Strona główna » Obyczajowe i romanse » Radość

Radość

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-778-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Radość

Justine Lévy, córka Bernarda-Henri Lévy’ego, słynnego francuskiego filozofa, eseisty, obrońcy praw człowieka, nieustannie obecnego w mediach, oraz top-modelki Isabelle Doutreluigne, której zdjęcia zdobiły w latach 60. i 70. okładki m.in. „Vogue’a” i „Purple Magazine”. Jej relacje z matką zawsze były trudne. Zostawiła ją, gdy Justine miała cztery lata i od tego czasu wychowywał ją ojciec, którego córka uwielbiała. Z matką spędzała weekendy, gdy ta nie była zbyt pijana lub naćpana, by się nią zająć. Tę trudną relację opisała w książce Zła córka. Była żoną Raphaëla Enthovena, który rzucił ją dla słynnej piosenkarki, Carli Bruni. Justine to osoba chorobliwie nieśmiała i wrażliwa, miała traumatyczne dzieciństwo, a niską samoocenę starała się rekompensować, zażywając leki uspokajające i antydepresanty, od których uzależniła się tak bardzo, że w końcu wylądowała w ośrodku psychiatrycznym. Odejście Raphaëla stanowiło dla niej wielki cios, opisała potem swoje przeżycia, rozpacz i powrót do względnej normalności w książce Nic takiego, która ukazała się we Francji w 2004 r. i trafiła na listy bestsellerów, jeszcze zanim Carla Bruni została żoną prezydenta Francji. Potem szczęśliwie poznaje aktora, Particka Mille (Pablo) i ta nowa miłość pozwala jej wyjść na prostą. W Radości odnajdujemy wszystkie te wątki z przeszłości, ale głównym tematem jest inny etap w życiu Justine (czyli książkowej Louise) ‑ sama zostaje matką. Postanawia, że nigdy nie będzie już smutna, żeby nie przekazać tego smutku swoim dzieciom. Pragnie być idealną matką. To dla niej duże wyzwanie, bo ciągle musi walczyć ze skłonnościami do depresji, z własnymi lękami i obsesjami. Z tej nowej perspektywy patrzy teraz na własne dzieciństwo, próbuje uporządkować wspomnienia, rozwikłać zagadki z przeszłości i mimo wszystko pogodzić się z nieżyjącą już matką.

Polecane książki

Tak nagły i szybki wzrost zainteresowania rynkiem e-commerce jest oczywiście zrozumiały i całkowicie uzasadniony. W końcu każdy z nas lubi robić zakupy w kapciach i szlafroku przy kubku gorącej kawy a coraz sprawniej działające firmy kurierskie całkowicie, jak sądzę, zaspokajają potrzeby świadomego ...
Zoe Balfour, celebrytka i jedna ze spadkobierczyń fortuny Balfourów, na corocznym balu dowiaduje się, że jej biologicznym ojcem jest dawny kochanek matki. Zoe traci poczucie tożsamości i popada w depresję. Oscar Balfour, którego dotąd uważała za ojca, wysyła ją do Nowego Jorku, by tam odpoczęła. Zoe...
Od każdego przywódcy oczekuje się konkretnych wyników: zrealizowania budżetu, dochowania terminów i zręcznego zarządzania ludźmi, które sprawią, że firma będzie sprawnie funkcjonowała z dnia na dzień. W tym jednak kryje się niebezpieczeństwo: codzienne zmagania biorą górę nad długookresowymi celami...
„Czasami ludzie dorośli doznają dziwnych dolegliwości, ponieważ dziecko, które miało się urodzić przed nimi, zostało usunięte. Rodzice często nie mówią dzieciom o takich sprawach. To są bardzo tajemnicze przypadki i nie wszystkie wymagają uwolnienia, a raczej wewnętrznego uzdrowienia. (…) Kobiet...
Siedemnasta edycja sztandarowej publikacji Biblioteki Analiz. W pięciu tomach omówione zostały zmiany, jakie zaszły na rynku książki w Polsce.Leksykon biograficzny poświęcony osobom, których działanie w największym stopniu wpłynęło na obraz polskiej branży książkowej w ostatnich latach....
„Bajki i opowiadania” Józefa Ignacego Kraszewskiego to utwory traktujące o wielkiej miłości i śmierci. „Bajka o kurce i kogutku” - oboje piękni i młodzi. On wybrał ją spośród wielu i robi wszystko, by ona go polubiła. Nie odstępuje jej na krok. Raz jednak zdarzył się wypadek i orzech uwiązł w gar...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Justine Lévy

Tytuł oryginału:

LA GAIETÉ

Copyright © Editions Stock, 2015

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Krystyna Borowiecka-Strug

Korekta: Magdalena Bargłowska, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-7999-778-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

1

Gdy zaszłam w ciążę, postanowiłam, że raz na zawsze, i za wszelką cenę, przestanę być smutna. Od jak dawna się znaliśmy? Od trzech, czterech dni? I Pablo powiedział mi, że chce mieć dziecko, psa, dom i zimne piwo, tu, teraz, natychmiast. Podałam mu piwo, miałam kilka zgrzewek na zapas dla mamy, ale nie w lodówce, mama zawsze zaznaczała, nie za zimne, proszę cię, z uśmiechem, który miał znaczyć: takie właśnie lubię, nie za zimne, jakby to była kwestia gustu, a tak naprawdę nie mogła pić zimnych napojów z powodu kompletnie zepsutych zębów.

Pablo sączył letnie piwo, ale nie spuszczał ze mnie wzroku, czekał na dalszy ciąg, czekał, aż wyjmę psa, dziecko i dom, hop, jak królika z kapelusza, jakby wszystko było takie proste, jakby można było w sekundę przejść od flirtu do miłości, jakby można było tak postanowić, zdecydować, jakby wystarczyło tylko mieć ochotę. Ja w tamtym okresie sama nie wiedziałam, na co mam ochotę, ochota odeszła, opuściła mnie wraz z zaufaniem, apetytem, radością. Patrząc na mnie dużymi, jasnymi oczami, Pablo czekał spokojnie, żebym mu odpowiedziała, zdecydowała się na dom, dziecko, psa, na miłość też, rzecz jasna, oczekiwał miłości, pasowała do dziecka i psa.

To było dziesięć lat temu. Dziesięć lat to długi czas. Wyleczyłam się. On mnie wyleczył. Niekoniecznie umiera się z powodu złamanego serca. Nieraz myślę sobie, że nie pozostał po tym żaden ślad, ani blizna, ani znak, nic, nastąpiła regeneracja, odnowa komórek, nowiutkie serce, jak przedtem. Oczywiście to nie do końca prawda. Pablo wykonał dobrą robotę, nie widać szwów, ale ja umiem rozpoznać pierwsze objawy załamania: to dziwne uczucie, jakbym upadała, ale w środku, gdy mój wzrok pada przypadkowo na twarz tamtego; i ta stłumiona, niemal uspokajająca złość, która ciągle tu jest, wyryta we mnie.

A do tego dochodzi bardzo dawny strach, który zastygł, ale ożywa, gdy myślę o przyszłości, o zawodach miłosnych, o wszystkich zmartwieniach, jakie czekają moje dzieci, nasze dzieci, strach antycypacyjny, strach zawczasu przed wszystkimi sukinsynami, którzy wyrządzą im krzywdę, tak jak on wyrządził krzywdę mnie. Nasze dzieci muszą być silne, cieszę się, widząc, że są mocniejsze ode mnie, mniej wrażliwe, mniej melancholijne, cieszę się w sumie, że nie są do mnie podobne. Gdy Angèle i Paul się urodzili, czułam ulgę, że są kserokopiami Pabla, mają brwi jak dwa ucha, które unoszą im oczy ku górze, pełne usta, łagodny profil bez kantów, wiedziałam, że to moje dzieci, nie było co do tego wątpliwości, wyciągnięto je z mojego brzucha i położono mi je na piersi bez żadnych sztuczek, bez żadnych historii z zamianą niemowląt, co podobno dość często zdarza się w szpitalach, miałam świadków, dowody, miałam wszystkie możliwe dokumenty i zdjęcia, jakie tylko można sobie wyobrazić, ale po prostu ulżyło mi, że nie odnajduję w nich swoich wad w przerysowanej formie, powiększonych, nieznośnych, to dobrze wróżyło na przyszłość, może oznaczało, że nie ma żadnego fatum, że nie przekazałam im też całej reszty: swojej kruchości, braku pewności siebie i całego tego szaleństwa, które zdarza się w mojej rodzinie.

Więc wtedy, dziesięć lat temu, dopiero się poznaliśmy, a ja zbliżałam się już do wieku, w którym, jeśli nie planuje się dziecka, ludzie uważają, że to podejrzane, albo smutne, albo jedno i drugie, ale ja nie miałam w ogóle żadnych planów, ani ambicji, ani pragnień, nie mówiąc już o planowaniu dzieci, wolne żarty, a Pablo patrzył na mnie i zbierało mi się na płacz, jak kiedyś w szkole, gdy nie rozumiałam pytania, albo gdy tata tłumaczył mi jakieś zadanie z matematyki, a mój mózg się zacinał, głowa się zamykała i zaczynałam szlochać. Nie chciałam, żeby Pablo oglądał mnie w takim stanie – niektórym dziewczynom jest z tym do twarzy: zaczerwieniony nosek, wilgotne oczy, minka wystraszonego kotka – ale ja wyglądam okropnie, gdy płaczę, popękane żyłki w oczach, nos jak kalafior, wypadają mi soczewki, pocę się, mam czkawkę, czerwone plamy na policzkach, po prostu katastrofa i kałuża.

Co takiego? Spytał, ale nie było to do końca pytanie, tylko niemal wyrzut. Co takiego, co ty mi opowiadasz? Wzięłam głęboki wdech i wyjaśniłam bardzo szybko, nie patrząc na niego, że moim zdaniem jestem skoncentrowana na sobie, bipolarna, trójpolarna, kwadropolarna, porywcza, nieodpowiedzialna, cierpię na bezsenność, palę trzy paczki papierosów dziennie i dwa albo trzy skręty co wieczór, nie licząc xanaxu i antydepresantów, więc jeżeli któregoś dnia zaakceptuję ten dziwny pomysł, by się rozmnożyć, będzie musiał natychmiast oddać dziecko pomocy społecznej. Okej, okej, odpowiedział. Ale popatrzył na mnie z ukosa, więc zrozumiałam, że nie odpuszcza i że nie wybił sobie tego pomysłu z głowy, tylko odłożył go na później. Nie wiedziałam jeszcze, że później oznacza dla Pabla w mgnieniu oka, bo trzeba żyć już, natychmiast, a sam Pablo jest uosobieniem natychmiastowości, szybko, szybko, ciągle jest w ruchu, nawet gdy się kąpie w wannie, nawet gdy śpi. Rano wstaje wcześnie i jest w pełnej formie, zawsze ma jakiś pomysł, chce podróżować, pracować, organizować imprezy, manifestacje, antymanifestacje, przeczytać wszystkie książki, zobaczyć wszystkie filmy, przesłuchać wszystkie płyty, teraz, zaraz, potem będzie za późno, druga zmiana już czeka, tupie z niecierpliwości, przestępuje z nogi na nogę, no już, szybciej, nie ma czasu do stracenia, czas nas goni, no już, dalej! Naprzód! To dziwne, że wybrał mnie, taką leniwą, strachliwą, płaczliwą, ale lubię, jak tańczy indiański taniec w salonie, gdy śmieje się, rozmawiając przez telefon, w tle leci heavy metal, gra radio, w telewizji idą wiadomości, żeby niczego nie przegapić, żeby nic mu nie umknęło, a ja siedzę jak głaz, nieruchoma, ciężka, nie ma do mnie o to pretensji, ale czasem zamykam oczy, trochę kręci mi się w głowie, gdy miota się podniecony, pomysły kłębią mu się w głowie, rozmaite plany zderzają się, nawarstwiają, konkurują ze sobą, mnożą się, napisać film, dwa filmy, trzy filmy, film dokumentalny, sztukę, operę, zrobić rewolucję, objechać świat dookoła, założyć partię polityczną, otworzyć szkołę dla dzieci z dyspraksją, bar, cyrk, restaurację w Lizbonie, teatr, a teraz mieć dziecko.

Nieraz czuję się przytłoczona, przyduszona, nie nadążam, więc się denerwuję i mówię, hej, uspokój się. Nie psuj mi zabawy, odpowiada. A ja mam mu to za złe, czuję się urażona i się obrażam. To nieprawda, moje serduszko, świetnie się z tobą bawię, poprawia się, przepraszam, wybacz mi, ha ha ha, popatrz, śmieję się, popatrz, jak się śmieję! A ja uśmiecham się do niego, aby go uspokoić, ale czuję się jak z ołowiu, obciążona, wykończona, nie do niego mam pretensje, tylko do siebie. To prawda, że nie jestem zabawna, nie zawsze taka byłam, ale jest coraz gorzej, chcę tylko rutyny, lubię, jak nic się nie dzieje, absolutnie i rozkosznie nic, gdyby mama mnie widziała, byłoby jej za mnie wstyd i byłoby wstyd jej koleżankom feministkom z Editions des femmes, które tak bardzo walczyły, ale tak to już jest: nie lubię wolności. Żeby ją lubić, trzeba czegoś pragnąć, mieć ambicje, chęć działania i podejmowania ryzyka, a ja boję się swoich pragnień i nie mam żadnych ambicji, chcę, żeby to Pablo decydował o wszystkim, chcę oddać mu swoje myśli, przekazać swoje gusty i pokusy, chcę dać się nieść, a potem, zgoda, sprzeciwiać się, buntować, utyskiwać, o, tak, chcę utyskiwać, ale w żadnym razie nie chcę iść tam, gdzie dusza zapragnie, za bardzo się boję, że wylądowałabym nie wiadomo gdzie i wszystko zaczęłoby się od nowa.

Mogę za to być przystanią, schronieniem, i czekać na niego, i czytać, i nie mieć przed sobą nawzajem tajemnic, cały czas się całować, i żeby to tak trwało do końca świata, czas zapomniałby o nas, byłaby tylko nieruchoma i letnia teraźniejszość: opowiadałby mi o zawierusze na polu, tam, gdzie ludzie się miotają, wymachują rękami, mają plany, domy, dzieci, i to by nam wystarczyło.

2

Więc nie sądziłam, że może nas to kiedyś spotkać, ale dziewięć lat temu zaszłam w ciążę i poszłam mu to oznajmić. Otwarł i zamknął usta, kilka razy, a potem otworzył ramiona i objął mnie, i zrozumiałam, że oznacza to, iż zostaniemy razem dziś wieczorem, i jutro, i następnego dnia, i przez kolejne dni, i przestraszyło mnie to i ucieszyło, ucieszyło i przestraszyło, o rany, a jednocześnie poczułam, że coś się we mnie otwiera, coś pokurczonego ożyło, rosło i rozwijało się, i z tego powodu parsknęłam śmiechem, coś takiego, idiotycznym, beztroskim śmiechem. Pablo też zaczął się śmiać i oczy mu lśniły jak dwa słońca w nocy. A potem urósł mi brzuch i pomyślałam sobie, w porządku, jestem taka jak inne kobiety, jestem na dobrej drodze, jedziemy na jednym wózku, bo to właśnie robią kobiety, prawda? Mają dzieci, tworzą związki, zakładają rodziny – wahałam się między fuj i super, nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać, orzeł czy reszka – i to wtedy właśnie postanowiłam, że przestanę być smutna. Nie pomyślałam, dobrze, odtąd będę szczęśliwa, będziemy szczęśliwi we dwójkę, a niedługo we trójkę, bo dobrze wiem, że być szczęśliwym to nic nie znaczy – czy widziano już kogoś, kto byłby szczęśliwy dłużej niż przez kwadrans? Czy mama nie szukała szczęścia na próżno na próżno na próżno przez całe życie? Nie chciała tandetnego szczęścia, nie chciała taniego szczęścia, połowicznego szczęścia, czy wygodnego szczęścia, nie, chciała, by to było luksusowe, olśniewające, niesłychane szczęście, wierzyła w nie, miała do niego prawo, szukała go z moim ojcem, szukała go na drugim krańcu świata, szukała go z ludźmi wyjętymi spod prawa, z pariasami, szukała go w narkotykach, we wszystkich możliwych narkotykach, szukała go, niezbyt długo, w pobliżu Antoinette Fouque i jej sekty, szukała go, krzywdząc społeczeństwo, w drobnych wykroczeniach, anarchii, kradzieżach rowerów i rozbojach; szukała go z eleganckimi mężczyznami i pospolitymi przestępcami, z kobietą, szukała go w sobie, szukała go, niezbyt długo, ze mną, szukała go w nudzie i w pracy, szukała go nawet w chorobie, gdy nie dało się zresztą już nic więcej zrobić ani niczego szukać. Szczęście to katastrofa. Jakie to smutne, chcieć być szczęśliwym. Być wesołym też jest trudno. Ale to grzecznie, miło, każdy może się na to zdobyć, to tak jak włożyć ładną sukienkę, nowe dżinsy, a poza tym można jednocześnie zachować zdrowy rozsądek i oczy otwarte i wiedzieć, jak to się wszystko kończy, ale to pomaga znieść tę świadomość, wydaje mi się, że bardziej niż miłość, bardziej niż pieniądze czy inne sztuczki, koła ratunkowe czy pływaki. Nie, radość, prawdziwa radość, a może fałszywa, nie wiem, świadoma radość, radość postanowiona działa najskuteczniej, tak jak w przypadku mojej ukochanej babci, która na łożu śmierci, gdy jej ciało było jedną wielką raną, a wszystkie organy przestały funkcjonować, znajdowała jeszcze siłę albo przyjemność w żartowaniu. To dziwne, ale bardzo wcześnie, zanim nauczyłam się czytać, pisać i liczyć, jeszcze przed rozstaniem się moich rodziców, przed Kuala Lumpur, wiedziałam, że to właśnie radość wszystko ocali. Lubię wesołych ludzi, przyklejam się do nich, jeżdżę z nimi na wakacje, podłączam się do nich jak do prądu, nie wiem, czy oni też któregoś dnia wpadli na pomysł, że przestaną być smutni, ani czy czasem mają nawroty smutku – kiedyś o to zapytam, mimochodem, przy okazji, żartem: a może byśmy razem potrenowali? A gdybyśmy się tak wymienili naszymi sposobami i sztuczkami, tak jak ci, którzy uprawiają sport albo się odchudzają? A może to jest coś, do czego dochodzi się w samotności, z dala od innych, nikomu nic nie mówiąc, wystarczy tylko dyscyplina, metoda, jak wtedy, gdy rzuca się palenie – ja przestałam palić przed urodzeniem Angèle, a teraz żuję po całych dniach i nocach nicorette i kiedy robię tygodniowe zapasy w taniej aptece, widzę, że ludzie patrzą na mnie podejrzliwie, jakby się zastanawiali, czy ona aby nie handluje, ale mam to gdzieś, nie robię nic złego, to tak jak trenowanie radości, jem obiad i kolację z nicorette przyklejoną do zęba mądrości, całuję Pabla z nicorette i jestem pewna, że z biegiem czasu uwierzył, że urodziłam się z takim oddechem, że pachnę tytoniem zmieszanym z miętą, i myję zęby z nicorette w ustach, i budzę się kilka razy w nocy, żeby wziąć nową gumę, a nieraz znajduję jakąś przeżutą we włosach albo na jaśku, albo na torsie Pabla, którego to naprawdę nie bawi. Rodziłam z nicorette, bo nikt nie poprosił mnie, bym ją wypluła, i gdy położna przyszła i wyszeptała mi do ucha: brawo, piękny dzidziuś, wolałabym dostać od pani te pięćset euro w gotówce, dałam wyraz zdziwieniu wielkim balonem z nicorette, który pękł z hukiem, po amerykańsku. Jedyny raz w ciągu dziewięciu lat musiałam ją wypluć u dentysty, próbowałam ją ukryć, rozpłaszczyć na podniebieniu, ale nie chciał o tym słyszeć, musiałam położyć mu ją na dłoni, i poczułam się dziwnie z pustymi ustami, trochę jakbym stała nago w przeciągu.

Oczywiście byłoby idealnie, gdybym mogła, żeby przestać być smutną i wesprzeć cały ten proces, wspomóc się jakimś magicznym eliksirem, cudownym lekarstwem, ale wszystkie, które testuję, odkąd dwadzieścia lat temu zapanowała moda na prozac, przynoszą w sumie dość rozczarowujące efekty. Działają przez kilka miesięcy, a potem smutek przyzwyczaja się i znajduje wyłom, przez który może się wśliznąć i za każdym razem trzeba zmieniać lek, regularnie, tak jak zmienia się opatrunek. Jedynym sensownym skutkiem prozacu było na przykład to, że dzięki niemu schudłam i gdy byłam nastolatką z wykwitami trądziku, w grubych okularach, z fryzurą à la Daniel Balavoine i z poczuciem, że jestem przegrana, nienormalna, warta mniej niż zero, i ze straszliwymi koszmarami, które sprawiały, że byłam wykończona, gdy nadchodziła pora, by udać się do liceum, nagłe stanie się anorektyczką dostarczyło mi fajnych, drobnych radości. Potem był effexor, który bez wątpienia uratował mi życie, tuż przed tym, zanim poznałam Pabla, w okresie gdy wahałam się jeszcze między defenestracją i morderstwem, albo morderstwem i defenestracją, w tej właśnie kolejności, z powodu złamanego serca, które dziś już nie jest nieszczęściem, lecz zwycięstwem nad sobą, to stara sprawa, to nic, tylko zastanawiam się, jak mogłam kochać chłopaka, który kochał tylko siebie i swoje odbicie. Ale w tamtym czasie, gdy przestałam brać effexor, smutek w mig powrócił galopem z jeszcze większą siłą, objawiając się najpierw w moim ciele, w formie straszliwych migren, jakby wstrząsów elektrycznych, skurczów w nogach, które nieraz nie pozwalały mi wstać. Potem, za radą mamy, która była specjalistką od nieszczęść, przerzuciłam się na haszysz. Działa bardziej podstępnie niż antydepresant, wydaje się, że spala smutek, ale wywołuje inne rzeczy, pojawiają się dziwne, nietypowe bóle, dopadają człowieka, i to jest bez sensu. Testowałam jeszcze całe masy molekuł, takich, od których twarz nadyma się jak popcorn, które wywołują arytmię lub gadatliwość, ale ogólnie uważam, że najprzyjemniejsza jest cymbalta. Poza poceniem się i zgrzytaniem zębami, dość dobrze filtruje smutek, trochę jak system antywirusowy w komputerze: maksymalna ochrona, wyrównanie poziomu neuroprzekaźników, nie traci się apetytu, nie jest się sennym, nie ma się gonitwy myśli, to jakby sito odsiewające zbyt mocne emocje, ogólny amortyzator. Ale do niego też się człowiek przyzwyczaja i pewnego dnia wtopa, przestał w ogóle działać. I jestem właśnie na tym etapie. Więc dam jeszcze szansę nauce, jeżeli pojawi się jakiś nowy, świetny lek, nie będę się długo wahać, ale na razie nie mam wyboru, muszę koniecznie przestać być smutną TERAZ, pomyślałam sobie, koncentrując się, żeby poczuć, jak wewnątrz mnie bije drugie serce, ale słyszałam tylko bulgot trawienia i bańki powietrza z nicorette.

Z dzieckiem nie można sobie już pozwolić na smutek, i tyle. Zresztą niedługo nie będę miała już na to czasu, energii ani sił. A poza tym poznałam smutek w szczegółach, wszystko zrozumiałam, wiem, że nie jest związany z teraźniejszością, że nie narodził się wraz z wielkim zawodem miłosnym dziesięć lat temu, zrozumiałam, że bierze się z jeszcze dawniejszych czasów, może z Kuala Lumpur, ale co się stało w Kuala Lumpur? Często myślę o Kuala Lumpur, to coś niewyraźnego, mglistego, krótki przebłysk, światełko w oddali, nic poza tym, to jak złudzenie optyczne albo rozjaśniający się obraz w kinie, jak kurz, który zamiotło się pod dywan i naprawdę się go pozbyło – tak człowiek sprząta, gdy mu się bardzo śpieszy, tak właśnie robią dzieci, które zamykają oczy i wierzą, że nikt ich nie widzi, albo zasłaniają rękami uszy i myślą, że to właśnie jest cisza. Ja wszystko zapomniałam. Nie chcę już nic wiedzieć, nic słyszeć, nic czuć, nic pamiętać. Pewnie jakaś część mnie jest smutna zamiast mnie i płacze zamiast mnie, za wszystkie te razy, gdy nie płakałam, gdy zacisnęłam zęby, pewnie w Kuala Lumpur pozostała jakaś inna Louise, rosła tam, zestarzała się i wraca czasem w nocy, żeby mi dokuczyć, i dlatego budzę się na mokrej poduszce z policzkami jak z pergaminu, do których przykleiła się nicorette, ale to nie szkodzi, to pół biedy, to tylko trochę starego smutku, który nocą spakował się i przemierzył kontynenty, żeby mnie złośliwie odwiedzić, to nie szkodzi, bo to jest ściśle oddzielone. Dawną Louise, od dzisiejszej Louise, jej sobowtóra na wygnaniu, czy w hipnozie, czy w grobie, od tak zrównoważonej mamy Angèle i od Paula, te dwie Louise od mamy, mojej biednej, kochanej mamy z jej wozami nakrytymi plandeką dramatów i nerwic oddziela szczelna ściana, która niczego nie przepuszcza, mur chiński, sarkofag z Czarnobyla – promieniowanie nadal występuje, ale promienie odbijają się od zapory, zwracają przeciw sobie, zatrzymane, zduszone, i już jest po wszystkim.

3

Wiem, co myślą sobie ludzie. Ludzie myślą, że urodziłam się w bogatej dzielnicy, gdzie są dobre licea, i że nigdy nie brakowało mi pieniędzy, więc nigdy mi niczego nie brakowało, bo pieniądze to podstawa, prawda? Cholerni bogacze, mawiała mama, która nie była bogata, cholerni krezusi, którzy w dodatku mają masę czasu na smutek. No to pokażę wam, jak wykorzystam ten czas, żeby być szaleńczo wesołą i zamurować żywcem zły smutek.

O rany, coś podobnego! Ale tata się ucieszy! Niech żyją wakacje! Co za ulga! Od ilu to już lat oblewa go zimny pot na widok mojego numeru wyświetlającego mu się w telefonie i zamiast zapytać mnie, co słychać, odgaduje, nie wiem jakim sposobem, może to kwestia natężenia dzwonka, szósty zmysł, jakieś wibracje, że będzie musiał zapytać, co się stało, wie też, że nie mam za grosz zimnej krwi, ani odwagi, że przerażają mnie moje własne napady czarnego humoru, więc wzywam go na ratunek, halo, tato, bobo, nie może cały czas się mną zajmować, nikt nie może cały czas się mną zajmować, a on ma jeszcze więcej rzeczy na głowie niż inni, ale to jest silniejsze ode mnie, on jest pogotowiem, strażą pożarną, mówi: przejdzie ci, kochanie, i ma rację, zawsze przechodzi, ale jeśli tym razem nie przejdzie? Mówię, że ci przejdzie, moje serduszko, nie masz żadnego powodu do obaw. Ale ja się boję, bardzo bardzo się boję. Dobrze, już jadę. I przyjeżdża. Może być na końcu świata, ale skoro powiedział, że przyjedzie, to przyjeżdża, uu-uu, zawsze przyjeżdża w ciągu godziny lub dnia, zależy, gdzie jest, to prawda, że sytuacja wychodzi na prostą, wszystko jest w porządku, wszystko jest w całkowitym porządku, la la la, ale czemu w takim razie po plecach, między łopatkami spływa mi zimny pot i tak ciąży mi głowa, i kołacze mi w skroniach, i szumi mi w uszach, muszę się położyć, och, przecież już leżę, leżę i mam mroczki przed oczami, dookoła unoszą się niezidentyfikowane obiekty, które wirują, przewrócę się, ale czy można się przewrócić, gdy się leży, jest mi bardzo zimno, czy może być bardzo zimno w środku lata, tato, spójrz, para unosi mi się z ust, ach, ale taty jeszcze nie ma, powiedział, że jedzie, ale to chwilę potrwa, czyja to twarz zniekształcona przez parę, i ten ciężar w brzuchu, i ta kula, która nie pozwala mi się ruszyć ani wstać, żeby pójść po pastyleczkę dolipranu, i te igły, które przeszywają mnie od środka, i ten ból, który rodzi się gdzieś daleko i promieniuje do paznokci, jaki dziś mamy dzień, która jest godzina, muszę iść do pracy i nastawić pranie, i znaleźć kalendarz, i zamieść trochę kurzu pod dywan, i wziąć prysznic, ale już mam kompletnie mokre włosy, które lepią mi się do czoła, i wszystko wiruje, i wiruje, i nie przestaje wirować, powiedział, że już jedzie, czy już tu jest? Czy ktoś dzwonił? Tato, to ty? Mamo? Czy jest tam ktoś? Mam kłopoty z oddychaniem, brakuje tu powietrza, albo powietrze z trudem do mnie dociera, mam w gardle coś, co przeszkadza, gdzie są moje papierosy, moje nicorette, czy ktoś może otworzyć okno, oddychać za mnie, bardzo proszę, zastąpić mnie, czy mogę sobie zrobić przerwę w oddychaniu, muszę, powinnam, próbuję wpatrywać się w jeden punkt, myśleć jednocześnie o jednej rzeczy, ale nie, to niemożliwe, ze wszystkich stron napływają dziwne obrazy, jak w Tetrisie, gdy się prawie przegrało i wszystko przyspiesza, kawałek mamy, kawałek taty, kawałki ludzi, których nie znam i którzy się śmieją, ich wykrzywione usta, które przesuwają się do góry i dopasowują do krzaczastych brwi, i nieznajome głosy, które mnie otaczają jak rój much, muszę potrząsnąć głową, żeby odpędzić te obrazy i te głosy, te zaczątki obrazów i widmowe głosy, zająć się czymś innym, śpiewać, zachowywać się tak, jakbym była swoją babcią, która śpiewała mi do snu: Czerwony nosek miał, Ach jaki był śliczny, I błyszczał się tak, Jakby był magiczny, a dalej? Nie mogę śpiewać dalej, język klei mi się do podniebienia, a w dodatku to bum bum bum bum w głowie, od którego drżą ściany, mam ochotę walić w nią, żeby wyrzucić to bum bum i złe myśli, no, dalej, dalej, wyjdźcie, uciekajcie, muszę oddychać przeponą, ja się uspokajam ty się uspokajasz ona się uspokaja my się uspokajamy, zamknąć oczy, zatkać uszy, wyobrazić sobie, że zanurzam się w chłodnej wodzie, że jestem chłodną wodą i zasypiam, jeżeli zasnę, wszystko się skończy i obudzę się świeża jak śliczna majowa róża, ale przeszkadzają mi tam-tamy, bębny, trąby, a potem nagle wszystko gaśnie, puf, samo, jestem jak ścierka, strzęp, zero podniecenia, zero zderzających się pomysłów, żadnych głosów, żadnych obrazów, żadnego drżenia palców, nic, zupełnie nic, pozostaje tylko smutek bez przyczyny, który przepełnia mi głowę, nogi, gardło, ręce, i oto leżę na łóżku, bez łez, bez pragnień, bez myśli, śmiertelny smutek, smutek, który nawet nie wywołuje już bólu, a potem, po kilku dniach, smutek całkowicie ustępuje i w jego miejsce pojawia się wielkie zmęczenie, i to jest ulga, błogosławieństwo, odpoczynek, spać, cały czas ziewać, masa powietrza w płucach i w głowie, i w brzuchu, zostaje tylko pustka w środku, nicość, wyrwa, taka jak wtedy, gdy mama mnie opuszczała, albo gdy ja się z nią żegnałam, jakbym to ja ją nosiła w sobie, a ona mnie opuściła, to takie dziwne, ta pustka, która jest taka ciężka.