Strona główna » Kryminał » Skazaniec III Za garść srebrników

Skazaniec III Za garść srebrników

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65339-03-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Skazaniec III Za garść srebrników

"Tutaj szybko umiera w człowieku to, co w nim dobre i najlepsze. Życzliwość? Ona budzi się wtedy, kiedy masz jakiś interes. Współczucie? Zapominasz co to takiego. Bezinteresowność w stosunku do bliźniego? Szybko pozbywasz się złudzeń, że coś takiego istnieje.
Nie tu.
Nie w więzieniu."
Po raz trzeci Krzysztof Spadło prowadzi czytelnika przez ponury i bezwzględny świat, który czai się po drugiej stronie więziennych murów. Autor w doskonały sposób obnaża słabości ludzkiej natury, gdzie liczy się tylko chciwość, pożądanie lub podatność na nałogi. W tle opowieści przewijają się echa historycznych wydarzeń i dzięki temu, granica między fikcją a rzeczywistością... przestaje istnieć.

Polecane książki

Druga wojna światowa toczyła się nie tylko na polach bitew i w kwaterach dowódców. Fabryki zaopatrujące walczących w broń, autostrady pozwalające na szybkie dotarcie do celu, fortyfikacje i schrony – rola inżynierów, architektów i budowniczych była ogromna, a kolejn...
Pierwszy tom rewelacyjnej serii o zagubionej dziewczynie i dwóch seksownych braciach z miasteczka Fallen Crest Po rozwodzie rodziców Sam wprowadza się z mamą do domu jej nowego partnera. Wówczas do życia dziewczyny wkraczają synowie bogatego biznesmena. Logan i Mason Kade to przystojni młodzi mężczy...
Niniejszej książka jest skierowana do tych nauczycieli, którzy chcą i mają odwagę zmieniać tradycyjny program nauczania, przyczyniając się tym samym do reformowania metodyki pracy z dzieckiem tak, by edukacja była zarówno dla nich, jak i dla dziecka znakomitą i efektywną przygodą edukacyjną. Traktuj...
Akcja książki „Pieskie wakacje” zaczyna się w pierwszym dniu wakacji. Główna bohaterka Marysia, właścicielka kota Ziutka budzi się w fatalnym humorze, ponieważ: jej rodzice wyjechali na stypendium naukowe do Kanady, wszystkie koleżanki są na obozach lub koloniach, a ona pozostała pod opieką ciotki S...
  Jakie wartości są ważne w waszej rodzinie? Na czym budujecie swój rodzicielski autorytet? Jak cenna jest dla was integralność waszych dzieci? Czy uczycie je przejmować odpowiedzialność za siebie? Oto lektura dla rodziców, którzy nie chcą wychowywać dzieci groźbami i karami, ale wiedzą też, że tak ...
Prowadzenie działalności transportowej wymaga nie tylko znajomości wszystkich potrzebnych regulacji prawnych, ale także wiedzy na temat finansów i sprawnego zarządzania firmą. To pozwoli zaoszczędzić niepotrzebne wydatki. Ksiażka zawiera wiele praktycznych porad dotyczących m.in.: • zapłaty podatku,...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Krzysztof Spadło

PROJEKT
OKŁADKI:

Dariusz
Herbowski

ZDJĘCIE:

Dariusz
Herbowski

KOREKTA:

Małgorzata
Wawrzyniak

ISBN:

978-83-65339-02-7

WYDAWCA:

SilverLemon

KONTAKT:

skazaniec@silverlemon.pl

Copyright
© 2015 Krzysztof Spadło & SilverLemon

www.skazaniec.com

krzysztof.spadlo@skazaniec.com

Wszelkie
prawa zastrzeżone.

Kopiowanie,
rozpowszechnianie części
lub całości

bez
zgody wydawcy zabronione.

Wydanie
I 2015

Dla
Gosi.

Bez
Ciebie wszystko

byłoby
niczym.

Starość
jest przerażająca! Coraz częściej miewam takie chwile, kiedy obawiam
się czy nadal jest we mnie poczucie rzeczywistości. Niekiedy zachodzę
w głowę starając się sobie przypomnieć, co wczoraj zjadłem na
śniadanie i… mam z tym problem. Sprawy sprzed kilku dni umykają
gdzieś w nicość i zapadają się w otchłań zapomnienia, ale za to cała
odległa przeszłość wydaje się chwilą, która właśnie minęła.

O
tak, czas to podły szyderca!

Drwi
sobie ze mnie w najlepsze. Sprawia, że każde wspomnienie niesie ze
sobą doznania dla wszystkich zmysłów. W moim umyśle wciąż słyszę
szczęk klucza w zamku, jęk zawiasów, gong dzwonu na sterowni i odgłos
kroków uderzających o drewniane podesty. W ustach panoszy się znajomy
smak cierpkiej kawy, który przez długie lata witał mnie każdego
poranka. Kiedy tylko wspomnę jaki paskudny fetor czaił się w
pomieszczeniu z silosami, to gówniany zapach natychmiast rozsadza mi
nozdrza. Co to za życie, skoro nawet słońce nie ogrzewa mnie na tyle,
żebym przestał czuć na swym ciele chłód więziennych korytarzy?

Możecie
mi wierzyć na słowo, że dźwigam na swych starych ramionach ciężkie
brzemię. Niekiedy parszywy ból rozrywa duszę i doskwiera tak bardzo,
że trudno jest wytrzymać. W takich chwilach oddałbym wszystko, by móc
zanurzyć usta w wodach mitycznej rzeki Lete, pociągnąć solidny łyk i
doznać zapomnienia.

Czasami
miewam takie dni, kiedy ogarnia mnie wyciszenie i nie mam żadnych
skojarzeń. Lubię ten stan. Czuję się wtedy tak, jakbym odpoczywał po
długim i żmudnym marszu, a nim zapadnie zmierzch, świat naprawdę
wydaje się piękny. Staję wówczas w oknie, palę papierosa i przyglądam
się jak światło dnia zaczyna konać w ramionach nocy. Potem nastaje
ciemność i wtedy wszystko co miłe ulatuje gdzieś w mrok, a w duszy
zaczynają rozbrzmiewać pierwsze takty niepokoju. Nie zawsze potrafię
zagłuszyć tę ponurą melodię. Mam wrażenie, że wszystkie moje lęki i
obawy snują się tuż obok niczym złowieszcze cienie, jakby chciały mi
oznajmić, że tej nocy stare demony przyjdą w odwiedziny.

Niekiedy
miewam parszywe sny. Złośliwe mary nawiedzają mnie w tak intensywnym
wydaniu, że gdy otwieram oczy, to jestem przerażony i potrzebuję
kilku chwil, żeby dojść do siebie. Siadam na krawędzi łóżka, wpatruję
się w pomarszczoną skórę na moich dłoniach i czuję jak spływa na mnie
ulga, bo widzę, że jestem tu i teraz.

Potęga
ludzkiego umysłu jest zadziwiająca. Upłynęło tak wiele lat, a ja
nadal miewam chwile, kiedy nagle przypominam sobie jakiś detal. Potem
w głowie odpala się projektor wyobraźni i przewija wspomnienia niczym
kadry filmowej taśmy. Klatka stop i od nowa.

I
jeszcze raz.

I
znowu.

W
wyobraźni jawią się znajome twarze, gesty, głosy, zdarzenia, a nawet
błahe szczegóły, które dziś nabierają zupełnie innego znaczenia.

Wczoraj
podczas pisania złamałem rysik w ołówku. Grafitowy szpic turlał się
wzdłuż kartki, a mnie nagle dopadła gorzka refleksja, że być może
taki sam kruchy przedmiot przekreślił jesienią 1933 roku moją szansę
na inne życie. Tamtego wieczoru Frantz robił listę ochotników do
pracy w polu. Następnego dnia stu chłopa miało wyjść poza mury.
Wykopki. Pamiętne wykopki, które po wsze czasy wpisały się w historię
wronieckiego więzienia. Ja też miałem iść w pole, bo zawarłem z
Frantzem układ i dałem mu to, czego chciał…

Rozumiem,
że teraz dumanie o tym – co by było gdyby – nie ma
najmniejszego sensu. Tylko co mi z tej wiedzy, skoro nie wiem jak
powstrzymać te gdybające myśli? To kolejne oblicze starości, które
mnie kąsa i dręczy.

Niekiedy
patrzę w lustro i widzę twarz, której mam sporo do zarzucenia, bowiem
zdarzyło się w moim życiu kilka spraw, z których nie jestem dumny.
Były też sytuacje, kiedy mogłem postąpić inaczej, właściwiej, a
zamiast tego, chowałem się za woalem własnych słabości i wygodnictwa.
Kiedy spoglądam w przeszłość i widzę, co dla innych więźniów w
czasie hitlerowskiej okupacji było w stanie zrobić pięciu młodych
oratorianów, to zaczynam się zastanawiać, czy jestem godzien określać
się mianem człowieka? Nie pomogą żadne modlitwy i błagania, nie
zmienię tego co było, niczego nie naprawię i nie cofnę czasu.
Naprawdę żałuję, że historia mojego życia jest pełna wydarzeń, które
przecież mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Za późno na
jakiekolwiek usprawiedliwienia. Jedno co mogę zrobić, to tylko
bezradnie rozłożyć ręce i powiedzieć, że jest mi przykro.

Cóż
z tego, że w dobrym zdrowiu dożyłem sędziwego wieku? Nie mam pojęcia
co znaczy być mężem, ojcem, dziadkiem… Sam nie wiem ile razy
zastanawiałem się – po jaką cholerę to wszystko? Jaki jest sens
mojego istnienia? Podejrzewam, że ludzie tacy jak ja, tacy którzy
czują w sobie pustkę, rozmyślają nad tym i uparcie szukają
odpowiedzi. Jednak kiedy człowiek za bardzo zaprząta sobie głowę
takim ciężarem, łatwo się może pogubić i wpaść w sidła bezsilnej
obojętności. Wiem coś o tym, bo kilka razy w życiu zabrnąłem w tę
ślepą uliczkę i znałem takich, którzy tam również dotarli. Trudno
wyjaśnić jak to jest, a szczególnie komuś, kto tego nigdy nie
doświadczył. Nie ma takich słów, którymi można opisać ludzkie uczucia
kiedy cały świat wydaje się bezbarwny, kiedy każdego dnia tracisz
chęć do życia, kiedy czujesz głód i nie możesz przełknąć nawet kęsa,
kiedy pragniesz zasnąć, ale krzyk w twojej głowie nie pozwala ci
zmrużyć oczu. Medycyna nie zna lekarstwa na chorobę duszy. Nie ma
magicznego eliksiru który sprawi, że ktoś pogrążony w rozpaczy
pociągnie z karafki solidny łyk mikstury i nagle powróci do niego
znajoma radość życia. Jest tylko jeden sposób, żeby wyrwać się z
marazmu, żeby znowu poczuć jak w żyłach krąży krew i odzyskać
utraconą równowagę umysłu. Trzeba odnaleźć w sobie misję i użyć
wszystkich sił, żeby ją realizować. Jeżeli ktoś twierdzi inaczej, to
opowiada bzdury.

Pewnego
dnia Johnny Alcatraz, największy bajerant jakiego znałem, powiedział
coś całkiem mądrego:


Kiedy człowiek nie ma celu, do którego będzie zmierzał, to po prostu
sparszywieje.

Gdybym
kilka miesięcy temu nie wpadł na pomysł aby spisać wspomnienia, które
noszę w głowie, to Bóg jeden raczy wiedzieć kim byłbym teraz. Śmiem
twierdzić, że chyba zdziadziałbym do reszty. Wiem, to może wydawać
się śmieszne, ale ja naprawdę odnalazłem w tym ratunek, kiedy wbiłem
sobie do łba, że właśnie to stanowi cel mojego życia. Od tamtej pory
zniknęły te wszystkie dylematy, że nie mam rodziny, potomstwa i że
moje nazwisko umrze wraz ze mną. Sensem mojego istnienia zostało tych
kilka skoroszytów, będących uczciwym świadectwem czasów, w których
przyszło mi żyć. Nawet nie macie pojęcia ile przekłamania i fałszu
zostało sprytnie przemyconych i wplecionych w historię współczesnej
Polski. Włos się jeży na mojej starej głowie, kiedy pomyślę o tym,
jak wiele zostało napisanych podręczników i opracowań, które tak
naprawdę są gówno warte. Kilka z nich wpadło mi w ręce i miałem je
okazję przeczytać, pełno w nich kłamstwa, manipulacji i żonglowania
faktami. Powstały chyba tylko po to, aby stworzyć iluzję naszego
narodowego ego, żeby błyszczało i lśniło w oczach potomnych niczym
nieskazitelny diament. Unika się tematów, które obnażają krwiożerczą
walkę o władzę i przywileje, milczy się w kwestii wszechwładnej
mamony, a za klauzulą tajności, ukrywa się rządowe afery, gospodarcze
przekręty i polityczne morderstwa.

Ktoś
mógłby mnie zapytać – a kim ty jesteś u licha, żeby snuć takie
oszczerstwa?

Nazywam
się Stanisław Żabikowski i jestem nikim.

Przechodzę
do historii jako więzień II Rzeczypospolitej skazany wyrokiem
prawomocnego sądu na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Jako
były skazaniec, mam świadomość, że dla wielu z was jestem osobą
niewiarygodną albo człowiekiem drugiej kategorii. Tak jest
skonstruowany świat, w którym wzorce społeczne budują ludzką
mentalność i nic tego nie zmieni. Nawet nie wiem dlaczego, ale zawsze
kiedy zastanawiam się nad tą filozoficzną kwestią, dociera do mnie
sens słów jakie swojego czasu wypowiedział pewien człowiek, który w
rządzie III Rzeszy piastował funkcję ministra propagandy i oświecenia
publicznego. Na pewno słyszeliście o nim, nazywał się Joseph
Goebbels. To on był autorem zdania, które na zawsze zostanie
zwierciadłem naszego świata i życia – „wielokrotnie powtórzone
kłamstwo staje się prawdą” – i myślę, że trudno się z tym nie
zgodzić.

Ja
nie mam żadnych powodów aby zatruć fałszem swoje wyznania. Jestem już
stary i pragnę tylko uczciwie rozliczyć się z przeszłością, bo
niebawem nadejdzie mój czas, a chciałbym się udać w zaświaty z
czystym sumieniem. Tak w głębi duszy żałuję tylko tego, że nie
potrafię odnaleźć w sobie wybaczenia. Wyznać grzechy, obnażyć swe
błędy i okazać prawdziwą skruchę to jedno, a odpuścić winnym, to
drugie.

Niestety
brak we mnie choćby namiastki miłosierdzia, jakie miał w sobie
Chrystus.

Przyznam
się wam do czegoś, otóż kiedy Wolf załatwił Szumskiego, poczułem
ulgę. Zupełnie jakbym zrzucił ze swoich pleców jakiś cholerny ciężar.
Na samą myśl o tym, że Wszawy Mendziarz już nigdy więcej nie odwiedzi
mojej celi, rozpierała mnie radość i satysfakcja.

Byłem
też jedynym więźniem we Wronkach, który poznał prawdziwe oblicze
Rzeźnika z Danzing.

Aspiranta
Szumskiego pochowano na wronieckim cmentarzu z wielką pompą. Galowe
mundury, orkiestra, wieńce, kwiaty, uroczysta msza żałobna, salwa
honorowa i kondukt ludzi. Zjawiła się delegacja z miejskiego ratusza,
a sam naczelnik Zalewski wygłosił pełne patosu przemówienie. Dla
wszystkich, którzy brali udział w pożegnalnej ceremonii martwy
funkcjonariusz stał się symbolem męczennika, ofiary unicestwionej
przez złego i podłego kryminalistę. Tylko nieliczni mieli świadomość
jaki naprawdę był Teodor Szumski, który naginał prawo, łamał przepisy
i podle traktował niektórych skazańców. O tym się nie mówiło. Mit
wzorowego strażnika, oddanego służbie i niewdzięcznym obowiązkom
wywindował go na piedestał, a pośmiertnie, przyznano mu rangę
podkomisarza służby więziennej.

Niewielu
ludzi wiedziało iż późną nocą, która poprzedzała dzień pochówku
Szumskiego pod cmentarnym murem kilku mundurowych pogrzebało zwłoki
Wilhelma Wolfa. Tak właśnie było. Mogę temu zaświadczyć, bo dzień
wcześniej własnoręcznie zrobiłem z sosnowych desek skrzynię, która
posłużyła za jego trumnę. Następnie hołdując wiernie swemu
przyrzeczeniu, wpisałem jego nazwisko i datę śmierci na odwrocie
tablicy wiszącej w stolarni.

Dochodzenie
w sprawie zabójstwa Szumskiego ciągnęło się ponad dwa miesiące. O
zdarzeniu było głośno, a naczelnik nie miał możliwości, żeby ukręcić
sprawie łeb i zamknąć ją na tyle, aby nie wyciekła poza mury
wronieckiego więzienia. Powołano specjalną komisję, która drobiazgowo
miała przeanalizować wszystkie aspekty tej niecodziennej afery.
Zjawili się ludzie z prokuratury, a tematem zainteresował się jakiś
żądny sensacji dziennikarzyna z poznańskiej prasy. Trudno mi
powiedzieć jak wiele ciemnych i brudnych spraw wyszło wtedy na jaw.
Chyba sporo, bowiem śmierć Wszawego Mendziarza przyniosła kolosalne
zmiany. Jednak wszystko co rozegrało się na płaszczyźnie regulaminów
było niczym w porównaniu do tego, jak to spektakularne morderstwo
wpłynęło na mentalność pracowników więzienia. Większość z nich z
przerażeniem zdała sobie sprawę, że w obrębie tych mrocznych murów,
żaden funkcjonariusz nie może czuć się bezpieczny.

Był
tylko jeden człowiek, którego zeznania mogły swym blaskiem boleśnie
oślepić członków tej zacnej komisji śledczej. Nazywał się Rudolf
Frantz. On wiedział dużo o metodach jakie w stosunku do skazanych
stosował jego były przełożony. Prywatnie byli kumplami, doskonale się
rozumieli, a w pracy niejednokrotnie działali wspólnie.

W
ciągu tych dwóch miesięcy wszyscy więźniowie z bloku B zostali
przesłuchani, a każde zeznanie trafiło do opasłych tomów akt. Ja
również musiałem odpowiedzieć na szereg pytań. To była czysta
formalność. Miałem twarde alibi jakie zapewnił mi swoim zeznaniem
strażnik, który tego feralnego dnia pełnił służbę w bibliotece.
Natomiast podczas przesłuchania, trzymałem się sztywno zasady trzech
małp. Nabyta w więzieniu ostrożność nakazywała mi nie wywlekać na
światło dzienne żadnych gównianych zajść z przeszłości. Przecież
cokolwiek bym nie powiedział, to i tak niczego nie mogłem zmienić.
Miałem świadomość, że kilka słów prawdy mogło mi bardziej zaszkodzić
niż pomóc.

Śledztwo,
które miało wyjaśnić okoliczności morderstwa zupełnie przypadkiem
obnażyło mechanizm współdziałania funkcjonariuszy i ich niepisaną
zmowę milczenia. Szczególnie drażliwą sprawą okazał się wątek
korespondencji. Szumski nie miał rodziny, a tak na marginesie to
wcale się temu nie dziwię, bo jaka kobieta chciałaby takiego
popaprańca? Za życia aspirant zajmował służbowe, dwupokojowe
mieszkanie na pierwszym piętrze przy ulicy Lipowej 5. Pozostawił po
sobie sporo prywatnych rzeczy, coś z nimi trzeba było zrobić i
przygotować kwaterę do zasiedlenia przez innego pracownika. W związku
z tym, że sprawy lokalowe pozostawały w gestii więziennej
administracji powołano kolejną komisję, aczkolwiek już wewnętrzną, w
skład której wszedł również Rudolf Frantz. To właśnie on znalazł
ukrytą w mieszkaniu Szumskiego teczkę z listami, którą wraz z
raportem przekazał bezpośrednio na ręce naczelnika. W tym samym
budynku, ale na parterze, mieszkał też dozorca Lepke. Klawisze z
bloku B mieli niezły ubaw i ciągle mu dogryzali, że jak Rudolf się
rozkręci to na jego kwaterze również zrobi niezły kipisz. Swoją drogą
Frantz dobrze kombinował, wiedział jak wkraść się w łaski
przełożonego i rozpocząć swój zwycięski marsz do kolejnego awansu.
Śmierć Szumskiego bardzo mu w tym pomogła.

W
śledztwie wątek korespondencji do więźniów nie mógł w cudowny sposób
rozpierzchnąć się w powietrzu. Sprawa była zbyt gruba. Okazało się,
że teczka znaleziona w mieszkaniu aspiranta zawiera mnóstwo listów do
skazańców, którzy byli osadzeni na bloku B, ale zdążyli już
odpokutować swoje winy i opuścili więzienne mury. Każdy list był
otwarty. W moim mniemaniu wyglądało to tak, jakby Wszawy Mendziarz
stworzył sobie swoje prywatne archiwum, dzięki któremu mógł prowadzić
szantaż emocjonalny w stosunku do tych, których nie darzył sympatią.

To
odkrycie stanowiło niezbity dowód na to, że musiało dochodzić do
fałszowania księgi pocztowej na dyżurce oficera. Zrobił się niezły
bajzel, wielu mundurowych ukarano naganą i ta sprawa położyła się
cieniem na ich dalszej, zawodowej karierze. Zalewski zapowiedział, że
jeśli którykolwiek z funkcjonariuszy dopuści się tego ponownie,
zostanie dyscyplinarnie zwolniony z pracy, bez względu na rangę i
staż służby. Jakby tego było mało, naczelnik uświadomił swojej
kadrze, a szczególnie pracownikom niższego szczebla, że jeśli mają
wątpliwości co do poleceń swoich bezpośrednich przełożonych to
oczekuje od nich osobistego meldunku w tej sprawie.

Pewnego
dnia przypadkiem usłyszałem jak Robalski rozmawiał z Mroczkowskim:


I niby co on sobie myśli? Że któryś z nas się skurwi? – dozorcy
czasami używali tych samych określeń co skazańcy.


Nie, nie kolego – odparł Mroczkowski, który miał za sobą więcej
lat pracy niż jego rozmówca i tym samym większe doświadczenie. – On
wie, że nikt z nas nie przyjdzie z takim meldunkiem. Każdy natomiast
będzie się pilnował, żeby nie stracić roboty. Będziesz nadstawiał
tyłek, bo ktoś ma na pieńku z jakimś śmieciem? Raczej nie, prawda?


No prawda.


Skończyły się czasy Szumskiego i jego wariactw. Trzeba robić swoje i
patrzeć co będzie dalej. Nie mam zamiaru wychylać się przed szereg,
zostało mi pięć lat do emerytury i tylko to mnie interesuje.

Wtedy
uświadomiłem sobie, że chłopaki w brązowych mundurkach też mają się
na baczności.

W
pewien grudniowy wieczór przodownik Frantz zjawił się w mojej celi
tuż przed ciszą nocną. Kiedy ja stałem na baczność obok okna, on
usiadł przy stole, zdjął czapkę i zapytał:


Zdajesz sobie sprawę, że ten młokos Kurski wyśpiewał jakiś czas temu
wszystko jak na spowiedzi?


Nie bardzo rozumiem panie przodowniku – odparłem, chociaż byłem
tego świadom. Młody zaraz po wyjściu z lazaretu, kiedy jeszcze
chodził z obandażowanym barkiem opowiedział mi co i jak. Zastraszyli
go, dostał kilka klapsów, a kiedy wyznał Szumskiemu za kogo go
uważamy i jak o nim mówimy, ten z wściekłością zdzielił go pałą tak
mocno, że pogruchotał mu obojczyk.


Ty już dobrze wiesz – Frantz spojrzał na mnie chłodnym
wzrokiem. – Za długo mam do czynienia z takimi jak ty. To, że tamtej
niedzieli byłeś w bibliotece, nie świadczy o tym, że niczego nie
wiesz – powiedział podejrzliwym głosem. – To, że sprawa została
zamknięta i protokoły spisane, wcale nie oznacza końca tej historii.
Czy sądzisz, że wszystko zmieni się na lepsze, bo już nie ma wśród
żywych aspiranta Szumskiego? Naprawdę tak myślisz? – w moich uszach
słyszałem autentyczne niedowierzanie. – Były dwa wiadra, ale tylko
jeden skazaniec. To drugie wiadro jakoś bardzo pasuje mi do ciebie.
Ty, Wolf i ten szczyl Kurski… jak to Teodor o was mówił? Święta
trójca? Zgadza się? – ponownie spojrzał mi w oczy. – Dzieciak był
wtedy na izbie chorych, więc jakby nie kombinować, to drugie wiadro
było dla ciebie. Wy zawsze pracowaliście razem – ciągnął
Frantz, a ja czułem jak moje kolana robią się wiotkie niczym wata. –
Szkoda tylko, że komisja nie usłyszała tego z moich ust. Teraz już
rozumiesz?


Nie panie przodowniku, nie rozumiem – szedłem w zaparte.

Na
dźwięk moich słów pokiwał tylko głową i spojrzał na mnie z dziwnym
grymasem.


Myślę, że wszystko doskonale pojmujesz – mówił spokojnie, a
palcami lewej dłoni lekko uderzał o drewniany blat stołu wybijając
równomierny rytm. – Wiele spraw się zmieni, ale ty nadal będziesz
skazańcem z wyrokiem dożywocia. Natomiast ja nadal będę sumiennym
funkcjonariuszem służby więziennej. Może nawet niebawem awansuję –
w jego głosie zabrzmiała lekka nutka nadziei. – I wiesz co to
oznacza? – to było tylko retoryczne pytanie. – Że przez długie lata
będziemy żyć obok siebie – wstał i podszedł do mnie. – To, jaka
czeka cię tutaj przyszłość w dużej mierze zależy tylko od ciebie –
położył mi dłoń na lewym ramieniu i delikatnie ścisnął. – Mogę ci być
przychylny – powiedział cichym głosem zbliżając nieco swoją
twarz do mojej. Nagle na korytarzu rozległ się odgłos prężnych kroków
uderzających w podest ciągnący się wzdłuż cel. Frantz cofnął swoją
ręką, obrócił się na pięcie, złapał czapkę leżącą na stole i założył
ją na głowę. – To tyle co mam ci do powiedzenia na dzisiaj –
rzucił głośno służbowym tonem i ruszył w stronę drzwi. Już miał je
zamknąć, kiedy znowu spojrzał na mnie i powiedział – jeszcze
wrócimy do naszej rozmowy.

Stałem
przez dłuższą chwilę i czułem się tak, jakbym wpadł w jakąś cholerną
pętlę czasu. To się nigdy nie skończy –
złowieszczy głos Końskiej rozległ się w zakamarkach mojej czaszki.
Problemy zostały takie same i wszystko wskazywało na to, że pojawił
się nowy zarządca, który miał odmienne oczekiwania niż jego
poprzednik.

Zapaliłem papierosa i wlepiłem wzrok w grudniową
ciemność.

Pomny na słowa Wolfa o wstrzemięźliwości zadbałem o to,
żeby moje stosunki z Młodym nie przekroczyły niebezpiecznej granicy,
która zrodziłaby we mnie poczucie odpowiedzialności. Wspólnie
zjadaliśmy posiłki, sporo czasu spędzałem z nim na spacerniaku i
chociaż ścieżki naszego życia splotły się w tych murach, to jednak
świadomie uciekałem od przyjacielskiej zażyłości. Powiem tak, to był
dobry dzieciak i nawet go lubiłem, ale niestety, byłem w tym podłym
miejscu za dużo lat jak na jedno życie. Miałem w głowie zbyt wiele
parszywych wspomnień. Tutaj szybko umiera w człowieku to, co w nim
dobre i najlepsze. Życzliwość? Ona budzi się wtedy, kiedy masz jakiś
interes. Współczucie? Zapominasz co to takiego. Bezinteresowność w
stosunku do bliźniego? Szybko pozbywasz się złudzeń, że coś takiego
istnieje.

Nie tu.

Nie w więzieniu.

Każdego dnia natomiast czujesz jak twoją skórę porasta
niewidzialny pancerz znieczulicy. Na początku jeszcze się przed tym
bronisz, myślisz o tym kim byłeś kiedyś i zadziwia cię fakt, kim
stałeś się tutaj. Potem jednak przywykasz do tego stanu i traktujesz
jak coś zupełnie naturalnego, a łzy drugiego człowieka, przestają na
tobie robić jakiekolwiek wrażenie.

Podczas świąt bożego narodzenia widziałem jak Młodemu
szklą się oczy. Sądziłem, że to z tęsknoty i żalu, dlatego też o nic
nie pytałem. Nie było w tym nic dziwnego, bo czas świąt jak żaden
inny, potrafił złamać nawet największego twardziela. Tak samo jak
każdy z tutaj obecnych, ja również dźwigałem swój krzyż i daleki
byłem od tego, żeby dręczyć się jeszcze cudzymi problemami. To
średnia przyjemność słuchać czyjegoś płaczu w takiej chwili, kiedy
tobie samemu chce się wyć.

Święta minęły, świat wkroczył w nowy 1933 rok, a Młody
nadal wyglądał tak, jakby za chwilę miał się rozpłakać.

W tym samym czasie za zachodnią granicą w dalekiej
Kolonii, w pałacu barona Kurta von Schroedera, odbywały się tajne
negocjacje. Wieczorem 4 stycznia grupa kilku mężczyzn spotkała się w
dużej pałacowej sali. Drewniane polana skrzyły się w kominku, blask
świec oświetlał wiszące na ścianach ręcznie haftowane gobeliny, a
służba podała lampki z koniakiem i kawę w porcelanowych filiżankach.
To właśnie tam toczyły się ważne rozmowy i tam zawarto pakt w efekcie
którego, kilka lat później, los ludzkości obrócił się w perzynę. To
właśnie wtedy Adolf Hitler został kanclerzem, chociaż oficjalnie jego
nominację prezydent Niemiec ogłosił dopiero 30 stycznia. Dzień
później wszystkie gazety świata podały tę informację do publicznej
wiadomości a „Kurjer Poznański” na czołowej stronie
zamieścił obszerny artykuł zatytułowany – „Bojowy rząd Adolfa
Hitlera w Niemczech”.

Taka wiadomość potrafiła rozpalić ludzką wyobraźnię, a
już szczególnie wśród tych, którzy sądzili, że zmiany po drugiej
stronie murów będą miały zbawienny wpływ na naszą egzystencję. Ileż
było plotek i domysłów! Nawet nie sądziłem, że tak łatwo można w
umyśle człowieka zaszczepić złudną nadzieję! Przerobiłem ten temat
kilka lat temu i doskonale wiedziałem, że trzeba się martwić tym co
jest tu i teraz, a nie tym, co może się dopiero zdarzyć. Za sprawą
politycznego życia w Niemczech afera z Szumskim zeszła z ust
skazańców i prawie wszyscy rozmawiali tylko o tym, że wybuch wojny to
tylko kwestia czasu, a my dzięki temu odzyskamy wolność. Kiedy
słyszałem na spacerniaku jak w kółko mówi się tylko o tym, kiedy
widziałem te wszystkie gęby pełne chorego entuzjazmu, to miałem
ochotę stanąć pośrodku placu i krzyknąć:

– Hej, co jest z wami?! Rozum wam odebrało do reszty?!

Wszyscy zachowywali się tak, jakby naprawdę wierzyli, że
niebawem rozpęta się piekło. Ludziom wydawało się to takie oczywiste.
Co bardziej zorientowani snuli domysły, że Piłsudski w porozumieniu z
Francuzami przeprowadzi uderzenie prewencyjne na Niemcy. Tak, istniał
taki projekt, bo niemiecka armia rozwijała swój arsenał już od kilku
lat. Problem w tym, że żabojady nie były zainteresowane takim
rozwiązaniem. Francuzi mieli swoją Linię Maginota i wierzyli, że nikt
nie pokona ich fortyfikacji. Natomiast ja naprawdę miałem ochotę
zebrać wszystkich więźniów do kupy, ustawić w czwórkowe kolumny i
zmusić ich, żeby mnie wysłuchali. Opowiedziałbym im o złudzeniach,
jakie kilka lat temu opętały skazańców podczas przewrotu majowego i
może wtedy, dotarłoby coś do ich pustych łbów.

Oprócz mnie, był chyba jeszcze tylko jeden więzień,
który nie uległ tej paranoi.

Wacław Kurski vel Młody.

Miałem świadomość, że od jakiegoś czasu dręczy go coś
ponurego. Każdego dnia widziałem jego smutną twarz, ale o nic nie
pytałem. Wiem jak to jest, kiedy coś cię zżera od środka, wiem, że
jeśli nie chcesz o czymś rozmawiać to będziesz milczał, a inni
powinni to uszanować.

Tej lutowej niedzieli, kiedy miałem ochotę wszystkich
uświadomić, zobaczyłem Młodego jak siedzi samotnie na ławce po prawej
stronie spacerniaka. Zapaliłem papierosa i wolnym krokiem ruszyłem w
jego kierunku.

Chciałem tylko pogadać.

– Coś taki markotny? – zapytałem i spocząłem tuż obok.

Wacek nic nie odpowiedział. Palce dłoni trzymał
splecione jak do modlitwy i tępym wzrokiem wpatrywał się w czubki
swoich butów.

– Tee, milczek – klepnąłem go dłonią w ramię, a on
natychmiast cofnął się niczym przerażony kundel. Przez kilka chwil
przyglądałem się jego mizernej i zgarbionej sylwetce, aż w końcu
zapytałem:

– Ty, co z tobą?

– Daj mi spokój – odburknął i przesunął się
jeszcze nieco w prawo.

Sprawiał wrażenie człowieka, któremu udzieliła się
szarość dzisiejszego dnia. Nawet skóra na jego policzkach miała
popielaty odcień, a cienie pod oczami wydawały się bardziej zmęczone
niż zazwyczaj.

– Jak tam sobie chcesz – wzruszyłem ramionami.

Wtem zegar na wieży uderzył donośnie obwieszczając
kwadrans po dziesiątej. Dźwięk dzwonu sprawił, że stado wron siedzące
na pobliskim dachu nerwowo poderwało się do lotu, a ponad naszymi
głowami rozległo się ponure krakanie. Czarne stwory szybując na tle
pochmurnego nieba zatoczyły wokół dzwonnicy krąg, i na powrót
wylądowały w miejscu swego startu.

Przez kilka minut siedzieliśmy w milczeniu niczym dwaj
obcy sobie ludzie, ja omiatałem wzrokiem po spacerniaku, a Młody
wpatrywał się w grudki ziemi skutej lutowym mrozem.

– Daj spokój, powiedz co jest grane – ponownie
zagadnąłem.

– To ty daj mi spokój! – naskoczył na mnie. – Coś się
przyczepił?! Może chcesz tego samego co Frantz?!

Z wściekłością wypowiedział swoje ostatnie słowa, a ja
miałem wrażenie, że za moment rozpłacze się jak dziecko.

Rękawem więziennej bluzy przetarł zasmarkany nos.

– Ja już tego dłużej nie zniosę – szepnął. –
Rozumiesz? Ja już tego nie zniosę…

– Ale co się dzieje? – wpadłem mu w zdanie. – O co
chodzi z tym Frantzem?

Chyba zbierał się w sobie, żeby mi coś wyznać.

– A jak myślisz? Co on mi robi? – szepnął i spojrzał na
mnie oczami, które nagle zaszkliły się niczym bryły topniejącego
lodu.

W mojej głowie znienacka pojawiły się brudne myśli.

– Kiedy ma służbę, co noc przychodzi do mojej celi i
robi mi te… obrzydliwe rzeczy – słowa z trudem przeciskały
się przez jego gardło. – Nie wiem co mam robić, ja już tego dłużej
nie zniosę – zamilkł na moment. – Ja już nie mam sił – szepnął
zdruzgotanym głosem.

– Próbowałeś mu się postawić? – nie bardzo wiedziałem co
mam powiedzieć.

– Komu?! Frantzowi?! – mówił takim tonem, jakby mnie
pytał czy jestem przy zdrowych zmysłach. – Niby jak? Mam się rzucić
na niego z gołymi pięściami? Czy ty widzisz jak ja wyglądam?! –
rozłożył bezradnie ręce.

Siedziałem na tej cholernej ławce i zaczynałem żałować,
że dzisiejszego dnia nogi przywiodły mnie w to miejsce.

– Co ja mam zrobić? Ropuch, doradź mi coś –
zwrócił się do mnie błagalnym tonem.

Sięgnąłem po papierosa. Wciągnąłem dym w płuca i
spojrzałem przed siebie.

Odezwałem się dopiero po kilku chwilach i powiedziałem
mu to co czuję:

– Nie wiem Młody, naprawdę nie mam pojęcia, jak możesz z
tego wybrnąć.

Przez kilka minut znowu siedzieliśmy w milczeniu.

– Jakież mam podłe życie! – z każdym słowem jego głos
łamał się uderzając w coraz bardziej smutne tony. – Wiesz, że moja
matka tylko raz mnie odwiedziła? – zanosząc się szlochem zmienił
temat. – Tak była tu. I wiesz po co przyjechała? – nie czekał na moją
odpowiedź. – Zjawiła się tutaj tylko po to, żeby mnie pogrążyć. Moja
matka, Ropuch, kurwa mać, moja własna matka dla której zrobiłem coś
okropnego żeby ją chronić. No i dowiedziałem się, że teraz jest jej
ciężko, że nie ma pieniędzy, że została sama z córką na utrzymaniu i
synem mordercą w więzieniu. To nic, że facet ją lał jak sukę, że ją
dręczył i poniżał, to nic że pił i bił, a jej dzieci miał za nic.
Teraz to ja jestem ten zły i niedobry, to ja zgotowałem jej taki los.
Nie zapytała mnie jak sobie tutaj radzę, czy jestem na tyle silny,
żeby przetrwać w tym miejscu, nie interesowało ją to, jak mi się
tutaj wiedzie. Rozumiesz? Ona tylko gadała o swoich rachunkach i o
tym, że nie ma na chleb. Potem był Szumski i bicie, następnie zjawił
się Frantz i zaczął mnie upadlać. I takie to mam parszywe życie. Co
ja mam zrobić?! – mocno zacisnął splecione palce.

Siedziałem obok, słuchałem jego słów, lecz czułem się
tak, jakbym był czemuś winien. Co miałem mu powiedzieć? Cóż mogłem
rzec w takiej sytuacji? Miałem mu klarować, że więzienie to takie złe
miejsce, gdzie człowiek musi stawić czoła całej zgryzocie świata? Nie
wiem czego ode mnie oczekiwał, jedyne co mogłem zrobić, to tylko
wysłuchać jego gorzkiej spowiedzi.

– Co ty zrobiłbyś na moim miejscu? – zadał mi nagle
bardzo trudne pytanie.

– Nie wiem, może…

– Może powinienem wziąć przykład z Wolfa? – chyba wcale
mnie nie słuchał, bo wpadł mi w zdanie, a ton jego głosu stał się
dziwnie ożywiony. – Może powinienem postarać się o jakiś kozik i
ukatrupić Frantza? – spojrzał mi w oczy. – Zadźgać warchlaka jak
którejś nocy znowu przyjdzie mnie skrzywdzić.

– Oszalałeś?! – nerwowo rozejrzałem się na boki jakbym
obawiał się, że ktoś mógłby usłyszeć te słowa.

– Zabiłem już jedną kanalię, to i zabiję drugą –
syknął, a ja miałem wrażenie, jakby przez jego usta przemawiał ktoś
inny. Patrzył mi prosto w źrenice, a w jego oczach nie było już
wilgotnych łez.

– Nikogo nie zabiłeś tylko spowodowałeś wypadek, a w
wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności jakiś pijaczyna stracił
życie. Ot i koniec pechowej historii – bardziej chyba chciałem
go pocieszyć niż uświadomić. – Chcesz mi wmówić, że masz w sobie
instynkt mordercy? Błagam cię, chyba sam nie wierzysz w to co mówisz
– wolno cedziłem każde słowo.

Kurski spojrzał przed siebie tępym wzrokiem i
powiedział:

– Wiem tylko, że dłużej tego nie zniosę i zabiję albo
jego albo siebie.

– Przestań chrzanić! – warknąłem, bo odniosłem wrażenie,
że zaczyna sobie wmawiać coś bardzo głupiego.

– Tylko ty mógłbyś mi pomóc – stwierdził po
chwili.

– Że niby co takiego?! – byłem zaskoczony.

Młody przysunął się nieco w moim kierunku i zbliżył
swoją twarz na tyle, że poczułem na policzkach jego ciepły oddech.

– Dużo o tym myślałem – szepnął. – Pracujesz na
stolarni, masz dostęp do narzędzi, załatw mi coś. No wiesz, jakiś
szpikulec albo dłuto – w tym samym momencie przed oczami mojej
wyobraźni jak żywe pojawiły się obrazy z przeszłości, o której
chciałem zapomnieć. – Wiem, że możesz to zrobić.

– Ja nic nie mogę – coś we mnie zawrzało, ale
starałem się mówić zupełnie spokojnym tonem. – Mądry z ciebie
chłopak, więc nie wbijaj sobie do łba jakiejś durnej historii.

– Wiesz co, myślałem że jesteś inny – w moich
uszach te słowa zabrzmiały jak pełne pretensji oskarżenie.

Z niedowierzaniem spojrzałem na twarz Młodego. Z jego
oblicza uciekła bezradność i zdruzgotanie, a w ich miejsce pojawiło
się coś pomiędzy złością a nienawiścią.

– Rozumiem, że czujesz się jakbyś był w potrzasku, ale
nie wciągaj mnie w tą sytuację. Nie szukam kłopotów, a ty musisz
znaleźć inny sposób, żeby sobie jakoś z tym wszystkim poradzić.
Myślisz, że tylko ty masz tutaj problemy?

Na dźwięk moich słów, zaśmiał się w ponury sposób.

Skierował wskazujący palec w moją stronę i powiedział:

– Dobry jesteś. Potrafisz odwrócić kota ogonem i umyć
ręce, bo tak jest wygodniej, prawda? Jesteś niby przyjacielsko
nastawiony, niby życzliwy, potem ciągniesz mnie za język i
wypytujesz, ale jak proszę cię o przysługę to zaczynasz kluczyć i
kręcić. Bawi cię moja szczerość?

– Kurwa mać człowieku, zastanów się co mówisz! – w moim
mniemaniu ta dyskusja zaczynała zmierzać w absurdalnym kierunku.

– Co, uraziłem cię? Ja swoje przeszedłem zadając się z
tobą i z Wolfem, chociaż wielu mnie ostrzegało, żebym trzymał się od
was z daleka. O tak, sporo opowieści słyszałem na twój temat.

Nie zapanowałem nad sobą. Złapałem go za poły więziennej
bluzy i szarpnąłem nim jak lichym manekinem.

– Nie wiem co słyszałeś i nie obchodzi mnie to! –
warknąłem przez zaciśnięte zęby. – Niczego ci nie załatwię, a od
teraz trzymaj się ode mnie z daleka! – pchnąłem go i podniosłem się z
ławki.

– A jednak umywasz ręce od mojej krzywdy – słowa,
które mi rzucił były gorsze niż siarczysty policzek.

– A żebyś wiedział, że umywam. Spierdalaj! – obróciłem
się na pięcie i ruszyłem przed siebie.

W
mojej głowie toczyła się lawina ciężkich myśli. Pieprzony
gnojek! Nie dam się wpędzić w żadną idiotyczną historię, nic z tego!
Słyszałem sporo opowieści na twój temat –
w duchu z kpiną powtórzyłem słowa, które przed chwilą usłyszałem.
Kurwa mać!
Nerwowym ruchem sięgnąłem po papierośnicę, włożyłem szluga w usta i
zapaliłem.

Przez kilka kolejnych dni bezustannie rozmyślałem o tej
całej kretyńskiej sytuacji. Jak to możliwe, że czasami nawet krótka
rozmowa może zniszczyć znajomość i poróżnić dwoje ludzi, którzy tak
wiele razem przeszli?

Dziś zastanawiam się, dlaczego miałem w sobie tyle
ślepej zawziętości? Co mnie wtedy opętało, że postanowiłem czekać aż
Młody przyjdzie do mnie, ukorzy się i wypowie magiczne słówko –
przepraszam. Czy to była moja próżność? Albo też chęć udowodnienia
czegoś innego? Sam nie wiem czy czuję się winny, ale myślę, że to
wszystko nie musiało się skończyć w tak parszywy sposób. I nie chodzi
o to co mogłem mu załatwić, ale o to, że nasza znajomość umarła
tamtego lutowego dnia. Wtedy rozmawialiśmy ze sobą po raz ostatni w
życiu i nigdy więcej nie usiedliśmy wspólnie przy jednym stole.

Dziś mam tylko pretensje do siebie, że nie zrobiłem
niczego aby to zmienić.

Wspominałem już o tym, że czasami ktoś ze skazańców
„dostawał szału”, co my więźniowie nazywaliśmy
odwiedzinami zmory. Nigdy nie znalazłem odpowiedzi, dlaczego człowiek
będący na granicy wyczerpania fizycznego i psychicznego nagle
znajduje w sobie tyle siły, że jest w stanie zdemolować własną celę,
kopać w drzwi, tłuc pięściami w ścianę i wydzierać się wniebogłosy.
Na zawsze dla mnie pozostanie tajemnicą, skąd nagle w wycieńczonym
organizmie pojawia się tyle nieokiełznanej energii? I jak wiecie,
klawisze stosowali wtedy najprostszy, lecz najbardziej skuteczny
środek zapobiegawczy.

Solidny łomot.

Kiedy taka sytuacja miała miejsce na bloku, już
następnego dnia wiedzieliśmy kto oberwał. Były dwa rozwiązania, albo
taki osobnik pojawiał się z sińcami na twarzy, albo znikał na kolejną
dobę w karcerze gdzie miał szansę ochłonąć.

Tamtej nocy słyszałem, że po drugiej stronie drzwi
działo się coś niedobrego. Z głębokiego snu wyrwał mnie czyjś wrzask.
Gdy świat otula ciemność, a na więziennych korytarzach panuje głucha
cisza, kiedy echo niesie ponury odgłos kroków stąpających po
drewnianych podestach, to chyba jesteście sobie w stanie wyobrazić z
jaką siłą w ten spokój potrafi uderzyć ludzki krzyk. Zamieszanie
trwało kilka minut, padały jakieś komendy, a potem coś tąpnęło i
rozległ się tupot nóg zbiegających po schodach. Nie byłem aż tak
bardzo ciekaw, żeby zwlec się z wyrka, podejść do drzwi i przytulić
ucho do szpary w futrynie. To była zimna, lutowa noc. Naciągnąłem koc
na głowę i pragnąłem tylko czym prędzej zapaść w sen. Nim to się
stało, usłyszałem jeszcze jak zegar na wieży wybił godzinę trzecią.

Siedziałem samotnie przy stole i przeżuwałem pierwszy
kęs śniadania. Nagle kątem oka dostrzegłem, że z prawej strony zbliża
się do mnie czyjaś postać. Obróciłem wzrok w tamtą stronę. To był
Irek Kaczmarek, funkcyjny z lazaretu.

– Wolne? – zapytał chyba z grzeczności i nie czekając na
moją odpowiedź położył swoją tacę. Usiadł naprzeciwko. – Twój kumpel,
ten młodzik, który się kręcił obok ciebie i Wolfa, nie żyje.

Na dźwięk tych słów jedzenie omal nie stanęło mi w
gardle.

– To on w nocy zaszalał na bloku. Musiała być chyba
niezła zadyma. Takiego cyrku to jeszcze nigdy nie było –
pociągnął solidny łyk kawy, a ja wpatrywałem się w niego zaskoczonym
wzrokiem. – Dozorcy najpierw przywlekli na izbę Frantza z takim
prętem wbitym w udo – rozstawił nieco dłonie. – Kilka
centymetrów wyżej, a dostałby prosto w jaja. Miał facet farta, oj
mówię ci miał farta jak cholera – pokręcił głową tak, jakby sam
nie mógł uwierzyć w swoje słowa. – Taki pręt – znowu rozłożył
ręce – gruby jak kciuk, długi na dziesięć cali, a na jednym
końcu zaostrzony w szpic.

– Ale co z Młodym? Zatłukli go? – i chociaż szeptałem to
czułem jak głos mi drży.

– Nie – odparł lekko zawodząc – z tego co
opowiadali strażnicy to przeleciał przez barierkę i gruchnął łbem o
posadzkę. Skręcił kark. Skonał na miejscu.

Patrzyłem z niedowierzaniem na twarz człowieka, który
siedział przede mną i czułem się tak, jakby ktoś z całej siły walnął
mnie prosto w trzewia. Ta wiadomość przerastała granice mojej
wyobraźni. W mgnieniu oka pewne sprawy stały się po prostu oczywiste.
Nie wiem czy Młody powiedział jeszcze komukolwiek o swoim problemie.
Wiem natomiast, że Niebieski Rysio był powiązany z tą historią. To on
musiał mu skombinować ten pręt, bo widziałem jak poprzedniej
niedzieli szeptali coś między sobą na spacerniaku. Poza tym człowiek,
który prawie całe swoje ciało miał pokryte niebieskimi tatuażami
pracował w warsztacie ślusarskim. Dodając do siebie te dwa fakty,
nasuwało się tylko jedno rozwiązanie.

Wacław Kurski nie doczekał dnia swoich dwudziestych
urodzin. Zginął w mroźną, zimową noc 25 lutego 1933 roku. Prawdę o
jego śmierci znało trzech ludzi, Rudolf Frantz, który o dziwo miał
wtedy służbę i dwóch klawiszy, którzy mu towarzyszyli podczas
interwencji. Młodego w środku nocy dopadła zmora, a reakcja
mundurowych była czysto regulaminowa. Otworzyli drzwi celi, wkroczyli
do środka i wtedy, według ich zeznań, rozpętała się jatka. Ponoć
Młody z krzykiem na ustach rzucił się na Frantza i dźgnął go ostrym
prętem w udo. Drewniane pałki poszły w ruch, ranny funkcjonariusz
runął na plecy, Kurski potknął się o niego, ale zdążył pchnąć jednego
z dozorców z taką siłą, że tamten aż wypadł z celi. Klawisze stracili
kontrolę nad rozjuszonym młodzikiem. Bóg jeden raczy wiedzieć jak
było naprawdę. Dlaczego nagle wszyscy znaleźli się na podeście przed
celą? Jak to możliwe, że trzech wyszkolonych ludzi nie potrafiło
obezwładnić takiego cherlaka jakim był Młody? No i w końcu, jakim
cudem Kurski fiknął przez barierkę i runął w dół z drugiego piętra?
Ciało spadając z takiej wysokości nie ma najmniejszych szans przy
zderzeniu z kamienną posadzką.

Młody zginął na miejscu.

Nawet jeśli nie skręciłby karku, to zapewne i tak
odniósłby poważne obrażenia wewnętrzne, które dopełniłyby dzieła.

W sobotnie przedpołudnie na stolarni zjawił się dozorca
Dawid Lepke. W dłoni trzymał zwiniętą w rulon gazetę. Podszedł do
mnie i powiedział:

– Zostaw tę robotę i zabierz się za zbijanie skrzyni –
spojrzałem mu w oczy, a on zrozumiał, że nie musi mi tłumaczyć o
jaką skrzynię chodzi. Miał świadomość, że wieść o nocnym incydencie
zdążyła już obiec całe więzienie – tylko żeby była gotowa zanim
skończycie pracę.

– Tak jest panie dozorco – odpowiedziałem w myśl
regulaminu.

Lepke obrócił się na pięcie i wyszedł.

Przez moment wpatrywałem się w przedmiot, który zostawił
na blacie. Nie wiem czy położył tam gazetę umyślnie czy po prostu o
niej zapomniał. Wolałem chyba myśleć, że ciągle pamiętał, iż jest mi
coś winien za naprawę pokrywy gramofonu.

Obsada na stolarni zmieniała się wraz z upływem
miesięcy i tylko ja trwałem tutaj od lat. Jaśki już dawno temu
opuścili mury wronieckiego więzienia, potem pojawiali się tutaj różni
więźniowie, ale większość z nich nie miała pojęcia o pracy w drewnie.
Na szczęście jakiś czas temu przydzielono tu etat Konradowi
Malinowskiemu, na którego wołaliśmy Koniu. Nawet nie wiem kto nadał
mu takie śmieszne zdrobnienie od tak poważnego imienia, ale ta
ksywka, natychmiast do niego przylgnęła.

– Koniu! – krzyknąłem na tyle głośno, żeby usłyszał mój
głos, bo akurat pracował w drugim pomieszczeniu.

– Co jest panie majster? – odparł z promiennym uśmiechem
wychylając się zza futryny drzwi.

– Ile razy mam ci mówić, żebyś mnie tak nie nazywał? –
właściwie powiedziałem to na odczepnego, bo i tak wiedziałem, że po
dobroci nic nie wskóram. – Weź kartkę, ołówek i chodź tutaj. Trzeba
pociąć deski – rzuciłem w jego kierunku.

Chwilę później podyktowałem mu co potrzebuję.

W lutym 1933 roku na stolarni pracowało jeszcze czterech
chłopa, ale to Koniu był najbardziej bystry i rozgarnięty. Miał też
jeszcze jedną bardzo wielką zaletę, za którą powinien otrzymać laur
idealnego pracownika.

Koniu był bezproblemowy.

Nigdy nie zasłaniał się tym, że właśnie robi coś innego,
że ma mnóstwo pracy i nie zadawał tak jak inni najgłupszego pytania
pod słońcem – dlaczego ja?

Miło się z nim pracowało.

Kiedy
on przycinał deski, z których miałem zbić trumnę dla Młodego,
wykorzystałem chwilę wolnego czasu, żeby zerknąć na łamy prasy.
Rozłożyłem arkusze papieru pokryte drukarską farbą i ślizgałem się
wzrokiem po tytułach artykułów. Większość informacji dotyczyła
sytuacji w Niemczech. Nawet nie wiem dlaczego, ale nagle zerknąłem na
szczyt głównej strony i przeczytałem w myślach – Sobota,
25 lutego 1933 roku. Cena za egzemplarz 20 groszy. Dziś 10 stron –
a całkiem z prawej w małej prostokątnej ramce pisało – Imieniny
obchodzą: Adam, Antonina, Cezary, Lubart i Wiktor.
Ostatnie imię przykuło moją uwagę. Miałem wrażenie, że drukarska
czcionka, którą wytłoczono ostatni wyraz, zaczyna puchnąć i robi się
bardziej wyraźna niż pozostałe. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w
sześć liter. Wszystko inne zaczęło znikać, zupełnie jakbym w dłoniach
trzymał pusty arkusz kremowego papieru, na którym wydrukowano tylko
jedno słowo – Wiktor.

Nie wiem ile czasu stałem i gapiłem się pustym wzrokiem
w litery tworzące imię człowieka, który zmienił moje życie.

Wiktor.

Wiktor
Kozłowski –
szepnąłem w duchu.

Znienacka w mojej głowie rozpętała się burza wspomnień.
Nawał myśli był tak szybki i nieokiełznany jak nurt rwącej rzeki. W
wyobraźni jak żywe jawiły się pojedyncze slajdy wspomnień, ale emocje
związane z tamtymi chwilami nie nadążały za wizerunkiem obrazów.
Pędzimy przed siebie ulicami Kalisza. Mijamy ciemne zaułki. Wpadamy w
bramę spowitą mrokiem, za naszymi plecami odgłos rozpędzonych kroków.
Kluczymy w wąskich przejściach pomiędzy budynkami, biegniemy przez
puste i ciemne podwórka. Ostre dźwięki policyjnych gwizdków wydają
się być z każdej strony. Otaczają nas! Nocną ciszę rozsadza odgłos
zelówek uderzających o brukową kostkę. Są wszędzie! Pętla się
zacieśnia. Chowamy się w cieniu za hałdą węgla…

– Gotowe panie majster! – usłyszałem za plecami głos
Konia, a zaraz potem łomot desek uderzających o posadzkę.

Oderwałem wzrok od gazety i spojrzałem na Malinowskiego.
Nie zdążyłem jeszcze otworzyć ust, kiedy do moich uszu dotarły słowa:

– Tak tak, wiem, miałem cię tak nie tytułować –
posłał mi rozbrajający uśmiech. – To wszystko? Mogę się zająć swoją
robotą?

– Taaa – odparłem i udałem, że ciężko wzdycham.

Koniu obrócił się na pięcie i ruszył w stronę drugiego
pomieszczenia. Kiedy mijał próg, usłyszałem jak rzucił do
pozostałych:

– Co się kurwa mać tak z tym guzdracie?! Myślicie, że ja
będę wszystko robił?!

Ktoś z pozostałych coś mu odburknął, a Koniu znowu
ryknął:

– Bierz się do roboty albo zaraz zasadzę ci takiego
kopa, że się zesrasz!

W pomieszczeniu obok zapanowała cisza i nikt inny już
nie oponował.

Zasady na stolarni były proste. Ja trzymałem pieczę nad
warsztatem i wszyscy o tym wiedzieli, a to, że nieco faworyzowałem
Konia było tylko jego zasługą. To był facet, który szybko przyswajał
tajniki stolarki, chociaż nie był to jego wyuczony fach. Ważne, że
wykonywał swoją pracę solidnie i w odpowiednim tempie. Faktem było,
że za dużo sobie pozwalał w stosunku do innych, ale to wynikało już z
jego agresywnej natury. Koniu to był prawdziwy zawadiaka, a
umiłowanie do bijatyk od wczesnych, młodzieńczych lat bezustannie
wpędzało go w kłopoty. Miał już za sobą dwa wyroki, aż w końcu
przesadził i jako recydywa trafił do wronieckiego więzienia, żeby
odsiedzieć pięć długich lat. W jego wypadku powiedzenie, że pozory
mogą mylić, sprawdzało się w stu procentach. Malinowski nie miał
atletycznej, postawnej sylwetki. Prezentował się całkiem zwyczajnie.
Krótkie blond włosy, pogodna twarz, szczupła budowa ciała i chociaż
miał dwadzieścia pięć wiosen na karku, wyglądał na zdecydowanie
starszego. Patrząc na niego, aż trudno było uwierzyć, że ktoś taki,
ma skłonności do bójek. Nie wiem, dlaczego matka natura obdarza
niektórych taką cechą. Sądzę jednak, iż tacy ludzie mają bardziej
rozwinięty instynkt przetrwania niż, że tak to ujmę, w miarę normalni
osobnicy.

Położyłem deski na stole. Niby prosta rzecz, gwoździe,
młotek, przyłożyć, uderzyć, zaklepać. Jednak w mojej głowie panoszyło
się zbyt wiele rozbieganych myśli, które sprawiały, że czułem się
kompletnie rozbity. Chaos panujący w umyśle obudził nieprzyjemne
drżenie w całym ciele. Jeszcze nigdy nie czułem się tak podle jak
dzisiejszego przedpołudnia. Najpierw miażdżąca wiadomość o śmierci
Młodego, potem widzę w gazecie wydrukowane imię i w mgnieniu oka cała
przeszłość powraca z bolesnym rykiem. Głowa pęcznieje od nadmiaru
wrażeń, bo każda myśl jest jak pocisk zmierzający w innym kierunku.
Sam nie wiem co bardziej mnie przytłoczyło, świadomość o śmierci
Kurskiego czy krzyk odległych wspomnień… a może jedno i drugie? W
pewnym momencie zreflektowałem się, że stoję bez ruchu, gapię się na
deski i nie wiem za co się chwycić. Chyba zacząłem coś niewyraźnie
mamrotać pod nosem, bo nagle usłyszałem głos Konia:

– Co się dzieje panie majster?

Zaskoczonym wzrokiem spojrzałem na twarz, która
wychyliła się zza futryny drzwi.

– Nudzisz się?! Nie masz zajęcia?! – warknąłem w jego
kierunku.

– Może ja się tym zajmę? – zapytał łagodnym tonem, a
moje pytania chyba puścił mimo uszu. Jednocześnie kiwnął głową,
patrząc na stertę desek, która leżała przede mną.

Na
chwilę utkwiłem wzrok w jego obliczu i pomyślałem – A
czemuż by nie?

– Podejdź tu – rzuciłem i w kilku słowach
wyjaśniłem mu w czym rzecz.

Kiedy Koniu zbijał skrzynię, ja dołożyłem trocin do
pieco-kuchni, potem usiadłem na zydelku, wsparłem się plecami o
ciepłe kafle i zapaliłem papierosa. Chciałem tylko dwóch rzeczy,
zatrzymać te wszystkie galopujące myśli i zapanować nad tym
irytującym drżeniem, które czułem w każdym zakamarku mojego ciała.

– Coś taki spięty panie majster? – człowiek, który
wbijał gwoździe w deski, rzucił w moim kierunku.

Wziąłem głęboki oddech i patrząc w posadzkę, odparłem:

– Nazwij mnie tak jeszcze raz, a Bóg mi świadkiem, że
postaram się abyś dostał miejscówkę na łodygowni – jeśli mam
być szczery to przyznam się, że słówko „majster” wcale
mnie tak bardzo nie drażniło, ale po prostu Koniu trafił na zły czas.

– Jasna sprawa, nie chciałem cię urazić. Ty tu
szefujesz…

– Tak, masz rację. Ja tu szefuję – wpadłem mu w
zdanie – i masz się do mnie zwracać Ropuch. Koniec kropka. Kapujesz?

– Kapuję – przytaknął. – Ropuch koniec
kropka – wypowiedział jednym tchem, a w jego głosie usłyszałem
delikatne rozbawienie.

Wyczułem ten kpiący sarkazm.

– Koniu zbastuj – spojrzałem na niego – to nie
jest dobry moment – powiedziałem całkiem poważnie, bo naprawdę
nie miałem ochoty na jakiekolwiek dowcipy.

– Rozumiem, już nie nadwyrężam – uniósł lekko
dłonie i wykonał taki gest jakby się delikatnie odepchnął od
niewidzialnego muru. – Ropuch – wypowiedział moją ksywkę i
ponownie zajął się robotą.

– Właśnie tak – szepnąłem pod nosem – po prostu
Ropuch.

Przyjemne ciepło rozchodziło się wzdłuż moich pleców,
zamknąłem oczy i nagle zaczęły znikać te wszystkie ponure myśli, a
moja pamięć cofnęła się o ponad dwie dekady. Zupełnie jakbym usiadł w
wehikule czasu, wprowadził datę z przeszłości, która kojarzyła mi się
ze swobodą i beztroską, a potem wcisnął magiczny przycisk i udał się
w podróż.

Ciepłe kafle pieco-kuchni były tak samo rozgrzane jak
bordowe cegły komina sterczącego ponad wysmołowanym dachem…

– Trufel przesuń trochę swoje spocone dupsko! –
Pesteczka warknął z udawaną wściekłością. – Może byś zwrócił
całą swoją zasraną uwagę, że kant komina ugniata mój szlachetny
grzbiet!

– To usiądź z drugiej strony obleśny padalcu.

– Tak?! Taki jesteś mądrala? Dobrze, ale kiedy to zrobię
to zapomnij, że dostaniesz fajkę. Będziesz wtedy tylko patrzył jak
szefowie walą dymka – brązowe oczy osadzone na piegowatej
twarzy posłały mu spojrzenie zwycięzcy.

Zachichotałem przysłuchując się ich rozmowie.

– Czego się cieszysz żabi pomiocie? – Trufel syknął w
moim kierunku. Wziął zamach, żeby trzepnąć mnie w ramię, ale ja byłem
szybszy, zrobiłem unik, a on przyłożył pięścią w cegły.

Parsknęliśmy śmiechem widząc jak nasz otyły kumpel
zajęczał z bólu, a zaraz potem zaczął wachlować w powietrzu dłonią
jakby wierzył, że to w czymkolwiek pomoże.

– Pokarało tłuste ciało! – zadrwiłem.

– No i widzisz jaki jesteś głupi? – Pesteczka szturchnął
Trufla. – Wystarczyło się grzecznie przesunąć, wszyscy byliby
szczęśliwi, a ty nie poharatałbyś swoich pulchniutkich paluszków.
Człowieku, kiedy ty w końcu zmądrzejesz – rzekł głosem udającym
politowanie. – Nie musisz tego robić dla nas, nie musisz tego robić
dla siebie, ale zrób to dla swojej matki – nasz piegowaty
kumpel jak zwykle zaczynał prowokować.

– Cmoknij mnie w dzyndzel.

– Żebyś ty jeszcze miał ten dzyndzel – rzucił jego
rozmówca.

– Facet, przestań się mądrzyć – najbardziej
postawny z naszej trójki chyba tracił cierpliwość. – Dawaj fajki.

– Chcesz tego papieroska? – Pesteczka zakręcił w palcach
białym rulonikiem. – Chcesz? – spojrzał spode łba. – To musisz zrobić
prosiaka.

– Nic z tego!

– No dajesz Trufel, zrób świniaka – włączyłem się
do dyskusji, bo też chciałem usłyszeć to przekomiczne chrumkanie.

– Jedziesz z tym światem – zachęcał Pesteczka.

Uwielbiałem, kiedy Trufel mięśniami twarzy w
nienaturalny sposób wykrzywiał swój nos, a potem wydawał dźwięki,
jakich nie powstydziłby się rasowy knurek. To było po prostu piękne.

Kiedy chrumkał ja z Pesteczką pokładaliśmy się ze
śmiechu.

– A ty chcesz zapalić? – po chwili zwrócił się do mnie.
– To zakumkaj jak na żabkę przystało.

Wziąłem głęboki oddech, ale kiedy zacząłem naśladować
odgłos jaki można usłyszeć na mokradłach, gdzieś na szczycie przełyku
zawisła mi ślina, a w moich ustach rozległ się dziwny rechot.

– Co to był za bulgot? Żabi skrzek stanął ci w gardle? –
Pesteczka prawie kwiczał.

– Dałem popis jak stara ropucha – powiedziałem po
chwili, a chłopaki zrywali boki.

– Chyba stary ropuch – wtrącił Trufel, który
trząsł się ze śmiechu jak galareta.

– Od dzisiaj zostajesz naczelnym ropuchem na Złotych
Dachach – powiedział Pesteczka i wręczył mi papierosa.

Od tamtej chwili przylgnęło do mnie to przezwisko.

Kochałem te chwile, kiedy w letnie, upalne dni, chowając
się w cieniu ceglastego komina, przesiadywaliśmy na płaskim dachu
kamienicy, w której mieszkałem. Stąd mieliśmy idealny widok na całą
dzielnicę. Złote Dachy jak na dłoni. Z tego miejsca nie było widać,
że jest to siedlisko biedoty i robotniczych rodzin. Były tylko dachy,
które miały w sobie jakąś cudowną magię. Wiem, że to dziwaczne, ale
zawsze kiedy tam byłem czułem się tak, jakbym spoglądał na inny
świat. Jako gówniarze łaziliśmy tam palić fajki, które Pesteczka
podbierał swojemu ojcu. Byliśmy poza zasięgiem ludzkich oczu i uszu,
można było swobodnie jarać szlugi i przeklinać. Kiedy dobrnęliśmy do
wieku, że każdy z nas mógł bez problemu kupić w sklepie wódkę,
chodziliśmy tam, żeby posiedzieć i pogadać o bardziej poważnych
sprawach. Ech, ileż burzliwych dyskusji miało tam miejsce! Ileż
szalonych deklaracji padło z naszych ust, że nim dobijemy do
dwudziestki, to Złote Dachy będą dla nas już tylko wspomnieniem!

– …uch skończone! – zadźwięczało mi w uszach.

Spojrzałem w lewo. Koniu stał wsparty o skrzynię i
przyglądał mi się z badawczym wzrokiem.

Podniosłem się z zydelka i podszedłem do stołu.

– Wygląda w porządku – rzekłem po chwili. – Wiesz
co zrobiłeś? – zapytałem.

– Skrzynię – odparł.

– No to chyba oczywiste. Tylko, że to nie jest zwykła
skrzynia – na moment zawiesiłem głos i dodałem – to trumna.

– Trumna? – powtórzył z niedowierzaniem.

I tak od słowa do słowa dałem się wciągnąć w rozmowę.
Opowiedziałem mu o zwyczajach jakie panują w tym więzieniu i o tym,
że trochę takich skrzyń już w tym warsztacie zrobiłem.

Właściwie to była taka nasza pierwsza, dłuższa rozmowa,
która nie tyczyła się pracy. Malinowski był osadzony na bloku dla
pospolitych, więc mieliśmy z sobą kontakt jedynie w stolarni i na
spacerniaku.

– Pewnie słyszałeś, co dzisiejszej nocy zdarzyło się na
bloku B – moje słowa zabrzmiały bardziej jak stwierdzenie niż
pytanie.

– Ta, klawisze mówili, że zdarzył się wypadek.
Słyszałem, że ten koleś co fiknął to był twój kumpel.

Spojrzałem mu prosto w oczy i odparłem:

– Można tak powiedzieć. Dobrze go znałem.

– Niech mu ziemia lekką będzie – powiedział i
zaraz potem wsparł gotowe wieko skrzyni o ścianę.

Wątpię, żeby cokolwiek obchodziła go śmierć kogoś z kim
nie zamienił nawet słowa.

Jeżeli ktoś by mnie zapytał czy świat i życie są
sprawiedliwe, to bez wahania odpowiem, że nie. Jaka to
sprawiedliwość, skoro taki człowiek jak Frantz po śmierci Kurskiego
zebrał jeszcze laurki i pochwały? Nawet dostał sowite odszkodowanie
za uszczerbek na zdrowiu poniesiony w trakcie wykonywania obowiązków
służbowych. Rana, którą odniósł podczas interwencji wykluczyła go z
pracy prawie na dwa miesiące, a w czasie jego nieobecności,
dowodzenie nad blokiem przejął Mroczkowski.

Nie mam pojęcia w ilu celach na bloku B Frantz oferował
swoją propozycję przyjaźni. Sama próba rozmowy z innymi więźniami na
ten temat mogła mieć katastrofalne skutki. Kto przy zdrowych zmysłach
opowiadałby o czymś takim? Narazić się na plotki w takiej sprawie?
Rzucić na siebie cień podejrzenia? Dać innym powód do głupiego
gadania? Wiem natomiast, że Frantz był na tyle cwany i na tyle
ostrożny, że doskonale zacierał za sobą ślady.

Oficjalnie śmierć Młodego została uznana za
nieszczęśliwy wypadek i nikt nie został pociągnięty do jakiejkolwiek
odpowiedzialności. To zajście zaowocowało czymś zupełnie innym.
Zostały wprowadzone nowe wytyczne i od tamtej pory nikt z więźniów
nie mógł wejść na blok zanim nie został przeszukany. W naszą rutynę
wkroczyły trzy nowe komendy:

– Twarzą do ściany!

– Ręce wysoko!

– Stań w rozkroku!

Burzliwy rok 1933 tak jak żaden inny zapadł mi w
pamięci i nie chodzi tylko o to, że tak wiele działo się poza murami
więzienia.

W Berlinie spłonął Reichstag. Naziści marszowym krokiem
zaczęli wprowadzać swoją brutalną politykę „rasy panów”,
a w odwecie światowa diaspora żydowska nawoływała do bojkotu
niemieckich produktów.

W Polsce byliśmy dumni z tego, że nasz człowiek, polski
pilot Stanisław Skarżyński, siedzący za sterami polskiego samolotu
pokonał Atlantyk! To był nie lada wyczyn, a wieść o tym obiegła cały
świat. Fakt, Skarżyński ustanowił rekord odległości lotu, ale warto
też wspomnieć, że miał niebanalne poczucie humoru, bowiem swój
przelot odbył nie w drelichowym kombinezonie lotniczym, lecz w
eleganckim, prążkowanym garniturze.

Po drugiej stronie oceanu amerykanie ciągle walczyli z
wielkim kryzysem, Roosevelt podpisał słynny dekret zwany Nowym Ładem
Gospodarczym i w końcu zniesiono tam prohibicję.

Działo się wiele, ale to było daleko stąd. Dla nas, dla
osadzonych w Centralnym Więzieniu we Wronkach, dla ludzi żyjących w
tym miejscu, to co tworzyło rzeczywistość po drugiej stronie
ceglastego muru, stanowiło odległy kraniec wszechświata. Natomiast
dla mnie, rok 1933 był jeszcze o tyle szczególny, że wkraczałem w
wiek chrystusowy. Ileż to razy słyszałem, że wtedy wszystko się
zmieni, kiedy tylko przekroczę magiczną liczbę 33 lat życia, to z
dnia na dzień stanę się innym człowiekiem, a świat zyska nowe
oblicze. Co tu dużo mówić, skoro wszyscy dookoła twierdzili to samo,
przyjąłem to za pewnik. Cierpliwie czekałem na dzień swoich urodzin i
na te proroctwa, które miały się wtedy ziścić.

Problem w tym, że one opętały mnie nieco wcześniej.

Każdy człowiek, który myśli o przyszłości i snuje wizje
swego życia, pragnie i oczekuje pozytywnych zmian. Czegoś miłego.
Czegoś co rozpali nadzieję, doda otuchy i wiary w lepsze jutro. Takie
nastawienie jest całkiem naturalne. Ja też miałem swoje złudzenia i
na pewno nie spodziewałem się tego, że osaczy mnie przygnębienie i że
spojrzę w oczy nicości. Huśtawka nastrojów, dręczące myśli,
zrezygnowanie… niby to znałem, niby trwałem w tym od lat, ale tak
naprawdę, nie miałem pojęcia o mrocznej stronie ludzkiego umysłu.
Wydaje mi się, że tym przełomowym momentem, kiedy zacząłem zapadać
się w koszmar był właśnie ten dzień, kiedy Koniu zbijał skrzynię, w
której spoczęły zwłoki Młodego.

Tak.

Jestem tego pewien.

Począwszy od tamtego dnia powoli i konsekwentnie
schodziłem coraz niżej, by w końcu stanąć u bram własnego piekła.

Jednak pomijając te wszystkie ekscytujące wydarzenia,
które miały miejsce w kraju i na świecie, pomijając moje duchowe
zmiany i przeżycia, rok 1933 naprawdę był wyjątkowy. Tej wiosny świat
osadzonych i klawiszy, został napiętnowany największym przekleństwem
ludzkości.

W murach Centralnego Więzienia we Wronkach pojawiły się
wszechwładne pieniądze.

Ta informacja, to była prawdziwa bomba, która
eksplodowała w tygodniu poprzedzającym święta wielkanocne. Nie sądzę,
żeby ktokolwiek z więźniów przypuszczał, iż nadejdą tak rewolucyjne
zmiany! Żyliśmy według twardych szablonów wzniesionych na
fundamentach służbowych regulaminów i przepisów. Więzienne życie to
monotonny cykl toczący się jednostajnym i beznamiętnym tempem. Każdy
dzień jest kopią poprzedniego, tygodnie zamieniają się w miesiące,
miesiące w lata, a bezbarwna rutyna włada twoim istnieniem. I teraz
wyobraźcie sobie, że nagle w tym hermetycznym świecie wybucha jakaś
afera, która burzy ten cały parszywy porządek, a przestrzeń dookoła
zaczyna wrzeć i kipieć. To tak, jakby cisnąć potężny głaz na spokojną
toń wody, albo wypełnić ciszę przerażającym krzykiem. Tym właśnie
była wiadomość o pieniądzach.

Chyba nikt nie miał pojęcia, dlaczego polskie władze
postanowiły wcielić w życie taki projekt… Może to był wymóg czasów?
A może właśnie tego oczekiwała od II Rzeczypospolitej reszta
cywilizowanej Europy? Jak do tej pory w Polsce wszystkie sprawy
związane z przestępczością funkcjonowały według słynnego Kodeksu
Makarewicza. Ten dokument skrupulatnie określał całą listę
przestępstw, zasady odpowiedzialności, system kar, środki
zapobiegawcze, przedawnienia, zwolnienia, ale nie było tam ani słowa
na temat pracy zarobkowej więźniów. I nagle z dnia na dzień ten
system, który był szczelnie obwarowany przepisami i regulaminami miał
błyskawicznie wprowadzić skomplikowane zmiany. Na początku nawet
klawisze pukali się w czoło twierdząc, że albo świat już kompletnie
oszalał albo komuś w rządzie odjęło rozum. Jednak kilka tygodni
później, mieli już na ten temat zupełnie inne zdanie…

W niedzielę na spacerniaku dwóch cwaniaczków z bloku
dla pospolitych, siedziało tuż obok i snuło swoje fantazje:

– Człowieku niebawem się przekonasz, zaczniemy tutaj
zarabiać poważną mamonę, a kiedy wyjdziemy z tego pudła – ten
który mówił najpierw westchnął z nieukrywaną rozkoszą, a zaraz potem
dodał – będziemy się tarzać w szmalu jak świnie w gnoju!

Uśmiech politowania błysnął pod moim nosem, bo
wiedziałem na co liczyli. Nie na to, że uda im się coś zaoszczędzić
ze skromnego grosza, który zarobią, lecz na wymuszeniach, przekrętach
i kontrabandzie. Byłem też ciekaw, czy zdają sobie sprawę, że jest
tutaj wielu kolesi, którzy myślą w podobny sposób, a walka o ten
rynek będzie brutalna i krwawa. Coś o tym wiedziałem, a blizny na
wewnętrznej powierzchni mojej dłoni, doskonale mi przypominały, żebym
trzymał się z dala od takich tematów. Chyba powinienem być wdzięczy
Bogu za to, że nie podarował mi smykałki do kupiectwa.

Jedni liczyli na poważne zyski, inni myśleli, że
czasami pozwolą sobie na odrobinę luksusu, a niektórzy w swojej całej
naiwności byli przekonani, że uda im się finansowo wesprzeć bliskich.
Ja natomiast zaliczałem się do tej grupy skazańców, która podchodziła
chłodno do sprawy, bo jeszcze nie znaliśmy żadnych konkretów. Na
razie dotarła do nas informacja, że prawo gwarantuje więźniom
możliwość zarabiania pieniędzy za wykonywaną pracę podczas odbywania
wyroku i że począwszy od przyszłego miesiąca, system zostanie
wcielony w życie. Nikt z więźniów nie wiedział za jaką stawkę
będziemy pracować i w jaki sposób będą rozliczane nasze wypłaty.

Znaleźliśmy się w sytuacji, którą Artur Kamiński,
nazywany przez więźniów Skarbowy, genialnie określił podczas
wielkanocnego śniadania:

– Teraz to jest „trzy en wu”.

– Że niby co? – zaskoczonym głosem zapytał jeden ze
skazańców.

– Takie urzędnicze powiedzenie – mówił w taki
sposób, jakby w jego pamięci odżyły dawne wspomnienia. – Kiedy
mieliśmy do czynienia z sytuacją kompletnie niezrozumiałą, to zawsze
się mówiło, że to jest „trzy en wu” czyli nikt nic nie
wie – dokończył wolno cedząc każde słowo.

Osoba Kamińskiego była chyba najbardziej tajemniczą
postacią we wronieckim więzieniu. Trafił tutaj w zeszłym roku z
wyrokiem trzech lat. Na wolności ponoć piastował poważne stanowisko w
bydgoskiej izbie skarbowej i stąd też wzięła się jego ksywka. Żaden
skazaniec nie znał jego przeszłości, a on sam, z nikim się nie
zadawał i trzymał się od nas na dystans. Krążyły różne plotki, ale
wszyscy wiedzieli, że klawisze roztaczają nad nim parasol ochronny i
dzięki temu nikt go nie nękał. Mówili, że Kamiński dopuścił się
defraudacji potężnych pieniędzy, a jego proces był utajniony, bowiem
w całą sprawę byli zamieszani poważni oficjele państwowi i kilku
ważniaków z największego banku w Polsce. To musiała być cholernie
delikatna sprawa. Obiło mi się o uszy, że udowodniono mu udział w
finansowym spisku, lecz pieniędzy nigdy nie odnaleziono. Najlepsze
było to, że chodziło o państwowy szmal i niektórzy żartowali, że w
sumie to nie wiadomo kogo obrobił. Trudno powiedzieć ile w tej
gadaninie było prawdy, bo ludziom roiły się we łbach przedziwne
historyjki. Słyszałem opowieści, że miał tajemniczego wspólnika, że
niby wziął winę na siebie, potem ktoś klepał dziobem, że został
wrobiony. Ploty, plotki, ploteczki. Ludzie chyba potrzebują czasami
dawki barwnej sensacji, żeby na chwilę oderwać się od własnej
szarości. Jednak domysły, że Kamiński był przy forsie nie zostały
wyssane z palca. Po pierwsze, jako świeżak tylko jedną dniówkę
spędził na łodygowni. W historii tego więzienia nie było żadnego
skazańca, który w tak rekordowym czasie awansowałby na inne
stanowisko. Skarbowy już następnego dnia trafił na magazyn wyrobów
gotowych i dostał złotą fuchę. Jego obowiązkiem było prowadzenie
magazynowej kartoteki. I z tego co mówili chłopaki to nie kto inny, a
żyjący jeszcze wtedy aspirant Szumski, wcisnął go na tą posadkę. Po
drugie, skoro strażnicy byli mu przychylni to musiał im płacić, a oni
nie zadowalali się byle ochłapem.

Kamiński od pierwszej chwili wydał mi się człowiekiem
niegodnym zaufania. Nawet nie zamieniłem z nim słowa, ale
wystarczyło, że przyjrzałem się jego palcom. W swoim życiu znałem
tylko jednego człowieka, który w identyczny sposób miał tak
wypielęgnowane i zadbane dłonie. Paznokcie o zdrowym połysku, żadnych
zgrubień, zadziorów czy odstających skórek. Takie dłonie miał Wiktor
Kozłowski, a sama myśl o jego osobie budziła we mnie tylko złe obawy.
Tak, wiem o czym teraz myślicie. Zgadza się. Miałem swoje
uprzedzenia, może i bezzasadne, ale miałem.

Dwa razy w miesiącu przychodziła do Skarbowego w
odwiedziny piękna, elegancka kobieta. Chłopaki zachwycali się jej
urodą. Mówili, że wygląda jak modelka z żurnala. Zawsze odziana w
ekskluzywne ciuszki, puszyste futra, szykowną biżuterię i
rozsiewająca dookoła siebie zniewalający zapach perfum, którego
aromatyczna woń dryfowała po całej sali odwiedzin. Miała w sobie to
coś, co sprawiało, że oczy wszystkich wędrowały w jej kierunku.
Zawsze siadała przy stole obok okna i tam spędzała razem z Kamińskim
niedzielne popołudnia. I chociaż jej rozmówca miał na sobie więzienny
drelich, to i tak oboje wyglądali, jakby znaleźli się tutaj przez
pomyłkę. Jakby ta rzeczywistość była jakimś cholernym
nieporozumieniem.

Mogę tylko domniemywać, że ta damulka przynosiła
Skarbowemu gotówkę, za którą mógł tutaj kupić swoje łagodne
przetrwanie. Po co zatem ktoś taki, miałby się bratać z przestępczą
hołotą?

Podczas wielkanocnego śniadania, kiedy mimowolnie za
swoimi plecami usłyszałem co znaczy skrót „trzy en wu”
nadstawiłem uszu i przysłuchiwałem się dalszej dyskusji, jaka toczyła
się przy tamtym stole.

– Skarbowy, ty jesteś obcykany w tematach pieniężnych –
powiedział, któryś z więźniów i w tym samym momencie inni biesiadnicy
zachichotali z rozbawieniem. – Może nam wyjaśnisz o co chodzi z tą
pracą zarobkową?

– Tu nie ma co wyjaśniać, a sam wiem tylko tyle, co
można usłyszeć od strażników – padła krótka i zwięzła
odpowiedź.

– Aleś ty głupi – rzucił inny skazaniec. – Pytasz
Skarbowego o drobne? – tym razem chichot zamienił się w salwę
szczerego śmiechu.

– To wcale nie takie drobne – Kamiński odparł po
chwili – biorąc oczywiście pod uwagę osiem setek chłopa, którzy
przebywają tutaj w charakterze więźniów. Policzmy ile to wyjdzie –
mówił głosem, w którym czaiło się lekkie zaciekawienie. – Przeciętny
robotnik w Polsce zarabia złotówkę na godzinę, podejrzewam, że osoby
osadzone w więzieniach mogą dostać co najwyżej połowę tej stawki.

– Czyli, że co? Że dostaniemy pół złocisza na godzinę? –
zapytał ktoś.

– Teoretycznie można przyjąć taką kwotę, bo na więcej
nie ma co liczyć. Dziesięć godzin dziennie, sześć dni w tygodniu, to
daje nam sześćdziesiąt godzin razy pięćdziesiąt groszy i otrzymamy
trzydzieści złotych na tydzień, razy cztery tygodnie, to zrobi się
sto dwadzieścia złotych. Podatek zostanie potrącony, bo jak to mówią
Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie. Powiedzmy, że państwo
zabierze dla siebie wysokość jednej tygodniówki, co pozwoli nam
uzyskać na czysto dziewięćdziesiąt złotych.

– To całkiem nieźle – ktoś wpadł mu w zdanie.

– Nieźle? – Skarbowy rzucił pogardliwie. – Podejrzewam,
że połowę wynagrodzenia przejmą władze więzienia jako profit za
utrzymanie. Wtedy zostanie czterdzieści pięć złotych. Z tych
czterdziestu pięciu minimum jedną trzecią administracja zatrzyma,
żeby gromadzić więźniowi fundusz na dzień wyjścia, czyli wypłata
zamknie się w granicy trzydziestu złotych miesięcznie. Osiemset łbów
razy trzydzieści daje nam dwadzieścia cztery tysiące miesięcznie.
Panowie – zawiesił na moment głos – wychodzi na to, że
wszyscy razem opływamy w dostatek.

– Skąd sobie wytrzasnąłeś te coś tam utrzymanie i jakiś
fundusz na wyjście? – zapytał któryś.

– Bo tak mówią klawisze, a swoją drogą, dlaczego
sądzisz, że państwo nadal będzie opłacać twój pobyt w tym przybytku,
skoro ty będziesz zarabiał? System jest tak skonstruowany, żeby skarb
państwa nie dopłacał do tego interesu więcej niż powinien. Natomiast
fundusz na twoje wyjście będzie gromadzony po to, żebyś miał coś na
start, kiedy jako wolny człowiek przekroczysz na drugą stronę bramy.
Jeżeli dzisiaj cię wypuszczą i nie będziesz miał grosza przy duszy,
to bardzo szybko tutaj wrócisz, prawda?

– Siedziałem już trzy razy i kiedy mnie zwalniali,
zawsze dostałem trochę forsy na wyjście – powiedział jeden ze
słuchaczy.

– Najwyraźniej jajogłowi w Ministerstwie Skarbu
stwierdzili, że od teraz lepiej będzie jak sam sobie uzbierasz te
pieniądze – podsumował Kamiński. – I jeszcze im za to zapłacisz
w formie podatku. Tak panowie, tak właśnie funkcjonuje instytucja
skarbowa.

– To jest bez sensu – ktoś wpadł mu w zdanie.

– Z pozoru może się tak wydawać, ale tutaj nikt niczego
nie robi z myślą o was. O nas – poprawił się. – Tu chodzi o to,
żeby naszym kosztem nabić bardziej skarbonkę II Rzeczypospolitej.

– Nie kumam – padło z czyichś ust.

– Podatki to złożona sprawa – Kamiński
wypowiedział swoje słowa takim tonem, jakby chciał uświadomić
słuchaczom, że i tak tego nie pojmą. – Czy ten system sprawdzi się w
warunkach więzienia, to będzie można dopiero stwierdzić za kilka lat.
Jedno jest pewne, państwo i tak na tym zarobi.

– Czyli co by nie gadać wychodzi na to, że my zawsze
będziemy w ciemnej dupie, bo frycowe trzeba oddać – skwitował
któryś.

– Lepiej bym tego nie ujął – stwierdził człowiek o
delikatnych dłoniach.

– Zaraz zaraz – odezwał się inny słuchacz. –
Chcesz nam powiedzieć, że tą całą machlojkę z zarabianiem pieniędzy w
więzieniu wymyślił jakiś spryciarz za swoim rządowym biurkiem?

– Bardzo dobry wniosek – rzekł Skarbowy. –
Bystrzak z ciebie, a teraz pomyśl jeszcze o tym, że ten jak to mówisz
spryciarz, kiedy opracował projekt, napisał raport, przedstawił tam
wyliczenia jakiej wielkości wpływy zasilą państwową kasę, to został
za to przyzwoicie wynagrodzony.

– Jaja sobie robisz? – ktoś zapytał z niedowierzaniem.

– Niestety nie – padła odpowiedź – taka jest
rzeczywistość. Tak kręci się ten cały system gdzie zadaniem
urzędników państwowych jest szukanie nowych źródełek, które będą
napełniać skarb państwa, albo udoskonalanie tego co już istnieje,
bowiem przepisy można różnie interpretować.

Słuchali go uważnie, bo natychmiast ktoś wyrzucił z
siebie jednym tchem:

– Inter kurwa mać co ty właściwie mówisz człowieku?!

– My jesteśmy z innej bajki panie Skarbowy – dodał
trzeci rozmówca – tam się nie używa trudnych słówek.

– Rozumiem – głos Kamińskiego nadal emanował
spokojem i cierpliwością. – Chodzi o to, że wszystkie przepisy i
ustawy świata mają swoje słabe punkty, można je obejść i w świetle
prawa być czystym jak łza. Dlatego taki człowiek jak urzędnik, a już
szczególnie urzędnik skarbowy, żyje po to, aby te słabe punkty
wytropić i wykluczyć.

– A jak było z tobą? Znalazłeś dziurę w przepisach i
przepchałeś przez nią wagon pieniędzy? – nagle ktoś zadał mu
krępujące pytanie, a reszta towarzystwa zawtórowała rozbawionym
pomrukiem.

– Faktycznie jesteście z krainy bajek, skoro wierzycie w
takie bzdury – skwitował ten o którym krążyły plotki.

Przysłuchiwałem się ich dyskusji i miałem nadzieję, że w
końcu ktoś zada Kamińskiemu pytanie, które cisnęło mi się na usta. W
pewnym momencie byłem już zdecydowany, żeby zerknąć przez ramię i
włączyć się do rozmowy, lecz wtem rozległy się dwa przeciągłe
gwizdki.

To był znak, że blok B zakończył swój posiłek.

Tegoroczne święta wielkanocne przypadły w połowie
kwietnia i chociaż ostatnie zimowe roztopy zniknęły z początkiem
marca, to jednak kilka razy pogoda udowodniła, że potrafi być
nieprzewidywalna. Chyba kapryśna aura odcisnęła na mnie swe piętno,
bowiem moją duszą również targały zachwiane nastroje.

Kroczyliśmy zwartą kolumną w stronę wejścia na
spacerniak.

Ponad naszymi głowami rozpościerał się błękit wiosennego
nieba, a poranne słońce już do połowy wyłoniło się zza krawędzi
więziennego muru. Nie sposób było normalnym wzrokiem spojrzeć w
tamtym kierunku i człowiek mimo woli musiał zmrużyć powieki.
Olśniewający blask wyglądał tak, jakby wpadał na spacerniak przez
okrągły, złocisty wyłom. Zupełnie jakby ta magiczna, ognista kula,
jakimś cudem wypaliła wyrwę w ceglastym murze, a ja pomyślałem o
czymś irracjonalnym. Pomyślałem, że jeśli tam podejdę, to jasne
światło pochłonie mnie… i uczyni wolnym.

Usiadłem
na stopniach placu apelowego i leniwym wzrokiem omiatałem spacerniak.
Chociaż na karku czułem delikatne łaskotanie słonecznych promieni, to
jednak było chłodno. Zerknąłem w stronę spadzistego dachu. Ta cześć
bordowych dachówek, na którą padały ostre promienie, szkliła się w
kroplach kwietniowej rosy, a połyskujące refleksy mieniły się niczym
diamenty. Chyba z przyzwyczajenia spojrzałem w okna, gdzie w
przeszłości dało się dostrzec postać Szumskiego. Już
nigdy go tam nie ujrzę –
nagle przez głowę przemknęła mi ta dziwna myśl. Odwróciłem wzrok od
budynku.

W
mojej głowie działo się coś niepokojącego. Luźne wspomnienia z
przeszłości, z tej dawnej i odległej, kiedy jeszcze nie wiedziałem
czym jest więzienie i samotność, przeplatały się z teraźniejszością.
W moim umyśle panował chaos. Czułem się wewnętrznie rozbity. Nie
potrafiłem skupić myśli no i do tego jeszcze to cholerne drżenie.
Zupełnie jakby każdy zakamarek mojego ciała poruszał się w innym
rytmie. Czy tak się objawia wejście w
wiek chrystusowy?
– zapytałem samego siebie i nagle przypomniała mi się ponura
historia, która miała miejsce w mojej rodzinie. Byłem wtedy
kilkuletnim chłopcem i jak przez mgłę pamiętam pogrzeb wuja Józefa.
To był jedyny brat mojego ojca. Miał dokładnie trzydzieści trzy lata
gdy popełnił samobójstwo. Pewnego dnia po prostu powiesił się w
przydomowej komórce. Po latach dowiedziałem się, że ponoć popadł w
sidła obłędu. Był zupełnie normalnym mężczyzną i znienacka zaczęło
się z nim dziać coś dziwnego. Twierdził, że nie panuje nad tym, co
jest w jego głowie, że słyszy różne głosy, które do niego mówią, że
nie potrafi się od nich uwolnić. Jeździł po różnych medykach,
faszerował się lekami, przez kilka miesięcy był nawet w szpitalu, aż
w końcu targnął się na swe życie.

– Kurwa mać! – warknąłem wściekle pod nosem i wyjąłem z
kieszeni mosiężną papierośnicę.

Zapaliłem.

Wciągnąłem dym w płuca i starałem się myśleć o czymś
innym.

Zrozumiałem, że brakuje mi kogoś bliskiego.

Kogoś takiego jak Ojczulek.

W ostatnim tygodniu kwietnia przodownik Rudolf Frantz
wrócił do pracy, a plotka o tym, że każdy więzień będzie zarabiał
pieniądze, stała się faktem. Naczelnik Zalewski osobiście dokonał
wizytacji wszystkich miejsc i warsztatów, gdzie pracowali skazani,
żeby obwieścić tę nowinę i z grubsza wyjaśnić wszelkie wątpliwości.
To było naprawdę przełomowe wydarzenie i myślę, że największe jakiego
doświadczyłem w swoim więziennym życiu.

Poniekąd było tak jak prorokował Skarbowy. Nieco
przeliczył się w swoich obliczeniach, ale miał rację w innych
sprawach. Polskie prawo gwarantowało skazanym zarobek w wysokości
trzech czwartych najniższego wynagrodzenia, które w roku 1933 po
drugiej stronie murów orbitowało na pułapie 150 złotych. Z tej kwoty
więzienie potrącało część pieniędzy tytułem utrzymania oraz na
fundusz, który był wypłacany więźniowi w dniu wyjścia na wolność. W
sumie wychodziło na to, że raz w miesiącu każdy miał dostać na rękę
dokładnie pięćdziesiąt złotych i przyznam się wam szczerze, że w
pierwszej chwili, pięć dych w pudle wydawało mi się obrzydliwą kupą
szmalu. Jednak nie miałem świadomości jaka była faktyczna wartość
tych pieniędzy. Tu obowiązywała inna waluta, wszystko było
przeliczane na fajki. Gdy dowiedziałem się, że za tę forsę mógłbym
kupić tylko dwadzieścia pięć paczek papierosów, to zrozumiałem, że to
są przysłowiowe grosze.

Tego samego dnia, zostałem zaprowadzony przed oblicze
naczelnika.

– Tak Żabikowski – Zalewski odezwał się zza biurka
– na chwilę obecną, jesteś w tym więzieniu jedynym skazanym z
wyrokiem dożywocia. Przepisy dokładnie regulują twój status jeśli
idzie o wynagrodzenie, bowiem w twoim wypadku nie obowiązuje nas
potrącanie kwoty na fundusz związany z wyjściem. Oznacza to, że
będziesz najlepiej zarabiającym więźniem – spojrzał na mnie,
uniósł nieco w górę palec wskazujący prawej dłoni i dodał – o ile
będziesz pracował – te słowa zabrzmiały jak ostrzeżenie.
Czubkiem języka liznął górną wargę i powiedział – wiesz o tym,
że masz u mnie kredyt zaufania, prawda? – niby pytał, ale nie czekał,
żebym potwierdził jego słowa. – Jesteś dobrym stolarzem i znasz się
na tym fachu, rozmawiałem ze starszym referentem Krympe i on
twierdzi, że wszystko co wychodzi ze stolarni jest dobrej jakości.
Mam nadzieję, że pod twoim dowództwem ten poziom zostanie utrzymany.

– Może pan być tego pewien, panie naczelniku –
odparłem, a jego słowa naprawdę mnie podbudowały.

– Dobrze Żabikowski, dobrze – westchnął.
Przejechał dłonią po blacie biurka i zmieniając temat, zapytał – co
masz zamiar zrobić ze swoim wynagrodzeniem? Chcesz wspomóc rodzinę?

– Nie mam bliskich panie naczelniku – odparłem
zgodnie z prawdą.

Zalewski pokiwał głową, jakby się nad czymś zastanawiał.

– W takim razie cała kwota, oczywiście pomniejszona o
utrzymanie, będzie do twojej dyspozycji.

Wiem o czym myślicie, ja też się nad tym zastanawiałem
– po jaką cholerę więźniowi forsa? Co ma z nią zrobić? Czy twórcom
tego prawa nie przyszło do głowy, że dzięki temu otworzą zakazane
wrota i nastaną złote czasy dla kontrabandy? Przecież teraz, kiedy
wewnątrz murów pojawią się pieniądze, towar wszelakiej maści będzie
płynął różnymi kanałami. Do tego jeszcze dojdą nadużycia, kombinacje,
próby przekupstwa… Po co budzić do życia wszystko to, co niesie ze
sobą jedynie problemy? Nie należę do tej kategorii ludzi, którzy
wszędzie dopatrują się ciemnych stron i minusów, widzą wszystko w
czarnych kolorach albo zawsze wietrzą spisek i podstęp. Jednak
od pierwszej chwili gdy zaczęły krążyć plotki o mamonie, nie
potrafiłem dostrzec żadnych plusów, a kiedy fikcja stała się prawdą,
poczułem zwątpienie. Pomyślałem, że chyba coś ze mną jest nie tak.
Czy to możliwe, żeby jeden człowiek był sceptycznie nastawiony kiedy
cała reszta tryskała z zadowolenia? Czy wszystkich zaślepiła jakaś
radosna nadzieja, a mnie z niewiadomej przyczyny ominęła szerokim
łukiem?

Wszystko się wyjaśniło w poniedziałkowy poranek,
pierwszego maja 1933 roku. W jednej chwili świat finansowych złudzeń
trafił szlag.

Po śniadaniu strażnicy wyprowadzili nas na zewnątrz i
kazali maszerować w stronę spacerniaka. W tłumie co jakiś czas padały
pytania:

– Co się dzieje?

– Co jest grane?

Zdziwienie na naszych twarzach mówiło samo za siebie.
Ktoś rzucił w stronę klawisza z eskorty:

– O co chodzi panie dozorco? Czemu pędzicie nas na
spacerniak?

– Nie gadać! – odparł. – Zaraz się wszystkiego dowiecie!

Wkroczyliśmy na teren otoczony drucianą siatką.

– Ustawić się w czwórkową kolumnę! – padła głośna
komenda.

Przodownik służby więziennej Rudolf Frantz stanął
naprzeciw nas. Otworzył kajet, który trzymał w dłoni i wyjął złożoną
na cztery kartkę papieru.

– Jak wiecie od dnia dzisiejszego zaczynają obowiązywać
nowe przepisy dotyczące zatrudniania więźniów do pracy.
Rozporządzeniem Ministra Sprawiedliwości oznajmia się co następuje –
zamilkł na moment, spojrzał po naszych twarzach i zaczął czytać. –
Przywilej pracy zarobkowej dotyczy tylko tych skazanych, którzy
zostaną do niej przydzieleni wedle zapotrzebowania i pozostaje to w
gestii władz danej jednostki penitencjarnej. Obsada stanowisk powinna
być adekwatna do kwalifikacji, umiejętności i doświadczenia, jakimi
może się wykazać osoba odbywająca karę pozbawienia wolności.

W kolumnie więźniów dało się słyszeć pomruki
zaskoczenia. Nagle ktoś rzucił głośne pytanie:

– Panie przodowniku, ale o co właściwie chodzi?

Frantz ponownie spojrzał w naszym kierunku. Machnął
delikatnie kartką, którą trzymał w dłoni i powiedział:

– Chodzi o to, że nie wszyscy z was będą pracować. Prawo
nie mówi o obowiązku pracy, lecz nazywa ją przywilejem. Administracja
więzienia decyduje kto i gdzie będzie zatrudniony – ponownie
otworzył swój kajet i powiedział – teraz będę czytał
przydziały. Ten kto usłyszy swoje nazwisko, ustawia się z lewej
strony – machnął ręką w tamtym kierunku. – Pralnia! Januszyn,
Tajner, Pawlak… – Frantz czytał, wymieniając kolejne warsztaty i
nazwiska.

Byłem w obsadzie stolarni.