Strona główna » Obyczajowe i romanse » Po północy

Po północy

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-238-7689-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Po północy

Domek na plaży od wielu lat jest azylem Nikki. Tylko tutaj może być sobą. W idyllicznym otoczeniu odpoczywa od blichtru wielkiego świata, zapomina o polityce, która stała się ostatnio treścią jej życia. To właśnie tutaj pewnego dnia ratuje życie tajemniczemu turyście... Chociaż Kane początkowo ukrywa swoją tożsamość, Nikki natychmiast go rozpoznaje. Ten potentat naftowy z Teksasu jest najgroźniejszym przeciwnikiem politycznym jej brata, ubiegającego się o urząd gubernatora. Nikki i Kane dobrze wiedzą, że gdyby wdali się w romans, stałoby się to lokalną sensacją i pożywką dla mediów. Jednak ich namiętność okazuje się silniejsza niż rozsądek... Spotykają się coraz częściej, zawsze pod osłoną nocy...

Polecane książki

Mam nadzieję, że ta książka wystarczająco wyraźnie świadczy, że nie krępowałem się pisać prawdy, kiedy tego chciałem. Ale, moim zdaniem, prawda nie jest ludziom potrzebna cała i aż tak, jak im się wydaje. Kiedy czułem, że ta czy inna prawda tylko okrutnie rani duszę, a niczego nie uczy, tylko poniża...
Rok 1945. Amerykanie wyzwalają niemiecki obóz koncentracyjny. Wśród ocalonych są Jakob i Emmanuelle. Każde z nich straciło w koszmarze wojny wszystko i wszystkich. W sobie znajdują pocieszenie i nadzieję. W Nowym Jorku rozpoczynają nowe życie. Razem budują swój świat: ciężkiej pracy, dobrobytu, a wr...
Młodzi bohaterowie Michała Kotlińskiego mogliby wyjść na ulice i place – w odruchu buntu. Mogliby założyć na twarze słynne białe maski. I protestować. Gorycz i melancholia wypełnia ich po brzegi – i toczy na podobieństwo rakotwora. Niektórzy frustrację rozładowują instynktowną agresją, inni snuj...
Przejdź na zieloną stronę mocy i podejmij 30-dniowe wyzwanie na smuklejsze ciało stworzone przez czołową ekspertkę w dziedzinie zdrowia i urody Sophie Uliano odkrywa sekrety diety, która nie tylko skutecznie zwalcza kilogramy, ale jest też bezpieczna dla naszej planety. Okazuje się, że jedzenie loka...
"Proza życia w realu" to książka dla ambitnych czytelników, nie bojących się stanąć w szranki z prawdziwą rzeczywistością. Taką bowiem przedstawia Autor Artur Artecki, dla którego pisanie to zdecydowanie coś więcej niż tylko zwykła twórczość. To sposób na życie, ulga dla serca i ducha. Upust swoim e...
Zarządzanie procesem budżetowania wymaga sprawnego korzystania z narzędzi Excela, co ma duże znaczenie szczególnie podczas tworzenia planów budżetowych, zestawiania wartości planowanych z danymi rzeczywistymi, tworzenia raportów odchyleń. Właśnie na tych trzech zagadnieniach koncentruje się niniejsz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Diana Palmer

Diana Palmer

Po północy

Przełożyła: Małgorzata Borkowska

BEST^ SELLERS

Tytuły 2007 roku:

kwiecień

Nora Roberts -Książęcy ródDiana Palmer -Dwa kroki w przyszłośćDallas Schulze -Ślubny kontraktSharon Sala -Światło w ciemnościHeather Graham -Nos kosaMary Alice Monroe -Klub Książki

maj

Paula Marshall -Sekretna misjaPaula Marshall -Ztoty młodzieniec

czerwiec

Erica Spindler -Z ukryciaCarla Neggers -WodospadMary Alice Monroe -Raj na ziemiHeather Graham -Nawiedzony domDiana Palmer -Po północyNora Roberts -Twórcy marzeń

Informacje o serii Bestsellers

orazsklep internetowyna stronie:www.bestsellery-mira.pl *

* Nie płacisz za koszty wysyłki

Tytuł oryginału:

After Midnight

Pierwsze wydanie:POPULAR LIBRARY, 1993

Redaktor prowadzący:Mira Weber

Korekta:Grażyna Ordęga

© 1993 by Susan Kyle

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – zywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzeżony.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa

Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona

ISBN 978-83-238-1760-4

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Już od dwudziestu lat Seymourowie spędzali wakacje na Seabrook. Śliczna wysepka oferowała wczasowiczom liczne atrakcje: pole golfowe, prywatny klub, przystań jachtową, ale przede wszystkim zapewniała spokojny odpoczynek pozbawiony zwariowanej atmosfery właściwej wakacyjnym kurortom.

Część wyspy należała do najbogatszych rodzin z Charlestonu. Nicole Seymour nie była co prawda milionerką, ale nosiła szacowne nazwisko, dobrze znane w Karolinie Południowej. To wystarczyło, by zapewnić jej dostęp do lokalnej elity.

Działkę na Seabrook kupił jeszcze jej ojciec. Z początku traktował ją wyłącznie jako lokatę kapitału, kiedy jednak plany zagospodarowania terenu zaczęły przybierać realne kształty, zatrzymał grunt i wybudował nieduży dom letniskowy. Po śmierci ojca dom stał się własnością Nicole i jej brata, kongresmana Claytona Myersa Seymoura, reprezentanta pierwszego okręgu wyborczego w Karolinie Południowej z ramienia Partii Republikańskiej.

Seymourowie z Charlestonu byli jednym z najbardziej szacownych rodów w całym stanie, nikogo więc nie dziwiło, ze miejscowe władze republikańskie bez wahania poparły młodego Seymoura, gdy trzy lata temu postanowił kandydować w wyborach do Izby Reprezentantów. Przed dwoma laty, ku własnemu zaskoczeniu i ogromnej radości siostry, Clayton zwyciężył od razu w pierwszej turze wyborów.

Od tego czasu wykonał w Waszyngtonie mnóstwo pozytecznej roboty, trzeba jednak przyznać, że siostra, dzięki swojej pozycji towarzyskiej, także przyczyniła się do jego sukcesów. Miała wyjątkowy dar umiejętnego prezentowania jego projektów, nawet tych mniej popularnych.

Ostatnio Nikki, jak nazywano ją w rodzinie, zajmowała się organizacją uroczystych przyjęć i wytwornych kolacji, na których zbierano fundusze na kampanię reelekcyjną. Clayton bowiem ogłosił właśnie, że będzie ponownie kandydował. Było oczywiste, że czeka go zacięta walka. Tym razem miał bowiem przeciwników również we własnej partii, natomiast kandydatem demokratów był Sam Hewett, znany i bardzo ceniony biznesmen, za którym stało wielkie imperium finansowe. Hewetta popierała tez niezwykle drapieżna popołudniówka z Nowego Jorku, a jeden z synów właściciela gazety pracował w biurze kampanii.

Nikki skończyła niedawno planowanie przyjęcia, które miało odbyć się we wrześniu w Waszyngtonie, tuż po pierwszej turze wyborów. Jakże pragnęła, żeby mogli na nim świętować zwycięstwo Claytona!

Przygotowania do wrześniowej imprezy zbiegły się w czasie z pracą przy artystycznym festiwalu Spoleto w Charlestonie. Liczne zajęcia wyczerpały ją doszczętnie. Nie odzyskała jeszcze sił po przebytym niedawno zapaleniu płuc. Na szczęście festiwal dobiegał końca, Clayton także mógł przez kilka dni obyć się bez jej pomocy, skorzystała więc z okazji, żeby zaszyć się w domku na plaży i rozkoszować się ciszą. Na Seabrook o tej porze roku panował spokój. W sąsiedztwie stało zaledwie kilka starych domów, a dwie najbliższe posiadłości z reguły pozostawały nie-zamieszkane aż do końca czerwca.

Słońce oświetlało taras, choć jak na początek czerwca nadal było niespotykanie chłodno. Nikki przeciągnęła się leniwie. Małe piersi unosiły się miarowo, kiedy oddychała wspaniałym morskim powietrzem. Była wysoka i szczupła, proporcjonalnie zbudowana. Pewien dziennikarz, urzeczony jej powabnym ciałem, zielonymi, skośnymi oczami i ślicznymi, wykrojonymi w łuk ustami, napisał kiedyś, że gdy jest szczęśliwa, wszystko w niej jaśnieje. Mimo wysokiego wzrostu miała w wyglądzie coś z psotnego skrzata, a tę charakterystykę można by rozciągnąć również na jej usposobienie. Przystrzyżone w pazurki gęste czarne włosy okalały owalną twarz, nadając jej nieco figlarny wyraz. Za tą urodą nieposłusznej dziewczynki kryły się bystry umysł, wyjątkowy rozsądek i nieposzlakowana opinia. Znajomi uważali nawet, że jest zbyt nieufna i ostrożna, Nicole jednak dobrze wiedziała, że te cechy pomagały unikać wielu pułapek zastawianych na jej brata, a czasem nawet krzyżowały szyki jego politycznych wrogów.

Spojrzała z namysłem na dom. Huragan Hugo, który we wrześniu 1989 roku przeszedł nad Karoliną Południową, zniszczył wiele zabudowań, w tym także letniskowy dom Seymourów. Największe szkody naprawiono od razu, jednak nadal pozostało wiele do zrobienia. W przeciwieństwie do sąsiadów nie dysponowali nieograniczonymi funduszami, opracowali więc z Claytonem plan remontu, licząc na to, że w ciągu kilku lat przywrócą domowi dawną świetność.

Nagle uwagę Nicole przyciągnął warkot silnika. Osłaniając oczy, przyglądała się, jak na wodzie ląduje srebrzysty hydroplan. Widok nie był niczym niezwykłym. Ostatecznie w tym zakątku roiło się od bogaczy. Jakiś czas temu jeden ze starych domów odkupił Kane Lombard, magnat naftowy z Houston. Wiedziała, że stał na czele konsorcjum, w skład którego wchodziły także nowoczesne zakłady motoryzacyjne z Charlestonu. Dotarły do niej pogłoski, że jego życiu towarzyszyła seria tragicznych wydarzeń. Największa tragedia miała miejsce przed kilkoma miesiącami, kiedy podczas podróży służbowej do Libanu zginęli jego zona i syn.

Trzy tygodnie temu Kane Lombard przeniósł się do posiadłości na wyspie. W rubryce towarzyskiej lokalnej gazety Nikki widziała nawet zdjęcie jego jachtu.

Nigdy jeszcze nie spotkała osobiście Lombarda. Raz tylko widziała jego niezbyt wyraźne zdjęcie w,,Forbes Magazine”. Fotografie potentata nie pojawiały się nawet w prasie brukowej. Nic dziwnego, skoro największe w kraju pismo bulwarowe znajdowało się w rękach jego rodziny. Lombardowie z Houston, zupełnie jak Seymourowie z Charlestonu, od pokoleń należeli do najbogatszych rodów. Tyle że Lombardowie nadal mieli fortunę. Obecnie opuścili juz Teksas i zamieszkali w Nowym Jorku, gdzie wydawali swoją gazetę.

Warkot silnika zamilkł. Nikki poprawiła się na leżaku. Od pewnego czasu dręczył ją niezrozumiały niepokój. Miała wielu znajomych, dość dobrze zarabiała, sprzedając w miejscowych galeriach swoje rzeźby, jednak psychicznie czuła się fatalnie. Była jakby pusta wewnętrznie i pozbawiona energii. Często przychodziło jej do głowy, że gdyby nie brat, popadłaby w głęboką depresję z powodu osamotnienia.

Swojego czasu, bardzo krótko, była mężatką. Małżeństwo okazało się jednak fatalną pomyłką. Nie dość, że pozbawiło ją wszystkich złudzeń, to jeszcze nabawiło kompleksów. Nikki zaczęła wątpić w swoją kobiecość.

Wiele lat temu jej ojciec zwrócił się do Mosby’ego Torrance’a, senatora z Karoliny Południowej z prośbą o pomoc. Mosby zgodził się wyciągnąć go z kłopotów, które groziły całkowitym bankructwem, jednak jako zadośćuczynienia zażądał ręki Nikki.

Jak bardzo ją to wówczas cieszyło, jakże była szczęśliwa… Mosby, starszy od niej o czternaście lat, wyglądał jej zdaniem jak adonis. Miał jasne włosy, niebieskie oczy i szczupłą sylwetkę sportowca. Straciła dla niego głowę i żadne argumenty nie powstrzymałyby jej od wyrażenia zgody na ten związek. Miała wtedy zaledwie osiemnaście lat, była naiwna, niewinna… i głupia.

Całkiem prawdopodobne, że ojciec coś podejrzewał, ale w gruncie rzeczy niewiele wiedział o senatorze. A potem było już za późno. Po sześciu miesiącach udało jej się odzyskać wolność, ale z szoku tak naprawdę otrząsnęła się właściwie dopiero po sprawie rozwodowej.

Nigdy nie przyznała się ojcu i bratu, przez co musiała przejść, zauważyła jednak, że po rozwodzie Clayton zachowywał się wobec niej wyjątkowo delikatnie. Wtedy też stali się sobie niezwykle bliscy. Po śmierci ojca nadal mieszkali razem w wielkim domu w Charlestonie. Kiedy Clayton poświęcił się polityce, najwierniejszego sojusznika znalazł właśnie w Nikki. Z pełnym poświęceniem uczyła się nowej roli. Organizowała spotkania, przyjęcia, pełniła rolę czarującej gospodyni, zjednywała sponsorów. Podejmowała się wszystkiego, co mogło pomóc bratu. Pracowała zarówno w jego biurze w Charlestonie, jak i w Waszyngtonie, gdzie również zdobyła renomę znakomitej organizatorki. Zawsze potrafiła dobrać odpowiednich gości. Dzięki temu na organizowanych przez nią bankietach i koktajlach panowała wspaniała atmosfera. Nigdy też nie brakło tematów do rozmów. Chociaż wszystkie te przedsięwzięcia odnosiły sukcesy, nie poprawiało to jej samopoczucia i nie przywracało równowagi ducha. Stare niepokoje i brak wiary w siebie powstrzymywały ją przed nawiązywaniem bliższych znajomości i nowych przyjaźni. Nie odważyłaby się ponownie zaufać własnym osądom. Uznała już nawet, że można przecież spędzić życie bez mężczyzny. No, właśnie… Miała dwadzieścia pięć lat i ciągle była samotna. Potwornie samotna…

Słońce paliło już zbyt mocno, podniosła się więc z leżaka i na zielono-złoty opalacz narzuciła jedwabną niebieską bluzę, która przyjemnie otuliła gładką, opaloną skórę. Zdawało się jej, że dostrzegła jakiś ruch na plaży. Podeszła do balustrady i spojrzała uważnie na ocean. Coś czarnego unosiło się na wodzie. Ze zmarszczonym czołem wychyliła się bardziej, wytężając wzrok. Boże, to czyjaś głowa! W wodzie leżał człowiek!

Bez namysłu zbiegła po schodach i potykając się na piachu, popędziła przez plażę. Serce jej waliło jak oszalałe. Co się mogło wydarzyć? – zastanawiała się. A jeśli to ciało wyrzucone przez fale? Co będzie, jeśli zostanie zamieszana w morderstwo? Jeszcze gorzej, gdyby okazało się, że to topielec. Prawdę mówiąc, nie miała pojęcia o udzielaniu pierwszej pomocy tonącym. Co za głupota, myślała gorączkowo, żeby nie przejść odpowiedniego szkolenia, skoro ma się dom na plaży! Mimo ogarniającej ją paniki, postanowiła, że zgłosi się do Czerwonego Krzyża na kurs ratowników.

W wodzie leżał mężczyzna. Muskularny, niezwykle wysoki, o czarnych włosach i mocno opalonej skórze. Przyklękła szybko i dotknęła jego szyi. Odetchnęła z ulgą, gdy pod palcami wyczuła puls. Dopiero w tym momencie uświadomiła sobie, że przez całą drogę od domu ze strachu wstrzymywała oddech.

Z trudem przeturlała ciało mężczyzny na brzuch, poza zasięg fal. Ułożyła mu głowę na boku i, jak podpatrzyła kiedyś w programie telewizyjnym, zaczęła uciskać jego plecy. Kontynuowała te zabiegi nawet wówczas, gdy zaczął kasłać i krztusić się. Po kilku sekundach odsunął się od niej i usiadł na piasku, trzymając się za głowę. Dopiero teraz dostrzegła, jaki był wysoki i muskularny. Dzięki Bogu, że nie musiała ciągnąć go dalej!

– Dobrze się pan czuje? – spytała z niepokojem, mrużąc oczy.

– Boli mnie… głowa – wykrztusił, ciągle jeszcze kaszląc.

Zawahała się, lecz po chwili wyciągnęła rękę i przegarnęła jego mokre włosy. Tuż nad skronią znalazła rozcięcie. Krew już zakrzepła i rana nie wyglądała na zbyt głęboką, ale prawdopodobnie spowodowała utratę przytomności.

– Chyba powinnam wezwać pogotowie – zaczęła. – Nie wiadomo, czy to nie wstrząśnienie mózgu.

– Nie ma takiej potrzeby, proszę mi wierzyć – przerwał jej zdecydowanie i znów się rozkasłał.

– Wypadłem z hydroplanu i uderzyłem się w głowę. Doskonale pamiętam. – Nagle zmarszczył czoło. – To śmieszne. Nie przypominam sobie nic poza tym!

Nikki siedziała bez ruchu, gryząc dolną wargę. Od dziecka tak robiła, gdy musiała się nad czymś zastanowić.

– Może zechce pan wejść do mnie i chwilę odpocząć? – spytała spokojnym, cichym głosem.

Przebiegł ją dreszcz, kiedy uniósł głowę i na nią spojrzał. Wydawał jej się znajomy, nie potrafiła tylko przypomnieć sobie, gdzie mogła go spotkać. Może poznała go na festiwalu?

– Musiałem tu do kogoś przyjechać – mówił z namysłem. – Chyba mieszkam niedaleko stąd…

– W tej chwili czuje się pan zagubiony, ale to minie – przerwała mu. – Myślę, że po krótkim odpoczynku, przypomni pan sobie, kim jest. Tego typu amnezja nigdy nie trwa długo.

– Jest pani pielęgniarką?

Uniosła brwi.

– Ciekawe… Czemu nie zapyta pan, czy jestem lekarzem?

– Pielęgniarka nie odpowiada pani wygórowanym ambicjom? – rzucił arogancko. W jego wzroku malowało się wyzwanie.

Uniosła ręce z rezygnacją.

– Z pewnością nie ma pan łagodnego charakteru. Cóż, zobaczymy, czy uda się pana jakoś ruszyć. Może na taczce… – Spojrzała na niego z namysłem i wyjaśniła: – Używa się tego na budowach i…

– Jeśli to próba sił w aktorstwie komediowym, radzę pozostać przy obecnym zawodzie – mruknął pod nosem.

Zastanawiała się, skąd może pochodzić nieznajomy. Nie potrafiła rozpoznać jego akcentu. Może ze Środkowego Zachodu? Chyba nie jest zwykłym turystą, uznała, patrząc na jego wodoodporny rolex i markowe spodenki kąpielowe. Ani studentem na wakacjach, pomyślała złośliwie, gdy dostrzegła srebrne nitki na jego skroniach. Z pewnością był starszy od jej brata.

Niechętna wszelkiemu kontaktowi z obcym, nie mogła jednak pozwolić, żeby cały dzień spędził na plaży. Przysunęła się bliżej i objęła jedną ręką jego opalone plecy. Pod palcami czuła jedwabistą skórę i silne mięśnie. Jak na swój wiek ma znakomitą sylwetkę, pomyślała, obrzucając wzrokiem szeroki, nieprawdopodobnie owłosiony tors. Gęste, czarne włosy pokrywały jego pierś od obojczyków i ginęły pod kąpielówkami, które opinały szczupłe biodra. Od czasu małżeństwa większość mężczyzn budziła w niej wstręt. O dziwo, nieznajomy wcale jej nie odstręczał. Co więcej, czuła się przy nim zupełnie swobodnie, jakby widok prawie nagiego męskiego ciała nie był czymś niezwykłym.

Zresztą takie ciało spodobałoby się zapewne większości kobiet. Nieznajomy miał długie, umięśnione, opalone na ciemny brąz nogi, owłosione na tyle, że wyglądały męsko, lecz nie budziły obrzydzenia. Dłonie także ma ładne, pomyślała, zarzucając sobie na ramię jego rękę. Duże, szczupłe, z idealnie utrzymanymi, owalnymi paznokciami. Nie nosił biżuterii, a kiedy zegarek przesunął się trochę na ręce, nie dostrzegła na nadgarstku białego śladu.

– Ostrożnie – powiedziała łagodnie, trochę zaniepokojona dotykiem jego ciała. Od czasu nieszczęsnego małżeństwa nie znalazła się tak blisko mężczyzny. Przestraszyła się, bo kontakt z nieznajomym wyraźnie ją podniecił. Muszę przestać o tym myśleć, nakazała sobie. Trzeba mu pomóc i tylko to jest w tej chwili ważne.

– Mogę iść sam – burknął. Stłumiła uśmiech, kiedy potknął się, próbując to udowodnić.

– Powoli, po jednym kroku – powtórzyła. – Jest pan ranny. Stąd te kłopoty z utrzymaniem równowagi.

– Jest pani pewna, że nie nazywa się Florence Nightingale? – mruknął.

– Jak na kogoś, kogo przed chwilą ocean wyrzucił na brzeg, strasznie pan rozmowny – zakpiła. – Czy to wpływ słonej wody?

Nie uśmiechnął się, ale czuła, jak napięły się jego mięśnie.

– Być może.

– Nie czuje pan mdłości? – upewniała się.

– Nie, tylko trochę kręci mi się w głowie.

Zastanawiała się, co powinna zrobić. Z pewnością należało sprawdzić, czy źrenice mężczyzny nie są nadmiernie zwężone lub rozszerzone. Jednak tym powinien zająć się ktoś mający choćby blade pojęcie o sprawach medycznych, nie ona.

– Jest pani pielęgniarką? – spytał ponownie.

– Nie, wiem tylko co nieco o pierwszej pomocy. Mam także – dodała, spoglądając na niego ze złośliwym uśmiechem – trochę doświadczenia z wyrzuconymi na brzeg wielorybami. A skoro o tym mowa…

– Radzę na tym poprzestać, nim posunie się pani za daleko – zaczął i nagle złapał się za głowę. – Boże, ale boli! – jęknął.

Zdenerwowała się nie na żarty. Urazy głowy często okazywały się tragiczne w skutkach. Nie miała wystarczającej wiedzy, żeby zająć się odpowiednio tak poważnym przypadkiem. Co będzie, jeśli on umrze?

Kątem oka dostrzegł jej zaniepokojoną minę.

– Nie zamierzam paść tu trupem – rzucił ze złością. – Zawsze tak pani ujawnia swoje uczucia?

– Podobno wręcz przeciwnie, często słyszę, że mam twarz pokerzysty – odparła bez namysłu. Spojrzała mu w oczy i odniosła wrażenie, że patrzy na dobrego znajomego. Dziwne, przemknęło jej przez myśl. To całkiem obcy człowiek. I w dodatku wyjątkowo niesympatyczny.

– Ależ ma pani zielone oczy, Florence – zauważył mężczyzna. – Zupełnie, jak u kota.

– Potrafię też drapać jak kot, więc radzę uważać – mruknęła buńczucznie.

– Rozumiem. – Zdjął rękę z jej ramienia i kilka ostatnich kroków pokonał o własnych siłach. Przed wejściem do domu przystanął i trzymając się oburącz za głowę, wyrównał oddech.

– Chętnie napiłbym się kawy – powiedział po chwili.

– Ja również. – Rozsunęła szklane drzwi i wprowadziła go do kuchni. Patrzyła, jak jej niespodziewany gość ostrożnie, powoli siada na krześle. – Nic panu nie będzie?

– Jestem odporny. – Oparł łokcie o dębowy blat stołu i powoli położył głowę na dłoniach. – Często znajduje pani nieznajomych wyrzuconych przez ocean?

– Pan jest pierwszy – odparła. – Ale biorąc pod uwagę pańskie rozmiary, jutro spodziewam się transatlantyku.

– Od dawna pani tu mieszka? – Spytał, patrząc, jak bierze się do przyrządzania kawy.

– Mamy ten dom juz od kilku lat.

– My?

– To znaczy… mężczyzna, który jest właścicielem i ja – odpowiedziała wymijająco. Nie musiał wiedzieć, że nie jest z nikim związana i siedzi tu całkiem sama. – Zazwyczaj przyjeżdża tu w piątki wieczorem – skłamała.

Sprawiał wrażenie, jakby nie zwrócił uwagi na jej słowa. Może po prostu nie wiedział, jaki dziś dzień.

– Dziś jest piątek – dodała na wszelki wypadek. – Mój przyjaciel jest bardzo sympatyczny. Polubi go pan. – Spojrzała na niego przez ramię. – Nie pojawiły się mdłości? Albo senność? Zawroty głowy?

– Nie mam wstrząśnienia mózgu – odparł burkliwie. – Nie wiem tylko, skąd bierze się moja pewność, że rozpoznałbym symptomy. Być może kiedyś przytrafiło mi się coś takiego.

– Możliwe… – Podniosła słuchawkę i wybrała numer.

– Co pani robi? – zdziwił się.

– Dzwonię do znajomego. Jest lekarzem. Chcę… Halo, Chad? – powiedziała do telefonu.

– Zajęłam się pływakiem, który doznał urazu głowy. Jest przytomny i bardzo wygadany – mówiła, patrząc znacząco na swojego gościa. – Nie zgadza się na wezwanie pogotowia. Czy mógłbyś wpaść do mnie w drodze z golfa? Wolałabym się upewnić, że nie umrze mi na podłodze.

– Jasne, nie ma sprawy – roześmiał się Chad. – Pozwól, że od razu zadam ci kilka pytań.

– Myślę, że wytrzyma do mojego przyjazdu

– zapewnił ją, gdy wysłuchał interesujących go informacji. – Jeśli jednak zemdleje i nie będziesz mogła go docucić lub gdy pojawią się gwałtowne torsje, wzywaj od razu karetkę.

– Tak zrobię, dzięki. – Poczuła ulgę po wysłuchaniu opinii specjalisty. – Nie chcę mieć trupa w salonie. Szczególnie takiego, którego nie dałabym rady przesunąć – wyjaśniła z drwiącym uśmiechem.

– Trup… Martwe ciała… – Ze złością potrząsnął głową. – Mam jakieś przebłyski, ale to nic konkretnego, jakieś zamazane obrazy, raczej wrażenie niż coś rzeczywistego… Niech to diabli!

– Zaraz będzie kawa. Może zastrzyk kofeiny pobudzi pana umysł – zastanowiła się.

Widziała, że patrzył na jej nogi, gdy siadała na wysokim stołku.

– Niech przypadkiem nic panu nie chodzi po głowie – ostrzegła.

– Proszę się nie obawiać. Niewiele pamiętam, ale tego, że nie lubię zielonookich kobiet, jestem absolutnie pewien – odparował. Z westchnieniem odchylił się na krześle i bezwiednie potarł włosy na piersi. Przyszło jej do głowy, że wyglądał teraz dość agresywnie, ale przede wszystkim zaniepokoiło ją podniecenie, jakie odczuwała w jego obecności.

– Może poszukam panu jakiegoś ubrania – zaproponowała.

– Byłbym wdzięczny. Pani przyjaciel, jak rozumiem, trzyma tu swoje rzeczy, żeby nie zapomniała pani, z kim mieszka. Czy tak?

Pominęła milczeniem tę sarkastyczną uwagę.

– Koszule pewno będą trochę za ciasne, ale jest kilka par szerokich szortów, które powinny na pana pasować. Zaraz wracam. – Zsunęła się ze stołka.

W pokoju Claytona wybrała największą koszulę i szerokie beżowe szorty. Na jej bracie te rzeczy zawsze wisiały, miała więc nadzieję, że znaleziony na plaży olbrzym jakoś się w nie wciśnie.

– Tam jest łazienka – powiedziała, wchodząc do kuchni. – Trzecie drzwi po prawej. Znajdzie pan tam maszynkę do golenia i ręczniki. Jest pan głodny?

– Chętnie zjadłbym coś lekkiego.

– W takim razie zrobię omlet i tosty.

Powoli podniósł się od stołu. Gdy stanął w drzwiach, wydał jej się ogromny i bardzo groźny.

– Nic nie pamiętam, ale jednego jestem pewien: nie jestem niebezpieczny. Nie wiem, czy to coś pomoże i trochę panią uspokoi…

– Nawet bardzo. – Udało jej się uśmiechnąć.

– Nie nawykłem tez do przyjmowania pomocy od obcych – dodał.

– Ja z kolei nie nawykłam pomagać nieznajomym. No, ale zawsze musi być ten…

– …pierwszy raz – wpadł jej w słowo. – Dziękuję.

Wyszedł z kuchni, a Nikki wyjęła z lodówki jajka i zaczęła przygotowywać omlet.

Kiedy wrócił z łazienki, był ogolony i ubrany. Stopy nadal miał bose, ale szorty na szczęście okazały się dobre. Musi uprawiać jakiś sport i prowadzić aktywny tryb życia, pomyślała, patrząc na umięśniony tors widoczny spod nie dopiętej koszuli. Zmieszana odwróciła szybko wzrok.

– Jaką pan pije kawę? – spytała, stawiając białe kubki na czyściutkim obrusie w zielono-białą kratkę.

Namyślał się przez chwilę.

– Wydaje mi się, że ze śmietanką.

– Gdyby mnie spytano, powiedziałabym, że czarną bez cukru – mruknęła z rozbawieniem.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Mam wrażenie, że pana skądś znam, choć nie sądzę, abyśmy się kiedyś spotkali.

– Może po prostu mam przeciętną twarz – odparł, wzruszając ramionami.

– Pan? – zdumiała się.

– Cóż, dziękuję. – Uśmiechnął się lekko i wypił łyk kawy. – Bardzo dobra. Nie za mocna, nie za słaba.

– To jedyne, co potrafię zrobić w kuchni. Zaparzyć kawę i usmażyć omlet. Jestem zbyt zajęta, żeby nauczyć się gotować.

– Co w takim razie jada pani biedny przyjaciel?

– Żywi się w barach i restauracjach. Zresztą rzadko bywa w domu.

– Czym się zajmuje?

Spojrzała na niego uważnie.

– Energetyką – odparła, zresztą zgodnie z prawdą. Ostatecznie Clayton zasiadał także w Komisji Handlu i Energetyki.

– O, czyli pracuje w zakładach energetycznych? Zgadłem?

– No, można tak to ująć – zgodziła się, kryjąc rozbawienie.

– A co pani robi?

– Ja? Rzeźbię.

– Co?

– Ludzkie postaci.

Rozejrzał się wokół, ale dostrzegł jedynie kilka reprodukcji.

– Sprzedaję swoje prace do galerii – wyjaśniła.

Postanowił powstrzymać się od komentarzy. Chyba zdawała sobie sprawę, że dom wygląda jak nora. Najwyraźniej brakowało jej pieniędzy, a jej przyjaciel pewno miał ich jeszcze mniej. Coś go ostrzegało, że nie powinien jej ufać.

– Ma tu pani jakieś swoje rzeźby?

– Jedno lub dwa popiersia – odparła. – Później panu pokażę.

– Smaczny – ocenił, próbując omlet.

– Dziękuję. – Patrzyła na niego uważnie. Twarz mu pobladła, oczy same się zamykały. – Chyba jest pan śpiący.

– Nawet bardzo. Mam wrażenie, że ostatnio nie sypiałem zbyt regularnie.

– Kłopoty z kobietą? – spytała z wyrozumiałym uśmiechem.

– Nie jestem pewien. Możliwe… – Podniósł na nią oczy. – Chyba nie powinienem tu zostawać…

– I gdzie pan pójdzie? – zdziwiła się. – Nie może pan przecież spać na plaży, bo jeszcze aresztują pana za włóczęgostwo. Czy pamięta pan, gdzie mieszka?

– Nie wiem nawet, jak się nazywam – przyznał niechętnie. – Trudno sobie wyobrazić, jak mnie to przeraża.

Po jego oczach widziała, zże jest skrajnie wyczerpany.

– Wcale się nie dziwię. Powinien się pan położyć. Kiedy przyjedzie Chad, wpuszczę go do pana. Proszę się nie martwić o zapłatę. Chad to mój przyjaciel, potraktuje tę wizytę jak koleżeńską przysługę. A rano na pewno poczuje się pan lepiej i przypomni sobie, kim jest.

– Oby tak było – mruknął. – A ten mężczyzna, z którym pani mieszka? Mówiła pani, że dziś przyjedzie…

Kiwnęła głową i z satysfakcją dostrzegła, że jej uwierzył.

– Rozumiem, że to żaden problem? Postaram się nie przeszkadzać… Dziękuję, że pani mi zaufała i pomogła. Przecież właściwie nic pani o mnie nie wie.

– Ani pan o mnie – rzuciła ostrzegawczo.

W pokoju gościnnym rzucił się na łóżko i już po kilku sekundach spał jak kamień.

Nie obudził się jeszcze, gdy przyjechał Chad. Czekała w salonie, aż lekarz wyjdzie od pacjenta.

– Nic mu nie jest – zapewnił, uśmiechając się szeroko. Widok przyjaciela zawsze przyprawiał Nikki o przyspieszone bicie serca. Przystojny, jasnowłosy, aż za bardzo przypominał jej byłego męża. – W tej chwili jest trochę zdezorientowany, ale to przejdzie. Stłuczenie nie było groźne. Rano powinien przypomnieć sobie, jak się nazywa, a kiedy ustąpi silny ból głowy, nic więcej nie będzie mu dolegać. Zostawię ci tabletki, jeśli po przebudzeniu będzie bardzo cierpiał. – Wyjął lekarstwo z torby. – A w razie czego, dzwoń, dobrze?

– Oczywiście. Dziękuję, Chad.

– Od czego ma się przyjaciół? – Wzruszył ramionami i cicho zamknął za sobą drzwi.

Wieczorem, gdy zajrzała do sypialni, mężczyzna wciąż spał. Leżał na plecach całkiem nagi. Patrzyła na niego bezradnie, rozpaczliwie próbując stłumić ogarniający ją płomień pożądania. Nieznajomy pociągał ją, nawet bardziej niż kiedyś Mosby.

Pewno opala się nago, myślała, patrząc na zgrabne muskularne ciało. Był naprawdę wspaniale zbudowany. Nawet jego członek nie budził w niej odrazy. Zdumiało ją, że wpatruje się w niego tak bezwstydnie. Zwykle mężczyźni przerażali ją i peszyli, ale ten był wyjątkowy. Ciekawe, jak bym się poczuła, gdyby ta wielka jak bochen dłoń przesunęła się w ciemności po mojej skórze? – zastanawiała się.

Nagłe pragnienie poraziło ją jak grom. Przerażona, odwróciła się napięcie i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi pokoju.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nicole nie mogła zasnąć. Całą noc męczyły ją obrazy mężczyzny lezącego nago w pokoju gościnnym. Wstała wcześniej niż zwykle, narzuciła letnią sukienkę w niebieski wzór i na bosaka przeszła do kuchni, by zająć się śniadaniem. Dzięki Bogu, że mam tu trochę zapasów, pomyślała. Sądząc po budowie nieznajomego, musiał mieć prawdziwie wilczy apetyt.

Wykładała właśnie na talerz jajecznicę, którą zamierzała podać z kiełbaskami i słodkimi bułeczkami, gdy mężczyzna wyszedł z pokoju. Nadal nie wyglądał zdrowo.

– Jak się pan czuje? – spytała.

– Jak wyciągnięty psu z gardła – odparł, przeciągając głoski. To nie jest akcent z Charlestonu, pomyślała. Chociaż, prawdę mówiąc, ona tez czasami mówiła podobnie.

– Dać panu aspirynę? – zaproponowała.

– Myślę, że powinienem coś zażyć. Dziękuję.

Usiadł do stołu, nalał kawy do obu kubków i wytrząsnął na dłoń dwie tabletki.

– Pamięć już panu wróciła? – upewniła się.

– Trochę sobie przypomniałem – przyznał. – Jednak to ciągle za mało. – Sięgnął do nadgarstka i zamarł. Zdawało mu się, że kiedy wpadł do wody, miał na ręku specjalny zegarek do nurkowania.

– Boże, zupełnie zapomniałam! – Zerwała się od stołu i z szafki przy kuchence przyniosła zegarek. – Proszę. Wsunęłam go do kieszeni, bo bransoletka była rozpięta. Przypomniałam sobie o nim dopiero dziś rano, wkładając rzeczy do pralki. Dobrze, że go nie uprałam – zaśmiała się. – A swoją drogą, jak pan odczytuje godzinę z tak skomplikowanego urządzenia?

A więc nie rozpoznała, co to za przyrząd. Czy faktycznie nie zdawała sobie sprawy, jaki jest drogi? – zastanawiał się nieufnie.

– Dziękuję – powiedział wolno, odbierając zegarek.

– Chyba nadal chodzi? – rzuciła niedbale, zabierając się do jajecznicy. – Nawet nie wiedziałam, zże nadal robi się wodoodporne zegarki.

– To zegarek do nurkowania – poinformował ją, ciekaw, jaka będzie jej reakcja.

– O, to pan nurkuje? – zainteresowała się.

Robił to od czasu do czasu, jeśli akurat nie żeglował na swoim jachcie. O tym jednak nie chciał wspominać.

– Czasami – odparł zdawkowo.

– Kiedyś chciałam się nauczyć, ale za bardzo boję się wody. Nawet nie pływam zbyt dobrze.

– W takim razie po co pani dom na plaży?

– zdumiał się. – Czy może należy do kogoś innego?

Dostrzegła, jak na nią patrzył i doskonale zrozumiała, o co mu chodzi. Najwyraźniej przypomniał sobie więcej, niż chciał zdradzić. Zegarek nie był tani… Czyżby wziął ją za naciągaczkę? Niech i tak będzie! Przynajmniej zabawi się trochę jego kosztem.

– Właściwie należy do… – zaczęła i zawahała się. Wolała nie zdradzać mu za dużo. Wrażenie, że skądś zna jego twarz, jeszcze się pogłębiło.

– Właściciel domu pozwala mi tu przyjeżdżać, kiedy tylko mam ochotę.

Rozejrzał się wokół. Po jego minie poznała, co myśli o domu.

– Huragan narobił tu szkód – pospieszyła z wyjaśnieniem. – Mój przyjaciel nie miał czasu, żeby wszystko naprawić. – Tym razem mówiła prawdę, jednak chyba nie przekonała swojego gościa. Zmrużył ciemne oczy i przyglądał się jej podejrzliwie. Bez słowa zajął się jedzeniem.

– Jak pani na imię? – spytał nagle, uważnie ją obserwując.

– Nikki. -Nawet jeśli słyszał ojej rodzinie, nie rozpozna zdrobnienia, którego używali wyłącznie jej najbliżsi. – A przypomniał pan sobie swoje?

Spojrzał na nią z namysłem, zastanawiając się, co powiedzieć. Z pewnością tylko tymczasowo mieszkała w domu swojego chłopaka. Sam był tu od niedawna, więc mało prawdopodobne, żeby coś o nim wiedziała, nawet gdyby przedstawił się prawdziwym nazwiskiem. Postanowił jednak nie odsłaniać wszystkich kart. Przy dochodach, jakie osiągał, przezorności nigdy za wiele. Trochę go to rozśmieszyło. Ta kobieta z pewnością nie wiedziała nawet, co oznacza słowo „korporacja”, nie miała pojęcia, czym tak naprawdę zajmuje się dyrektor generalny…

– McKane – odparł niedbale. – Wszyscy mówią do mnie Kane.

Na szczęście patrzyła akurat na kubek z kawą. Starała się nic po sobie nie pokazać, ale czuła ogarniającą ją panikę. Znajoma twarz, której nie potrafiła umiejscowić… Nagle wszystko sobie przypomniała. Aż nadto dobrze znała jego nazwisko, a twarz, której nie potrafiła umiejscowić, widziała w jednym z magazynów Claytona. To przecież Kane Lombard, który ukrywał się przed światem i zżył niemal jak pustelnik.

Całkiem niedawno brat Nikki miał z nim niesympatyczne starcie w kwestii ochrony środowiska w Charlestonie. Wiedziała, że Lombard popierał głównego kandydata demokratów, najgroźniejszego rywala Claytona w walce o miejsce w Kongresie.

Jej umysł pracował gorączkowo. Za żadne skarby nie ośmieliłaby się teraz przyznać, kim naprawdę jest. W dodatku spędziła z nim noc pod jednym dachem. Choć było to całkiem niewinne, dla prasy taka informacja stałaby się niezwykle łakomym kąskiem. W konsekwencji zaszkodziłoby to Claytonowi w wyborach. W niektórych regionach kraju zasady i niezłomna postawa moralna miały nadal podstawowe znaczenie i były ważne dla wyborców. Jakiś głupi wyskok mógł zaszkodzić startującemu w wyborach politykowi, a czasem przekreślić jego szansę na sukces. Nawet jeśli niefrasobliwością wykazała się jedynie jego siostra… W dodatku Lombard należał przecież do przeciwnego obozu!

Zacisnęła palce na kubku i z wystudiowanym wyrazem twarzy podniosła oczy. Wszystko będzie dobrze. Musi tylko pozbyć się go jak najprędzej i pod żadnym pozorem nie zdradzić, że go rozpoznała. Ani ona, ani Clayton nie bywali w tych samych kręgach, co Lombard. Mogła więc liczyć, że nigdy więcej nie staną twarzą w twarz.

– Ładne imię – uśmiechnęła się.

Widziała, że się odprężył. Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu.

– Dziękuję za opiekę – powiedział. – Dawno minęły już czasy, kiedy ktoś musiał się mną zajmować.

– Każdemu może się to przydarzyć – odparła. – Jednak następnym razem, gdy będzie pan korzystał z hydroplanu, radzę sprawdzić, czy w pobliżu nie ma skał.

– Z pewnością będę o tym pamiętał.

Skończył kawę i dość niechętnie – a przynajmniej tak jej się zdawało – podniósł się na nogi.

– Później odeślę ubranie pani przyjaciela. Dziękuję.

– Może odwiozę pana do domu? – zaproponowała. Dobrze wiedziała, że nie dopuści, by poznała miejsce jego zamieszkania. Śmiać się jej chciało na myśl, jak bardzo musiał się bać, że miłosierna samarytanka okaże się bezwzględną naciągaczką.

– Nie, dziękuję – powiedział szybko, uśmiechem próbując złagodzić odmowę. – Potrzeba mi trochę ruchu. Jest pani bardzo uprzejma. Mam nadzieję, że pewnego dnia będę mógł się jakoś odwdzięczyć.

– Nie ma o czym mówić – zapewniła go, wstając. – Czyż nie jest naszym moralnym obowiązkiem pomagać bliźnim w potrzebie? Z pewnością pan zrobiłby to samo dla mnie.

Prawdę mówiąc, zamierzała wytrącić go z równowagi, kiedy jednak podniosła wzrok, wiedziała, że się nie udało. Patrzył na nią z podniesionymi brwiami, uśmiechając się dość pobłażliwie.

– Ależ oczywiście – zgodził się. Był nieufny, ale nie przeszkadzało mu to przesuwać zuchwałego spojrzenia po jej ciele.

– Miło mi było pana poznać – dodała.

– Mnie również. – Rzucił jeszcze jedno taksujące spojrzenie i zdecydowanym krokiem ruszył do wyjścia. Widać było, że kiedy podejmie decyzję, nic go nie zdoła zatrzymać. Pozazdrościła mu takiej pewności siebie. Jej także nie zbywało na śmiałości, jego jednak niełatwo byłoby pokonać. Trzeba ostrzec Claytona, by pod żadnym pozorem nie lekceważył Lombarda. Oczywiście nie powie bratu, dlaczego doszła do takiego wniosku.

W dużym domu przy plaży panował idealny porządek. Gospodyni widać nie przejęła się nieobecnością Kane’a. Właściwie nie powinno go to dziwić. Często odnosił wrażenie, że póki płacił ludziom, zupełnie ich nie obchodziło, czy jest żywy, czy martwy.

Skarcił się w myślach za cynizm. Czasami przecież użalały się nad nim kobiety. Jego kochanka za kosztowne prezenty udawała, że jej na nim zależy. Nikogo jednak tak naprawdę nie obchodził, nikogo… z wyjątkiem syna. Przymknął oczy, próbując wymazać z pamięci przerażający obraz, kiedy to ostatni raz widział swojego chłopca.

Spojrzał na stolik, gdzie stał portret jego żony z ich synkiem. Wolał pamiętać Davida jako bystrego chłopca o jasnych włosach matki, jej oczach i uśmiechu. Choć po latach wspólnego zżycia odsunęli się z Evelyn od siebie, oboje jednakowo mocno kochali syna. Czemu ich tam zabrałem! – pomyślał z rozpaczą. Po co namówił ich na tę podróż?! Natychmiast po ich przyjeździe w Libanie rozpętało się piekło i nagle cała rodzina znalazła się w centrum walk.

Gorzko wypominał to sobie, lecz czas złagodził wreszcie ból. Mimo wszystko musiał zżyć dalej. W powrocie do normalności pomogła mu praca. Z zapałem zajął się sprawą zakładów motoryzacyjnych na przedmieściach Charlestonu. Przedsięwzięcie, zaplanowane na długo przed tragiczną śmiercią rodziny, doszło do skutku mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ich pochował. Dzięki fabryce zachował zdrowe zmysły.

Pożyczone ubranie odłożył do prania i przebrał się w dzianinową koszulkę i własne szorty. Uśmiechnął się na wspomnienie błyszczących oczu Nikki. Była taka młodziutka! Przypomniał sobie jej zgrabną, smukłą sylwetkę i przez krótki moment pozazdrościł jej kochankowi. Szybko przywołał się do porządku. W jego zżyciu nie było miejsca na stały związek, a jeśli bardzo potrzebował kobiety, miał Chris, którą od razu uprzedził, że małżeństwo nie wchodzi w grę.

Podniósł słuchawkę i wybrał numer fabryki w Charlestonie. Musiał jak najszybciej zająć czymś umysł. Byle tylko nie wracać znów do przeszłości…

– Daj mi Willa Jurkinsa – rzucił, gdy usłyszał uprzejme powitanie swojej sekretarki.

– Juz łączę – odpowiedziała natychmiast.

– Udał się panu urlop, panie Lombard?

– chwilę później w słuchawce rozległ się dziwnie leniwy męski głos.

– Nie mogę narzekać – odparł swobodnie.

– Chcę wiedzieć, czemu zerwał pan kontrakt z Nadmorskim Przedsiębiorstwem Oczyszczania. Co się stało?

– Bo… musiałem – odrzekł Jurkins po chwili ciszy. Powinien był przewidzieć, że taka informacja zostanie natychmiast przefaksowana do Kane’a Lombarda. W odróznieniu od wielu innych członków kierownictwa, Ed Nelson, zdrowy czy chory, zawsze trwał na posterunku.

– Dlaczego?

Jurkins otarł pot z czoła i rzucił okiem w stronę składu, gdzie przechowywano odpady, do czasu odbioru przez firmy zajmujące się ich wywozem. Panowała powszechna opinia, że taniej jest opłacić przedsiębiorstwo oczyszczania, niz na własną rękę zatrudniać ludzi i wynajmować specjalne samochody. Można to było zlecić służbom miejskim, które dysponowały własnym składowiskiem, jednak zakłady Lombard International zaraz po uruchomieniu produkcji zawarły umowę z Nadmorskim Przedsiębiorstwem Oczyszczania.

– Wspominałem już kiedyś, że zauważyłem nieścisłości w ich rachunkach.

– Nie przypominam sobie takiej rozmowy.

– Panie Lombard – zaczął Jurkins pojednawczym tonem, choć niewiele brakowało, by wpadł w histerię. – Jest pan bardzo zapracowany. Nie sposób, by mógł pan spamiętać wszystkie szczegóły. Zasiada pan przecież w radach nadzorczych trzech innych korporacji, w zarządach dwóch uczelni, pracuje pan w wielu organizacjach… To niemożliwe, żeby był pan w stanie znaleźć czas, aby ogarnąć wszystko, co tu się dzieje.

Kane odetchnął głęboko, starając się zachować spokój. Nie wolno mu wpadać w gniew, to niczego nie załatwia. Ten człowiek całkiem niedawno został szefem działu utylizacji odpadów produkcyjnych. I w gruncie rzeczy miał rację.

– Faktycznie nie mam czasu, żeby nadzorować wszystkie operacje. Zwykle zajmuje się tym Ed Nelson.

– No tak, wiem. Tyle że pan Nelson musiał w zeszłym tygodniu poddać się operacji usunięcia kamieni nerkowych i jeszcze nie wrócił do siebie. To oczywiście nie znaczy, że nie trzyma ręki na pulsie – dodał szybko. – Informujemy go na bieżąco. – Nie było to całkiem zgodne z prawdą, ale przynajmniej udało mu się zasugerować, zże Nelson w pełni aprobuje jego decyzję.

Kane odprężył się. Ostatecznie Jurkins był rodowitym mieszkańcem Charlestonu. Z pewnością znał wszystkie zawiłości systemu oczyszczania miasta i bez trudu potrafił znaleźć odpowiednich ludzi.

– W porządku – powiedział. – Kogo więc pan wynajął?

– Znalazłem bardzo solidną firmę, panie Lombard – zapewnił zwierzchnika. – Z ich usług korzystają dwa miejscowe zakłady produkujące części zamienne do samochodów. Właściciel nazywa się Burke.

– Pierwsze słyszę.

– Nie są tak dobrze znani jak NPO – wyjaśnił Jurkins. – To młoda firma, ale bardzo pręż-na. Poza tym zaproponowali bardzo korzystną cenę.

Kane’owi pękała głowa. Miał już dość tej piekielnej karuzeli. W przyszłym tygodniu zapytam Nelsona o wszystkie szczegóły, postanowił.

– Dobrze już, Jurkins. Niech pan zajmie się tym kontraktem. Zaaprobuję tę decyzję, chyba że pojawią się jakieś głosy krytyczne – zdecydował. – Proszę tylko upewnić się, czy ta firma wywiąże się ze wszystkich zadań. Niech mnie pan jeszcze połączy z Jenny.

– Oczywiście, proszę pana. Życzę udanego urlopu. Proszę się nie przejmować, wszystko jest w najlepszym porządku!

Kane burknął coś pod nosem, a kiedy odezwała się sekretarka, zażądał przekazania sobie pełnej dokumentacji: faksów, oceny kontraktu, korespondencji. Przez chwilę wahał się, czy nie kazać Jenny przyjechać, bał się jednak, że może odczytać takie zaproszenie jako zachętę. Już od jakiegoś czasu odnosił wrażenie, że się w nim zadurzyła. Lepiej będzie, jeśli sam się wszystkim zajmę, uznał.

Tymczasem Jurkins z wyraźną ulgą odgarnął rude włosy ze spoconego czoła i z westchnieniem odwrócił się do mężczyzny, który stał w progu pokoju.

– No, mało brakowało – mówił, oddychając głęboko. – Lombard chciał koniecznie wiedzieć, czemu zmieniłem firmę.

– To, co wyciągasz z tego układu, warte jest ryzyka – padła lakoniczna odpowiedź. – Zresztą za późno juzż, żebyś mógł się wycofać.

– Nie musisz mi przypominać – powiedział niechętnie Jurkins. – Myślisz, że się uda? Nie chcę wylądować w więzieniu.

– Przestań panikować. Wiem, co robię. – Mężczyzna dyskretnie podał mu plik banknotów.

Jurkins przeliczył pieniądze i wsunął je szybko do kieszeni. Jego dziecko miało białaczkę, a ubezpieczenie zdrowotne już dawno przestało wystarczać na pokrycie kosztów leczenia. Kiedy ten cwaniak z cygarem zaproponował mu majątek za zmianę przedsiębiorstwa oczyszczania, uznał, że niewiele ryzykując, dorobi trochę do pensji. Z pozoru wszystko było w porządku, źródłem jego niepokoju był fakt, że firma Burke’a miewała już kłopoty związane z nielegalnym składowaniem niebezpiecznych substancji.

– Burke nie jest szczególnie godny zaufania

– spróbował znowu. – Już raz popełniłem podobny błąd i ścieki przypadkowo zostały spuszczone do rzeki. Jeśli teraz przyłapią Burke’a na wyrzucaniu toksycznych odpadów na nielegalne wysypisko, sytuacja Lombard International może stać się naprawdę dramatyczna.

– Burke musi ratować firmę – odparł mężczyzna szorstko. – Ten kontrakt mu w tym pomoże. Nie ma mowy, żeby w jakiś sposób powiązano cię z tą sprawą. Przecież potrzebujesz forsy, nie?

– Z uśmiechem poklepał Jurkinsa po ramieniu i machnął cygarem. – Nikt się nie dowie. A mnie tu nigdy nie było, jasne?

– Jasne.

Jurkins patrzył, jak mężczyzna wychodzi przez boczne drzwi, przemierza parking i wsiada do szarego bmw. Na takie auto musiałbym wydać całą roczną pensję, pomyślał. Ciekawe, na czym on tyle zarabia?

Clayton Seymour skończył właśnie przeglądać listę republikanów pracujących nad aktem prawnym w sprawie podatków od telewizji kablowych. Trzeba było za wszelką cenę zgromadzić jak najwięcej osób przed ostatecznym głosowaniem. Liczni prawnicy, nie wspominając już personelu pomocniczego, głowili się, jak pomóc koledze Claytona, odpowiedzialnemu za zachowanie dyscypliny partyjnej. Przerwał pracę, gdy oczy, zmęczone długim ślęczeniem nad papierami, odmówiły mu posłuszeństwa. Spojrzał przez okno na ulice Waszyngtonu i nagle zapragnął znaleźć się w Charlestonie. Gdyby tak pójść na ryby, rozmarzył się.

Utrzymywał zaledwie dwa biura okręgowe, podczas gdy większość kongresmanów miała ich czasem aż osiem. W Karolinie Południowej zatrudniał pracowników etatowych i na zlecenia, którzy zajmowali się doraźnymi, bieżącymi sprawami wyborców. W Waszyngtonie miał do swojej dyspozycji prawników, legislatorów, pracowników administracyjnych. Mogło by się wydawać, że płaci pensje tłumom ludzi, ale w rzeczywistości była to zaledwie garstka dobrze wykształconych specjalistów. Większość z nich legitymowała się dyplomami uniwersyteckimi, dyrektor biura okręgowego miał nawet tytuł doktora, a szefowa działu prawnego była absolwentką Harvardu.

Był zadowolony z wykonanej pracy i dumny, że podczas kadencji nie przekroczył budżetu. Pracował między innymi w komisjach energetyki i handlu oraz budżetowej, zwykle był zajęty przez dwanaście do czternastu godzin na dobę i czasami czuł się urażony, gdy słyszał uwagi, że kongresmani to dobrze opłacane darmozjady. Przewidywano, że podczas następnej kadencji trzeba będzie wprowadzić ponad jedenaście tysięcy poprawek do ustaw. Jeśli… nie, zaraz, jakie,,jeśli”?

– żachnął się. Kiedy zostanę ponownie wybrany, będę musiał pracować jeszcze ciężej.

Derrie Keller, asystentka Claytona, zapukała do drzwi i nie czekając na zaproszenie, weszła do środka. Wysoka, bardzo ładna, z pięknymi jasno-popielatymi włosami, niebieskimi oczami i ujmującym uśmiechem, budziła powszechną sympatię. Była niezwykle inteligentną dziewczyną. Z pozoru łagodna i delikatna, potrafiła jednak działać zdecydowanie i bezwzględnie, gdy tego wymagała sytuacja. Miała licencjat z nauk politycznych i pełniła funkcję szefowej personelu administracyjnego w Waszyngtonie. Gdy zaś wracali z Claytonem do Charlestonu, zajmowała się również biurami okręgowymi, nad którymi sprawowała nadzór.

– Och, Derrie – Clayton powitał ją ciężkim westchnieniem. – Czyżbyś znów zamierzała pogrzebać mnie żywcem w papierach?

Uśmiechnęła się.

– Może chcesz położyć się na chwilkę, nim weźmiemy się do pracy?

– Jeśli się położę, zaraz znajdzie się kilku senatorów i pewno też paru dziennikarzy, którzy będą mieli mi to za złe – jęknął, prostując się w fotelu.

Derrie pozostawała pod urokiem swego postawnego, ciemnowłosego i niebieskookiego szefa, z jego olśniewającym uśmiechem i charyzmatyczną osobowością. Nic dziwnego, że tyle kobiet straciło dla niego głowę, pomyślała. Z niechęcią wspomniała przy tym Bett Watts, świetnie zarabiającą lobbystkę z Waszyngtonu. Ta baba nieustannie kręciła się po biurze, wydając polecenia wszystkim, którzy byli na tyle nierozgarnięci, żeby jej słuchać. Derrie do nich nie należała. Ciągle liczyła, że nadejdzie wreszcie moment, kiedy jej szef zauważy, jak bardzo była mu oddana, jak wiele gotowa była dla niego zrobić… On jednak najwyraźniej miał na oczach klapki!

– Będziesz tam stać cały dzień? – ponaglił ją niecierpliwie.

– Przepraszam. – Wróciła do rzeczywistości i położyła listy na biurku. – Chcesz kawy?

– Nie możesz podawać mi kawy – odpowiedział. – Jesteś na to zbyt dobrze opłacanym pracownikiem. Jeśli będziesz zajmować się parzeniem kawy, związki zawodowe sekretarek zorganizują oblężenie biura, a potem ukamienują mnie na trawniku przed Białym Domem.

Słuchała go z uśmiechem. Już na pamięć znała tę przemowę.

– Ze śmietanką i cukrem?

– Tak, proszę.

Śmiejąc się, poszła po kawę. Clayton zawsze potrafił ją rozbawić. Bardzo lubiła jeździć z nim na spotkania wyborcze. Był wysoko cenionym mówcą i na każdym przyjęciu organizatorzy domagali się kolejnego błyskotliwego przemówienia.

– Proszę bardzo – powiedziała parę minut później, wracając do gabinetu z dwiema parującymi filiżankami. Odstawiła je, wzięła notatnik i usiadła z boku.

– Dzięki. – Clayton przeglądał ustawę, która wkrótce szła pod głosowanie. – Mamy dziś nową sprawę, Derrie. Chciałbym, żebyś przydzieliła mi jakiegoś stażystę do czarnej roboty.

– To ustawa o przemyśle drzewnym? – spytała, rzucając okiem na papiery, które trzymał w dłoni.

– Tak – odparł, dziwiąc się jej domyślności.

– Czemu pytasz?

– Chyba nie zamierzasz jej poprzeć? Sięgnął po kawę. Była przyrządzona dokładnie tak, jak lubił. Ostrożnie upił łyk i sponad filiżanki spojrzał na Derrie.

– Owszem, zamierzam – odpowiedział powoli. Patrzyła na niego z niepokojem.

– A co z ochroną środowiska?

– Dzięki ustawie wielu ludzi dostanie pracę.

– To bardzo stare lasy – upierała się. – Jedna z najstarszych dziewiczych puszcz na świecie.

– Nie stać nas na to, żeby pozostała nietknięta – powiedział zmęczonym głosem. – Porozmawiaj z lobbystami, którzy reprezentują głodujące matki i dzieci drwali. Być może zdołasz wyjaśnić im to lepiej niż ja. Bo ja nie potrafię patrzeć spokojnie na głodne dzieciaki.

– Skąd wiesz, że naprawdę głodują?

– Ależ z ciebie cyniczna jędza! – zdenerwował się. Pochylił się nad biurkiem. – Czy nikt do tej pory nie wyjaśnił ci podstawowych praw ekonomii? Ekologia to wspaniała sprawa. Całym sercem popieram ochronę środowiska. Prawdę mówiąc, w Karolinie Południowej zdobyłem sławę, występując przeciw zakładom zanieczyszczającym środowisko czy walcząc z firmami wywożącymi toksyczne odpady na nielegalne wysypiska. Tu jednak chodzi o zupełnie inną sprawę. Mamy zostawić w spokoju tysiące akrów obszaru leśnego, żeby ocalić pewien gatunek sowy, podczas gdy ludzie pozostają bez pracy? To oznaczałoby wzrost liczby bezdomnych, wzrost liczby ludzi pobierających zasiłek dla bezrobotnych. Z tych pieniędzy nie sposób utrzymać rodziny, a w dodatku to obciąża podatników.

– To wszystko prawda – przyznała. – Jednak wycinając lasy, powinniśmy równocześnie sadzić nowe. Chociaż takich starych drzew nie da się niczym zastąpić.

– Faktycznie – zgodził się. – Ludzi też nie można zastąpić.

– Chyba coś przeoczyłeś – obstawała przy swoim. – Czy przeczytałeś wszystkie propozycje przepisów wykonawczych do tej ustawy?

– Niby kiedy? – wybuchnął. – Na Boga, chyba ty najlepiej ze wszystkich powinnaś wiedzieć, ile mam tej ustawodawczej lektury! Gdybym musiał wszystko czytać od deski do deski…

– Mogę ci w tym pomóc. Jeśli zechcesz mnie wysłuchać, powiem ci, czemu ta ustawa jest zła.

– Do tego mam doradców ustawodawczych – odparł rzeczowo. – Z absolwentką Harvardu na czele.

Derrie bardzo lubiła Mary Tanner, piękną Afroamerykankę. Jej dyplom prawnika często zaskakiwał ludzi, którzy brali tę niezwykle elegancką kobietę za modelkę.

– Mary faktycznie jest bardzo dobra – zgodziła się. – Tyle że ty nie zawsze słuchasz swoich doradców.

– To na mnie głosowali wyborcy, a nie na mój personel – przypomniał, patrząc na nią zimno.

W pierwszym odruchu miała ochotę zareagować na to wyzywające spojrzenie, kiedy jednak przypomniała sobie, w jakim stresie ostatnio zżyje jej szef, wycofała się. I tak zostało zbyt mało czasu, żeby przed głosowaniem zdołała go przekonać.

– W porządku. Gotowa jestem pracować dla ciebie jak wół, ale nie przestanę ci truć na temat tej ustawy – ostrzegła. – Nie wierzę w korzyści uzyskiwane kosztem dewastacji środowiska.

– To znaczy, że nie żyjesz w realnym świecie.

Rzuciła mu obrażone spojrzenie i wymaszerowała z pokoju. Trzeba jej oddać sprawiedliwość, że powstrzymała się od trzaśnięcia drzwiami, choć z najwyższym trudem.

Patrzył za nią z mieszanymi uczuciami. Zwykle zgadzała się z jego zdaniem, tym razem jednak walczyła do upadłego. Rozbawiło go, gdy patrzył, jak wierna i lojalna asystentka nagle pokazuje ostre pazurki. Kto by pomyślał, ze ta zazwyczaj układna dziewczyna ma taki charakterek…

Chwilę później rozległ się dzwonek. Lodowatym tonem Derrie poinformowała Claytona, że telefonuje pani Watts.

– Cześć, Bett – powitał prawniczkę. – Jak się miewasz?

– Do kitu – odparła ze śmiechem. – Nie będę mogła zobaczyć się z tobą dzisiaj. Mam posiedzenie rady, potem koktajl, a później jeszcze spotkanie z jednym z senatorów. Z niczego nie mogę zrezygnować.

– Nie znudziło ci się uprawianie lobbingu? Nie tęsknisz za czymś nowym?

– Na przykład za wydawaniem luksusowych przyjęć i czarowaniem politycznych przeciwników? – spytała z sarkazmem.

Poczuł, jak ogarnia go gniew.

– Wiem, że nie lubisz mojej siostry – rzucił ze złością. – Jednak nie zamierzam tolerować tego typu uwag. Zadzwoń, kiedy poprawi ci się humor i pozbędziesz się całego jadu. – Odłożył słuchawkę i połączył się z Derrie. – Jeśli ponownie zadzwoni pani Watts, powiedz, że jestem nieosiągalny – rzucił do mikrofonu.

– Czyżby i ona była zapaloną miłośniczką dzikiej natury?

Gwałtownie przerwał połączenie, po czym zdjął słuchawkę z widełek i położył obok telefonu.

Wieczorem zadzwonił do Nikki. Nie wspomniał o niegrzecznej uwadze Bett ani o kłótni z Derrie, która wychodząc z biura, rzuciła mu chłodne „dobranoc” i zostawiła go z całą masą pracy z zimną kawą. W pracy pomoże mu dyrektor biura, lecz w tej ostatniej kwestii na pewno nie mógł na niego liczyć. Wszyscy wiedzieli, że Stan nie potrafi parzyć kawy.

– Nie dam rady wyrwać się stąd przez co najmniej dwa następne tygodnie – powiedział ze smutkiem. – Chciałbym spędzić z tobą trochę czasu, nim całkiem ugrzęźniemy w kampanii, ale ciągle jestem do tyłu z robotą.

– Nie możesz wziąć trochę wolnego? Już niedługo kończy się obecna kadencja.

– Jestem kongresmanem Stanów Zjednoczonych – przypomniał jej sucho. – Choćby z tego powodu nie mogę ot tak sobie zniknąć. Zwłaszcza kiedy apeluję do wszystkich, by wzięli udział w wyborach. Jak by to wyglądało?

– Nie oczekuj tylko, że będę się nad tobą użalać.

– Nawet nie śmiałbym na to liczyć – zażartował. – Zresztą ty bardziej ode mnie potrzebujesz wypoczynku. A co u ciebie?

– Wszystko w porządku. Nic ciekawego. Wielka ryba wyrzucona na plażę…

– Mam nadzieję, że nie próbowałaś jej ratować – wpadł jej w słowo. – Przy twojej nadmiernej opiekuńczości gotowa jesteś eskortować ją aż na samo dno oceanu.

– Tej pozwoliłam popłynąć samej – odparła z lekkim poczuciem winy, że nie mówi mu całej prawdy. – Właściwie nie była bardzo zraniona. Odpłynęła i więcej jej nie zobaczę. – Tym razem już nie kłamię, pomyślała z żalem.

– Nie wpakuj się w jakieś kłopoty, dobrze?

– Postaram się, Clay – obiecała.

– I nabieraj sił. Pamiętaj, że jesienią kampania ruszy już pełną parą.

– Tak jakbym nie wiedziała! – zaśmiała się. – Dobranoc, Clay.

Odłożyła słuchawkę i wyszła na taras. Sącząc białe wino, przyglądała się, jak błyszczące w świetle księżyca fale rozbijają się z hukiem o brzeg. Przyszło jej do głowy, że jeszcze nigdy nie czuła się tak samotna.

Ciekawe, co teraz robi Kane Lombard? – zamyśliła się.

ROZDZIAŁ TRZECI

Kane Lombard usiadł na tarasie. Pił drinka i myślał o Nikki. Dziś miał bardzo owocny dzień. Prawdę mówiąc, jak zwykle, bo praca zawsze była dla niego najważniejsza. Teraz jednak czuł zmęczenie i patrzył dość markotnie na błyszczący w świetle księżyca ocean.

Skończył trzydzieści osiem lat. Kiedyś miał żonę i syna. Jego trwające dwanaście lat małżeństwo, choć może nie idealne, dawało mu poczucie bezpieczeństwa. Kilka lat po ślubie, zżycie przestało się wydawać takie słodkie jak dawniej, ale przynajmniej ożenił się z miłości, a to też coś znaczy. Ostatnio znów zasilił szeregi samotnych mężczyzn, tylko znikły gdzieś młodzieńcze ideały, a w ich miejsce pojawiły się zmęczenie i cynizm. Tak, był nieludzko znużony. Gdzieś na drodze zżycia zgubił wszystkie złudzenia co do ludzi i sensu zżycia. Czuł się trochę jak te fale, niesione potężną siłą, rozbijające się o brzeg i niknące w niebycie. Nikomu nie wadziły, ale też niewiele było z nich pożytku. Gdyby umarł, po nim też nie pozostałoby absolutnie nic… Żaden ślad. Brak dowodów, że Kane Lombard kiedykolwiek mieszkał na tej planecie.

Przesada, upomniał się, przełykając whisky. Pozostałaby przecież jego wielka firma, choć po jakimś czasie zmieniono by jej nazwę.

Odchylił się na leżaku. Nikki. Miała na imię Nikki, czarne włosy, zielone oczy i twarz anioła. Podobał mu się jej wygląd, sposób, w jaki się śmiała, jakby spodziewała się, że zżycie przyniesie jej w darze wiele cudownych chwil. Wiedział, że była w błędzie, a mimo to jej optymizm wydał mu się zaraźliwy. Właśnie kogoś takiego potrzebował.

Oczywiście nie na stałe. Po prostu marzył mu się romans, krótkotrwały związek. Ciekawe, czy ona też miałaby na to ochotę? Odniósł wrażenie, że i on się jej spodobał. Czy zgodziłaby się pójść ze mną na randkę? – zastanawiał się, potrząsając szklanką. W ryku oceanu ledwo było słychać ciche dzwonienie kostek lodu o szkło. Może Nikki również czuła się samotna. Wiadomo, na samotność nikt nie ma monopolu. Przenikała wszystko, jak powietrze… Powieki zaczęły mu ciążyć. Przymknął je tylko na jedną chwilkę…

Świtało, kiedy się obudził. Wciąż siedział w leżaku na tarasie. Szklanka wypadła mu z ręki, whisky i roztopiony lód wsiąkły w drewnianą podłogę. Wstał z leżaka i przeciągnął się, prostując zdrętwiałe mięśnie. Z głową było już znacznie lepiej, choć ciągle odczuwał śladowy ból. Zamyślony patrzył na ocean, gdy nagły dzwonek telefonu przywołał go do rzeczywistości.

Widocznie gospodyni już przyszła, bo telefon nagle umilkł, za to rozległ się jej donośny głos.

– Panie Lombard! Telefon!

– Odbiorę tutaj – odparł burkliwie i odprawił ją machnięciem ręki.

– Tak?

– Mówi Todd Lawson – usłyszał głęboki męski głos. – Pracuję u pańskiego ojca w,,Głosie Tygodnia”.

Kane pamiętał to nazwisko. Lawson był w gazecie ojca czołowym reporterem, jeśli w ogóle można nazwać dziennikarzem człowieka, który zamiast gromadzić informacje, sam je tworzy.

– Czego pan sobie życzy?

– Pański ojciec wysłał mnie do Charlestonu, żebym trochę powęszył. Mam sprawdzić, czy uda się znaleźć coś na obecnego kongresmana republikanów, Seymoura. Właśnie zameldowałem się w hotelu. Ma pan jakieś pomysły, od czego powinienem zacząć?

– Nie potrafię panu pomóc. Za krótko mieszkam w Charlestonie i nie znam tu zbyt wielu ludzi. Seymoura również znam tylko z kontaktów telefonicznych i mailowych – odparł szorstko. – Wiem, że jeśli popełnię jakiś błąd, nie odpuści mi. Kilka tygodni temu w zakładach zdarzył się mały wypadek, doszło do wycieku chemikaliów. Od tego czasu ten facet nie spuszcza mnie z oka. Podczas wystąpienia telewizyjnego wytykał mnie palcem jako przykład bogacącego się za wszelką cenę barbarzyńcy, który nie dba o ochronę środowiska. – Z niechęcią pokręcił głową. – Ma zupełnego fioła na punkcie zanieczyszczeń przemysłowych. Powszechnie wiadomo, że uważa to za kwestię priorytetową.

– To ciekawe, bo jednocześnie popiera ustawę o lasach na Zachodzie – mruknął Lawson.

– Sowy z zachodnich stanów najwidoczniej nie dają mu tylu głosów, co lokalni przeciwnicy degradacji środowiska naturalnego.

– Może ma pan rację. Będę pana na bieżąco o wszystkim informować.

– Dziękuję.

Seymour to dziwny gość, pomyślał Kane, odkładając słuchawkę. Nie miał w zasadzie żadnego majątku. Do polityki pomogło mu wejść pochodzenie. Nie bez znaczenia też było poparcie senatora Mosby’ego Torrance’a. Senator z Karoliny Południowej był atrakcyjnym mężczyzną. Cieszył się nieposzlakowaną opinią, chociaż wiadomo było, że miał za sobą nieudane małżeństwo. Związek trwał krótko i, jak słyszał Kane, trzymano go w tajemnicy z powodu bardzo młodego wieku żony. Nie pamiętał dokładnie, o co chodziło, ale było tam jakieś powiązanie z Seymourami.

Trzeba będzie wspomnieć o tym Lawsonowi, odnotował w pamięci. Oczywiście tak przy okazji, bo to raczej nic pilnego czy ważnego. Nawet nie wiedział, w którym hotelu zatrzymał się dziennikarz. Nie szkodzi, Lawson odezwie się za jakiś czas, to nie ulegało wątpliwości.

W kwaterze wyborczej Sama Hewetta, kandydata Partii Demokratycznej do Izby Reprezentantów z okręgu, w którego skład wchodził Charleston w Karolinie Południowej, trwała zażarta dyskusja.

– W tym momencie nie możesz ryzykować bezpośredniego ataku na Seymoura – mruknął Norman Lombard, wydmuchując kłęby dymu z cygara. Jego ciemne oczy zmierzyły wysokiego, chudego i dość zdenerwowanego kandydata. – Już my się tym zajmiemy. Mój ojciec jest właścicielem największej bulwarówki w całej Ameryce, a ja i moi bracia popieramy cię pod każdym względem, bezwarunkowo. Wystarczy, że będziesz ściskał dłonie i zawierał znajomości. Na razie masz się zajmować tylko zdobywaniem poparcia dla demokratów. Kiedy nadejdzie czas, gdy już okrzepniemy, przepchniemy cię w wyborach. To wszystko da się załatwić.

– A jeśli nie zdobędę odpowiedniego poparcia? – niepokoił się Hewett. – Nie jestem zbyt popularny. Nie mam takiego dobrego pochodzenia jak Seymour!

– Gwarantuję, że juzż niedługo wszyscy będą rozpoznawać twoje nazwisko – zaśmiał się rubasznie Norman. – Mój ojciec potrafi zdziałać cuda, jest specem od reklamy. Na pewno zgromadzisz odpowiednią liczbę głosów.

– Ale to nie będzie nic nielegalnego? – upewniał się polityk.

To pytanie wydawało się go dręczyć. Lombard westchnął ze złością i zaciągnął się cygarem.

– Nie ma takiej potrzeby – powtórzył to zapewnienie chyba po raz dziesiąty. – Trochę błota tu, małe wątpliwości tam, i miejsce w Kongresie będzie twoje. Odpręż się, Sam! Jesteś absolutnym pewniakiem!

– Chciałbym wygrać uczciwie.

– Ostatnią osobą, która grała uczciwie, był Jerzy Waszyngton – zahartował cynicznie Lombard. – Nie przejmuj się. Zrobimy wszystko, żebyś miał czyste sumienie. Ty tylko prowadź swoją kampanię. I przestań się wreszcie zamartwiać. Obiecuję, że wszystko pójdzie dobrze.

Hewett nie był tego tak pewny, jak jego doradca. Co prawda dopiero zaczynał polityczną karierę i może dlatego dręczyły go liczne wątpliwości. Każdego dnia uczył się nowych rzeczy na temat kampanii wyborczej i prawdę mówiąc, dowiadywał się więcej, niżby chciał. Właściwie to z każdą chwilą tracił złudzenia. Mimo woli zaczął zastanawiać się, czy twórcom konstytucji o to właśnie chodziło. Aż wstyd, że w wyborczej walce w ogóle nie liczyły się wiedza i umiejętności. Zamiast spraw istotnych zwracano uwagę na: dobrą reklamę, nośność hasła, stan majątkowy, pochodzenie, osobowość i aparycję kandydatów. Powtarzał sobie, że naprawdę chce wygrać, jednak po raz pierwszy nie umiał dopatrzyć się w tym krztyny sensu.

Był dumny i podniecony, kiedy Lombardowie poparli jego kandydaturę, choć to Kane Lombard ostatecznie go przekonał. Od razu polubił Sama, bo obaj byli żeglarzami. W dodatku Sam popierał obniżanie podatków i inne bodźce motywacyjne dla inwestorów, co było bardzo pomocne przy otwieraniu zakładów motoryzacyjnych w Charlestonie. Pewno właśnie z powodu Sama Clayton Seymour zapałał niechęcią do Kane’a i robił wszystko, żeby utrudnić mu zżycie. Antagonizm zresztą był obopólny. A teraz, kiedy Kane’a spotkało nieszczęście i zakładowe ścieki zanieczyściły rzekę, ataki Seymoura znacznie przybrały na sile.

Samowi nie podobały się takie brudne chwyty. Chciał wygrać wybory, jednak pod warunkiem, że nie będzie musiał zniżać się do taktyki, jaką Seymour i jego mentor, Mosby Torrance, stosowali wobec Kane’a. Szokowała go polityka, jaką obaj kongresmani uprawiali w ratuszu. Uciekali się do różnych form nacisku, byle tylko opóźnić wydawanie zezwoleń na budowę i zwiększyć uprawnienia nadzoru budowlanego.

Prywatnie podejrzewał, że ich stosunek do Kane’a wiąże się z niechęcią do szmatławej, plotkarskiej i napastliwej nowojorskiej gazety, której właścicielami byli ojciec i bracia Lombarda. Brukowiec sporo miejsca poświęcał polityce i opublikował serię krytycznych artykułów na temat projektów senatora Torrance’a. Były też zawoalowane groźby ujawnienia rzekomych skandali w Kongresie, które jakoby miały związek z politykami z Południa. Artykuły zbiegły się w czasie z ogłoszeniem decyzji Kane’a o budowie fabryki. Niemal w tym samym czasie ukazała się informacja, zże Seymour będzie zabiegał o reelekcję.

Obecność Kane’a na tradycyjnie ich terenie najwyraźniej zaniepokoiła senatora Torrance’a i kongresmana Seymoura. Hewett był bardzo ciekaw, co ich tak przestraszyło i co takiego próbowali ukryć.

Nicole właśnie wróciła z zakupów. Wsiadła dziś w swój mały, czerwony, mocno już zniszczony samochodzik i pojechała do wioski po mleko, pieczywo i świeże owoce. Wchodziła na ganek, kiedy z tyłu dobiegł ją dźwięk parkującego auta.

Odwróciła się w chwili, gdy Kane Lombard wysiadał z rozklekotanego dżipa. Przez głowę przemknęło jej pytanie, skąd wytrzasnął taki przedpotopowy pojazd, lecz myśl ta umknęła natychmiast, ponieważ na widok Kane’a w dżinsach i białej koszulce jej tętno gwałtownie przyspieszyło.

Uśmiechnął się, widząc Nikki ubraną w szorty z obciętych dżinsów i różową bluzeczkę bez rękawów.

– Jesteś ładnie opalona – zauważył.

– Naszymi przodkami byli francuscy hugenoci, którzy zbiegli z Europy w obawie przed prześladowaniami religijnymi – odpowiedziała.

– Podobno po nich mamy taką oliwkową cerę.

– Przywiozłem ubranie, które mi pożyczyłaś.

– Podał jej zawiniątko i dodał: – Uprane i wyprasowane.

– Własnoręcznie? – zakpiła.

Podobało mu się, jak błyszczały jej oczy, gdy się uśmiechała. Przy niej znów czuł się młody.

– Niezupełnie. – Wcisnął ręce do kieszeni i przyglądał się jej z zadumą. – Wybierz się ze mną na przejażdżkę – zaproponował.

Serce podskoczyło jej w piersi, lecz natychmiast upomniała się surowo. Nie wolno jej przecież utrzymywać kontaktów towarzyskich z wrogiem brata. A mimo to powiedziała:

– Tylko odniosę zakupy.

Wszedł za nią i chodził po salonie, czekając, aż Nikki wstawi mleko do lodówki i schowa do pojemnika pieczywo.

– Powinnam się przebrać… – zaczęła.

– Po co? – Odwrócił się do niej z uśmiechem.

– Moim zdaniem wyglądasz znakomicie.

– W takim razie jestem gotowa.

Zamknęła drzwi. Cieszyła się, że w salonie nie stały zdjęcia, które mogłyby zdradzić jej pokrewieństwo z Claytonem. Nie było tu również żadnych antyków ani cennych drobiazgów, a sam domek był zapisany na nazwisko kuzyna, który czasami tu przyjeżdżał. Dzięki temu, gdy Clayton chciał zrobić sobie wakacje, nie musiał obawiać się wścibskich intruzów. Nie było trudno dotrzeć do informacji o właścicielach posiadłości, a juzż na pewno Kane Lombard nie miałby z tym kłopotu.

Kane pomógł Nicole wsiąść do dżipa.

– Niezbyt tu porządnie – tłumaczył się.

– Używam tego gruchota do wypraw na ryby. Czasami jeżdżę z wędką na okonie nad Santee-Cooper.

– Nie wyglądasz na wędkarza – zauważyła, zapinając pas. Spod oka przyglądała się jego ciemnej, poznaczonej głębokimi bruzdami twarzy i srebrnym włosom na skroniach. Musiał być starszy, niż z początku sądziła.

– W zasadzie nie znoszę wędkowania – wyznał. Włączył silnik, wycofał zręcznie samochód i wyjechał na szosę prowadzącą wzdłuż plaży. Był piękny, słoneczny ranek. Mewy i pelikany szukały ryb w falach, na brzegu widać było kilkoro spacerowiczów.

– W takim razie po co to robisz? – spytała od niechcenia.

– Mój ojciec przepada za wędkowaniem. Poza tym nie mamy ze sobą wiele wspólnego. Wyprawy na ryby są okazją, żeby od czasu do czasu zobaczyć się z nim… i młodszymi braćmi.

– Ilu ich masz?

– Dwóch. – Rzucił na nią okiem. – A ty masz jakąś rodzinę?

– Teraz już bardzo nieliczną – odparła krótko.

– Przepraszam. Musisz czuć się samotna.

– Nie jest tak źle. Na szczęście nie brakuje mi przyjaciół.

– A jeden z nich pozwala ci mieszkać w domu na plaży? – spytał znacząco.

Uśmiechnęła się beztrosko.

– Właśnie.

Odnotował w pamięci, że powinien jak najszybciej sprawdzić, do kogo należy letniskowy domek. Chciał poznać nazwisko mężczyzny, z którym się związała. Nawet mu przez myśl nie przeszło, że taka ciekawość świadczy o tym, jak powabnie zaczął traktować tę znajomość.

Na zalanej słońcem plaży ludzie ustawiali leżaki i rozkładali ręczniki. Dzień był ciepły, po niebie snuły się nieliczne białe obłoki

– Kocham ocean – odezwała się Nikki, z uśmiechem obserwując okolicę. – Nie mogłabym mieszkać w głębi lądu. Fascynują mnie nawet frachtowce i kutry rybackie.

– Chyba rozumiem, co masz na myśli – zgodził się. – Całe zżycie mieszkałem w portowych miastach. Człowiek uzależnia się od widoku i odgłosów statków.

Podejrzewała, że myślał o Houston. Nie mogła jednak przyznać, że wie, skąd pochodził.

– Mieszkasz tutaj? – spytała.

– Jestem na wakacjach – odpowiedział, prawie zgodnie z prawdą. – A ty? Mieszkasz tu na stałe?

– Nie – przyznała. – Trochę dalej na wybrzeżu.

– W Charlestonie?

– Tak jakby.

– Co to znaczy,,tak jakby”?

– Mieszkam prawie na samej plaży. – Faktycznie tak było. Mieszkała w jednym z uroczych starych domów w Battery. Ta część miasta została wpisana do Narodowego Rejestru Zabytków. Jedynie przez dwa tygodnie w roku udostępniano ją turystom.

Domyślał się, jaki to może być dom. Jeszcze nie widział jej w niczym, co nie wyglądałoby jak ciuchy ze sklepu z używaną odzieżą. Właściwie trochę jej współczuł. Nie miała nikogo prócz dość obojętnego i niezaradnego chłopaka. A jeśli chodzi ojej stan posiadania, prawdopodobnie też nie było się czym pochwalić… Zauważył, że jeździła starym sportowym autem, modelem, który był popularny w latach sześćdziesiątych.

– Napijesz się kawy? – spytał, wskazując głową mały bar. Wyblakłe żółte parasole rzucały cień na wystawione stoliki.

– Z przyjemnością.

Kiedy zatrzymał dżipa, wybrała stolik usytuowany najbliżej plaży, tymczasem Kane poszedł do baru. Nie pytając o nic, przyniósł kawę ze śmietanką i cukrem.

– Mam niemal fotograficzną pamięć – wyjaśnił, widząc jej zdumienie.

– Dobrze wiedzieć – uśmiechnęła się w odpowiedzi.