­pal so­bie – A sam po­szedł zo­ba­czyć, ko­go tam u dia­bła li­cho nie­sie.

W otwar­tej, jak zwy­kle, bra­mie stał Land Ro­ver. Aż dreszcz prze­biegł mu po ple­cach. Za kół­kiem sie­dział jed­nak ja­kiś męż­czy­zna. Na wi­dok go­spo­da­rza, wy­siadł z sa­mo­cho­du i za­czął zmie­rzać w je­go kie­run­ku.

– Dzień do­bry! Nie orien­tu­je się pan przy­pad­kiem, czy tu w oko­li­cy nie wy­naj­mu­je ktoś po­koi? Szu­kam cze­goś na pa­rę dni.

Fa­cet był wy­so­ki, ubra­ny w dziw­ne ciu­chy, jak­by nie z te­go fil­mu. Na gło­wie miał skó­rza­ny ka­pe­lusz, a na no­gach bu­ty z czub­ka­mi i na ob­ca­sie. Re­je­stra­cja by­ła war­szaw­ska – „WWN”, a sam gość nie spra­wiał wra­że­nia tu­ry­sty.

– Pa­nie. Co pan tu szu­kasz? Ja nie wy­naj­mu­ję po­koi – oschle przy­wi­tał go­ścia Mun­dek. I już miał pu­ścić w je­go kie­run­ku wią­zan­kę me­lo­dii wiet­nam­skich, kie­dy zza je­go ple­ców roz­legł się głos Wald­ka: – A py­ta­łeś pan u Wa­len­dzia­ko­wej, to za­raz obok, na­stęp­na bra­ma, nie­raz wy­naj­mu­je i nie chce za du­żo.

Mun­dek stał przez chwi­lę za­sko­czo­ny, z otwar­ty­mi usta­mi. Za­mknął je, ale tyl­ko po to, by za mo­ment po­słać wiet­nam­ską wią­zan­kę w stro­nę kum­pla.

– Co się, kur­na, wpie­przasz mię­dzy mło­tek a ko­wa­dło. Chcesz do­stać w ry­ja? Zę­by cię swę­dzą, czy co? Zła­ma­sie ku­ta­ny!

W tym cza­sie gość wsiadł do sa­mo­cho­du i po­wo­li wy­co­fał z Mund­ko­we­go pod­jaz­du z po­wro­tem na dro­gę.

– Ty, Waś­ka – za­czął Wal­dek przy­tłu­mio­nym gło­sem. – On mi wy­glą­da na ży­łę zło­ta.

Otu­ma­nio­ny ca­łą sy­tu­acją Mun­dek otwo­rzył sze­rzej oczy.

– Co ty pie­przysz? Jak chcesz na nim za­ro­bić?

– On na pew­no tu cze­goś kon­kret­ne­go szu­ka. My­ślisz, że ta­ki ele­ganc­ki gość, z War­sza­wy, szu­kał­by tu noc­le­gu, by tak po pro­stu po­zwie­dzać? A co moż­na zwie­dzać w Świ­nio­ry­jach?

– No, mo­że masz ra­cję, ale co my mo­że­my mu za­ofe­ro­wać?

– Naj­pierw wła­śnie to mu­si­my usta­lić. Ob­ser­wa­cja, mój dro­gi, ob-ser-wa-cja. A ła­twiej bę­dzie go ob­ser­wo­wać, jak bę­dzie no­co­wał u Wa­len­dzia­ko­wej, zresz­tą ona po­trze­bu­je na gwałt go­tów­ki. Wa­len­dzia­ka przy­mknę­li i mu­si mieć pa­rę gro­szy na pa­pu­gę, bo jak nie, to zno­wu po­sie­dzi z pół ro­ku.

Mun­dek zro­bił mi­nę, jak­by mu się lek­ko prze­grze­wał mózg. Co praw­da pró­bo­wał na­dą­żać za ko­le­gą, ale je­go tok my­śle­nia był ja­kiś męt­ny i mniej wart­ki niż Wald­ka. W koń­cu dał za wy­gra­ną i stwier­dził:

– Mu­szę się na­pić. Bo za Chi­ny nie ku­mam, o co ci cho­dzi.

– Wi­dzisz, to się świet­nie skła­da, bo ja też mam ocho­tę na jed­ne­go.

Ra­zem więc po­szli do szo­py, gdzie cze­ka­ła na nich ca­ła ma­sa nie­po­rą­ba­nych drew i nie­ca­ła już bu­te­lecz­ka spe­cja­łu Hie­ro­ni­mu­sa.

Na­stęp­ne­go dnia, pierw­szą zmia­nę ob­jął Wal­dek, któ­ry w za­sa­dzie nie miał nic kon­kret­ne­go do ro­bo­ty. W prze­ci­wień­stwie do ko­le­gi, któ­ry po otrzy­ma­niu po­waż­nej re­pry­men­dy od mał­żon­ki, z po­wo­du nie­wy­ko­na­nia nor­my po­przed­nie­go dnia, miał peł­ne rę­ce ro­bo­ty, a do­słow­nie ca­łą gó­rę drew do po­rą­ba­nia i po­ukła­da­nia w dre­wut­ni. Za dzie­sięć zło­tych, któ­ry­mi to po­ra­to­wał go Waś­ka, Wal­dek ku­pił w GS-ie, za­raz po otwar­ciu, dwu­set­kę czy­stej i udał się na po­ste­ru­nek. Znaj­do­wał się on w krza­kach za ro­wem, na wprost bra­my Wa­len­dzia­ków. Do go­dzi­ny dzie­wią­tej nic się nie dzia­ło. Wald­ko­wi już wy­schło w gar­dle. „Ile moż­na sie­dzieć o su­chym py­sku i ga­pić się w bra­mę Wa­len­dzia­ków”? – za­sta­na­wiał się, gdy nie­ca­łe pięć po dzie­wią­tej, ob­ser­wo­wa­ny fi­gu­rant wy­szedł z do­mu Wa­len­dzia­ków i wsiadł do sa­mo­cho­du.

Wal­dek wy­gra­mo­lił się z ro­wu i ni­by od nie­chce­nia, za­czął spa­ce­ro­wać wzdłuż żwi­ro­wej dro­gi. Sa­mo­chód war­sza­wia­ka wy­je­chał z im­pe­tem na dro­gę, uno­sząc za so­bą tu­ma­ny żół­to-bru­nat­ne­go ku­rzu.

***

Wie­czo­rem, po po­rą­ba­niu chy­ba pię­ciu me­trów sze­ścien­nych drew­na, Mun­dek za­czął wy­pa­try­wać przy­ja­cie­la. Nie­ste­ty Wal­dek gdzieś prze­padł. Po dłuż­szym ocze­ki­wa­niu i z po­wo­du wy­czer­pa­nia pod­ręcz­ne­go za­pa­su trun­ku, Mun­dek po­sta­no­wił po­szu­kać kum­pla. Naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nym miej­scem po­by­tu po­szu­ki­wa­ne­go by­ła ram­pa na ty­łach je­dy­ne­go GS-owskie­go skle­pu w Świ­nio­ry­jach. Do­tarł tam w nie­ca­łe pięć mi­nut. Zro­bi­ło się już ciem­no. Sklep od ja­kie­goś cza­su był nie­czyn­ny. Za skle­pem na ram­pie sie­dział Wal­dek i ści­skał w rę­kach nie­do­pi­te pół li­tra wód­ki.

– Wa­la, co tu ro­bisz? – za­py­tał kum­pla Mun­dek. Ten jed­nak nie za­re­ago­wał.

– Wa­la, do­brze się czu­jesz, sły­szysz mnie? – po­trzą­snął go lek­ko za ra­mię. – Co ci jest?

Wal­dek nie re­ago­wał. Sie­dział na ram­pie ze spusz­czo­ną gło­wą i ści­skał w rę­kach bu­tel­kę. Nie przy­po­mi­na­ło to upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go. Wal­dek w sta­nie upo­je­nia jest nad po­dziw ak­tyw­ny, a na­wet nad­po­bu­dli­wy, te­raz jed­nak znaj­do­wał się jak­by w sta­nie ka­ta­to­nii. Sło­wa Mund­ka nie do­cie­ra­ły naj­wi­docz­niej do je­go świa­do­mo­ści, od­bi­ja­jąc się od niej jak groch od ścia­ny. Po kil­ku nie­uda­nych pró­bach do­tar­cia do wald­ko­wej świa­do­mo­ści, Mun­dek zde­cy­do­wał się na roz­wią­za­nie o wie­le bar­dziej ra­dy­kal­ne i po pro­stu przy­pier­dzie­lił mu w pysk. Wal­dek, jak­by przez chwi­lę zdez­o­rien­to­wa­ny, za­mru­gał ocza­mi i spy­tał:

– Co tu się, kur­na, dzie­je? Gdzie ja je­stem i cze­mu bi­jesz mnie po mor­dzie?

– Chwa­ła Bo­gu! – wy­krzyk­nął Mun­dek. – My­śla­łem, że już do koń­ca ży­cia bę­dziesz ro­ślin­ką.

– Gdzie on jest? – za­dał nie­spo­dzie­wa­nie py­ta­nie Wal­dek.

– Kto, gdzie jest?

– No ten In­dia­na Jo­nes.

– Ja­ki, kur­na, In­dia­na Jo­nes? – Mun­dek nic nie ro­zu­miał.

– No ten, co to mi ka­za­łeś go śle­dzić.

– Ja ci ka­za­łem? To był twój po­mysł. Ja mia­łem ma­sę ro­bo­ty, sam się za­ofe­ro­wa­łeś, że bę­dziesz go śle­dził. Cze­ka­łem na cie­bie, tak jak się umó­wi­li­śmy, ale nie przy­sze­dłeś, więc po­sta­no­wi­łem cię po­szu­kać i zna­la­złem tu­taj, w tym dziw­nym sta­nie. O co tu cho­dzi?

– Nie­zu­peł­nie pa­mię­tam, co się tak na­praw­dę wy­da­rzy­ło – Wal­dek po­cią­gnął spo­ry łyk z bu­tel­ki, któ­rą do tej po­ry ści­skał kur­czo­wo w dło­niach. – Pa­mię­tam, że po­sze­dłem za nim aż na ko­niec wsi. Jak tam do­tar­łem, nie by­ło go już w sa­mo­cho­dzie. Stoi tam sta­ry dom Ko­niecz­ki, pa­mię­tasz sta­re­go Ko­niecz­kę? Nie ży­je już chy­ba z sie­dem lat. Zresz­tą, kto by tam wie­dział, co się z nim sta­ło. Za­gi­nął pew­nej zi­my, mó­wi­li, że pew­nie uto­pił się w je­zio­rze. W każ­dym ra­zie, cia­ła nie od­na­le­zio­no. Pę­dził świet­ny bim­ber. Miesz­kał zu­peł­nie sam w tym do­mu na koń­cu wsi. Wsze­dłem tam. To bar­dzo sta­ry, opusz­czo­ny bu­dy­nek, pe­łen sta­rych gra­tów. Wszę­dzie peł­no ku­rzu i pa­ję­czyn. Okna za­bi­te de­ska­mi i nie­wie­le świa­tła do­cie­ra przez szcze­li­ny w de­skach. Zresz­tą za­czy­na­ło już zmierz­chać. Wte­dy go zo­ba­czy­łem. Stał nie­ru­cho­mo przed ta­kim du­żym lu­strem w drzwiach od sza­fy. Stał i pa­trzył w to lu­stro.

– I co? Mów kur­na wresz­cie, co się sta­ło!

– No prze­cież mó­wię, stał tam i pa­trzył w lu­stro, tak po pro­stu, nic nie ro­bił, nie po­ru­szał się, nic nie mó­wił, tyl­ko pa­trzył w swo­je od­bi­cie. I na­gle wpadł do środ­ka.

– Jak to „do środ­ka”, do środ­ka cze­go? Do sza­fy?

– Nie! Do lu­stra.

– I co. Co zro­bi­łeś?

– Po­sze­dłem za nim.

– Jak to „za nim”, do lu­stra?

– Tak, do lu­stra. Sta­ną­łem na­prze­ciw swo­je­go od­bi­cia, tak jak on przed chwi­lą, i wsze­dłem do środ­ka. Do środ­ka lu­stra. Nie po­tra­fię ci te­go wy­tłu­ma­czyć, ale zu­peł­nie wy­trzeź­wia­łem, a wiesz, że jak je­stem trzeź­wy, nie umiem lo­gicz­nie my­śleć. Zo­ba­czy­łem go tam, był wku­rzo­ny, ma­chał rę­ka­mi, coś krzy­czał. Nie wiem, jak to się sta­ło, mo­że był ja­kimś mi­strzem kung-fu, bo w pew­nym mo­men­cie zła­pał mnie za rę­kę i jed­nym ru­chem od­wró­cił. Po­tem za­pier­ni­czył mi ta­kie­go ko­pa, że aż po­ciem­nia­ło mi w oczach. Co dzia­ło się da­lej, nie pa­mię­tam. Obu­dzi­łem się tu na ram­pie, a wła­ści­wie to ty mnie obu­dzi­łeś.

– Ja pier­dzie­lę, Wa­la, to jest nie­praw­do­po­dob­ne. A du­cha Ko­niecz­ki cza­sem nie spo­tka­łeś? Coś ty pił? Ja ro­zu­miem, że je­steś bez ka­sy, ale ty­le ra­zy ci mó­wi­łem, nie pij tej ber­be­lu­chy od Ukra­iń­ców. Czort wie, co oni do te­go do­da­ją. – To mó­wiąc, wy­jął z rąk Wald­ka bu­tel­kę i ci­snął ją w krza­ki. – Chodź, na­pi­jesz się po­rząd­nej go­rza­ły. – Po­kle­pał kum­pla po ple­cach i ra­zem ru­szy­li w stro­nę wsi. Po dro­dze mi­nął ich Land Ro­ver. Za kie­row­ni­cą sie­dział gość w ka­pe­lu­szu i, od­su­wa­jąc szy­bę, po­ka­zał im pal­cem wy­mow­ny gest. Nim opa­dły tu­ma­ny ku­rzu, po Land Ro­ve­rze nie by­ło już śla­du.

W no­cy wy­ły sy­re­ny, a ran­kiem pod skle­pem do­wie­dzie­li się, że wła­śnie spa­lił się opusz­czo­ny dom Ko­niecz­ki.

Armagedon i archeolodzy z Bożej łaski

Nikt nie mógł te­go prze­wi­dzieć. No chy­ba że wójt Gni­je­wa, po­nie­waż miał do­stęp do pla­nów za­go­spo­da­ro­wa­nia prze­strzen­ne­go gmi­ny. Jed­nak w Świ­nio­ry­jach nikt się nie spo­dzie­wał, że pew­ne­go sło­necz­ne­go, let­nie­go dnia, przyj­dzie im zmie­rzyć się z nad­cho­dzą­cym Ar­ma­ge­do­nem.

Żwi­ro­wą dro­gą już od go­dzi­ny szó­stej, wzbi­ja­jąc tu­ma­ny ru­do-żół­te­go py­łu, cią­gnął cięż­ki sprzęt. Koń­ca te­go kon­duk­tu, prze­ra­ża­ją­ce­go for­mą i roz­mia­rem, nie by­ło wi­dać. Od stro­ny Gni­je­wa, nie­ustan­nym po­to­kiem prze­ta­cza­ły się ko­par­ki, spy­cha­cze, wal­ce i in­ny sprzęt bu­dow­la­ny. Część czy­ni­ła to na spe­cjal­nych la­we­tach, część na wła­snych ko­łach. Przy akom­pa­nia­men­cie war­czą­cych sil­ni­ków i po­mru­ku to­czą­cych się po żwi­ro­wej dro­dze kół, ka­wal­ka­da jeźdź­ców apo­ka­lip­sy jed­no­staj­nym tem­pem su­nę­ła przez wieś.

Wal­dek jesz­cze smacz­nie spał, gdy do je­go uszu za­czę­ły do­cie­rać mo­no­ton­ne, ale co­raz gło­śniej­sze od­gło­sy cięż­kie­go sprzę­tu. Kie­dy do te­go do­łą­czy­ły się drga­nia grun­tu, gdy ka­wal­ka­da prze­ta­cza­ła się ko­ło je­go cha­łu­py, ock­nął się zdez­o­rien­to­wa­ny. Przez mo­ment na­słu­chi­wał za­nie­po­ko­jo­ny. Po chwi­li ze­rwał się na rów­ne no­gi, krzy­cząc:

– Ru­skie czoł­gi! Cho­du do piw­ni­cy.

Po kil­ku se­kun­dach zo­rien­to­wał się, że już od daw­na, to zna­czy od czte­rech lat, miesz­ka sam. Żo­na wraz z dwój­ką dzie­ci i psem wy­pro­wa­dzi­ła się do mat­ki. Je­dy­nym współ­lo­ka­to­rem Wald­ka był wy­chu­dły, wy­li­nia­ły kot. Zresz­tą przy­cho­dził tu tyl­ko spać. Ca­ły­mi dnia­mi włó­czył się po wsi, pra­wie tak jak Wal­dek. A ru­ska oku­pa­cja? Ona prze­cież skoń­czy­ła się już ja­kiś czas te­mu.

Po na­stęp­nych kil­ku­na­stu, mo­że kil­ku­dzie­się­ciu se­kun­dach, do Wald­ka za­czę­ła do­cie­rać resz­ta bodź­ców z re­al­ne­go świa­ta. Ostat­nio sy­piał twar­do i mie­wał sny, dziw­ne sny. Pod­szedł do okna i od­sło­nił za­słon­kę z pa­sia­ste­go ręcz­ni­ka frot­te. Na dro­dze coś się dzia­ło. Są­dząc po ha­ła­sie, ja­ki stam­tąd do­cho­dził, by­ło to coś waż­ne­go. Na ogół nic się tu nie dzie­je, nic ab­so­lut­nie. A te­raz się dzia­ło… No­oo! Te­raz to się dzia­aało.

Wal­dek wci­snął się w ga­cie i czym prę­dzej wy­szedł przed cha­łu­pę, usi­łu­jąc za­wią­zać ko­kard­kę ze sznur­ka od sno­po­wią­zał­ki, któ­ry słu­żył mu za pa­sek. Wśród tu­ma­nów bru­nat­no-żół­te­go ku­rzu, dro­gą po­ru­sza­ły się ja­kieś po­jaz­dy. Przez kłę­by py­łu, co ja­kiś czas by­ło wi­dać roz­bły­ski po­ma­rań­czo­wych świa­teł i sły­chać by­ło klak­so­ny.

„Ożeż w mor­dę. Ja­kiś prze­marsz wojsk Ukła­du War­szaw­skie­go?” – za­sta­na­wiał się Wal­dek. Oczy­wi­ście zda­wał so­bie spra­wę z fak­tu, że Układ War­szaw­ski nie ist­nie­je, ale tak mu się sko­ja­rzy­ło, bo tę­sk­nił tro­chę za tam­ty­mi cza­sa­mi, kie­dy ży­cie by­ło lep­sze. A na­wet je­śli nie lep­sze, to na pew­no prost­sze. Pra­co­wał wte­dy w pe­ge­erze i to w za­sa­dzie ty­le, nic wię­cej nie po­trze­bo­wał. PGR jak mat­ka za­pew­niał mu wszyst­ko, co by­ło nie­zbęd­ne do ży­cia. Ubra­nie, wę­giel, ziem­nia­ki na zi­mę, ziar­no do sie­wu (oczy­wi­ście Wal­dek ni­g­dy nie wy­siał na­wet garst­ki ziar­na, ale za­wsze moż­na by­ło za nie do­stać pa­rę zło­tych), a oprócz te­go, go­dzi­wą wy­pła­tę raz w mie­sią­cu. A te­raz? PGR-u już nie ma, a za te nie­ca­łe osiem­set zło­tych z ZUS-u, nie za bar­dzo jest jak wy­żyć.

„Czy to jesz­cze kie­dyś wró­ci?” – za­sta­na­wiał się Wal­dek. I pew­nie na­dal by się tak za­sta­na­wiał, gdy­by z tej za­du­my nie wy­rwał go głos Waś­ki.

– Co się tak ga­pisz, Wa­la? Dro­gę bę­dą nam as­fal­to­wać.

– As­fal… Co?

– As­fal­to­wać, to zna­czy, że nie bę­dzie już tej brei i ku­rzu. Czu­jesz? As­falt do sa­me­go Gni­je­wa, od za­krę­tu na koń­cu wsi, gdzie stał dom Ko­niecz­ki. No wiesz, ten, co to się w ze­szłym ro­ku schaj­co­wał.

– Wiem gdzie to. Prze­cież tam by­łem – ob­ru­szył się Wal­dek.

– No ale, Wa­la, nie bę­dzie­my tu chy­ba tak stać po próż­ni­cy. Masz tam co?

Wal­dek ock­nął się z chwi­lo­we­go za­my­śle­nia. Od cza­su przy­go­dy w do­mu Ko­niecz­ki, co­raz czę­ściej mu się to zda­rza­ło. Zna­czy, zda­rza­ło mu się za­my­ślić, i to tak, że aż nie­raz bo­la­ła go gło­wa od te­go my­śle­nia. No i te sny. Miał bar­dzo re­ali­stycz­ne sny. Wi­dział w nich róż­ne rze­czy, róż­ni lu­dzie, i nie tyl­ko lu­dzie, mó­wi­li mu prze­róż­ne rze­czy, a gdy się bu­dził, to prze­waż­nie te rze­czy się dzia­ły. Nie, że­by od ra­zu stał się ja­sno­wi­dzem, po pro­stu miał sny, a te sny się spraw­dza­ły. Nie­raz pal­nął coś przy kie­li­chu, że to czy tam­to. Zwy­kłe pi­jac­kie ga­da­nie. A tu na­stęp­ne­go dnia, bęc! – to się dzia­ło. Do­kład­nie tak, jak po­wie­dział. Lu­dzi­ska za­czę­li już ga­dać. Kie­dyś przy go­rza­le pal­nął, że Ku­la­wiń­ski po­wi­nien w koń­cu ten dach na­pra­wić, bo mu wiatr da­chów­ki strą­ca. W no­cy tak wia­ło, że ca­ły dach z cha­łu­py Ku­la­wiń­skie­go zdję­ło i w po­le za­nio­sło. Co cie­ka­we, „trą­ba” ni­cze­go w po­bli­żu nie uszko­dzi­ła, tyl­ko ten nie­szczę­sny dach. Wal­dek cza­sa­mi już bał się gę­bę otwo­rzyć, że­by go za ja­kie­go pro­ro­ka nie wzię­li. A wra­ca­jąc do wald­ko­we­go bó­lu gło­wy, Waś­ka stwier­dził, że to du­ma­nie, na zdro­wie na pew­no mu nie wyj­dzie, bo mózg od­wy­kły i strasz­nie się mę­czy, i od te­go go ten łeb tak cią­gle na­pie­prza. A jak wia­do­mo, Waś­ka – nie by­le ja­ki au­to­ry­tet w dzie­dzi­nie bó­lu gło­wy – miał nań jed­no tyl­ko le­kar­stwo.

– No pew­nie, że mam co nie­co! – od­parł, roz­ch­mu­rza­jąc się Wal­dek. We­szli do cha­łu­py. We­wnątrz by­ła sień i prze­stron­na izba. W ro­gu stał piec, sta­ry, ale bar­dzo ład­nie wy­ko­na­ny przez zduń­skie­go mi­strza. Na­wet ko­min wy­ło­żo­ny był ka­fla­mi aż do po­wa­ły. Przy pie­cu sta­ło łóż­ko, a na nim le­ża­ła nie­zbyt świe­ża po­ściel, te­raz w cał­ko­wi­tym nie­ła­dzie. Wal­dek pod­szedł do łóż­ka i za­czął ją po­pra­wiać. W tym cza­sie Waś­ka sta­nął przy kre­den­sie, i, jak­by był u sie­bie, wy­jął z nie­go dwie szklan­ki i na­po­czę­tą bu­tel­kę wód­ki. Po­sta­wił to wszyst­ko na sto­le, któ­ry stał przy jed­nym z dwu okien.

– Masz ja­ką za­gry­chę? – spy­tał.

– Tam w kre­den­sie po­wi­nien być sło­ik z pa­pry­ką.

Waś­ka wy­jął z kre­den­su sło­ik z ma­ry­no­wa­ną pa­pry­ką i trzy­ma­jąc go dwo­ma pal­ca­mi z wy­ra­zem obrzy­dze­nia na twa­rzy, po­sta­wił na bla­cie sto­łu.

– A nie masz Wa­la zwy­kłych ogór­ków? – spy­tał ko­le­gę, któ­ry skoń­czył mor­do­wać się z łóż­kiem i wła­śnie wy­gła­dzał ka­pę, któ­rą przy­krył bar­łóg.

– Nie mam, ale pa­pry­ka też do­bra, zwłasz­cza że ku­pi­łem u Maź­nia­ko­wej za pół ce­ny. Da­ta wy­cho­dzi.

Waś­ka od­krę­cił sło­ik i pod­su­nął so­bie pod nos.

– Pach­nie nie naj­go­rzej. – Wsa­dził dwa pa­lu­chy do szkła i wy­do­był jed­ną, fla­ko­wa­tą pa­prycz­kę, po czym wło­żył ją so­bie do ust. – Hmm. Ni­cze­go, cał­kiem, cał­kiem. – Otarł rę­ka­wem spły­wa­ją­cy po bro­dzie ocet. – Ale i tak wo­lę ogór­ki.

Wal­dek w koń­cu do­łą­czył do przy­ja­cie­la i na­lał po słusz­nej por­cji czy­stej.

– No to siup w ten głu­pi dziób! – za­krzyk­nął Waś­ka.

– Che­ers! – od­po­wie­dział Wal­dek i wy­chy­lił szkla­ni­cę.

Kie­dy już za­ką­sił pa­prycz­ką, spoj­rzał na Waś­kę, któ­ry na­dal trzy­mał w rę­ku peł­ną szklan­kę, a wzro­kiem pró­bo­wał prze­wier­cić mu czasz­kę.

– No co? Co ci nie sma­ku­je, wód­ka czy za­ką­ska?

Waś­ka nie od­po­wia­dał. Wy­pił po­wo­li wód­kę i z na­masz­cze­niem prze­żuł pa­pry­kę. W koń­cu prze­mó­wił.

– Ty coś ostat­nio dziw­ny je­steś, Wa­la. Nie dzi­wię się, że lu­dzi­ska za­czy­na­ją ga­dać.

– Co za­czy­na­ją ga­dać? – spy­tał Wal­dek, na­le­wa­jąc po ko­lej­nej szklan­ce.

– No wiesz, że po­tra­fisz prze­wi­dzieć, co bę­dzie, że ni­by ja­sno­widz z cie­bie, no i że czy­tasz w my­ślach. A na­wet sły­sza­łem, jak się ba­by na­ra­dza­ły, że­by iść do cie­bie, to mo­że urok od­czy­nisz.

– E… coś ty, Waś­ka. Ja tam od­czy­niać uro­ków nie umiem. A że cza­sem mi się coś przy­śni i wy­ga­dam się przy wód­ce, to po­tem plot­ku­ją. Naj­gor­sze, Waś­ka, że mnie to się co­raz czę­ściej zda­rza, zna­czy co­raz czę­ściej śnią mi się te sny. A ostat­nio to na­wet przy ro­bo­cie mnie na­szło.

– I co, i co? – do­py­ty­wał szcze­rze za­nie­po­ko­jo­ny Waś­ka.

– No, to by­ło tak… Ale wy­pij­my. – Prze­rwał i się­gnął po szklan­kę.

Waś­ka uczy­nił to sa­mo. Wy­chy­li­li. Wal­dek za­ką­sił pa­prycz­ką ze sło­ika i po­dał go Wa­ś­ce mó­wiąc: – Bon ap­pe­tit. – Waś­ka zno­wu onie­miał. Po chwi­li jed­nak wi­dząc za­kło­po­ta­nie ko­le­gi, prze­mó­wił:

– Skąd ty, Wa­la, znasz ta­kie sło­wa?

– Wiesz, nie wiem, ale tak ja­koś sa­me mi one do gło­wy przy­cho­dzą. Nie­waż­ne – mach­nął rę­ką i kon­ty­nu­ował opo­wieść.

– Na­pier­ni­czył mi ro­wer. Wiesz, ten cho­ler­ny łań­cuch. Do­sta­łem od Wa­len­dzia­ka cał­kiem no­wy, tyl­ko lek­ko uży­wa­ny. Po­my­śla­łem, że wy­mie­nię i bę­dzie po kło­po­cie. To zna­czy, że ten cho­ler­ny łań­cuch nie bę­dzie już spa­dał za każ­dym ra­zem, jak bę­dzie mi się gdzieś spie­szyć. Już na­wet wzią­łem się do roz­pi­na­nia sta­re­go, kie­dy śru­bo­kręt omsknął się ze spin­ki i dziab­ną­łem się w rę­kę. Oooo, zo­bacz, jesz­cze mam ślad… – to mó­wiąc, wy­cią­gnął le­wą dłoń w stro­nę twa­rzy Waś­ki. – Wi­dzisz, pra­wie so­bie na wy­lot prze­bi­łem. Ból był ta­ki, że aż mi w oczach po­ciem­nia­ło. I wte­dy wła­śnie mia­łem wi­zję.

– Co mia­łeś? – prze­rwał mu Waś­ka.

– Wi­zję.

– Ja­ką wi­zję?

– Nor­mal­ną wi­zję, ima­gi­na­cję, we­wnętrz­ną pro­jek­cję men­tal­ną z przy­szło­ści – od­parł po­iry­to­wa­ny Wal­dek.

Wa­ś­ce tak opa­dła szczę­ka, że mu­siał ją pod­trzy­my­wać rę­ko­ma, że­by nie wy­le­cia­ła z za­wia­sów.

– Wa­la, ja się cie­bie bo­ję, ty na­praw­dę sta­jesz się co­raz dziw­niej­szy.

– Chcesz po­słu­chać, co by­ło da­lej, czy nie? – spy­tał wy­pro­wa­dzo­ny z rów­no­wa­gi Wal­dek. – Jak chcesz, to się za­mknij i słu­chaj.

Waś­ka, chłop pra­wie dwu­me­tro­we­go wzro­stu i po­tęż­nej bu­do­wy, zro­bił się na­gle ma­lut­ki i na­wet nie pi­snął, tyl­ko wpa­try­wał się w ko­le­gę ocza­mi wiel­ki­mi jak spodki, słu­cha­jąc dal­szej czę­ści opo­wie­ści.

– Zo­ba­czy­łem pa­na Hie­ro­ni­ma, jak pra­cu­je u sie­bie w szo­pie, prze­pra­szam, w la­bo­ra­to­rium. Coś tam mie­szał i do­le­wał. Apa­ra­tu­ra ci­chut­ko szu­mia­ła. Z za­wor­ka cie­kła cie­niut­ką stróż­ką ta je­go oko­wit­ka. I na­gle coś za­czę­ło sy­czeć, co­raz gło­śniej. Hie­ro­ni­mus za­czął się krzą­tać wo­kół apa­ra­tu­ry, prze­krę­cać ja­kieś kur­ki i prze­łącz­ni­ki, ale szum był co­raz gło­śniej­szy. I na­gle…

Wal­dek zro­bił głę­bo­ki wdech.

– … Je­bu­uut! Wszyst­ko wy­le­cia­ło w po­wie­trze… Wte­dy oprzy­tom­nia­łem i zno­wu za­czą­łem czuć ból w le­wej dło­ni. Ra­na by­ła po­waż­na, krwa­wi­ła, bo­la­ło jak ja­sna cho­le­ra. Za­wi­ną­łem rę­kę szma­tą i po­sze­dłem do są­siad­ki. Wa­len­dzia­ko­wa opa­trzy­ła mi ra­nę i stwier­dzi­ła, że mia­łem szczę­ście, że to le­wa, ale po­tem do­da­ła, że w za­sa­dzie to bez zna­cze­nia, bo do ro­bo­ty to ja mam obie le­we… I cze­go nic nie mó­wisz?

– Bo… Bo… – ją­kał się Mun­dek.

– Co „bo”? Wy­krztuś w koń­cu co ci le­ży na wą­tro­bie.

Wal­dek, po­iry­to­wa­ny, po­lał resz­tę wód­ki. By­ło te­go nie­speł­na po pół szklan­ki. Wte­dy Waś­ka w koń­cu prze­mó­wił.

– Bo… Wi­dzisz… Pan Hie­ro­nim miał wy­pa­dek i…

– Wiem. I to mnie wła­śnie nie­po­koi. Za­sta­na­wiam się co­raz czę­ściej, czy jak­by mi się to nie wy­ima­gi­no­wa­ło, to czy pan Hie­ro­nim na­dal by był w do­mu i pę­dził tę swo­ją oko­wit­kę? Czy to ja je­stem wi­nien, że le­ży te­raz po­pa­rzo­ny w szpi­ta­lu?… Waś­ka, to mnie mę­czy.

– Co cię tak mę­czy?

– My­śle­nie. No prze­cież ci mó­wi­łem. Aż mnie już gło­wa bo­li od te­go cią­głe­go my­śle­nia. Mu­si­my się jesz­cze na­pić. Jest tak, że po go­rza­le tro­chę mniej my­ślę, nie mam ha­lu­cy­na­cji i łeb mnie prze­sta­je na­pier­ni­czać.

– No­oo! To ro­zu­miem. My­ślę, że to ci przej­dzie, zna­czy to my­śle­nie, i znów bę­dziesz nor­mal­ny, Wa­la.

Na­za­jutrz Waś­kę obu­dzi­ło ło­mo­ta­nie do drzwi. Nie mu­siał się dłu­go za­sta­na­wiać, do­my­ślił się pra­wie od ra­zu. Przed drzwia­mi stał Wal­dek i, sa­piąc cięż­ko, wy­ce­dził przez zę­by:

– Ma­my tyl­ko dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny. Mu­si­my się sprę­żać. Ubie­raj się.

– Co cię tak przy­pi­li­ło? Mo­ja sta­ra jesz­cze śpi. Po­gię­ło cię? Jest wcze­śnie – od­pa­ro­wał Waś­ka.

– Nie ga­daj ty­le, tyl­ko wkła­daj ga­lo­ty, bierz szpa­del i ło­pa­tę i idzie­my –za­ko­men­de­ro­wał Wal­dek.

Po pię­ciu mi­nu­tach szli już dro­gą, wzdłuż któ­rej sta­ły, jesz­cze śpią­ce w bez­ru­chu, ma­szy­ny dro­go­we. Kie­ro­wa­li się w stro­nę Gni­je­wa. Po ja­kimś cza­sie Waś­ka od­wa­żył się spy­tać:

– Da­le­ko jesz­cze?

– Nie. Tyl­ko ka­wa­łek, do tej kę­py lesz­czyn.

Waś­ka dziel­nie ma­sze­ro­wał, nio­sąc w jed­nej rę­ce szpa­del, a w dru­giej ło­pa­tę, pod­czas gdy Wal­dek szedł przed nim w po­śpie­chu, prze­bie­ra­jąc no­ga­mi i sa­piąc z pod­nie­ce­nia i wy­sił­ku. Do­tar­li do kę­py lesz­czyn. Za ro­wem, tuż obok lesz­czy­no­wych krze­wów, stał sta­ry drew­nia­ny słup te­le­fo­nicz­ny. Drew­no by­ło zbu­twia­łe, po­czer­nia­łe i spę­ka­ne. Na wy­so­ko­ści wzro­ku przy­mo­co­wa­na by­ła nie­wiel­ka, me­ta­lo­wa ta­blicz­ka. Na niej wy­bi­to nu­me­ra­to­rem licz­bę „13”.

– To tu­taj. Tu­taj mu­si­my ko­pać. Mię­dzy tym słu­pem a ty­mi krza­ka­mi. – Wal­dek do­kład­nie po­ka­zał pal­cem miej­sce, gdzie Waś­ka miał ko­pać. – No, co się tak ga­pisz? Kop.

Waś­ka, nie cze­ka­jąc na dal­sze za­chę­ty, wziął się do ro­bo­ty.

– Tu? – spy­tał, wbi­ja­jąc szpa­del w twar­dą zie­mię, po­prze­ra­sta­ną ko­rze­nia­mi.

Wal­dek tyl­ko ski­nął gło­wą. Po kil­ku szty­chach Waś­ka zro­bił prze­rwę.

– Cho­ler­nie tu twar­do. Mu­szę za­pa­lić. A tak wła­ści­wie, to po co ko­pie­my tę dziu­rę?

Waś­ka wy­jął z kie­sze­ni spodni lek­ko zde­ze­lo­wa­ną pacz­kę pa­pie­ro­sów i po­czę­sto­wał ko­le­gę. Usie­dli przy ro­wie i de­lek­to­wa­li się sma­kiem ukra­iń­skich, czer­wo­nych Vi­ce­ro­jów.

– Wiesz Waś­ka, mia­łem sen… – za­czął Wal­dek.

– No nie! Nie strasz mnie.

– Tym ra­zem sen nie był wca­le strasz­ny, był in­try­gu­ją­cy.

– Ga­daj po na­sze­mu, bo nic cię nie ro­zu­miem.

– No do­bra, był cie­ka­wy i je­śli się spraw­dzi tak jak po­przed­nie, to ni­g­dy już nie bę­dzie­my mu­sie­li mar­twić się i za­sta­na­wiać, kto nam tym ra­zem do­rzu­ci do flasz­ki.

– Jak to? – spy­tał za­cie­ka­wio­ny Waś­ka.

– A tak to. Śni­ło mi się, że wła­śnie tu­taj, ci dro­go­wcy, co to nam tę dro­gę as­fal­tu­ją, wy­ko­pa­li ca­łą skrzy­nię zło­tych mo­net. Pru­skie zło­te mo­ne­ty z koń­ca osiem­na­ste­go wie­ku. Wi­dzia­łem ją jak na ja­wie, we dwóch ją wy­cią­ga­li, ta­ka by­ła cięż­ka. Więc kop, to nie bę­dzie­my już ni­g­dy mu­sie­li pra­co­wać – skwi­to­wał Wal­dek.

– My­ślę, że w two­im przy­pad­ku to nic nie zmie­ni, prze­cież i tak ni­g­dzie nie pra­cu­jesz – za­uwa­żył słusz­nie Waś­ka.

– Aleś ty by­stry, jak wo­da w ki­blu! Ja zaj­mę się my­śle­niem, a ty kop.

Oko­ło po­łu­dnia, z wy­ko­pa­nej dziu­ry wy­sta­wa­ła tyl­ko gło­wa Waś­ki. Bio­rąc pod uwa­gę, że miał on dwa me­try wzro­stu, dziu­ra by­ła już im­po­nu­ją­cych roz­mia­rów. Wo­kół niej pię­trzy­ły się gó­ry zie­mi oraz pia­sku. Z wy­ko­pu wy­do­by­wał się dym pa­pie­ro­so­wy i ci­che prze­kleń­stwa umę­czo­ne­go Waś­ki. Nie­opo­dal prze­cha­dzał się ner­wo­wym kro­kiem Wal­dek i, pa­ląc pa­pie­ro­sa, mó­wił sam do sie­bie.

– Co, do ja­snej cho­le­ry, prze­cież do­kład­nie wi­dzia­łem. Ten słup i te lesz­czy­ny, na­wet te po­krzy­wy wi­dzia­łem. I tę ta­blicz­kę na słu­pie. Pa­mię­tam do­kład­nie. Co jest, do cho­le­ry? Wszyst­kie sny jak do­tąd się speł­nia­ły, ale za­wsze by­ło to coś złe­go. A te­raz, jak mia­ło być coś do­bre­go, to du­pa! Du­pa, du­pa, du­pa! – drep­tał wko­ło i po­wta­rzał. – Gów­no! Nic! Szlag by to.

Zro­bił się czer­wo­ny na twa­rzy i za­czął za­cho­wy­wać się tak, jak­by go bra­ło de­li­rium. Waś­ka, za­nie­po­ko­jo­ny o zdro­wie ko­le­gi, wy­gra­mo­lił się z do­łu i po­kle­pu­jąc go po przy­ja­ciel­sku, od­pro­wa­dził do do­mu, gdzie dla uko­je­nia ner­wów wy­chy­li­li po jed­nym głęb­szym.

Na­za­jutrz wieś obie­gła sen­sa­cyj­na no­wi­na: „Pod­czas prac ziem­nych pra­cow­ni­cy bu­dow­la­ni od­kry­li skrzy­nię z pru­ski­mi mo­ne­ta­mi z cza­sów za­bo­rów”. Gdy in­for­ma­cja ta do­tar­ła do uszu Wald­ka, po­pę­dził jak sza­lo­ny do skle­pu Maż­nia­ko­wej, by po­znać wię­cej szcze­gó­łów. Do­wie­dział się, że od­kry­cia do­ko­na­no nie­opo­dal po­se­sji Ko­niecz­ki, na dru­gim koń­cu wsi. Gdy tyl­ko tam do­tarł, uj­rzał w nie­wiel­kim tłu­mie ga­piów, gó­ru­ją­ce­go nad wszyst­ki­mi wzro­stem Waś­kę.

– Co tu ro­bisz? – za­py­tał.

– Jak to co? Przy­sze­dłem zo­ba­czyć, co mie­li­śmy wczo­raj wy­ko­pać – od­parł z nut­ką drwi­ny w gło­sie.

– Daj i mnie po­pa­trzeć. – Wal­dek za­czął prze­ci­skać się do przo­du.

Wy­kop był ogro­dzo­ny bia­ło-czer­wo­ną ta­śmą ostrze­gaw­czą, w tle sta­ła ko­par­ka. W wy­ko­pie sie­dzia­ło ja­kichś dwóch fa­ce­tów w bia­łych ki­tlach, któ­rzy coś tam na dnie maj­stro­wa­li.

– To ar­che­olo­dzy z po­wia­tu. Bę­dą tu jesz­cze ko­pać, tak, że nie wia­do­mo, kie­dy bę­dzie­my mie­li tę dro­gę – z re­zy­gna­cją w gło­sie stwier­dził sto­ją­cy obok Kaw­ka.

Wy­kop był umiej­sco­wio­ny po­mię­dzy kę­pą lesz­czyn a sta­rym, drew­nia­nym słu­pem te­le­fo­nicz­nym. Na słu­pie znaj­do­wa­ła się ta­blicz­ka z wy­bi­tym nu­me­rem. Ob­ra­zek, ni­czym na­chal­ne „déjà vu”, draż­nił zmy­sły Wald­ka, a świa­do­mość po­raż­ki przy­gnia­ta­ła go co­raz bar­dziej do zie­mi. „Ja­sna cho­le­ra, nie ten słup. A wszyst­ko wy­glą­da tak sa­mo. Krza­ki i na­wet po­krzy­wy, tyl­ko ta cho­ler­na ta­blicz­ka… Nie wi­dać stąd nu­me­ru…” – my­ślał.

– Fuck it! I ne­ed a drink – wy­rwa­ło się Wald­ko­wi.

Po­ło­wa ga­piów od­wró­ci­ła wzrok w je­go stro­nę. On tyl­ko splu­nął pod no­gi i do­dał:

– Fuck! – splu­nął jesz­cze raz i po­szedł do do­mu.

Jeziorowe przesłanie

Tego ran­ka, jak dzia­ło się to już od kil­ku ty­go­dni, od stro­ny je­zio­ra do­cho­dzi­ły od­gło­sy wy­strza­łów. Od go­dzi­ny szó­stej, po­mi­mo sza­rów­ki, my­śli­wi nie od­pusz­cza­li gę­siom gę­ga­wom. Po­czy­na­jąc od pierw­sze­go wrze­śnia, wa­li­li ile wle­zie. A by­ła już po­ło­wa paź­dzier­ni­ka. Nad trzci­no­wi­ska­mi co chwi­la sły­chać by­ło spe­cy­ficz­ne gę­ga­nie, gdy ca­łe sta­da tych pięk­nych pta­ków pod­ry­wa­ły się do lo­tu, spło­szo­ne wy­strza­ła­mi my­śli­wych. Mun­dek wła­śnie dziś po­sta­no­wił wy­brać się na ry­by. Nie, że­by był węd­ka­rzem al­bo ry­ba­kiem. On po pro­stu umiał ło­wić ry­by, i to na wszel­kie spo­so­by. Opła­ca­nie skła­dek i po­sia­da­nie ze­zwo­leń na po­łów ryb, uwa­żał za cał­ko­wi­cie zbęd­ne. Bo że­by ło­wić, to trze­ba umić, a nie pła­cić – po­wta­rzał.

Więk­szość miej­sco­wych mia­ła po­dob­ne po­glą­dy na tę kwe­stię. Zresz­tą tu i tak wszy­scy się zna­li. Edek Pi­skorz, prze­wod­ni­czą­cy Świ­nio­ryj­skie­go Ko­ła PZW i za­ra­zem Ko­men­dant Okrę­go­wej Spo­łecz­nej Stra­ży Ry­bac­kiej, jest chrze­śnia­kiem Mund­ka i na ko­mu­nię do­stał od nie­go skła­da­ka „Wi­gry 2”. Tak więc Mun­dek mógł od­da­wać się swo­jej pa­sji bez­stre­so­wo i spo­koj­nie do­sko­na­lić sta­re oraz opra­co­wy­wać no­we me­to­dy. Ostat­nio pa­sjo­no­wał się on tech­ni­ką na tak zwa­ne­go „pier­dol­ca”. By­ła ona, tak jak jej na­zwa, bar­dzo pro­sta. Wy­pły­wa­ło się ło­dzią na je­zio­ro, ko­twi­czy­ło, wy­rzu­ca­ło do wo­dy ła­du­nek i cze­ka­ło. Nie­dłu­go, ja­kieś pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia se­kund. …A po­tem, jak pier­dol­ło, to wo­da uno­si­ła się na ja­kieś trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści cen­ty­me­trów, a wiel­ki dym­ny bą­bel mą­cił jej po­wierzch­nię, ni­czym gej­zer w Yel­low­sto­ne. Wte­dy ryb­ki moż­na by­ło zbie­rać pod­bie­ra­kiem wprost do ko­szy w łód­ce. Tak na­praw­dę, nie by­ła to me­to­da no­wa­tor­ska. Za­raz po woj­nie, gdy na po­do­rę­dziu by­ło jesz­cze tro­chę gra­na­tów, sto­so­wa­no ją, ale z cza­sem gra­na­ty się skoń­czy­ły, a me­to­da, z po­wo­dów oczy­wi­stych, ode­szła w nie­pa­mięć.