Strona główna » Obyczajowe i romanse » Shit still happens everyday

Shit still happens everyday

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7859-639-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Shit still happens everyday

Shit still happens everyday ... to kolejna część cyklu o komicznych perypetiach losu Zacharego Porębskiego, zakompleksionego cynika po trzydziestce oraz nieprzeciętnego grona jego rodziny i przyjaciół. Tym razem opowiadanie skupia się ściśle na przedstawieniu roku fundamentalnych przemian w życiu naszego bohatera, w sferze zawodowej, materialnej oraz uczuciowej. Zack nauczy się łączyć noszenie krawatu z trampkami, na własnych nozdrzach przetestuje woń środka przeciwpchelnego i drastycznie poszerzy swoją wiedzę na temat zagadnień uważanych powszechnie za co najmniej wstydliwe. Będzie musiał także stawić czoła swojemu biseksualizmowi i poważnie rozważyć potrzebę comming out'u.

Nie zabraknie również Wacka, a to już reklama sama w sobie.

Polecane książki

Tajemnica, która nosi znamiona cudu, czy próba morderstwa? W 1850 roku mieszkańców małej wioski w Irlandii zadziwia osobliwy post Anny O’Donnell, który rozpoczyna się jako dobrowolne i żarliwe wyznanie wiary. Po kilku tygodniach spożywania wyłącznie tego, co O’Donnell określa jako „mannę z nieba”, ...
  Osiemnastoletnia Wiśnia rozpoczyna studia, które wymarzyli dla niej ambitni rodzice. Już w pierwszym tygodniu zajęć uświadamia sobie, że to chybiony kierunek. Zamienia się więc z przypadkowo poznaną dziewczyną. Tą pierwszą niezależną decyzją Wiśnia z impetem wchodzi w dorosłość. Wymykając się spod...
Sztuka "Salome" Oscara Wilde'a została wydana w Paryżu w roku 1891. Najbardziej znanym polskim przekładem tego utworu jest tłumaczenie Leona Choromańskiego i Janiny Kruczyńskiej. Obecnie wydany przekład jest niemal nieznany i stąd może być interesujący zarówno dla miłośników twórczości Wilde'a j...
„Cywilizacja traw” ukazuje wpływ, jaki na rozwój ludzkości wywarły udomowienie roślin i narodziny rolnictwa.   Bez roślin, a zwłaszcza traw, nasza historia z pewnością potoczyłaby się inaczej.   Fundamentalne znaczenie decyzji podjętej przez naszych przodków ...
Przedsiębiorca może zaliczyć dany wydatek do kosztów uzyskania przychodów, jeśli łącznie spełnione są następujące warunki: pozostaje w związku przyczynowym z przychodem lub źródłem przychodu, jest poniesiony w celu osiągnięcia przychodu lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodu, nie znaj...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa ZoeRocks

SHIT STILL HAPPENS EVERYDAY …

by

ZoeRocks

© Copyright by ZoeRocksProjekt okładki ZoeRocks

ISBN 978-83-7859-639-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie bądź kopiowanie całości lub części publikacjizabronione bez pisemnej zgody autora.

Książka jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwa do osób i zdarzeń rzeczywistych są przypadkowe.

WSZELKICH WYPOWIADANYCH PRZEZ BOHATERÓW OPINII O CHARAKTERZE ŚWIATOPOGLĄDOWYM NIE NALEŻY UTOŻSAMIAĆ Z OPINIAMI AUTORKI.

OD AUTORKI

Zack, który jako fikcyjna postać literacka narodził się w 2008 roku, doczekał blogowego opowiadania i własnego e-booka, wciąż uparcie mnie prześladuje, zmuszając, abym nie pozwoliła niedopowiedzeniom trawić jego przyszłości. Dziś oddaję w wasze ręce kolejną część serii o życiowych perypetiach Zacharego Porębskiego i nie gwarantuję, że jest to część ostatnia.

Zack potrafi być naprawdę bardzo upierdliwy …

Tym razem, w formie rozbudowanego opowiadania, chcę przedstawić wam rok z życia Zacka. A wierzcie mi, był to naprawdę pełen wrażeń rok dla naszego ulubionego cynika i jego najbliższych. Mam nadzieję, że z chęcią dowiecie się jak potoczyła się znajomość Zacka z Jude i jakim finałem zakończył się jego wyjazd do Francji. Aczkolwiek nie o Francji i nie o Jude jest ten wycinek losów naszego bohatera.

Zack zamyka pewien etap w swoim życiu i rozpoczyna kolejny. Czy lepszy? Czas pokaże.

Życzę udanej lektury 🙂

1.

27 grudzień

Wylądowałem na lotnisku w Pyrzowicach i z satysfakcją odetchnąłem swojskim, polskim powietrzem. Gdzieś głęboko, podświadomie czułem, że jakiś etap w moim życiu się skończył, ale nie byłem jeszcze świadom, jak bardzo to przeczucie okaże się trafione. Z wypchanym po brzegi turystycznym plecakiem, do którego w pośpiechu upchałem wszystkie swoje łachy i płyty, spacerowałem po lotniskowych korytarzach, mijany przez rzesze ludzi w nerwowych, noworocznych nastrojach. Cieszyłem się niezmiernie, że w tym roku minęła mnie świąteczna gorączka w polskich hipermarketach. Oklepane kolędy z nieśmiertelnym „Last Christmas1”, oczojebne ozdoby choinkowe i niekończące się tłumy, piętrzące się przy korytach z przecenionymi produktami. Istny koszmar. Człowiek, który 22 grudnia dochodzi do wniosku, że miło byłoby uzupełnić zapas piwa i prażynek, popełnia największy błąd swojego życia, stercząc ze skromnie zapełnionym wózeczkiem, w kilometrowej kolejce, w otoczeniu zombie owładniętych świątecznym szałem. Niejednokrotnie znajdowałem się w skórze takiego jegomościa, dopóki życie nie nauczyło mnie zaopatrywania się w piwo w bardziej neutralnych porach roku. Na przykład latem, tudzież wczesną jesienią. Już od kilku lat myślałem strategicznie i przebiegle, unikając odświętnie wystrojonych centrów handlowych, poprzebieranych Mikołajów i powtórek przygód o gówniarzu Kevinie2, z irytująco tępym wyrazem twarzy. Cieszyłem się niezmiernie z mojej zaradności, dopóki nie dostrzegłem w tłumie sylwetki Henryka, w porażająco czerwonej czapie, z wielkim, białym pomponem. Poczciwy chłopina pomachał do mnie i nawet lekko podskakiwał, nieświadom faktu, iż mimo świątecznych ozdób tu i ówdzie, na tle poszarzałego tłumu wyróżniał się dość znacznie.

– Jak minęła podróż? – zagadnął wesoło, gdy podszedłem do niego i wymieniliśmy uścisk dłoni.

– A jak mogła minąć podróż w klasie ekonomicznej, z bandą podchmielonych rodaków? Było głośno, śmierdząco i nieapetycznie. Nieapetycznie, zważywszy na żarcie, które mi zaproponowano.

– No tak, jedzenie w samolotach nie cieszy się zbyt dobrą sławą – Heniek przytaknął zmartwiony, po czym poklepał mnie po brzuchu. – Nic się nie bój. Zostało mnóstwo jedzenia ze świąt. Minnie przygotowała same specjały.

– Właśnie dlatego się boję.

– Trochę zaufania do umiejętności kulinarnych twojej matki, Zack. Jest po stokroć lepiej niż było – Heniek puścił do mnie oko, wspominając zapewne czasy, gdy Minnie raczyła go na wpół surowym mięsem i jajecznicą ze skorupkami. Szczęściarz, nie musiał przynajmniej, jak ja w młodości, zajadać się zupami, przy których szczawiowa stanowiła kwintesencję pożywności i rozkoszy dla podniebienia.

– Szkoda, że nie spędziłeś z nami świąt. Za granicą chyba nie obchodzi się ich zbyt rodzinnie?

– Cóż … moje tegoroczne święta przypominały bardziej brazylijską paradę, ale wolałbym o tym nie wspominać.

Naprawdę bardzo, bardzo nie chciałem.

– Ale przynajmniej obejrzałeś sobie wieżę Eiffla.

– Tak. Przerdzewiałą konstrukcję, która z bliska wygląda, jakby zaraz miała runąć na ziemię – stwierdziłem zgryźliwie, przypominając sobie swoje wrażenia z wędrówek krajoznawczych po sławetnej stolicy mody i romansu. Ani jedno, ani drugie mnie nie interesowało, więc odczucia, z wiadomych przyczyn, okazały się daremne.

– Nie mogło być, aż tak źle!

– Nie no, było znośnie – zapewniłem, marząc o zmianie tematu i nie żywiąc złudzeń, że matka nie zaatakuje mnie niewygodną serią pytań, na które nie chciałem odpowiadać. – Nie ma o czym dywagować.

– No dobrze, dobrze. Jak tam chcesz, Zack. Wiedz, że jesteś u nas bardzo mile widziany. Minnie miała przygotować twój stary pokój, ale troszkę się z tym guzdrała.

– W porządku. Mogę spać na kanapie – zapewniłem, nie zamierzając na chwilę obecną wracać do domu okupywanego przez opiekunka i jego zabójczo czarne oczęta latynoskiego amanta. – Mogę mieszkać nawet w swoim domku na drzewie, z czasów dzieciństwa.

– Nie bądź śmieszny, chłopie – Heniek zarechotał głośno i wsiadł do samochodu, czekając aż usadowię się wygodnie na miejscu pasażera. – Nie ma w tym roku mrozu, ale to i tak warunki nieodpowiednie do biwakowania.

– Przy dobrze dobranej dawce alkoholu, hipotermia mi ni grozi.

– Spanie na dworze na szczęście też nie.

Mhm, jasneeeeee.

2.

Styczeń

Miałem cudowny sen. Śniło mi się, że zostałem piątym Beatlesem i wraz z chłopakami zagrałem przełomowy koncert na stadionie Shea Stadium, chłonąc każdy odgłos pięćdziesięciotysięcznego tłumu. Wymieniałem porozumiewawcze uśmiechy z Johnem, Ringo oraz Paulem, i po raz pierwszy w życiu, czułem się naprawdę cholernie szczęśliwy. To nic, że grałem na karykaturalnie małej trąbce, na widok której George co chwilę głośno parskał. Byłem tam, gdzie zawsze być chciałem. Na scenie … w towarzystwie Królów Rock’n’rolla. Beztroski i spełniony, do mementu, w którym w perfekcyjne nuty naszych hitów wdarł się irytujący dysonans.

– Zack! – dobiegający z tłumu krzyk, zwrócił moją uwagę na wychudłego chłopaka, z burzą utapirowanych włosów. – Zack!

Stworzenie darło się i przeciskało przez rozwrzeszczanych fanów, człapiąc na komicznie patykowatych nogach, dopóki nie dotarło pod samą scenę, z dezaprobatą spoglądając mi w oczy.

– Zack!

– Czego?! – wydarłem się wściekle, odrzucając z impetem trąbkę, która zamiast na parkiet sceny, walnęła w coś metalowego … co okazało się być stertą zgniecionych puszek po piwie. Trąbka także okazała się być puszką.

– Zack! – na jawie głos Dawida był po stokroć bardziej irytujący, niż jego darcie mordy we śnie. Głównie dlatego, że przez jego nieproszoną mać, wspólne granie z Beatlesami pozostało jedynie blednącym, sennym wspomnieniem.

– Głuchy jesteś? – odwrzeszczałem, wystawiając łeb przez dziurę w drewnianej ścianie. – Zapytałem „czego”!

– Co ty u licha wyprawiasz? – Szmit zażądał odpowiedzi, spoglądając na mnie z poziomu trawnika, ze swoją ulubioną, karcącą miną. Jakbym był pieprzonym przedszkolakiem.

– Dopóki nie przylazłeś smacznie spałem.

– Od kiedy jesteś w kraju?! Dlaczego nie zadzwoniłeś ?! – zignorował moje wyrzuty i począł z niechęcią spoglądać na wątłą, drewnianą drabinkę.

Byłem ciekaw, czy zdecyduje się po niej wspiąć, nie chcąc zedrzeć sobie gardła przed późniejszym obciąganiem fiuta swojemu przełożonemu.

– Od piątku. I nie jestem spłukany – odpowiedziałem, wprawiając go w błyskawiczną konsternację.

– Że co?

– Odpowiadam na twoje cholernie wymagające pytania. W kraju jestem od piątku i nie dzwoniłem, bo nie jestem spłukany.

– Ależ z ciebie dupek! – Dawid warknął urażony, jakby dopiero teraz dowiedział się, że spędzam z nim czas głównie dla kasy. Gdy przyciśnie mnie bieda i nie mam na piwo.

– Czemu zawdzięczam twą wizytę? Minnie cię nasłała? – zapytałem, chowając głowę do wnętrza chatki. Czekałem, aż Dawid wgramoli się po nieszczęsnej drabince z cichą nadzieją, że jednak któryś szczebelek się pod nim złamie i spadnie na dupsko z wielkim hukiem. Uśmiechnąłem się perfidnie, słysząc jak z westchnieniem irytacji rozpoczyna wspinaczkę.

– Owszem. Minnie powiadomiła mnie o twoim powrocie, skoro ty się nie pokwapiłeś – Szmit stwierdził z wyrzutem, przeciskając się przez ciasne drzwiczki do środka. – Czemu na miłość boską mieszkasz w swoim dziecięcym domku na drzewie?

– Mieszkałem u matki, ale to nie na moje nerwy. Uprawiają z Henrykiem naturyzm. Czerpią energię z dziury ozonowej, czy jakoś tak – odparłem, obwąchując jedyny zachowany w całości kawałek żarła, w kartonie po pizzy. Nie byłem pewien, czy zamówiłem ją poprzedniego wieczora, czy może nieco wcześniej.

– O Boże – Dawid z niesmakiem przełknął ślinę.

– Taaa. Jest jeszcze gorzej, niż za hipisowskiej ery. Teraz jara ją buddyzm, joga i tego typu gówna.

– Wielka szkoda – Szmit stwierdził ze smutkiem. – Byłem pewien, że kwiaty w kolorowych włosach Minnie są czymś równie niezmiennym, jak wschody i zachody słońca. Że przetrwają wszystko …

– … nawet nuklearny kataklizm – zawtórowałem mu równie rozżalony. – Z globalnej zagłady miały przetrwać jedynie bakterie, karaluchy i tęczowy czerep Minnie, z kwiatkiem. Niestety … teraz nosi koki.

Przez chwilę milczeliśmy, po czym Dawid spojrzał na mnie poważnie i otwarł gębę, by zadać TO pytanie. Nie chcąc odpowiadać, trzasnąłem go w wary otwartą dłonią.

– Pojebało cię?! – wrzasnął, plując na wszystkie strony i gorączkowo wycierając usta. – To na pewno ręka od walenia!

– I od analnej palcówki – zapewniłem, nie mogąc darować sobie jego przedzawałowej miny. Podczas rocznego pobytu z Jude we Francji, stęskniłem się za skurczybykiem bardziej, niż za Minnie i zapchlonym Wackiem.

– Zaraz wleje sobie w gardło litr Domestosa, świnio! – Szmit oznajmił z obrzydzeniem i groźnie zmarszczył brwi. – Gadaj dlaczego wróciłeś sam? Co z tobą i Jude?

Westchnąłem niczym rasowy dziadu i osunąłem się na dmuchaną, dziecięcą pufkę.

– Możemy o tym nie gadać?

– Możesz pomarzyć. Mów!

– Jesteś gorszy, niż targowe plotkary – stwierdziłem oskarżycielsko, po czym siląc się na beznamiętny ton, postanowiłem pokrótce streścić mu wyjazd z Jude do Paryża i nasze chwilowe rozstanie. – Francja jest dziwna. Ślimaki obrzydliwe, a kawior śmierdzi rybim dupskiem. To bajka Jude, nie moja. Koniec.

– Kurwa, jaja sobie robisz?! – Dawid, jak Boga kocham, miał ewidentnie ochotę zdzielić mnie w czuprynę. – Gadaj o co poszło. Jude jest skromną dziewczyną, więc nie uwierzę że zaczęła ciągać cię na przyjęcia i zmuszać do żarcia kawioru.

– No może niedosłownie. Ale ja do niej, po prostu, nie pasuję – westchnąłem wściekły, że przyjaciel zmusił mnie do konfrontacji z problemem i jego werbalizacji. – Lecimy na siebie, ale jesteśmy tak diametralnie różni, że na dłuższą metę … zmęczylibyśmy …

– Cały Zack – Dawid stwierdził z rezygnacją. – W obawie przed odrzuceniem woli na wszelki wypadek porzucić pierwszy. Mentalność dwunastolatka. Moje gratulacje.

– To nie tak! – próbowałem się bronić, ale spojrzenie Szmita było na tyle nieustępliwe, iż jedynie sięgnąłem po fajkę. – Chcę mieć święty spokój. Posłuchać rocka, wypić piwko, od czasu do czasu trochę poruchać. Nie nadaję się do światowego życia, nawet jeśli przebiega ono w cieniu reflektorów.

– Miałem nadzieję, że wydoroślałeś.

Ciężko było traktować poważnie pełną dezaprobaty minę Dawida, który musiał garbić się pod niskim zadaszeniem domku na drzewie. Zaproponowałbym mu drugą pufkę, na której siadał w dzieciństwie, ale na skutek chwilowej nieuwagi, przepaliłem ją skrętem i spłonęła.

– Jestem jaki jestem. Już się nie zmienię. Błędem było uwierzenie w to, że mój związek z Jude ma jakąkolwiek przyszłość.

– Ciekaw jestem co ona na to? – Szmit zignorował mój cierpiętniczy wywód. – Chyba zaraz do niej zadzwonię.

– Lepiej nie. Jest wkurzona.

– Ciekawe czemu?

– Już przyjąłem od niej na klatę, ubrane w brzydkie słowa, oskarżenie o niedojrzałość. Nie sądzę, by miała więcej do dodania – zapewniłem, głęboko zaciągając się dymem. – Ale spokojna głowa. Jak ochłonie stanie się bardzo kreatywna. To w końcu artystka-projektantka. Może nawet podpali mi domek na drzewie …

– Czy możesz na pięć minut przestać być dupkiem?

– Problem w tym, że nie. Dupkowatość płynie w moich żyłach. Oddycham nią i wydalam ją …

– Okay, poddaję się. – Dawid uniósł dłonie w poddańczym geście, po czym ruszył w stronę maleńkich drzwiczek. – Zadzwoń jak się ogarniesz. Chcę wiedzieć, co zamierzasz dalej zrobić ze swoim życiem.

– Myślałem nad karierą stracha na wróble – odpowiedziałem z powagą, za co oberwałem jedną ze zagniecionych puszek po piwie.

3.

– Dzwoniłeś do Kukasa? – Minnie zagadnęła mnie, zbiegając po schodach i roześmiała się głośno, gdy z prędkością światła nakryłem swój łeb poranną gazetą. – Jestem ubrana. Słyszałam jak wchodziłeś.

– Wolę zachować środki ostrożności, niż do końca życia obawiać się zmrużyć oko – odpowiedziałem, lekko spozierając zza czarnobiałych łamów Dziennika Codziennego i odkładając go, po pozytywnej weryfikacji słów matki. Musiałem, od czasu do czasu, wygrzać się, napić się kawy i zjeść cokolwiek poza pizzą, więc porzucałem domek na drzewie, aby odbyć niebezpieczną podróż ku lodówce rodzicielki.

– Skąd pomysł, że zamierzam w ogóle dzwonić do Kukasa?

– Kochałeś pracę w sklepie – Minnie stwierdziła, wzruszając ramionami i podsuwając mi pod nos tacę z babeczkami-zjebeczkami, których oczywiście odmówiłem.

– Nie kochałem pracy w sklepie, tylko możliwość opierdalania się i słuchania muzy całymi dniami. Niestety wątpię, że Kukas przyjmie mnie z powrotem, po tym w jaki sposób złożyłem mu wypowiedzenie.

Musiał mieć nietęgą minę, dostrzegając na swoim biurku rysunek malutkiego kutaska z owłosionymi jajkami i drukowanym napisem „ODCHODZĘ”.

– Muszę poszukać czegoś nowego – oznajmiłem, ziewając i po chwili przed moją twarzą znalazła się gazetowa rubryka z nagłówkiem „POSZUKUJĘ PRACY, ZATRUDNIĘ”, podsunięta przez tłuste, włochate łapsko. – Niekoniecznie w tej chwili, Wacek.

Kocisko miauknęło przeciągle, wciąż wściekłe, iż nie odbyło ze mną fascynującej podróży do Paryża i nie nażarło się ślimaków, żab i kawioru. Jakby nie mógł sobie dwóch pierwszych pozycji z listy, po prostu, upolować.

– Zostań instruktorem jogi! – Minnie zaproponowała, z namaszczeniem parząc śmierdzącą moczem, tybetańską herbatkę. – To teraz strasznie na czasie.

– W wieku trzydziestu lat wpychali mi dysk w kręgosłup, a ty myślisz że dam radę wygiąć się jak plastikowy dildos? – zapytałem z niedowierzaniem, dochodząc do wniosku, że z wiekiem naprawdę coraz bardziej jej odbija.

– To nie takie trudne. Wymaga odrobiny praktyki, ale zapewne miałbyś wzięcie – matka kontynuowała z entuzjazmem, podczas gdy Wacek przybrał zniesmaczoną minę. Minę, którą reagował na przebiegające tu i ówdzie myszy, nie kwapiące się by zdechnąć wprost przed jego leniwym, tłustym cielskiem.

– Odpada!

– To może Henryk coś by ci znalazł?

– Nie ma mowy!

– Ależ Zack – o wilku mowa, a wilk w pandach. – Jesteś dla mnie jak syn. Spytam kierownika.

– Dzięki Heniek, ale nie chcę zostać księgowym – odparłem słabo, dziękując stwórcy, że chłop pojawił się w bieliźnie na dupie. – Nie nadaję się do tego. Bez kalkulatora mnożę tylko do pięciu.

– Przecież to żaden problem – gość nie skumał sarkazmu i uśmiechnął się poczciwie, popijając moczową herbatkę. – Teraz wszystko za człowieka robi komputer.

– Nie nadaję się do pracy z ludźmi.

– To może kostnica? – Minnie oczywiście zadała to pytanie na poważnie. Bez zająknięcia. Bez mrugnięcia okiem. – Kto wie, może trafiłby ci się nawet martwy Keith Richards. Jest już jedną nogą w grobie.

– Wątpię, że padłby akurat na koncercie w Polsce. Poza tym, możesz przestać bluźnić? – poprosiłem, wywracając oczami. – Dziękuję za sugestie, ale …

Wypowiedź przerwał mi straszliwie głośny dzwonek do drzwi rodzicielki, która pośpiesznie pognała otworzyć.

– To pewnie Tomek! – Heniek stwierdził, wprawiając mnie w osłupienie. Jaki znowu Tomek? – Mój syn – pospieszył z wyjaśnieniami, dostrzegając moją minę. – Ma podrzucić żarcie dla Wacka.

– No super. Miesiąc mnie nie było, a spaślak zdążył dorobić się prywatnego dostawcy – spojrzałam na oburzonego kocura z niedowierzaniem. – Za niedługo zainstalują ci kółka na tym tłustym dupsku, żebyś tak czasem zbytnio nie zmęczył się chodzeniem. Przez chwilę obawiałem się, że skończę z pazurem w oku.

– Tomek pracuje w opiece społecznej. Mają masę darmowego żarcia, więc od czasu do czasu, coś podrzuca.

– Super. Teraz