Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Sieć podejrzeń

Sieć podejrzeń

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8032-127-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Sieć podejrzeń

Szanowany uniwersytecki wykładowca Evan Birch zostaje oskarżony o zabójstwo uczennicy z pobliskiej szkoły. Gdy dochodzenie wykazało, że na jego samochodzie są ślady jej szminki, rodzina zaczyna wątpić w jego niewinność, a sam oskarżony zaczyna rozumieć, że im bardziej się broni, tym sprawa wygląda gorzej. Każde słowo może być inaczej rozumiane, a kwestia winy i niewinności staje się o wiele bardziej skomplikowana niż akademickie teorie.

W przygotowaniu ekranizacja powieści z takimi gwiazdami jak Nikolaj Coster-Waldau, Greg Kinnear i Emma Roberts.

Polecane książki

Wielkie zwycięstwo polskiej husarii w bitwie pod Kłuszynem, zdobycie Moskwy i panowanie na Kremlu. To nie żart, tylko historyczna prawda. Odważni towarzysze hetmana Żółkiewskiego, którzy o świcie z marszu przystąpili do krwawej batalii z liczniejszą armią wroga. Ich najlepsze konie, długie i ostre k...
„Żółwik Emil i zaczarowane okulary” Eweliny Stolarskiej – Cheńko to krótka historyjka o dziecięcej wyobraźni, przyjaźni i radości, którą przynosi umiejętność dzielenia się z innymi. Codzienne życie wydawało się Emilowi nudne. Rano szedł do przedszkola, potem ...
Zjawisko hejtu zbadali badacze wielu specjalności: kulturoznawcy, literaturoznawcy, medioznawcy, socjologowie, psychologowie, filozofowie, politolodzy oraz badacze prawa. Dzięki multidyscyplinarnej perspektywie czytelnik może się dowiedzieć o hejcie rzeczy, o których nie miał pojęcia, choć wydawałob...
Leo Nash, frontman kultowego rockowego zespołu, to ostatni mężczyzna, jakiemu Samantha Williams mogłaby zaufać. Kiedyś przekonała się, co to znaczy kochać idola i dobrze pamięta tę bolesną lekcję. Lecz Leo nie pozwoli, żeby przed nim uciekła. Zbyt wielu ludzi odeszło już od niego… A Samantha musi pr...
Serce z kryształu – magiczna opowieść o księciu, którego uwięzione w kryształowym pancerzu serce jest obojętne na uczucia i nie potrafi kochać. Lenoir zgłębia tajemnice miłości, rozpaczy i nadziei. Zachwyci i pokrzepi wszystkie wrażliwe dusze i umysły....
Książka „Twój typ osobowości: Dyrektor (ENTJ)” to kompendium wiedzy na temat „dyrektora” – jednego z 16 typów osobowości. Jest ona częścią serii, w skład której wchodzą pozycje poświęcone poszczególnym typom oraz książka „Kim jesteś? Te...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa George Harrar

Dla Lindy,

mojej żony i mojej
osobistej redaktorki,

która inspiruje mnie
i czuwa

nad każdym słowem,
które napiszę.

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję mojemu agentowi, Esmondowi
Harmsworthowi z bostońskiej agencji Zachary Shuster Harmsworth, który
zachęcił mnie do pracy nad tym filozoficznym kryminałem, a także
mojemu redaktorowi z BlueHen, Fredowi Rameyowi, którego wskazówki
pomogły mi go udoskonalić.

Jestem również wdzięczny Rayowi
Monkowi za jego cudowną biografię pod tytułem Ludwig
Wittgenstein. Powinność geniusza, która daje wspaniały
wgląd w prywatne i publiczne życie tego filozofa.

Człowiek może obnażyć
się przed innymi

tylko za sprawą
szczególnego rodzaju miłości.

Miłości, która zakłada,

że wszyscy jesteśmy
nikczemnymi dziećmi.

Ludwig Wittgenstein

ROZDZIAŁ 1

Drewniane schody skrzypiały pod
podeszwami mokrych butów Evana Bircha. Deszcz padał przez cały dzień,
od chwili, kiedy Birch pojawił się na terenie kampusu w związku
z kursem wprowadzającym dla studentów pierwszego roku, aż do
popołudnia, kiedy wreszcie dotarł do swojego gabinetu. Kilka razy
usłyszał: „Dzięki Bogu”. Fascynowała go ta niekonsekwencja
ludzkiego mitologizowania: dlaczego deszcz uznawany jest za coś
zesłanego z niebios, ale letnia susza już nie?

W sekretariacie sięgnął do
wiklinowego kosza po cukierek Callar & Browser. Wyciągnął coś
w białym papierku.

– Nie ma toffi?

Carla pokręciła głową, tak jak
lubił; jakby przeszedł ją przyjemny dreszcz.

– Nowy rok i nowe cukierki,
profesorze. Żyjmy ryzykownie.

Wrzucił cukierek do ust i poczuł
na języku tani miętowy smak. Carla zobaczyła wyraz rozczarowania
na jego twarzy i podstawiła mu pod brodę duży szary kosz na
śmieci.

– Mają specyficzny
smak. Przyzwyczai się pan.

Birch wypluł cukierek.

– Wiesz, Carlo, mój ojciec zawsze
powtarzał, że jeśli robisz coś wystarczająco długo, do wszystkiego
możesz się przyzwyczaić. Tyko po co?

Carla oblizała wargi i pokrywająca
je jasna czerwień zmieniła się w purpurę. Birch zastanawiał się,
jak nazywa się kolor jej szminki i jak by ta szminka smakowała: jak
winogrono czy może inaczej? Kiedyś spróbował nałożyć szminkę;
było to tego dnia, kiedy Ellen zostawiła na umywalce w łazience swoją
Trwałą Mrożoną Brzoskwinię. Zaintrygowała go ta nazwa. Pocierając
różowym czubkiem o wargi, czuł się trochę perwersyjnie, a jego
odbicie w lustrze wyglądało zadziwiająco zmysłowo. Dzięki
delikatnemu podkolorowaniu ust wyłoniło się jakieś jego nowe,
dziwne ja. Nie wiedział, czy chciałby poznać tego mężczyznę
o błyszczących ustach i bladej skórze, który patrzył na niego
z lustra. Jego żona na pewno by nie chciała. Zastanawiał się,
jakim drobnym impulsom ulegała ona, kiedy była sama. Obawiał się,
że być może żadnym.

Telefon zadzwonił tak jak zawsze:
głośniej, niż Evan by sobie tego życzył. Wolałby, żeby Carla
ściszyła dzwonek, ale nigdy jej o to nie poprosił. Obeszła swoje
niewielkie miejsce pracy, usiadła, przysunęła się do biurka, wyjęła
długopis z kubka do kawy i podniosła słuchawkę.

– Psychologia Socjologia
Antropologia Filozofia, w czym mogę pomóc?

Imponowało mu, jak szybko
i dokładnie potrafiła wymawiać nazwy wydziałów, nadając każdej
z nich osobne brzmienie.

– Profesor Birch. Jest tak
właściwie kierownikiem Wydziału Filozofii – powiedziała. –
Z całej kadry pracuje tutaj najdłużej. Chciałby pan z nim
rozmawiać?

„Tak właściwie” kierownik
Wydziału Filozofii – Carla precyzyjnie określiła kruchość
jego stanowiska. Kadra Wydziału Filozofii Pearce College została
przetrzebiona, co Birch uważał za całkowicie zrozumiałą
reakcję na odpływ studentów do wydziałów dających szansę na
zatrudnienie. Filozofię utrzymano przy życiu razem z jej zaledwie
sześcioma studentami ostatniego roku. Reszta etatowych pracowników
szukała już pracy gdzie indziej. Tylko on pozostał, tymczasowy
kierownik wydziału złożonego z niego samego i kilku wykładowców
kontraktowych. Na ostatnim zebraniu dziekan nazwał go „lojalnym
pracownikiem akademickim w ciężkich czasach”. Kiedy Birch
przyjmował ten chłodny komplement machnięciem ręki, odczuł nagły
impuls, żeby odejść. Musiał chwycić się zimnych podłokietników
krzesła, by nie wstać i nie oświadczyć, że kończy z uczelnią,
choć nie ma jeszcze pięćdziesięciu lat. To byłaby wielka rzecz tak
natychmiast zrezygnować – w tamtym dniu, w tamtej chwili. Mógłby
nawet stwierdzić, niczym Wittgenstein, że jego profesura była tylko
„żyjącą śmiercią”. Dałoby im to do myślenia.

Dał znak Carli, że odbierze
w swoim gabinecie.

– Dobrze, do widzenia –
powiedziała tymczasem Carla i rozłączyła się.

– To nie było do mnie?

Odsunęła się od biurka
i wyciągnęła przed siebie krótkie gołe nogi.

– To było o panu, a nie do
pana, profesorze.

– To znaczy?

– On chciał tylko wiedzieć,
kto jest szefem Wydziału Filozofii. – Zrobiła dziwną minę,
rozciągając usta na boki i nadymając policzki.

– Czy ty się uśmiechasz?

Carla otarła usta wierzchem
dłoni.

– Nie, nie uśmiecham się.

Birch ruszył w stronę gabinetu
i już w drzwiach dostrzegł duży brązowy karton leżący na jego
biurku. Odwrócił się i spojrzał na Carlę.

– Przyszły – oznajmiła.

– Przyszły?

– Pana książki. Kurier z FedExu
przywiózł je dziesięć minut temu.

Podała mu otwieracz do listów
i weszła za nim do gabinetu. Birch rozciął karton i zanurzył
rękę w styropianowe kulki. Kiedy wyciągnął książkę, okładka
lekko go zszokowała. Wyglądała odważniej niż na projekcie. Przez
środek biegł krwistoczerwony tytuł: Niespokojne
umysły. Podtytuł, Obłęd, chaos i melancholia
w świecie filozofii, wydrukowano w jaśniejszym odcieniu
czerwieni. W tle widniał czarny zarys głowy i dwoje gorejących
oczu.

– Piękna – stwierdziła Carla
ponad jego ramieniem.

– Naprawdę tak uważasz?

– Podobają mi się te oczy.

Odwrócił książkę i przeczytał
teksty z tyłu okładki.

„Ambitnie zakrojone
i zachwycające trafnością analiz dzieło, które zapewnia
niesłychaną przyjemność z lektury”. Doktor Kenneth Lamm,
Uniwersytet Queensland.

„Podejmując popularny temat
dziwactwa, a może nawet szaleństwa u największych filozofów
w historii, Niespokojne umysły potwierdzają tezę
Williama Jamesa, że znaczenie idei powinno być oceniane w oderwaniu
od jej źródła”. Profesor Maxwell Sherman, Wiggins Chair of Modern
Philosophy, UCLA.

– Jest pan podekscytowany? –
spytała Carla.

– Czuję raczej… – Kiedy
myślał o książce, którą przez trzy lata opracowywał, przez dwa
lata pisał, a potem jeszcze przez rok czekał na jej publikację,
do głowy przychodziło mu przede wszystkim słowo „ulga”. Carla
patrzyła jednak na niego z taką nadzieją, że powiedział: – Tak,
jestem podekscytowany, właściwie nawet zachwycony.

– Gdybym ja coś opublikowała,
wrzeszczałabym teraz z radości.

Otworzył książkę na stronie
tytułowej, napisał kilka słów i podał książkę Carli.

– Pierwszy egzemplarz jest dla
ciebie. Bez twojego kserowania i zbierania informacji pisanie zajęłoby
mi rok dłużej.

– To bardzo miłe, profesorze,
ale czy nie powinien dać go pan swojej żonie?

– Dostanie drugi egzemplarz.

Carla zważyła książkę
w dłoni.

– Ciężka.

„Ciężka” – była to bez
wątpienia celna charakterystyka jego pracy. Krytycy mogli dyskutować
nad jej naukowymi podstawami czy wnikliwością opisanych w niej badań,
ale nie nad jej wagą.

– Tak, moja książka jest ciężka
i droga, prawdopodobnie zbyt ciężka i zbyt droga.

– Nie wiem, kiedy się do tego
zabiorę. Nie jestem żadną wielką czytelniczką.

– Nie ma sprawy. Jeśli chcesz,
użyj jej jako podpórki pod drzwi. Książki mogą spełniać wiele
funkcji.

Carla pokręciła głową
i szturchnęła go w ramię.

– Gdybym miała stolik kawowy,
byłaby to jego jedyna ozdoba.

ROZDZIAŁ 2

Nie wiedział, co sądzić o tym
telefonie. Poprosił mężczyznę, żeby zaczął od początku,
spodziewając się, że ten nie zdoła dłużej zachować powagi
i wybuchnie śmiechem.

– Jak już mówiłem, jestem
redaktorem niezależnego pisma „Humoresque”, które zajmuje się
badaniem natury poczucia humoru. Pański wydawca przesłał nam egzemplarz
recenzencki pana książki i zainteresował mnie zamieszczony w niej
cytat: „Chciałbym stworzyć pracę filozoficzną, która składałaby
się wyłącznie z dowcipów. Niestety, nie mam poczucia humoru”. Czy
Wittgenstein rzeczywiście to powiedział?

– Tak, to jego słowa.

– Chciałem spytać, czy nie
rozważyłby pan napisania dla nas artykułu na temat roli poczucia
humoru w filozofii.

– Nie jestem pewien, czy poczucie
humoru odgrywa jakąkolwiek rolę w filozofii. To niespecjalnie wesoła
dziedzina.

– O to właśnie mi chodzi
– odrzekł redaktor. – Dlaczego filozofia nie mogłaby być
zabawna?

Evan nie miał na to gotowej
odpowiedzi. Przytoczył w książce te słowa Wittgensteina tylko po to,
żeby zilustrować dwoistość jego charakteru, szeroką przepaść
pomiędzy tym, czym filozof chciał być, a tym, czym sądził,
że jest. Evan nie zgłębiał szczególnie ich znaczenia ani nie
zastanawiał się, czym mogłaby być praca filozoficzna złożona
wyłącznie z żartów. Podejrzewał, że jeśli napisałby ją
Wittgenstein, pełno byłoby w niej sprzecznych tautologii.

– Nie musiałby pan odpowiadać
konkretnie na to pytanie – dodał redaktor. – Potrzebuję po prostu
tysiąca słów na temat filozofii i poczucia humoru. Mógłby
pan wykorzystać fragment swojej książki i dorzucić parę
dowcipów.

– Pomyślmy… Wittgenstein
podsłuchał kiedyś francuskiego polityka, który chwalił się, że
język francuski jest najlepszy na świecie, bo słowa następują w nim
w tej samej kolejności, w jakiej się je myśli.

Redaktor nie odpowiedział,
a Evanowi zrobiło się głupio, że wyskoczył z takim hermetycznym
żartem. Nawet on sam nie uważał, żeby to było zabawne.

– Naturalnie trzeba znać
założenia filozofii Wittgensteina, aby docenić ten żart. Nie
zamieściłbym go w artykule.

– Oczywiście, że nie –
powiedział redaktor – choć na pewno jest bardzo zabawny.

Kiedy jechał do domu,
przestało padać. Niebo nad wzgórzami powoli się przejaśniało,
a powietrze jak gdyby chłonęło wilgoć z otaczających pól. Mgła
otulała nogi krów, przez co wyglądały one, jakby unosiły się
na chmurach. Podobało mu się to złudzenie, które sprawiało, że
ciężkie rzeczy wydawały się nieważkie.

Próbował wymyślić dla
czytelników „Humoresque” coś bardziej odpowiedniego niż anegdota
o francuskich politykach. Przyszła mu do głowy historia o rosyjskim
poecie, który wybrał się do Londynu. Na ulicy zapytał jakiegoś
mężczyznę: „Przepraszam, co jest czas?”. Anglik odpowiedział:
„Och, to trudna kwestia. Dlaczego pyta pan akurat mnie?”.

Evan uważał, że w filozofii
niczego zabawniejszego się nie znajdzie. Oczywiście był jeszcze lord
Russell, niesłychanie uszczypliwy obserwator religii, którego można
by uznać za całkiem zabawnego – pod warunkiem, że samemu nie jest
się religijnym. Poza paroma wyjątkami filozofowie byli jednak bandą
ponuraków. Evan podejrzewał, że początek temu dał Platon, który
obawiał się, że śmiech może prowadzić do przemocy i zburzenia
porządku społecznego jego republiki. Sokrates również twierdził
(jeśli wierzyć relacjom Platona), że śmiechu powinno się używać
oszczędnie.

Evan przekręcił manetkę
wycieraczek, żeby spryskać przednią szybę, ale nie poleciała
ani kropla. Nie pamiętał, kiedy ostatnio dolewał płynu do
spryskiwaczy. Mogło to być kilka lat temu. Pochylił się do przodu
i obrócił głowę w taki sposób, by widzieć drogę przez czysty
fragment szyby o szerokości mniej więcej dłoni. Czuł się z tym
głupio.

Oczywiście nie tylko filozofia
zalatywała taką powagą. Czy można znaleźć poczucie humoru
w religii? Średniowieczni chrześcijanie obsesyjnie wierzyli, że
Jezus nigdy się nie śmiał. Czy Jego zachowanie miało być wzorem
dla człowieka, czy może tylko właściwym postępowaniem kogoś,
kto uznawał się za Syna Bożego? Dziś już nikt nie zadawał takich
pytań.

A co z Bogiem? Jakim dowcipem
można byłoby go rozbawić? Zdaniem Evana człowiek mógłby poświęcić
całe życie na rozważanie tej kwestii. Sam nie był tym zainteresowany,
a poza tym nie miał całego życia do poświęcenia. Mógł natomiast
wymyślić idealny tytuł takiej pracy: Dowcip, który rozbawił
Boga. Trzysta pustych stron, a gdzieś w środku jeden żart
– jakaś przypowieść ze zwrotem akcji w stylu O. Henry’ego.

Skręcił z wijącej się drogi
w stronę pól golfowych Pheasant Run. Nie pamiętał, kiedy minął
opuszczone koszary wojskowe, starą ceglaną bibliotekę i piekarnię
Silva’s, do której często wpadał po portugalski słodki
chleb. Tak naprawdę nie wiedział nawet, że minął te wszystkie
miejsca. Zdziwił się, że mógł zajechać tak daleko w zupełnej
nieświadomości. Obiecał sobie, że będzie zwracał większą uwagę
na drogę.

Jego synowie byli identycznymi
niebieskookimi blondynami o długich rzęsach i nieco krzywych
uśmiechach. Wyglądali jak sklonowani.

Uważał ich za cud. Nie potrafił
wyobrazić sobie spoglądania tylko na jedną taką twarz, słuchania
tylko jednego wołającego go głosu, chwytania tylko jednej takiej
dłoni. Czasami współczuł ojcom jedynaków.

Kiedy wszedł do salonu, zerwali
się znad swojej gry i pocałowali go w obydwa policzki: Adam jak
zwykle w prawy, a Zed w lewy. Evan uwielbiał to, jak łatwo chłopcy
okazywali mu czułość nawet w wieku dziesięciu lat. Nie potrafił
przypomnieć sobie, by przytulał się do swojego taty, i nie wiedział,
dlaczego tak było. Czy wina leżała po stronie jego, czy ojca?

– Nudziłeś się bez nas,
tato?

– Na śmierć – powiedział. –
A co u was? Beze mnie to żadna zabawa, co?

– A. spadł z drzewa – oznajmił
Zed.

– Ale nie tak całkiem
– wyjaśnił Adam. – Upadłem na gałęzie. Z. zgubił swój
rakietowy zegarek, bo zdjął go nad rzeką, a potem zapomniał go,
jak usłyszeliśmy niedźwiedzia.

– Zgubiłeś swój nowy
zegarek?

– Tato, tam był
niedźwiedź!

– Niedźwiedź u babci?

– Nie widzieliśmy go, ale
słyszeliśmy.

– Tak jakby ryknął – dodał
Adam. – Jak niedźwiedź.

– Niesamowite. Ale będziesz
musiał spłacić zegarek w pracach domowych, Zed.

– Wiem. Mama już mówiła.

Zed szturchnął brata
łokciem.

– Aha, no tak – powiedział
Adam. – Mamy coś dla ciebie. To nie jest prezent ani nic takiego,
to znaczy jest prezent, ale go nie kupiliśmy.

Sięgnął do kieszeni dżinsów
i wyjął niewielką paczuszkę owiniętą w gazetę i oklejoną
kilkoma warstwami czarnej taśmy.

– Z jakiej to okazji?

– Zawsze, jak gdzieś
wyjeżdżałeś, przywoziłeś nam coś, no to my też chcieliśmy coś
ci przywieźć.

Odwinął jakieś pół metra
taśmy.

– To trylobit – powiedział
Zed. – Ma milion lat.

Evan przesunął palcem po ostrych
brzegach skamieliny.

– Wspaniały. Skąd go
macie?

– Znaleźliśmy nad rzeką –
odparł Zed.

– Jest tam ich chyba ze sto –
dodał Adam – ale musieliśmy już iść.

– Z powodu niedźwiedzia?

– Tak naprawdę to nie był
niedźwiedź. Powiedzieliśmy tak, żeby przestraszyć mamę.

Evan objął synów i pocałował
ich w głowy: najpierw starszego o dziewięć minut Adama, a potem
Zeda.

– Chyba wezmę go do swojego
gabinetu i położę na biurku, żeby wszyscy widzieli. Co wy na
to?

– Pewnie, tato, jak chcesz.

Chłopcy znów ułożyli się na
podłodzie, po przeciwnych stronach swojego najnowszego dzieła: gry
planszowej narysowanej na kawałku sklejki. Evan obserwował przez
kilka minut, jak rzucają kostką i przesuwają pionki. Jeszcze
nie tak dawno każda taka zabawa kończyła się po kilku minutach
wrzaskami i zapasami. Również fizycznie chłopcy wydawali mu się
starsi. Zauważył, że ich ręce sięgające ponad planszą i nogi
rozrzucone na boki są nieco grubsze. Czy tak właśnie dorastają dzieci,
w zrywach, które dostrzegasz tylko wtedy, kiedy opuszczają cię na
kilka dni? Przez tyle lat wydawali się w ogóle nie dorośleć, poza
tym, że trochę się wyciągali.

Oczywiście zmieniali się powoli
– ciemniejące włosy, wydłużające się palce, rozszerzające się
stopy – ale zawsze w tym samym tempie. Evan czekał na pojawienie się
jakichś niedoskonałości: jakiegoś pieprzyka, piegów, przebarwienia
skóry. Nic takiego nie dostrzegał. Z wyjątkiem dwucentymetrowego
znamienia, które Zed miał na biodrze, chłopcy byli jak dwie krople
wody.

Pamiętał, jak zabrał ich,
siedmioletnich, na Dzień Bliźniąt do Twinsburga w stanie Ohio i wcale
nie był zdziwiony, że wygrali nagrodę „Najbardziej Identycznych
Chłopców”. Kiedy pozowali do zdjęcia z „Najbardziej Identycznymi
Mężczyznami”, stał z tyłu tłumu widzów, czując się jak coś
pojedynczego w rozdwojonym świecie. Po zrobieniu zdjęcia cała czwórka
ruszyła w stronę parkingu. Zawołał chłopców. Przez chwilę bał
się, że się nie zatrzymają, że będą tak szli i wnikną w jakiś
inny wymiar, zamieszkiwany wyłącznie przez bliźniaków, ale oni zaraz
do niego przybiegli.

– Tato?

– Tak?

– Chcesz w coś zagrać?

– Nigdy nie byłem za dobry
w finansach.

– Nie szkodzi, to jest taki
antymonopol. Musisz omijać wszystkie miejsca, gdzie chcą ci dać
pieniądze. Jak jesteś bogaty, to przegrywasz.

– W takim razie pewnie pójdzie mi
dobrze. Ale sądzę, że nie powinniście starać się być biedni.

– To tylko gra, tato –
stwierdził Adam, rzucając kostką. – Założę się, że moglibyśmy
ją sprzedać za milion dolców.

Evan wszedł po kilku
stopniach do przedpokoju. Kiedy otworzył drzwi, Ellen już na
niego czekała. Odłożył teczkę i objął żonę. Pachniała
silnymi waniliowymi perfumami, których nie znał. Domyślił się,
że użyła ich przed chwilą, specjalnie dla niego. Wyobraził sobie,
jak na dźwięk podnoszących się drzwi garażowych szuka swojej torebki
i spryskuje szyję nowymi perfumami, wiedząc, że on na pewno ją tam
pocałuje. Nagle zatęsknił za nią, jakby nie wróciła właśnie,
ale dopiero miała wyjechać.

– Nienawidzę, kiedy cię nie ma
– powiedział. – Zawsze wtedy jest mi źle.

Chciałby wyrazić się bardziej
precyzyjnie, ale to, czego nienawidził, było właśnie bezkształtnym,
bezzapachowym i cichym czymś, co odczuwał, kiedy jej nie było. Umysł
ciągle podsuwał mu sceny, w których ją traci: wypadki samochodowe,
katastrofy lotnicze, pioruny, powodzie, niewytłumaczalne zawalenia
budynków. Z życiem wiązało się tyle niebezpieczeństw. Czasami
budził się w środku nocy, wyobrażając ją sobie w jakimś
obcym łóżku, samą, z lekko otwartymi ustami, oddychającą
niemal bezgłośnie. Wystarczyłoby tak niewiele, żeby ten oddech
zdusić.

Wsunęła swoją chłodną lewą
dłoń do kieszeni jego marynarki.

– Nie było nas tylko przez
dwa dni.

– Wydawało mi się, że znacznie
dłużej.

Pocałowała go szybko, ledwie
muskając wargami jego usta, a potem wyciągnęła mu z kieszeni paczkę
reklamowych zapałek. Na etykiecie widniał niewielki cylinder, a ponad
nim półkolisty napis: „Zatańcz w The Sanders Ballroom”.

– Tańce beze mnie?

– Chyba po prostu od dawna nie
nosiłem tej marynarki. – Pogrzebał w kieszeni, ale nic więcej tam
nie znalazł. – A jak chłopcy u mojej mamy? Byli grzeczni?

– Nie miała chwili
wytchnienia. W dzień zabrała ich na rowery, a wieczorem pod namiot,
żeby oglądali gwiazdy.

Ellen wyciągnęła jedną zapałkę
i potarła ją o draskę. Przez chwilę trzymała płomień przed
twarzą, a potem zdmuchnęła go. Wdychali siarkowy zapach, który
unosił się między nimi. Evan nie potrafił wyjaśnić dlaczego,
ale coś w tym zapachu przypomniało mu o Niespokojnych
umysłach.

– Zamknij oczy – powiedział,
sięgając do teczki po książkę. – A teraz otwórz.

– Evan, wygląda ślicznie.

– Nie za krzykliwie?

Przebiegła palcami po literach,
jakby były wypukłe.

– Jest idealna. Same te oczy
sprawią, że ludzie będą po nią sięgać. Jeszcze się okaże,
że napisałeś bestseller.

Nie wiedział, czy żartuje,
czy może na chwilę postradała zmysły. Wpatrywała się
w okładkę.

– Wiesz, ilu profesorów filozofii
jest w tym kraju? – zapytał.

– Nie mam pojęcia.

– Zaledwie kilka
tysięcy. Społeczeństwo potrzebuje filozofów tylko po to, żeby
wykładali filozofię. Po co innego?

Ellen powąchała książkę.

– A prezydent?

– Co?

– Co jakiś czas na pewno wpada
w egzystencjalną panikę. Wyobrażam sobie, że dzwoni do jakiegoś
filozofa po poradę, jak rządzić krajem. Gdyby zadzwonił do ciebie,
co byś mu powiedział?

Próbowała go zaskoczyć – miał
być sprytny albo kreatywny na zawołanie. Często stawiała przed nim
takie wyzwania, a on nie miał nic przeciwko temu.

– Pewne stare powiedzenie
zen mówi: „Rządź wielkim krajem tak, jakbyś gotował małą
rybę”.

– Hmm, niezwykle zagadkowe –
stwierdziła Ellen. – Prezydent mógłby zinterpretować to, jak
chce. Bardzo dobrze.

Zapaliła kolejną zapałkę
i trzymała ją w palcach tak długo, aż w końcu oparzyła się
i upuściła ją na podłogę.

ROZDZIAŁ 3

„Wszystkie moje posiadłości za
jedną chwilę”.

Evan zapisał w notesie
te odchodzące w niepamięć ostatnie słowa królowej
Elżbiety. Intrygowało go, że jedna z najbardziej wpływowych osób
w historii świata rozważała własne bogactwo w kontekście czasu
– i to nie roku, miesiąca, godziny czy nawet minuty. Pragnęła
tylko chwili, ale to i tak było więcej, niż mogła kupić za cały
swój majątek.

Niespecjalnie cieszyła go
perspektywa prowadzenia nowego interdyscyplinarnego seminarium pod
tytułem „Niezbędność czasu”. Przydzielono mu te zajęcia
zaledwie przed tygodniem, kiedy mający je prowadzić profesor fizyki
zachorował. Na razie Evan przygotował właściwie niewiele poza
otwierającym zdaniem: „Czas wymyślono po to, żeby wszystko nie
działo się równocześnie”. Była to trywialna obserwacja, ale uznał,
że może wzbudzić śmiech. Studenci mogliby go nim nagrodzić. I nawet
uznać go za ekscentryka ubranego w dżinsy, trampki i T-shirt. Może
założy jeden z tych, które kupił dwa lata wcześniej w Atenach,
z wypisanymi na przodzie dziewięcioma kategoriami przypadłościowymi
Arystotelesa: ilość, jakość, stosunek, miejsce, czas, położenie,
posiadanie, działanie i doznawanie. Podobało mu się, że na świecie
istnieje pewien porządek i że każdą rzecz można opisać tymi
prostymi pojęciami.

„Czas jest jak rzeka,
która przepływa obok ciebie, a ty nie widzisz jej początku ani
końca”. Idea przepływu wydarzeń obok nieruchomego „ja” należała
do najstarszych koncepcji dotyczących czasu. Było to bardzo uproszczone
spojrzenie, ale zamierzał go użyć, ponieważ studenci lubili, kiedy
tłumaczyło się im coś słowami opisującymi coś innego. Evan nigdy
nie rozumiał tego powabu metafory. Dlaczego nie przedstawiać po prostu
samej istoty rzeczy?

Nie chodziło wcale o to, że nie
doceniał piękna języka. Któregoś dnia mógł zaskoczyć ich poezją,
być może Czekając na barbarzyńców Kawafisa albo
Drugim przyjściem Yeatsa. W jaki sposób dzieła
tych autorów wiązały się z „Niezbędnością czasu”? Musiał
przyznać, że nie wiązały się z nią bezpośrednio. W obserwowaniu,
jak więdnie czyjaś praca, była jednak pewna wolność. Mógł
prowadzić swój wykład tak, jak mu się podobało.

„Czy Bóg istnieje w czasie,
czy poza nim?”. Pytanie to nie miało dla niego większego
znaczenia, ponieważ nie wierzył w żadną wyższą moc rządzącą
wszechświatem. Jeśli taka moc istniała, to nie wysilała się zbytnio,
a jej rządzenie sprowadzało się do wprowadzenia kilku podstawowych
zasad fizyki i matematyki. Evan widział, że poza tym świat jest
chaosem.

Czasami dochodził do wniosku,
że dla dobra synów powinien wierzyć w aktywnego, dobrego
Boga. Któregoś razu chłopcy po powrocie z kościoła opisali mu
szczegółowo potworności, jakie przez całą wieczność przeżywać
będą niewierzący. Powiedział im, żeby się nie martwili. Bóg
nie ześle go do piekła – musiał przyznać, że to zarozumiałe
stwierdzenie. Wypowiadając te pocieszające słowa, Evan uświadomił
sobie, jak bardzo są bezcelowe. Nikt nie wierzy w zapewnienia, że
nie trzeba się martwić, zwłaszcza dzieci.

Oczywiście zaprzeczanie, że trafi
się do piekła, zakładało pragnienie dotarcia do przeciwległego
nieba, czyli miejsca tak nudnego i bezużytecznego, że żaden
człowiek w historii nie wymyślił jeszcze, w jaki sposób można
byłoby spędzić tam choćby jeden dzień. Dlaczego właściwie ludzie
wyobrażali sobie tylko te dwa przeciwieństwa? Dlaczego nie mogło
istnieć coś pomiędzy niebem a piekłem? Nie żadna otchłań ani
czyściec, ale po prostu coś mniej wzniosłego, a zarazem mniej
potępieńczego. W życiu pośmiertnym powinniśmy mieć więcej
rozwiązań.

„Czy bieg czasu może zostać
odwrócony?”. Przyszła możliwość staje się teraźniejszym
doświadczeniem, a potem zmienia się we wspomnienie z przeszłości
– czy nie tak właśnie, przynajmniej w świadomości ludzi,
wygląda odwrócenie biegu czasu? Evan uważał, że z punktu widzenia
pojedynczej osoby odwracanie biegu czasu nie ma sensu. Zamiast poruszać
się do przodu, w kierunku śmierci, poruszalibyśmy się do tyłu,
w stronę narodzin, co byłoby tak samo niepewną egzystencją, z tak
samo nieprzewidywalnymi konsekwencjami. Życie pośmiertne miało dwa
finały, zależne od kierunku osi czasu.

„Wiedz, że życie może opuścić
cię w każdej chwili. W jaki sposób spędzisz zatem dzisiejszy
dzień?”. Jego studenci nigdy nie uwierzyliby w tę mądrość. Czuli
się nieśmiertelni, tak samo jak kiedyś on. Kiedy stracił to cudownie
naiwne przekonanie?

Gdy wszedł do sypialni, Ellen
siedziała przy toaletce, rozczesując włosy szybkimi, gwałtownymi
pociągnięciami. Wyglądała jak piękna aktorka w starym filmie, która
nie wie, że do jej pokoju wszedł nagle tajemniczy mężczyzna. Evan
zatrzymał się przy łóżku, żeby zobaczyć, jak długo potrwa,
zanim żona go zauważy. Minęła minuta.

– Dlaczego tam stoisz, Evan?

– A, tak sobie. – Wyciągnął
z kieszeni spodni garść monet i z brzękiem wrzucił je do szuflady
swojej szafki nocnej.

– Skończyłeś przygotowywać
wykład?

– Nie skończyłem, ale na dzisiaj
wystarczy.

Ellen przełożyła szczotkę do
drugiej ręki.

– Dzwoniłam do instytutu, żeby
sprawdzić mój harmonogram. Chcą, żebym jesienią pracowała od wtorku
do czwartku. Będziesz musiał czasem po południu zostać z chłopcami,
jeśli nie będą mieli akurat dodatkowych zajęć.

Evan podszedł do okna wychodzącego
na tyły domu i przez kilka sekund wpatrywał się w ciemność,
po czym zaciągnął zasłony.

– Wygląda na to, że przez
całe lato niepotrzebnie martwiłaś się, że nie zatrudnią cię
z powrotem.

– To z powodu Tyco. Powiedzieli,
że zapomniała jak się liczy, ale myślę, że po prostu nie
chce robić tego przy nikim innym oprócz mnie. Powinnam poprosić
o podwyżkę.

Evan usiadł na łóżku
i ściągnął buty.

– Kartezjusz uważał, że małpy
potrafią mówić, ale nie robią tego, żeby nie musieć przyjmować
rozkazów od ludzi.

– Ale Tyco to szympans,
pamiętasz? Szympansy nie mają takich strun głosowych jak my. Inne
małpy zresztą też.

– Podejrzewam, że Kartezjusz
tego nie wiedział.

Na dole rozległ się krzyk,
a potem trzaśnięcie drzwi i stłumiony płacz. Ellen nie odwróciła
głowy, nie przestała rozczesywać włosów i w żaden inny sposób
nie pokazała po sobie, że to słyszała. Evan sądził, że jego żona
posiada jakiś zwierzęcy instynkt, podpowiadający jej, które odgłosy
wymagają uwagi, a które nie. Była to bezcenna umiejętność, bo
pozwalała ograniczyć liczbę fałszywych alarmów. Ale czy częste
alarmy nie powinny raczej niszczyć systemu alarmowego, zamiast go
udoskonalać? Podejrzewał, że behawioryści przestudiowali tę kwestię
i znaleźli takie lub inne wytłumaczenie.

– Nie mówiłam ci o naszym
powrocie taksówką z lotniska. Kierowca pochodził z Tanzanii
i pracował kiedyś w Gombe dla Jane Goodall. Powiedział coś, co
chyba mógłbyś wykorzystać podczas swoich wykładów.

– Co takiego?

– Powiedział, że strach to
fundament, na którym opiera się całe nieszczęście ludzkości.

Stwierdzenie to wydało się Evanowi
niezwykle precyzyjne, co sprawiło, że zaczął się zastanawiać,
czy taksówkarz rzeczywiście tak powiedział, czy może Ellen
upiększyła jego słowa. Mógł wyobrazić sobie wiele innych, równie
wiarygodnych fundamentów ludzkiego nieszczęścia – nadzieję, ego,
pragnienie, niepewność. Strach uważał za jedyną zdrową reakcję
na rzeczywistość.

– To kiedy zapraszamy tego filozofa
na kolację?

Ellen odwróciła się do
niego.

– Słucham?

– No, tego taksówkarza. Wzięłaś
od niego numer telefonu i nazwisko, prawda?

– Tak właściwie to podałam mu
swoje nazwisko.

– Prawie trafiłem. –
Zdjął zegarek i położył go na szafce, obok budzika. – Może
powinniśmy kiedyś urządzić grilla dla wszystkich tych ludzi, których
spotykasz w samolotach, w taksówkach i na rogach ulic. Byłaby to
międzynarodowa imprezka.

– Przynajmniej moje spotkania
z ludźmi nie są nudne.

A jego tak? Czy to właśnie
sugerowała?

– Swoboda niekoniecznie musi
oznaczać coś interesującego.

– Swoboda?

Celowo użył tego słowa,
żeby podkreślić swój punkt widzenia, ale uznał, że musi to
wyjaśnić.

– Rozmawiasz ze wszystkimi
i wszystkim dajesz swoją wizytówkę – stwierdził. – To trochę
zbyt swobodne zachowanie, nie sądzisz?

Ręka trzymająca szczotkę
znieruchomiała.

– Chyba za mocno
powiedziane.

Stanął za nią i przesunął
dłonią po jej włosach. Cienkie pasma pobudzały jego palce do
ruchu.

– Przepraszam, nie powinienem
tak mówić.

– Ale nadal tak myślisz?

– Chodzi mi o to, że czasami
wydaje się, jakbyś kolekcjonowała ludzi. I boję się, że nie
odsiewasz tych niebezpiecznych.

Ellen wróciła do
szczotkowania.

– Wbrew temu, co myślisz, bardzo
uważam na siebie i na chłopców.

– Ale ty nigdy nie chcesz nikogo
urazić. Gdybyś jechała sama windą i wszedłby do niej najbardziej
podejrzanie wyglądający facet świata, to nie wysiadłabyś w obawie,
że go urazisz. Wszystko mogłoby się wydarzyć.

Ellen wyciągnęła ze
szczotki długi brązowy włos, a potem odłożyła ją do
szuflady, gdzie znajdowały się cztery inne, w różnych rozmiarach
i kolorach. Zastanawiał się, od czego zależy, którą ze szczotek jego
żona wybiera danego wieczoru. Czy miała na to jakąś metodę?

– Malujesz dla mnie takie
wspaniałe scenariusze – powiedziała. – Może powinnam zapomnieć
o powrocie do pracy i po prostu zostać w domu, żeby opiekować się
tobą i chłopcami.

– Przepraszam. Już się
zamykam. – Zdjął koszulę i powiesił ją na wieszaku. – Prawie
koniec?

– Prawie.

Obserwował, jak wyciska na dłonie
krem Jergens i w ramach ostatniego rytuału przed snem rozprowadza go
coraz szerszymi kręgami po policzkach. Nagle pochyliła się w stronę
lustra i zaczęła robić dziwne miny, rozciągając skórę. Usta
wykrzywiała to w jedną, to w drugą stronę. Wyglądała jak ktoś,
kto po niedawnym paraliżu twarzy na nowo uczy się uśmiechać.

– Co ty robisz?

Jej oczy przypominały teraz dwa
księżyce. Wargi rozsunęły się, odsłaniając zęby.

– Jak wracaliśmy, w magazynie
linii lotniczych przeczytałam o tych ćwiczeniach. Wykonywane wieczorem
przez pięć minut mają wzmocnić mięśnie twarzy.

– Każdego wieczoru?

– Każdego.

– Kolejne pięćdziesiąt lat
zapowiada się ekscytująco.

Kiedy zdejmował z łóżka
narzutę, przed oczami pojawił mu się obraz z jakiegoś starego
serialu telewizyjnego – wąż wypełzający spod poduszki i atakujący
szyję śpiącego człowieka. Nie potrafił powiedzieć, kiedy wryło mu
się to w pamięć. Czy obraz ten był tak stary jak bliźniaki, czy
może młodszy? Od tamtego czasu jednak zawsze dokładnie sprawdzał
łóżko przed snem: podnosił poduszkę i przesuwał dłonią po
prześcieradle.

– Dlaczego to robisz?

Odwrócił się. Patrzyła na jego
odbicie w lustrze toaletki. Z napięcia w jej głosie wywnioskował,
że już wcześniej widziała, jak to robi.

– Po prostu wygładzam
prześcieradło – odparł. – A co myślałaś?

Uniosła jedną dłoń w geście,
który wykonywała zawsze, kiedy czuła, że coś jest nie tak, ale nie
wiedziała co.

Kiedy kilka minut później przyszła
do łóżka, owinął się wokół niej, cały przyciskając się do jej
ciała. Była to pozycja, w której zawsze zaczynali noc: on przytulony
do jej pleców, z ręką na jej biodrze.

– Przepraszam, że
wyśmiałem ciebie i twojego taksówkarza – odezwał się. – Nie
chciałem.

Odwróciła się do niego pod
kołdrą.

– Nie chcę bać się ludzi –
powiedziała spokojnym głosem, który poczuł na swojej twarzy.

– Nie chodzi mi o to, żebyś
się bała, tylko wolę, żebyś była ostrożna.

Pochylił się i pocałował
ją w szyję, chcąc pokazać, że to wszystko z troski o nią,
bo ją kocha, a nie z urazy czy zazdrości. Waniliowy zapach na jej
skórze nadal był tak silny, że Evan pomyślał, że mógłby się
nim odurzyć.

ROZDZIAŁ 4

Siedząc na podium w auli Wydziału
Sztuki i obserwując ponad czterystu studentów pierwszego roku oraz ich
rodziców, Evan myślał o ścinaniu głów. Przypomniał sobie dowcip,
który krążył na Światowym Kongresie Filozofii przed kilku laty,
i teraz wydało mu się, że mógłby on rozbawić Boga. Czekający
na ścięcie ksiądz heretyk poprosił, żeby obrócono go twarzą do
góry, tak by w chwili śmierci mógł ujrzeć Boga. Król wyraził
zgodę. Kat zwolnił ostrze gilotyny, lecz zatrzymało się ono kilka
centymetrów od szyi skazańca. Władca uznał, że wydarzył się cud,
i darował księdzu życie. Następny w kolejce do ścięcia był
zwykły chłop; on też powiedział, że chce spojrzeć na Boga. Kat
znów opuścił ostrze, które znowu zatrzymało się kilka centymetrów
od celu. Chłopa ułaskawiono. Przyszła kolej na filozofa. Nie wierzył
w Boga, ale pomyślał, że spróbuje zastosować tu zakład Pascala
– zwracając twarz ku niebu, nie miał nic do stracenia, a zapewne
mógł wiele zyskać. Kiedy kat przygotował już gilotynę, filozof
krzyknął: „Czekaj, chyba widzę, w czym problem!”.

Profesorowie siedzący po obydwu
stronach Evana odwrócili się do niego z wyrazem zdziwienia na
twarzach. Najwyraźniej puentę kawału wypowiedział na głos.

– Jak państwo widzicie, nasz
ostatni prelegent aż się pali, żeby do państwa przemówić. Dlatego
nie przedłużając, przedstawiam profesora Evana Bircha, szacownego
członka naszego Wydziału Filozofii.

„Szacownego”? Evan
nie był pewien, czy w tym wieku chce być określany jako
„szacowny”. Ceniony, podziwiany, szanowany – owszem. Ale
„szacowny” – podobnie jak „ukochany” – pasowało bardziej do
gatunku profesor emeritus, którego przedstawiciele
snuli się pomiędzy budynkami uczelni.

Evan wstał i sięgnął do tylnej
kieszeni spodni po przygotowane wcześniej notatki. Kartka wyślizgnęła
mu się jednak z palców i spadła na podłogę – uznał to za
znak. Musiał improwizować.

Pochylił się do mikrofonu.

– Czy są tu jacyś przyszli
nietzscheanie?

Ktoś w ostatnich rzędach się
zaśmiał. Evan machnął w tamtym kierunku.

– A racjonaliści albo
pozytywiści logiczni? – Na sali panowała cisza. – No, ale musi
być chociaż paru egzystencjalistów.

Kilka osób podniosło ręce.

Choć nie był spragniony, Evan
nalał sobie wody z chromowanego dzbanka. Wypił kilka łyków, po
czym odstawił szklankę na sam skraj mównicy. Wiedział, że będzie
to denerwować ludzi. Będą patrzeć.

Dokąd zmierzał z tymi
pytaniami? Nie miał pojęcia.

– Począwszy od Sokratesa
i Platona, filozofowie zawsze wywierali duży wpływ na
społeczeństwo. Dziś identyfikujemy się z klubami piłkarskimi,
gwiazdami telewizyjnymi i zespołami rockowymi, a nie z filozofami. Nie
wiem, może to dobrze. Poglądy mogą ograniczyć nasze myślenie,
jeśli trzymamy się ich zbyt kurczowo.

W panującej na sali ciszy
rozległo się skrzypienie krzesła – być może ktoś właśnie
wychodził. Evanowi twarz płonęła z gorąca. Podejrzewał, że mówi
w sposób zbyt dydaktyczny. Kilka osób zakasłało. Zaskrzypiało
kilka innych krzeseł. Czas mijał. Evan umierał tam niczym stand-upowy
komik, który wyczerpał repertuar. Powinien był trzymać się swojego
scenariusza, ale było już na to za późno. Postanowił opowiedzieć
historyczną anegdotę.

– Kiedy zmarł wielki francuski
myśliciel, René Descartes, przy drogach ustawiły się tłumy ludzi
pragnących choćby zerknąć na jego zwłoki, przewożone przez
kraj. Niektórzy odcinali na pamiątkę jakiś kawałek, palce czy
uszy. Kiedy wreszcie złożono jego ciało do grobu, było ono znacznie
mniejsze niż za życia.

Evan przerwał w tym momencie,
żeby w umysłach słuchaczy wyraźnie utkwił obraz człowieka
uwielbianego tak bardzo, że odcinano na pamiątkę fragmenty jego
ciała. Nie potrafił sobie wyobrazić, by coś podobnego mogło się
zdarzyć w przypadku któregoś z dzisiejszych filozofów. Istniały
pewne plusy życia w czasach upadku idei.

– Inna anegdota mówi o tym, jak
Kartezjusz wstąpił pewnego razu do kawiarni i zamówił kawę. Kelnerka
zapytała, czy życzy sobie również muffina. Kartezjusz odparł:
„Myślę, że nie”, po czym zniknął!

Za jego plecami dziekan wydał
z siebie jęk. Po kilku sekundach szmer na sali potwierdził, że kolejne
osoby zrozumiały żart. Evan podniósł ręce, jakby chciał uciszyć
wybuch śmiechu. Podobała mu się nieadekwatność tego gestu.

– Wy, którzy zaczynacie w tym
tygodniu naukę w college’u, zadajcie sobie pytanie, jaki jest tutaj
wasz cel: czy chcecie zdobyć wykształcenie, czy tylko w czymś się
wyszkolić. Proponuję, abyście jako studenci tak liberalnej szkoły
humanistycznej jak Pearce zaczęli od „poznania samych siebie”, co
jest warunkiem podjęcia jakiejkolwiek nauki. Ale ostrzegam was: wiedza
o sobie niekoniecznie oznacza szacunek dla siebie. Jak mawiał Goethe:
„Nie znam siebie, i dzięki Bogu”.

Evan widział już, co robi
– wszyscy zgromadzeni na sali zażywni rodzice i ich chude dzieci
kręcili głowami. Ale być może kilka młodych umysłów zaintryguje
ten oczywisty absurd jego wypowiedzi. Tylko na to liczył: na kilku
studentów gotowych podążać za swoimi myślami, nawet jeśli miałoby
to ich zaprowadzić na ciemne i kręte ścieżki.

Nadszedł czas zakończyć
wystąpienie tak, jak wcześniej to sobie przygotował.

– Wittgenstein, jeden
z najbardziej przenikliwych umysłów dwudziestego wieku, nazwał
filozofię chorobą rozumu. Po części się z nim zgadzam. Filozofia
może jednak być również uzdrawiającą sztuką, może nadawać
sens pozornemu chaosowi. W ciągu następnych kilku dni wybierzecie
swoje przedmioty. Zachęcam was do filozofii i zgłębiania własnych
umysłów.

„Zgłębianie własnych
umysłów” – zabrzmiało jak tekst z reklamy naboru do służby
wojskowej. Żenujące. Ale słowa zostały już wypowiedziane. Nie mógł
ich cofnąć.

Wypił jeszcze kilka łyków wody
i zszedł z podium. Dziekan Santos poklepał go po ramieniu, kiedy
się mijali, a Evan nie potrafił powiedzieć, czy był to z jego
strony gest pochwały, czy współczucia. Uprzejme oklaski ucichły,
zanim zdążył usiąść.

Evan patrzył na pusty notatnik,
leżący na jego kolanach. Coraz wyraźniej docierała do niego smutna
prawda, że podobnie jak Wittgenstein, miał niewielkie poczucie
humoru. Nie powinien przyjmować propozycji napisania artykułu
o poczuciu humoru w filozofii tylko po to, żeby Niespokojne
umysły zyskały odrobinę rozgłosu. Poza tym skąd mógł
wiedzieć, czy łamy pisma „Humoresque” to odpowiednie miejsce dla
wykładowcy akademickiego?

– Wróciłeś wcześniej.

Podniósł wzrok, gdy Ellen weszła
do jego gabinetu, machając ręką, w której trzymała książkę
Jak Proust może zmienić twoje życie.

– Urwałem się zaraz po
zebraniu. Chciałem napisać coś jeszcze przed kolacją. A ty gdzie
byłaś? Chłopcy nie wiedzieli.

– Powiedziałam im, że idę na
spacer. Powinni pamiętać takie rzeczy.

– Pamiętają, że wyszłaś
o trzeciej. Czyli półtorej godziny temu.

– Poznałam kobietę, która
wprowadziła się do tego groteskowo wielkiego domu na wzgórzu, no
i trochę pogadałyśmy.

– Jest groteskowa?

– Jest Hinduską. Z całą
rodziną właśnie przeprowadziła się tu z Kalkuty i jest zachwycona
tą przestrzenią. – Ellen usiadła na skraju jego biurka, a on
zamknął notatnik. – A jak twoje przemówienie?

– Dziekan nazwał mnie
„szacownym”, przez co poczułem się, jakbym miał osiemdziesiąt
lat. Potem upuściłem notatki na podłogę i postanowiłem
pójść na żywioł, więc jestem pewien, że wszyscy poczuli się
zdezorientowani.

– A taki był cel?

– Dezorientacja nigdy nie jest
moim celem. Czasami leży na drodze do celu. – Wskazał książkę. –
Czy Proust zmienia twoje życie?

– Na razie nie, ale jestem dopiero
na czterdziestej trzeciej stronie. Myślę, że przeczytam później
W poszukiwaniu straconego czasu.

– To lepiej uważaj. Niektórzy
ludzie spędzili na czytaniu Prousta całe życie i oszaleli od
tego.

Ellen podciągnęła rękawy białej
lnianej bluzki, ale zaraz znowu opadły. Evan zastanawiał się, ile
razy dziennie jego żona wykonuje ten ruch.

– Co myślisz o Matcie
i Margaret?

Nie wiedział, o co jej
chodzi.

– Matt McKenzie i Margaret Hope
– wyjaśniła.

– Oni są razem? – Wyobraził
sobie tę dwójkę w łóżku i był to przerażający obraz:
eksrugbysta Matt przygniatający flecistkę Margaret. – Kiedy to się
stało?

– Jeszcze się nie stało.

Związek tych dwojga był więc
tylko kolejnym wytworem jej wyobraźni, a te rzadko stawały się
rzeczywistością. Z tego, co wiedział, jego żona miała właściwie
zerową skuteczność, jeśli chodzi o kojarzenie par.

– Czy wiesz, że on ma metr
dziewięćdziesiąt pięć i waży chyba ze sto dziesięć kilo? A ona
ledwie sięga mi do pasa.

– Nie jest taka niska. Jesteśmy
prawie tego samego wzrostu.

– Myślę, że to najgorsza para,
jaką kiedykolwiek wymyśliłaś. Sugeruję, żebyś przemyślała to
wtrącanie się w sprawy innych.

– Pomaganie – poprawiła go. –
Oboje prosili mnie, żebym pomogła im kogoś znaleźć.

– Tylko mnie w to nie mieszaj,
okej?

– Nigdy tego nie robię.

Potrafił na poczekaniu
wyliczyć ze trzy sytuacje, kiedy wciągnęła go w organizowanie
niby to przypadkowych spotkań albo wykorzystała jako nieświadomego
posłańca. Nie widział jednak powodu, żeby wypominać jej teraz te
sztuczki. Wolał zmienić temat.

– McKeesowie przychodzą jednak
na kolację, tak? – spytał.

Próbował wykrzesać z siebie
nieco entuzjazmu, ale wiedział, że mu to nie wyjdzie. Mógł udawać
wiele rzeczy, ale entuzjazm do nich nie należał.

– A czemu mieliby nie
przyjść?

Z powodu choroby, wypadku,
problemów z dziećmi, awarii samochodu, przeciekającego dachu,
śmierci w rodzinie – istniało wiele dobrych powodów.

– Nie wiem, tak po prostu
pytam.

– Nie wyglądasz, jakbyś się
cieszył na ich przyjście.

Oczywiście, że nie cieszył się
na wieczór w towarzystwie kłótliwych McKeesów. Wydawało mu się,
że po ostatniej kolacji dał to jasno do zrozumienia.

– Oni o wszystko się kłócą –
odparł. – Po pięciu minutach od wejścia Bob wyda z siebie jakiś
podejrzany dźwięk. Sheryl powie mu, że ma przeprosić, i od tego
momentu już przez cały wieczór będą skakać sobie do gardeł.

– My też się kłócimy. Wszystkie
pary się kłócą.

Ujął jej dłoń i pocałował
lekko.

– Czasami walczymy na słowa,
ale to tylko taka gra.

Przesunęła ręką po jego
policzku.

– Kiedy się uśmiechasz,
przypominasz chłopców.

Obrócił głowę i pocałował
wnętrze jej dłoni.

– To główny genetyczny dar,
który im przekazałem… i jeszcze nadmierna ruchomość stawów.

– Mogli odziedziczyć po tobie
coś gorszego niż seksowny uśmiech.

– Twierdzisz, że chłopcy
seksownie się uśmiechają?

– Będą. A dziewczyny będą
się za nimi uganiać, tak samo jak uganiały się za tobą.

Pamiętał, jak w piątej klasie
biegł korytarzem, a trzy dziewczyny deptały mu po piętach. Nie
wiedział – ani wtedy, ani teraz – dlaczego poczuł potrzebę
ucieczki. One tylko chciały go pocałować. Scena skończyła się
fatalnie: wpadł na drzwi, które otworzyła nagle nauczycielka
fizyki. Evan pamiętał krwawiący nos, guza na czole, reprymendę
od nauczycielki i śmiech dziewczyn. Chyba nigdy nie opowiadał
o tym Ellen. Czy po prostu domyśliła się, że był w ten sposób
ścigany?

Evan wstał.

– Okej, to lepiej bierzmy się
do przygotowania tej kolacji. W czym mogę pomóc?

Ellen wyciągnęła z książki
zakładkę.

– Skocz, proszę, do Stonehill
Farm po warzywa. Tu jest lista. Powiedziałam chłopcom, że mają
jechać z tobą. Przez cały dzień siedzieli przed komputerem.

Evan wyszedł do przedpokoju
i zawołał w górę schodów:

– Adam, Zed, jedziemy!

Nie odpowiedzieli. Nie pojawili
się. Dziwne.

– Spróbuj z Kastorem i Polluksem
– zasugerowała Ellen.

– Co?

– Kastor i Polluks, bliźniacze
gwiazdy. Nie pamiętam, który jest który.

– Jak długo to potrwa?

– Powiedziałam im, że do jutra
rana.

– Kastor! Polluks! – krzyknął
na tyle poważnie, na ile zdołał. – Pokażcie się!

Zed szedł parę kroków przed
bratem, co było zdumiewające. Miał na sobie czerwoną koszulkę
z napisem: „Harvard śmierdzi”. Evan nigdy wcześniej jej nie
widział, domyślił się więc, że to prezent od matki Ellen.

– Dlaczego musimy jechać po
warzywa, mamo?

– Bo cały dzień siedzieliście
w domu. Potraktujcie to jako wypad do prawdziwego świata.

– Prawdziwy świat jest
nudny. Wolałbym, żeby zniknął.

– I co byłoby zamiast niego? –
zapytał Evan.

Zed przygryzł wargę; zawsze
grał w ten sposób na zwłokę, kiedy musiał odpowiedzieć na jakieś
trudne pytanie.

– Mógłbyś mieć w mózgu
taki mały chip i byłoby tam dużo różnych kanałów, które
przełączałbyś, po prostu myśląc jakiś numer. I świat byłby
taki, jaki widziałbyś w głowie. Na przykład na jednym kanale
mógłbyś jeździć na snowboardzie, na drugim na skateboardzie, na
trzecim grałbyś na konsoli i…

– Dobra, rozumiem. W takim razie
co powiecie na przełączenie się na kanał wyprawy po warzywa?

Zed wykrzywił usta w sztucznym
uśmiechu. Evan zastanawiał się, w jakim wieku dzieci uczą się tego
i czy sztuczny uśmiech przynosi jakieś ewolucyjne korzyści.

– No to dalej. – Adam chwycił
Evana za rękę, ciągnąc go w stronę drzwi do garażu. – Miejmy
to już z głowy.

– Kiedyś błagaliście mnie,
żebym zabierał was w takie miejsca – stwierdził Evan. – Na farmę,
do sklepu z narzędziami, do pralni, bez różnicy. Wszystko było dla
was przygodą.

– Mieliśmy wtedy chyba z pięć
lat, tato – zauważył Adam.

Zed skinął głową.

– Teraz mamy już jakieś
życie.

To prawda, mieli już jakieś życie,
ale Evanowi trochę trudno było się z tym pogodzić.

Szedł wolno wzdłuż
alejki z warzywami, trzymając w dłoni listę przygotowaną
przez Ellen. Jej instrukcje były dokładne, a kluczowe
słowa zostały nawet podkreślone – dwanaście miękkich szparagów, cztery pomidory
z naturalnych upraw, trzy niezbyt dojrzałe awokado. Wybierał kolejne
warzywa zgodnie z tymi wskazówkami. Miał pewność, że Ellen będzie
zadowolona. Odwrócił się, żeby podać chłopcom foliowe torby, ale
obaj gdzieś zniknęli. Stanął na palcach, omiatając wzrokiem halę
targową, i zobaczył dwie ciemnoczerwone koszulki wymykające się przez
tylne drzwi w kierunku leżącej na polu sterty dyń. Zdziwił się,
że dynie pojawiły się w tym roku tak wcześnie. Musiały pochodzić
z innego stanu.

Odwracając się z powrotem, wpadł
na drobną staruszkę trzymającą kabaczek o dziwnym kształcie.

– Przepraszam – powiedział. –
Nie zauważyłem pani.

Kobieta zaśmiała się, jakby to
był dowcip. Podniosła kabaczek.

– Wygląda jak stan Idaho, nie
sądzi pan?

Evan rzeczywiście dostrzegł pewne
podobieństwo.

– Tak, ma pani rację.

– Nikt nie kupi kabaczka, który
wygląda jak Idaho. Wezmę go.

Oddaliła się, nie mówiąc już
nic więcej. Zastanawiał się, czy kabaczek dołączy do jej kolekcji
warzyw w kształcie pięćdziesięciu stanów. A może spodziewała
się, że Stonehill da jej zniżkę na zakup zniekształconego
towaru? Obserwował, jak kobieta otwiera drzwi i przepuszcza wchodzącą
do sklepu parę młodych ludzi. Następnie wyszła, ściskając kabaczek
pod pachą. Z tego, co widział, nie zapłaciła za niego.

– Możemy ją kupić?

Rozejrzał się i dostrzegł
chłopców, którzy szli ku niemu, trzymając pomiędzy sobą dużą
dynię.

– Uważajcie, żeby jej nie
upuścić.

– Dzięki, że nam powiedziałeś,
tato. Myśleliśmy, że trzeba ją upuścić.

– Nie odpowiadaj mi tak,
Adam.

– Przepraszam. To możemy ją
kupić?

– My w sensie, że kupujecie
ją za swoje kieszonkowe, czy my w sensie, że kupuję ja?

– W sensie, że ty nam ją
kupujesz za to, że z tobą przyjechaliśmy – wyjaśnił Zed. – To
byłoby miłe z twojej strony.

Dynia była mocno spłaszczona,
a przycięta łodyga przypominała uchwyt. Z jednej strony miała
brązowe plamy, z drugiej była bardziej zielona niż pomarańczowa. Evan
nigdy nie widział brzydszej dyni.

– Czy jest jakiś powód, dla
którego wybraliście akurat tę?

– To najbrzydsza, jaką
znaleźliśmy – odparł Adam. – Chyba że dasz nam więcej czasu,
to jeszcze poszukamy.

– Ta jest wystarczająco brzydka
– stwierdził Evan i ruszył w kierunku kasy.

W drodze powrotnej chłopcy
siedzieli z tyłu, oparci ramionami o olbrzymie warzywo umieszczone
pośrodku. Zastanawiał się, czy nie zwrócić im uwagi, że w żadnym
wirtualnym świecie zakup dyni nie byłby tak satysfakcjonujący,
ale właściwie skąd mógł wiedzieć? Być może to doświadczenie
zapewniłoby podobnie zastępczą przyjemność jak czytanie.

Wjechał na autostradę. McKeesowie
mieli być za godzinę i wyobrażał sobie, że Ellen opiera się gdzieś
w domu o ścianę, próbując dokończyć Jak Proust może
zmienić twoje życie. Będzie potrzebowała pomocy przy
kolacji. Zawsze wydawało mu się dziwne, że Ellen czyta na stojąco,
zwłaszcza kiedy wykonywała równocześnie ugięcia lub wymachy
nóg. Czasami zdumiewało go, jak bardzo potrafiła się skupić.

Włączył kierunkowskaz, żeby
zmienić pas. W lusterku wstecznym zobaczył, że jakieś dwadzieścia
metrów za nim jedzie policja, więc wyłączył kierunkowskaz i zdjął
nogę z gazu. Spojrzał na prędkościomierz – wskazówka opadała
ze stu do dziewięćdziesięciu kilometrów. O szóstej godzinie było
jeszcze dość jasno, ale mimo to włączył światła.

Przez około półtora kilometra
radiowóz jechał za nim, utrzymując stałą odległość. Kiedy Evan
zwolnił do siedemdziesiątki, policjanci zrobili to samo. Evan uruchomił
tempomat i położył obydwie dłonie na kierownicy.

Niebieskie światło
zaczęło błyskać. Zmienił pas na prawy, robiąc miejsce na
wyprzedzanie. Radiowóz jednak wciąż pozostawał tuż za nim. Evan
zjechał więc z jezdni na miękkie pobocze. Policja zrobiła to samo,
a on poczuł się nagle bardzo niepewnie. Jakie wykroczenie popełnił
ich zdaniem?

– Jechałeś za szybko,
tato?

– Nie, tylko pięć kilometrów
na godzinę szybciej, niż jest dozwolone. Tyle zawsze można. – Nagle
przypomniał sobie, że jakąś kobietę z Teksasu aresztowano chyba
za to, że jej dzieci nie miały zapiętych pasów. Zerknął na tylne
siedzenie. – Obaj zapięliście pasy?

– Tak.

Spojrzał w lusterko. Policjant
rozmawiał przez radio. Evan zastanawiał się, czy nie wysiąść
i nie zapytać, o co chodzi, ale przypuszczał, że gliniarze wolą
sami przejawiać inicjatywę. Przedstawiciele władzy tak mieli. Dlatego
czekał.

– Może zepsuł ci się
prędkościomierz i jechałeś o dziesięć kilometrów za szybko. Tyle
to chyba nie można, co?

Evan obserwował w lusterku
jak niski, krępy policjant wysiada z radiowozu i idzie w jego
kierunku. Pochylił się przy oknie, z ręką na pistolecie, i spojrzał
do środka.

– Coś nie tak, panie
władzo?

– Prawo jazdy i dowód
rejestracyjny proszę.

Evan otworzył schowek i znalazł
dowód rejestracyjny. Następnie wyciągnął z portfela prawo
jazdy.

Funkcjonariusz poświecił latarką
na dokumenty.

– Kto jest z tyłu?

– Moi synowie – odparł Evan
i poczuł dziwną potrzebę, by wyjaśnić: – To bliźniaki.

– Czy może pan mi podać kluczyki
do auta, panie Birch?

– Kluczyki?

– Zgadza się. Proszę wyjąć
je ze stacyjki i podać mi.

Evan wyjął kluczyki i położył
je na dłoni policjanta. Mężczyzna wrócił do radiowozu.

– Rany, tato, musisz mieć niezłe
kłopoty.

– On tylko coś sprawdza. Może
światło stopu się przepaliło albo zapomniałem zrobić
przegląd.

Na autostradzie zwalniały
kolejne auta i Evan pomyślał, że tak właśnie tworzą się korki:
z ludzkiej ciekawości. Kilka osób, mijając ich, pomachało. Jakiś
mężczyzna pokazał uniesiony kciuk. Inny przesunął sobie palcem po
szyi i roześmiał się.

– Czy mogę poprosić
o dropsa? – zapytał Adam.

Ta przesadna uprzejmość
trochę zdenerwowała Evana. Otworzył schowek pomiędzy przednimi
siedzeniami i zaczął szukać cukierków. Natrafił dłonią na okulary
przeciwsłoneczne, plastikowy widelec, paczkę chusteczek, telefon,
małą latarkę, puste pudełko po kliszy fotograficznej i kilka
długopisów. Żadnych dropsów.

– Musieliśmy je zjeść,
Adam.

– TY musiałeś je zjeść.

– Może będziemy w telewizji
– powiedział Zed. – Pewnie ma tam gdzieś ukrytą kamerę.

Trzasnęły drzwi
samochodu. W lusterku znowu pojawił się policjant. Jego mowa ciała
się nie zmieniła: nadal wydawał się spięty, a może po prostu
zachowywał zwyczajową czujność. Prawą dłoń wciąż trzymał na
rękojeści broni. Evan podejrzewał, że wymagały tego jakieś nowe
przepisy.

– Panie Birch?

– Tak?

– Proszę wysiąść
z auta.

– Co się dzieje, tato?

– Ten pan chce ze mną tylko
porozmawiać – odparł Evan, wysiadając z samochodu. – Czy coś
się stało, panie władzo?

– Proszę się odwrócić
i położyć ręce na masce.

Usłyszał te słowa wyraźnie,
ale mimo wszystko wypalił:

– Co takiego?!

Policjant dotknął jego
ramienia.

– Proszę się odwrócić
i położyć ręce na masce.

Uczył chłopców, że
należy słuchać policji. „Zawsze róbcie to, co każe wam
funkcjonariusz”. Zamierzał postępować tak samo.

Policjant poklepał go po
nogach.

– Szerzej.

To było niepojęte. Jak można
zwykłemu obywatelowi kazać, by wysiadał z samochodu i stawał
w rozkroku?

Policjant obmacał mu klatkę
piersiową, okolice pasa i obydwie nogi.

Kiedy przeszukanie dobiegło końca,
Evan obrócił głowę.

– Czy mógłby mi pan powiedzieć,
o co chodzi?

– Muszę prosić, by udał się
pan ze mną na komisariat.

– Na komisariat? Ale po co?

– Musimy wyjaśnić kilka
kwestii.

– Ale moja żona czeka
na mnie w domu. Mamy dzisiaj gości na kolacji. I wiozę tutaj
chłopców.

– Będzie pan mógł z komisariatu
zadzwonić do żony i powiedzieć jej, że się pan spóźni.

Evan odwrócił się na tyle,
na ile mógł, trzymając dłonie na masce samochodu.

– Proszę mnie posłuchać,
staram się być spokojny, ale nie może pan tak po prostu zatrzymywać
ludzi na drodze, przeszukiwać ich i zabierać na komisariat, niczego
nie tłumacząc.

– Detektyw Malloy wszystko panu
wyjaśni na komisariacie.

– Ale o to właśnie mi
chodzi… nie zamierzam jechać na komisariat po wyjaśnienia. Chcę,
żeby pan mi to powiedział.

– Odmawia pan pojechania na
komisariat?

Evanowi nawet nie przyszło
do głowy, że mógłby to zrobić. Być może istniało
jakieś konstytucyjne prawo pozwalające zatrzymanemu odmówić
współpracy. I przede wszystkim: czy aby kogoś zatrzymać, policja
nie musiała mieć konkretnego powodu?

– Okej, tak, odmawiam. Zadzwonię
do żony i powiem jej, że podrzucę chłopców do domu, a potem
pojadę na komisariat i wyjaśnię całą tę sprawę. Może być?

Pochylił się do samochodu, żeby
wziąć telefon.

– Proszę się nie ruszać –
polecił funkcjonariusz.

– Ja tylko sięgam…

Mężczyzna chwycił go za ręce
i wykręcił mu je za plecy. Chwilę później kajdanki z kliknięciem
zamknęły się wokół jego nadgarstków. Evana zdumiało, że wszystko
wydarzyło się tak szybko. Nie zdążył stawić oporu i uznał, że to
dobrze. W takiej sytuacji nie byłoby to najlepszym rozwiązaniem.

Adam wychylił głowę przez tylne
okno.

– Tato?

Evan odwrócił się do niego,
żeby zasłonić kajdanki.

– Wszystko
w porządku. Poczekajcie chwilę, zaraz to wyjaśnię.

– Proszę ze mną do radiowozu,
panie Birch.

Prowadzony przez policjanta
za ramię, obszedł tył jetty. Mijały go jadące prawym pasem
samochody. Odwracał od nich twarz, myśląc o wszystkich tych
podejrzanych z telewizyjnych serwisów informacyjnych, którzy zarzucali
sobie kurtki na głowy.

Zatrzymał się.