Strona główna » Fantastyka i sci-fi » S.Q.U.A.T. Eksperyment

S.Q.U.A.T. Eksperyment

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7976-469-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “S.Q.U.A.T. Eksperyment

Od czasu Rozbłysku rodzaj ludzki robił co mógł, żeby przetrwać. Jednak w świecie pełnym amatorów zabawy w wojnę największym wrogiem wciąż pozostaje drugi człowiek – szczególnie ten lepiej uzbrojony i bardziej brutalny. Jak w łańcuchu pokarmowym, silniejszy wygrywa.

Podlasie, dawny wojskowy kompleks ukryty w lesie, przekształcony w ośrodek penitencjarny. Strzegą go byli żołnierze GROM-u pod dowództwem majora Bennera. W podziemiach doktor Sienkow kontynuuje projekt z czasów Zimnej Wojny – chce stworzyć sterowanego mentalnie super żołnierza…

W kraju tymczasem panoszy się bezprawie, nigdzie nie jest bezpiecznie. Nad Białym Miastem wisi widmo rewolucji. Przez Bufor nie można się już przedostać. Jedni marzą o tym, że kiedyś wróci normalność – inni tylko nasłuchują, czy już nadchodzi wojna. Czy w piekle może być jeszcze gorzej? Jeśli nikomu nie będziesz ufał, może przeżyjesz.

Polecane książki

Gdy Amber poznała nowego szefa, właściciela hotelu, zmieniła dla niego całe swoje życie, mimo że wiedziała, że ich związek nie potrwa długo. Warwick Kincaid uprzedził, że lubi zmiany i nie planuje małżeństwa ani dzieci. Jednak gdy po dziesięciu miesiącach poczuła, że oddalają się od siebie, nie potr...
Barwna opowieść o polskich arystokratkach, które szły przez życie przebojem, uwodząc, wykorzystując i porzucając kochanków. Na dworze Katarzyny II zdobywały nie tylko jej względy i łaski, ale także faworytów carycy. Oplątywały swą miłosną siecią czułego na kobiece wdzięki króla Stanisława Augusta Po...
  W serii powołanej dla uczczenia 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. oraz utrwalenia w polskiej świadomości zbiorowej wiedzy historycznej o genezie i przebiegu odbudowy państwa polskiego ukażą się monografie, biografie i źródła, dla których tematyczną klamrą będzie idea p...
Opracowanie stanowi kompleksową analizę wspólnych regulacji dotyczących instytucji nadpłaty i zwrotu podatku, występujących w polskim i zagranicznym systemie prawnym. W monografii szczegółowo omówiono m.in.: zwrot nadpłaty lub podatku dochodzony przez podatnika w trybie egzekucji admin...
Jak nauczyć dziecko podejmowania samodzielnych decyzji, szczególnie gdy są one niezgodne ze stylem życia, modą i poglądami wszystkich wokół? Jak nauczyć dziecko, że być jest naprawdę ważniejsze niż mieć? Jak wykształcić w dziecku tak silną odwagę, aby pozwoliła mu ona iść własną drogą i słusznie...
Od czasu publikacji bestsellerowej książki zatytułowanej Autobus energii Jon Gordon pracował z wieloma firmami, specjalistami, drużynami akademickimi, szpitalami, szkołami i organizacjami non profit. Doradza liderom, którzy starają się odmienić oblicze swoich firm, organizacji i szkół, zdobyć mistrz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Konrad Kuśmirak

Copyright © Konrad Kuśmirak, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Katarzyna Gwincińska

Korekta: Dominika Pyłczewska

Ilustracja na okładce: Mateusz Wilma

Projekt okładki: Paweł Stelmach / www.nietypowo.com

Opracowanie grafik: Mateusz Wilma

Projekt typograficzny i łamanie: Justyna Nowaczyk

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

eISBN 978-83-7976-469-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

W walce idei giną ludzie.

Stanisław Jerzy Lec

Prolog

Śnieżnobiały, falujący obraz na ekranie telewizora zalał na moment pomieszczenie portierni trupim blaskiem, odbił się w pancernej szybie, oddzielającej część służbową od poczekalni i wywołał wiązankę przekleństw, jakimi funkcjonariusz Służby Więziennej w stopniu sierżanta obrzucił niedziałające urządzenie. Mężczyzna wyłączył odbiornik i opadł na fotel stojący w rogu pomieszczenia. Twardy, niewygodny mebel, na którym miał spędzić większą część nocnej służby, zatrzeszczał niepokojąco. Sierżant westchnął, zmieniając pozycję na bardziej przyjazną kręgosłupowi i zamyślił się. Jedyną rozrywką, jakiej mógł się teraz oddać, było gapienie się w podgląd monitoringu zewnętrznej części zakładu karnego. Funkcjonariusz miał cichą nadzieję, że nocna wachta upłynie bez żadnych kłopotów ze strony osadzonych. Ich ekscesy zawsze wywoływały nerwową reakcję dowództwa następnego dnia.

Sierżant znów westchnął i zerknął w okno wychodzące na specjalną, podwójną bramę wjazdową i długi betonowy podjazd ginący w oddali między drzewami. Reflektory zewnętrzne wyławiały z mroku szeroki pas gołej ziemi, otaczający więzienny kompleks ukryty wśród lasów Podlasia. Była jednostka wojskowa, zlikwidowana w 2001 roku, idealnie nadawała się na ośrodek penitencjarny. Przebywali tu na przymusowym urlopie młodociani przestępcy, alimenciarze i skazani po raz pierwszy – głównie „za niewinność”. Strażnik z niesmakiem pomyślał o wygodach, jakie państwo fundowało pensjonariuszom tego zakładu i z rozrzewnieniem wspomniał swoją starą placówkę, w której zdobywał pierwsze szlify pracownika więzienia. Zero wygód dla osadzonych, zero pobłażliwości, zero tolerancji…

Z zadumy wyrwał go brzęczyk do drzwi, prowadzących na teren zakładu. Szybko zerknął w podgląd na monitorze i dostrzegł jednego z wartowników. Funkcjonariusz szczerzył się głupio do kamery i pokazywał paczkę papierosów. Sierżant wzruszył ramionami, z żalem opuścił fotel i podszedł do centralki sterującej zamkami. Włączył odpowiedni przycisk, blokada szczęknęła i mężczyzna z dwoma belkami na pagonach wszedł do środka.

– Co jest, Zdzisiu? – rzucił sierżant.

– Na fajkę przyszedłem. – Kapral wetknął do ust papierosa, włączył służbową latarkę i skierował snop światła na ścianę, na której wisiał kalendarz z najpiękniejszymi funkcjonariuszkami Służby Więziennej roku 2015. – Co tak po ciemku siedzisz? Niezłe te laski, nie? Szkoda, że u nas takich nie ma.

– Przecież jedna jest. Nawet bliżej niż sądzisz.

– Bez jaj. Musiała nam się trafić służba razem z nią.

– Nie jest taka zła. Może trochę gruboskórna, ale wiesz… W tej branży kobita musi być twarda.

– Ja tam swoje wiem – kapral odłożył latarkę i potarł kółko zapalniczki. – Ruda bladź.

– Co? Tu będziesz palił? Wyjdźmy na zewnątrz, pod bramę.

– Jak chcesz – skrzywił się strażnik. – Noc upalna jak cholera. Tutaj przynajmniej masz klimatyzację.

– Ostrowska czasem tu wpada na kontrolę. Ona nie pali, więc szybko wyczuje dym. A ja nie chcę mieć przez nią kłopotów. Doskonale wiesz, że poza palarnią nie wolno…

– Dobra już, dobra. Idziemy na zewnątrz. Panikujesz jak rekrut na pierwszej wachcie.

Ogień zapalniczki na moment oświetlił twarze mężczyzn. Końcówki papierosów rozżarzyły się, dym wypełnił płuca, by po chwili ulotnić się w ciężkim i nieruchomym nocnym powietrzu.

– Cholera, rzeczywiście gorąco – zauważył sierżant.

– Podobno ma być lato stulecia.

– Przydałby się urlop. Człowiek by się wyleżał w słońcu, wypoczął.

– Zbyt zapracowany to ty chyba nie jesteś – zaśmiał się kapral. – Zwłaszcza na nocnej służbie.

– E, tam. Robota jak każda inna. Słyszałeś, co się na granicy wyprawia?

– Kto nie słyszał? Trąbią o tym na lewo i prawo. Filmu w telewizji nie można obejrzeć, bo puszczają wstawki informacyjne.

– Panika bracie, panika. Znajomy ze Straży Granicznej mi co nieco opowiadał. Podobno mają stan najwyższej gotowości.

– No to nieźle – skwitował kapral. – Ty?

– No?

– Myślisz, że… No wiesz. Będzie wojna?

– Bo ja wiem? – Sierżant wzruszył ramionami. – Już parę lat ci durnie z rządu kłócą się z każdym. Nieważne, sojusznik czy wróg. W końcu ktoś może się zdenerwować. I jak to wszystko pierdyknie… Ech… Lepiej nie myśleć o takich sprawach – zaciągnął się głęboko.

– Myślałem, że rzuciłeś.

– Co?

– Palenie.

– Bo rzuciłem. Ale te nocne warty są tak kurewsko nudne… Sam wiesz.

– Wiem. Na portierni można oszaleć – potwierdził kapral.

– W dodatku wysiadł telewizor. Nie łapie żadnego programu, sam śnieg. Radio też milczy – wyliczał sierżant.

– Przynajmniej masz klimę. A regulamin zabrania oglądania telewizji na służbie. I co ty na to?

– W dupie mam taki regulamin.

– Pieprzone zadupie. Nawet jedynki nie ściąga? – zainteresował się wartownik.

– Nic, biało jak w grudniu.

– Może kabel antenowy się przełamał albo z wtyczki wypadł. – Kapral rozejrzał się po dobrze oświetlonym terenie zakładu karnego i dostrzegł innego wartownika z ochrony. Machnął ręką w jego kierunku.

– Czego? – krzyknął tamten.

– Chodź na fajkę.

– Niedawno paliłem.

Kapral wzruszył ramionami i wypuścił kłąb dymu.

– Nie to nie. Jego strata.

– Niech zgadnę. – Sierżant spojrzał na papierosa. – Zarekwirowane osadzonemu?

– A jak.

– Nawet niezłe. To z przemytu?

– Coś ty. Sklepowe z banderolą.

– No popatrz, jak się powodzi naszym więźniom.

– Dobra. – Kapral zgniótł niedopałek. – Pokaż ten telewizor.

Funkcjonariusze wrócili do portierni. Sierżant włączył dość już wysłużony odbiornik i kilka razy uderzył pięścią w jego obudowę. Kapral pogrzebał chwilę w gnieździe antenowym i z zakłopotaniem spojrzał na kolegę.

– Kabel jest OK. Może gdzieś na dachu się przełamał. Trzeba w dzień zobaczyć…

– Ty – przerwał mu sierżant, wpatrując się w okno skierowane na główną bramę wjazdową – co to, kurwa, jest?

W odległości kilkudziesięciu metrów, między drzewami okalającymi wykarczowany pas ziemi, otaczający zakład, majaczyły światła pojazdów sunących betonową drogą, prowadzącą wprost do jednostki penitencjarnej. Kolumna poruszała się z dużą prędkością i kiedy prowadzące ją terenowe auto zatrzymało się z piskiem opon przed bramą, sierżant dostrzegł, że kawalkada składa się z kilku ciężarówek wyglądających na wojskowe iveca.

Trzasnęły zewnętrzne drzwi. Do poczekalni wparował mężczyzna w czarnym mundurze i kamizelce taktycznej. Trzy gwiazdki i dwie belki pułkownika na pagonach sprawiły, że obaj wartownicy wyprężyli się jak struny.

– Co tu tak ciemno? – zainteresował się przybysz. – Włączcie jakieś światło, do cholery.

Sierżant mimowolnie skinął głową i po chwili sufitowe oprawy rozjarzyły się zimną bielą świetlówek.

– No, teraz lepiej. Proszę otworzyć bramę, wjeżdżamy na teren jednostki.

– Jak to… wjeżdżamy? – Sierżant powoli odzyskiwał rezon. – To nie parking publiczny. Tu się nie wjeżdża ot tak sobie. Jeśli macie jakąś sprawę poczekajcie do rana. Dyrektor będzie o…

– W takim razie popatrz na to.

Pułkownik podszedł do pancernej szyby rozdzielającej portiernię od poczekalni, z kieszeni na piersi wyjął pomiętą kartkę i przyłożył do szklanej tafli. Strażnicy spojrzeli na siebie i wbili wzrok w dokument. Opatrzony był nagłówkiem Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej.

– Na mocy specjalnych uprawień na wypadek wojny, nadanych mi przez zwierzchnika sił zbrojnych kraju, przejmuję dowodzenie w tym obiekcie – wyrecytował wojskowy.

– Ale… – zająknął się sierżant.

– Czy to, co powiedziałem jest jasne i zrozumiałe?

– No… Tak. Ja muszę jednak zameldować oficerowi dyżurnemu… Dowódcy zmiany… Nie można tak sobie…

– Więc melduj. Byle szybko – warknął pułkownik, najwyraźniej tracąc cierpliwość. – I w podskokach. Nie mam całej wieczności na wasze przekomarzania się.

– Ale…

– Ruchy!!! – ryknął pułkownik.

Dopiero teraz sierżant dostrzegł naszywkę na ramieniu nocnego gościa. Przedstawiała pikującego orła trzymającego w szponach błyskawicę.

* * *

Dowódca zmiany, kapitan Ewa Ostrowska odłożyła hantlę, napięła biceps i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Przyjrzała się swojej niezwykle wysokiej, wysportowanej sylwetce w oknie, które nocą było idealnym lustrem, i sięgnęła po bidon z koktajlem białkowym. Podniosła butelkę do ust i zamarła. Wyraźnie usłyszała dzwonek telefonu w pokoiku oficera dyżurnego. Dźwięk urwał się, ale Ostrowska nadal nasłuchiwała. Dobiegała północ i telefon o tej porze zwiastował ciekawą odmianę w rutynie nocnej służby. „Może jakiś mały bunt osadzonych” – pomyślała przez chwilę z nadzieją. „Może próba ucieczki?” Pani kapitan miała ochotę na jakąś dynamiczną akcję. Zazdrościła swojej młodszej siostrze służącej w białostockim zakładzie, w którym ostatnio pacyfikowano więźniów. Zazdrościła jak cholera. Szybkie kroki na korytarzu zdawały się potwierdzać jej przypuszczenia.

Przedwcześnie posiwiały oficer dyżurny stanął w drzwiach salki gimnastycznej. Zawsze czuł się zakłopotany w towarzystwie wyższej o dwie głowy pani kapitan, dziś jednak zdawał się nie zwracać uwagi na porażającą różnicę wzrostu.

– Ewa – powiedział drżącym głosem – mamy gości.

– Kurwa, znów inspekcja z generalnej dyrekcji? – Kobieta wytarła ręcznikiem ramiona i głowę z krótko przystrzyżonymi rudymi włosami. – Nawet w nocy nie dadzą człowiekowi poćwiczyć.

– To chyba nie inspekcja. Musimy iść… Są przy bramie głównej.

– Chodźmy więc. – Narzuciła bluzę mundurową i ruszyła, nie czekając na oficera.

Oficer dyżurny ledwie nadążał za swoja podwładną, próbując w biegu nakreślić sytuację. Stanowili dość komiczny duet, gdy obydwoje wpadli do portierni, ale nikomu nie było do śmiechu. Kapitan Ostrowska obrzuciła szybkim spojrzeniem swoich ludzi i wbiła wzrok w żołnierzy za szybą. Wystrojeni jak na wojnę i uzbrojeni po zęby zajęli niemal całe pomieszczenie poczekalni. Wyłowiła wzrokiem najstarszego rangą i niegrzecznie zapytała:

– Co jest?

– To. – Mężczyzna w stopniu pułkownika ponownie przyłożył do szyby swoje upoważnienie i spojrzał na nią uważnie. – Ile godzin zajmie wam podjęcie decyzji i otworzenie bramy?

– Co o tym sądzisz? – zapytała, ustępując miejsca oficerowi dyżurnemu.

– Bo ja wiem? – odpowiedział z ociąganiem.

– Antek, kurwa – warknęła Ostrowska. – Podejmij jakąś decyzję.

– Papier wygląda na oryginał…

– Bo to jest oryginał – przerwał mu pułkownik.

– Oni chyba rzeczywiście nie są przebierańcami – zauważyła funkcjonariuszka, przyglądając się naszywkom na mundurach gości. – Cholera, nigdy nie widziałam prawdziwego operatora GROM-u. Ale i tak będziemy musieli zadzwonić do dyrektora…

– Telefony nie działają – poinformował sierżant. – Sieć komórkowa też padła. Tylko wewnętrzne linie funkcjonują. Sprawdzałem.

– Co nam po wewnętrznych liniach! Chyba musimy ich wpuścić… – zasugerowała pani kapitan.

– Aha – zgodził się oficer dyżurny.

– W porządku – pułkownik zabrał upoważnienie, starannie złożył i schował do kieszeni. – Skoro część oficjalną mamy za sobą, to otwierać te cholerne bramy! Ale już!

Metalowe przęsła wrót zazgrzytały w prowadnicach, kiedy elektryczne silniki zaczęły je otwierać. Kapitan Ostrowska pierwsza wyszła z portierni. Uważnie przyglądała się wojskowym ciężarówkom wjeżdżającym na dziedziniec więzienia. Szybko oszacowała liczbę żołnierzy, którzy właśnie wypakowywali się z pojazdów i doszła do wniosku, że jest ich więcej niż funkcjonariuszy zakładu karnego razem wziętych.

– Pani kapitan? – usłyszała za plecami głos dowódcy gromowców.

– Tak?

– Gdzie jest budynek sztabu?

– Sztabu? Chodzi chyba o siedzibę dyrekcji? To tam… – wskazała palcem odnowioną niedawno budowlę. – Ale teraz obiekt jest zamknięty, zaplombowany. A tylko dyrekcja…

– Nie szkodzi – uśmiechnął się sztucznie towarzyszący pułkownikowi major, a jego oszpecona bliznami twarz przybrała na moment demoniczny wygląd. – Odplombujemy, otworzymy.

– Major Benner – wyjaśnił dowódca – przejmuje ochronę obiektu. Od tej pory wszyscy podlegacie bezpośrednio jemu. Czy to jasne?

– Jasne. Ale my tu mamy całkiem niezła ochronę… – powiedziała Ostrowska, zerkając na oficera dyżurnego, który właśnie dołączył do grupy.

– Taaa, widzę – skwitował pułkownik. – Właściwie będziemy musieli ją zorganizować od podstaw, według naszych standardów.

– Według waszych standardów, rozumiem – zgodził się oficer dyżurny i rozłożył ręce. – A co my mamy robić?

– Zasadniczo… Nie wchodzić nam w drogę – ponownie uśmiechnął się major, a blizny na jego policzkach znowu ułożyły się w złowieszczy wzór.

– Chciałbym też, żeby przedstawiciel zakładu towarzyszył nam podczas oględzin i przejmowania tej jednostki – zakomunikował pułkownik.

– Oczywiście – oficer dyżurny wyprężył się jak struna.

– Wolałbym – skrzywił się gromowiec – żeby to była pani kapitan.

– Ach tak… jak najbardziej…

– To idziemy do tego sztabu? – zainteresowała się Ostrowska.

– Jeszcze nie – gromowiec zerknął na zegarek, a następnie na otwartą bramę i ginący w ciemnościach podjazd, na którym zamajaczyły kolejne reflektory. – Czekamy na kogoś.

Kolejna kawalkada pojazdów wtoczyła się na dziedziniec, ale tym razem nie były to oznakowane wojskowe iveca. Ostrowska ze zdumieniem obserwowała parkujące humvee w pełnym wojennym oprzyrządowaniu. Zagwizdała bezgłośnie i podziwem pokiwała głową.

– To jest to – powiedziała.

– A to – major Benner wskazał wysokiego, dystyngowanego mężczyznę, wysiadającego z jednego z pojazdów – jest generał Starzyński. Pani nowy szef. Idziemy.

Kapitan Ostrowska bezwiednie ruszyła w ślad za oficerami, zerkając na pozbawiony jakichkolwiek oznaczeń mundur rzekomego generała, który dołączył do nich i szedł tuż obok pułkownika. Gromowcy bezceremonialnie wyważyli drzwi budynku dyrekcji, dezaktywowali alarm i zamiast skierować się na wyższe piętra, zeszli do pomieszczeń piwnicznych. Generał zerkał co chwila na kartkę wyjętą z kieszeni. Bystra pani kapitan, której sytuacja zaczęła się podobać, dostrzegła, że jest to schemat rozkładu pomieszczeń.

Starzyński zatrzymał się ostatecznie przed ślepym korytarzykiem.

– To tutaj – oznajmił, oglądając starannie otynkowany mur.

– Wysadzamy? – Major Benner zaczął obstukiwać ścianę.

– Lepiej rozkuć – rzucił Starzyński. – Tam mogą być jakieś zabezpieczenia. Nie chcemy, żeby dach spadł nam na głowy.

– No raczej.

– Chwila! – Ostrowska złożyła ręce na piersi i pokręciła głową. – Możecie mi coś wytłumaczyć?

– To zależy – generał uniósł brwi – ale proszę pytać. Śmiało.

– Przyjeżdżacie tutaj w środku nocy, machacie świstkami, wchodzicie jak do siebie i teraz jeszcze chcecie kopać sobie ziemiankę w fundamentach tego budynku? O co w tym wszystkim chodzi? I co oznaczają słowa „na wypadek wojny” w tym waszym upoważnieniu? I generałem jakiej formacji pan jest? Bo coś mi tutaj śmierdzi.

– Brzmienie dokumentu wydanego przez głowę państwa jest chyba jednoznaczne.

– No właśnie nie jest – skrzywiła się kobieta. – Przecież nie ma żadnej wojny. Więc wszedł pan tutaj bezprawnie. To się nazywa wtargnięcie.

– Obawiam się… – generał uśmiechnął się dobrotliwie. – Obawiam się, że w to miejsce informacje docierają z opóźnieniem. Dzisiaj, późnym popołudniem dokonano aktu agresji na nasz kraj. Nieoficjalnie jesteśmy w stanie wojny z naszym wschodnim sąsiadem. Z Wielką Rosją. Rano ta wiadomość zostanie podana do wiadomości publicznej. Tylko że wtedy już będzie za późno.

– Za późno? O kurwa! – pani kapitan zaklęła bezceremonialnie. – To mamy problem.

– Dokładnie.

– Tak się składa… – Ostrowska nagle uśmiechnęła się szeroko. – Tak się składa, że problemy to moja specjalność.

Rozdział 1

Coś się zaczyna…

Dopadli ją o świcie, gdy zmęczona wielogodzinną tułaczką po bezdrożach, oszołomiona nadmiarem obrazów, dźwięków i zapachów bombardujących jej zmysły trwała w głębokim śnie. Zupełnie obojętna na wszelkie zewnętrzne bodźce padła bez sił, kiedy tylko słońce schowało się za horyzontem. Zdołała jeszcze wpełznąć do niewielkiej kryjówki utworzonej przez zwalisko skamieniałych drzew i zasnęła zwinięta w kłębek. Przestała już odczuwać drżenie mięśni nienawykłych do długotrwałego wysiłku. Nawet ból rany w udzie, głębokiego rozcięcia, które powstało, kiedy wpadła do jamy pełnej ostrych i twardych korzeni martwego drzewa, zdawał się pulsować coraz słabiej, by w końcu zniknąć zupełnie. Rozcięcie powoli pokrywało się skorupą skrzepłej krwi, a pod zamkniętymi powiekami dziewczyny przewijały się wizje scen zapisanych w umyśle.

Jeden widok ostatecznie zdominował pozostałe. Śniło się jej, że znalazła się w dziwnym pomieszczeniu z oknami zasłoniętymi przez zewnętrzne, szerokie, stalowe żaluzje. Półmrok i szare ściany ozdobione łatami łuszczącej się farby sprawiały, że pokoik wyglądał odpychająco, mimo że ktoś starał się nadać mu wrażenie przytulności. Stary, zniszczony fotel, stolik z szachownicą, przypadkowo dobrane obrazki zasłaniające fragmenty nagiego muru i staroświecki regał zastawiony książkami stanowiły cały wystrój wnętrza. Było coś jeszcze. Sięgnęła pod poduszkę i dotknęła palcami zimnego przedmiotu, którego obecność wyczuła już wcześniej. Kiedy wyciągnęła broń i zacisnęła palce na rękojeści, usłyszała czyjś głos. Nie dobiegał z zewnątrz, jak rozmowy osób, krzątających się wokół niej. Ten głos był inny, zdawał się wypełniać jej głowę, rozlegać gdzieś w środku. Po chwili dostrzegła to coś.

Straszydło wyłoniło się z mroku panującego w pokoju, a ogniki żarzących się oczu były doskonale widoczne między strąkami brudnych włosów zasłaniających twarz. Wizja była wyrazista, a jednak zdecydowanie nierealna. Dziewczyna odbierała obecność tej przerażającej istoty jakby na falach snu. Wiedziała, że wystarczy się zbudzić, by przerwać ten majak, lecz nie miała siły. Czuła się obezwładniona, choć zdawała sobie sprawę, że wpatrujące się w nią oczy nie są prawdziwe. Nagle głos widziadła ułożył się w słowa, które rozległy się wprost w jej głowie i nie sposób było się im oprzeć.

„Uciekajcie!” – usłyszała. „Oni zabiją was wszystkich. Uciekajcie natychmiast!”

Chwilę później przebudziła się w tym samym pokoiku. Dostrzegła znajome kształty nielicznych mebli, ale zmienił się jeden szczegół. Obok okna stała stara kobieta i wpatrywała się w nią pełnym niedowierzania wzrokiem. Dziewczyna z wysiłkiem usiadła na polowym łóżku, na którym spała od tak dawna, zerknęła na stojącą tuż obok szachownicę i z pewnym wahaniem przesunęła dwie białe figurki, dając mata czarnemu królowi. Poczuła nieodparte pragnienie, by wykonać właśnie ten konkretny ruch, chociaż nie wiedziała, jaki jest jego sens, nie pamiętała zasad tej gry.

– Uciekajcie – wychrypiała do kobieciny, która opadła na fotel i nadal wpatrywała się w nią osłupiała i przestraszona. – Oni tutaj idą. – Starała się wyjaśnić przesłanie straszydła ze snu. Sięgnęła pod poduszkę i chwyciła pistolet, który wydawał się znaczne cięższy niż w wizji przed chwilą, po czym spojrzała na kobietę znieruchomiałą na fotelu. – Uciekajcie natychmiast – chciała krzyknąć, ale z jej gardła wydobył się jedynie szept.

Z trudem wstała i, przytrzymując się ścian, ruszyła ku wyjściu. Bezwiednie chwyciła skórzaną kurtkę, wiszącą obok drzwi i nacisnęła klamkę. Piętro niżej z trudem łapała powietrze, nogi jej się trzęsły, a broń zaczęła ważyć tonę. Zacisnęła usta i postawiła kolejny krok i jeszcze jeden. Po chwili kolejny, następny, piąty i szósty, i dziesiąty. Kiedy opuściła budynek, oślepiające słońce zmusiło ją do opadnięcia na kolana. Miała ochotę wrócić do pokoiku i pogrążyć się w śnie. Albo obudzić się. Nie umiała rozpoznać tego, co realne. Umysł płatał figle, mieszając jawę ze snem. Palące powietrze, wypełniające płuca i całkiem materialny, rzeczywisty piasek pod palcami sprawiły, że odnalazła w sobie siłę i ruszyła dalej. Dokąd? Tego nie wiedziała. Wiedziała natomiast, że musi unikać ludzi, przynajmniej dopóki nie dojdzie do siebie i nie ogarnie mętliku w głowie. Jakiś zmysł podpowiadał jej, jaką drogę ma wybrać, gdzie się przyczaić. Kluczyła, zmieniała kierunki, ciągle podążając na zachód, w stronę gasnącego z każdą chwilą słońca. Cały czas czuła, że ktoś nieustępliwie podąża jej śladem, ktoś, kto stanowi śmiertelne zagrożenie i bezwzględnie dąży do zrealizowania swojego celu.

Ten ktoś dopadł ją o świcie.

Zbudziła się zdezorientowana i przerażona, gdy silne dłonie zacisnęły się na jej kostkach i brutalnie wyciągnęły z kryjówki. Zdążyła jeszcze chwycić pistolet i wycelować prosto w głowę napastnika. Dostrzegła zdziwienie w jego oczach. Twarz ukryta za kominiarką pozostała niewidoczna, tajemnicza i groźna nawet wtedy, gdy dziewczyna pociągnęła za spust. Ciszy poranka nie przerwał odgłos wystrzału i dziewczyna zdała sobie sprawę, że ten wystrzał nigdy nie padnie. Inne brutalne dłonie wyrwały jej broń, wbiły głowę w piaszczyste podłoże, wykręciły ręce i zapięły na nadgarstkach plastikowe kajdanki zaciskowe, a usta zakleiły taśmą.

Chwilę później rozpętało się piekło.

* * *

„Wszystko się skomplikowało” – pomyślał długowłosy, brodaty mężczyzna, przyglądając się z zaciekawieniem i fascynacją dziewczynie, leżącej wśród zakrwawionych trupów. Jego intensywnie niebieskie oczy obserwowały, jak to wątłe i kruche stworzenie próbuje obrócić się na bok i usiąść. Skrępowane za plecami ręce skutecznie utrudniały poruszanie, a plastikowe opaski wbijały się w nadgarstki przy najmniejszym ruchu. Przyklęknął przy niej i odgarnął jej jasne, pokryte krwią włosy. Wytarł pojedyncze, czerwone kropelki z ładnej, gładkiej twarzy i szybkim ruchem zdarł taśmę z jej ust. Na moment zapiekły ją wargi, ale on nakrył je dłonią i gestem nakazał milczenie. Zapach jego palców – męski i słodki – obudził w niej jakieś wspomnienia. Przypomniał jej o czymś z przeszłości, czymś nieokreślonym, za czym nagle zatęskniła. Zadrżała, gdy oderwał rękę od jej ust i zbliżył do swoich, jakby również próbując poznać jej smak i zapach. Wyłowił wzrokiem jej spojrzenie i chwilę się sobie przypatrywali. Nagle się poruszył i w jego drugiej dłoni dostrzegła nóż. Miał krótkie ostrze, a w niewielkiej rękojeści otwór, w który prawdopodobnie wkładało się palec wskazujący. Przeszył ją lęk, mężczyzna jednak wstał, a nożyk zniknął gdzieś pod jego ubraniem. Rozejrzał się, jakby szacując straty, i skrzywił się niezadowolony. Znów spojrzał na dziewczynę swoimi nienaturalnie niebieskimi oczami.

– Ręce – szepnęła bezgłośnie, ale on pokręcił głową.

Nie miał najmniejszego zamiaru jej uwalniać. Teraz miał coś ważniejszego na głowie. Musiał przeszukać trupy w czarnych uniformach. Nie czuł wstrętu ani strachu, kiedy obmacywał pokryte krwią ciała. Robił to już dawniej, w czasach, o których wolałby zapomnieć. Westchnął, odegnał nękające go demony przeszłości i skupił się na swojej robocie. Zabrał broń i zawartość kieszeni mundurowych, po czym odciągnął zwłoki na bok. Podobnie potraktował dwóch nieboszczyków w skórzanych kurtkach. Jedną z nich – mniej zachlapaną krwią – postanowił sobie zatrzymać. Jej właściciel, Łata, na pewno nie miałby nic przeciwko temu. Już nie była mu potrzebna. Kiedy niebieskooki mężczyzna założył ciężką, nabijaną ćwiekami ramoneskę, poczuł się pewniej. Zacisnął pięści i odetchnął głęboko.

Dziewczyna dostrzegła znak, naszywkę na rękawie kurtki przedstawiającą trupią czaszkę ze skrzyżowanymi pod nią dwoma pistoletami. Znajomy, widziany kiedyś symbol, który sprawił jej tyle bólu, tyle cierpienia… Kolejne wspomnienia ożyły w jej głowie, nie mogąc jednak pokonać jakiejś granicy, jakiegoś muru emocji. Nie potrafiła sobie przypomnieć, skąd pochodziło to odczucie, któremu towarzyszył niepokój, a nawet strach. Jęknęła cicho, ale niebieskooki miał świetny słuch. Spojrzał na nią z uwagą.

Dziwił się, że dziewczyna zaszła tak daleko boso i w porwanej kiecce, przypominającej bardziej koszulę nocną, odsłaniającą jej poranione nogi. Całe szczęście, że miała na sobie starą skórzaną kurtkę… Mężczyzna wzruszył ramionami i zaczął kopać dół, wykorzystując kolbę jednego z karabinów w charakterze saperki. Z trudem wygrzebał płytką jamę w piaszczystym podłożu i ulokował w niej całą czwórkę sztywniaków. Mogiłę obficie przysypał piachem i poskakał na kopczyku, ugniatając miejsce ich ostatniego spoczynku, które dodatkowo przygniótł kamieniami. Nie chciał, żeby jakieś wygłodzone bestie urządziły sobie kolację i przy okazji zbyt wcześnie wyciągnęły trupy na światło dzienne. Otrzepał ubranie, jeszcze raz zlustrował pole walki i z zadowoleniem wetknął w usta skręta. Chwycił dziewczynę w pół i zarzucił sobie na ramię niczym szmacianą lalkę. Ważyła niewiele, a on do ułomków nie należał. Drugą ręką podniósł pakunek z bronią i fantami, który zrobił z bluzy mundurowej jednego z truposzy.

Ostrożnie stawiał kroki pomiędzy zdradliwymi pniakami i szerokim łukiem omijał karpy z ich sterczącymi we wszystkich kierunkach, ostrymi i twardymi korzeniami. Zastanawiał się nad nową sytuacją, w której się znalazł. Myślał też o nowej towarzyszce podróży, którą zesłał mu los. Mimowolnie uśmiechnął się, bo właściwie nie wierzył w zrządzenia losu, a już na pewno daleki był od przyjmowania ich z pokorą. Zupełnie inaczej traktował siły natury, będące dla niego wielką tajemnicą, źródłem siły i inspiracją do rozmyślań. Czuł jedność z tą pierwotną energią, która ostatecznie pokonała zgubne skutki Rozbłysku. W końcu nie bez przyczyny mówili na niego Dzikus. Pojawiał się wśród ludzi jedynie wtedy, kiedy musiał. Jego domem był odradzający się las i tam czuł się najlepiej. Tropił, polował na zmutowaną zwierzynę i zabijał te wybryki natury, wymieniając chodliwe części ich ciał na najpotrzebniejsze towary.

Kilkanaście godzin wcześniej nawet by nie pomyślał, że zostanie zwycięzcą pewnej potyczki – jedynym zwycięzcą, który nie kiwnął palcem, by wyeliminować zarówno wrogów jak i sojuszników. A i tak wygrał. Miał dziewczynę, swoje trofeum i cel poszukiwań. O ile to rzeczywiście była ona. Pozostawało mu wierzyć, że Czarni raczej znali się na swojej robocie i wyśledzili właściwą osobę. A on wyśledził właściwych Czarnych. Nie miał rozeznania w miejscowych rozgrywkach i walce o wpływy. Nie interesowały go te sprawy. Przyjął zlecenie wytropienia dziewczyny i natychmiast pożałował decyzji. Wielokrotnie przeklinał swoją głupotę, ale wewnętrzna dyscyplina i poczucie uczciwości nie pozwalały mu się wycofać. Przeszukiwał to przeklęte miejsce z dwoma rzezimieszkami przydzielonymi przez mocodawcę, choć marzył jedynie o ucieczce ze skamieniałego lasu. Zabawa w podchody zrobiła się na dodatek niebezpieczna, kiedy do gry weszli uzbrojeni po zęby konkurenci.

Dzikus wpadł na ich trop wczesnym popołudniem poprzedniego dnia. Ciesząc się cieniem skamieniałych drzew, razem ze swoimi nowymi kompanami próbował ustalić plan działania. Rozgrzane wnętrze pomalowanego w maskujące łaty UAZ-a Patriota niespecjalnie nadawało się do spędzana południowej sjesty. Gorąco kabiny potęgowały blachy wspawane w miejsce tylnych szyb. Wzmacniany przedni zderzak pokrywały plamy krwi i strzępy sierści zwierzęcia, które wpadło im pod koła zeszłej nocy. Na szczęście przednią i boczne szyby osłaniała solidna siatka, więc truchło stwora, w którym rozpoznali zmutowanego wilka, nie zmiażdżyło ich w aucie, lecz przekoziołkowało po karoserii ostatecznie wgniatając tylko dach.

Dzikus kupił swojego UAZ-a po drugiej stronie Bufora za sproszkowane jądra właśnie jednego z tych wielkich wilków. Wywar z ich klejnotów rzekomo znacząco podnosił siły witalne mężczyzn, dodając przy tym odwagi i waleczności. Niebieskooki nie wierzył w skuteczność ekstraktu, ale znał jego silne właściwości narkotyczne, przy czym słowo „silne” nie oddawało w pełni efektów skutków ubocznych eliksiru. Oczywiście specyfik należało wzmocnić autorską mieszanką ziół i Dzikus czynił to bez żadnych skrupułów. Słyszał też o pewnym rodzaju wilczego mutanta, przypominającego bardziej człowieka i chodzącego na dwóch nogach. Kiedyś zapuścił się na tereny, na których podobno żyły te bestie i rzeczywiście, coś złapało się w jego wnyk. Niestety po sidłach zostały jedynie strzępy. Zawsze zastanawiał się, ile dostałby za wyciąg z jaj takiego stwora, ale darował sobie dalsze poszukiwania.

Niebieskooki zerknął na sufit kabiny i jeszcze raz ocenił wgniecenia. Po chwili wzruszył ramionami. Uszkodzenia pojazdu były w tej chwili jego najmniejszym problemem.

– Wszystko się skomplikowało. – Dzikus podpalił grubego skręta i wypuścił krąg dymu. – Nic na to nie poradzimy.

– Według mnie jesteśmy tutaj. – Palec mężczyzny, o twarzy pobrużdżonej bliznami i uszach dziwnie przylegających do skóry głowy, spoczął na zniszczonej mapie, którą studiował od dłuższego czasu.

– Kurwa – jego kompan, o skórze pokrytej plamami podobnymi do pozostałości oparzeń, splunął. – Znawca się znalazł! Ta mapa leży do góry nogami, kurwa twoja mać!

– Zamknij twarz – warknął ten z bliznami, ale odwrócił wymiętoszony plan.

– Gówno się znasz na nawigacji. Nie znalazłbyś śladu po kopniaku na własnym zadku. Nie wiem, dlaczego muszę się męczyć z takim bezużytecznym kmiotem. Bo tym właśnie jesteś. Bezużytecznym kmiotem.

– Nie, Łata. – Pokręcił głową Dzikus i zaciągnął się głęboko. – Ryba przynajmniej próbuje coś robić. A ty jedynie klniesz i żłopiesz gorzałę.

– Właśnie! – Ryba oderwał wzrok od mapy i wyszczerzył się w szczerbatym uśmiechu. – Właśnie.

– Ogólnie rzecz biorąc, zgubiliśmy się. – Kolejne kółko z dymu zawirowało w powietrzu. – To się zdarza najlepszym.

– Precyzując – wycedził Łata. – To ty się zgubiłeś. Miałeś być naszym pierdolonym przewodnikiem. My jesteśmy od brudnej roboty. Tymczasem ty siedzisz i palisz to gówno. I to na okrągło. Mamy zadanie do wykonania. Przypominam, gdybyś zapomniał.

– Mam doskonałą pamięć – odparł Dzikus, zaciągając się głęboko. – I zawsze wywiązuję się ze zobowiązań. Rozumiem, że w końcu chcielibyście się wyspać w porządnym łóżku, zjeść coś dobrego na obiad i przerżnąć czystą dziewuchę. No… w miarę czystą. Ale, jak już mówiłem, chwilowo się zgubiliśmy…

– A kiedy się już odnajdziemy, spodziewaj się kucia mordy – splunął Łata. – Czy ty, kurwa, nie rozumiesz, że nie chcę oglądać świata z poziomu żerdzi, na którą szef zatknie mój łeb, jeśli wrócimy z pustymi rękami?!

– Dlaczego niby mielibyśmy wrócić z pustymi rękami? – ziewnął Dzikus.

– Bo nie dowierzam twoim umiejętnościom tropiciela?

– To było pytanie, czy stwierdzenie?

– Kurważ jego mać, pierdolony filozof się znalazł.

– Tak, to tutaj jesteśmy – wtrącił Ryba, pukając palcem w mapę. – Jestem pewien.

– Jutro znajdę ich trop – pokiwał głową Dzikus. – Jutro rano.

– Jutro rano może być za późno – zauważył Łata, odganiając ręką kłąb dymu. – Możesz zgasić to śmierdzące gówno? Zaczyna mnie drażnić.

– Ostatnio wszystko cię drażni. Jak już powiedziałem, znajdę trop rano. O świcie świat wygląda lepiej.

– Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że Czarni gdzieś tu są?

– Aha.

– Jeśli znajdą ją wcześniej niż my, mamy przechlapane.

– Szef pewnie będzie niezadowolony… – Dzikus ziewnął.

– Będzie, kurwa, niezadowolony?! – wybuchnął Łata, a plamy na jego twarzy nabrały intensywności. – Niezadowolony?! Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz? Że to jakaś pierdolona ciuciubabka?! Pozwól, że ci wyjaśnię, na czym stoimy. Jeśli Czarni dorwą dziewuchę przed nami, możemy nie wracać do domu. A i tak ktoś wyśle za nami swoje psy gończe. Te nas znajdą, bo są na tym świecie lepsi tropiciele niż ty.

– Pewnie są. – Dzikus ziewnął ponownie.

– Nie chcę przez ciebie zdechnąć. Potrafisz to zrozumieć? O tak wiele proszę? Dostaliśmy szansę na nowe życie. Gdybyś miał wybierać między zapchlonym materacem i smrodem współskazańców, a własnym kątem, to jaka byłaby twoja decyzja?

– Zależy od wielkości tego kąta… – zauważył tropiciel.

– Nie w tym rzecz – włączył się Ryba, który wysiadł z auta i odszedł kilka kroków, rozpinając rozporek. – Chodzi o sprawiedliwość. Godne życie należy się nam jak kurwa mać. O żeż kurwa mać!

– Co jest? – zainteresował się Dzikus, zaalarmowany nagłą zmianą tonu jego głosu. – Oszczałeś sobie nogawki czy jak?

– Nie, kurwa. Tu są ślady stóp!

– Tak. Twoich idioto – warknął Łata.

– Ja nie chodzę boso – zauważył Ryba.

Dwaj mężczyźni błyskawicznie dopadli do kolegi i wbili wzrok w naznaczone świeżą plamą moczu podłoże.

– Ma rację – mruknął Dzikus i rozejrzał się czujnie. – Stopa drobnej kobiety. Ślad dosyć świeży.

– To może być ona? – Wzrok Łaty błądził po twarzach towarzyszy. – Dzikus?

– Zbieramy się. – Kolejny kłąb dymu zawirował w powietrzu. – Nie ma czasu do stracenia. Jeśli my ją wyśledziliśmy, to Czarni na pewno są niedaleko. Ryba?

– Tak?

– Może byś tak w końcu schował interes i zapiął rozporek?

Mężczyźni ruszyli od razu, mając świadomość, że każda stracona chwila zwiększa dystans dzielący ich od celu łowów. A cel poruszał się bez jakiejkolwiek marszruty. Wydawało się, że dziewczyna kluczy bezsensownie – albo się zgubiła, albo robi to umyślnie. Tak czy siak, jej zachowanie uniemożliwiało przewidzenie właściwego kierunku podróży. O zmierzchu Dzikus zgubił jej trop i cała trójka jak niepyszna wróciła do UAZ-a, by podjąć dalsze poszukiwania nazajutrz o wschodzie słońca. Ulokowali się w kabinie, która pełniła ostatnio funkcję ich sypialni, jadalni i spiżarni jednocześnie.

– Właściwie… – Tropiciel przełknął porcję mielonki z konserwy, pamiętającej jeszcze stare, lepsze czasy. – Właściwie, co jest grane z tą dziewczyną? Co to za jedna?

– Tatko ci nie mówił? – Łata zerknął na Rybę, który zrobił głupią minę i wbił brudne palce w zawartość swojej puszki.

– Generalnie nie wnikam w podobne kwestie. Robię swoje, kasuję należność i znikam. Ale z powodu tej dziewczyny zrobiło się tutaj dosyć tłoczno i niebezpiecznie. Ja tam bym wolał wiedzieć, kogo szukam. I ile ten ktoś jest wart dla zleceniodawcy. Ot, tak na wszelki wypadek. Skoro komuś tak bardzo na niej zależy, że wysyła za nią trzech ludzi, to albo jest jego kochanką, albo córką.

– Brawo, kurwa! – Ryba z uznaniem pokiwał głową i beknął donośnie.

– Może nie jesteś tak głupi, za jakiego cię miałem – Skrzywił się Łata. – Szukamy latorośli, dziedziczki, kochanej córuchny ojczulka, psia ją w dupę mać.

– Pokłócili się czy co?– zastanawiał się tropiciel.

– To nie tak. Stary szuka jej od kilku ładnych lat. Dziewucha dała dyla z jednym chłopakiem od nas, dawnych bojowców, starej gwardii. To były czasy! Żyło się intensywnie, wdychało zapach śmierci, gwałciło wszystko, co się rusza i na drzewo nie spierdala.

– Najwyraźniej coś się zmieniło.

– Ten skurwiel, Maksymilian, zdradził nasza sprawę – wycedził Łata. – I wszystkich nas, noszących z dumą znak czaszki ze skrzyżowanymi pistoletami, wyrzucił z Białego Miasta. Potraktował nas jak psy, parszywe psy. Teraz mamy szansę zagrać z nim naszymi kartami. I będziemy mieć asa w rękawie.

– Maksymilian? Więc szukamy jego córki?

– Dokładnie. Widzisz, zostało nas – starych bojowników – niewielu. A tylko kilku z nas wiedziało, jak Lena właściwie wyglądała.

– Lena? Więc tak ma na imię?

– Aha. Ładna była z niej dupa. Tego dnia, gdy zniknęła, przypuściliśmy ostatni szturm na Śródmieście. Białe Miasto jeszcze nie istniało, choć miało powstać lada chwila właśnie tam, na gruzach i kościach dawnych mieszkańców.

– Mieszkańcy Śródmieścia raczej nie byli zadowoleni.

– Niespecjalnie okazywali swoje uczucia, kiedy podrzynaliśmy im gardła. Zresztą… Ktoś inny zadecydował o ich przyszłości.

– Przywódcy Śródmieścia sprzedali własnych ludzi Maksymilianowi – wyjaśnił Ryba.

– Sprzedali ich życie, a on kupił ich śmierć. Takie czasy – zauważył Łata, odrzucając pustą puszkę. – Albo my ich, albo oni…