Strona główna » Obyczajowe i romanse » Pod szkarłatnym niebem

Pod szkarłatnym niebem

5.00 / 5.00
  • ISBN:

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Pod szkarłatnym niebem

Oparta na wydarzeniach z życia zapomnianego bohatera bestsellerowa powieść Pod szkarłatnym niebem to triumfalna historia niezwykłej odwagi i wytrzymałości pewnego młodego człowieka w jednym z najmroczniejszych okresów historii.

Pino Lella nie chce mieć nic wspólnego z wojną czy nazistami. Jest zwyczajnym włoskim nastolatkiem, którego myśli krążą wokół muzyki, jedzenia i dziewcząt – lecz dni jego niewinności są policzone. Gdy mieszkanie rodziny Lellów w Mediolanie zostaje zniszczone podczas alianckiego bombardowania, Pino przyłącza się do kolei podziemnej pomagającej Żydom w ucieczce przez Alpy i zakochuje w Annie, starszej od niego o sześć lat pięknej wdowie.

Rodzice Pina, chcąc zapewnić mu bezpieczeństwo, zmuszają go, by zaciągnął się do niemieckiej armii. Sądzą, że to posunięcie uchroni go przed walką. Jednak gdy młody Pino zostaje ranny, po wyjściu ze szpitala zostaje zwerbowany na osobistego kierowcy lewej ręki Adolfa Hitlera we Włoszech, generała Hansa Leyersa, jednego z najbardziej tajemniczych i potężnych dowódców Trzeciej Rzeszy.

Dzięki temu zyskuje możliwość prowadzenia działalności szpiegowskiej dla aliantów wewnątrz niemieckiego Głównego Dowództwa. Pino przeżywa horrory wojny i nazistowską okupację walcząc w sekrecie, a jego odwagę podtrzymuje miłość do Anny i marzenia o wspólnej przyszłości.

Ta porywająca saga historyczna o miłości spodoba się fanom książek Światło, którego nie widać, Słowik i Niezłomny.

Prawa sprzedane do 22 krajów. Wkrótce pojawi się ekranizacja powieści z Tomem Hollandem w roli głównej, wyprodukowana przez Pascal Pictures.

Polecane książki

Surfing i medycyna to dwie wielkie pasje doktora Sama Webstera. A Zoe? To tylko kolejna kobieta, a otacza go ich całe mnóstwo. Żadnej zbyt blisko do siebie nie dopuszcza. Tak się jednak złożyło, że wobec Zoe ma dług wdzięczności i koniecznie chce go spłacić. Zoe nie przyjęła prezentu, ale...
Attyla (łac. Attila z goc. dosłownie „Mały ojciec”, „Ojczulek”), zwany też „Biczem Bożym” (ur. 406, zm. 453) – władca Hunów w latach 445-453. Razem ze swoim bratem Bledą stworzył imperium, które sięgało od Danii po Bałkany i od Renu aż do Morza Kaspijskiego. Attyla urodził się w 406, jako syn Mundzu...
Doktor Juliette Allen zrezygnowała z luksusowego życia u boku ojca w Indianapolis, znalazła pracę w stolicy Kostaryki, a weekendy spędzała jako wolontariuszka w szpitaliku w kostarykańskiej dżungli. Kierował nim Damien Caldwell, niegdyś chirurg w szpitalu klinicznym w Seattle. Juliette zastanawia si...
Dramatyczne konsekwencje destrukcyjnych sekretów, przemilczanych problemów i braku porozumienia. Trzynastoletni Theo i jego przyjaciel Mathis niemal codziennie po kryjomu piją alkohol. Helene, ich nauczycielka, podejrzewa, że z Theo dzieje się coś niedobrego. Kobieta, owładnięta obsesją na punkci...
Ponoć łatwiej  jest zginąć w ataku terrorystycznym niż wyjść za mąż po czterdziestce. Pomyślałam – co szkodzi spróbować? Zarejestrowałam się na portalu randkowym i tak zaczęła się moja przygoda z układaniem sobie życia......
Najnowsza aktualizacja Kodeksu karnego uwzględniająca zmiany prawne wynikające z wejścia w życie ustawy poszerzającej granice obrony koniecznej. Publikacja zawiera tekst jednolity ustawy Kodeks Karny wraz z przepisami wprowadzającymi. Zaletą książki jest jej praktyczny, poręczny format, prze...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Mark Sullivan

OkładkaStrona tytułowaPrzedmowa

Na początku lutego 2006 roku miałem czterdzieści siedem lat i przechodziłem najgorszy okres w życiu.

Mój młodszy brat, a zarazem najlepszy przyjaciel, zapił się na śmierć poprzedniego lata. Napisałem powieść, która nikomu się nie podobała, byłem uwikłany w spór dotyczący interesów i stałem na skraju bankructwa.

Pewnego dnia, podczas samotnej jazdy o zmierzchu przez Montanę, zacząłem rozmyślać o swoich polisach ubezpieczeniowych. Dotarło do mnie, że o wiele więcej byłem wart dla rodziny martwy niż żywy. Rozważałem, czy nie wjechać samochodem w podporę autostrady. Padał śnieg, widoczność była słaba. Nikt nie podejrzewałby samobójstwa.

Nagle wyobraźnia ukazała mi w śnieżnej zamieci moją żonę i synów. Zmieniłem zdanie. Gdy zjechałem z autostrady, wstrząsały mną spazmy. Zrozpaczony i bezradny pochyliłem głowę i zacząłem błagać Boga i Wszechświat o pomoc. Modliłem się o jakąś historię, opowieść ważniejszą od moich losów, projekt, w którym mógłbym się zatracić.

Wierzcie lub nie, ale jeszcze tego samego wieczoru, na przyjęciu w Bozeman w stanie Montana – któż by się spodziewał, że zdarzy się to właśnie tam – usłyszałem fragmenty niezwykłej, nieopowiedzianej dotąd historii z czasów II wojny światowej. Bohaterem tej opowieści był siedemnastoletni Włoch.

W pierwszej chwili pomyślałem, że historia życia Pina Lelli, tocząca się w ostatnich dwudziestu trzech miesiącach wojny, nie może być prawdziwa. Z pewnością usłyszelibyśmy o niej wcześniej. I wtedy się dowiedziałem, że Pino nadal żyje. Wrócił do Włoch po prawie trzydziestu latach spędzonych w Beverly Hills i Mammoth Lakes w Kalifornii.

Zadzwoniłem do niego. Z początku pan Lella nie był skory do rozmowy ze mną. Powiedział, że nie jest żadnym bohaterem, raczej tchórzem, czym jeszcze bardziej mnie zaintrygował. Po kilku kolejnych rozmowach telefonicznych zgodził się ze mną spotkać, jeśli tylko przyjadę do Włoch.

Poleciałem do Włoch i spędziłem trzy tygodnie z Pinem w starej willi w miasteczku Lesa nad jeziorem Maggiore, na północ od Mediolanu. Pino miał wówczas siedemdziesiąt dziewięć lat, ale był postawnym mężczyzną, silnym, przystojnym, czarującym i zabawnym. Godzinami słuchałem, jak przywoływał dawne dzieje.

Niektóre wspomnienia Pina były tak obrazowe, że miałem wrażenie, iż oglądam film. Inne wymagały doświetlenia wielokrotnie powtarzanymi pytaniami. Niektórych wydarzeń i postaci gospodarz unikał, opowiadając o nich zdawkowo; o innych wcale nie chciał mówić. Gdy naciskałem na starszego pana, aby jednak podzielił się ze mną wspomnieniami tych bolesnych chwil, wypowiadane przez niego słowa obu nas doprowadzały do płaczu.

Podczas tamtej pierwszej podróży rozmawiałem też w Mediolanie z historykami zajmującymi się tematem zagłady Żydów i przeprowadziłem wywiady z księżmi katolickimi oraz członkami partyzanckiego ruchu oporu. Odwiedziłem z Pinem wszystkie najważniejsze miejsca. Jeździłem na nartach i chodziłem po górach, aby lepiej poznać drogi ucieczki przez Alpy. Podtrzymywałem starszego pana, gdy omdlał z rozpaczy na Piazzale Loreto, i patrzyłem, jak przeszywają go fale bólu po przeżytej stracie na ulicach pod Castello Sforzesco. Pokazał mi, gdzie po raz ostatni widział Benita Mussoliniego. Patrzyłem na jego drżącą rękę, gdy w wielkiej mediolańskiej katedrze, zwanej Duomo, zapalał świeczkę za pomordowanych i umęczonych.

Przez ten cały czas słuchałem wspomnień dotyczących dwóch lat niezwykłego życia: siedemnastoletni Pino musiał dorosnąć, a osiemnastoletni był już starcem. Opowiadał mi o swoich wzlotach i upadkach, próbach i triumfach, miłości i złamanym sercu. Moje własne problemy wydały mi się wtedy niewiele znaczące w porównaniu z tym, co przeżył Pino. Jego spostrzeżenia dotyczące tragedii życiowych pozwoliły mi spojrzeć na wiele spraw inaczej. Mój stan psychiczny zaczął się poprawiać, a Pino i ja zaprzyjaźniliśmy się. Gdy wróciłem do domu, czułem się lepiej niż przez wiele ostatnich lat swojego życia.

Tamta podróż prowadziła do kolejnych czterech w ciągu następnej dekady, co pozwoliło mi na zgłębienie historii Pina pomiędzy pisaniem innych książek. Konsultowałem ją z pracownikami Jad wa-Szem w Izraelu, największego ośrodka pamięci i edukacji o Holocauście, oraz z historykami we Włoszech, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Spędziłem wiele tygodni w archiwach wojskowych tych trzech krajów oraz Wielkiej Brytanii.

Przeprowadziłem wywiady z żyjącymi naocznymi świadkami – przynajmniej tymi, których udało mi się odnaleźć – aby potwierdzić różne wydarzenia z relacji Pina, a także z potomkami i przyjaciółmi tych dawno zmarłych, między innymi z Ingrid Bruck, córką tajemniczego nazistowskiego generała, który komplikuje sedno tej opowieści.

Gdy tylko było to możliwe, trzymałem się faktów z owych archiwów, wywiadów i relacji świadków. Prędko jednak zrozumiałem, że w związku z powszechnym paleniem nazistowskich dokumentów pod koniec II wojny światowej, papierowy trop otaczający przeszłość Pina jest mocno niekompletny.

Pracę utrudniała mi także swoista zbiorowa amnezja, jaka dotknęła Włochy i Włochów po wojnie. Napisano stosy książek o lądowaniu w Normandii, kampaniach aliantów na terenie Europy Zachodniej i wysiłkach dzielnych ludzi, którzy ryzykowali życie, aby ratować Żydów w innych krajach europejskich. Ale okupacji Włoch przez nazistów, jak również katolickiej kolei podziemnej, utworzonej w celu ratowania włoskich Żydów, poświęcono znikomą uwagę. Około 60 000 alianckich żołnierzy zginęło w walkach o wyzwolenie Włoch. Około 140 000 Włochów zginęło podczas nazistowskiej okupacji. A jednak tak niewiele napisano o bitwie o Włochy, że historycy zwykli nazywać ją „zapomnianym frontem”.

Za znaczną część amnezji odpowiadali sami ocalali Włosi. Jak powiedział mi pewien partyzant: „Byliśmy wciąż młodzi, chcieliśmy zapomnieć. Chcieliśmy zostawić za sobą te straszne doświadczenia. We Włoszech nie mówi się o II wojnie światowej, więc nikt o niej nie pamięta”.

W związku z paleniem dokumentów, zbiorową amnezją oraz śmiercią tak wielu bohaterów tej historii, jeszcze zanim ją poznałem, miejscami byłem zmuszony konstruować sceny i dialogi wyłącznie w oparciu o to, co pozostało w pamięci Pina wiele dziesięcioleci później. Posiłkowałem się nikłymi ocalałymi dowodami i wyobraźnią, zasilaną kwerendą i domysłami snutymi na podstawie strzępków informacji. W pewnych wypadkach łączyłem lub skupiałem wydarzenia i postaci, by zachować spójność narracji, i adaptowałem na potrzeby tekstu fakty przedstawione mi w o wiele bardziej okrojonej formie.

Dlatego też, w rezultacie tych zabiegów, historia, którą przeczytacie, nie jest dziełem narracyjnej literatury faktu, lecz powieścią biograficzną i historyczną, która opowiada o tym, co przydarzyło się Pinowi Lelli między czerwcem 1943 a majem 1945 roku.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Niechaj nikt nie śpi

Miłość wszystko zwycięża– Wergiliusz

Rozdział pierwszy

9 czerwca 1943

Mediolan, Włochy

1

Podobnie jak liczni faraonowie, cesarze i tyrani przed nim, Duce był świadkiem rozkwitu i nieuchronnego upadku swego imperium. Zaiste, tamtego popołudnia późną wiosną władza wymykała się z rąk Benita Mussoliniego, tak jak radość ucieka z serca młodej wdowy.

Sponiewierane wojska faszystowskiego dyktatora wycofały się z Afryki Północnej. Siły alianckie czekały w gotowości u wybrzeży Sycylii. A Adolf Hitler codziennie wysyłał kolejne oddziały i posiłki na południe, aby umocnić włoski but.

Pino Lella wiedział o tym wszystkim z raportów BBC, których co noc słuchał przez swój odbiornik krótkofalowy. Na własne oczy widział, że nazistów przybywało, gdziekolwiek się ruszył. Ale spacerując średniowiecznymi uliczkami Mediolanu, Pino beztrosko ignorował siły konfliktu zacieśniające się wokół niego. Druga wojna światowa była dla niego jedynie komunikatem radiowym, znikającym po wysłuchaniu – natychmiast wypierały go trzy ulubione tematy Pina: dziewczęta, muzyka i jedzenie.

W końcu miał tylko siedemnaście lat. Wysoki i tyczkowaty – metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, siedemdziesiąt pięć kilogramów – o dużych dłoniach i stopach, niesfornej czuprynie i widocznym trądziku, był przy tym tak nieporadny, że żadna z dziewcząt, które zapraszał do kina, nie zgodziła się mu towarzyszyć. A jednak, jak to miał w naturze, Pino nie zrażał się niepowodzeniami.

Pewnym krokiem wszedł z przyjaciółmi na plac przed Duomo, wielką gotycką Katedrą Narodzin Świętej Marii, stojącą w samym sercu Mediolanu.

– Dzisiaj poznam piękną dziewczynę – oświadczył Pino, wymachując palcem w stronę szkarłatnego, groźnego nieba. – Połączy nas szalona, tragiczna miłość i przeżyjemy wspaniałe przygody, a każdy dzień będzie wypełniony muzyką, jedzeniem, winem i romansem.

– Marzyciel – skwitował to Carletto Beltramini, najlepszy przyjaciel Pina.

– Wcale nie – prychnął Pino.

– Jasne, że tak – potwierdził Mimmo, brat Pina, młodszy od niego o dwa lata. – Zakochujesz się w każdej ładnej dziewczynie, którą zobaczysz.

– Ale żadna nie odwzajemnia jego miłości – zauważył Carletto. Drobny i pyzaty, był o wiele niższy od Pina.

– To prawda – przytaknął Mimmo, najniższy z całej trójki.

– Nie macie w sobie za grosz romantyzmu – zbył ich obu Pino.

– Co oni tam robią? – spytał Carletto, wskazując na grupy mężczyzn wokół Duomo.

Niektórzy umieszczali wycięte z drewna formy w otworach, gdzie zwykle znajdowały się okna witrażowe. Inni przenosili worki z piaskiem z ciężarówek na mur rosnący wokół podstawy budowli. Jeszcze inni montowali reflektory pod czujnym okiem grupki księży stojących w pobliżu podwójnych głównych drzwi katedry.

– Pójdę sprawdzić – zaproponował Pino.

– Ja będę pierwszy – oznajmił jego młodszy brat i pobiegł w stronę robotników.

– Mimmo we wszystkim widzi zawody – zauważył Carletto. – Musi się nauczyć panować nad sobą.

– Jeśli wiesz, jak miałby to zrobić, powiedz to mojej matce – Pino rzucił przez ramię ze śmiechem.

Ominąwszy robotników, Pino podszedł od razu do księży i delikatnie dotknął ramienia jednego z nich.

– Przepraszam, ojcze.

Około dwudziestopięcioletni kleryk dorównywał wzrostem Pinowi, ale był od niego bardziej masywny. Odwrócił się, zmierzył nastolatka wzrokiem – nowe buty, szare lniane spodnie, świeżo wyprasowana biała koszula i zielony fular, który matka podarowała mu na urodziny – a potem spojrzał mu prosto w oczy, jakby potrafił zajrzeć w głąb jego umysłu i poznać grzeszne nastoletnie myśli.

– Jestem w seminarium – oświadczył. – Nie mam święceń. Ani koloratki.

– Och… Przepraszam. – Pino się speszył. – Chcieliśmy tylko zapytać, dlaczego montujecie lampy.

Zanim tamten zdążył mu odpowiedzieć, przy prawym łokciu seminarzysty pojawiła się sękata dłoń. Gdy młody mężczyzna się odsunął, Pino ujrzał niskiego, szczupłego księdza po pięćdziesiątce, w białej szacie i czerwonej piusce. Pino od razu go rozpoznał. Poczuł się nieswojo i padł na kolano przez kardynałem Mediolanu.

– Księże kardynale – powiedział Pino z pochyloną głową.

– Powinieneś powiedzieć: Wasza Eminencjo – skarcił go surowo seminarzysta.

Pino podniósł wzrok, zmieszany.

– Moja angielska niania uczyła mnie, abym zwracał się do kardynała „księże kardynale”, jeśli kiedykolwiek jakiegoś spotkam.

Twarz srogiego młodego kleryka zastygła w grymasie, ale kardynał Ildefonso Schuster roześmiał się dobrotliwie.

– On chyba ma rację, Barbareschi – powiedział. – W Anglii tytułowano by mnie „księże kardynale”.

Kardynał Schuster był w Mediolanie zarówno sławny, jak i potężny. Jako katolicki przywódca północnych Włoch i człowiek cieszący się posłuchem papieża Piusa XII, kardynał często pojawiał się w gazetach. Pino uważał wyraz twarzy Schustera za jego najbardziej charakterystyczny element; uśmiech emanował życzliwością, lecz w oczach czaiła się groźba potępienia.

– Jesteśmy w Mediolanie, Wasza Eminencjo, a nie w Londynie – sprostował wyraźnie urażony seminarzysta.

– To nie ma znaczenia – odparł Schuster. Położył dłoń na ramieniu Pina i polecił mu wstać. – Jak ci na imię, młodzieńcze?

– Pino Lella.

– Pino?

– Moja matka nazywała mnie Giuseppino – wyjaśnił Pino i podźwignął się. – Zostało „Pino”.

Kardynał Schuster spojrzał na „Józinka” i roześmiał się.

– Pino Lella. Takiego imienia się nie zapomina.

Pino nie rozumiał, dlaczego ktoś taki jak kardynał miałby powiedzieć coś takiego, i poczuł się zakłopotany. Zapadła cisza.

– Spotkałem księdza już wcześniej, księże kardynale – wypalił nagle Pino.

Jego słowa zaskoczyły Schustera.

– Gdzie to było?

– W Casa Alpina, na koloniach u ojca Re nad Madesimo. Wiele lat temu.

Kardynał Schuster uśmiechnął się.

– Pamiętam tę wizytę. Powiedziałem wtedy ojcu Re, że jest jedynym księdzem we Włoszech z katedrą wspanialszą niż Duomo i Katedra Świętego Piotra. Młody Barbareschi będzie pracował u ojca Re w przyszłym tygodniu.

– Polubi go ksiądz. Casa Alpina też się księdzu spodoba – powiedział Pino. – Bardzo dobra okolica na wspinaczki.

Tym razem Barbareschi szczerze się uśmiechnął.

Pino ukłonił się niepewnie i zaczął się wycofywać, co jeszcze bardziej rozbawiło kardynała Schustera.

– Myślałem, że ciekawiły cię lampy?

Pino przystanął.

– Tak?

– To mój pomysł – wyjaśnił Schuster. – Dzisiejszej nocy zaczyna się zaciemnienie. Od tej pory tylko Duomo będzie oświetlona. Modlę się, aby jej piękno zrobiło takie wrażenie na pilotach bombowców, że postanowią ją oszczędzić. Budowa tego wspaniałego kościoła zajęła prawie pięćset lat. Tragedią byłoby, gdyby zniknął w jedną noc.

Pino spojrzał na kunsztowną fasadę potężnej katedry. Zbudowana z bladoróżowego marmuru z Candoglii, z niezliczonymi iglicami, balkonami i pinaklami, Duomo wydawała się równie mroźna, wspaniała i nierzeczywista, co Alpy zimą. Uwielbiał jazdę na nartach i wspinaczkę górską niemal tak bardzo, jak muzykę i dziewczęta, a widok tego kościoła zawsze w myślach przenosił go w góry.

Kardynał najwyraźniej uważał, że katedra i Mediolan były zagrożone. Po raz pierwszy możliwość nalotu wydała się Pinowi realna.

– A więc zbombardują nas? – spytał.

– Modlę się, aby do tego nie doszło – odparł kardynał Schuster – ale przezorny człowiek zawsze przygotowuje się na najgorsze. Do widzenia, Pino! I niech twoja wiara w Boga ochroni cię w nadchodzących dniach.

2

Kardynał Mediolanu oddalił się. Pino, przepełniony trwogą, wrócił do Carletta i Mimma, którzy wyglądali, jakby poraził ich piorun.

– To był kardynał Schuster – powiedział Carletto.

– Wiem – odparł Pino.

– Długo z nim rozmawiałeś.

– Naprawdę?

– Tak – potwierdził jego młodszy brat. – Co ci powiedział?

– Powiedział, że zapamięta moje imię i że światła mają powstrzymać bombowce przed zniszczeniem katedry.

– Widzisz? – Mimmo zwrócił się do Carletta. – Mówiłem ci.

Carletto podejrzliwie zmierzył Pina wzrokiem.

– Dlaczego kardynał Schuster miałby zapamiętać akurat twoje imię?

Pino wzruszył ramionami.

– Może spodobało mu się jego brzmienie. Pino Lella.

Mimmo parsknął.

– Naprawdę lubisz sobie pomarzyć.

Gdy opuścili plac katedralny, przeszli na drugą stronę ulicy i weszli pod wspaniałym łukiem do Gallerii[1], pierwszego zadaszonego pasażu handlowego na świecie, usłyszeli grzmot. Dwie przecinające się szerokie aleje obramowane sklepami do tej pory były przykryte kopułą z żelaza i szkła, jednak teraz szklane tafle usunięto; została jedynie konstrukcja rzucająca na targ sieć prostokątnych cieni.

Grzmiało coraz bliżej, a Pino widział niepokój na twarzach wielu ludzi w Gallerii, lecz nie podzielał ich obaw. Grzmot był tylko grzmotem, nie wybuchem bomby.

– Kwiaty?! – zawołała jakaś kobieta przy wózku ze świeżo ściętymi różami. – Dla dziewczyny?

– Wrócę, gdy ją znajdę – odparł Pino.

– Poczeka sobie pani na to wiele lat, signora – powiedział Mimmo.

Pino zamachnął się na młodszego brata, ale Mimmo się uchylił i wybiegł z Gallerii na plac ozdobiony pomnikiem Leonarda da Vinci. Za posągiem, po drugiej stronie ulicy i torów tramwajowych znajdowały się otwarte na oścież drzwi Teatro alla Scala. Słynna sala operowa była wietrzona. Z wnętrza płynęły dźwięki strojonych skrzypiec i wiolonczeli, i głos tenora ćwiczącego gamy.

Pino gonił brata, gdy nagle ujrzał ładną dziewczynę: miała czarne włosy, mleczną cerę i błyszczące ciemne oczy. Szła przez plac w kierunku Gallerii. Przystanął i przyglądał się jej. Owładnięty jakąś nagłą tęsknotą nie mógł wypowiedzieć ani słowa.

– Chyba straciłem dla niej głowę – westchnął Pino, gdy go minęła.

– Raczej straciłeś rozum – skomentował Carletto, który podszedł do niego od tyłu.

Mimmo zawrócił do nich.

– Ktoś właśnie powiedział, że alianci będą tu przed Bożym Narodzeniem.

– Chciałbym, aby Amerykanie wcześniej zjawili się w Mediolanie – powiedział Carletto.

– Ja też – przytaknął Pino. – Więcej jazzu! Mniej opery!

Puścił się biegiem, przeskoczył nad pustą ławką i wskoczył na zaokrągloną metalową barierkę chroniącą pomnik da Vinci. Zgrabnie prześlizgnął się kawałek po gładkiej powierzchni, po czym zeskoczył po drugiej stronie i wylądował jak kot.

Mimmo, który nigdy nie pozwalał, aby ktokolwiek go prześcignął, spróbował tej samej sztuczki, ale spadł na ziemię przed ciemnowłosą przysadzistą kobietą w kwiecistej sukni. Wyglądała na trzydzieści kilka lat, może niedawno przekroczyła czterdzieści. Niosła futerał na skrzypce, a na głowie miała niebieski słomiany kapelusz z szerokim rondem, chroniący przed słońcem.

3

Kobieta była tak zaskoczona, że o mało nie upuściła futerału. Gniewnie przycisnęła go do piersi, a Mimmo jęczał i łapał się za żebra.

– To jest Piazza della Scala! – zbeształa go. – Ku czci wielkiego Leonarda! Nie macie za grosz szacunku? Znajdźcie inne miejsce na te swoje sztubackie zabawy.

– Dla pani jesteśmy dziećmi? – zapytał Mimmo, wypinając pierś. – Małymi chłopcami?

Kobieta spojrzała na niego.

– Małymi chłopcami, którzy nie rozumieją prawdziwych rozgrywek, toczących się wokół nich.

Nad placem zbierały się ciemne chmury, przysłaniając słońce. Pino odwrócił się i ujrzał duży czarny samochód sztabowy Mercedes-Benz, wolno przejeżdżający ulicą dzielącą plac od opery. Na obu błotnikach powiewały czerwone nazistowskie flagi. Na antenie radiowej łopotała flaga generalska. Pino ujrzał na tylnym siedzeniu sylwetkę generała. Siedział sztywno, jakby kij połknął. Z jakiegoś powodu na ten widok przeszył go zimny dreszcz.

Gdy Pino się znów odwrócił, skrzypaczka oddalała się już z podniesioną głową. Z hardą miną przeszła na drugą stronę ulicy za nazistowskim samochodem sztabowym i wmaszerowała do budynku opery.

Chłopcy ruszyli dalej. Mimmo kuśtykał i narzekał, rozcierając prawe biodro. Ale Pino ledwie go słuchał. Z naprzeciwka szła chodnikiem płowowłosa kobieta o ciemnoszarych oczach. Wyglądała na niewiele ponad dwadzieścia lat. Miała harmonijne rysy, delikatny nos, wyraźnie zarysowane kości policzkowe i usta uniesione w niewymuszonym uśmiechu. Smukła, średniego wzrostu, ubrana w żółtą letnią sukienkę. W ręce trzymała płócienną torbę na zakupy. Tuż przed nimi skręciła z chodnika do piekarni.

– Znowu się zakochałem – oznajmił Pino, przyciskając obie dłonie do serca. – Widzieliście ją?

– Ty nigdy się nie poddajesz? – prychnął Carletto.

– Nigdy – odparł Pino. Podbiegł do okna piekarni i zajrzał do środka.

Kobieta wkładała do torby bochenki chleba. Zobaczył, że nie ma obrączki na lewej dłoni, więc zaczekał, aż zapłaci i wyjdzie. Wtedy stanął przed nią i z dłonią na sercu powiedział:

– Przepraszam, signorina. Oszołomiła mnie pani uroda i musiałem panią poznać.

–  Co ty powiesz – zakpiła, ominęła go i poszła dalej.

Pino poczuł jej zapach, upojną woń kobiety i jaśminu, nieprzypominającą niczego, co znał.

Pobiegł za nią.

– To prawda. Widziałem wiele pięknych dam, signorina. Mieszkam w dzielnicy mody, San Babila. Jest tam wiele modelek.

Zerknęła na niego z ukosa.

– San Babila to znakomita okolica.

– Moi rodzice mają sklep z torebkami, Le Borsette di Lella. Zna go pani?

– Moja… moja pracodawczyni kupiła tam torbę w zeszłym tygodniu.

– Tak? – powiedział zachwycony Pino. – Widzi pani zatem, że pochodzę z szanowanej rodziny. Zechciałaby pani obejrzeć ze mną film dziś wieczorem? Grają „Moja najmilsza”. Fred Astaire. Rita Hayworth. Tańczą. Śpiewają. Tacy eleganccy. Jak pani, signorina.

W końcu odwróciła głowę i spojrzała na niego przenikliwie.

– Ile masz lat?

– Prawie osiemnaście.

Roześmiała się.

– Jesteś dla mnie trochę za młody.

– To tylko film. Pójdziemy po koleżeńsku. Chyba na to nie jestem za młody, prawda?

Bez słowa ruszyła dalej.

– Tak? Nie? – dopytywał Pino.

– Dziś wieczorem jest zaciemnienie.

– Będzie jeszcze widno, gdy zacznie się seans, a potem odprowadzę panią do domu, wróci pani cała i zdrowa – zapewnił ją Pino. – W nocy widzę jak kot.

Przez kilka kroków nic nie mówiła, a Pino się zasmucił.

– Gdzie grają ten film? – spytała.

Pino podał jej adres.

– Spotkamy się na miejscu, tak? – spytał. – O wpół do ósmej przed kasą?

– Jesteś całkiem zabawny, a życie jest krótkie. Dlaczego nie?

Pino uśmiechnął się od ucha do ucha, położył dłoń na piersi i powiedział:

– Do zobaczenia!

– Do zobaczenia – odparła. Uśmiechnęła się i przeszła na drugą stronę ulicy.

Triumfujący Pino patrzył z zapartym tchem, jak odchodzi. Na przystanku odwróciła się w jego stronę i spojrzała z rozbawieniem w oczach. Pino nagle o czymś sobie przypomniał.

– Przepraszam, signorina – krzyknął do niej – ale jak pani na imię?!

– Anna! – zawołała.

– Ja jestem Pino! – odkrzyknął. – Pino Lella!

Tramwaj zatrzymał się z piskiem, zagłuszając jego nazwisko i zasłaniając Annę, po czym odjechał, zabierając ją ze sobą.

– Nie przyjdzie – stwierdził Mimmo, który przez cały czas biegł za nimi. – Zgodziła się tylko po to, żebyś przestał za nią łazić.

– Jasne, że przyjdzie – odparł Pino i spojrzał na Carletta, który też za nimi szedł. – Widziałeś to w jej oczach, w oczach Anny, prawda?

Zanim jego brat i przyjaciel zdążyli odpowiedzieć, błyskawica przecięła niebo i spadły pierwsze pękate krople deszczu, z chwili na chwilę coraz grubsze. Cała trójka ruszyła biegiem.

– Wracam do domu! – zawołał Carletto i odłączył się od nich.

Rozdział drugi

1

Niebo się otworzyło. Zaczął się potop. Pino gnał za Mimmem w stronę dzielnicy mody, nie zważając na to, że jest coraz bardziej mokry. Anna zgodziła się pójść z nim do kina. Prawie oszalał ze szczęścia.

Bracia przemokli do suchej nitki, a gdy schronili się w Valigeria Albanese, należącym do ich wuja sklepie z galanterią skórzaną i zakładzie kaletniczym, które mieściły się w rdzawoczerwonym budynku przy Via Pietro Verri pod numerem siódmym, uderzył piorun.

Ociekający wodą chłopcy weszli do długiego wąskiego sklepu, gdzie otoczyła ich intensywna woń nowej skóry. Półki były zastawione aktówkami pierwszorzędnej jakości, torebkami i saszetkami, walizkami i kuframi. W szklanych gablotach leżały portfele z plecionej skóry i pięknie wykonane papierośnice i teczki. W środku było dwoje klientów, starsza kobieta przy drzwiach, a w głębi pomieszczenia nazistowski oficer w czarno-szarym mundurze.

Pino przyglądał się mu, gdy usłyszał głos starszej kobiety:

– Która, Albercie?

– Proszę wybrać tę, którą serce pani podpowiada – odparł obsługujący ją wąsaty mężczyzna za ladą. Potężny, o beczkowatej piersi, miał na sobie piękny mysioszary garnitur, wykrochmaloną białą koszulę i zawadiacką błękitną muszkę w grochy.

– Obie są cudowne – poskarżyła się klientka.

– Wobec tego proszę kupić obie! – powiedział, przygładzając wąsy ze śmiechem.

Zawahała się i zachichotała.

– Wobec tego może tak zrobię!

– Doskonale! Doskonale! – Zatarł dłonie. – Greto, czy możesz przynieść pudła dla tej wspaniałej damy o nienagannym guście?

– Jestem teraz zajęta, Albercie – odparła austriacka ciotka Pina, Greta, która obsługiwała nazistę. Była to wysoka szczupła kobieta o krótkich brązowych włosach i naturalnym uśmiechu. Niemiec palił papierosa i oglądał oprawioną w skórę papierośnicę.

– Ja przyniosę pudła, wujku Albercie – zaoferował Pino.

Wuj Albert obrzucił go spojrzeniem.

– Osusz się, zanim je weźmiesz.

Rozmyślając o Annie, Pino ruszył w kierunku drzwi do zakładu, mijając ciotkę i Niemca. Oficer odwrócił się i obserwował Pina. Liście dębu w klapie wskazywały na to, że był pułkownikiem. Na płaskiej przedniej części oficerskiej czapki znajdował się Totenkopf, symbol przedstawiający czaszkę i skrzyżowane piszczele, pod orłem trzymającym swastykę. Pino wiedział, że był to członek Geheime Staatspolizei, Gestapo, oficer wysokiej rangi w tajnej policji Hitlera. Średniego wzrostu i budowy, o wąskim nosie i ponurych ustach, nazista miał beznamiętne ciemne oczy, które nie zdradzały żadnych emocji.

Wstrząśnięty Pino wszedł do zakładu, pomieszczenia o wiele większego i wyższego od sklepu. Szwaczki i krojczy właśnie kończyli pracę. Znalazł jakieś szmatki i wytarł ręce. Następnie wziął dwa kartonowe pudła z wytłoczonym logo Albanese i ruszył z powrotem do sklepu, z radością wracając myślami do Anny.

Była piękna, starsza od niego i…

Zawahał się, zanim przecisnął się przez drzwi. Pułkownik Gestapo właśnie wychodził na deszcz. Ciotka Pina stała przy wyjściu, patrzyła na odchodzącego pułkownika i kiwała głową.

Gdy tylko zamknęła drzwi, Pino odetchnął z ulgą.

Pomógł wujowi zapakować dwie torebki. Po wyjściu ostatniej klientki wuj Albert kazał Mimmowi zamknąć frontowe drzwi na klucz i zawiesić w oknie tabliczkę: „Zamknięte”.

– Słyszeliście jego nazwisko? – zapytał wuj Albert, gdy Mimmo zrobił, o co go poproszono.

– Standartenführer Walter Rauff – odparła ciotka Greta. – Nowy dowódca Gestapo dla północnych Włoch. Przyjechał z Ukrainy. Tullio ma na niego oko.

– Tullio wrócił? – zdziwił się i ucieszył Pino. Tullio Galimberti, starszy od niego o pięć lat, był jego idolem i bliskim przyjacielem rodziny.

– Wczoraj – odparł wuj Albert.

– Rauff powiedział, że Gestapo zajmuje hotel Regina – rzekła ciotka Greta.

– Kto tu rządzi: Mussolini czy Hitler? – mruknął z dezaprobatą jej mąż.

– To nie ma znaczenia – powiedział Pino, próbując przekonać samego siebie. – Wojna niedługo się skończy, przyjadą Amerykanie i wszędzie będzie jazz!

Wuj Albert pokręcił głową.

– To zależy od Niemców i Duce.

– Widziałeś, która godzina, Pino? – spytała ciotka Greta. – Wasza matka czeka na was od godziny, żebyście pomogli w przygotowaniach do przyjęcia.

Pino przeląkł się. Jego matce lepiej było nie sprawiać zawodu.

– Zobaczymy się później? – spytał Mimmo, zmierzając za nim w stronę drzwi.

– Nie moglibyśmy tego opuścić – zapewnił go wuj Albert.

2

Gdy chłopcy dotarli na Via Monte Napoleone 3, sklep ich rodziców, Le Borsette di Lella, był już zamknięty. Na myśl o matce Pino poczuł strach. Miał nadzieję, że ojciec będzie w pobliżu, aby obłaskawić ten ludzki huragan. Już na schodach poczuli smakowite zapachy duszonej jagnięciny z czosnkiem, świeżo posiekanej bazylii i ciepłego chleba prosto z pieca.

Otworzyli drzwi do wystawnie urządzonego mieszkania Lellów, w którym panowały ruch i gwar. Zatrudniona na stałe gosposia i tymczasowa pomoc krzątały się w jadalni, rozkładając kryształową zastawę, srebrne sztućce i porcelanę na bufet. W salonie stał wysoki szczupły mężczyzna o przygarbionych ramionach, zwrócony plecami do holu. Grał na skrzypach utwór, którego Pino nie znał. Wybrzmiała fałszywa nuta i mężczyzna przerwał, kręcąc głową.

– Tato?! – zawołał cicho Pino. – Czy mamy kłopoty?!

Michele Lella opuścił skrzypce i odwrócił się, zagryzając policzek. Zanim zdążył odpowiedzieć, z kuchni wymaszerowała gniewnym krokiem sześcioletnia dziewczynka. Młodsza siostrzyczka Pina, Cicci, stanęła naprzeciwko niego i stanowczym tonem zapytała:

– Gdzie byłeś, Pino? Mama się na ciebie gniewa. Na ciebie też, Mimmo.

Pino zignorował ją, skupiając się na lokomotywie w kuchennym fartuchu, która wytoczyła się z kuchni. Mógłby przysiąc, że widzi parę buchającą z uszu matki. Porzia Lella była przynajmniej o trzydzieści centymetrów niższa od swego starszego syna i o co najmniej dwadzieścia kilogramów lżejsza. A jednak podeszła do Pina, zdecydowanym ruchem zdjęła okulary i potrząsnęła nimi w jego stronę.

– Prosiłam, abyś wrócił do domu o czwartej, a jest kwadrans po piątej – zbeształa go. – Zachowujesz się jak smarkacz. Już bardziej mogę polegać na twojej siostrze.

Cicci zadarła nos i kiwnęła głową.

Przez chwilę Pino nie wiedział, co powiedzieć. Nagle jednak natchnęło go; ze zbolałą miną zgarbił się i chwycił za brzuch.

– Przepraszam, mamo – jęknął. – Zjadłem coś na mieście i mam niestrawność. A potem zaczęło się błyskać i musieliśmy przeczekać u wuja Alberta.

Porzia skrzyżowała ręce i spojrzała na niego uważnie. Cicci przyjęła tę samą sceptyczną pozę.

Ich matka spojrzała teraz na Mimma.

– Czy to prawda, Domenico?

Pino zerknął nieufnie na brata.

Mimmo pokiwał głową.

– Mówiłem mu, że ta kiełbasa nie wygląda zbyt dobrze, ale nie chciał słuchać. Pino musiał po drodze wejść do trzech kawiarni, żeby skorzystać z toalety. A u wuja Alberta w sklepie był pułkownik Gestapo. Powiedział, że naziści zajmują hotel Regina.

Porzia zbladła.

– Co takiego?

Pino skrzywił się i jeszcze bardziej skulił.

– Muszę iść, w tej chwili.

Cicci nadal miała podejrzliwą minę, ale u matki Pina gniew zastąpiła troska.

– Idź. Idź! Tylko umyj potem ręce.

Pino pobiegł korytarzem.

– A ty dokąd, Mimmo? – spytała stojąca za nim Porzia. – Przecież nic ci nie jest.

– Oj, mamo – poskarżył się Mimmo. – Pino zawsze ze wszystkiego się wymiga.

Pino nie czekał na odpowiedź matki. Szybko minął kuchnię i niesamowite zapachy, wszedł po schodach prowadzących na drugi poziom mieszkania i do toalety. Przesiedział tam, jak należy, dziesięć minut, które spędził na rozmyślaniach o każdej chwili z Anną, zwłaszcza o jej rozbawionym spojrzeniu zza torów tramwajowych. Zarumienił się, zapalił zapałkę, aby zatuszować brak brzydkiego zapachu, i położył się na łóżku. Nastawił BBC; nadawano audycję jazzową, której prawie nigdy nie przegapił.

Zespół Duke’a Ellingtona grał „Cotton Tail”, ostatnio jeden z ulubionych utworów Pina. Zamknął oczy, aby rozkoszować się solówką Bena Webstera na saksofonie tenorowym. Pino pokochał jazz od pierwszej chwili, gdy usłyszał nagranie Billie Holiday i Lestera Younga wykonujących „I Can’t Get Started”. Choć w domu Lellów takie słowa uważano za herezję – niepodzielnie panowały tu opera i muzyka klasyczna – od tamtej chwili Pino wierzył, że jazz jest najwspanialszą formą sztuki muzycznej. Dlatego też pragnął wybrać się do jego kolebki, do Stanów Zjednoczonych. Było to jego najskrytsze marzenie.

Pino zastanawiał się, jak wyglądałoby życie w Ameryce. Język nie stanowił problemu. Wychował się z dwiema nianiami, jedna pochodziła z Londynu, druga – z Paryża. Mówił we wszystkich trzech językach niemal od urodzenia. Czy wszędzie w Ameryce grano jazz? A co z amerykańskimi dziewczętami? Czy któraś z nich dorównywała urodą Annie?

„Cotton Tail” dobiegła końca. „Roll ‘Em” Benny’ego Goodmana zaczęła się rytmem boogie-woogie, który rozwinął się w solo na klarnecie. Pino zerwał się z łóżka, ściągnął buty i zaczął tańczyć, oczyma wyobraźni widząc siebie z piękną Anną w szalonym lindy hop – żadnej wojny, żadnych nazistów, tylko muzyka, jedzenie, wino i miłość.

Nagle dotarło do niego, jak głośno nastawił radio, ściszył więc muzykę i przestał tańczyć. Nie chciał ściągnąć ojca na górę na kolejną kłótnię o muzykę. Michele gardził jazzem. Tydzień wcześniej przyłapał Pina ćwiczącego melodię boogie „Low Down Dog” Meade’a „Lux” Lewisa na rodzinnym steinwayu i zachowywał się potem, jakby jego syn dopuścił się świętokradztwa.

Pino wziął prysznic i przebrał się. Kilka minut po tym, jak dzwony katedralne wybiły szóstą, położył się znów do łóżka i wyjrzał przez otwarte okno. Burzowe chmury były już tylko wspomnieniem, a z ulic San Babila dobiegały znajome dźwięki. Zamykano ostatnie sklepy. Zamożny i modny Mediolan spieszył z powrotem do domów. Pino słyszał ożywione głosy, niczym uliczny chór – kobiety śmiały się z drobnych radości, dzieci płakały przez drobne dramaty, mężczyźni kłócili się o nic, z czystej włoskiej miłości do słownych utarczek i udawanego oburzenia.

Pino ocknął się, gdy na dole rozbrzmiał dzwonek do drzwi mieszkania. Usłyszał głosy powitania. Zerknął na zegar. Był kwadrans po szóstej. Film zaczynał się o siódmej, a od kina i Anny dzielił go długi spacer.

Był już jedną nogą za oknem i szukał po omacku gzymsu prowadzącego do schodów pożarowych, gdy usłyszał za plecami wybuch śmiechu.

– Nie przyjdzie – oznajmił Mimmo.

– Jasne, że przyjdzie – odparł Pino i wyszedł przez okno.

Do ziemi miał przynajmniej dziewięć metrów, a gzyms nie był zbyt szeroki. Musiał przywrzeć plecami do ściany i przesunąć się bokiem do kolejnego okna, przez które dostał się na tylne schody. Minutę później był już jednak na ziemi i ruszył w drogę.

3

Ekran powitalny kina był niepodświetlony w związku z nowymi zasadami dotyczącymi zaciemnienia. Ale Pino poczuł, jak serce mu rośnie na widok nazwisk Freda Astaire’a i Rity Hayworth na afiszu. Uwielbiał hollywoodzkie musicale, zwłaszcza te ze swingującą muzyką. I miał sny o Ricie Hayworth, w których… och…

Pino kupił dwa bilety. Podczas gdy inni widzowie napływali do kina, on stał i rozglądał się za Anną, przemierzając wzrokiem chodnik. W końcu, po długim oczekiwaniu, poczuł druzgocącą pustkę i ból. Uświadomił sobie, że Anna nie przyjdzie.

– A nie mówiłem – powiedział Mimmo, bezszelestnie zjawiwszy się obok niego.

Pino chciał się rozgniewać, ale nie potrafił. W głębi serca uwielbiał intuicję młodszego brata, jego optymizm, intelekt i cwaniactwo. Podał Mimmowi bilet.

Chłopcy weszli do środka i znaleźli miejsca.

– Pino? – odezwał się cicho Mimmo. – Ile miałeś lat, gdy zacząłeś rosnąć? Piętnaście?

Pino stłumił uśmiech. Jego brat ciągle przejmował się tym, że był taki niski.

– Tak naprawdę dopiero, gdy skończyłem szesnaście.

– Ale mogło to być wcześniej?

– Mogło.

Zgasły światła i zaczęły się kroniki faszystowskiej propagandy. Pino nadal czuł się przygnębiony w związku z tym, że Anna go wystawiła, gdy na ekranie pojawił się Duce. Ubrany w strój dowódcy armii: upstrzoną medalami kurtkę z pasem, bluzę mundurową, spodnie i lśniące oficerki do kolan, Benito Mussolini szedł z jednym ze swoich dowódców polowych stromym urwiskiem nad Morzem Liguryjskim.

Narrator oznajmił, że włoski dyktator przeprowadza przegląd fortyfikacji. Na ekranie Duce maszerował z dłońmi splecionymi za plecami. Podbródkiem wskazywał horyzont. Plecy wygiął w łuk. Pierś wyprężył ku niebu.

– Wygląda jak kogucik – zauważył Pino.

– Cśś! – szepnął Mimmo. – Nie tak głośno.

– Dlaczego? Za każdym razem, gdy go widzę, wygląda, jakby chciał zawołać: Kukuryku!

Jego brat zachichotał. Kronika wychwalała włoską obronę i rosnącą pozycję Mussoliniego na arenie światowej. Była to czysta propaganda. Pino codziennie wieczorem słuchał BBC. Wiedział, że to, co ogląda w tej chwili, nie było prawdą, i ucieszył się, gdy kronika dobiegła końca i rozpoczął się film.

Komediowa fabuła szybko go wciągnęła. Pino był zachwycony scenami tańca Hayworth z Astaire’em.

– Rita – westchnął Pino, gdy po serii obrotów sukienka owinęła nogi Hayworth niczym peleryna matadora. – Jest taka elegancka, zupełnie jak Anna.

Mimmo się skrzywił.

– Przecież cię wystawiła.

– Ale była taka piękna – szepnął Pino.

Zawyła syrena ostrzegająca o nalocie. Ludzie zaczęli krzyczeć i zrywać się z foteli.

Ekran zastygł na zbliżeniu Astaire’a i Hayworth, tańczących policzek przy policzku, zwróconych uśmiechniętymi ustami do spanikowanego tłumu.

Gdy film zniknął z ekranu, wokół kina huknęły działa przeciwlotnicze, a pierwsze niewidoczne alianckie bombowce zrzuciły ładunki, rozpoczynając uwerturę ognia i zniszczenia nad Mediolanem.

Rozdział trzeci

1

Widzowie uciekali z krzykiem i w popłochu napierali na drzwi kina. Pino i Mimmo, przerażeni, tkwili w napływającym tłumie, gdy nagle z ogłuszającym rykiem bomba wysadziła tylną ścianę kina, rozrywając ekran na strzępy. Światła zgasły.

Coś mocno uderzyło Pina w policzek. Poczuł pulsowanie rany i spływającą po szyi krew. Bardziej w szoku niż w panice krztusił się dymem i kurzem i próbował przecisnąć się do przodu. Do jego oczu i nosa wciskał się gryzący kamienny pył. Zgięci wpół razem z Mimmem próbowali się wydostać z kina, zanosząc się kaszlem.

Na zewnątrz wyły syreny, bomby spadały jedna za drugą, wciąż daleko od crescendo. W budynkach na całej ulicy, przy której mieściło się kino, szalały pożary. Terkotała broń przeciwlotnicza. Serie pocisków smugowych kreśliły czerwone łuki na niebie. Ich ładunki wybuchały tak jasno, że Pino mógł dostrzec w górze sylwetki lancasterów, lecących skrzydło w skrzydło, niczym klucz ciemnych gęsi migrujących nocą.

Kolejne bomby spadały ze świstem łączącym się w dźwięk przypominający brzęczenie szerszeni. Eksplodowały jedna po drugiej, wzbijając w niebo płomienie i kłęby tłustego dymu. Kilka wybuchło tak blisko uciekających młodych Lellów, że fale uderzeniowe o mało ich nie przewróciły.

– Dokąd biegniemy, Pino?! – zawołał Mimmo.

Pino przez chwilę był zbyt przerażony, by myśleć, ale w końcu odpowiedział:

– Duomo.

Pino zaprowadził brata do jedynego budynku w Mediolanie oświetlonego czymś innym niż ogień. Z daleka, w świetle reflektorów, katedra wydawała się nieziemska, niemal jakby zesłana z nieba. Gdy biegli, szerszenie na niebie i eksplozje przycichły, a potem ustały. Koniec z bombowcami. Koniec ognia z dział.

Zostało wycie syren, płacz i krzyki ludzi. Zrozpaczony ojciec przekopywał się przez ceglany gruz z lampą w dłoni. Jego żona szlochała, trzymając w ramionach zmarłego syna. Inni zapłakani ludzie z lampami zebrali się wokół leżącej na ulicy martwej dziewczynki o otwartych szklistych oczach, która straciła rękę i zginęła na miejscu.

Pino nigdy wcześniej nie widział trupa i sam się rozpłakał. „Już nic nigdy nie będzie takie, jak było”. Nastolatek czuł to tak wyraźnie, jak nadal słyszał w uszach brzęczenie szerszeni i łoskot wybuchów. „Nic nigdy nie będzie takie samo”.

Wreszcie dotarli do Duomo. Przy katedrze nie było lejów po bombach. Ani gruzu. Ani ognia. Jakby nalot nigdy się nie wydarzył; zostało po nim tylko rozpaczliwe zawodzenie w oddali.

Pino uśmiechnął się słabo.

– Plan kardynała Schustera się powiódł.

Mimmo zmarszczył czoło.

– Nasz dom jest blisko katedry, ale nie aż tak blisko.

Chłopcy pobiegli labiryntem ciemnych uliczek, który zaprowadził ich na Via Monte Napoleone 3. Sklep z torebkami i mieszkanie ponad nim wyglądały zwyczajnie. Wydawało się to cudem po tym, co przeszli.

Mimmo otworzył frontowe drzwi i ruszył na górę po schodach. Pino poszedł za nim. Słyszał westchnienia skrzypiec, dźwięki pianina i głos tenora w piosence. Z jakiegoś powodu ta muzyka wyzwoliła w Pinie furię. Przecisnął się obok Mimma i załomotał w drzwi mieszkania.

Muzyka ucichła. Drzwi otworzyła Porzia.

– Miasto płonie, a wy tu gracie?! – Pino krzyknął do matki, która cofnęła się o krok, zaniepokojona. – Ludzie giną, a wy sobie muzykujecie?

Na korytarzu za jego matką pojawiło się kilka osób, między innymi jego ciotka, wuj i ojciec.

– Muzyka pozwala nam przetrwać takie czasy, Pino – powiedział Michele.

Pino zobaczył, że pozostali obecni w zatłoczonym mieszkaniu pokiwali głowami. Wśród nich skrzypaczka, której Mimmo o mało nie przewrócił wcześniej tego dnia.

– Jesteś ranny, Pino – zauważyła Porzia. – Krwawisz.

– Inni są w o wiele gorszym stanie – powiedział Pino, a do jego oczu napłynęły łzy. – Przepraszam, mamo. To było… straszne.

Porzia złagodniała, wyciągnęła ramiona i przytuliła swoich ubrudzonych, zakrwawionych synów.

– Już dobrze. – Ucałowała ich po kolei. – Nie chcę wiedzieć, gdzie byliście ani jak się tam znaleźliście. Cieszę się tylko, że wróciliście do domu.

Kazała synom pójść na górę i umyć się, zanim lekarz, który był gościem przyjęcia, obejrzy ranę Pina. Gdy do nich mówiła, Pino zauważył u matki coś, czego nigdy wcześniej nie widział. Był to strach – strach, że gdy następnym razem przylecą bombowce, chłopcy mogą nie mieć tyle szczęścia.

Strach nie schodził z jej twarzy, gdy lekarz zszywał rozcięcie na policzku Pina. Kiedy skończył, Porzia rzuciła starszemu synowi krytyczne spojrzenie.

– Ty i ja porozmawiamy sobie o tym jutro – oznajmiła.

Pino opuścił wzrok i skinął głową.

– Tak, mamo.

– Zjedz coś. O ile za bardzo nie boli cię brzuch oczywiście.

Pino podniósł głowę i zobaczył szelmowskie spojrzenie matki. Powinien nadal udawać, że jest chory, powiedzieć jej, że położy się spać bez jedzenia. Ale umierał z głodu.

– Już się lepiej czuję.

– Myślę, że czujesz się gorzej – rzekła Porzia i wyszła z pokoju.

2

Zasępiony Pino poszedł za nią korytarzem do jadalni. Mimmo już nałożył sobie pełny talerz i relacjonował ubarwioną wersję ich przygody grupie przyjaciół jego rodziców.

– Sporo wrażeń jak na jeden wieczór, Pino – odezwał się ktoś za jego plecami.

Pino odwrócił się i ujrzał przystojnego, nienagannie ubranego dwudziestokilkuletniego mężczyznę. Pod ramię trzymała go oszałamiająco piękna kobieta. Na twarzy Pina pojawił się szeroki uśmiech.

– Tullio! – zawołał. – Słyszałem, że wróciłeś!

– Pino, to moja przyjaciółka Cristina – powiedział Tullio.

Pino uprzejmie skinął do niej głową. Cristina ze znudzoną miną przeprosiła ich i odeszła.

– Kiedy ją poznałeś? – spytał Pino.

– Wczoraj – odparł Tullio. – W pociągu. Chce zostać modelką.

Pino pokręcił głową. Cały Tullio Galimberti. Ten cieszący się powodzeniem sprzedawca ubrań był magikiem, gdy chodziło o atrakcyjne kobiety.

– Jak ty to robisz? – spytał Pino. – Te wszystkie ładne dziewczęta.

– Nie wiesz? – spytał Tullio i ukroił sobie kawałek sera.

Pino chciał się czymś pochwalić, ale przypomniał sobie, że Anna go wystawiła. Przyjęła jego zaproszenie tylko po to, by się go pozbyć.

– Najwyraźniej nie. Nie wiem.

– Lata by trwało, zanimbyś się nauczył – stwierdził Tullio, starając się powstrzymać uśmiech.

– Powiedz mi, Tullio – poprosił Pino. – Musi być jakaś sztuczka, jestem…

– Nie ma żadnej sztuczki – odparł Tullio i nagle spoważniał. – Pierwsza rzecz? Słuchaj.

– Słuchaj?

– Dziewcząt – wyjaśnił Tullio, poirytowany. – Większość facetów nie słucha. Tylko zaczynają paplać o sobie. Kobiety chcą być rozumiane. Słuchaj, co mówią, i komplementuj ich wygląd, śpiew czy cokolwiek. Już w tym momencie – gdy ich słuchasz i wyrażasz podziw – masz przewagę nad osiemdziesięcioma procentami wszystkich facetów na świecie.

– A co, jeśli niewiele mówią?

– Spróbuj je rozbawić. Albo schlebiaj im. Albo jedno i drugie.

Pino pomyślał, że był zabawny, i schlebiał Annie, ale może niewystarczająco. Potem coś jeszcze przyszło mu do głowy.

– Dokąd pojechał dziś pułkownik Rauff?

Uprzejmość Tullia wyparowała. Mocno chwycił Pina za ramię i syknął:

– Nie mówimy o takich ludziach jak Rauff w takich miejscach. Zrozumiałeś?

Reakcja przyjaciela zdenerwowała i upokorzyła Pina, ale zanim zdążył odpowiedzieć, partnerka Tullia zjawiła się obok i szepnęła mu coś do ucha.

Tullio roześmiał się, puścił ramię Pina i powiedział:

– Oczywiście, skarbie. Możemy tak zrobić.

Tullio przeniósł znów uwagę na Pina.

– Na twoim miejscu zaczekałbym, aż twoja twarz przestanie przypominać przekrojoną kiełbasę, zanim zaczniesz kogoś zabawiać i słuchać.

Pino przekrzywił głowę, uśmiechnął się niepewnie i zacisnął zęby, gdy poczuł pociągnięcie szwów na policzku. Patrzył na Tullia i jego dziewczynę, kierujących się do wyjścia, i znów pomyślał, jak bardzo chciałby być taki jak on. Wszystko w nim było doskonałe, eleganckie. Porządny gość. Świetnie ubrany. Jeszcze lepszy przyjaciel. Wspaniały kompan do zabawy. A jednak Tullio był dość tajemniczy, aby z powodzeniem śledzić pułkownika Gestapo.

Żucie sprawiało mu ból, ale Pino był tak głodny, że nałożył sobie dokładkę. Nagle usłyszał rozmowę trojga muzyków zaprzyjaźnionych z jego rodzicami, dwóch mężczyzn i skrzypaczki.

– W Mediolanie z dnia na dzień przybywa nazistów – powiedział tęższy mężczyzna, który grał na waltorni w La Scali.

– Gorzej – dodał perkusista. – To Waffen-SS.

– Mój mąż mówi, że krążą pogłoski o planowanych pogromach – dodała skrzypaczka. – Rabin Zolli radzi naszym przyjaciołom w Rzymie, aby uciekali. Rozważamy wyjazd do Portugalii.

– Kiedy? – spytał perkusista.

– Raczej prędzej niż później.

– Czas spać, Pino – odezwała się ostro jego matka.

Pino zabrał talerz na górę, do swojego pokoju. Siedząc na łóżku i jedząc, rozmyślał o tym, co przed chwilą usłyszał. Wiedział, że troje muzyków to Żydzi, i wiedział też, że Hitler i naziści nienawidzili Żydów, chociaż nie rozumiał dlaczego. Jego rodzice mieli mnóstwo żydowskich znajomych, głównie muzyków albo ludzi ze świata mody. Ogólnie rzecz biorąc, Pino uważał, że Żydzi byli inteligentni, zabawni i życzliwi. Czym był pogrom? I dlaczego rabin miałby doradzać wszystkim Żydom w Rzymie, aby uciekali?

Skończył posiłek, sprawdził znów swój opatrunek i położył się do łóżka. Przy zgaszonym świetle rozsunął zasłony i wyjrzał w mrok. Tu, w San Babila, nie było żadnych pożarów, nic nie wskazywało na zniszczenia, jakich wcześniej był świadkiem. Starał się nie myśleć o Annie, ale gdy położył głowę na poduszce i zamknął oczy, urywki ich spotkania krążyły w jego głowie wraz z obrazem Freda Astaire’a zastygłego policzek przy policzku z Ritą Hayworth. I wybuch tylnej ściany kina. I martwa dziewczynka bez ręki.

Nie mógł zasnąć. Nie mógł zapomnieć żadnego dzisiejszego obrazu. W końcu włączył radio, pokręcił gałką i znalazł stację nadającą utwór na skrzypce, który rozpoznał, ponieważ jego ojciec ciągle próbował go grać: Kaprys nr 24 w tonacji a-moll Niccola Paganiniego.

Pino leżał w ciemności, słuchając frenetycznej melodii skrzypiec, i przeżywał szalone zmiany nastroju w utworze niczym własne. Gdy utwór dobiegł końca, Pino był wycieńczony i nie myślał już o niczym. Wreszcie zasnął.

3

Około pierwszej następnego popołudnia Pino poszedł poszukać Carletta. Z tramwajów przyglądał się zabudowaniom, jednym w dymiących zgliszczach, innym – nietkniętym. Przypadkowość destrukcji i przetrwania dręczyła go niemal tak, jak samo zniszczenie.

Wysiadł z tramwaju przy Piazzale Loreto, dużym rondzie z miejskim parkiem pośrodku, otoczonym popularnymi sklepami i zakładami usługowymi. Spojrzał na drugą stronę ronda, na Via Andrea Costa, oczyma wyobraźni widząc tam słonie bojowe. Dwadzieścia jeden wieków wcześniej Hannibal przeprowadził uzbrojone słonie przez Alpy i dalej tą drogą, aby podbić Rzym. Ojciec Pina mówił, że od tamtej pory wszystkie najeźdźcze armie wkraczały tędy do Mediolanu.

Minął stację benzynową Esso z systemem żelaznych dźwigarów wznoszącym się na wysokość trzech metrów ponad dystrybutorami i zbiornikami. Po drugiej stronie ronda, po przekątnej, zobaczył biało-zieloną markizę „Świeżych owoców i warzyw” Beltraminiego.

Sklep Beltraminiego był otwarty. Pino nie dostrzegł żadnych zniszczeń.

Ojciec Carletta stał na zewnątrz i ważył owoce. Pino uśmiechnął się od ucha do ucha i przyspieszył kroku.

– Proszę się nie martwić. Nad Padem mamy tajemne ogrody, którym niestraszne żadne bomby. – Pan Beltramini uspokajał starszą kobietę, gdy podszedł do nich Pino. – I dlatego Beltramini zawsze będzie miał najlepszy towar w Mediolanie.

– Nie wierzę panu, ale jest pan taki kochany, że mnie pan rozśmiesza – powiedziała.

– Miłość i śmiech – odparł pan Beltramini. – To zawsze najlepsze lekarstwo, nawet w taki dzień jak dziś.

Kobieta odeszła, nadal uśmiechnięta. Ojciec Carletta, niski, pulchny, niedźwiedziowaty jegomość, zauważył Pina i zwrócił się do niego, z jeszcze większym zachwytem:

– Pino Lella! Gdzieżeś się podziewał? Gdzie twoja matka?

– W domu – odparł Pino i uścisnął jego dłoń.

– Niech ją Bóg błogosławi. – Pan Beltramini zadarł głowę i spojrzał na niego. – Już chyba więcej nie urośniesz, co?

Pino uśmiechnął się i wzruszył ramionami.

– Nie wiem.

– Jeśli urośniesz, zaczniesz zawadzać o gałęzie drzew. – Wskazał palcem na opatrunek na policzku Pina. – Oho, chyba już o coś zahaczyłeś.

– Bomba na mnie spadła.

Jego słowa wyrwały pana Beltraminiego ze stanu ciągłego zdziwienia.

– Nie. To prawda?

Pino opowiedział mu całą historię, od chwili, gdy wyszedł przez okno, do powrotu do domu, gdzie zastał wszystkich na muzykowaniu i dobrej zabawie.

– Mądrze z ich strony – podsumował pan Beltramini. – Jeśli bomba ma na ciebie spaść, to i tak spadnie. Nie możesz się tym ciągle zamartwiać. Po prostu rób to, co kochasz, i ciesz się życiem. Mam rację?

– Chyba tak. Czy zastałem Carletta?

Pan Beltramini wskazał głową przez ramię.

– Jest w środku, pracuje.

Pino ruszył do wejścia do sklepu.

– Pino! – zawołał za nim pan Beltramini.

Pino odwrócił się i zobaczył troskę na twarzy sprzedawcy owoców.

– Tak?

– Ty i Carletto, dbacie o siebie, prawda? Jak bracia, prawda?

– Zawsze, panie B.

Sprzedawca owoców rozchmurzył się.

– Dobry z ciebie chłopak. Dobry przyjaciel.

Pino wszedł do środka i zastał tam Carletta, taszczącego worki z daktylami.

– Wychodziłeś? – spytał Pino. – Widziałeś, co się stało?

Carletto pokręcił głową.

– Pracuję. Słyszałeś o tym, prawda?

– Słyszałem to i owo, więc przyszedłem przekonać się na własne oczy.

Carletto wcale nie uznał tego za zabawne. Zarzucił sobie na ramię kolejny worek suszonych owoców i po drewnianej drabinie zszedł w głąb piwnicy.

– Nie przyszła – powiedział Pino. – Anna.

Carletto spojrzał na niego z klepiska podziemia.

– Wychodziłeś wczoraj wieczorem?

Pino się uśmiechnął.

– O mało nie wyleciałem w powietrze, gdy bomby spadły na kino.

– Bujasz.

– Wcale nie – odparł Pino. – Jak myślisz, skąd to mam?

Powoli zerwał plaster, a Carletto z obrzydzeniem wykrzywił usta.

– Paskudne.

4

Za zgodą pana Beltraminiego poszli obejrzeć kino w świetle dnia. Po drodze Pino opowiedział całą historię od początku, obserwując reakcje przyjaciela, karmiąc się nimi. Tańczył, gdy opisywał Freda i Ritę, i wydawał grzmiące dźwięki, gdy relacjonował bieg z Mimmem przez miasto.

Czuł się całkiem nieźle, dopóki nie dotarli do kina. Dym nadal wirował ponad ruinami, a wraz z nim ostra cuchnąca woń, którą Pino od razu rozpoznał: zużyte materiały wybuchowe. Niektórzy ludzie krążyli po ulicach wokół kina, jakby bez sensu. Inni nadal przekopywali cegły i belki stropu w nadziei na znalezienie swoich bliskich – wciąż żywych.

– Nigdy nie zrobiłbym tego, co ty i Mimmo – powiedział Carletto, wstrząśnięty widokiem zniszczeń.

– Zrobiłbyś. Jeśli wystarczająco się boisz, po prostu to robisz.

– Gdyby leciały na mnie bomby? Padłbym na podłogę i zwinął się w kłębek z rękami na głowie.

W milczeniu przyglądali się osmalonej wysadzonej tylnej ścianie kina. Fred i Rita byli tam, wysocy na dziewięć metrów, gdy nagle…

– Myślisz, że bombowce wrócą dziś w nocy? – spytał Carletto.

– Nie dowiemy się, dopóki nie usłyszymy szerszeni.

Rozdział czwarty

1

Alianckie samoloty atakowały Mediolan niemal każdej nocy do końca czerwca i na początku lipca 1943 roku. Kolejne budynki padały i wzbijały kłęby pyłu unoszącego się potem nad ulicami długo po wschodzie krwawoczerwonego słońca, które zsyłało na miasto bezlitosny żar, pogłębiając dotkliwość tych pierwszych kilku tygodni bombardowań.

Pino i Carletto wałęsali się ulicami Mediolanu prawie codziennie, obserwując przypadkowe rzezie, widząc straty, czując ból, który zdawał się wszechobecny. Te doznania sprawiały, że Pino poczuł się otępiały i mały. Czasem pragnął tylko pójść za instynktem Carletta, zwinąć się w kłębek i ukryć przed życiem.

Jednak niemal codziennie myślał o Annie. Wiedział, że to niedorzeczne, ale często zaglądał do piekarni, gdzie widział ją po raz pierwszy, z nadzieją, że znów na nią wpadnie. Nigdy jednak jej nie spotkał, a żona piekarza nie miała pojęcia, o kim mówił, gdy ją zapytał o dziewczynę.

Dwudziestego trzeciego czerwca ojciec Pina wyekspediował Mimma do Casa Alpina w urwistych Alpach, na północ od jeziora Como, aby został tam do końca lata. Próbował wysłać też Pina, ale starszy syn odmówił. W dzieciństwie Pino uwielbiał kolonie u ojca Re. Od szóstych urodzin spędzał w Casa Alpina trzy miesiące każdego roku: dwa pełne miesiące latem na wspinaczce górskiej i łącznie miesiąc zimą, na jeździe na nartach. Wspaniale bawił się u ojca Re. Ale przebywający tam teraz chłopcy byli tacy młodzi. Pino pragnął być w Mediolanie, przechadzać się ulicami z Carlettem i szukać Anny.

Bombardowania nasiliły się. Dziewiątego lipca BBC doniosło o lądowaniu aliantów na brzegach Sycylii i ostrych walkach z wojskami nazistowskimi i faszystowskimi. Dziesięć dni później zbombardowano Rzym. Wiadomość o tym ataku sprawiła, że Włochy i domostwo Lellów przeszył dreszcz.

– Jeśli udało się zbombardować Rzym, Mussolini i faszyści są skończeni – oznajmił ojciec Pina. – Alianci wypędzają Niemców z Sycylii. Zaatakują też południowe Włochy. Niedługo będzie po wszystkim.

Pod koniec lipca rodzice Pina włożyli płytę do gramofonu i zaczęli tańczyć w środku dnia. Król Wiktor Emanuel III aresztował Benita Mussoliniego i uwięził go w hotelu na górze Gran Sasso na północ od Rzymu.

Jednak do sierpnia całe dzielnice Mediolanu leżały w gruzach. A Niemcy byli wszędzie, rozmieszczali działa przeciwlotnicze, zakładali rogatki i gniazda ogniowe. Nad hotelem Regina, ulicę od La Scali, powiewała krzykliwa nazistowska flaga.

Pułkownik Gestapo Walter Rauff wyznaczył godzinę policyjną. Ktokolwiek został zatrzymany po jej wybiciu, trafiał do aresztu. Jeśli nie miał dokumentów, mógł zostać zastrzelony. Posiadanie odbiornika nasłuchowego także groziło śmiercią.

Pino nie dbał o to. Nocą chował się w szafie, gdzie słuchał muzyki i wiadomości. A za dnia powoli przystosowywał się do nowego porządku panującego w Mediolanie.

Tramwaje jeździły teraz tylko co jakiś czas. Pino wybrał rower i krążył po całym mieście pomimo upału; przejeżdżał przez rozmaite rogatki i dowiadywał się, czego szukają naziści, gdy go zatrzymywali. Długie odcinki ulic były teraz już tylko lejami po bombach, więc musiał szukać objazdów. Po drodze mijał rodziny mieszkające pod płóciennymi płachtami pośród ceglanych ruin ich domów.

Dotarło do niego, ile miał szczęścia. Po raz pierwszy poczuł, że to może się zmienić – w mgnieniu oka lub błysku bomby. I zastanawiał się, czy Anna przeżyła.

2

Na początku sierpnia Pino w końcu zrozumiał, dlaczego alianci bombardowali Mediolan. Spiker BBC powiedział, że sprzymierzeńcy praktycznie zniszczyli przemysłową bazę nazistów w Dolinie Ruhry, gdzie produkowano znaczną część amunicji Hitlera. Teraz próbowali wysadzić w powietrze narzędzia machiny na północy Włoch, zanim Niemcy wykorzystają je do przedłużenia wojny.

W noce siódmego i ósmego sierpnia brytyjskie lancastery zrzuciły tysiące bomb na Mediolan, celując w fabryki, obiekty przemysłowe i bazy wojskowe, ale pociski niszczyły także otaczające je dzielnice mieszkaniowe.

Gdy bomba wybuchła na tyle blisko, że wstrząsnęła kamienicą Lellów, Porzia wpadła w panikę i próbowała przekonać męża, aby zabrał ich wszystkich na zachodnie wybrzeże do Rapallo.

– Nie – odparł Michele. – Nie zrzucą bomb obok katedry. Tu wciąż jest bezpiecznie.

– Wystarczy jedna – zauważyła Porzia. – W takim razie zabieram Cicci.

Ojciec Pina był smutny, ale zdeterminowany.

– Zostanę i utrzymam sklep, ale myślę, że już czas, aby Pino pojechał do Casa Alpina.

Pino odmówił po raz drugi.

– To dla małych chłopców, tato – wyjaśnił Pino. – Ja już nie jestem mały.

Dwunastego i trzynastego sierpnia ponad pięćset alianckich bombowców zaatakowało Mediolan. Po raz pierwszy zniszczeniom uległy budynki w pobliżu Duomo. Jedna z bomb zniszczyła kościół Santa Maria delle Grazie, lecz cudem nie uszkodziła Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci.

La Scala nie miała tyle szczęścia. Bomba przebiła dach opery i wybuchła, wzniecając pożar w teatrze. Kolejna bomba uderzyła w Gallerię, powodując rozległe zniszczenia. Ten sam wybuch zakołysał kamienicą Lellów. Pino przeczekał tę straszną noc w piwnicy.

Następnego dnia spotkał się z Carlettem. Rodzina Beltraminich zmierzała na pociąg, który miał ich zabrać na wieś, gdzie mieli przeczekać noc. Następnego popołudnia Pino, jego ojciec, ciotka Greta i wuj Albert oraz Tullio Galimberti i jego najnowsza dziewczyna dołączyli do Beltraminich w tym nocnym wygnaniu.

Gdy pociąg opuścił dworzec i ruszył na wschód, Pino, Carletto i Tullio stali w otwartych drzwiach krytego wagonu towarowego, wypełnionego po brzegi mediolańczykami uciekającymi z miasta przed bombardowaniem. Pociąg przyspieszył. Pino spojrzał na niebo, tak doskonale błękitne, że nie mógł go sobie wyobrazić czarnego i przysłoniętego samolotami wojennymi.

3

Przejechali przez rzekę Pad i długo przed zmierzchem, gdy wiejski krajobraz nadal pogrążony był w letnim letargu, pociąg zgrzytnął i zatrzymał się z westchnieniem wśród łagodnie pofałdowanych pól uprawnych. Pino, z kocem przerzuconym przez ramię, wspiął się z Carlettem na niskie trawiaste wzgórze ponad sadem zwróconym na południowy zachód w kierunku miasta.

– Uważaj, Pino – powiedział pan Beltramini – albo rano będziesz miał na uszach pajęczyny.

Pani Beltramini, ładna, wiotka kobieta, która zawsze zdawała się cierpieć na taką czy inną przypadłość, ofuknęła go słabym głosem:

– Dlaczego to powiedziałeś? Przecież wiesz, że nie znoszę pająków.

Sprzedawca owoców powstrzymał uśmiech.

– O czym ty mówisz? Chciałem tylko ostrzec chłopca, czym grozi spanie z głową w wysokiej trawie.

Jego żona miała minę, jakby zamierzała się pokłócić, ale w końcu zbyła męża machnięciem ręki, jak natrętną muchę.

Wuj Albert wyjął z płóciennej torby chleb, wino, ser i suche salami. Rodzina Beltraminich przepołowiła pięć dojrzałych melonów. Ojciec Pina usiadł na trawie obok swojego futerału na skrzypce i objął kolana rękami. Jego mina wyrażała oczarowanie.

– Czy to nie wspaniałe? – zapytał Michele.

– Co jest wspaniałe? – wuj Albert rozejrzał się dookoła, zdziwiony.

– To miejsce. Jak czyste jest tutaj powietrze. I te zapachy. Żadnej spalenizny. Żadnego swędu bomb. Wydaje się takie… nie wiem. Niewinne?

– Otóż to – przyznała pani Beltramini.

– Otóż co? – spytał pan Beltramini. – Pójdziesz kawałek za daleko i już nie jest tak niewinnie. Krowie łajno, pająki, węże i…

Pac! Pani Beltramini klepnęła męża w rękę.

– Nie masz litości, prawda? Nigdy?

– Hej, to bolało – zaprotestował pan Beltramini z uśmiechem.

– I dobrze – podsumowała. – A teraz przestań. Zeszłej nocy nie zmrużyłam oka przez tę całą gadaninę o pająkach i wężach.

Carletto, nie wiedzieć czemu nagle rozgniewany, wstał i poszedł w kierunku sadu. Pino zauważył grupkę dziewcząt przy kamiennym murze otaczającym drzewa owocowe. Żadna z nich nie dorównywała urodą Annie. Ale może nadszedł czas, by o niej zapomnieć. Zbiegł po zboczu i dogonił Carletta. Przedstawił mu swój plan, po czym spróbowali umiejętnie zagadnąć dziewczęta. Jednak inna grupa chłopców była w tym od nich lepsza.

Pino spojrzał w niebo.

– Proszę jedynie o odrobinę miłości – powiedział.

– Myślę, że zadowoliłbyś się pocałunkiem – odparł Carletto.

– Wystarczyłby mi uśmiech – westchnął Pino.

Chłopcy wspięli się na mur i ruszyli między rzędami drzew, których gałęzie uginały się pod ciężarem owoców. Brzoskwinie jeszcze nie dojrzały, ale figi tak. Niektóre już spadły; chłopcy podnosili je z ziemi, otrzepywali, obierali ze skórki i jedli.

Pomimo tej rzadkiej okazji, aby skosztować świeżych owoców prosto z drzewa w czasach reglamentacji, Carletto wydawał się zmartwiony.

– Nic ci nie jest? – spytał Pino.

Jego najlepszy przyjaciel pokręcił głową.

– O co chodzi? – spytał Pino.

– To tylko przeczucie.

– Jakie?

Carletto wzruszył ramionami.

– Że życie nie okaże się takie, jak je sobie wyobrażaliśmy. Że źle się to dla nas skończy.

– Dlaczego tak myślisz?

– Nigdy nie uważałeś na lekcjach historii, prawda? Gdy wielkie armie idą na wojnę, zdobywca niszczy wszystko.

– Nie zawsze. Saladyn nigdy nie splądrował Jerozolimy. Widzisz? Jednak uważałem na historii.

– Nie obchodzi mnie to. – Carletto jeszcze bardziej się rozzłościł. – Po prostu mam takie przeczucie, które nie chce zniknąć. Jest wszędzie i…

Głos uwiązł mu w gardle, a łzy popłynęły po jego twarzy, choć z całych sił starał się opanować.

– Co się z tobą dzieje? – spytał Pino.

Carletto przekrzywił głowę, jakby przyglądał się obrazowi, którego wymowę nie do końca rozumiał.

– Moja mama jest bardzo chora – powiedział, a jego usta drżały. – Nie jest dobrze.

– Co to znaczy?

– A jak myślisz?! – krzyknął Carletto. – Ona umrze.

– Jezu – powiedział Pino. – Jesteś pewny?

– Słyszałem, jak rodzice rozmawiali o tym, jaki pogrzeb chciałaby mieć.

Pino pomyślał o pani Beltramini, a potem o Porzii. Myślał o tym, jakby to było wiedzieć, że jego matka umrze. Nagle ścisnęło mu żołądek.

– Tak mi przykro – rzekł Pino. – Naprawdę. Twoja mama jest wspaniałą kobietą. Znosi twojego tatę, więc jest prawie świętą, a mówią, że świętych czeka nagroda w niebie.

Carletto roześmiał się pomimo smutku i otarł łzy.

– Tylko ona potrafi przywołać go do porządku. Ale powinien przestać, wiesz? Jest chora, a on dokucza jej, jak z tymi wężami i pająkami. To okrutne. Jakby jej nie kochał.

– Kocha twoją mamę.

– Nie okazuje tego. Jakby się tego bał.

Ruszyli z powrotem. Przy kamiennym murze usłyszeli dźwięki skrzypiec.

4

Pino spojrzał na wzgórze i zobaczył swojego ojca, który stroił skrzypce, a obok pana Beltraminiego z nutami w dłoni. Złote światło zachodu słońca opromieniało obu mężczyzn i grupę ludzi wokół nich.

– Och, nie – jęknął Carletto. – Matko Boska, tylko nie to.

Pino poczuł się równie zaniepokojony. Czasem Michele Lella grał znakomicie, częściej jednak ojciec Pina gubił rytm albo gnał jak nawałnica przez sekcję wymagającą płynnego dotyku. A biedny pan Beltramini miał głos, który zwykle się łamał albo schodził zbyt nisko. Słuchanie któregokolwiek z tych dwóch mężczyzn było torturą, ponieważ nigdy nie można było się rozluźnić. To, że wybrzmi jakaś dziwna nuta, było pewne, a czasem pomyłka tak fatalna, że aż… cóż, krępująca.

Stojący na wzgórzu ojciec Pina poprawił skrzypce petite, piękny osiemnastowieczny instrument ze środkowych Włoch, który Porzia podarowała mężowi na Boże Narodzenie dziesięć lat wcześniej. Skrzypce te były najcenniejszym skarbem Michele’a, który czule ułożył je pod podbródkiem i uniósł smyczek.

Pan Beltramini wyprostował się, ręce opuścił luźno po bokach.

– Czeka nas katastrofa – powiedział Carletto.

– Widzę, jak nadciąga – dodał Pino.

Ojciec Pina zagrał pierwsze dźwięki melodii Nessun Dorma, „Niechaj nikt nie śpi”, wznoszącej się arii tenorowej z trzeciego aktu opery Giacoma Pucciniego Turandot. Ponieważ był to jeden z ulubionych utworów jego ojca, Pino słyszał już nagranie w wykonaniu Toscaniniego i pełnej orkiestry La Scali z potężnym tenorem Miguelem Fletą, który śpiewał tę arię podczas premiery opery w latach dwudziestych XX wieku.

Fleta grał księcia Kalafa, zamożnego członka rodziny królewskiej podróżującego incognito po Chinach, który zakochuje się w pięknej, lecz zimnej i wrednej księżniczce Turandot. Król wydał dekret mówiący, że każdy, kto zechce zdobyć rękę księżniczki, musi najpierw rozwiązać trzy zagadki. Jedna pomyłka, a konkurent zginie straszliwą śmiercią.

Pod koniec drugiego aktu Kalaf rozwiązał już wszystkie zagadki, lecz księżniczka nadal nie zgadza się go poślubić. Kalaf proponuje, że jeśli Turandot odgadnie jego prawdziwe imię przed świtem, odejdzie, ale jeśli jej się to nie uda, zgodzi się go poślubić.

Księżniczka podbija stawkę. Oznajmia Kalafowi, że jeśli dowie się przed świtem, jak brzmi jego imię, dostanie jego głowę. On przystaje na ten układ, a księżniczka oświadcza: Nessun dorma – niechaj nikt nie śpi, dopóki imię konkurenta nie zostanie odkryte.

W operze aria Kalafa przychodzi z nadejściem świtu i niespełnieniem oczekiwań księżniczki. Nessun Dorma to nadzwyczajny utwór, który przez cały czas narasta, domagając się, aby śpiewak był coraz silniejszy, gdy rozkoszuje się swoją miłością do księżniczki, z każdą chwilą bliżej świtu coraz bardziej pewny zwycięstwa.

Pino dotąd uważał, że trzeba by pełnej orkiestry i słynnego tenora, takiego jak Fleta, aby uzyskać emocjonalny triumf arii. Ale wersja jego ojca i pana Beltraminiego, okrojona do drżącej melodii i tekstu, była potężniejsza, niż mógłby to sobie wyobrazić.

Gdy Michele grał tamtej nocy, jego skrzypce śpiewały głębokim, miodopłynnym głosem. A pan Beltramini nigdy nie był lepszy. Wznoszące się nuty i frazy brzmiały w uszach Pina niczym śpiew dwóch nieziemskich aniołów, jeden głos wysoki, wydobywany przez palce jego ojca, i jeden niski, z gardła pana Beltraminiego, a oba płynęły raczej z niebiańskiej inspiracji niż umiejętności.

– Jak oni to robią? – zdumiał się Carletto.

Pino nie miał pojęcia, co stoi za wirtuozerskim występem jego ojca, gdy nagle zauważył, że pan Beltramini nie śpiewa do zebranych, lecz do kogoś wśród tłumu, i zrozumiał źródło pięknej barwy głosu sprzedawcy owoców i miłosnej tonacji występu.

– Spójrz na swego tatę – rzekł Pino.

Carletto wspiął się na palce i zobaczył, że jego ojciec śpiewał tę arię nie do tłumu, lecz do swej umierającej żony, jakby oprócz ich dwojga nie było na świecie nikogo.

Gdy dwaj mężczyźni skończyli, ludzie zebrani na zboczu wzgórza wstali i zaczęli klaskać, i gwizdać. Pino też miał łzy w oczach, ponieważ po raz pierwszy w życiu zobaczył w swoim ojcu bohatera. Carletto płakał z innych, głębszych powodów.

– Byłeś fantastyczny. – Pino wyznał to Michele’owi później w ciemności. – A Nessun Dorma to doskonały wybór.

– W tak wspaniałym miejscu tylko ten przyszedł nam do głowy – odparł jego ojciec, wyraźnie poruszony tym, czego właśnie dokonał. – A potem daliśmy się ponieść, jak to mówią muzycy La Scali, i graliśmy con smania, z pasją.

– Słyszałem, tato. Wszyscy to słyszeliśmy.

Michele skinął głową i westchnął z radością.

– A teraz trzeba się przespać.

Pino przygotował w ziemi miejsce na biodra i pięty, zdjął koszulę, z której zrobił sobie poduszkę, i owinął się prześcieradłem, które zabrał z domu. Umościł się, wdychając zapach słodkiej trawy, już senny.

Zamknął oczy i rozmyślał o występie ojca, tajemniczej chorobie pani Beltramini i o śpiewie jej męża-żartownisia. Odpłynął w sen, zastanawiając się, czy wieczorem był świadkiem cudu.

Kilka godzin później Pino we śnie gonił Annę ulicą, gdy nagle w oddali usłyszał grzmot. Zatrzymał się, a dziewczyna pobiegła dalej i zniknęła w tłumie. Nie zasmuciło go to, ale zastanawiał się, czy spadnie deszcz i jak smakowałyby jego krople na języku.

Carletto potrząsnął nim, aby go obudzić. Księżyc świecił wysoko nad ich głowami, rzucając spiżowobłękitne światło na wzgórze, a wszyscy stali i spoglądali na zachód. Alianckie bombowce atakowały Mediolan falami, lecz z tej odległości nie było widać samolotów ani miasta, jedynie flary i błyski na horyzoncie, i odległy pomruk wojny.

5

Pociąg wtoczył się z powrotem do Mediolanu niedługo po świcie następnego dnia. Nad miastem kłębiły się czarne zwoje dymu. Gdy opuścili pociąg i wyszli na ulice, Pino zauważył różnice pomiędzy mieszkańcami, którzy uciekli z miasta, a tymi, którzy przeżyli nalot. Terror eksplozji przygarbił ramiona ocalonych, wypełnił ich oczy pustką. Mężczyźni, kobiety i dzieci nieśmiało powłóczyli nogami, jakby w każdej chwili ziemia, po której kroczą, mogła się rozstąpić i zapaść w niewyobrażalny ognisty lej. Niemal wszędzie wisiał dym. Sadza, gdzieniegdzie drobna i biała, w innych miejscach w kolorze wulkanicznej szarości, pokrywała prawie wszystko: porozrywane i poskręcane auta, rozerwane i zawalone budynki, drzewa odarte do naga przez wybuchy.

Przez kilka tygodni Pino i jego ojciec trzymali się tego schematu – pracowali w ciągu dnia i pociągiem opuszczali miasto późnym popołudniem, by wrócić o świcie i zobaczyć najświeższe rany Mediolanu.