Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Rosja Putina

Rosja Putina

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-62304-67-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Rosja Putina

"Surowa, bezkompromisowa ocena polityki obecnego przywódcy Rosji, pióra czołowej radykalnej rosyjskiej dziennikarki. Anna Politkovskaya, dziennikarka, która zyskała podziw światowej opinii za swe pełne odwagi relacje, szczególnie na temat wojen czeczeńskich, laureatka wielu nagród - tym razem kieruje swoje pełne determinacji, przenikliwe spojrzenie na człowieka, który jeszcze do niedawna był ulubieńcem zachodnich środków masowego przekazu. Władimir Putin został powołany na stanowisko prezydenta Rosji w roku 2000. Od chwili wkroczenia na publiczną arenę sprzedaje swój wizerunek otwartego, oświeconego przywódcy, który gorąco pragnie związać się silną więzią z Zachodem. W przeciwieństwie jednak do wielu dziennikarzy czy polityków europejskich i amerykańskich, Politkovskaya nigdy nie zaufała medialnemu wizerunkowi Putina. Patrząc z samego centrum toczących się obecnie rosyjskich spraw, podjęła się ona demontażu obrazu Putina - jako człowieka i zarazem jako ""marki handlowej"", dowodząc, że jest on łasym na władzę produktem własnej historii i jako taki nie potrafi się powstrzymać przed tłamszeniem swobód obywatelskich na każdym kroku. Dla udowodnienia swojej tezy Politkovskaya opowiada o żelaznej kontroli, jaką sprawuje Putin nad życiem codziennym Rosjan. Mafijne transakcje, afery w obwodach (na rosyjskiej prowincji), korupcja w wojsku i aparacie sprawiedliwości, upadek rosyjskiej inteligencji, tragiczna nieudolność akcji odbicia zakładników uwięzionych w moskiewskim teatrze - wszystkie te wątki poddaje Autorka wnikliwej obserwacji i analizie.

Anna Politkovskaya - specjalny korespondent dziennika Nowaja Gazieta. Podczas oblężenia moskiewskiego Teatru na Dubrowce podjęła się mediacji w rokowaniach z terrorystami. Ta znana i ceniona dziennikarka, która zyskała uznanie w związku z prowadzoną w różnych sprawach walką o prawa człowieka, łącznie z narażeniem własnego życia. Jest laureatką prestiżowych międzynarodowych nagród i wyróżnień. ""Dziennikarka-bohater wśród reporterów"" (Guardian)"

Polecane książki

Czuły mężczyzna, kochający tata, seryjny morderca. Mąż Giny Royall okazał się potworem. Czy mogła o tym nie wiedzieć? Wyszłam za mąż za potwora, spałam w jego łóżku. Jakim cudem mogłam tego nie wiedzieć? Świat Giny Royal legł w gruzach w chwili wypadku – nieznajomy samochód przypadkowo uderzył w ści...
Wiersze o początku, świecie, winach, niebie, ślepcu, sercu, drodze, małpach, nodze, ıdıocıe, miłości, prawdzie, burzy, różach, bilecie, nimfie, żarciu, mgle, ciszy, zdjęciu, wrakach, bólu, poezji, rodzeniu, bójce, milczeniu, włóczędze, mrozie, wierszu, kropli, tęczy, pisaniu, czytaniu, pogodzie, mop...
Arcydzieło literatury i życia. Ostatnia powieść Charlotte Brontë Cóż za namiętność, ileż w niej ognia! W tej książce jest coś nadnaturalnego – George Eliot Najlepsza powieść Charlotte Brontë – Virginia Woolf Opublikowane w 1853 roku Villette Charlotte Brontë jest prekursorem powieści ...
Wielu z nas ma skryte marzenia, aby w wolnym czasie zająć się tym, czego do tej pory nie próbowało. Jeżeli takim marzeniem jest malowanie, to z pewnością ta książka pomoże Państwu w stawianiu pierwszych kroków w tej dziedzinie. Wymieniliśmy materiały, w które powinni się Państwo zaopatrzyć. Umieścil...
Scena jak z bajki: młodziutka, urocza dziewczyna tańczy na balu z przystojnym księciem. Rozmawiają. Nieoczekiwanie on prosi ją o rękę, a ona – rezolutnie i odważnie, jak na owe czasy – odpowiada: – Ależ ja nie kocham pana! – Nie szkodzi – zapewnia ją niezrażony aman...
W Angel Sands, niewielkim nadmorskim kurorcie, czas płynie powoli, odmierzany miarowym szumem fal. Pomiędzy domkami do wynajęcia, willami i kafejkami mieści się również prowadzony przez rodzinę Baxterów, a właściwie przez „dziewczyny Baxterów”, pensjonat. Nieoczekiwanie niespełniona w roli gospo...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Anna Politkovskaya

Tytuł oryginału

Putin’sRussia

Przekład

Tristan Korecki

Projekt okładki

Magdalena Muszyńska, Izabela Surdykowska-Jurek

Fot. Rex/East News

Fot. AFP/EAST NEWS

Redaktor

Krystyna Borowiecka

Copyright © Anna Politkovskaya 2004 Copyright © for the Polish edition by Studio EMKA, Warszawa 2005, 2012

Wszelkie prawa, włącznie z prawem do reprodukcji tekstów w całości lub w części, w jakiejkolwiek formie – zastrzeżone.

Wszelkich informacji udziela:

Wydawnictwo Studio EMKA

ul. Królowej Aldony 6, 03-928

Warszawa tel./fax 22 628 08 38, 616 00 67

wydawnictwo@studioemka.com.pl

www.studioemka.com.pl

ISBN

978-83-88931-72-7

Skład i łamanie:

B com 3 Sp. z o.o.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WSTĘP

Ta książka traktuje o Władimirze Putinie – nie w taki jednak sposób, w jaki jest on zazwyczaj postrzegany na Zachodzie. Czyli nie przez różowe okulary.

Dlaczego niełatwo jest utrzymać „różowy” punkt widzenia, mając bezpośrednio do czynienia z rosyjską rzeczywistością? Dlatego że Putin – jako produkt najbardziej mrocznej służby wywiadowczej swego kraju – nie zdołał wznieść się ponad środowisko, które go ukształtowało i przestać zachowywać się jak podpułkownik radzieckiego KGB. W dalszym ciągu się trudzi, koniecznie chcąc policzyć się ze swymi kochającymi wolność krajanami; uporczywie dławi swobodę – zupełnie tak samo, jak czynił to we wcześniejszych latach swej kariery.

Książka ta mówi również o tym, że nie każdy w Rosji jest gotów znosić jego zachowanie. Nie chcemy już więcej być niewolnikami, nawet gdyby taki akurat stan rzeczy najbardziej pasował Zachodowi. Domagamy się prawa do bycia wolnymi ludźmi!

Książka nie stanowi analizy polityki prowadzonej przez Putina. Nie jestem analitykiem politycznym. Jestem po prostu jedną z istot ludzkich, twarzą w tłumie – w Moskwie, w Czeczenii, Petersburgu i gdziekolwiek indziej. Jest to zapis moich reakcji emocjonalnych, spisanych na marginesie życia – życia, jakie prowadzi się w dzisiejszej Rosji. Za wcześnie jeszcze na zdystansowanie się do tego wszystkiego, co skądinąd jest koniecznością, gdyby chciało się dokonać chłodnej analizy jakiegokolwiek zjawiska. Ja zaś żyję w teraźniejszości i notuję to, co widzę.

ROSYJSKA ARMIA I JEJ MATKI

W Rosji armia stanowi zamknięty system, nieróżniący się od więzienia. Nikt nie dostanie się ani do tej armii, ani do więzienia, jeśli odpowiednie władze nie zażyczą sobie, aby się właśnie tam znalazł. A kiedy ktoś już się tam dostał, będzie wiódł życie niewolnika.

Każda armia na świecie próbuje prowadzić swoje działania bez rozgłosu, i być może dlatego mówimy o generałach tak, jak gdyby byli oni członkami jakiegoś plemienia o zasięgu międzynarodowym; a charakterystyka osobowości jego członków jest identyczna na całej planecie – niezależnie od tego, któremu akurat prezydentowi czy państwu w danej chwili służą.

Istnieją jednak pewne cechy szczególne wyróżniające armię rosyjską, a raczej stosunki panujące między nią a ludnością cywilną. Otóż władze cywilne nie mają żadnej kontroli nad tym, co wyprawia wojsko. Szeregowiec należy do najniższej rangą kasty w wojskowej hierarchii. Jest nikim. Jest niczym. Za betonowymi murami wojskowych koszar oficer może zrobić żołnierzowi, co mu się będzie żywnie podobać. Podobnie oficer wyższy szarżą może zrobić swemu niższemu stopniem koledze, co tylko zechce.

Pomyślą Państwo zapewne: „Nieee, na pewno nie może być z tym wszystkim aż tak źle…”

Cóż, no tak – rzeczywiście, nie zawsze. Czasami dzieje się lepiej, lecz tylko dlatego, że jakiś poszczególny ludzki człowiek przywołał swych podwładnych do porządku. Jedynie w takich chwilach pojawia się promyk nadziei.

„No, ale co z rosyjskimi przywódcami?” – może się ktoś zaciekawić. „Przecież prezydent jest z mocy swego urzędu głównodowodzącym armii, zwierzchnikiem sił zbrojnych, a zatem jest osobiście odpowiedzialny za to, co się tam dzieje – czyż nie?”

Niestety – kiedy już uda im się objąć urząd na Kremlu, przywódcy nasi nie podejmują żadnych wysiłków w kierunku powściągnięcia panującego w armii bezprawia; już raczej należy się po nich spodziewać, że nadadzą oficerom jeszcze większe prerogatywy. W zależności od tego, czy dany przywódca polityczny odpowiednio dogodzi armii, ta będzie albo go popierać, albo podrywać jego pozycję. Jedyne próby zhumanizowania rosyjskiej armii zostały podjęte za Jelcyna, w ramach programu propagowania demokratycznych swobód. Rezultaty tych usiłowań nie przetrwały jednak długo. W Rosji trzymanie się władzy jest ważniejsze niż ratowanie życia żołnierzy, toteż pod gradem głosów oburzenia padających ze Sztabu Generalnego Jelcyn wywiesił w końcu białą flagę i poddał się generałom.

Putin natomiast nigdy nie podjął w tym względzie jakichkolwiek usiłowań. On sam jest oficerem. I na tym koniec. Kiedy po raz pierwszy pojawił się na ekranie rosyjskiego politycznego radaru, bardziej w charakterze potencjalnej głowy państwa niż niepopularnego dyrektora powszechnie znienawidzonej Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), zaczął składać deklaracje w tonie takim, że oto wojsko, którego znaczenie zostało pomniejszone za czasów Jelcyna, ma zostać odtąd odrodzone; tym zaś, czego mu jedynie brak do odnowy, jest druga wojna w Czeczenii. Źródło wszystkiego, co zdarzyło się od tamtej pory na obszarze północnego Kaukazu, można odnaleźć w tamtej właśnie przesłance.

Kiedy rozpoczęła się druga wojna czeczeńska, wojsku dano wolną rękę, toteż w wyborach prezydenckich roku 2000 armia zagłosowała jak jeden mąż za Putinem. Obecna wojna okazała się dla niej okolicznością wysoce korzystną – źródłem przyspieszonego awansu, coraz to większej liczby medali, no i kucia na gorąco prędkich karier. Generałowie służby czynnej kładą podwaliny pod karierę polityczną i zostają katapultowani wprost do środowiska politycznych elit.

Dla Putina odrodzenie armii jest dobrym uczynkiem po okresie upokorzeń doznanych za Jelcyna i klęsce w pierwszej wojnie czeczeńskiej. Jak konkretnie Putin dopomógł swojej armii, przekonamy się dzięki historiom, które za chwilę opowiem. Czy chciałoby się żyć w kraju, w którym z czyichś podatków podtrzymuje się tego rodzaju instytucję – można osądzić samemu.

Jak czuje się człowiek, którego syn ukończył osiemnaście lat i został powołany do wojska jako „ludzki materiał”? Jaki stopień zadowolenia można osiągnąć, mając do czynienia z armią, z której co tydzień tłumnie dezerterują żołnierze – czasem nawet całymi oddziałami lub kompaniami naraz? Co można by pomyśleć o wojsku, w którym w jednym tylko roku (2002) ponad pięciuset ludzi – a więc cały batalion – zginęło nie wskutek działań wojennych, lecz w wyniku pobicia?! W którym oficerowie rozkradli dosłownie wszystko, od dziesięciorublowych banknotów przysyłanych szeregowcom przez rodziców, aż po całe kolumny czołgów?! O wojsku, w którym oficerowie jednoczą się w nienawiści do rodziców żołnierzy, a to dlatego, że – kiedy tylko okoliczności stają się po prostu nazbyt hańbiące – pałające gniewem matki bardzo często protestują przeciw mordowaniu swoich synów i domagają się kary lub odwetu?

Numer U-729343. Zapomniany na polu bitwy

Jest 18 listopada 2002 roku. Nina Lewurda, szkolna nauczycielka na emeryturze po 25 latach pracy, jest masywną, wolno poruszającą się kobietą, starą, zmęczoną, z całym szeregiem poważnych schorzeń. Czeka teraz od wielu godzin, podobnie jak wielokrotnie zdarzało jej się to w poprzednich latach, w niesympatycznej poczekalni sądu rejonowego na Krasnoj Presni w Moskwie.

Poza tym miejscem pani Nina nie ma się dokąd zwrócić. Jest matką bez syna, a nawet gorzej: bez prawdy o swoim synu. Porucznik Paweł Lewurda urodził się w 1975 r. Dla armii jest numerem U-729343. Zginął w Czeczenii na samym początku tamtejszej drugiej wojny; wojny, która – zgodnie ze słowami Putina – przyczyniła się do odrodzenia wojska. Jakie to było odrodzenie, przekonamy się z opowieści o ostatnich miesiącach życia „numeru U-729343”. To nie sam fakt jego śmierci na wojnie, lecz tej śmierci okoliczności i wydarzenia, które nastąpiły potem, zmusiły Ninę do biegania po instytucjach prawniczych w ciągu ostatnich jedenastu miesięcy. Przyświecał jej tylko jeden cel: uzyskanie prawniczo precyzyjnej odpowiedzi od państwa na pytanie, dlaczego to jej syna pozostawiono w tyle na polu walki. A także – w niejakim związku z powyższym – zadanie pytania, dlaczego od chwili jego śmierci Ministerstwo Obrony traktuje ją w tak okropny sposób.

Jako dziecko Paweł Lewurda marzył o zrobieniu kariery w wojsku. Nie jest to dzisiaj bynajmniej powszechny stan rzeczy. Chłopcy z biednych rodzin, owszem, starają się o miejsca w wojskowych akademiach, ich celem jest jednak zdobycie stopnia, a następnie – zwolnienie z obowiązków. Płynące z urzędu prezydenckiego nie kończące się samochwalne sprawozdania na temat coraz to większej konkurencji wśród kandydatów na miejsca w instytutach wojskowych są najprawdziwszą prawdą, ale mniej ma to wspólnego z jakimkolwiek wzrostem prestiżu armii niż ze skrajną nędzą tych, którzy starają się o przyjęcie na takie studia. Ta sama sytuacja wyjaśnia katastrofalny niedobór młodszych rangą oficerów w jednostkach wojskowych. Kiedy młodszy oficer staje się absolwentem uczelni wojskowej, po prostu nie melduje się w garnizonie, do którego go wydelegowano. Staje się nagle „poważnie chory” i przysyła zaświadczenia stwierdzające u niego cały wachlarz niespodziewanych przypadłości. Takie certyfikaty nie jest trudno załatwić w kraju tak skorumpowanym jak Rosja.

Ale Paweł był inny. On naprawdę chciał zostać oficerem. Rodzice próbowali mu to wyperswadować, bo wiedzieli, jaki to ciężki kawałek chleba. Ojciec chłopca, Piotr Lewurda, sam przecież był oficerem, toteż jego rodzina żyła przerzucana od jednego odległego garnizonu do drugiego.

Jednak na początku lat dziewięćdziesiątych wszystko i tak zaczęło się rozpadać na skutek tego, co wyrabiało się dotąd w sowieckim imperium. Absolwent szkoły musiałby chyba być szalony – każdy by to przyznał – żeby podjąć decyzję o zapisaniu się na akademię wojskową, która nie potrafiła nawet wykarmić własnych studentów.

A jednak Paweł upierał się przy karierze swoich marzeń i wyjechał na studia daleko – do Dalekowschodniego Kolegium Oficerskiego Sił Zbrojnych. W roku 1996 uzyskał stopień oficerski i wysłano go do odbycia służby w okolicach Petersburga. Dwa lata później wrzucono go na skwierczącą patelnię: trafił do 58. Armii.

58. Armia cieszy się w Rosji złą sławą. Jest synonimem degeneracji tamtejszych sił zbrojnych. Oczywiście, zaczęło się to jeszcze przed Putinem. Ten ponosi jednak wielką odpowiedzialność – przede wszystkim za fakt, że cała ta anarchia w środowisku oficerów trwa poza jakąkolwiek kontrolą, w drugiej zaś kolejności – za skuteczne stawianie oficerów ponad prawem. Praktycznie rzecz biorąc, pozostają oni bezkarni, niezależnie od tego, jakie zbrodnie popełnią.

58. Armia była poza tym armią generała Władimira Szamanowa. Ten utytułowany Bohater Federacji Rosyjskiej, który walczył w obu wojnach w Czeczenii, zyskał ponurą sławę ze względu na wyjątkową brutalność okazywaną ludności cywilnej. Obecnie generał jest na emeryturze. Porzucił swą wojskową funkcję i został gubernatorem obwodu ulianowskiego, w wyborze na które to stanowisko dopomogła mu rola odegrana w drugiej wojnie czeczeńskiej, kiedy to nie schodził z telewizyjnego ekranu. Codziennie informował wtedy swój naród, że „Czeczeńcy to bandyci”, którzy ze wszech miar zasłużyli sobie na zagładę. W tej mierze generał cieszył się całkowitym poparciem Putina.

Kwatera główna sztabu 58. Armii znajduje się we Władykaukazie, stolicy Republiki Osetii Północnej – Alanii, graniczącej z Czeczenią i Inguszetią. Oddziały tej armii walczyły w pierwszej wojnie czeczeńskiej, i w dalszym ciągu walczą na tym terenie. Jej korpusy oficerskie, idąc w ślad za swoim generałem, także wsławiły się wyjątkową brutalnością zarówno wobec czeczeńskiej ludności, jak i wobec własnych żołnierzy czy młodszych oficerów. Rostów nad Donem jest z kolei siedzibą sztabu głównego Okręgu Wojskowego Północny Kaukaz, któremu 58. Armia podlega. Większa część archiwum rostowskiego Komitetu Matek Żołnierzy składa się z akt odnoszących się do dezercji szeregowych w wyniku ich pobicia przez oficerów 58. Armii, która jest równie słynna z rażących przypadków kradzieży zapasów z własnych magazynów, a także zdrad, występujących na masową skalę. Armia ta sprzedaje broń rozkradzioną z własnych magazynów komendantom polowym czeczeńskiego ruchu oporu. Czyli – pomaga swoim wrogom.

Znam osobiście wielu młodszych oficerów, którzy zadali sobie nadzwyczajny wręcz trud, aby uniknąć służenia w tejże 58. Armii. Lewurda zdecydował jednak inaczej. Jako żołnierz nie złamał szeregów. Pisywał listy, które ciężko było czytać.

Przyjeżdżał do domu na przepustki, a wtedy rodzice widzieli, jak ich syn robi się coraz bardziej zasępiony. Niezależnie jednak od tego, jak często nakłaniali go, żeby odszedł z wojska, odpowiadał: „Co trzeba wykonać, to trzeba.” Paweł Lewurda był najwyraźniej kimś, kogo władze mogłyby określić jako młodego Rosjanina charakteryzującego się szczególnym poczuciem obowiązku względem swojej Ojczyzny i głębokim patriotyzem. W istocie rzeczy miał on nadzieję na prawdziwe odrodzenie rosyjskiej armii – nie takie w stylu putinowskim.

W roku 2000 Paweł Lewurda miał kolejną sposobność odmowy pójścia na wojnę na północnym Kaukazie. I chyba nikt nie mógłby mieć do niego o to pretensji. Wielu młodszym oficerom udawało się znaleźć sposób na uzyskanie natychmiastowego zwolnienia. Paweł jednak – jak to wyjaśniał rodzicom – nie mógł opuścić swoich żołnierzy.

W dniu 13 stycznia 2000 roku Paweł pojechał na wojnę, najpierw jako podkomendny 15. zmotoryzowanego gwardyjskiego pułku piechoty, należącego do 2. (Tamańskiej) Dywizji Gwardyjskiej (jednostka wojskowa 73881), w obwodzie moskiewskim. 14 stycznia pani Nina usłyszała głos syna przez telefon po raz ostatni. Podpisał on był specjalny kontrakt na wyprawę do Czeczenii i…

Było aż nazbyt oczywiste, co zwiastowało owo straszliwe „i”.

– Płakałam. Zrobiłam przecież, co w mojej mocy, żeby zmienić jego decyzję – wspomina pani Nina. – Ale Paweł powiedział, że żadnego odwrotu być nie może. Poprosiłam krewniaczkę, która mieszka w Moskwie, żeby pojechała prosto do Dywizji Tamańskiej i żeby spróbowała mu to wyperswadować. Kiedy dotarła do jednostki, okazało się, że minęła się z nim zaledwie o kilka godzin – on wyleciał już do Mozdoku. To małe północnoosetyjskie miasteczko leży na granicy z Czeczenią. Kiedy rozpoczęła się wojna, stało się ono główną bazą Zjednoczonego Dowództwa Sił i Oddziałów, które zmobilizowano do przeprowadzenia Putinowej „operacji antyterrorystycznej”.

W ten oto sposób z dniem 18 stycznia 2000 roku numer U-729343 znalazł się w Czeczenii.

„W tej chwili jestem na południowo-zachodnich przedmieściach Groznego (…)” – pisał Paweł w swoim pierwszym (i jedynym) liście do rodziców, wysłanym z wojny. Nosi on datę 24 stycznia 2000.

„Miasto jest zablokowane ze wszystkich kierunków, toczą się tu zażarte walki. Ogień nie ustaje ani na chwilę. Miasto stoi w płomieniach, niebo jest całkowicie czarne. Czasami w pobliżu spadnie łuska od moździerza albo jakiś myśliwiec pośle pocisk tuż koło ucha. Artyleria nie daje sobie nawet chwili wytchnienia. Straty w batalionie są przerażające. Wszyscy oficerowie z mojej kompanii zostali wyłączeni z działań. Oficera, który dowodził tą jednostką przede mną, wysadziła w powietrze jedna z naszych własnych min-pułapek. Kiedy poszedłem odwiedzić naszego dowódcę kompanii, ten nonszalancko złapał swoją strzelbę i posłał serię w ziemię, o parę centymetrów ode mnie. Miałem najzwyklejsze szczęście, że mnie nie trafił. Wszyscy się śmieli. Mówili: „Pasza, przed tobą było tu pięciu oficerów dowodzących jednostką, a ty, mało brakowało, nie wytrwałbyś i pięciu minut!” Chłopaki tutaj są w porządku, ale nie mają silnej woli. Oficerowie są kontraktowi, a żołnierze – z paroma wyjątkami – chociaż bardzo młodzi, jakoś wytrzymują. Śpimy wszyscy w namiocie, na ziemi. Jest tu mnóstwo pcheł. Dają nam do żarcia byle ścierwo. W tym zakresie nic się nie zmieniło. Co nas czeka – nie wiemy. Albo przypuścimy szturm na cośtam, albo będziemy tak tu siedzieć, póki nie zmienimy się w debili, albo też wyłuskają nas stąd i zapakują z powrotem do Moskwy. Albo Bóg wie, co jeszcze. Nie jestem chory, ale czuję się tak bardzo przygnębiony. To na razie wszystko. Ściskam, całusy – Pasza.”

Taki list może wydawać się czymś niezbyt odpowiednim, jeśli chce się dodać otuchy swoim rodzicom. W warunkach wojny traci się jednak zdolność uspokajania ludzi i zapomina się, że pewne rzeczy mogą szokować kogoś, kto znajduje się daleko, skoro samemu przeżyło się sto razy więcej wstrząsów.

Jak się później wyjaśniło, list Pawła miał istotnie w zamierzeniu służyć podniesieniu rodziców na duchu. Kiedy go pisał, nie leżał tak naprawdę w namiocie, rozważając, co ich wszystkich czeka. Co najmniej od 21 stycznia był czynnie włączony w toczące się „zażarte walki”, najpierw objąwszy dowództwo kompanii moździerzowej, a wkrótce potem całej kompanii. Pozostali oficerowie rzeczywiście byli „wyłączeni z działań” i nie było nikogo innego, kto mógłby objąć dowództwo.

Nie przebywał również na „przedmieściach” Groznego.

19 lutego, wspomagając grupy rozpoznania swojego batalionu w próbie przełamania okrążenia i „osłonięcia odwrotu swoich towarzyszy” (jak to sformułowano w oficjalnej pochwale, wyznaczając Pawła do Orderu za Męstwo), wycofujących się z wioski Uszkałoj w okręgu Itum-Kalin, porucznik Lewurda został ciężko ranny i zmarł skutkiem „obfitego krwotoku wywołanego wieloma ranami postrzałowymi”.

Tak więc śmierć dosięgła go w Uszkałoju. Zimą roku 2000 zażarte walki osiągnęły tam swoją kulminację – desperacka wojna partyzancka prowadzona w wyżynnych lasach, na wąskich ścieżynach. Ale gdzie było ciało Pawła?

Do rodziny nie dotarła trumna ze szczątkami syna Niny Lewurdy, tak aby można je było pochować. Jego szczątki – jak odkryła pani Nina – zostały zagubione przez państwo: to samo państwo, któremu próbował on służyć z taką desperacką lojalnością.

Przyjąwszy na siebie rolę prokuratora wojskowego i oficera śledczego, pani Nina wywiedziała się, że 19 lutego – a więc w dniu będącym oficjalną datą śmierci jej syna – „towarzysze”, których odwrót osłaniał, faktycznie wydostali się z okrążenia. Zwyczajnie porzucili Pawła, wraz z sześcioma innymi żołnierzami, którzy ich ocalili, przedostając się przez okrążenie, w miejscu ciężkich walk. Większość tych, których opuścili, było rannych, ale jeszcze żyli. Wołali o pomoc, błagali, żeby ich nie zostawiać – jak mieli później zaświadczyć mieszkańcy odległej górskiej wioski. Wieśniacy ci sami opatrzyli niektórych rannych, lecz nic więcej nie mogli zrobić. W Uszkałoju nie ma szpitala, nie ma nawet lekarza czy choćby pielęgniarki.

Pawła Lewurdę pozostawiono w tyle na polu walki i następnie zapomniano o nim. Zapomniano, że leży tam jego ciało. Zapomniano, że ma on rodzinę, która będzie czekać na jego powrót. Ci, co ocaleli, zwyczajnie przestali myśleć o tych, którzy oddali życie po to, aby oni sami mogli żyć.

To, co się stało z Pawłem Lewurdą po jego śmierci, jest typowe dla naszej armii. Ten haniebny epizod jest skrótowym ujęciem jej sposobu myślenia. Dla tej armii człowiek jest niczym. Nikt nie nadąża za ruchami oddziałów; brak jest jakiegokolwiek poczucia odpowiedzialności względem rodzin żołnierzy.

O Pawle Lewurdzie pamiętano tylko w dniu 24 lutego, kiedy to – zgodnie z informacjami przekazanymi przez naczelne dowództwo w Czeczenii – Uszkałoj został całkowicie oczyszczony z czeczeńskich bojowników i „przeszedł pod kontrolę” sił federalnych. (Wyjaśnienie to zostało faktycznie spreparowane później – dla wykazania, że „nie było obiektywnych możliwości” odzyskania ciała Pawła.)

Faktycznie dnia 24 lutego armia pozbierała z Uszkałoja ciała tylko sześciu spośród siedmiu żołnierzy, którym udało się wyrwać z okrążenia. Nie mogli znaleźć Pawła Lewurdy, więc znowu o nim zapomnieli.

Po powrocie do domu matka Pawła była rozhisteryzowana. Jedyny komunikatem, jakim dysponowała, to urzędowe pismo z datą 7 lutego. „Gorąca linia” Ministerstwa Obrony nie zdała się na wiele. Rozmowa z oficerami dyżurnymi przypominała mówienie do komputera o bólu, który ją bezlitośnie gnębił. „Porucznik Paweł Pietrowicz Lewurda nie figuruje w wykazie zmarłych lub zaginionych” – niezmiennie brzmiała odpowiedź.

Pani Nina miesiącami wysłuchiwała „przekazującej pełne informacje” gorącej linii. Wprost nie do wiary, że gdy wreszcie zlokalizowała szczątki Pawła dzięki swym własnym wysiłkom, i nawet po uzyskaniu oficjalnego powiadomienia o jego śmierci, oficerowie dowodzący nie zabrali się do zaktualizowania informacji na jego temat w swojej bazie danych.

Wracając jednak do naszej opowieści… W dniu 20 maja, w trzy miesiące po walkach w Uszkałoju, miejscowa milicja odkryła „miejsce pochówku zawierające zwłoki mężczyzny, zdradzające oznaki gwałtownej śmierci”. Ale dopiero 6 czerwca, po kolejnym, półtoramiesięcznym okresie codziennego wydzwaniania przez panią Ninę na gorącą linię i na numer miejscowego komisariatu wojskowego, policja wypełniła stosowny formularz: „Wstępne naprowadzenie/Zadanie nr 464”, w odpowiedzi na zgłoszenie zaginięcia osoby.

19 czerwca formularz dotarł w końcu do pionu dochodzeniowego w Brańsku – miejscu zamieszkania rodziny Pawła. Pani Nina, gorączkowo obchodząc wszystkie możliwe biura, zgłosiła zaginięcie syna w miejscowym komisariacie milicji. Z takim skutkiem, że w dniu 2 sierpnia śledczy-posterunkowy Abramoczkin, zwykły milicjant, wybrał się z wizytą do rodziców Pawła.

Jedyną osobą, jaką zastał u nich w domu, była inna Nina – czternastoletnia kuzynka Pawła. Śledczy-posterunkowy Abramoczkin zadał jej kilka pytań na temat Pawła, dowiedział się, jakie rzeczy osobiste miał on przy sobie, przy czym ogromnie go zdziwiło odkrycie, że rozmawia z członkiem rodziny żołnierza. W związku z przydzieleniem mu tej rutynowej czynności dochodzeniowej to właśnie śledczy-posterunkowy Abramoczkin – nie zaś urzędnik Ministerstwa Obrony – poinformował matkę bohatera o fakcie oficjalnego zaklasyfikowania jej syna jako zaginionego bez śladu, jak również o wygaśnięciu jego uprawnienia do wszelkich form zaopatrzenia i przydziałów z dniem 20 lutego. Milicja w Itum-Kalin zwróciła się do Abramoczkina, aby udał się do rodziców Pawła w Brańsku, celem wywiedzenia się od nich o „adres pocztowy stałego miejsca rozlokowania jednostki wojskowej nr 73881, w której służył Lewurda, P. P.”, co miało umożliwić skontaktowanie się z jej oficerem dowodzącym, w celu ustalenia okoliczności związanych ze śmiercią osoby, która – zgodnie z opisem swojej matki – przypominała, jak się okazało, jednego z oficerów tej armii!

Przytoczony cytat pochodzi z urzędowej korespondencji. Mówi nam on wiele zarówno o panującej w rosyjskiej armii rzeczywistości, jak i o charakterze wojny, jaką Putin toczy na Kaukazie. W tej armii prawa ręka nie ma pojęcia o tym, co czyni lewa, tak że w sumie łatwiej jest wysłać list do rodziców w odległe miejsce, niż skontaktować się telefonicznie z siedzibą naczelnego dowództwa w Chankale (bazie wojskowej pod Groznym).

Śledczy-posterunkowy Abramoczkin, widząc, w jakim stanie znajduje się rodzina, zdecydowanie zalecił pani Ninie Lewurdzie, aby jak najszybciej udała się do Rostowa nad Donem. Usłyszał bowiem, że do głównej tamtejszej wojskowej kostnicy zabrano szczątki nieznanego żołnierza z Uszkałoja, celem ich zidentyfikowania przez pułkownika Władimira Szczerbakowa, dyrektora 124. Wojskowego Laboratorium Medycyny Sądowej, człowieka w Rosji dobrze znanego i cieszącego się szacunkiem. Należy przy tym zważyć, że dr Szczerbakow wykonuje tę pracę nie na rozkaz oficerów-dowódców, generałów lub sztabu generalnego, lecz dlatego, że serce dyktuje mu to jako rzecz właściwą.

Abramoczkin doradził zarazem Ninie Lewurdzie, żeby zbyt wiele sobie po tym nie obiecywała, gdyż – jak my to mówimy – „w Rosji wszystko się może zdarzyć” i pomyłki dotyczące zwłok zdarzają się nie tak znowu rzadko. Brański Komitet Matek Żołnierzy starał się tymczasem wspomagać Lewurdów w długim toku ich rodzinnej gehenny; to jedynie dzięki jego uprzejmości, a także dzięki wysiłkom śledczego-posterunkowego Abramoczkina, elitarny 15. pułk gwardyjski i bardziej jeszcze elitarna Tamańska Dywizja Gwardyjska ostatecznie „zaskoczyły”, że tamte siódme zwłoki, pozostawione w tyle przez „towarzyszy”, rzeczywiście mogły należeć do Pawła Lewurdy.

– Do Rostowa przyjechaliśmy 20 sierpnia – mówi mi pani Nina. – Poszłam prosto do laboratorium. Przy wejściu nie ma żadnej straży czy ochrony. Weszłam więc i wkroczyłam do pierwszej sali badań, na jaką natrafiłam. Zobaczyłam tam, jak inspektor trzyma na swoim stole do badań, na takim stojaku, głowę oddzieloną od ciała. Ściślej mówiąc, była to czaszka. Od razu wiedziałam, że to głowa Pawła, chociaż obok znajdowały się także inne czaszki.

Czy istnieje jakiś sposób oszacowania lub zrekompensowania cierpień, jakich musiała doświadczyć ta matka?… Naturalnie, nie, ale czy tak, czy inaczej – jaki właściwie argument można wysunąć przeciwko lekarzom medycyny sądowej, którzy muszą mieć czaszki na swoich stołach?!

A jednak… jakimż to z gruba ciosanym towarzystwem się stajemy: bezmyślnym, prostackim, a w związku z tym – amoralnym!

Pani Ninie po spotkaniu z czaszką syna, którą rzeczywiście prawidłowo rozpoznała, podano środki uspokajające. Dokładnie w tej samej chwili przedstawiciel jednostki Pawła wpadł do laboratorium, żeby się z nią zobaczyć. Dowiedziawszy się o adres jednostki od pogrążonych w żałobie rodziców, śledczy-posterunkowy Abramoczkin zdążył wysłać telegram i oficer dowodzący przesłał w ślad za nim swego przedstawiciela do Rostowa, aby ten zajął się wszystkimi formalnościami.

Przedstawiciel ów pokazał pani Ninie zawiadomienie. Spojrzała na nie i – zemdlała. W zawiadomieniu podpułkownik gwardii A. Dragunow, p.o. oficera dowodzącego jednostki armii 73881, oraz podpułkownik gwardii A. Poczatenko, szef sztabu tejże jednostki, zwracał się o poinformowanie „ob. ob. Lewurdów” o tym, że „ich syn, podczas pełnienia misji wojskowej, wierny swej wojskowej przysiędze, wykazując się wytrwałością i odwagą, poległ podczas walki”. Jednostka próbowała zatrzeć ślady swej żałosnej „niepamięci”.

Kiedy pani Nina doszła do siebie, przeczytała zawiadomienie uważniej. Nie było wzmianki o tym, kiedy mianowicie jej syn miał zginąć.

– No, ale co z datą? – zapytała przedstawiciela.

– Niech pani sama wpisze taką, jaką pani sobie życzy – zaproponował.

– Co to znaczy: „niech pani wpisze”?! – wykrzyknęła. – Dzień, w którym Pasza się urodził, to jego data urodzenia. Mam chyba prawo znać datę jego śmierci!

Przedstawiciel wzruszył ramionami, jak gdyby chciał powiedzieć: „Mnie niech pani nie pyta”, i wręczył jej jeszcze wyciąg z rozkazu sił operacyjnych, nakazujący „usunięcie por. Lewurdy z listy członków pułku”. Na tym dokumencie także nie widniała żadna data i nie wskazywał on na żadną przyczynę, ale widniały na nim za to różne pieczątki i podpisy u dołu.

I znów, z tępawym wejrzeniem dziecka, przedstawiciel poprosił panią Ninę o samodzielne wypełnienie pustych miejsc, a następnie, po powrocie do domu, o wręczenie papieru miejscowemu komisariatowi wojskowemu, co pozwoli wykreślić Pawła z rejestru.

Pani Nina nic nie odpowiedziała. Jaki sens ma mówienie do kogoś, kto jest pozbawiony serca i mózgu, i duszy?

– Tak przecież będzie łatwiej, prawda? Niż żebym to ja miał jechać z tym aż do Brańska?… – ciągnął niepewnie przedstawiciel.

Oczywiście, że tak by było łatwiej. Nie ma co zaprzeczać, że tępota i prostactwo mogą ułatwiać życie. Weźmy naszego ministra obrony Siergieja Iwanowa, kompana naszego pana prezydenta jeszcze z czasów, gdy Putin pracował w FSB w Petersburgu. Minister pojawia się co tydzień w telewizji, wygłaszając biuletyny wojenne prezydenta. Posługując się głosem modulowanym a la Goebbels w kronikach filmowych z II wojny światowej, mówi nam on, że nikt nas nie zmusi, byśmy „padli na kolana przed terrorystami” i że zamiarem jego jest doprowadzenie wojny w Czeczenii do „zwycięskiego rozstrzygnięcia”, które przecież musi nastąpić. Od ministra Iwanowa nie usłyszymy nigdy nic o losie żołnierzy i oficerów, dzięki którym i on sam, i pan prezydent wydają się nie padać na kolana przed terrorystami. Ta linia polityczna jest całkowicie neosowiecka: w jej myśl istoty ludzkie nie mają niezależnego istnienia, lecz są trybikami w maszynerii, której zadaniem jest ślepe posłuszeństwo w realizacji każdego politycznego wybryku, jaki sobie wydumają towarzysze u steru. Trybiki nie mają żadnych praw. Nawet prawa do zachowania godności w chwili śmierci.

Nie być prostakiem – przecież to kosztuje o ileż więcej trudu, ile zachodu! Dla mnie oznaczałoby to zdolność zajrzenia poza „generalną linię partii i rządu”, ku szczegółom realizacji tejże linii. W naszym obecnym przykładzie szczegóły te wyglądają tak, że w dniu 31 sierpnia 2000 roku numer U-729343 został ostatecznie pochowany w mieście Iwanowo, do którego przenieśli się rodzice Pawła, chcąc uciec od mrocznych skojarzeń wiążących się z Brańskiem. Inspektorzy medycyny sądowej z Rostowa zwrócili pani Ninie głowę Pawła. Niestety – były to, zdaje się, jedyne jego szczątki, jakimi dysponowali.

O Ninie Lewurdzie słyszało wielu ludzi w Rosji, bowiem – powierzywszy ziemi to, co zostało z jej syna – dziewiątego dnia po pogrzebie wyruszyła do siedziby dowództwa 15. puł – ku w obwodzie moskiewskim. Kiedy wyjeżdżała tam z Iwanowa, zamiarem jej było jedynie spojrzeć w oczy dowódcom Pawła i wyczytać w tych oczach – patrzących przecież na matkę ich oficera – choć odrobinę wyrzutów sumienia za to wszystko, czego „zapomnieli” zrobić.

– Nie oczekiwałam od nich oczywiście przeprosin – mówi pani Nina – ale rzeczywiście myślałam, że w tych ich twarzach wyczytam chociaż trochę współczucia!

Kiedy jednak dotarła do tamańskiej dywizji, nikt nie chciał się z nią widzieć. Oficer dowodzący był zwyczajnie niedostępny. Pani Nina siedziała przez trzy dni, oczekując na spotkanie z nim, bez jedzenia, szklanki herbaty, snu i zwracania na nią uwagi przez kogokolwiek. Starsi oficerowie latali tam i z powrotem niczym karaluchy, udając, że jej nie widzą. I wtedy właśnie pani Nina poprzysięgła sobie, że pozwie państwo, że wytoczy sprawę Ministerstwu Obrony i samemu ministrowi Iwanowowi za cierpienia moralne, jakich jej przyczynili. Ale nie w związku ze śmiercią jej syna: on przecież poległ w trakcie pełnienia obowiązków, za to w odniesieniu do tego, co zdarzyło się potem. Tłumacząc to z zawiłego prawniczego żargonu na zwykły język: chciała wiedzieć, kto za to odpowiada.

Co się zatem działo dalej? Po pierwsze, w komisariacie wojskowym w Iwanowie wręczono rodzinie przyznany pośmiertnie synowi pani Niny Order za Męstwo. Po drugie, armia postanowiła wziąć odwet: Ministerstwo Obrony i Dywizja Tamańska wkroczyły na wojenną ścieżkę przeciwko tej matce, która poważyła się dać wyraz swemu rozgniewaniu.

Oto w jaki sposób się do tego zabrali. Zaledwie w niecały rok przeprowadzono osiem rozpraw sądowych – pierwszą w dniu 26 grudnia 2001 r., ostatnią zaś 18 listopada 2002 r. -z których żadna nie zakończyła się wyciągnięciem jakichkolwiek wniosków. Nie zajęli się nawet rozpatrzeniem nakazu sądowego pani Niny, jako że w swojej bezkarności przedstawiciele Ministerstwa Obrony całkowicie zignorowali te rozprawy. I słuszna ich racja. Sprawę „Nina Lewurda przeciwko Państwu” prowadził najpierw sędzia Tiuleniew (z sądu rejonowego na Krasnoj Presni w Moskwie). Postanowił on, że matka „nie ma prawa do informacji” na temat ciała swojego własnego syna, przy czym Ministerstwo Obrony nie ma w związku z tym żadnego obowiązku przekazywania jej tego rodzaju informacji. Pani Nina udała się do sądu dla miasta Moskwy, w którym – w związku z oczywistą absurdalnością poprzedniego orzeczenia – sprawę odesłano do ponownego rozpatrzenia przez sąd rejonowy na Krasnoj Presji, celem odbycia nowej rozprawy. Zastosowana wobec pogrążonej w żałobie matki technika machiny państwowej polegała na systematycznym bojkotowaniu posiedzeń sądu przez oficjalnych przedstawicieli ministra Iwanowa i Dowództwa Sił Lądowych, w których skład wchodziła Dywizja Tamańska i 15. pułk. Najzwyczajniej systematycznie nie pojawiali się oni na rozprawach, w jawnie bezwstydny sposób. Dlatego też Nina Lewurda musiała stale przyjeżdżać do Moskwy z Iwanowa, po to tylko, żeby kolejny raz stanąć przed pustą ławą oskarżonych i przekonać się, że odbyła podróż nadaremno. Prosta kobieta, żyjąca ze swej państwowej emerytury, która ma na celu wyłącznie oddalenie od człowieka widma głodu, z mężem, który po pogrzebie Pawła zaczął pić, szukając w ten sposób ucieczki od ich wspólnego cierpienia.

Na koniec sędzia Bołonina z sądu rejonowego na Krasnoj Presni, której przekazano sprawę z sądu dla miasta Moskwy, została doprowadzona do ostateczności. Przy piątej rozprawie, na której znowu nie stawili się pozwani, nałożyła na Ministerstwo Obrony grzywnę w wysokości 8000 rubli – płatnych z kieszeni podatnika, rzecz prosta. Szkoda, że grzywna ta nie została zapłacona Ninie Lewurdzie przez ministra Iwanowa. Nie istnieje jednak zapis na nic takiego. Prawodawstwo rosyjskie zabezpiecza interesy nie słabych, lecz – wszechwładnych władz.

W dniu 18 listopada 2002 roku, po nałożeniu grzywny, przedstawiciele ministerstwa pojawili się w końcu na sali rozpraw, ale dziwni to byli przedstawiciele. Nie wiedzieli nic o przedmiotowej sprawie i odmówili przedstawienia się, narzekając przy okazji, że przyczyną wszelkich problemów jest panujący w Ministerstwie Obrony chaos. Ostatecznie postanowiono o kolejnym odroczeniu rozprawy – tym razem do dnia 2 grudnia.

Pani Nina była cała we łzach, stojąc w ponurym korytarzu budynku sądu.

– Dlaczego oni to robią? – pytała. – Mogłoby się wydawać, że nie zrobili nic złego!

Jakże godne pozazdroszczenia jest bycie takim Siergiejem Iwanowem, szefem naszego Ministerstwa Obrony, który jest tak bezlitosny wobec naszego narodu! Dla niego życie jest proste jak drut. Nie musi zawracać sobie głowy szczegółami, jakimiś matkami, których synowie stracili życie w tej „wojnie z międzynarodowym terroryzmem”, nad którą w takich zachwytach się on rozpływa. On nie musi słyszeć ich głosów ani czuć ich bólu. Nic mu nie wiadomo o ludzkich istnieniach, które zniszczył, o tysiącach matek i ojców opuszczonych przez system, chociaż ich dzieci oddały za niego życie.

– Putin nie może przecież wszystkiego! – podnoszą rodzimi admiratorzy prezydenta.

Oczywiście, że nie może. Zadaniem jego jako prezydenta jest myśleć o metodach, o podejściu do rzeczy. To on jest osobą, która nadaje im kształt. W Rosji ludzie naśladują tego, który znajduje się na szczycie.

No cóż, opisaliśmy tu jego nastawienie wobec armii. Ponosi on całkowitą winę za brutalność i ekstremizm, jakimi przepojone są i armia, i całe państwo. Brutalność jest poważną zarazą, która łacno może przerodzić się w pandemię. Po raz pierwszy uskuteczniona wobec mieszkańców Czeczenii, stosowana jest obecnie wobec „naszego narodu” – jak to osoby o patriotycznych skłonnościach lubią nazywać rosyjskich obywateli, włączając w to Rosjan, co to patriotycznie zwalczali tych, którzy doświadczyli jej jako pierwsi.

– Cóż, dokonał wyboru i poszedł za swym przeznaczeniem – mówi pani Nina, ocierając z twarzy łzy. Sędzia Bołonina kroczy obok w swojej todze, z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Ale, na litość boską, to są przecież istoty ludzkie!

Czy rzeczywiście?… Sama czasami się zastanawiam, czy Putin to naprawdę człowiek, a nie tylko lodowata, metaliczna kukła. Jeśli jest człowiekiem, to tego nie okazuje.

Pięćdziesięciu czterech żołnierzy, czyli emigracja – do domu, do mamy

Ludzie emigrują z Rosji, gdy dłuższe pozostawanie tutaj staje się zagrożeniem dla ich życia albo wywołuje zmasowany atak państwa na ich moralny kręgosłup i godność. 8 września 2002 roku dokładnie tak przedstawiała się sytuacja w rosyjskiej armii. W tym dniu pięćdziesięciu czterech żołnierzy postanowiło dać sobie spokój ze służbą i podjęło próbę opuszczenia jej.

Poligon ćwiczebny 20. Gwardyjskiej Zmotoryzowanej Dywizji Piechoty leży na obrzeżach wioski Prudboj w obwodzie wołgogradzkim. Ludzi do plutonu nr 2 jednostki wojskowej 20004 zabrano z ich stałej bazy w mieście Kamyszyn, także w obwodzie wołgogradzkim, na ów plac ćwiczebny w Prudboju.

Wydawało się, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego – żołnierze ci mieli zostać przeszkoleni. Ich instruktorzy mieli być oficerami dowodzącymi, zachowując się na podobieństwo rodzonych ojców. Jednak 8 września owi ojcowsko nastawieni dowódcy – podpułkownik Kolesnikow, major Sziriajew, major Artemiew, porucznik Kadiew, porucznik Korostylew, porucznik Kobiec i podporucznik Piekow – postanowili przeprowadzić śledztwo, które wykraczało poza zakres ich uprawnień. Kiedy mianowicie żołnierze zgromadzili się na placu ćwiczeń, poinformowano ich, że odbędzie się dochodzenie w sprawie kradzieży desantowego pojazdu rozpoznania bojowego, który zniknął z poligonu w porze nocnej.

Żołnierze utrzymywali potem, że nikt de facto pojazdu nie ukradł. Stał on na swoim zwykłym miejscu, na dywizyjnym parkingu dla pojazdów. Oficerom zrobiło się po prostu nudno. Zapijali się całymi dniami, zapewne źle się w końcu poczuli, toteż postanowili rozerwać się nieco, znęcając się nad podwładnymi. Nie był to w żadnym razie pierwszy raz, kiedy tego typu rzecz zdarzyła się na kamyszyńskim poligonie, który nie cieszy się dobrą sławą.

Po ogłoszeniu śledztwa zaprowadzono pierwszą partię żołnierzy do oficerskiego namiotu: byli to sierżanci Kutuzow i Krutow, szeregowi Gienierałow, Gurskij i Gricenko. Pozostałym rozkazano czekać na zewnątrz. Ci wkrótce usłyszeli krzyki i jęki kolegów. Oficerowie ich bili. Potem pierwszą partię wyrzucono z namiotu. Powiedzieli towarzyszom, że oficerowie obili im pośladki i grzbiety trzonkami jakichś ostrych narzędzi, a także kopali w brzuch i żebra. Zresztą opis nie był konieczny. Oznaki bicia były wyraźnie widoczne na ciałach żołnierzy.

Oficerowie ogłosili, że teraz zrobią sobie przerwę. Mianowicie podpułkownik, dwóch majorów, trzech poruczników i jeden podporucznik udadzą się na obiad, przy czym poinformowali oni pozostałych żołnierzy, że ten, kto nie przyzna się dobrowolnie do kradzieży pojazdy, zostanie zbity dokładnie w ten sam sposób, jak ci, co teraz leżą na trawie przed namiotem.

Ogłosiwszy, co trzeba, oficerowie oddalili się i poszli na swoją zupę.

A żołnierze? Poszli sobie. Zbuntowali się, bo woleli nie czekać jak barany na rzeź. Zostawili tych, którzy pełnili służbę wartowniczą, bo oddalenie się ze stanowiska traktowane jest jak wykroczenie podlegające sankcji karnej, kończące się oddaniem delikwenta pod sąd polowy i wysłaniem go do batalionu karnego; zostawili też Kutuzowa, Krutowa, Gienierałowa i Gricenkę, którzy nie mogli chodzić o własnych siłach.

Uformowawszy kolumnę, żołnierze wymaszerowali z placu ćwiczebnego w kierunku Wołgogradu, aby tam uzyskać pomoc.

Prudboj dzieli od Wołgogradu spory kawałek drogi, niemal 180 kilometrów. Pięćdziesięciu czterech naszych żołnierzy przebyło ten dystans w sposób uporządkowany, nie próbując się ukrywać, idąc brzegiem ruchliwej trasy szybkiego ruchu, którą poruszali się tam i z powrotem oficerowie 20. dywizji. Nie zatrzymał się przy nich ani jeden pojazd. Nikomu nie przyszło do głowy zapytać, dokąd to zmierzają żołnierze bez swojego oficera, co jest przecież naruszeniem regulaminu wojskowego.

Tak więc maszerowali ci żołnierze, aż nastał zmrok. Ułożyli się do snu na zalesionym skrawku ziemi przy drodze. Nikt się nie pojawił, aby ich odszukać, chociaż gdy podpułkownik, dwóch majorów, trzech poruczników i jeden podporucznik wyłonili się z kantyny po spożyciu posiłku, odkryli znaczące osłabienie stanu liczebnego plutonu nr 2. Tym samym na dobrą sprawę nie mieli teraz komu wydawać rozkazów.

Oficerowie poszli zatem spać, nie mając pojęcia, gdzie mogą się znajdować żołnierze, za których – z mocy prawa – byli osobiście odpowiedzialni, lecz zarazem dobrze wiedząc, że w Rosji nigdy nie karze się oficera za coś, co się przydarzyło szeregowcowi.

Wczesnym rankiem 9 września pięćdziesięciu czterech żołnierzy wyprawiło się w dalszą drogę poboczem szosy. I znowuż oficerowie armii beztrosko ich mijali.

Ten oddział wojska, mający duże poczucie godności własnej, maszerował tak przez półtora dnia. Za tymi żołnierzami jakoś nie tęsknił nikt z 20. dywizji. Wieczorem dnia 9 września oddział wkroczył w całkiem jawny sposób do Wołgogradu. Co prawda obserwowała ich milicja, ale tutaj też nikt się nimi bliżej nie zainteresował.

Żołnierze pomaszerowali do centrum miasta.

– Było około szóstej wieczór, szykowałyśmy się do wyjścia do domu, gdy nagle zadzwonił telefon: „Czy tu jest jeszcze czynne? Możemy z wami pomówić?” – opowiada mi Tatiana Zozulenko, dyrektor organizacji praw matek obwodu wołgogradzkiego. – Odpowiedziałam: „Prosimy do środka.” Oczywiście nie sposób było przewidzieć, co się będzie działo dalej. Czterech młodych szeregowców weszło do naszego pokoiku i powiedziało, że jest ich tutaj w sumie pięćdziesięciu czterech. Spytałam, gdzie są pozostali, a chłopcy sprowadzili mnie do małej sutereny w naszym budynku. Cała reszta tam właśnie stała. Pracuję w tej organizacji jedenaście lat, ale nigdy jeszcze nie widziałam niczego podobnego. Pierwsza rzecz, o jaką się zaczęłam martwić, to gdzie ich wszystkich umieścimy. Był już wieczór. Spytałyśmy ich, czy coś jedli. „Nie” – odpowiedzieli. „Od wczoraj nic”. Członkinie naszej organizacji pobiegły kupić tyle chleba i mleka, ile tylko mogły. Chłopcy rzucili się na jedzenie jak wygłodniałe psy, no, ale do takich rzeczy to jesteśmy przyzwyczajeni. Żołnierze są fatalnie odżywiani w swoich jednostkach; są chronicznie niedożywieni. Więc kiedy tamci już zjedli, spytałam: „Ale jakiego spodziewacie się efektu swojej akcji?” Odpowiedzieli: „Chcemy, aby ukarano oficerów, którzy biją żołnierzy.” Zdecydowałyśmy, że przenocujemy ich w naszym biurze, wszystkich razem na podłodze, co i nam da czas do „przespania się” z tym problemem. Postanowiłyśmy, że pierwsze, co zrobimy nazajutrz rano, to pójdziemy do biura prokuratora garnizonowego. Zamknęłam drzwi na klucz i poszłam do domu. Mieszkam w pobliżu, więc pomyślałam, że mogłabym się szybko zjawić, w razie gdybym była potrzebna.

O jedenastej tego wieczoru zadzwoniłam do nich, ale nikt nie odpowiadał. Pomyślałam, że muszą po prostu być zmęczeni, śpią, albo boją się podnieść słuchawkę. O drugiej nad ranem obudził mnie nasz prawnik, Siergiej Siemuszin. Powiedział, że ktoś, kto się nie przedstawił, zadzwonił do niego z prośbą o „zabezpieczenie swojego lokalu”. Zjawiłam się tam w przeciągu paru minut. Na zewnątrz stały niewielkie pojazdy wojskowe z oficerami w środku. Nie przedstawili mi się. A żołnierze zniknęli. Pytałam oficerów, gdzie są, lecz nie otrzymałam odpowiedzi.

Pracownicy organizacji praw matek odkryli również, że włamano się do ich systemu komputerowego z informacjami o przestępstwach popełnianych między innymi w 20. dywizji, 1 że dane te usunięto. Pod dywanem znaleźli notatkę jednego z żołnierzy, z informacją, że nie wiedzą, dokąd ich zabierają; że ich bito i że potrzebują pomocy.

Niewiele więcej pozostaje tu do dodania. Oficerowie z placu ćwiczebnego „zatęsknili” do swoich żołnierzy dopiero po otrzymaniu telefonu od zwierzchników. Było to późnym wieczorem 9 września, po skontaktowaniu się przez Tatianę Zozulenko z dziennikarzami w Wołgogradzie i po pierwszym popłynięciu informacji o „nieobecnych bez urzędowego usprawiedliwienia” żołnierzach na falach eteru. Oczywiście regionalne dowództwo sztabu zażądało wyjaśnień od oficerów. Nocą pojazdy podjechały pod siedzibę organizacji praw matek i wszystkich 54 żołnierzy przewieziono do wartowni w biurze komendanta wojskowego. Następnie odwieziono ich do macierzystej jednostki, pod nadzorem tych samych oficerów, których znęcanie się nad żołnierzami było główną przyczyną, dla której opuścili oni plac ćwiczebny. Tatiana Zozulenko zapytała wołgogradzkiego prokuratora garnizonowego Czernowa (którego zadaniem jest zagwarantowanie przestrzegania prawa w jednostkach garnizonowych), dlaczego tak postąpił; ten zaś odrzekł – bez mrugnięcia powieką: „Jak to, dlaczego? Bo to są nasi żołnierze.”

Oto kluczowe sformułowanie, które padło w historii naszej pięćdziesiątki czwórki. „Nasi żołnierze” znaczy tyle, co „nasi niewolnicy”. W armii rosyjskiej wszystko pozostaje dokładnie takie, jakim zawsze było. Pokrętne rozumienie pojęcia „honoru oficerskiego” wymaga stałej ochrony, i zawsze będzie ważniejsze od życia i godności jakiegokolwiek szeregowca. Wymarsz z placu ćwiczebnego w Kamyszynie wynikł przede wszystkim z panującej w rosyjskiej armii odrażającej tradycji, czyniącej z żołnierza niewolnika swego oficera. Oficer ma zawsze rację i może traktować żołnierza dokładnie w taki sposób, na jaki ma ochotę. Po drugie jednak zdarzenie to zaistniało za sprawą smutnego faktu, że cywilna kontrola nad procedurami stosowanymi w armii, o której wiele zostało powiedziane za czasów Jelcyna i nawet przygotowano stosowny projekt ustawy, jest obecnie martwa, została wręcz pogrzebana. Prezydent Putin podziela wyznawany przez armię tradycyjny pogląd na prawa jej oficerów i uważa cywilną kontrolę nad siłami zbrojnymi za coś całkowicie niewłaściwego.

W głębszej warstwie tej opowieści leży jeszcze okoliczność, że Dywizja nr 20 – „dywizja Rochlina”, zwana tak od nazwiska swego dowódcy Lwa Rochlina, bohatera pierwszej wojny czeczeńskiej, dzisiaj zaś deputowanego do Dumy Państwowej – a już szczególnie jednostka 20004, cieszyły się przez długi czas złą sławą w Wołgogradzie, a faktycznie w całej Rosji.

– Przez okrągły rok wysyłamy informacje do urzędu prokuratora wojskowego, w pierwszym rzędzie do pana Czernowa – prokuratora garnizonowego, lecz także do wszystkich ulokowanych wyżej w hierarchii, aż do urzędu głównego prokuratora wojskowego w Moskwie, na temat przestępstw popełnianych przez oficerów jednostki 20004 – mówi Tatiana Zozulenko. – Jeśli chodzi o liczbę skarg, jakie dochodzą do nas od żołnierzy, jednostka ta zajmuje pierwsze miejsce. Oficerowie biją żołnierzy, wyłudzając „wypłaty za służbę czynną” od powracających z Czeczenii. [Dywizja nr 20 walczyła w obu wojnach czeczeńskich i do dziś dnia walczy w Czeczenii.] Głośno o tym krzyczeliśmy, ale nic się nie zdarzyło. Urząd prokuratorski postanowił wszystko zatuszować. Epizod z kamyszyńskim placem ćwiczebnym jest świadectwem całkowicie oczywistego braku wszelkiej odpowiedzialności oficerów naszej armii.”1

Parę krótszych opowieści

Rosja ma oczywiście określony budżet na wojsko, wokół którego toczy się mnóstwo dyskusji. Lobby wojskowe walczy o doinwestowanie; także ordery opłacane są z państwowej kasy. Jest to standardowa praktyka stosowana na świecie. Jednak ważnym szczegółem, który odróżnia nas od innych krajów, jest fakt, że jesteśmy jednym z największych wytwórców broni i uzbrojenia, handlującym nimi na całym świecie. To Rosja dała światu karabin automatyczny Kałasznikowa. Dla wielu Rosjan jest to powodem do dumy.

Nie chciałabym jednak rozwodzić się nad statystykami. Jestem tylko ciekawa, czy ludzie są szczęśliwi, mając do czynienia z porządkiem ustanowionym przez prezydenta Putina. Uważam to za główne kryterium osądu działań przywódcy państwa. W poszukiwaniu odpowiedzi udaję się do Komitetu Matek Żołnierzy i pytam tamtejsze kobiety: „Czy wasi synowie cieszyli się z faktu wstąpienia do wojska? Czy zrobiło z nich ono prawdziwych mężczyzn?” Udzielone przez nie odpowiedzi pozwalają mi bardzo wiele się dowiedzieć.

Szczegół znaczy więcej niż duży obraz. Tak przynajmniej mnie się wydaje.

Misza Nikołajew mieszkał w obwodzie moskiewskim. Rodzina odprowadzała go do wojska w lipcu 2001 roku. Wysłano go na służbę w straży granicznej, do punktu granicznego oddalonego o dziesięć godzin lotu od Moskwy, w wiosce Goriaczij Plaż na wyspie Anuczina w archipelagu Kuryli Mniejszych. Są to te wyspy, które przyczyniają tak wielu problemów politykom rosyjskim i japońskim od chwili zakończenia II wojny światowej.

Podczas gdy waśnią się politycy, ktoś przecież musi patrolować granicę. Misza był jednym z tych, którzy wykonywali właśnie to zadanie. Wytrwał zaledwie pół roku na tej militarnej placówce rosyjskiego Dalekiego Wschodu; zmarł 22 grudnia 2001 roku. Już na jesieni pisywał alarmujące listy do rodziny, odkrywszy na swym ciele jątrzące się rany. Prosił członków rodziny, aby przysłali mu lekarstwa: balsam Wiszniewskiego, sulfanilamid, „właściwie to jakiekolwiek lekarstwa skuteczne na ropienie, metapirynę, środki odkażające, bandaże i plastrów opatrunkowych, ile tylko można. Tutaj nie ma nic.” Rodzice jego wysyłali paczki nie narzekając, świadomi, że nasza armia jest niedofinansowana, ale też myśląc, że przecież nie może być aż tak źle, skoro Misza w dalszym ciągu pracuje jako kucharz w wojskowych kuchniach. Gdyby był poważne chory – mniemali jego rodzice – nie dopuszczono by go przecież w pobliże miejsca przygotowywania posiłków!

Ale Misza w dalszym ciągu gotował posiłki dla oddziałów, nawet wtedy, gdy skóra jego była pokryta ropiejącymi ranami. Patolog, który przeprowadził sekcję jego zwłok, zeznał, że tkanki tego nieszczęsnego żołnierza dosłownie rozpadały się pod nacięciem skalpela. Na początku XXI wieku rosyjski żołnierz gnił żywcem pod okiem swoich oficerów, pozbawiony jakiejkolwiek opieki medycznej. Miszę zabił całkowity brak odpowiedzialności jego zwierzchników.

Dmitrija Kisielewa oddelegowano do służby w wiosce Istra w obwodzie moskiewskim. W Rosji takie oddelegowanie odbierane jest jako szczęśliwy uśmiech losu. Dmitrij stacjono wał niedaleko od Moskwy; rodzice jego, jako moskwianie, mogli odwiedzać syna, a gdy ten potrzebował pomocy, mogli przedrzeć się do jego oficera dowodzącego. To nie były Wyspy Kurylskie. Lecz i to nie uchroniło Dmitrija od skutków zdeprawowania jego wojskowych zwierzchników.

Podpułkownik Aleksander Boronienkow, dowódca szeregowego Kisielewa, miał dodatkowe, lukratywne zajęcie zarobkowe. W dzisiejszej armii rosyjskiej nie ma w tym nic tak znowu niezwykłego. Ludzie podejmują się najrozmaitszych wybiegów, jako że ich pobory nie są nadzwyczajne. Ten jednak konkretny podpułkownik trudnił się handlem żołnierzami. Istra to osada dacz, będących drugimi domami swych właścicieli, toteż Boronienkow sprzedawał swoich żołnierzy posiadaczom pobliskich działek jako tanią siłę roboczą. Żołnierze pracowali tylko za wyżywienie, płaca zaś trafiała wprost do ich dowódcy. Taki model zarobkowania nie jest bynajmniej czymś wyjątkowym; przeciwnie – jest on szeroko rozpowszechniony: żołnierzy na czas ich służby „sprzedaje” się osobom zamożnym jako bezpłatnych robotników niewykwalifikowanych, to jest – jako niewolników. Oficerowie wykorzystują ich pracę jako sposób na prowadzenie handlu wymiennego z ludźmi, których uznają za „użytecznych”. Jeśli oficer potrzebuje zreperować swój samochód, a nie dysponuje gotówką, zagania kilku żołnierzy do warsztatu, który zatrudnia ich tam bez wynagrodzenia przez taki okres, na jaki ma zapotrzebowanie, w zamian zaś oficer ma naprawione auto.

Pod koniec czerwca 2002 roku przyszła kolej na sprzedanie w niewolę nowo powołanego Dmitrija Kisielewa. Szeregowy Kisielew został oddelegowany do zbudowania domu dla niejakiego Karabutowa, członka Stowarzyszenia Ogrodniczego „Mir” w okręgu istrańskim. Początkowo Kisielew budował dom, lecz później kazano mu, wraz z siedmioma innymi rekrutami, wykopać głęboki rów na całą długość działki. 2 lipca o siódmej wieczorem zawaliły się ściany rowu, grzebiąc pod sobą trzech chłopców, wśród których był także Dmitrij; chłopak udusił się pod ziemią. Rodzice Dmitrija próbowali zaciągnąć podpułkownika Boronienkowa przed sąd, lecz ten wywinął się od tego. Znał przecież wielu „użytecznych” ludzi. Dmitrij był jedynym synem Kisielewów.2

Dnia 28 sierpnia 2002 roku jednostkę armii 42839 rozlokowano w Czeczenii, opodal wioski Kalinowskaja – w miejscu, w którym od długiego czasu nie toczyły się żadne walki. „Dziadki” upijały się aż do głupawki. Tak nazywa się zwykłych żołnierzy, którzy już wkrótce mają zostać zdemobilizowani i odejść do rezerwy; jest to budząca największą zgrozę i najbardziej zbrodnicza siła w naszym wojsku. Wieczorną porą „dziadki” te uznały, że kończy im się wódka, toteż kazali pierwszemu żołnierzowi, jaki się napatoczył – był nim Jurij Diaczenko – pójść do wioski i „zdobyć więcej, skąd będzie chciał”. Ale żołnierz odmówił. Po pierwsze, był na służbie – pełnił straż nad sekcją granic umocnień, bez prawa oddalania się ze stanowiska. Po drugie – jak to im wyjaśnił – nie miał pieniędzy. „Dziadki” kazały mu wobec tego ukraść coś niecoś z wioski i w ten sposób zdobyć dla nich wódkę.

Ale Jurij zdecydowanie odparł: „Nie, nie pójdę.” Ci więc bili go brutalnie aż do piątej nad ranem, a w przerwach między biciem poddawali go okrutnym, odrażającym, poniżającym zabiegom. Zanurzali ścierkę do podłogi w latrynie i wcierali brud w twarz Jurija. Zmuszali go do mycia podłogi, a kiedy się pochylił, zaczęli mu na zmianę wciskać kijek od zmywaka w odbyt. Na zakończenie tych „sesji szkoleniowych”, jak to nazwali, „dziadki” zaciągnęły Jurija do kantyny i zmusiły go do zjedzenia trzylitrowego pojemnika z kaszą, bijąc go, gdy tylko próbował przerwać.

A gdzie byli oficerowie? Tej nocy oni także pili na umór, byli więc fizycznie niezdolni do zawiadywania czymkolwiek. Około szóstej rano 29 sierpnia 2002 r. Jurija Diaczenkę znaleziono w składnicy zaopatrzeniowej. Powiesił się.

Syberia – to nie Czeczenia. Znajduje się ona w dużej odległości od terenu tamtejszych działań wojennych, ale nawet ta okoliczność nie robi tu żadnej różnicy. Walerij Punincew, człowiek urodzony w obwodzie tiumeńskim, został oddelegowany do regionu krasnojarskiego w celu odbycia służby w mieście okręgowym Użur, w elitarnych jednostkach sił pocisków strategicznych. Jego matka, Swietłana Punincewa, była zachwycona. Ponieważ jednostka ta obsługiwała najnowocześniejszą, a zarazem najniebezpieczniejszą broń na naszej planecie, oficerowie w jednostkach pociskowych cieszyli się opinią najlepiej wykształconych osób w armii, niepijących, nie bijących poborowych i utrzymujących dyscyplinę. Niebawem jednak pani Swietłana zaczęła otrzymywać od syna przykre listy, w których pisał on, że oficerowie w jego jednostce nie są w niczym lepsi od „szakali”:

„Witaj, Mamusiu! Nie chciałbym, żeby ktokolwiek poza Tobą zobaczył ten list, a szczególnie proszę Cię, żebyś nie pokazywała tego, co tu piszę, Babuni. Oboje wiemy, co tam jest grane, i jestem pewny, że nie pozwolisz, by zniszczyła sobie resztkę zdrowia. Bardzo się o nią martwię. Nie mogę pogodzić się z tym, że muszę pracować jak niewolnik dla dobra ludzi, którymi gardzę. Bardziej niż czegokolwiek na świecie pragnę pracować dla dobra ludzi, których uważam za swoich – dla polepszenia warunków bytowych mojej rodziny. Dopiero odkąd znalazłem się tutaj, zdałem sobie sprawę, ile wszyscy dla mnie znaczycie…”

Ale Walerijowi nie było dane już nigdy powrócić, aby mógł pracować dla dobra ludzi, których uważał za swoich. Oficerowie w użurskich koszarach byli pozbawieni jakiejkolwiek kontroli. Porucznicy ograbili żołnierzy ze wszystkiego, co tamci mieli, poniżając wszystkich, którzy – tak jak Walerij – próbowali bronić swojej godności. Podczas sześciu miesięcy, jakie spędził on w swojej jednostce, wyniesiono stamtąd w trumnach czterech żołnierzy. Wszyscy byli szeregowymi; wszyscy zostali pobici na śmierć.

Pierwszą zabawą, jaką zastosowali oficerowie, było skonfiskowanie Walerijowi munduru (nasi żołnierze nie mają ubrań poza mundurami właśnie). Powiedzieli mu, że teraz będzie musiał zapłacić za ten mundur okup. Założyli, że napisze do swoich z prośbą o pilne przysłanie pieniędzy. Walerij stawił opór. Wiedział, że matka jego żyje bardzo skromnie razem z babcią-emerytką, siostrą i jej córeczką, i że raczej nie mogą sobie pozwolić na przysłanie mu pieniędzy. Został za to brutalnie pobity, i to nie jeden raz. W końcu miał już dosyć. Naskoczył na swoich oficerów, za co posłano go do karceru za niesubordynację. Pod pretekstem represji za rzekomą próbę ucieczki bardzo go pokiereszowali. Swietłana Punincewa zaniepokoiła się i zadzwoniła do oficera dowodzącego jednostką, podpułkownika Butowa, który ją poinformował, że wie, jak należy bić, żeby nie pozostawić żadnych śladów. Pani Swietłana rzuciła wszystko i poleciała do Użura, gdzie zastała syna stojącego u bram śmierci. Miał rany postrzałowe miednicy, pęcherza moczowego, moczowodu i tętnicy udowej. W szpitalu powiedzieli matce, żeby zdobyła krew do transfuzji: „Błyskawicznie! Tutaj nie mamy krwi.” Znalazłszy się sama w tym dziwnym mieście, miała teraz znaleźć krwiodawców! Popędziła z powrotem do jednostki wojskowej z prośbą o pomoc. Oficer dowodzący odmówił. Ruszyła pędem przez miasto, próbując ratować syna. Nie udało się jej. Nie doczekawszy transfuzji, Walerij zmarł 27 lutego 2002 roku. W jednym ze swoich ostatnich listów napisał do pani Swietłany: „Nie spodziewałem się wiele pomocy od oficerów. Jedyne, co potrafią, to poniżać ludzi.”

I znowu jesteśmy w obwodzie moskiewskim. Jest poranek dnia 4 maja 2002 roku; jednostka armii 13815 stacjonuje w wiosce Bałaszycha. Dwie palaczki z kotłowni dostarczającej ciepło do jednostki słyszą dochodzące z niedaleka wołania o pomoc. Wybiegają na zewnątrz i widzą, że na środku podwórka wykopano rów, a w rowie tkwi zagrzebany po szyję żołnierz. Kobiety odkopują go więc, przecinają sznur, którym ma związane ręce i nogi, i pomagają mu wydostać się z dołu.

W tejże chwili pojawia się major Aleksander Simakin, pełen niepohamowanego gniewu. Krzyczy na kobiety, aby zostawiły żołnierza w spokoju. Daje właśnie szkołę szeregowemu Czesnokowowi, i jeśli obie panie natychmiast nie wrócą do kotłowni, zwolni je z pracy.

A szeregowy Czesnokow, uciekłszy z rowu, zdezerterował z jednostki.

Rosyjska armia zawsze była jednym z najbardziej fundamentalnych filarów państwa. Do dziś dnia jest ona przeważnie otoczonym drutem kolczastym obozem jenieckim, w którym młodzi obywatele naszego kraju są więzieni bez sądu. Co za tym idzie, rządzi się ona quasi-więziennymi prawami, narzucanymi przez kadrę oficerską. To miejsce, gdzie podstawową metodą szkoleniową jest „wybijanie komuś bzdetów ze łba”. Tak się składa, że jest to zbieżne z metodą walki z wrogami wewnątrz kraju, jaką zapowiedział Putin, wstąpiwszy po raz pierwszy na kremlowski tron.

Być może jest tak, że ten stan rzeczy odpowiada panu prezydentowi, który sam ma epolety podpułkownika, w domu zaś dwie córki, które nigdy nie będą musiały służyć w takim wojsku. Ale cała reszta nas wszystkich – z wyjątkiem kasty oficerów, którzy napawają się swoim statusem jako mali gangsterzy stojący ponad prawem – jest tym stanem rzeczy głęboko unieszczęśliwiona. Szczególnie dotyczy to tych, którzy mają synów, zwłaszcza kiedy synowie ci osiągną wiek poborowy. Nie mają oni czasu oczekiwać na reformy w wojsku, które obiecywano przez tak długi czas i które niezmiennie będą tłumione w toku wdrażania. Ludzie ci boją się chwili, w której ich synowie będą musieli odejść z domu rodzinnego po to tylko, aby wysłano ich na jakiś plac ćwiczebny w Kamyszynie, do Czeczenii czy też w jakieś inne miejsce, skąd nie będzie powrotu.

NASZE NOWE ŚREDNIOWIECZE, CZYLI ZBRODNIARZE WOJENNI WSZECHRUSI

Obecnie mamy w Rosji dwa rodzaje zbrodniarzy wojennych. Ich zbrodnie mają związek z drugą wojną czeczeńską, która zaczęła się w sierpniu 1999 roku, zaraz po powołaniu Władimira Putina na stanowisko premiera. Wojna ta – wyróżnik jego pierwszej kadencji prezydenckiej – trwa po dziś dzień.

Wszystkie dotychczasowe przypadki ścigania zbrodni wojennych miały jedną wspólną cechę: ich wynik był określany na gruncie ideologicznym, nie zaś prawnym. Inter armas silent leges – w czasie wojny prawo milczy. Ci, którym udowodniono przestępstwo, zostali skazani – lecz nie za sprawą należytego, zgodnego z prawem procesu, ale zgodnie z tym, jakie ideologiczne wiatry dęły w danej chwili od strony Kremla.

Pierwszy zatem rodzaj zbrodniarzy wojennych to ci, którzy rzeczywiście uczestniczyli w wojennych działaniach. Z jednej strony są to członkowie armii rosyjskiej zaangażowani w tak zwaną operację antyterrorystyczną w Czeczenii. Z drugiej strony występują tu bojownicy czeczeńscy, którzy stanowią siłę przeciwną. Ci pierwsi są oczyszczani z popełnionych zbrodni, ci drudzy są natomiast obarczeni winą za zbrodnie, przy zgoła niewielkim poważaniu dla prawa. Tych pierwszych system prawny uniewinnia nawet w przypadku ewidentnego dowodu winy (co skądinąd stanowi rzadkość, gdyż prokuratorzy zazwyczaj nie robią nic w celu zebrania dowodów przeciwko nim). W stosunku do tych drugich zasądza się wyroki najsurowsze z możliwych.