Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Porozmawiajmy jak dorośli

Porozmawiajmy jak dorośli

4.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Porozmawiajmy jak dorośli

Niektórzy wchodzą w politykę w garniturze. Warufakis wjechał w nią na motorze w czarnej ramonesce.

Polityczna gra na przetrzymanie, ciosy w plecy i zakulisowe gierki. Salonowe gry, których nie powstydziłby się nawet Watykan. Najbardziej kontrowersyjny ekonomista świata ujawnia sekrety swojej walki o Grecję z europejskimi instytucjami.

Co się dzieje, gdy zadzierasz z Unią Europejską i masz już 300 miliardów euro długu? Czy da się z nią twardo negocjować? Były grecki minister finansów w końcu doprowadził europejskie elity do wściekłości. Prawdziwa polityka jednak rozgrywała się, jak zawsze, za zamkniętymi drzwiami. O tym właśnie jest ta książka.

Jeden z moich nielicznych bohaterów. Dopóki mamy Warufakisa, możemy mieć nadzieję. - Slavoj Žižek

Polecane książki

Tytuł trochę straszy, ale nie jest aż tak źle. Nie ma tu nic poważnego na temat psychiatrii i bardziej chodzi o symboliczną wagę pojęcia schizofrenii, jako poniekąd znaku naszych ciekawych czasów. Zmieniających się wciąż stanów i sytuacji, rozszczepienia między biznesem, a kulturą, kulturą masową,a ...
Poradnik do gry I Am Alive ułatwia ukończenie wszystkich epizodów gry oraz wskazuje położenie przedmiotów niezbędnych do przeżycia w zniszczonym mieście. W jego drugiej części opisane są wszystkie ukryte lokacje z ofiarami kataklizmu.I Am Alive - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tema...
Nikt nie lubi być kundlem, gdy jest się wrażliwym młodzieńcem, który  musi  pokonać świat, by uśpić lęk  dzieciństwa.  Dlatego  wiele lat później, będąc zagranicznym korespondentem wielkiego  tygodnika, Jacek Somk rusza na Hybrydy, na wyspę ludzi o ptasich nogach. Czy jednak jest gotowy na miłość Kr...
Dawid Schatz, jako młody chłopiec wchodzi w posiadanie dziwnego przedmiotu. Z czasem odkrywa, że przedmiot ten wykazuje niezwykłe właściwości. Jednocześnie, już jako młody mężczyzna, odkrywa w sobie niesamowitą zdolność przewidywania wyników… gier losowych. Całe jego długie życie wypełnione jest...
Bohaterów swojego reportażu – wojskowych i cywili – Paweł Pieniążek wyszukał po obu stronach frontu. Niektórzy wyjechali z Donbasu, uciekając przed ostrzałami, inni zostali – bo tam jest ich dom. W przejmujących historiach poznajemy te tragiczne detale konfliktu, które umykają w zdawkowych relacjach...
Opracowanie zawiera przykładową instrukcję zarządzania systemem informatycznym w placówce medycznej, opracowaną przez prawnika w kooperacji z informatykami. Dzięki niemu bez problemu stworzysz instrukcję dla placówki medycznej zgodną z wymaganiami określonymi w rozporządzeniu Ministra Spraw Wewnętrz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Janis Warufakis

Janis Warufakis

Porozmawiajmy jak dorośli. Jak walczyłem z europejskimi elitami

Warszawa 2019

Tytuł oryginału: Adults in the Room. My Battle With Europe’s Deep Establishment

Copyright © by Janis Warufakis, 2017

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2019

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66232-12-9

Supported by a grant from the Open Society Foundations.

Książka ukazuje się przy wsparciu Open Society Foundations.

Dla tych, którzy gorliwie szukają kompromisu,ale wolą klęskę od kompromitacji.

Uwaga na temat mowy niezależnej

W książce, w której tak wiele zależy od tego, co kto komu powiedział, dołożyłem wszelkich starań, by nie wypaczyć sensu żadnej wypowiedzi. Korzystałem w tym celu z nagrań audio, których dokonałem swoim telefonem, a także z notatek spisywanych w trakcie wielu oficjalnych spotkań i rozmów przywoływanych w tej książce. Jeśli nie dysponowałem takimi materiałami, opierałem się na pamięci i, gdy było to możliwe, szukałem potwierdzenia u innych świadków.

Czytelnicy powinni wziąć pod uwagę, że wiele z dyskusji opisywanych w tej książce toczono w języku greckim. Dotyczy to wszystkich rozmów z moimi współpracownikami w Ministerstwie Finansów, parlamencie, na ulicach Aten, z premierem, w rządzie i z moją partnerką Danae. Musiałem przetłumaczyć te rozmowy na angielski.

Jedyne z przytaczanych tu dyskusji, których nie prowadzono ani w języku greckim, ani angielskim, to te, które odbyły się między mną a francuskim ministrem finansów Michelem Sapinem. Co więcej, pan Sapin był jedynym członkiem Eurogrupy, który nie zwracał się do zebranych po angielsku. Porozumiewaliśmy się przez tłumaczy lub, dość często, on mówił po francusku, a ja odpowiadałem po angielsku. Nasze rozumienie języka rozmówcy było wystarczające, by kontynuować wymianę zdań.

Każdorazowo ograniczałem moją relację wyłącznie do rozmów, których opisanie leży w interesie publicznym, i uwzględniłem jedynie te rzucające światło na zdarzenia, które wpłynęły na życie milionów ludzi.

Przedmowa

Moja poprzednia książka, A słabi muszą ulegać? Europa, polityka oszczędnościowa a zagrożenie dla globalnej stabilizacji1, zawiera historyczne wyjaśnienie przyczyn, dla których Europa, po dekadach integracji, ulega obecnie procesowi stopniowej utraty własnej integralności i zarzucania swojej duszy. Akurat gdy pisałem jej ostatnie zdania, w styczniu 2015 roku, zostałem ministrem finansów Grecji i, w konsekwencji, wpadłem w paszczę potwora2. Przyjmując to stanowisko w trwale zadłużonym europejskim kraju w samym środku jego gwałtownego starcia z wierzycielami – najpotężniejszymi rządami i instytucjami Europy – na własnej skórze doświadczyłem konkretnych okoliczności i bezpośrednich przyczyn grzęźnięcia naszego kontynentu w bagnie, z którego nie wydobędzie się on przez długi, długi czas.

Niniejsza książka opowiada o tych właśnie doświadczeniach. Można ją określić jako opowieść akademika, który stał się rządowym ministrem, by po chwili zostać sygnalistą. Lub jako publiczne ujawnienie osobistej historii z udziałem wpływowych osobistości: Angeli Merkel, Maria Draghiego, Wolfganga Schäublego, Christine Lagarde, Emmanuela Macrona, George’a Osborne’a, Baracka Obamy. Lub jako opowieść o małym zbankrutowanym kraju stawiającym się Goliatom Europy, aby uciec z więzienia dla dłużników. Ucieczka – w momencie pisania tej książki – kończy się druzgocącą, choć dość honorową porażką. Jednak żadna z tych charakterystyk nie oddaje moich prawdziwych motywacji do napisania tej książki.

Zaraz po bezwzględnym stłumieniu greckiej rebelii z 2015 roku, znanej również jako grecka lub ateńska wiosna, lewicowa hiszpańska partia Podemos straciła rozpęd. Bez wątpienia wielu jej potencjalnych wyborców obawiało się, że przerażająca Unia Europejska narazi ich na los podobny do naszego. Obserwując bezduszny brak poszanowania dla demokracji w Grecji, wielu zwolenników brytyjskiej Partii Pracy zdecydowało się poprzeć Brexit. Ten ostatni zwiększył popularność Donalda Trumpa. Jego triumf był z kolei wiatrem w żagle dla ksenofobicznych nacjonalistów w Europie i na świecie. Władimir Putin musi przecierać oczy ze zdumienia, patrząc, w jak zdumiewający sposób Zachód sam się osłabił.

Historia opowiedziana w tej książce nie tylko pozwala zrozumieć, czym stają się w ostatnich latach Europa, Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone; daje również rzeczywisty wgląd w przyczyny rozłamu, do którego doszło wśród naszych polityków i na gruncie zarządzanych przez nich gospodarek. W czasach, gdy tak zwany liberalny establishment zwalcza produkowane przez zbuntowaną alternatywną prawicę (alt-right) fałszywe wiadomości (fake news), warto przypomnieć, że w 2015 roku ten sam establishment przeprowadził niebezpiecznie skuteczną kampanię kłamstw i oczerniania proeuropejskiego, demokratycznie wybranego rządu w małym europejskim kraju.

Chociaż taki wgląd może okazać się użyteczny, moja motywacja do napisania tej książki sięga głębiej. Pod powierzchnią konkretnych zdarzeń, których doświadczyłem, rozpoznałem uniwersalną historię – opowieść o tym, co się dzieje, gdy ludzie lądują na łasce okrutnych okoliczności stworzonych przez nieludzką, w większości ukrytą sieć stosunków władzy. Właśnie dlatego w tej książce nie ma żadnych jednoznacznie pozytywnych ani negatywnych bohaterów. Często piszę w niej za to o ludziach, którzy robią, co do nich należy (przynajmniej w ich opinii), ale działając w warunkach, których nie wybrali. Każda z osób, które napotkałem i opisuję poniżej, wierzyła, że zachowuje się właściwie. Jednak ich łączne działania stworzyły nieszczęście na skalę kontynentalną. Czyż nie jest to materiał na prawdziwą tragedię? Czy to nie za sprawą takich działań i ich konsekwencji wciąż przemawiają do nas tragedie Sofoklesa czy Szekspira?

W pewnym momencie Christine Lagarde, dyrektorka zarządzająca Międzynarodowym Funduszem Walutowym, zauważyła zirytowana, że aby zakończyć ten dramat, potrzebujemy „porozmawiać jak dorośli”. Miała rację. Przy wielu stołach negocjacyjnych, przy których siedzieli ludzie odpowiedzialni za ten dramat, brakowało dorosłych. Jego bohaterów i bohaterki można podzielić na dwie grupy: banalnych i fascynujących. Ci pierwsi zajmowali się swoimi zadaniami, odhaczając pozycje na kartach instrukcji wręczonych im przez ich szefów. Jednak w wielu wypadkach owi szefowie – na przykład polityk Wolfgang Schäuble czy funkcjonariusze Christine Lagarde i Mario Draghi – zachowywali się inaczej. Mieli możliwość zastanowienia się nad sobą i swoją rolą w tym dramacie. Właśnie możliwość wejścia w dialog z samym sobą czyniła ich podatnymi na pułapkę samospełniającej się przepowiedni.

Obserwowanie wierzycieli Grecji przy pracy przypominało oglądanie wersji Makbeta, która rozgrywałaby się na ziemi Edypa. Ojciec Edypa, król Lajos z Teb, nieświadomie sprowadził na siebie śmierć, ponieważ wierzył w przepowiednię głoszącą, że zostanie zabity przez własnego syna. Tak samo najbystrzejsi i najpotężniejsi gracze w europejskim dramacie doprowadzili do własnej zguby, ponieważ bali się proroctwa, które ją zapowiadało. W pełni świadomi tego, jak łatwo władza może wymknąć się z rąk, wierzyciele Grecji tkwili w sidłach własnej niepewności. Obawiając się, że niezadeklarowane bankructwo Grecji może odebrać im polityczną kontrolę nad Europą, narzucili na ten kraj reformy, które stopniowo osłabiały ich kontrolę nie tylko nad Grecją, ale i Europą.

W pewnym momencie, wyczuwając, że ich władza przeobraża się w nieznośną bezradność, poczuli się niczym Makbet: zmuszeni do zrobienia tego, co najgorsze. Chwilami niemal słyszałem w ich głosach:

Nazbyt głęboko w krwi się unurzałem,

Bym mógł się cofnąć. Trzeba mi brnąć dalej.

Spiski, intrygi kłębią mi się w głowie

I lęk, że zaraz ktoś o nich się dowie3.

Relacja przedstawiona przez któregokolwiek z bohaterów takiego okrutnego dramatu nie może być w pełni neutralna i pozbawiona chęci usprawiedliwienia się. Aby zatem być możliwie najbardziej sprawiedliwym i bezstronnym, starałem się postrzegać ich działania przez pryzmat rzeczywistej greckiej lub Szekspirowskiej tragedii, ich samych zaś jako ludzi, którzy nie są ani źli, ani dobrzy, lecz ponoszą niezamierzone konsekwencje ich rozumienia własnych powinności. Podejrzewam, że zbliżyłem się do realizacji tego celu w większym stopniu w odniesieniu do ludzi, których uznałem za fascynujących, niż w przypadku tych, których banalność stępiła moje zmysły. Ciężko mi za to przepraszać, także dlatego, że postępując inaczej, oddaliłbym się od zadeklarowanej bezstronności.

Część IZimy naszej goryczyRozdział 1Wprowadzenie

Jedynym kolorem przebijającym się przez półmrok hotelowego baru była bursztynowa ciecz migocząca w stojącej przed nim szklance. Kiedy podszedłem, podniósł wzrok, by mnie przywitać skinieniem głowy, po czym znów wgapił się w swoją whiskey. Wyczerpany, zatopiłem się w wygodnej sofie.

Nagle usłyszałem jego znajomy głos. Brzmiał wyjątkowo posępnie.

– Janis, popełniłeś wielki błąd.

Późną wiosenną nocą Waszyngton ogarnia łagodność niemożliwa do wyobrażenia za dnia. Gdy znikają politykierzy, lobbyści i pochlebcy, w powietrzu przestaje unosić się napięcie, a bary mają do wyłącznej dyspozycji ci, którzy nie muszą wstawać o świcie, oraz jeszcze mniej liczna garstka tych, którym problemy spędzają sen z powiek. Tej nocy, tak jak podczas osiemdziesięciu jeden poprzednich, a także osiemdziesięciu jeden, które miały nastąpić po niej, należałem do tej drugiej grupy.

Wystarczyło mi piętnaście minut, by przejść pod osłoną nocy z budynku Międzynarodowego Funduszu Walutowego (pod adresem 700 19th Street NW) do baru hotelowego, w którym miałem się z nim spotkać. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że krótka przechadzka przez nijaki Dystrykt Kolumbii może być tak pokrzepiająca. Perspektywa spotkania wielkiego człowieka wzmacniała moje poczucie ulgi: po piętnastu godzinach siedzenia naprzeciwko możnych ludzi zbyt banalnych lub zbyt przerażonych, by mówić to, co myślą, miałem spotkać się z postacią o wielkich wpływach w Waszyngtonie i poza nim, człowiekiem, którego nikt nie mógł oskarżać ani o banalność, ani o nieśmiałość.

Wszystko to runęło wraz z jego zgryźliwym pierwszym zdaniem, którego chłód potęgowały przyćmione światło i gra cieni.

Udając opanowanie, spytałem:

– Jakiż to błąd, Larry?

– Wygrałeś wybory!

Działo się to 16 kwietnia 2015 roku, w samym środku mojej krótkiej przygody na stanowisku ministra finansów Grecji. Niecałe sześć miesięcy wcześniej wiodłem życie akademika: wykładałem w Szkole Spraw Publicznych Lyndona B. Johnsona Uniwersytetu Teksańskiego w Austin, dla którego to zajęcia wziąłem urlop na Uniwersytecie Ateńskim. Jednak w styczniu, gdy wybrano mnie na posła do greckiego parlamentu, moje życie całkowicie się zmieniło. Złożyłem tylko jedną obietnicę wyborczą: że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by uratować mój kraj od niewoli za długi i druzgoczącej polityki oszczędności narzuconej mu przez europejskich sąsiadów i MFW. To ta obietnica przywiodła mnie do Waszyngtonu i tego baru, gdzie miałem się spotkać się z moim rozmówcą. W spotkaniu tym towarzyszyła mi bliska współpracownica Elena Panariti, pośredniczyła też w jego organizacji.

Uśmiechając się w obliczu suchego poczucia humoru mego rozmówcy i ukrywając niepokój, pomyślałem natychmiast: „Czy w ten sposób zamierza wzmocnić moją determinację w walce z wrogim imperium?”. Na szczęście przypomniałem sobie, że siedemdziesiąty pierwszy sekretarz skarbu Stanów Zjednoczonych i dwudziesty siódmy rektor Uniwersytetu Harvarda nie jest znany z łagodnego tonu.

Zdecydowany odsunąć na chwilę poważne kwestie, które mieliśmy roztrząsać, poprosiłem barmana o whiskey i zagaiłem:

– Zanim opowiesz mi o moim „błędzie”, pozwól, że wyznam ci, Larry, jak ważne były twoje wsparcie i rady w ostatnich tygodniach. Jestem naprawdę wdzięczny. Tym bardziej że przez lata odnosiłem się do ciebie jak do Księcia Ciemności.

Nieporuszony Larry Summers odparł:

– Przynajmniej nazywałeś mnie księciem. Mówiono o mnie gorsze rzeczy.

Przez kilka następnych godzin toczyliśmy poważną rozmowę. Dyskutowaliśmy o rozwiązaniach technicznych: konwersji długu, polityce fiskalnej, reformach rynkowych, „złych” bankach. Ostrzegł mnie, że na froncie politycznym przegrywałem wojnę propagandową, a „Europejczycy”, jak nazywał europejskie władze, planowali mnie dorwać. Zasugerował, a ja się z tym zgodziłem, że jakikolwiek nowy układ z moim od dawna cierpiącym krajem powinien umożliwiać niemieckiej kanclerz przedstawienie go swoim wyborcom jako  j e j  pomysł, jej o s o b i s t ą  spuściznę.

Sprawy toczyły się lepiej, niż się spodziewałem. Osiągaliśmy szerokie porozumienie we wszystkich istotnych kwestiach. Zapewnienie sobie wsparcia groźnego Larry’ego Summersa w walce przeciw potężnym instytucjom, rządom i koncernom medialnym, które domagały się od greckiego rządu poddania się i przekazania im mojej głowy na srebrnej tacy, było nie lada wyczynem. Wreszcie, po tym, jak uzgodniliśmy kolejne kroki, a zanim mieszanka zmęczenia i alkoholu zmusiła nas do zakończenia wieczoru, Summers popatrzył mi głęboko w oczy i zaczął wywód.

– Są dwa rodzaje polityków: insiderzy i outsiderzy. Ci drudzy na pierwszy plan wysuwają swoją wolność, aby zachować prawo do wygłaszania własnego zdania, własnej prawdy. Ceną za tę wolność jest ignorowanie ich przez insiderów, którzy podejmują ważne decyzje. Insiderzy z kolei stosują się do świętej zasady: nigdy nie obracajcie się przeciw innym insiderom i nigdy nie rozmawiajcie z outsiderami o tym, co insiderzy mówią lub robią. Jaka jest nagroda za stosowanie się do tej zasady? Dostęp do wewnętrznych informacji i szansa, chociaż nie gwarancja, wpływania na potężnych ludzi i skutki ich działań.

Po tym wprowadzeniu zadał pytanie, tak dobrze przećwiczone, że prawdopodobnie testował nim już wielu przede mną1.

– Zatem, Janis, którym z tych dwóch typów jesteś?

Instynkt nakazywał mi odpowiedzieć jednym słowem, lecz użyłem całkiem wielu.

– Z natury jestem outsiderem – zacząłem. – Ale – dodałem pospiesznie – jestem gotowy okiełznać mój charakter, jeśli pomoże to zawrzeć nowy pakt dla Grecji, który wydobędzie nasz naród z więzienia dla dłużników. Nie miej co do tego wątpliwości, Larry, będę się zachowywał jak naturalny insider dopóty, dopóki będzie to konieczne, by uzyskać realną propozycję porozumienia: dla Grecji, dla Europy. Jeśli jednak insiderzy, z którymi mam do czynienia, okażą się nieskłonni do uwolnienia Grecji od jej wiecznego niewolnictwa za długi, nie zawaham się wejść w rolę sygnalisty przeciwko nim – by wrócić do pozycji outsidera, która i tak jest moim naturalnym środowiskiem.

– W porządku – odparł po chwili zadumy.

Zebraliśmy się do wyjścia. W trakcie naszej rozmowy lunął deszcz. Gdy Larry wsiadał do taksówki, wystarczyło kilka sekund, by moje wiosenne ubrania całkowicie przemokły. Przypomniałem sobie wtedy o szalonym marzeniu, które podtrzymywało mnie w działaniu podczas niekończących się spotkań w poprzednich dniach i tygodniach: by przejść się samotnie, niezauważonym, w deszczu.

Spełniłem je. Podczas spaceru ostrożnie oceniłem właśnie zakończone spotkanie. Summers był sojusznikiem, chociaż niechętnym. Nie miał czasu na lewicową politykę naszego rządu, ale rozumiał, że nasza porażka nie leży w interesie Ameryki. Wiedział, że polityka gospodarcza strefy euro jest nie tylko okrutna wobec Grecji, ale również groźna dla Europy, a zatem także dla Stanów Zjednoczonych. Wiedział również, że Grecję traktowano jedynie jak laboratorium, w którym testuje się i rozwija nieudane rozwiązania, zanim w udoskonalonej wersji wprowadzi się je w pozostałych częściach Europy. Dlatego wyciągnął pomocną dłoń. Pomimo różnic w ideologiach politycznych mówiliśmy tym samym ekonomicznym językiem i szybko doszliśmy do porozumienia w sprawie naszych celów i taktyki. Niemniej jednak moja odpowiedź bez wątpienia go zaniepokoiła, chociaż nie dał tego po sobie poznać. Czułem, że wsiadłby do swojej taksówki w znacznie lepszym nastroju, gdybym wykazał jakiekolwiek zainteresowanie  t o ż s a m o ś c i ą  insidera. Ta książka potwierdza tylko, że nie było to możliwe.

Wróciłem do hotelu, dwie godziny później miał zadzwonić budzik, który wezwie mnie z powrotem na pierwszą linię frontu. Wysuszyłem się i pełen niepokoju zacząłem rozmyślać: jak moi greccy towarzysze, wewnętrzny krąg naszego rządu, odpowiedzieliby sami przed sobą na pytanie Summersa? Tej nocy byłem pełen wiary, że tak samo jak ja.

Niecałe dwa tygodnie później nabrałem pierwszych wątpliwości.

Bardzo czarne skrzynki

Jorgos Chatzis zaginął 29 sierpnia 2012 roku. Ostatni raz widziano go w urzędzie zabezpieczenia społecznego w małym północnogreckim miasteczku Siatista, gdzie powiedziano mu, że jego comiesięczny zasiłek w wysokości dwustu osiemdziesięciu euro, przysługujący osobom niepełnosprawnym, został zawieszony. Świadkowie opowiadali, że nie poskarżył się ani słowem. „Zdawał się być zszokowany i milczał” – napisano w gazecie. Zaraz potem po raz ostatni użył swojej komórki: zadzwonił do żony. Nie odebrała, więc zostawił wiadomość: „Czuję się bezużyteczny. Nie mam już nic, co mógłbym ci zaoferować. Opiekuj się dziećmi”. Kilka dni później jego ciało znaleziono w odległym lesie, wiszące nad klifem. Telefon leżał na ziemi nieopodal.

Fala samobójstw wywołana wielką grecką depresją gospodarczą przykuła uwagę międzynarodowej prasy kilka miesięcy wcześniej, gdy Dimitris Christulas, siedemdziesięciosiedmioletni emerytowany farmaceuta, zastrzelił się przy drzewie na środku ateńskiego placu Syntagma. Pozostawił chwytający za serce polityczny manifest przeciwko polityce oszczędnościowej. Kiedyś cicha, pełna godności rozpacz bliskich Christulasa i Chatzisa zawstydziłaby i zmusiła do milczenia nawet najbardziej zatwardziałych komorników. Jednak w Republice Ratunkowej, jak z przekąsem nazywam Grecję po 2010 roku, komornicy trzymali swoje ofiary na dystans: barykadowali się w pięciogwiazdkowych hotelach, przemykali w kolumnach samochodów i uspokajali swoje z rzadka słabnące nerwy bezpodstawnymi projekcjami statystyk dotyczących ożywienia gospodarczego kraju.

W tym samym 2012 roku, trzy długie lata przed tym, jak Larry Summers zrobił mi wykład o insiderach i outsiderach, moja życiowa partnerka Danae Stratu wystawiła instalację artystyczną It is time to open the black boxes! (To czas na otwarcie czarnych skrzynek!) w galerii w centrum Aten. Praca składała się ze stu czarnych metalowych skrzynek ułożonych geometrycznie na ziemi. Każda z nich zawierała słowo wybrane przez Danae spośród tysiąca, które ateńczycy dostarczyli poprzez media społecznościowe w odpowiedzi na jej pytanie: „Jak jednym słowem określił(a)byś to, czego najbardziej się boisz, lub to, co najbardziej chciał(a)byś zachować?”.

Pomysł Danae polegał na tym, że w przeciwieństwie do czarnych skrzynek z katastrof lotniczych te miały zostać otwarte, zanim będzie za późno. Słowem, które mieszkańcy Aten wybierali częściej niż inne, nie było „praca”, „emerytury” czy „oszczędności”. Najbardziej obawiali się stracić „godność”. Po wybuchu kryzysu największej liczby samobójstw doświadczyła Kreta; jej mieszkańcy są znani z dumy. Gdy depresja się pogłębia, a grona gniewu dojrzewają i stają się „zapowied[zią] przyszłego winobrania”2, to właśnie utrata godności powoduje największą rozpacz.

W napisanym przeze mnie tekście do katalogu wystawy odwoływałem się również do innego rodzaju czarnej skrzynki. Powołałem się na inżynierię: czarna skrzynka jest w niej urządzeniem lub systemem, którego wewnętrznego funkcjonowania nie rozumiemy, jednak z którego zdolności do zamiany wkładów na wyniki zdajemy sobie sprawę i w pełni tę zdolność wykorzystujemy. Na przykład telefon komórkowy zamienia ruchy palców w rozmowę telefoniczną lub przyjazd taksówki, jednak dla większości z nas, jeśli nie jesteśmy inżynierami elektrykami, to, co dzieje się w smartfonie, pozostaje zagadką. Jak zauważyli filozofowie, umysły innych ludzi są typową czarną skrzynką: ostatecznie nie mamy pojęcia, co dokładnie dzieje się w głowie kogoś innego. (Przez sto sześćdziesiąt dwa dni dokumentowane przez tę książkę często łapałem się na marzeniu, by ludzie wokół mnie, szczególnie moi towarzysze broni, byli mniej podobni do czarnych skrzynek).

Istnieją również, jak je nazwałem, „wielkie czarne skrzynki”, o znaczeniu i rozmiarach tak ogromnych, że nawet ich twórcy i osoby je kontrolujące nie zdołają w pełni zrozumieć ich wewnętrznych mechanizmów. Na przykład skutków działania instrumentów pochodnych nie rozumieją na dobrą sprawę nawet inżynierzy finansowi, którzy je zaprojektowali. Działalność globalnych banków i wielonarodowych korporacji rzadko jest pojmowana przez ich prezesów. Wreszcie, takimi wielkimi czarnymi skrzynkami są również, co oczywiste, rządy i ponadnarodowe instytucje, takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, kierowane przez polityków i wpływowych biurokratów, którzy mogą sprawować urząd, ale rzadko sprawują władzę. One również zamieniają wkłady (pieniądze, długi, podatki, głosy) na wyniki (zyski, bardziej złożone formy zadłużenia, redukcje w świadczenia społecznych, politykę zdrowotną i edukacyjną). Różnica między tymi wielkimi czarnymi skrzynkami a skromnym smartfonem (a nawet innymi ludźmi) polega na tym, że podczas gdy większość z nas nie ma żadnej kontroli nad wkładami tych pierwszych, ich wyniki kształtują całe nasze życie.

Tę różnicę zwięźle ujmuje jedno słowo: moc. Nie chodzi tutaj o energię związaną z elektrycznością czy miażdżącą siłę fal oceanu, ale o inny, bardziej subtelny, złowrogi rodzaj mocy i władzy dzierżonej przez „insiderów”, do których odwoływał się Larry Summers, pełen obaw, że moje usposobienie nie pozwoli mi na wejście w ich szeregi. Mam na myśli moc ukrytej informacji.

Gdy byłem ministrem, ale i jakiś czas potem, ludzie wciąż pytali mnie: „Czego MFW chce od Grecji? Czy ci, którzy odrzucili umorzenie długu, zrobili to z powodu jakiejś tajemnej, ukrytej agendy? Czy działali w imieniu korporacji zainteresowanych splądrowaniem greckiej infrastruktury – portów lotniczych, nadmorskich kurortów, spółek telefonicznych i innych?”. Gdyby to było takie proste.

Gdy wybucha kryzys na dużą skalę, kusi nas, by widzieć w nim efekt spisku między możnymi. Na myśl przychodzą wyobrażenia zasnutych dymem z cygar pomieszczeń, w których przebiegli mężczyźni (i sporadycznie kobiety) knują, jak obłowić się kosztem dobra wspólnego i słabych. Te obrazy są jednak złudne. Jeśli rażące pogorszenie warunków naszego funkcjonowania można zrzucić na spisek, to tylko taki, którego uczestnicy nie wiedzą nawet, że są jego częścią. To, co dla wielu wygląda jak spisek możnych, jest po prostu wyłaniającą się cechą każdej sieci wielkich czarnych skrzynek.

Kluczem do powyższych czarnoskrzynkowych struktur władzy są wykluczenie i nieprzejrzystość. Przypomnijcie sobie etos Wall Street i londyńskiego City przed załamaniem z 2008 roku: opierał się na maksymie „chciwość jest dobra”. Wielu przyzwoitych pracowników banków zadręczało się tym, co obserwowali i robili. Gdy jednak dostali w swoje ręce dowody lub informacje zapowiadające straszny rozwój wypadków, stanęli przed dylematem Summersa: spowodować wyciek do outsiderów i stracić na znaczeniu, zachować te dowody dla siebie i stać się współwinnymi czy zwiększyć swoją władzę, wymieniając je na inne informacje z kimś wtajemniczonym? To ostatnie rozwiązanie skutkuje powstaniem improwizowanego dwuosobowego sojuszu, który znacząco zwiększy władzę obu jednostek w ramach szerszej sieci insiderów. W miarę wymiany dalszych informacji ten dwuosobowy sojusz łączy się z innymi, podobnymi sojuszami. W rezultacie powstaje sieć władzy wewnątrz wcześniejszych sieci, składająca się z uczestników, którzy spiskują, de facto bez świadomości, że to czynią.

Za każdym razem, gdy polityk mający dostęp do poufnych informacji zdradza którąś z nich na wyłączność dziennikarzowi w zamian za konkretną interpretację leżącą w interesie polityka, dziennikarz dołącza, chociaż nieświadomie, do sieci insiderów. Za każdym razem, gdy dziennikarz odmawia naginania faktów na korzyść polityka, ryzykuje utratą wartościowego źródła i wykluczeniem z tej sieci. Oto, jak sieci władzy kontrolują przepływ informacji poprzez dokooptowywanie outsiderów i wykluczanie tych, którzy odrzucają zasady gry. Ewoluują w sposób naturalny, a kieruje nimi nieintencjonalny pęd, którego nie zdoła kontrolować żadna jednostka, nawet prezydent Stanów Zjednoczonych, prezes banku Barclays ani osoby zajmujące kluczowe pozycje w MFW czy rządach narodowych.

Znajdując się wewnątrz tej sieci władzy, potrzeba heroicznego usposobienia, by stać się sygnalistą, szczególnie gdy w kakofonii brzęczących pieniędzy nie sposób usłyszeć własnych myśli. A ta garstka, która wychodzi przed szereg, kończy niczym spadające gwiazdy – rozkojarzony świat szybko o nich zapomina.

Co fascynujące, wielu insiderów, szczególnie tych luźno związanych z siecią, nie uświadamia sobie istnienia sieci, którą sami wzmacniają. Dzieje się tak dlatego, że mają w jej ramach względnie niewiele kontaktów. Podobnie osoby tkwiące w sercu sieci zwykle nie zauważają, że w ogóle istnieje jakaś sieć. Rzadko zdarzają się ludzie wystarczająco przenikliwi, by żyjąc i pracując w czarnej skrzynce, zdawali sobie z tego sprawę. Larry Summers jest jednym z nich. Pytanie, które mi zadał, było w rzeczywistości wezwaniem do odrzucenia uroków zewnętrza. System przekonań Larry’ego opierał się na założeniu, że świat można uczynić lepszym, jedynie sterując nim ze środka czarnej skrzynki.

To właśnie w tym punkcie, jak uważałem, bardzo się mylił.

Tezeusz przed labiryntem

Przed 2008 rokiem, kiedy wielkie czarne skrzynki funkcjonowały stabilnie, żyliśmy w świecie, który  z d a w a ł   s i ę  zrównoważony i zdolny do samouzdrowienia. Były to czasy, gdy brytyjski kanclerz skarbu Gordon Brown świętował koniec okresów wzrostów przeplatanych kryzysami, a przyszły przewodniczący Rady Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej Ben Bernanke ogłaszał Wielką Stabilizację. Oczywiście ulegaliśmy złudzeniu stworzonemu przez wielkie czarne skrzynki, których działania nie rozumiał nikt, zwłaszcza zarządzający nimi insiderzy. W 2008 roku nastąpiło jednak spektakularne załamanie i powtórka z 1929 roku, nie mówiąc już o upadku małej Grecji.

Moim zdaniem kryzys finansowy z 2008 roku, który nie przestaje nam towarzyszyć od niemal dziesięciu lat, wyniknął  z   n i e u l e c z a l n e g o  załamania światowych wielkich czarnych skrzynek – sieci władzy, spisków bez spiskowców, które kształtują nasze życie. Ślepa wiara Summersa, że lekarstwa na ten kryzys zostaną wynalezione w obrębie tych samych upadłych sieci, dzięki normalnym działaniom insiderów, uderzyła mnie nawet wtedy jako wzruszająco naiwna. Być może nie powinno mnie to dziwić. W końcu trzy lata wcześniej napisałem w katalogu Danae, że „otwarcie wielkich czarnych skrzynek stało się obecnie zasadniczym warunkiem przetrwania przyzwoitości, całego ludzkiego rodzaju, a nawet naszej planety. Mówiąc wprost, wyczerpały nam się wymówki. Nadszedł zatem czas na otwarcie czarnych skrzynek!”. Co by to jednak oznaczało w praktyce?

P o   p i e r w s z e,  musimy przygotować się do uznania, że każdy i każda z nas może równie dobrze być węzłem w tej sieci, de facto nieświadomie uczestniczyć w spisku.  P o   d r u g i e,  i tu objawia się genialność Wikileaks, gdybyśmy mogli dostać się do wnętrza sieci, niczym Tezeusz wkraczający do labiryntu, i zakłócić przepływ informacji; gdybyśmy mogli zasiać obawę przed niekontrolowanym wyciekiem informacji w umysłach tak wielu członków sieci, jak to możliwe, wówczas nierozliczalne, źle funkcjonujące sieci władzy zawaliłyby się pod własnym ciężarem i brakiem znaczenia.  P o   t r z e c i e,  należy opierać się jakiejkolwiek tendencji do zastąpienia starych, zamkniętych sieci nowymi.

Zanim trzy lata temu wszedłem do waszyngtońskiego baru, złagodziłem swoje stanowisko. Moim priorytetem nie było doprowadzenie do wycieku informacji do outsiderów, lecz uczynienie wszystkiego, co możliwe, by wydobyć Grecję z więzienia dla dłużników. Jeśli oznaczałoby to udawanie insidera, trudno. Jednak gdyby ceną za przyjęcie do grona insiderów stała się akceptacja trwałego uwięzienia Grecji, odszedłbym w okamgnieniu. Rozwijanie nici Ariadny w korytarzach insiderskiego labiryntu i pozostanie w gotowości do podążania za nią do wyjścia jest, jak sądzę, warunkiem wstępnym godności, od której zależy szczęście greckiego ludu.

Dzień po mojej rozmowie z Larrym Summersem spotkałem Jacka Lewa, amerykańskiego sekretarza skarbu. Po spotkaniu w Departamencie Skarbu urzędnik, który odprowadzał mnie do drzwi, przestraszył mnie życzliwą przestrogą: „Panie ministrze, muszę pana ostrzec, że w ciągu tygodnia stanie się pan celem kampanii oszczerstw pochodzącej z Brukseli”. Mowa motywacyjna Larry’ego o ważności krakania jak insiderskie wrony, wraz z ostrzeżeniem, że przegrywamy wojnę medialną, nagle nabrała sensu.

Oczywiście nie poczułem się wielce zaskoczony. W 2012 roku napisałem, że insiderzy zareagują agresywnie wobec każdego, kto ośmieli się otworzyć ich wielkie czarne skrzynki na spojrzenie outsiderów:

Nic z tego nie będzie proste. Sieci odpowiedzą brutalnie, jak robią to od jakiegoś czasu. Staną się bardziej autorytarne, zamknięte, podzielone. W większym stopniu zajmą się własnym „bezpieczeństwem” i monopolem na informacje, jeszcze mniej ufając zwykłym ludziom3.

Kolejne rozdziały tej książki opisują gwałtowne reakcje owych sieci na moją uporczywą niezgodę na to, by przehandlować emancypację Grecji za uprzywilejowane miejsce, które mógłbym zająć w jednej z czarnych skrzynek.

Podpisz tutaj!

Wspomniane nieporozumienie sprowadzało się do jednego małego bazgrołu na kartce – mojej gotowości do podpisania w wykropkowanym miejscu świeżego porozumienia dotyczącego pożyczki ratunkowej, które zepchnęłoby Grecję w głąb labiryntu więzienia dla dłużników.

Mój podpis był tak ważny, ponieważ, co ciekawe, to nie prezydenci ani premierzy upadłych państw podpisują takie umowy z MFW lub Unią Europejską. Ten zatruty przywilej przysługuje nieszczęsnym ministrom finansów. Dlatego wierzyciele Grecji w napięciu oczekiwali, aż ugnę się przed ich wolą, a gdy to nastąpi, wpadnę na dobre w ich szpony; w przeciwnym razie zniszczyliby mnie i zastąpili kimś bardziej uległym. Gdybym podpisał ten dokument, kolejny outsider stałby się insiderem i został obsypany pochwałami. Byłbym „odpowiedzialnym”, „godnym zaufania partnerem”, „zreformowanym indywidualistą”, który przedłożył interes swojego narodu ponad „narcyzm”. Nigdy nie stałbym się adresatem paskudnych określeń, którymi nagle zasypała mnie międzynarodowa prasa niewiele ponad tydzień po wizycie w Waszyngtonie (przed czym ostrzegał mnie zresztą amerykański urzędnik).

Sądząc po jego wyrazie twarzy, gdy wychodziliśmy z hotelu wprost w ulewę, Larry Summers wydawał się to wszystko rozumieć. Rozumiał, że „Europejczyków” nie interesowało uczciwe porozumienie ze mną czy greckim rządem. Rozumiał, że zostanę poddany szczególnym naciskom, abym podpisał akt kapitulacji za cenę stania się prawdziwym insiderem. Rozumiał, że nie zamierzam się ugiąć. I uważał, że skutki mojej decyzji będą bolesne, przynajmniej dla mnie.

Ja z kolei rozumiałem, że Larry chciał mi pomóc w uzyskaniu realnego porozumienia. Zrobiłby, co w jego mocy, by pomóc Grecji, jeśli tylko nie złamałoby to jego żelaznej zasady: insiderzy nigdy nie zwracają się przeciwko innym insiderom i nigdy nie mówią outsiderom o tym, co insiderzy robią lub mówią. Nie byłem natomiast pewien, czy kiedykolwiek zrozumie, dlaczego żadne znaki na ziemi i niebie – czy, w tym przypadku, w piekle – nie wskazywały, że podpiszę niewykonalne porozumienie w sprawie nowej pożyczki ratunkowej. Wyjaśnienie moich powodów zabrałoby zbyt wiele czasu, jednak nawet gdybyśmy go mieli, obawiałem się, że nie było to dla niego zrozumiałe – nasze biografie zbyt mocno się od siebie różniły.

Gdybym zaproponował takie wyjaśnienie, składałoby się ono z jednej lub dwóch opowieści.

Akcja pierwszej zaczęłaby się najpewniej na ateńskim posterunku policji jesienią 1946 roku, gdy Grecja znajdowała się o krok od komunistycznego powstania i drugiej fazy katastrofalnej wojny domowej. Dwudziestoletni Jorgos, student chemii na Uniwersytecie Ateńskim, został wtedy aresztowany, pobity i na kilka godzin wrzucony do zimnej celi przez tajną policję, aż wyższy rangą oficer wziął go do swojego biura, by pozornie przeprosić. „Przepraszam za ostre potraktowanie” – powiedział. „Jesteś dobrym chłopcem i nie zasłużyłeś na to. Ale wiesz, to zdradliwe czasy i moi ludzie są na skraju wytrzymałości. Przebacz im. Podpisz to i możesz iść. Z moimi przeprosinami”.

Policjant wydawał się mówić szczerze, a Jorgos poczuł ulgę, że jego wcześniejsze męki w rękach tych bandytów dobiegły końca. Jednak gdy przeczytał wydrukowane oświadczenie, o którego podpisanie poprosił go policjant, zimny dreszcz przebiegł mu po plecach: „Niniejszym potępiam, naprawdę i szczerze, komunizm, jego propagatorów i różnych zwolenników”.

Drżąc ze strachu, odłożył długopis, zebrał się na całą uprzejmość, którą przez lata wpoiła mu jego matka Anna, i powiedział: „Proszę pana, nie jestem buddystą, ale nigdy nie podpisałbym państwowego dokumentu potępiającego buddyzm. Nie jestem muzułmaninem, ale nie sądzę, by państwo miało prawo prosić mnie o potępienie islamu. Tak samo nie jestem komunistą, ale nie widzę żadnego powodu, dla którego powinienem być proszony o potępianie komunizmu”.

Argument odwołujący się do swobód obywatelskich Jorgosa nie miał żadnych szans. „Podpisz albo spodziewaj się systematycznych tortur i trwałego pozbawienia wolności. Twój wybór!” – wykrzyczał wściekły oficer. Jego gniew wynikał z całkowicie rozsądnych oczekiwań. Jorgos miał wszelkie zadatki na dobrego chłopca, naturalnego insidera. Urodził się w Kairze, w rodzinie należącej do klasy średniej i licznej greckiej społeczności; był zanurzony w kosmopolitycznej enklawie złożonej z żyjących na obczyźnie Francuzów, Włochów i Brytyjczyków i wychowany pośród wyrafinowanych Ormian, Żydów i Arabów. W domu mówiło się po francusku za sprawą jego matki, w szkole po grecku, w pracy po angielsku, na ulicy po arabsku, a w operze po włosku.

W wieku dwudziestu lat, zdeterminowany, by poznać swoje korzenie, Jorgos porzucił ciepłą posadkę w kairskim banku i przeniósł się do Grecji; zaczął studiować chemię. Przypłynął do Aten w styczniu 1945 roku na statku „Corinthia”, ledwie miesiąc po zakończeniu pierwszej fazy greckiej wojny domowej, pierwszego rozdziału zimnej wojny. Kruche odprężenie unosiło się w powietrzu. Wydało się więc rozsądne, że zarówno studenci z lewicy, jak i z prawicy zwrócili się do niego z propozycją zostania kompromisowym kandydatem na przewodniczącego stowarzyszenia studenckiego na jego uczelni.

Jednak krótko po jego wyborze władze uniwersytetu podniosły czesne, nie licząc się ze skrajną biedą studentów. Jorgos złożył wizytę dziekanowi i argumentował – najlepiej, jak potrafił – przeciwko podwyżkom opłat. Gdy wyszedł, tajny policjant przeciągnął go po marmurowych schodach i wrzucił do czekającej furgonetki. Chłopak został postawiony przed wyborem, w porównaniu z którym dylemat Summersa wydaje się przechadzką w parku.

Biorąc pod uwagę burżuazyjne pochodzenie chłopca, policja mogła oczekiwać, że Jorgos z radością podpisze oświadczenie lub załamie się zaraz po rozpoczęciu tortur. Jednak z każdym kolejnym ciosem młody człowiek czuł się mniej zdolny do podpisania, zakończenia udręki i pójścia do domu. W efekcie był przetrzymywany w wielu celach i obozach więziennych, z których mógł w każdym momencie się wyrwać, składając po prostu swój podpis na jednej kartce. Cztery lata później, będąc cieniem samego siebie, Jorgos wyszedł z więzienia i wtopił się w ponure społeczeństwo, które ani nie wiedziało nic o jego osobliwym wyborze, ani się nim specjalnie nie interesowało.

W trakcie jego pobytu w więzieniu młodsza od niego o cztery lata kobieta została pierwszą studentką przyjętą na wydział chemii Uniwersytetu Ateńskiego, chociaż starano się temu zapobiec. Eleni, bo tak miała na imię, rozpoczęła studia jako buntownicza protofeministka, która jednak odczuwała silną niechęć do lewicy: w latach nazistowskiej okupacji porwali ją lewicowi partyzanci, którzy pomylili ją z krewną nazistowskiego kolaboranta. Przed przyjęciem na studia na Uniwersytecie Ateńskim faszystowska organizacja o nazwie X zrekrutowała ją, odwołując się do jej antykomunistycznych uczuć. Jej pierwszą i, jak się okazało, ostatnią misją było śledzenie kolegi, studenta chemii, którego właśnie wypuszczono z więzienia.

Oto, w pigułce, historia mojego pojawienia się na świecie. Jorgos jest moim ojcem, a Eleni, która stała się jedną z liderek greckiego ruchu feministycznego lat siedemdziesiątych, była moją matką. Mając na uwadze błogosławieństwo takiego rodowodu, podpis na wykropkowanym polu w zamian za łaskę okazaną insiderom nigdy nie wchodził dla mnie w grę. Czy Larry Summers by to zrozumiał? Nie sądzę.

Nie dla mnie

A oto druga opowieść. Spotkałem Lambrosa w ateńskim mieszkaniu, z którego korzystaliśmy z Danae przez mniej więcej tydzień przed wyborami w styczniu 2015 roku – to one wyniosły mnie na urząd. Był łagodny zimowy dzień, kampania w pełni, a ja zgodziłem się na udzielenie wywiadu Irene, hiszpańskiej dziennikarce. Przyszła w towarzystwie fotografa i Lambrosa, mieszkającego w Atenach tłumacza z hiszpańskiego. Usługi Lambrosa były zbędne, ponieważ zarówno Irene, jak i ja mówiliśmy po angielsku. Został jednak z nami i intensywnie przysłuchiwał się naszej rozmowie.

Po wywiadzie, gdy Irene i fotograf pakowali swój sprzęt i zmierzali do drzwi, Lambros podszedł do mnie. Uścisnął mi dłoń i nie chciał jej puścić. Zwrócił się do mnie skupiony niczym człowiek, którego życie zależy od przekazania wiadomości: „Mam nadzieję, że mój wygląd tego nie zdradza. Robię, co mogę, by to ukryć, ale jestem bezdomny”. Następnie w największym skrócie opowiedział mi swoją historię.

Kiedyś miał mieszkanie, rodzinę, pracował jako nauczyciel języków obcych. W 2010 roku, gdy grecka gospodarka gwałtownie się załamała, stracił pracę, a kiedy eksmitowano ich z mieszkania, stracił również rodzinę. Przez ostatni rok żył na ulicy. Jego jedyny dochód pochodził ze świadczenia usług translatorskich zagranicznym dziennikarzom przyjeżdżającym do Aten na kolejne demonstracje na placu Syntagma, które kończyły się paskudnie, a przez to przyciągały uwagę mediów. Jego największym zmartwieniem było zdobycie kilku euro, by naładować swój tani telefon komórkowy – jedyny łącznik między Lambrosem a zagranicznymi ekipami informacyjnymi.

Czując, że musi podsumowywać swój monolog, szybko przeszedł do jedynej rzeczy, której chciał ode mnie.

– Błagam cię, abyś coś mi obiecał. Wiem, że wygracie wybory. Rozmawiam z ludźmi na ulicy i nie ma co do tego wątpliwości. Proszę, kiedy wygracie, kiedy zostaniesz ministrem, pamiętaj o tych ludziach. Zrób coś dla nich. Nie dla mnie! Ja jestem skończony. Dla tych z nas, na których zwalił się kryzys, nie ma już powrotu. Dla nas jest już za późno. Ale proszę, proszę zrób coś dla tych, którzy wciąż balansują na krawędzi. Którzy bronią się jeszcze przed upadkiem. Zrób to dla nich. Nie pozwól im upaść. Nie odwracaj się od nich. Nie podpisuj tego, co ci podsuną, tak jak twoi poprzednicy. Przysięgnij mi, że tego nie zrobisz. Przysięgasz?

– Przysięgam – brzmiała moja krótka odpowiedź.

Tydzień później obejmowałem stanowisko ministra finansów i składałem ślubowanie. W kolejnych miesiącach, za każdym razem, gdy moja determinacja słabła, wystarczało, bym przypomniał sobie ten moment. Lambros nigdy się nie dowie, jak mocny był jego wpływ na mnie w trakcie najczarniejszych godzin owych stu sześćdziesięciu dwóch dni.

Rozdział 2Republika Ratunkowa

Na początku 2010 roku, pięć lat przed powołaniem mnie na urząd ministra finansów, greckie państwo było już bankrutem. Kilka miesięcy potem Unia Europejska, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i grecki rząd zorganizowały największą na świecie próbę zatuszowania bankructwa. W jaki sposób ukrywa się bankructwo? Wypierając dobry pieniądz złym. Kto finansował to tuszowanie? Zwykli ludzie, „outsiderzy” z całego świata.

Porozumienie ratunkowe, bo pod takim eufemistycznym terminem odbywało się tuszowanie, zostało podpisane i przypieczętowane na początku maja 2010 roku. Unia Europejska i MFW zaoferowały Grecji około stu dziesięciu miliardów euro – największą pożyczkę w historii1. Jednocześnie grupa egzekutorów znana jako Trojka – ponieważ reprezentowała trzy instytucje: Komisję Europejską (KE), która jest ciałem wykonawczym Unii Europejskiej, Europejski Bank Centralny (EBC) i Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) – została wysłana do Aten, by narzucić Grecji rozwiązania gwarantujące zmniejszenie greckiego dochodu narodowego i obciążenie większością długu najsłabszych Greków. Bystry ośmiolatek widziałby, że to nie mogło dobrze się skończyć.

Wymuszanie na bankrucie nowych pożyczek, których udziela się pod warunkiem, że zmniejszy się jego dochód, to dość nietypowa i okrutna kara. Grecji nigdy nie uratowano. Za pomocą swoich „ratunkowych” pożyczek i komorników Trojki entuzjastycznie tnących dochody, UE i MFW faktycznie skazały Grecję na nowoczesną wersję Dickensowskiego więzienia dla dłużników, a następnie wyrzuciły klucz.

Więzienia dla dłużników ostatecznie zlikwidowano, ponieważ, pomimo ich okrucieństwa, nie powstrzymały akumulacji nowych złych długów ani nie pomogły wierzycielom w odzyskaniu pieniędzy. Rozwój kapitalizmu w XIX wieku wymagał odrzucenia absurdalnego poglądu, jakoby wszystkie długi były święte. Zastąpiono go pojęciem ograniczonej odpowiedzialności. Ostatecznie jeśli wszystkie długi mają zagwarantowaną spłatę, po co kredytodawcy mieliby pożyczać odpowiedzialnie? I dlaczego niektóre długi miałyby przynosić wyższą stopę procentową niż pozostałe, jakby były obarczone wyższym ryzykiem? Bankructwo i odpisanie długu stały się dla kapitalizmu czymś w rodzaju chrześcijańskiego piekła: budzącego grozę, ale nieuniknionego. Co jednak niezwykłe, odmowę upadłości przywrócono do życia w XXI wieku w stosunku do niewypłacalnego państwa greckiego. Dlaczego? Czy UE i MFW nie zdawały sobie sprawy z tego, co robią?

D o s k o n a l e  wiedziały, co robią. Pomimo starannej propagandy, utrzymującej, że starały się uratować Grecję, dać jej obywatelom drugą szansę, pomóc zreformować chronicznie nieuczciwe państwo itd., najsilniejsze instytucje i państwa na świecie nie miały złudzeń. Zdawały sobie sprawę, że łatwiej jest utoczyć krew z kamieni niż zmusić bankruta do spłacenia swoich długów poprzez pożyczenie mu większej ilości pieniędzy, szczególnie gdy umowa zawierała konieczność zmniejszania jego dochodu. Wiedziały, że Trojka nie zdoła odzyskać pieniędzy użytych do zrefinansowania greckiego długu publicznego; nie pomogłaby w tym nawet konfiskata rodowych sreber upadłego państwa. Wiedziały, że głośny pakiet „ratunkowy” był niczym więcej niż biletem w jedną stronę do więzienia dla dłużników.

Skąd wiem, że to wiedziały? Ponieważ powiedzieli mi to ich przedstawiciele.

Więźniowie własnego wynalazku

Jako minister finansów pięć lat wcześniej usłyszałem to z pierwszej ręki: od czołowych urzędników MFW, od ministra finansów Niemiec, od najważniejszych postaci w EBC i KE. Wszystkie te osoby przyznały, każda na swój sposób, że to była prawda: dały Grecji karty, którymi nie można wygrać. Jednak gdy już to uczyniły, nie widziały możliwości wycofania się z gry.

Niecały miesiąc po moim wyborze, 11 lutego 2015 roku, znalazłem się w jednej z tych odbierających ducha walki, pozbawionych okien, oświetlonych neonami sal konferencyjnych, zaśmiecających brukselskie budynki UE. Zasiadłem naprzeciwko Christine Lagarde, dyrektor zarządzającej MFW, dawnej minister finansów Francji i byłej prawniczki, robiącej zawrotną karierę w Waszyngtonie. Wmaszerowała do budynku wcześniej niż ja, w efektownej skórzanej kurtce; wyglądałem przy niej bezbarwnie w swoim konwencjonalnym ubraniu. To było nasze pierwsze spotkanie. Gawędziliśmy przyjaźnie w korytarzu, zanim przenieśliśmy się do sali konferencyjnej na poważną dyskusję.

Za zamkniętymi drzwiami, z kilkoma pomocnikami po obu stronach, rozmowa pozostała przyjazna, chociaż zyskała na powadze. Lagarde dała mi możliwość przedstawienia podstawowej analizy przyczyn i natury sytuacji Grecji, jak również propozycji poradzenia sobie z nią; przytakiwała i zgadzała się ze mną przez większość czasu. Zdawaliśmy się mówić tym samym językiem i byliśmy skłonni zbudować dobre wzajemne relacje. Po spotkaniu, idąc do drzwi, mieliśmy okazję do krótkiej, luźnej, ale znaczącej rozmowy w cztery oczy. Podążając zasugerowaną przeze mnie linią myślenia, Christine poparła moje wezwania do umorzenia długu i obniżenia progów podatkowych jako warunków ożywienia greckiej gospodarki. Następnie zwróciła się do mnie ze spokojną, łagodną szczerością:

– Masz oczywiście rację, Janis. Celów, przy których oni się upierają,  n i e   d a   s i ę  zrealizować. Jednak musisz zrozumieć, że włożyliśmy w ten program zbyt wiele wysiłku. Nie możemy się z niego wycofać. Twoja wiarygodność zależy od akceptacji i działania w ramach tego programu2.

No proszę. Szefowa MFW mówi ministrowi finansów państwa-bankruta, że narzucona mu polityka  n i e   m o ż e  działać. Nie, że będzie to trudne. Nie, że prawdopodobieństwo jej skuteczności jest niskie. Nie, Lagarde przyznała, że niezależnie od okoliczności ten plan nie może się udać.

Po każdym spotkaniu, szczególnie z bystrzejszymi, bardziej pewnymi siebie urzędnikami Trojki, nabierałem przeświadczenia, że nie chodzi tutaj o prostą historię typu „my przeciwko nim”, „dobrzy kontra źli”. Zbliżaliśmy się raczej do prawdziwej tragedii, przypominającej sztuki Ajschylosa czy Szekspira: potężni intryganci kończyli w pułapce, którą sami na siebie zastawili. W tej obserwowanej przeze mnie rzeczywistej tragedii święta zasada insiderów zdradzona mi przez Summersa zadziałała właśnie wtedy, gdy uznali oni swoją bezradność. Przygotowali się na najgorsze, najczęściej oficjalnie wszystkiego się wypierając. Konsekwencje zrodzonego w ten sposób tragicznego impasu rozwijały się swobodnie, co jeszcze skuteczniej zamykało ich w znienawidzonym przez nich stanie utraty kontroli nad sytuacją.

Ponieważ szefowie MFW, UE i niemieckich oraz francuskich rządów zainwestowali ogromny kapitał polityczny w program, który pogłębiał upadłość Grecji, powiększał nieopisaną nędzę i zmusił tłumy młodych ludzi do emigracji, nie było alternatywy: po prostu grecki lud wciąż musiał cierpieć. Jeśli idzie o mnie, politycznego parweniusza, to moja wiarygodność zależała od akceptacji tej błędnej polityki (o której insiderzy wiedzieli, że musi się skończyć porażką) i pomocy w jej sprzedaży outsiderom, którzy wybrali mnie właśnie po to, bym z nią zerwał.

Ciężko to wyjaśnić, ale nigdy nie odczuwałem wrogości wobec Christine Lagarde. Uważałem ją za inteligentną, serdeczną i pełną szacunku osobę. Moja wizja ludzkości nie zostałaby zachwiana, gdyby wykazano, że dyrektor zarządzająca MFW opowiadała się za humanitarnym porozumieniem z Grecją. Ale to nie ma znaczenia. Była czołową insiderką, w pierwszej kolejności musiała zachować kapitał polityczny swojej klasy i zminimalizować zagrożenia dla ich kolektywnej władzy.

A jednak wiarygodność, podobnie jak wydatki, zakłada akt wymiany, kompromis. Każdy zakup oznacza utraconą szansę na alternatywne kupno. Poprawianie mojej pozycji w relacjach z Christine i innymi figurami władzy oznaczało podważenie mojej wiarygodności u Lambrosa, bezdomnego tłumacza, któremu przysięgłem, że będę bronił sprawy tych ludzi, którzy, w przeciwieństwie do niego, nie pogrążyli się jeszcze w lawinie bankructw pustoszących nasz kraj. Jednak ten kompromis nigdy nie stał się moją osobistą rozterką. A siły, które objawiły się wkrótce po moim wejściu w świat polityki, klucz do swojego sukcesu widziały w usunięciu mnie ze sceny.

Niewiele ponad rok później, w okresie przed brytyjskim referendum 23 czerwca 2016 roku, podróżowałem po Wielkiej Brytanii, przemawiając w obronie radykalnego programu pozostania tego kraju w UE. Argumentowałem, że to konieczne, by przeciwstawiać  t e j  UE, uratować ją od upadku i zreformować. Miałem trudne zadanie. Przekonanie brytyjskich outsiderów, by głosowali za pozostaniem, było trudne szczególnie na północy Anglii, ponieważ nawet moi zwolennicy w tym kraju, kobiety i mężczyźni bliżsi duchem i stanowiskami Lambrosowi niż Christine, mówili mi, że czuli się zmuszeni dać wycisk globalnemu establishmentowi. Pewnego wieczoru usłyszałem w BBC, jak Christine Lagarde wraz z szefami innych czołowych światowych instytucji finansowych (Banku Światowego, OECD, EBC, Banku Anglii i innych) ostrzegała brytyjskich outsiderów przed pokusą Brexitu. Natychmiast napisałem do Danae z Leeds, gdzie przemawiałem tego wieczoru: „Przy takich sojusznikach kto potrzebuje brexitowców?”.

Opcja „Brexit” wygrała, ponieważ insiderzy przelali czarę goryczy. Po dekadach uzależniania wiarygodności ludzi takich jak ja od stopnia naszej gotowości do zdradzenia outsiderów, którzy na nas zagłosowali, insiderzy wciąż brali outsiderów za ludzi, których obchodziły ich rady. W całej Ameryce, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech – wszędzie – insiderzy czują, że władza wymyka im się z rąk. Zakładnicy własnego wynalazku, niewolnicy dylematu Summersa, są skazani, jak Makbet, na popełnianie błędu za błędem, aż zorientują się, że ich korona nie symbolizuje już dzierżonej przez nich władzy, ale władzę, która im się wymknęła. Przez te kilka miesięcy, w których miałem z nimi do czynienia, chwytałem momenty, w których zaczynali zdawać sobie z tego sprawę.

To były (francuskie i niemieckie) banki, głupcze!

Przyjaciele i dziennikarze często proszą mnie o opisanie najgorszego aspektu moich negocjacji z wierzycielami Grecji. Niemożność obwieszczenia całemu światu tego, co wysoko postawieni i możni mówili mi w prywatnych rozmowach, oczywiście mnie frustrowała. Jednak jeszcze trudniej było poradzić sobie z wierzycielami, którzy w rzeczywistości nie chcieli dostać z powrotem swoich pieniędzy. Negocjowanie z nimi, próby ich przekonania, przypominały negocjowanie traktatu pokojowego z generałami pragnącymi za wszelką cenę kontynuować wojnę, wiedząc, że nic nie grozi ani im, ani ich dzieciom.

Jaka była natura tej wojny? Dlaczego wierzyciele Grecji zachowywali się tak, jakby nie chcieli z powrotem swoich pieniędzy? Co skłoniło ich do zaprojektowania pułapki, w którą sami wpadli? Tę zagadkę można błyskawicznie rozwiązać, gdy spojrzy się na sytuację francuskich i niemieckich banków po 2008 roku.

Chroniczne zacofanie Grecji, złe zarządzanie i korupcja wyjaśniają jej stałą gospodarczą słabość. Jednak jej ostatnia niewypłacalność wynika z fundamentalnych błędów w projekcie UE i jej unii walutowej, euro. UE zaczynała jako kartel wielkiego biznesu ograniczający konkurencję między czołowymi ciężkimi przemysłami w Europie i zapewniający im rynki zbytu w krajach peryferyjnych: Włoszech, a potem Grecji. Deficyty takich krajów były odbiciem nadwyżek bogatych państw, takich jak Niemcy. Kiedy drachma się dewaluowała, deficyty te dawało się utrzymać w ryzach. Jednak gdy zastąpiło ją euro, przez pożyczki od niemieckich i francuskich banków greckie deficyty urosły do niebotycznych rozmiarów.

Krach kredytowy z 2008 roku, będący konsekwencją załamania się Wall Street, doprowadził do bankructwa europejskich bankierów; w 2009 roku przestali udzielać pożyczek. Niezdolna do rolowania swoich długów Grecja wpadła w otchłań niewypłacalności w tym samym roku. Nagle trzy francuskie banki odnotowały straty z peryferyjnych długów przynajmniej dwa razy tak duże jak wielkość całej francuskiej gospodarki. Liczby dostarczone przez Bank Rozrachunków Międzynarodowych pokazują prawdziwie przerażający obraz: z każdych trzydziestu euro, na które były wystawione ich rachunki, banki te miały dostęp jedynie do jednego euro. Oznaczało to, że jeśli zaledwie 3 procent z tej ekspozycji poszłoby źle – to znaczy jeśli pożyczki za sto sześć miliardów euro, których francuskie banki udzieliły peryferyjnym rządom, gospodarstwom domowym i firmom, nie zostałyby spłacone – wówczas trzy czołowe francuskie banki potrzebowałyby programu ratunkowego ze strony francuskiego rządu.

Wartość pożyczek tych samych trzech francuskich banków dla włoskich, hiszpańskich i portugalskich rządów wynosiła 34 procent całej francuskiej gospodarki – dokładnie sześćset dwadzieścia siedem miliardów euro. Na dodatek banki te w poprzednich latach pożyczyły również sto dwa miliardy euro greckiemu państwu. Jeśli rząd Grecji nie mógłby spłacić swoich długów, finansiści z całego świata przestraszyliby się i przestaliby udzielać pożyczek Portugalii, a być może także Włochom i Hiszpanii, w obawie, że w następnej kolejności te kraje zaczną zalegać ze spłatą. Niezdolne do zrefinansowania swojego łącznego długu w wysokości prawie 1,76 biliona euro przy rozsądnych stopach procentowych, rządy Włoch, Hiszpanii i Portugalii zostałyby zmuszone, by obsłużyć swoje zobowiązania wobec trzech czołowych francuskich banków, gererując czarną dziurę w swoich budżetach. Główne francuskie banki natychmiast musiałyby się zmierzyć ze stratą 19 procent swoich aktywów – w sytuacji, gdy zaledwie 3 procent czyniło je niewypłacalnymi.

By załatać tę dziurę, francuski rząd potrzebowałby od ręki pięciuset sześćdziesięciu dwóch miliardów euro. Jednak w przeciwieństwie do rządu federalnego Stanów Zjednoczonych, który może przerzucić takie straty na swój bank centralny (Rezerwę Federalną), Francja zdemontowała analogiczną instytucję w 2000 roku, gdy dołączyła do wspólnej waluty i musiała polegać na uprzejmości wspólnego Europejskiego Banku Centralnego. Niestety, w konstrukcję EBC wpisano wyraźny zakaz: nie można przerzucać grecko-łacińskich złych długów – ani prywatnych, ani publicznych – na rachunki EBC. Kropka. Taki warunek postawili Niemcy przy udostępnieniu, pod nazwą euro, swojej ukochanej marki europejskiej hołocie.

Nietrudno wyobrazić sobie panikę ogarniającą prezydenta Sarkozy’ego i jego minister finansów Christine Lagarde, gdy zorientowali się, że mogą być zmuszeni do wyczarowania pięciuset sześćdziesięciu dwóch miliardów euro z niczego. Nietrudno również zrozumieć niepokój jednego z poprzedników Lagarde na stanowisku ministra finansów, okrytego złą sławą Dominique’a Strauss-Kahna, który był wówczas dyrektorem zarządzającym MFW i zamierzał w ciągu dwóch lat wykorzystać to stanowisko do wystartowania w kampanii przed wyborami prezydenckimi we Francji. Najważniejsi francuscy urzędnicy wiedzieli, że bankructwo Grecji zmusi Francję do pożyczenia sześciokrotności jej całkowitego przychodu podatkowego tylko po to, by wręczyć te pieniądze trzem kretyńskim bankom.

To było po prostu niemożliwe. Gdyby rynki zwąchały, że takie rozwiązanie wchodzi w grę, stopy procentowe własnego długu Francji wystrzeliłyby pod niebiosa, a francuski dług w wysokości 1,29 biliona euro w kilka sekund stałby się nieściągalny. W kraju, który zrezygnował z prawa do drukowania własnych banknotów – jedynego dostępnego środka tworzenia pieniędzy z niczego – oznaczałoby to nędzę, która z kolei pociągnęłaby na dno całą Unię Europejską, jej wspólną walutę, wszystko.

Kanclerz Niemiec borykała się z równie wielkimi kłopotami. W 2008 roku, gdy w ruinę popadły banki z Wall Street i londyńskiego City, Angela Merkel wciąż pielęgnowała swój wizerunek skąpej, roztropnej w kwestiach finansowych Żelaznej Kanclerz. Trafiła na pierwsze strony gazet po tym, jak w swoim przemówieniu w Stuttgarcie wskazała moralizującym palcem na rozrzutnych bankierów z krajów anglosaskich. Zasugerowała w nim, że amerykańscy bankierzy powinni byli skonsultować się ze szwabską gospodynią domową, która nauczyłaby ich tego i owego o zarządzaniu własnymi finansami. Wyobraźcie sobie jej przerażenie, gdy niedługo potem otrzymała liczne, pełne niepokoju telefony z własnego Ministerstwa Finansów, banku centralnego i od doradców ekonomicznych. Wszystkie przekazywały nieprawdopodobne wieści: „Pani kanclerz, nasze banki też są bankrutami! Aby bankomaty wciąż mogły działać, potrzebujemy zastrzyku czterystu sześciu miliardów euro od tych szwabskich gospodyń domowych – na wczoraj!”.

Brzmiało to jak przepis na polityczną truciznę. Jak Angela Merkel mogła się pokazać tym samym członkom parlamentu, od lat pouczanym o zaletach skąpienia na szpitale, szkoły, infrastrukturę, zabezpieczenie społeczne, ekologię, żeby teraz błagać ich o wypisanie tak kolosalnego czeku dla bankierów, którzy jeszcze przed chwilą pławili się w oceanach gotówki? Cóż, konieczność jest matką wymuszonej skromności. Kanclerz Merkel wzięła głęboki oddech, wkroczyła do pięknego, zmodernizowanego przez Normana Fostera budynku parlamentu w Berlinie, znanego jako Bundestag, przekazała oniemiałym parlamentarzystom złe wieści i wyszła z pożądanym czekiem. „Przynajmniej jest już po sprawie” – musiała pomyśleć. Niestety, nie było. Kilka miesięcy później nastąpił kolejny zalew telefonów z żądaniami podobnej liczby miliardów euro dla tych samych banków.

Dlaczego Deutsche Bank, Finanzbank i inne siedliska niekompetencji finansowej z siedzibą we Frankfurcie potrzebowały więcej pieniędzy? Ponieważ czek na czterysta sześć miliardów euro, który otrzymały od pani Merkel, ledwo wystarczył im na pokrycie wymiany swoich amerykańskich toksycznych instrumentów pochodnych. Z pewnością zabrakło im na pokrycie tego, co pożyczyły rządom Włoch, Irlandii, Portugalii, Hiszpanii czy Grecji – w sumie czterystu siedemdziesięciu siedmiu miliardów euro, z czego sto dwa miliardy pożyczono Atenom. Jeśli Grecja straciłaby zdolność spłacania swoich rat3, niemieckie banki zmierzyłyby się z następną stratą, która wymagałaby od pani Merkel kolejnych czeków w wysokości od trzystu czterdziestu do czterystu sześciu miliardów euro. Ta polityczna wyjadaczka wiedziała jednak, że popełniłaby polityczne samobójstwo, gdyby wróciła do Bundestagu i poprosiła o taką kwotę.

Stawka w grze podjęta przez francuskich i niemieckich liderów wynosiła zatem bilion euro – nie mogli więc pozwolić greckiemu rządowi, by wyjawił światu prawdę o swoim bankructwie. Wciąż jednak musieli znaleźć sposób na ponowne uratowanie rodzimych bankierów w tajemnicy przed swoimi parlamentami. Jak ujął to Jean-Claude Juncker, ówczesny premier Luksemburga i późniejszy przewodniczący Komisji Europejskiej: „Kiedy sprawa staje się poważna, musisz kłamać”4.

Po kilku tygodniach wymyślili następującą bujdę: przedstawią drugą pożyczkę ratunkową dla swoich banków jako akt solidarności z rozrzutnymi i leniwymi Grekami, którzy chociaż niegodni i nieznośni, wciąż są członkami europejskiej rodziny i dlatego trzeba ich uratować. Niby przypadkiem wymagało to dostarczenia im kolejnych gargantuicznych pożyczek, którymi należało spłacić francuskich i niemieckich wierzycieli – upadające banki. Jednakże w kłamstwie tym tkwił techniczny szkopuł, który trzeba było przezwyciężyć w pierwszej kolejności: klauzula traktatu o strefie euro zakazująca finansowania rządowych długów przez UE. W jaki sposób mogli ją ominąć? Zagadkę rozwiązano za pomocą tradycyjnego brukselskiego cukierka-fuszerka (fudge), tego nieapetycznego dania, którym Europejczycy, a szczególnie Brytyjczycy, nauczyli się brzydzić5.

Po pierwsze, nowe kredyty nie będą europejskie, ale międzynarodowe, dzięki włączeniu do porozumienia MFW. Aby to uczynić, MFW musiał nagiąć swoją najświętszą zasadę: nigdy nie pożyczaj upadłym rządom, zanim ich dług nie zostanie poddany „strzyżeniu” – czyli nie zostanie zrestrukturyzowany. Jednak ówczesny dyrektor zarządzający funduszu, Dominique Strauss-Kahn, zdesperowany, by uratować banki należące do państwa, któremu planował zacząć przewodzić dwa lata później, zdołał przekonać wewnętrzną biurokrację MFW, by przymknęła na to oko. Z taką siłą na pokładzie Europejczykom można było powiedzieć, że to społeczność międzynarodowa, a nie tylko UE, pożycza Grekom w imię wyższego celu wzmocnienia globalnego systemu finansowego. Prysły podejrzenia, że opracowano program ratunkowy UE dla kraju członkowskiego, a co dopiero dla francuskich i niemieckich banków!

Po drugie, największa część kredytów pozyskanych w Europie nie miała pochodzić z UE: zostałyby spakowane w postaci szeregu dwustronnych umów: od Niemiec dla Grecji, od Irlandii dla Grecji, od Słowenii dla Grecji itd. Każda z tych pożyczek była adekwatna do wielkości względnej siły gospodarczej wierzyciela – osobliwe zastosowanie Marksowskiej maksymy „każdy według swych zdolności, każdemu według jego potrzeb”6. Z każdego tysiąca euro przekazanego Atenom, aby przesłały go francuskim i niemieckim bankom, Niemcy dostarczyliby zatem dwieście siedemdziesiąt euro, Francja dwieście euro, a pozostałe pięćset trzydzieści euro rozdzielono by pomiędzy mniejsze i biedniejsze kraje7. Oto całe piękno programu ratunkowego dla Grecji, przynajmniej z perspektywy Francji i Niemiec: zrzuciła większość ciężaru ratowania francuskich i niemieckich banków na podatników ze społeczeństw biedniejszych nawet niż greckie – jak portugalskie czy słowackie. One właśnie, wraz z niczego niespodziewającymi się podatnikami z państw, które współzakładały MFW, takich jak Brazylia czy Indonezja, miały być zmuszone do przesłania pieniędzy do banków w Paryżu i we Frankfurcie.

Nieświadomi tego, że w rzeczywistości płacą za błędy francuskich i niemieckich banków, Słowacy i Finowie, podobnie jak Niemcy i Francuzi, wierzyli, że muszą wziąć na siebie długi innego kraju. W imieniu solidarności z nieznośnymi Grekami francusko-niemiecka oś zasiała więc ziarno nienawiści w dumnych narodach.

Od operacji „Pozbycie się” do bankrutokracji

Gdy tylko pożyczki ratunkowe wpłynęły do greckiego Ministerstwa Finansów, rozpoczęła się operacja „Pozbycie się”: proces natychmiastowego wyprowadzania pieniędzy z powrotem do francuskich i niemieckich banków. Do października 2011 roku ryzyko strat, na jakie narażono niemieckie banki w związku z greckim długiem publicznym, zmniejszono o ogromną liczbę 27,8 miliarda euro, do poziomu 91,4 miliarda euro. Pięć miesięcy później, w marcu 2012 roku, zmniejszyło się ono do zaledwie 795 milionów euro. Francuskie banki pozbywały się kłopotów jeszcze szybciej: do września 2011 roku zrzuciły z siebie ciężar 63,6 miliarda euro greckich obligacji rządowych, a w grudniu 2012 roku całkowicie wyeliminowały je ze swoich rachunków. Operacja została zatem zakończona w mniej niż dwa lata.  W ł a ś n i e   o   t o  chodziło w całej akcji „ratowania Grecji”.

Czy Christine Lagarde, Nicolas Sarkozy i Angela Merkel byli tak naiwni, by oczekiwać, że upadłe greckie państwo zwróci te pieniądze z odsetkami? Oczywiście, że nie. Doskonale wiedzieli, jaki mają cel: cyniczne przerzucenie strat z rachunków francuskich i niemieckich banków na barki najsłabszych europejskich podatników. W tym tkwi sedno sprawy: wierzycielom z UE, z którymi negocjowałem, nie zależało na zwrocie ich pieniędzy, ponieważ w rzeczywistości nie były to ich pieniądze8.

Margaret Thatcher zwykła mawiać, że socjaliści zawsze robią bałagan w finansach, ponieważ w pewnym momencie kończą im się cudze pieniądze9. Jak czułaby się Żelazna Dama, gdyby dowiedziała się, że tak dokładnie zdefiniowała postępowanie jej samozwańczych uczniów, neoliberalnych aparatczyków zarządzających bankructwem Grecji? Czy ich program ratunkowy dla Grecji był czymkolwiek innym niż uspołecznieniem strat francuskich i niemieckich banków, za które zapłacono pieniędzmi innych ludzi?

W mojej książce Globalny minotaur, którą pisałem w 2010 roku, w trakcie załamywania się Grecji, dowodzę, że wolnorynkowa ideologia kapitalistyczna wyzionęła ducha w 2008 roku, siedemnaście lat po tym, jak komunizm kopnął w kalendarz. Przed 2008 rokiem entuzjaści wolnego rynku przedstawiali kapitalizm jako Darwinowską dżunglę, w której sukces osiągają heroiczni przedsiębiorcy. Jednak w następstwie finansowego załamania z 2008 roku Darwinowski proces doboru naturalnego został postawiony na głowie: im bardziej niewypłacalny był bank, szczególnie w Europie, tym większą miał szansę na przywłaszczenie sobie ogromnych części dochodu należącego do wszystkich innych: ciężko pracujących, innowacyjnych, biednych i, rzecz jasna, politycznie bezsilnych. Ten nowy reżim nazwałem  b a n k r u t o k r a c j ą.

Większość Europejczyków lubi myśleć, że amerykańska bankrutokracja jest gorsza od jej europejskiej kuzynki. Wskazują na władzę Wall Street i niesławne obrotowe drzwi między amerykańskimi bankami i rządem Stanów Zjednoczonych. Ogromnie się mylą. Europejskimi bankami przed 2008 rokiem zarządzano tak fatalnie, że bezmyślni bankierzy z Wall Street wyglądali przy swoich europejskich odpowiednikach niemal na profesjonalistów. Gdy wybuchł kryzys, francuskie, niemieckie, holenderskie i brytyjskie banki były wystawione na ryzyko kredytowe warte ponad trzydzieści bilionów dolarów – kwotę ponaddwukrotnie wyższą niż dochód narodowy Stanów Zjednoczonych, osiem razy wyższą niż dochód narodowy Niemiec i prawie trzy razy wyższą niż łączny dochód narodowy Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji i Holandii10. Bankructwo Grecji w 2010 roku wymagałoby natychmiastowego programu ratunkowego ze strony rządów Niemiec, Francji, Holandii i Wielkiej Brytanii wynoszącego około dziesięciu tysięcy dolarów na każde dziecko, kobietę i mężczyznę, którzy żyli w tych czterech krajach. Dla porównania, podobny rynkowy zwrot przeciw Wall Street wymagałby jedynie względnie niewielkiego programu ratunkowego w kwocie nieprzekraczającej dwustu pięćdziesięciu ośmiu dolarów na obywatela Stanów Zjednoczonych. Jeśli Wall Street zasługiwała na gniew amerykańskiej opinii publicznej, europejskie banki zasłużyły na gniew 38,8 razy silniejszy.

Ale to nie wszystko. Waszyngton mógł umieszczać złe aktywa Wall Street na kontach Rezerwy Federalnej i trzymać je tam do czasu, aż zaczęłyby znów przynosić dochód lub zostałyby ostatecznie zapomniane i odkryte w przyszłości przez archeologów. Krótko mówiąc, Amerykanie nie musieli nawet płacić z własnych podatków tej względnie niewielkiej sumki dwustu pięćdziesięciu ośmiu dolarów na głowę. Jednak w Europie, w której różne kraje, na przykład Francja czy Grecja, zlikwidowały swoje banki centralne w 2000 roku, a EBC zakazano skupowania złych długów, pieniądze potrzebne do uratowania banków trzeba było wziąć od obywateli. Jeśli kiedyś zastanawialiście się, dlaczego europejski establishment jest znacznie bardziej skory do polityki oszczędnościowej niż jego odpowiedniki w Ameryce czy Japonii, to macie odpowiedź: EBC nie wolno pogrzebać bankowych grzechów we własnych księgach rachunkowych – to znaczy, że europejskie rządy muszą finansować programy ratunkowe poprzez cięcie świadczeń i podwyższanie podatków.

Czy nieświęte przymierze dotyczące Grecji było spiskiem? Jeśli tak, uczestniczyły w nim osoby go nieświadome, przynajmniej na początku. Christine Lagarde i jej podobni nigdy nie wydali decyzji o ustanowieniu europejskiej bankrutokracji. Gdy francuskim bankom zajrzała w oczy pewna śmierć, jaki inny wybór miała francuska minister finansów wraz z jej europejskimi odpowiednikami i MFW, niż uczynić wszystko, co było możliwe, żeby je ocalić, nawet jeśli wiązało się to z kłamaniem w dziewiętnastu europejskich parlamentach na temat celu pożyczek dla Grecji? Skłamawszy raz, i to na tak wielką skalę, spiskowcy wkrótce stanęli przed koniecznością rozszerzenia swojego oszustwa; próbowali ukryć je pod świeżymi warstwami podstępów. Przyznanie się byłoby równoznaczne z zawodowym samobójstwem. Zanim się zorientowali, bankrutokracja ogarnęła ich w tym samym stopniu, co przeżywających ją wcześniej europejskich outsiderów.

To właśnie sygnalizowała mi Christine Lagarde, gdy przyznała, że „oni” zainwestowali w przegrany grecki program zbyt wiele, by się z niego wycofać. Mogłaby równie dobrze użyć bardziej eleganckich słów Lady Makbet: „Jak coś się stało, to się stało, koniec”11.

„Narodowy zdrajca” – źródła osobliwego oskarżenia

Karierę „narodowego zdrajcy” rozpocząłem w grudniu 2006 roku. W publicznej debacie zorganizowanej przez think tank byłego premiera poproszono mnie, bym skomentował budżet Grecji na rok 2007. Spojrzałem na liczby: coś zmuszało mnie do jego odrzucenia. W istocie sprowadzał się do żałosnego mydlenia ludziom oczu:

Dzisiaj […] zagraża nam bańka na amerykańskich rynkach nieruchomości i instrumentów pochodnych […]. Jeśli ta bańka pęknie, a zdarzy się to na pewno, żadne zmniejszenie stóp procentowych nie pobudzi inwestycji w kraju, aby zrekompensować ich odpływ. Żadne z tych wyliczeń budżetowych nie będzie mieć zatem uzasadnienia […]. Pytanie nie brzmi, czy to się stanie, ale jak szybko doprowadzi do następnego Wielkiego Kryzysu.

Pozostali paneliści, wśród których byli dwaj byli ministrowie finansów, spojrzeli na mnie jak na niewygodnego błazna12. Przez następne dwa lata spotykałem się z tym spojrzeniem wielokrotnie. Nawet po bankructwie Lehman Brothers, załamaniu na Wall Street, wybuchu kryzysu kredytowego i wielkiej recesji zalewającej zachodnie kraje elity Grecji wciąż żyły w bańce szczęśliwego samooszustwa. Na przyjęciach, seminariach akademickich czy w galeriach sztuki ględzili o niepodatności Grecji na „anglosaską chorobę”, nieugięci w przekonaniu, że nasze banki są wystarczająco konserwatywne, a grecka gospodarka całkowicie chroniona przed burzą. Moje ostrzeżenia, że nic nie mogło być dalsze od prawdy, powodowały u nich rażący dysonans; a miało być już tylko gorzej.

W rzeczywistości państwa nigdy nie spłacają swoich długów. Rolują je, czyli odkładają moment spłaty w nieskończoność, płacąc jedynie odsetki od wziętych kredytów. Dopóki zdołają to robić, są wypłacalne13. Można myśleć o długu jak o dziurze w ziemi u stóp góry reprezentującej całkowity dochód narodowy. Z każdym dniem dziura się pogłębia wraz z narastającymi odsetkami od zadłużenia, nawet jeśli państwo już się nie zapożycza. Jednak w czasach prosperity gospodarka rośnie, więc także góra dochodu staje się coraz wyższa. Dopóki góra rośnie szybciej niż dziura zadłużenia, dodatkowy dochód ze szczytu góry można przerzucić do pobliskiego dołu, utrzymując jego głębokość na stałym poziomie, a państwo w stanie wypłacalności. Niewypłacalność pojawia się, gdy gospodarka przestaje rosnąć albo zaczyna się kurczyć: recesja zżera wówczas górę krajowego dochodu, nie obniżając tempa pogłębiania się dziury zadłużenia. W tym momencie zaalarmowani finansiści będą żądać wyższych stóp procentowych dla swoich pożyczek jako ceny za dalsze refinansowanie państwa. Jednak zwiększone stopy działają jak nadgorliwi kopacze: kopią jeszcze szybciej i jeszcze bardziej pogłębiają dziurę długów.

Przed kryzysem 2008 roku w Grecji ziała najgłębsza dziura w całej Unii Europejskiej w stosunku do generowanejwysokości góry dochodu. Ale przynajmniej góra ta rosła szybciej niż pogłębiała się dziura, co tworzyło pozory równowagi14. Sprawy przybrały groźny obrót na początku 2009 roku, gdy na skraju bankructwa stanęły francuskie i niemieckie banki, z powodu wypchania ich toksycznymi amerykańskimi instrumentami pochodnymi, które stały się bezwartościowe po krachu na Wall Street. Podwójne nieszczęście Grecji polegało na tym, że wzrost dochodu był dotychczas napędzany kredytami udzielanymi korporacjom (częściowo za pośrednictwem greckiego państwa) przez te same francuskie i niemieckie banki, które udzielały pożyczek greckiemu państwu15. W momencie, w którym te banki by spanikowały i przestałyby pożyczać zarówno greckiemu sektorowi publicznemu, jak i prywatnemu, byłoby po zawodach. Grecka góra dochodu by się zawaliła, a dziura państwowego zadłużenia stałaby się bezdenna16. Mówiłem o tym wszystkim osobom, które chciały mnie słuchać.

Jesienią 2009 roku wybrano nowy grecki rząd. Obiecywał on wyższe wydatki jako sposób na odbudowanie góry narodowego dochodu, jednak nowy premier i jego minister finansów z socjaldemokratycznej partii PASOK nie rozumieli powagi sytuacji. Państwo nieodwracalnie zbankrutowało, jeszcze zanim zostali zaprzysiężeni. Globalny kryzys kredytowy, w żaden sposób niezwiązany z Grecją, miał wkrótce spowodować, że europejskie banki nie będą chciały udzielać nam pożyczek. W kraju, w którym wzrost napędzany jest długiem (denominowanym w walucie właściwie zagranicznej, ponieważ polityka pieniężna w strefie euro pozostawała całkowicie poza kontrolą Grecji), otoczonym przez europejskie gospodarki tkwiące w głębokiej recesji, niemogącym dokonać dewaluacji, grecka góra dochodu musiałaby kurczyć się w takim tempie, że cały naród zniknąłby w otchłani długu.

W styczniu 2010 roku w wywiadzie radiowym ostrzegałem premiera, którego znałem osobiście i z którym łączyły mnie raczej przyjacielskie relacje: „Cokolwiek zrobisz, nie szukaj pożyczek u naszych europejskich partnerów w daremnej próbie uniknięcia naszego bankructwa”. W tym czasie greckie państwo dokonywało nieludzkiego wysiłku, by zlekceważyć to ostrzeżenie. W ciągu kilku sekund źródła rządowe nazwały mnie zdrajcą – głupcem, który nie rozumie, że takie prognozy są samospełniającymi się przepowiedniami: utrzymanie zaufania rynku do dobrego stanu państwowych finansów było jedynym sposobem na dalsze pożyczki. Ponieważ według mnie nasze bankructwo było przesądzone, bez względu na wysyłane przez nas uspokajające sygnały, walczyłem dalej. BBC i inne zagraniczne środki masowego przekazu zwróciły uwagę, że kiedyś pisałem przemówienia premierowi Papandreu. „Były doradca premiera Grecji twierdzi, że Grecja jest bankrutem” – krzyczały nagłówki; tak media umacniały moją reputację najgorszego wroga greckiego establishmentu.

Upton Sinclair powiedział kiedyś: „Trudno skłonić człowieka do zrozumienia czegoś w sytuacji, gdy płaci mu się za to, by nie rozumiał”. W tym przypadku dochód i majątek greckiej klasy panującej zależały od odporności jej członków na przekonanie o bankructwie Grecji. Jeśli każdy mężczyzna, kobieta i dziecko w tym i następnym pokoleniu ma wziąć niespłacalne pożyczki, aby podtrzymać miłe relacje między greckimi oligarchami a zagranicznymi bankierami, to niech tak będzie. Żaden argument odwołujący się do interesów 99 procent Greków i ich potomków nie mógł odwieść wspomnianej klasy od tego pomysłu. Jednak im bardziej zatykali uszy na sprzeczne z ich poglądami fakty, tym mocniej czułem się zobowiązany, by ostrzegać ludzi, że kredyty, które establishment chciał zaciągać w ich imieniu, jedynie pogorszą sytuację. Skutkiem będzie wtrącenie Grecji do więzienia dla dłużników. Przyjaciele i koledzy ostrzegali mnie, że chociaż mój tok myślenia może być prawidłowy, to jednak mówienie o bankructwie jest błędem. Nie będąc urodzonym politykiem, odpowiadałem cytatem z Johna Kennetha Galbraitha: „W polityce niekiedy nastają takie czasy, że trzeba stanąć po właściwej stronie i przegrać”. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak prorocze okażą się te słowa.