Strona główna » Obyczajowe i romanse » Pocałunki składane na chlebie

Pocałunki składane na chlebie

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-989-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Pocałunki składane na chlebie

Autorka prowadzi swoich bohaterów inteligentnie i z uczuciem”. El País Co może się przydarzyć mieszkańcom wielkomiejskiej dzielnicy w trudnych czasach? Jak żyje się w oku cyklonu parom, osobom samotnym, rodzicom i dzieciom, młodym i starym? W jaki sposób dotyka ich kryzys? To poruszająca opowieść o życiu kilkorga bohaterów: rodziny, która wraca z wakacji z postanowieniem, że w jej życiu nic się nie zmieni; mężczyzny w czterech ścianach opłakującego swój rozwód; babci ubierającej przed czasem choinkę, by dodać otuchy bliskim; kobiety, która postanawia wrócić na wieś i uprawiać ziemię, odziedziczoną po przodkach. Wszyscy oni ukazani są w codziennych sytuacjach i miejscach: salonie fryzjerskim, barze, biurze, przychodni, gdzie przeżyją chwile solidarności i wzruszenia, ale też oburzenia i nienawiści. I zrozumieją, dlaczego ich dziadkowie uczyli ich całować chleb.

Polecane książki

W poradniku do gry Monkey Island 2: LeChuck's Revenge znajdziesz pełną solucję wraz z ilustracjami i mapami do drugiej części przygód Guybrusha Threepwooda, głównego bohatera jednej z najlepszych serii gier przygodowych w historii. Poradnik został oparty na wersji Special Edition, ale przydaje się r...
Ludzkość opuściła Starą Ziemię i skolonizowała odległe światy. Stało się to możliwe dzięki odkryciu tuneli czasoprzestrzennych, które skróciły drogę do układów gwiezdnych z planetami nadającymi się do zamieszkania. Właśnie dlatego sektor Victorii stał się węzłem komunikacyjnym i handlowym dla pozost...
  Kalahari, tytułowe opowiadanie całego tomu, to historia mężczyzny, który jedzie przez południowoafrykański busz w poszukiwaniu syna, ciężko chorego na malarię. Oczywiście to nie tropikalna choroba wysuwa się w opowiadaniu na pierwszy plan, ale obcy, dziki i nieprzyjazny świat. Jest jeszcze ...
Los sektora Victorii wisi na włosku. Podstępny atak Dominium zakończył się niemal całkowitym sukcesem. Główna planeta sektora została podbita, w bitwie zniszczono Drugą i Trzecią Flotę sił kosmicznych Victorii. Flota Ojczysta stoczyła ciężką i krwawą bitwę, gdy osłaniała ucieczkę królowej Anny i sta...
Opowieść o chłopcu, który wiele już w życiu przeżył. Ciężko jest żyć w samotności i cierpieniu, szczególnie wtedy, gdy najbliżsi nic nie zauważają. Nastoatek jest na skraju depresji i nie myśli, że kiedyś może być lepiej. Zupełnie przypadkiem udaje mu się zaprzyjaźnić z kilkoma osobami, którzy st...
Czasami lubimy dotykać bosą stopą mokrej trawy. Pierwotny kontakt z naturą rozwarstwia nasze zmechanizowane „ja” na coś bardziej miękkiego i zdatnego do spożycia, niż to z czym obcujemy na co dzień. Tę podróż możemy odbyć, czytając właśnie ten tomik, budzący wiele wspomnień, zwiastujący gorsze czasy...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Almudena Grandes

Tytuł oryginału: LOS BESOS EN EL PAN

Copyright © Almudena Grandes, 2015

This edition published by agreement with Tusquets Editores, Barcelona, Spain.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Ilustracja na okładce: natalia_maroz (fotolia.pl)

Redakcja: Krystyna Borowiecka-Strug

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Joanna Rodkiewicz, Aleksandra Mól

ISBN: 978-83-7999-989-7

Ta książka została wydana dzięki dotacji Hiszpańskiego Ministerstwa Edukacji, Kultury i Sportu

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Moim dzieciom, które nigdy nie całowały chleba

I. PRZEDTEM

Jesteśmy w jednej z centralnych dzielnic Madrytu. Jej nazwa nie ma znaczenia, mogłaby to bowiem być każda ze starych dzielnic, w granicach której znajdziemy i miejsca imponujące, i sypiące się ruiny. Nie ma w niej zbyt wielu zabytków, ale jest piękna, bo tętni życiem.

Ulice mojej dzielnicy są niezwykle różnorodne. Zdarzają się szerokie, porośnięte rozłożystymi drzewami, ocieniającymi balkony niższych pięter, ale więcej jest wąskich. Na nich też rosną drzewa, ale jakby bardziej ściśnięte, starannie przycinane, by nie zajmowały zbyt wiele miejsca, gdyż brakuje go tu nawet dla powietrza – drzewa zielone, delikatne na wiosnę, ale najwspanialsze w lecie, kiedy poranny spacer po dopiero co zroszonych chodnikach to bezcenny luksus i przyjemność, która nic nie kosztuje. Wiele tu placów, a raczej placyków, każdy z nich ma swój kościół i swój pomnik na środku, posąg bohatera lub świętego oraz ławki, place zabaw i wybiegi dla psów, wszystkie identyczne – to zapewne skutek jakiegoś zamówienia publicznego ratusza, o które lepiej nie dopytywać. W przeciwieństwie do nich zaułki – nieliczne, ale urocze, odwiedzane zwłaszcza przez sekretnych kochanków i nastolatki na wagarach – oparły się bohatersko, rok po roku, planom eksterminacji opracowanym dla nich w biurach urbanistycznych urzędu miasta. I żyją nadal, podobnie jak cała dzielnica.

Ale najbardziej wartościowym elementem tego pejzażu są ludzie, tak różnorodni i odmienni, uporządkowani bądź chaotyczni, jak zajmowane przez nich budynki. Wielu z nich mieszkało tu zawsze w solidnych mieszczańskich kamienicach – z portierami, windami i klatkami schodowymi wyłożonymi marmurem – stojących przy szerokich ulicach, a niekiedy także tych wąskich, lub w biedniejszych budynkach, ze zwykłą stróżówką albo nawet i bez niej. W tej dzielnicy zawsze występowały obok siebie marmurowe schody i ścianki z gipsu, byli bogaci i biedni. Najstarsi mieszkańcy przeżyli exodus lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy stały się modne przeprowadzki z centrum na peryferie; znieśli wrzenie lat osiemdziesiątych, gdy spadek cen przywiódł tu nowych kolonizatorów, przybyłych z regałami kupionymi na Rastro, plakatami z Che Guevarą i indyjskimi tkaninami, z których można było uszyć narzutę na łóżko, ozdobić nimi ścianę albo obić starą kanapę ocaloną ze śmietnika; i wytrzymali nową falę lat dziewięćdziesiątych, czasy początków bańki nieruchomościowej, gdy znów uznano, że mieszkanie w centrum miasta jest naprawdę cool.

Potem rzeczywistość zaczęła się sypać i odczuli to wszyscy. Na początku było to jakby drżenie ziemi osuwającej się spod nóg, ale sądzili, że to tylko złudzenie optyczne. Nic poważnego, powtarzali sobie, a jednak sprawa była poważna, i chociaż na pozór nic się nie zmieniło, to asfalt na ulicach pękał i ostry, duszący zapach zatruwał powietrze. Nikt nie dostrzegał tych szczelin, ale wszyscy czuli, że ucieka przez nie spokój, dobrobyt, przyszłość. Nie wszyscy zareagowali tak samo. Ci, którzy się poddali, już tu nie mieszkają. Pozostali walczą ze smokiem dostępną sobie bronią, każdy na swój własny sposób.

Starsi nie boją się tak bardzo.

Pamiętają, że jeszcze nie tak dawno temu, w mroźne zimowe poranki, służące biegały po ulicach Madrytu z rękami skrzyżowanymi na piersiach, by nie uronić ani odrobiny ciepła, jakie zapewniał cienki wełniany płaszcz; miały gołe nogi, cienkie buty i po prostu musiały biec, by nie zamarznąć. Pamiętają też posępnych mężczyzn, którzy chodzili powoli, z postawionymi kołnierzami kurtek i kartonowymi walizkami w dłoniach. My, dzieci, patrząc na nich, zastanawialiśmy się, czy nie jest im zimno, i chociaż podziwialiśmy ich niezłomność, powstrzymywaliśmy się od wścibskich komentarzy.

W latach siedemdziesiątych XX wieku ciekawość była niebezpieczną przywarą nas, hiszpańskich dzieci, dorastających pośród fotografii – czasem stojących w ramkach na komodzie, czasem schowanych na dnie szuflady – młodych uśmiechniętych osób, których nigdy nie poznaliśmy.

– Kto to jest?

– To… – I byli to wujkowie, narzeczeni, kuzynki albo siostry, dziadkowie albo przyjaciele, i wszyscy bez wyjątku nie żyli.

– A kiedy umarł?

– Ojojoj… – I dorośli zaczynali się denerwować. – Bardzo dawno temu.

– Ale jak, dlaczego, co się stało?

– Podczas wojny albo tuż po wojnie, ale to smutna historia, lepiej o niej nie rozmawiać… – I na tym otoczonym tajemnicą konflikcie, o którym nikt nie chciał wspominać, chociaż uwierał dorosłych jak niezagojona rana, zainfekowana strachem lub poczuciem winy, kończyły się wszystkie rozmowy. – A odrobiłeś już lekcje? To idź się bawić. Albo nie, lepiej się wykąp, potem chcecie się myć wszyscy razem i nie starcza ciepłej wody…

W ten oto sposób, my, dzieci z lat siedemdziesiątych, nauczyliśmy się nie pytać, mimo że współcześni Hiszpanie nie lubią tego wspominać. Nie pamiętają również tego, że żyliśmy w biednym kraju, chociaż nie była to żadna nowość. My, Hiszpanie, zawsze byliśmy biedni, nawet w epoce, gdy nasi królowie panowali nad światem, a złoto z Ameryki pojawiało się na Półwyspie Iberyjskim i znikało z niego, nie pozostawiając śladu poza tumanami kurzu, który unosił się spod kół karoc jadących do Flandrii, żeby spłacić długi zaciągnięte przez Koronę. I w połowie XX wieku w Madrycie porządny płaszcz stanowił luksus, nie mogli sobie na niego pozwolić ani służące, ani robotnicy spacerujący po ulicach, żeby skrócić oczekiwanie na pociąg, który zawiezie ich bardzo daleko, do jakiejś niemieckiej fabryki albo na winobranie do Francji. Tak, bieda była przeznaczeniem wielu rodzin, jedynym dziedzictwem, jakie rodzice mogli zapisać w spadku dzieciom. Ale w tym dziedzictwie było coś jeszcze, pewien rodzaj bogactwa, którego my, Hiszpanie, nie utraciliśmy nigdy dotąd.

Dlatego najstarsi się nie boją. Przypominają sobie swoją młodość i pamiętają wszystko: chłód, inwalidów wojennych żebrzących na ulicach, przemilczenia, nerwowość ogarniającą ich rodziców za każdym razem, gdy mijali na chodniku policjanta, i stary zwyczaj, którego nie umieli, a może nie chcieli przekazać potomkom. Kiedy kawałek chleba spadał na podłogę, dorośli kazali dzieciom podnosić go i całować, zanim wracał na tacę. Ich rodziny bowiem, w czasach gdy zginęły te wszystkie osoby, o których nikt nie chciał rozmawiać, poznały, co to znaczy głód.

My, którzy jako dzieci nauczyliśmy się całować chleb, wspominamy nasze dzieciństwo i dostrzegamy ślady głodu, którego sami nigdy nie zaznaliśmy: te obrzydliwe pseudojajecznice, które smażyły nasze babcie, kiedy skończyły panierować rybę, a pozostało im jeszcze trochę jajka. Ale nie pamiętamy smutku.

Wściekłość, owszem, zaciśnięte szczęki kobiet i mężczyzn, którzy w swoim życiu doznali tylu nieszczęść, że mieli prawo załamać się kilka razy, ale trwali nadal, jakby byli z żelaza. Gdyż trzydzieści lat temu w Hiszpanii dziedziczyło się po rodzicach biedę, ale też godność, pozwalającą przeżywać tę biedę bez poczucia poniżenia, nie przestając walczyć o przyszłość. Mieszkali w kraju, w którym nędza nie była powodem do wstydu, a tym bardziej do tego, żeby dać za wygraną. Nawet Franco podczas trzydziestu siedmiu lat żelaznej dyktatury, rozpoczętej przez wojnę, którą sam rozpętał, nie zdołał sprawić, żeby jego nieprzyjaciele, nierzadko żyjący w koszmarnych warunkach, się poddali, zrezygnowali z zakładania rodzin, zrezygnowali ze szczęścia. Nie tak dawno temu szczęście było również sposobem na to, żeby przetrwać.

Potem ktoś nam powiedział, że powinniśmy zapomnieć, bo przyszłość wymaga, by puścić w niepamięć to, co było wcześniej. Że jeśli chcemy zbudować demokrację, musimy patrzeć w przód, jakby tu nigdy nic się nie stało. I zapominając o tym, co złe, my, Hiszpanie, zapomnieliśmy też o tym, co dobre. Nie zważaliśmy na to, bo byliśmy piękni, nowocześni, podążaliśmy za modą. Po co wspominać wojnę, głód, setki tysięcy zabitych, całą tę nędzę?

Tak oto, wypierając ze świadomości kobiety bez płaszczy, mężczyzn z kartonowymi walizkami i pocałunki składane na chlebie, mieszkańcy tej dzielnicy, jedynej w swoim rodzaju, a zarazem podobnej do wielu innych dzielnic jakiegokolwiek hiszpańskiego miasta, utracili więź z własną tradycją, a ona mogłaby im teraz pomóc zwalczyć tę niespodziewaną nędzę, która zaatakowała ich znienacka, z samego serca Europy, mającej uczynić z nich bogaczy. Zostali pozbawieni skarbu, którego nie można kupić za pieniądze.

Dziś mieszkańcy tej dzielnicy czują się bardziej bezbronni niż zrujnowani, pogrążeni w paraliżującym poczuciu bezradności, zdezorientowani jak rozpieszczone dziecko, któremu zabrano zabawki i które nie wie, jak ma zaprotestować, jak domagać się tego, co do niego należy, zgłosić kradzież i złapać złodziei.

Gdyby zobaczyli nas nasi dziadkowie, umarliby najpierw ze śmiechu, a potem z żalu. Bo dla nich nie byłby to żaden kryzys, najwyżej drobne przeciwności losu. Bo my, Hiszpanie, którzy przez tyle stuleci potrafiliśmy żyć w biedzie i zachować godność, nigdy wcześniej nie byliśmy tak potulni.

Nigdy, aż do dziś.

To historia spleciona z wielu historii, historia pewnej madryckiej dzielnicy starającej się przetrwać w oku cyklonu, w samym środku kryzysu, który zagroził, że wywróci wszystko do góry nogami, ale jeszcze nie zdołał tego dokonać.

W tej dzielnicy mieszkają rodziny; pary z psami lub bez psów; z dziećmi i bez nich; i osoby samotne: młode, dojrzałe i starsze; Hiszpanie i cudzoziemcy; ludzie czasem szczęśliwi, a czasem nie, najczęściej jednak szczęśliwi od czasu do czasu. Niektórzy się załamali, ale większość daje sobie jakoś radę, samodzielnie albo z pomocą innych, próbując zachować dawne rytuały, dawne zwyczaje, aby pozostać tym, kim do tej pory byli, aby sąsiedzi mogli ich rozpoznać i zawołać po imieniu.

Salon fryzjerski Amalii był o krok od katastrofy, kiedy otwarto naprzeciwko chiński salon piękności, ale klientki pozostały jej wierne. Niestety, Amalia nie miała wyjścia, musiała obniżyć ceny.

Przetrwał też bar Pascuala, chociaż coraz mniej przypomina bar, a coraz bardziej siedzibę rozmaitych stowarzyszeń: stowarzyszenia sąsiadów usiłujących zachować mieszkania komunalne, które ratusz po cichu sprzedał funduszowi spekulacyjnemu; organizacji kobiecej, gdyż nie dostała dofinansowania i straciła siedzibę; szkolnych kółek zainteresowań: im też obcięto fundusze i nie mają pieniędzy na wynajem szkolnych sal. Właścicielowi to nie przeszkadza. Pascual jest pogodnym, spokojnym mężczyzną, prosi tylko, żeby przynajmniej co trzeci członek którejkolwiek z organizacji coś zamówił. Pozostałej dwójce, jeśli nie ma innego wyjścia, podaje z uśmiechem szklankę wody.

Wiele dawnych sklepów zniknęło. Otwarto nowe, zwykle prowadzą je Chińczycy, handlujący od świtu po późną noc podstawowymi produktami spożywczymi. Cukiernia, apteka, sklep papierniczy i targ nadal znajdują się w tym samym miejscu – to ważne punkty dzielnicy, tak dawniej, jak i dziś.

Poza tym we wrześniu rozpoczyna się rok szkolny, w grudniu są święta Bożego Narodzenia, w kwietniu rozwijają się liście, w lecie nadchodzą upały, a życie dzielnicy toczy się dalej swoim trybem.

Chodźcie ze mną przyjrzeć mu się z bliska.

II. TERAZ

Rodzina Martínez-Salgado wraca z wakacji w tym samym czasie co większość madryckich rodzin. Dzielnica powoli się zapełnia.

Trzy samochody wjeżdżają do miasta jeden za drugim, w tej samej kolejności, w jakiej wyruszyły tego ranka z nadmorskiej miejscowości, odległej od stolicy o czterysta kilometrów.

W pierwszym, który przeszedł już wprawdzie dwa obowiązkowe przeglądy, ale jest duży i zadbany, wraca Pepe Martínez z rodzicami i córką Marianą.

W drugim, nieco skromniejszym, bez widocznych nalepek i tak brudnym, jakby jego właścicielka postanowiła przywieźć ze sobą pół plaży, wraca Diana Salgado z matką i młodszym synem Pablem, który urozmaicał im podróż, zadając co dwa, trzy kilometry to samo odwieczne pytanie: „Daleko jeszcze?”.

Trzeci samochód należał kiedyś do Pepego, potem do Diany, a kolekcja kolorowych nalepek na prawym krańcu przedniej szyby powiększała się na nim przez lata. Teraz prowadzi go Jose, najstarszy syn Pepego i Diany, obok niego siedzi jego dziewczyna, a z tyłu, w piekielnym narzędziu tortur zwanym transporterem, kot Tygrys.

– No i znowu w domu – wzdycha Pepe, wkładając ostatnią walizkę do windy w domu rodziców. – Wakacje zawsze mijają tak szybko! Jaka szkoda!

– Tak. – Matka wiesza mu się na szyi i całuje w policzki ze smutną miną. – Tak świetnie się bawiliśmy.

– Dziękujemy za wszystko, synku. – Ojciec przytula go delikatnie, bo od czasu gdy Pepe skończył dziesięć lat, wstydzi się objąć go mocno. – Ale idź już, żeby nie wlepili ci mandatu za złe parkowanie.

Pepe wraca do samochodu, czeka jeszcze chwilę, aż ojciec wyjdzie na balkon, pomacha mu, dając znać, że wszystko w porządku, a potem odjeżdża. Nie wie, że podczas gdy ojciec macha, jego własna matka wykrzykuje z entuzjazmem:

– Co za ulga, mój Boże! Wiesz, co mam zamiar teraz zrobić?

– Oczywiście. – Podchodzi do żony i obejmuje ją. – Zdejmiesz stanik.

– Nie, to za chwilę. Najpierw wyjdę kupić największe ucho świni, jakie tylko znajdę, a potem namoczę soczewicę…

– Oj, tak! – Potakuje i aż cieknie mu ślinka. – Koniec z sałatkami ze szpinaku i surowych pieczarek.

– I piersi indyka na kolację. Dziś zrobię tortillę z chorizo, szynką i groszkiem.

– Wspaniale! Puszczę Bambino, by to uczcić.

– Świetnie! – Ona się śmieje, unosi jedną ręką spódnicę i tańczy rumbę w rytm muzyki, która rozbrzmiewa tylko w jej głowie. – Starczy już tych wakacji!

Chwilę później, głucha na protesty matki, Diana odprowadza ją do samych drzwi.

– No cóż, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy – mówi, kładąc ostatnią torbę w korytarzu swojego rodzinnego domu. – Szkoda, prawda, mamo? Wakacje zawsze mijają za szybko!

Jednym zwinnym ruchem matka obejmuje ją, całuje i popycha delikatnie w kierunku schodów.

– Tak, ale idź już, mały został sam w samochodzie, niczego nie potrzebuję, naprawdę…

Potem zamyka drzwi, zdejmuje sandały i odrzuca je za siebie, wychodzi na balkon, by pomachać wnukowi, a kiedy samochód córki znika jej z pola widzenia, rozkłada ramiona, odwraca się na pięcie i wzdycha:

– Mój Boże, co za ulga!

Potem otwiera walizkę, wsuwa do niej rękę, jakby doskonale wiedziała, gdzie znaleźć to, czego szuka, wyjmuje paczkę papierosów i zaciąga się trzy razy z zamkniętymi oczami. Zanim pociągnie czwarty raz, idzie do kuchni, a gdy wydmuchuje dym po raz piąty, parzy sobie kawę, dokładnie taką, jak lubi, a jakiej córka nie pozwala jej pić: czarniejszą niż dusza samego szatana. Z filiżanką w ręku wchodzi do swojego gabinetu, włącza komputer, porusza myszką, naciska na ikonkę z żołnierskim hełmem i wzrusza się trochę na dźwięk muzyczki, za którą tak bardzo tęskniła.

– Przeklęci Achajowie! – mamrocze, uruchamiając grę Niech spłonie Troja w trybie multiplayer. – Andromacha wróciła! – I zapala kolejnego papierosa, wybierając kampanię, której nie zdążyła dokończyć przed wyjazdem. – Achillesie, twoje dni są policzone.

Pepe wraca do domu wcześniej niż żona i zastaje na wycieraczce biednego Tygrysa, nadal w transporterze.

– Cholerny smarkacz – mruczy Pepe, uwalniając zwierzaka z więzienia. Po chwili ma całą koszulę w wilgotnej sierści woniejącej klasycznym aromatem kociej szczyny. – Do czego mu się tak spieszy?

– Tato… – wzdycha Mariana, bardzo dojrzała jak na swój wiek siedemnastolatka, która mija go w korytarzu, szybka jak strzała, i odwraca się na chwilę w progu swojego pokoju, zanim zamknie za sobą drzwi na klucz. – Ty czasem nic nie rozumiesz.

– Jasne…

A jednak kiedy stawia kota na podłodze i rozgląda się wokół, przychodzą mu do głowy te same słowa, które wykrzykuje Mariana, włączając swój superkomputer, ze wszystkimi możliwymi ustrojstwami świata i ultraszybkim Internetem, dzięki któremu strona Google’a włącza jej się w mgnieniu oka.

– O mój Boże, co za ulga!

Nie musi już się bić z pozostałymi członkami rodziny o dostęp do jedynego laptopa ani dzielić z nikim sypialni, ani czekać na swoją kolej, żeby wziąć prysznic po powrocie z plaży, ani kąpać się w morzu z dwiema babciami trzymającymi ją za rękę, jak wtedy, kiedy miała pięć lat.

– Co za ulga! – powtarza ciszej, jakby chciała upewnić się w swoim szczęściu, porusza myszką, gładzi pieszczotliwie klawiaturę, wpatruje się w monitor w przypływie miłosnego uniesienia, potem wchodzi na Facebooka i znów znajduje to imię, które wyprowadza ją z równowagi: Andromacha. Ciągle ta Andromacha. Co za nudziara! Nie chce się odczepić…

Próbuje wyrzucić ją ze wszystkich swoich kontaktów, ale zaproszenie do grona znajomych pojawia się znowu, jak uparta plama ropy na wybrzeżu Morza Śródziemnego.

Kto to może być?, zastanawia się Mariana.

Pepe tymczasem umówił się z dwoma przyjaciółmi, że pójdą następnego dnia na mecz, pierwszy mecz na własnym boisku, i to jeszcze z przeciwnikiem, który dopiero co awansował do pierwszej ligi, prezent powitalny, małe piwko przed meczem, kilka głębszych po nim, a w poniedziałek z powrotem do pracy, och tak, pójdzie do niej z wielką ochotą, on sam we własnym gabinecie z klimatyzacją, gdzie może w spokoju projektować silniki samolotowe, czyli robić to, co doskonale potrafi, a nie rozstawiać parasole, które przewraca wiatr, ani grillować mięso, które mu się przypala, ani organizować wycieczki dla dziadków, których wszystko nudzi, ani stać pół godziny w kolejce do kasy w supermarkecie, a w dodatku potem wysłuchiwać pretensji córki, że jogurty zaraz się przeterminują, poza tym prosiłam o jogurty z błonnikiem, nie sojowe, sojowe je mama, mógłbyś się wreszcie nauczyć…

– Mój Boże, co za ulga! – wzdycha w końcu, a potem wyciąga z lodówki piwo, by wprawić się w dobry nastrój przed meczem.

I z okna w kuchni widzi samochód żony, która musi zaparkować na ulicy, bo on wprowadził swoje auto do garażu.

Pablo z oczywistych względów nie czeka, aż matka znajdzie wreszcie wolne miejsce.

Znika natychmiast, gdyż czekają na niego koledzy, wybiegają na widok samochodu, by go porwać, Felipe z piłką do kosza, Alba z otwartymi ramionami. Wszyscy troje obejmują się w przedpokoju, jakby nie widzieli się od lat, a nie od trzech tygodni. Potem Pablo idzie do pokoju, otwiera drzwi, rzuca torbę na podłogę, popycha ją nogą i znika na schodach, krzycząc na odchodnym:

– Tatooooo, wychodzę!

To jedyny członek rodziny Martínez-Salgado, który tego popołudnia nie mówi: „mój Boże, co za ulga”, ale na klatce schodowej wygłasza podobne zdanie:

– Super być z powrotem w domu! Nie mogłem się doczekać. Nie da się z nimi wytrzymać, mówię wam.

Mówiąc „oni”, ma na myśli babcię Aurorę, która chwyta go za brodę i wykrzykuje: „ależ przystojny jest ten mój wnuczek”, i babcię Adelę, czochrającą mu włosy i wzdychającą: „widziałaś, Auroro, jakiego ślicznego wnuka się doczekałyśmy?”, i dziadka Pepego, męczącego go nieustannie, żeby nauczył go układać kostkę Rubika, i ojca, z jego ciągłymi pretensjami: „Pablo, pobaw się z dziadkiem”, i matkę: „tak trudno poświęcić mu kilka minut?”, i siostrę, „Pablo, no pokaż mu”, i brata: „Pablo, nie bądź chamski, ułóż natychmiast tę cholerną kostkę”.

Diana jest ostatnia, bo musi otworzyć walizki, ale nie rozpakowuje ich do końca, przecież jutro przychodzi gosposia, przypomina sobie z uśmiechem.

Potem wrzuca brudne ciuchy do kosza na bieliznę, ale nie nastawia prania, przecież jutro przychodzi gosposia, myśli i uśmiecha się jeszcze szerzej.

Potem zagląda do lodówki i robi listę zakupów, ale nie idzie do supermarketu, zrobi to jutro gosposia, a ja mam jeszcze tydzień urlopu, myśli i uśmiech nie mieści się jej na ustach.

– Czy ktoś ma coś przeciwko temu, żebym zamówiła pizzę na kolację? – krzyczy w pustkę korytarza.

Nikt nie odpowiada, nie przypomina jej, że jest endokrynolożką, że przecież pomaga swoim pacjentom schudnąć, więc zamyka się w pokoju, włącza wentylator na suficie, zdejmuje ubrania, kładzie się na łóżku, rozkłada nogi i ramiona i znów się uśmiecha:

– Mój Boże, co za ulga!

Sofía Salgado, słysząc ten odgłos po raz pierwszy, nie rozpoznaje w nim płaczu.

Apartament jest brzydki, mały i przytłaczający. Z widokiem na morze, tak dalekie, że nawet nie wydaje się niebieskie. Z punktu widzenia mieszkanki Madrytu zupełnie nie sposób pojąć, jak to się wszystko stało: jak z tych ścian, szkieł, pościeli i mebli prowansalskich z promocji – „Umebluj całe mieszkanie za jedyne 500 euro!” – może unosić się tak koszmarna wilgoć, tutaj, w tym słońcu, które dało im się solidnie we znaki w trzy minuty, jakie zajęło im przejście z parkingu do domu. Sofía zaraz po wejściu natrafia spojrzeniem na smutnego pajaca z kolorowego szkła, stojącego na półce w charakterze ozdoby, i trójkąt wypalonych w obiciach koloru dachówek dziur po petach, ale nic nie mówi. Jej przyjaciółka Marita, jak zwykle zdecydowana i skuteczna, odsłania okna, wkłada pajaca do szuflady, podchodzi do Sofíi i kładzie jej dłoń na ramieniu.

– Lepiej?

Sofía kiwa głową i próbuje się uśmiechnąć, nie bardzo jej to wychodzi, próbuje raz jeszcze, do skutku. Bo to nie wina Marity, najlepszej przyjaciółki od czasów szkolnych, że życie Sofíi to jedna wielka katastrofa.

Co prawda Marita też źle wybrała męża, rozstała się z nim po wielu latach małżeństwa, również ma z nim syna, który spędza ostatnie dni sierpnia z ojcem, ale szczęście sprzyjało jej bardziej niż Sofíi. Maricie mąż przestał się podobać na długo przedtem, zanim on uznał, że podoba mu się inna, a poza tym nigdy nie nakryła go w jego gabinecie z osobistą trenerką, gdy oboje, nadzy, uprawiali swoje ćwiczenia na dywanie.

To właśnie spotkało Sofíę, nauczycielkę w podstawówce, pewnego wiosennego dnia, kiedy zebranie skończyło się o wiele wcześniej i wpadła na pomysł, żeby zajrzeć do pracy Agustína i wyciągnąć go na wspólny obiad. Kiedy sobie o tym przypomina, czuje nieodpartą chęć otwarcia szuflady, wyciągnięcia z niej nieszczęsnego pajacyka i wybuchnięcia płaczem, dokładnie tak samo, jak owego dnia, gdy wybiegła jak szalona z gabinetu męża, żeby poszukać schronienia w mieszkaniu Marity.

– A najgorsze jest to… Gdybyś tylko ją zobaczyła. – Tego samego popołudnia opowiedziała jej wszystko. – Trzydzieści lat, imponujące ciało, kręcone blond włosy, długie fale opadające jej na piersi… Wenus z obrazu Botticellego, nawet bez makijażu i wizyty u fryzjera, jakby przyszła na świat z tymi włosami, dziwka jedna…

– I co z tego? – Marita przerwała jej, zanim zdążyła dodać, że te cycki nawet nie wyglądały na zoperowane. – Masz trzydzieści sześć lat, moja droga, i na pewno nosisz stanik większy o co najmniej dwa rozmiary. I powtarzam: co z tego? Twój mąż będzie musiał wydać więcej na jej utrzymanie. Olej to!

– Jasne, łatwo ci mówić…

I to była prawda. Łatwo było mówić, więc Marita zamknęła się i nie wracała do tematu. Ograniczyła się do opiekowania się przyjaciółką, dotrzymywania jej towarzystwa, spędzania z nią długich godzin, dopóki nie mogła zaproponować jej czegoś atrakcyjniejszego.

– Słuchaj, pomyślałam, że mogłybyśmy wyjechać razem na tydzień, gdzieś nad morze, co? Żeby nic nie robić, tylko jeść, pić na umór, poznawać fantastycznych facetów…

W ten oto sposób znalazły się w tym ohydnym apartamencie, który w nocy, kiedy wracają z miasteczka, bez żadnego fascynującego faceta, ale za to po zbyt wielu drinkach, nie wydaje się już Sofíi taki zły. A jednak nie może usnąć. Nie upłynęły jeszcze nawet trzy miesiące, odkąd mąż zaczął ją zdradzać ze swoją trenerką, i sypianie w pojedynkę nadal wydaje jej się katorgą.

Dlatego gdy stara się przywyknąć do wąskiego materaca i wilgotnej pościeli, słyszy ten odgłos, na początku monotonny jak rytmiczny, niski pomruk, który nagle zmienia się w łoskot, niemal pisk, by potem znów opaść do stłumionego, głuchego echa. Pierwszej nocy nie potrafi go zidentyfikować; pies, myśli, a może dziecko, też nie, zbyt dobrze zna dziecięcy płacz, żeby go z czymkolwiek pomylić. Zasypia, zanim uda się jej rozwiązać zagadkę, przy śniadaniu pyta o to Maritę, ale ona zasnęła natychmiast, spała jak kamień, zawsze tak jest, kiedy przyjeżdżam nad morze, wyznaje, nic nie słyszałam. Następnego dnia – plaża, bar przy plaży, sardynki z rusztu, mojito, znów plaża, znów bar przy plaży, kolejne mojito – Sofía zapomina o tajemniczych odgłosach dobiegających z sąsiedniego apartamentu, ale w nocy znów je słyszy, i wtedy rozumie, co się dzieje za ścianą.

Od tamtej chwili poświęca więcej uwagi sąsiadowi niż własnym rozrywkom. Gdyż ten szloch, uparty i nieutulony, dobywa się z ciała i duszy samotnego mężczyzny między czterdziestką a pięćdziesiątką, o głowie ogolonej, żeby zamaskować łysinę, chudych nogach i niezbyt okrągłym brzuchu – to pewnie dzięki przebieżkom, z których wraca dwa razy dziennie, rano i po południu, zlany potem. Nie jest ani przystojny, ani brzydki, lecz atrakcyjny w ten nieświadomy, bezceremonialny sposób, w jaki bywają atrakcyjni ogoleni na zero mężczyźni, z których emanuje testosteron. Ale bije od niego smutek. Jest przede wszystkim smutnym mężczyzną.

Jak nic przyłapał swoją żonę z osobistym trenerem, myśli Sofía, i codziennie przybywa jej danych przemawiających za tą hipotezą. Apartament sąsiada ma trzy sypialnie, ale otwarte są okna tylko jednej z nich.

– A gdzie są Javi i Elena? – Któregoś dnia spotyka go w bramie, gdy rozmawia z dziećmi sąsiadów. – Kiedy przyjadą?

– No więc w tym roku – odpowiada mężczyzna, wbijając wzrok w ziemię – w tym roku raczej nie przyjadą. Przykro mi, przekażę im, że o nich pytaliście.

Innego dnia Sofía spotyka go w supermarkecie i widzi, jak wkłada do wózka sześć kartonów pełnotłustego mleka, potem patrzy na nie zdziwiony, odstawia na półkę i bierze tylko jeden karton mleka z kwasami Omega-3. A więc w dodatku masz, biedaku, wysoki cholesterol, myśli, czując niezrozumiały przypływ czułości do nieznajomego.

– Nie masz chyba zamiaru go podrywać? – pyta Marita z teatralnym grymasem na twarzy, który po chwili znika. – Chociaż jak dobrze się zastanowić, może to nie taki zły pomysł…

– Nie… – odpowiada. – Zupełnie nie o to chodzi.

Nie o to chodzi, a jednak rozpacz tego mężczyzny, który śpi za ścianą, towarzyszy jej nawet wtedy, gdy sąsiad przestaje płakać. Odgłosy bezsenności: włączenie światła, jęki materaca, kroki pomiędzy łóżkiem a łazienką usypiają ją co noc niczym kołysanka.

Nigdy nie odważyła się z nim porozmawiać, nie wie nawet, jak on ma na imię. Pierwszego dnia września, tak bardzo letniego i promiennego, jak tylko potrafią być ostatnie dni wakacji, spotykają się na schodach. Sofía schodzi z walizką, on wchodzi na górę z wielkim afiszem NA SPRZEDAŻ i madryckim numerem telefonu. Schody są tak wąskie, że nie mieszczą się na nich oboje naraz. On robi jej miejsce i się uśmiecha, ona odwzajemnia ten uśmiech i idzie dalej, nie odzywając się słowem.

– Zobacz, Sofí – mówi Marita, wskazując palcem na budynek i wkładając kluczyki do stacyjki – powiesił plakat. Mam zapisać numer telefonu?

– Chyba zwariowałaś? Daj spokój, jedźmy już!

Na schodach Sofía Salgado miała dostatecznie dużo czasu, by dostrzec kątem oka nazwę agencji nieruchomości zajmującej się sprzedażą apartamentu.

Nie ma zamiaru nigdy w życiu dzwonić do Agencji Nieruchomości Prisma, ale sama nie wie, dlaczego wraca do Madrytu w o wiele lepszym nastroju.

Carlos otwiera drzwi swoim kluczem i natychmiast zdaje sobie sprawę, że zaszło tu coś dziwnego.

– Babciu?

Od czasu gdy zaczął studia, przychodzi prawie codziennie na obiad do tego starego, spokojnego mieszkania na trzecim piętrze, gdzie parkiet tak błyszczy i meble są tak zadbane, że nie wyglądają na swoje lata. Za drzwiami zaczyna się długi korytarz, z boku jest wejście do kuchni, a z przodu do salonu, przez dwa okna balkonowe zasłonięte wydzierganymi na szydełku firankami prześwituje kaskada pelargonii we wszystkich kolorach tęczy. Jego właścicielka, chociaż skończy niedługo osiemdziesiąt lat, daje sobie radę sama. I w dodatku rozpieszcza wnuka do granic możliwości.

– Babciu…

Idąc korytarzem, dostrzega jakiś absurdalny blask migających, kolorowych światełek, którego pochodzenia nie potrafi sobie wyjaśnić. Na początku myśli, że zainstalowali jakiś nowy neon na elewacji naprzeciwko, reklamę sklepu lub coś podobnego, ale jest wpół do trzeciej, dopiero zaczęła się jesień, łagodna, pełna światła i względnie ciepła. Biorąc pod uwagę ceny prądu, nikt nie marnowałby go na podświetlanie reklamy o tej godzinie, kiedy jeszcze świeci słońce, myśli Carlos. Idzie więc korytarzem ostrożnie, krok za krokiem, widzi, że podłoga w przedpokoju jest brudna, i naprawdę czuje strach. Bez wątpienia dzieje się tu coś dziwnego. Brud, w jakiejkolwiek postaci, jest absolutnie niezgodny z charakterem babci, ale kiedy się schyla, widzi okruch czegoś białego, potem następny i kolejny. Przypominają okruszyny chleba, lecz kiedy naciska je palcem, zdaje sobie sprawę, że to kawałki styropianu, takiego, jakiego używa się do ochrony delikatnych pakunków. Tego już za wiele, dlatego woła babcię po raz trzeci, tym razem po imieniu i głośniej niż poprzednio.

– Martina!

Idzie dalej, aż w końcu czuje zapach, który każe mu przystanąć. Babcia jest głucha jak pień, ale nadal gotuje, że klękajcie narody, a z kuchni unosi się aromat pisto. Nie takiej zwykłej potrawki z cukinii, jaką robi jego matka w malakserze, bez którego nie może już żyć, a wychodzi jej pomarańczowe purée, mdłe i nijakie, nie sposób odróżnić papryki od cukinii, ale pisto babci, w którym prawdziwe pomidory usmażone są oddzielnie, gdzie papryka jest papryką, cebula cebulą, o cukinii nawet nie wspominając. Cudowna potrawa, w której to, co ma być chrupkie, chrupie, to, co ma być miękkie, jest miękkie, a nos Carlosa wyczuwa nieomylnie tę apetyczną woń. Uspokaja się na chwilę, a potem przez myśl przechodzi mu niepokojąca możliwość, że Martina zemdlała, kiedy skończyła przyrządzać obiad. Biegnie do kuchni, ale nikogo w niej nie ma.

– Ojej, kochanie, ależ mnie wystraszyłeś.

Carlos odwraca się i widzi babcię w drzwiach, z ręką na piersi.

– Poczekaj, muszę włączyć aparat. – Przez chwilę gmera przy uchu, a potem rozkłada ramiona i podchodzi do wnuka. – Jak się masz, kochanie? Jak zajęcia?

Carlos obejmuje ją i całuje wiele razy, a potem wyznaje, że to ona napędziła mu stracha i że dzieje się tu coś podejrzanego.

– Zauważyłeś? – Martina uśmiecha się jak dziewczynka, która coś przeskrobała. – Spryciarz z ciebie. Zaraz ci pokażę, ale najpierw musisz zamknąć oczy. Bo to niespodzianka!

Słucha jej, napawając się spokojem, który nastał po chwili paniki. Wyciąga rękę do staruszki, żeby poprowadziła go tak samo, jak kiedy był mały. Ona wiedzie go korytarzem, uprzedza o przeszkodach, zakrętach, a wnuk bez trudu domyśla się, że zmierzają do salonu, iskrzącego się od kolorowych blasków, od których wszystko się zaczęło.

– Teraz już możesz spojrzeć. – I Carlos posłusznie otwiera oczy. – Tadam…

Ogromna choinka, którą on sam musiałby ubrać za trzy miesiące, pełna jest bombek, gwiazdek, aniołków, krasnali, domków, a ze dwieście chyba lampek miga bez przerwy różnobarwnymi światełkami, od purpurowych po bladożółte. Carlos przygląda się temu chwilę z otwartymi ustami, rozpoznaje ozdoby, bombkę w kształcie słonecznika, którą rodzice przywieźli z miodowego miesiąca, porcelanowe aniołki kupowane przez babcię na pierwsze Boże Narodzenie każdemu z jej wnuków, gwiazdkę z kolorowego kartonu, którą zrobił sam jeszcze w podstawówce, urocze ozdoby z kolorowego szkła, w kształcie wydłużonych płomieni, pamiątki Martiny z dzieciństwa. Ten widok wyjaśnia wszystko: blaski w korytarzu, brudną podłogę, milczenie babci, ale Carlosa znów ogarnia niepokój. Babcia to zauważa, lecz tylko się uśmiecha.

– Wszystko ze mną w porządku, zapewniam cię, doskonale wiem, że mamy wrzesień, nie zwariowałam, ale… Ty wychodzisz, masz kontakt ze światem, bawisz się. Ja siedzę tu całymi dniami, słucham radia, oglądam telewizję, w kółko trąbią, że nie ma przyszłości, że nie ma pracy, że prywatyzują szpitale, że mają zamknąć naszą przychodnię, obniżą mi emeryturę… Wychodzę tylko do fryzjera, a tam ta sama śpiewka. Zrób sobie pasemka, nie mogę, nie mam pieniędzy, a twoja siostra, dawno jej nie widziałam, no tak, wiesz, zwolnili jej męża, a mojemu za miesiąc kończy się umowa, mój syn jeszcze nic nie znalazł, i tak wszystkie co do jednej, ciągle to samo, problemy i smutki…

Martina zawiesza głos, opiera się o poręcz fotela, a potem wyciąga z kieszeni fartucha chustkę, by osuszyć łzy, które nie zdążyły się jeszcze pojawić, i znów spogląda na Carlosa.

– Póki nie zwolnili twojej matki, jakoś się tym nie przejmowałam. Biedna Marisa, inteligentna, wykształcona, perfekcjonistka w każdym calu. To takie niesprawiedliwe. Tyle lat w tej samej firmie i nagle, z dnia na dzień… Przecież miała umowę na czas nieokreślony. I to w państwowej telewizji. Jak mogą zwalniać ludzi z państwowej telewizji?

– Uchwalając ustawy, które to umożliwiają, babciu. – Carlos podchodzi do Martiny, siada obok i ją przytula. – Ale mama prędzej czy później znajdzie pracę, nie przejmuj się.

– Sama nie wiem, w jej wieku… – Wnuk uświadamia sobie, że babcia naprawdę uzależniła się od serwisów informacyjnych. – Poza tym to, co się dzieje, jest okropne. Póki widzimy, że nieszczęście dotyka innych, mówimy: nic się nie stało; dopóki nie dotknie nas… I oczywiście w końcu nas spotkało, musiało nas spotkać, dlaczego mielibyśmy być lepsi, podczas gdy inni padają jak muchy? Gdybym była młodsza, nie martwiłabym się tak bardzo, bo jeśli chodzi o kryzysy, sporo już ich przeżyłam, o wiele gorszych. Ale my dawaliśmy sobie radę, byliśmy silni, przywykliśmy do cierpienia, emigracji, walki o swoje, a teraz… Nie obraź się, ale nie jesteście ulepieni z tej samej gliny co my. Można was utopić w szklance wody. Zaczęłam się zastanawiać, co mogę zrobić, żeby poprawić sobie nastrój, dodać mojej rodzinie otuchy. Jak mam dać jej do zrozumienia, że nie trzeba przyjmować tego, co nas spotyka, z taką biernością, lecz stawić czoło sytuacji, starać się ją naprawić, nie przyjmować do wiadomości całej tej ruiny? Wiem, może wydawać ci się to błahostką, ale mam już dość widoku smutnych ludzi, a nie zostało mi zbyt wiele czasu, więc…

– Nie mów tak, babciu…

– Dlaczego? A co mam powiedzieć? Skończę niedługo osiemdziesiąt lat. Ile mi zostało? Pięć, może dziesięć.

– Albo dwadzieścia – odpowiada Carlos, nie patrząc jej w oczy.

– Niech ci będzie, może dwadzieścia. – Martina uśmiecha się na myśl o optymistycznych kalkulacjach wnuka. – Ty masz dwadzieścia, a jeszcze nic w życiu nie przeżyłeś. Rzecz w tym, że nie chcę spędzić ostatnich lat przytłoczona smutkiem, rezygnacją, która osacza mnie ze wszystkich stron. Nie chcę, nie mam ochoty, powiedziałam więc sobie: spłatam figla kalendarzowi. Wiesz, jak bardzo lubię ubierać choinkę, zapalać lampki, wiesz, jak lubię te bożonarodzeniowe tradycje.

Wnuk patrzy na nią, patrzy na choinkę, znów patrzy na nią.

– Wesołych wrześniowych świąt, babciu.

Ona śmieje się głośno i wpada mu w objęcia.

– Wesołych świąt, kochanie. Wesołych świąt…

Chinki pojawiają się nagle. Nagle i po cichu.

– Amalio, za długo już mam tę farbę na głowie.

– Spokojnie, zostało ci jeszcze dziesięć minut.

Pewnego dnia, wchodząc rano do zakładu fryzjerskiego, Amalia widzi zamieszanie w lokalu naprzeciwko: drzwi otwarte na oścież, nieprzepisowo zaparkowana furgonetka, osiem Chinek – pięknych, szczupłych, niewysokich, o czarnych prostych włosach obciętych w połowie szyi – wyładowuje puszki z farbą. Wszystkie ubrane są tak samo: w białe spodnie i białe koszulki. Wszystkie mają identyczne, nieskazitelnie białe tenisówki, a na twarzach maseczki. Wszystkie poruszają się z gracją baśniowych wróżek. Poszczęściło się właścicielom lokalu z naprzeciwka, myśli wówczas fryzjerka: szybko znaleźli kolejnego najemcę po tym, jak zbankrutował ten z kurczakami z rożna.

– Czemu gapisz się na nie cały boży dzień?

– Patrzę, bo mam oczy. Nic ci do tego. Zostało ci – spogląda na zegarek – jeszcze osiem minut. Poczytaj sobie i daj mi spokój.

Tego samego dnia zaczynają malować. Poważne, zdyscyplinowane, pracowite jak mróweczki, dzielą się na cztery ekipy, po dwie na każdą ścianę, i natychmiast zabierają się do roboty: jedna maluje górną część ściany pędzlem na długim kiju, druga zaś dół, używając wałka. Z okien swojego zakładu fryzjerskiego Amalia patrzy na nie z podziwem. Nie miała pojęcia, że Chińczycy, a tym bardziej Chinki, zajmują się malowaniem ścian. Myśli, że mogłaby je zatrudnić, by odmalowały w lecie ten zakład, nie widziała bowiem nigdy, by ktoś malował tak starannie i szybko. Naprawdę miło popatrzeć, jak pracują, mówi na głos, jakby zapraszała swoje pracowniczki i klientki do oglądania spektaklu z naprzeciwka. Później wiele razy będzie żałować, że w porę nie ugryzła się w język.

– No dobra, zapraszam do umywalki, zmyję ci farbę.

– Ale minęło osiem minut? Żeby się nie okazało, że nie pokryje mi odrostów.

Czterdzieści osiem godzin później Amalia nie przygląda się im już z takim zachwytem. Bo te same dziewczyny, w tych samych białych strojach i tych samych nieskazitelnych tenisówkach, znów rozładowują furgonetkę, ale tym razem nie wyjmują z niej puszek farby, tylko części drewnianych mebli pomalowanych na biało. Więc nie tylko malują, myśli fryzjerka, ale w takim razie czym naprawdę się zajmują? Może stolarstwem, zgaduje, remontami, malowaniem, gdyż z tą samą godną podziwu, spokojną skutecznością, którą wykazały się dwa dni wcześniej, pracują w parach, skręcając niewielkie meble, trochę podobne do stołu, a trochę do lady. Amalię ogarniają nagle złe przeczucia.

– Chce zobaczyć, czy to ciągle te same, czy się zmieniają – szepce Lorena na ucho wścibskiej klientce.

– Ale dlaczego?

Zanim zobaczy stoły i krzesła, które składają Chinki, Amalia sądzi, że dawny lokal z kurczakami z rożna zmieni się w jeden z tak popularnych w Madrycie sklepów spożywczych prowadzonych przez Chińczyków, ze słodyczami, konserwami, pieczywem, kilkoma lodówkami pełnymi napojów chłodzących i piwa. Kiedy okazuje się, że intuicja ją zawiodła, czuje rozczarowanie i jakiś nieokreślony lęk, jakby te dziewczyny, które tak bacznie obserwuje, nie miały prawa zaskakiwać ją innym rodzajem działalności niż ta, jaką dla nich przewidziała. To nie będzie sklepik spożywczy, na pewno nie, ale do czego mogą potrzebować dwóch rzędów stołów, każdy z dwoma stanowiskami pracy do korzystania na przemian.

– To gruba przesada! Chyba złożę skargę, nie na nie, na ich szefa, kierownika… ale wszystkie wydają się identyczne, żadna nie wygląda na szefową.

– Daj spokój, przecież to nie burdel.

Osobiście wolałaby burdel.

Burdel, albo nawet dyskotekę dla gangsterów, a nawet jakiś biznes będący tylko przykrywką dla handlu narkotykami, cokolwiek, myśli Amalia. Wygląda przez okno i udaje, że nie słyszy szeptów przy umywalce. Bo to, co wyrabiają Chinki z naprzeciwka, to rozbój w biały dzień, manicure hybrydowy za osiem euro to ma być ich działalność, kraść, oszukiwać, nieuczciwie konkurować z nią i innymi fryzjerkami w tej dzielnicy. W dniu, w którym podświetlany szyld MANICURE SZANGHAJ rozwiał wszystkie jej wątpliwości, Amalia poczuła się bezradna jak mała dziewczynka. Całe godziny płakała, rozpaczała, krztusiła się ze złości między kolejnymi kubkami melisy. Następnego dnia nie poszła do pracy. Punkt ósma rano stawiła się w ratuszu, spróbowała złożyć skargę, nie pozwolili jej, poinformowali, że dokumenty Chińczyków są w porządku. Od tamtej pory żyje przyklejona do okien swojego zakładu i co noc przed snem zażywa walerianę.

– To po prostu niemożliwe…

Amalia odchodzi od okna i żali się swoim klientkom, dziś ma tylko trzy, wszystkie trzy przyszły na farbę, bo nikogo już nie stać na to, żeby się uczesać.

– Niemożliwe, nie potrafię tego zrozumieć. Przecież płacę wszystkie podatki, podatek od nieruchomości też, składki na ubezpieczenie moich pracowniczek, rachunki za wodę i prąd… i mimo wszystko musiałam wyrzucić biedną Mercedes, bo nawet z kuponami zniżkowymi inkasowałyśmy za manicure hybrydowy osiemnaście euro, nie dało się zejść z tej ceny, nie mówiąc o podatku VAT, którego podwyżkę przełknęłam, nie podnosząc cen. Jakim cudem one, płacące te same podatki co ja, mogą brać za to osiem euro? Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem, jak to jest możliwe?

Zapada cisza. Lorena, pracująca tu od wiosny jako praktykantka, skupia się na głowie, którą właśnie myje, by nie podsuwać szefowej złych pomysłów. Marisol, fryzjerka najdłużej pracująca w zakładzie, wspomina biedną Mercedes, zawijając kolejne wałki na głowie pani Domínguez. Sandra, najmłodsza z nich wszystkich i zarazem najbardziej zdenerwowana, bo to ona jest pierwsza w kolejce, gdyby trzeba było redukować personel, manipuluje szczotką i suszarką z niemal bolesną intensywnością.

– Aj! Znów mnie oparzyłaś!

Chyba naprawdę ją oparzyła, bo María Gracia nigdy się nie skarży. Nie zagląda tu zbyt często. Jest Hiszpanką, ale jej rodzice wyemigrowali do Wenezueli, kiedy była mała. Przywiozła stamtąd dwuczłonowe imię i karaibski akcent i za godzinę swojej pracy nie zarabia więcej niż Chinki za swój manicure, chociaż jest pewna, że pracuje o wiele ciężej od nich. María Gracia jest sprzątaczką i tyra jak wół, ale jedyne luksusy, na jakie może sobie pozwolić, to śniadanie w barze i, od czasu do czasu, wizyta u fryzjera, tylko na farbę oczywiście.

– Bardzo przepraszam. – Sandra uśmiecha się do niej w lustrze. – Spieszę się, zwykle masz tak mało czasu…

Amalia spogląda nagle na klientkę. Scena przypomina kreskówkę, w której Chinki z przeciwka byłyby wróżkami, a w jej głowie zapala się nagle żarówka.

– Kiedy zobaczysz Martinę – zwraca się do Maríi Gracii – powiedz, żeby zajrzała do nas czasem. – Bo Amalia ma w pamięci wszystkie klientki, które ją zdradziły i poszły do tańszej fryzjerki, te, które oszczędzają na siłę. – Pewnie ma już okropne odrosty.