Strona główna » Obyczajowe i romanse » Śledztwo lorda Remingtona

Śledztwo lorda Remingtona

4.00 / 5.00
  • ISBN:

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Śledztwo lorda Remingtona

Kiedy sir James Remington dowiaduje się, że jego kuzyn został ciężko pobity za karciane długi, rozpoczyna prywatne śledztwo. Zamierza odnaleźć sprawców i pociągnąć ich do odpowiedzialności. Szybko okazuje się, że kuzyn przegrał z kapitanem Hansleighem, który jest znanym szulerem. James postanawia pokonać kapitana i jego popleczników ich własną bronią. Najpierw wygrywa znaczną sumę u Hansleigha, a następnie udaje się do niego, aby szantażem zmusić go do wyjawienia tożsamości napastników. Na miejscu spotyka jednak jego piękną córkę Lucy i wpada na znacznie lepszy pomysł…

Polecane książki

Niektóre morderstwa sprawiają, że nawet policjant zmienia się nie do poznania. W niewielkim mieście dochodzi do serii brutalnych zabójstw młodych kobiet. Detektyw Robert Juszcz i jego świeżo upieczony partner, Bartosz Parela, usiłują odkryć, co łączy wszystkie zbrodnie. Sprawca jest jednak profes...
Jedyna książka poświęcona włosom suchym i zniszczonym, ale nie tylko takim - właścicielki włosów zdrowych również znajdą w niej cenne porady.   Na maskę do włosów o pojemności 200 ml wydajesz 20-150 zł i nie masz gwarancji, że dobrze wypadnie na Twoich włosach. Za wi...
Poczytaj o sympatycznym czerwonym samochodziku i jego przyjaciołach. Dowiedz się, jakie miejsca odwiedził Franek podczas podróży po Polsce. W książeczce, oprócz historyjki do czytania, znajdziesz zagadki, quizy i łamigłówki....
Dziewczynka-Stonka i inwazja martwiaków jest pierwszą częścią cyklu książek o niezwykłej dziewczynce i jej przygodach. To pełna ironii, osadzona we współczesności surrealistyczna opowieść z wątkiem kryminalnym. Napisana z myślą o młodzieży stanowi przyjemną lekturę także dla dorosłych. Bohaterk...
Joker to satyryczno-filozoficzna opowieść o ludziach poddanych silnym wpływom grupy i tłamszących własne JA, byle tylko zdobyć dobrą pozycję w hierarchii. Wszystko się jednak zmienia, gdy pewnego dnia Organizacja nakazuje wszystkim udanie się w podróż niezwykłym POCIĄGIEM DO ZMIAN. Uczestnicy wypraw...
Wielu specjalistów uważa, że rachunek kosztów jakości jest nieprzydatny i trudny do zastosowania, bo wymaga wyodrębniania tych kosztów z systemu księgowości. Jednak za jego pomocą masz możliwość bezinwestycyjnego udoskonalenia Systemu Zarządzania Jakością.Jak identyfikować rachunek kosztów i jak go ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Elizabeth Rolls

Elizabeth RollsŚledztwo lorda Remingtona

Tłumaczenie: Melania Drwęska

PROLOG

Marzec 1802 roku

– Niech to diabli! – zaklął lord James Cambourne, spoglądając z niedowierzaniem na poturbowane oblicze młodego kuzyna Nicka Remingtona. – Co się stało, do jasnej cholery? Czy był tu doktor?

Paget, służący młodzieńca, skinął głową.

– Tak, milordzie. Natychmiast po niego posłałem. Właśnie wyszedł.

– I co?

Służący troskliwie opatulił kołdrą młodego pana.

– Panicz ma tylko trochę siniaków, pęknięte żebro i guza na głowie.

– Tylko?! – obruszył się James. – Na miłość boską! Jak możesz mówić o tym tak spokojnie! Czy to zwyczajne u tego chłopaka?

– Nie. – Paget spojrzał na Nicka, który poruszył się raptownie. – Może moglibyśmy przejść do salonu, milordzie? – zapytał, ściszając głos. – Doktor Greaves mówi, że on powinien teraz spać.

– James? – Głos Nicka był cichy jak szept. – To ty?

Oczy o zapuchniętych powiekach, w tym jedno z imponujących rozmiarów sińcem, otworzyły się i posłały niebieskie spojrzenie. Naznaczona sińcami i zadrapaniami twarz Nicka była biała jak prześcieradło.

– Tak, to ja – odparł James. – Co ci strzeliło do głowy, idioto? – dodał szorstkim tonem, który miał zamaskować poczucie ulgi, że kuzyn się ocknął.

– Rzeczywiście zachowałem się jak idiota – wykrztusił Nick; wargę miał rozciętą. – Czy Paget posłał po ciebie?

– Ależ oczywiście, że tak – wtrącił się służący. – Przecież napadli na panicza!

– Co takiego?! – zdumiał się James.

Nick spojrzał na Pageta.

– Powiedz mi, że nie posłałeś po mamę i papę.

– Oczywiście, że nie – uspokoił go służący. – Tylko po jego lordowską mość.

– Dzięki Bogu. – Nick spróbował usiąść, ale opadł na poduszki. Kołdra się zsunęła, odsłaniając posiniaczony nagi tors.

Widząc to, James po raz kolejny zaklął.

– Pewnie wyglądam równie okropnie, jak się czuję – wyszeptał Nick.

– Leż na tych cholernych poduszkach! – James położył kuzynowi rękę na ramieniu, starając się go nie urazić. – Nie mam ci za złe, że wolisz nie ściągać rodziców, ale jeżeli chcesz, żebym ich nie wezwał, to będziesz robił, co ci każę.

– Tyran… – mruknął z bladym uśmiechem Nick.

– Radzę ci w to uwierzyć – rzucił James. – Kto cię tak urządził? – zapytał, gdyż wyglądało to na umyślne brutalne pobicie.

– Czy już wspominałem, że postąpiłem jak idiota? – Nick się skrzywił.

– Owszem – potwierdził James. – Choć całkiem niepotrzebnie, bo to oczywiste. Mów dalej.

– Cóż, straciłem trochę pieniędzy.

– Trochę? To znaczy ile?

– Hm… dosyć dużo. Dwie pięćsetki.

James powstrzymał się od uwag, choć same cisnęły mu się na usta.

– Dwie pięćsetki – powtórzył z przekąsem – Przegrałeś tysiąc funtów w… Co to było? Karty? Kości? Konie?

– W karty – odparł Nick. – Rzecz w tym, że…

– Nie byłeś w stanie zapłacić. – James nawet nie próbował ukryć sarkazmu. Tysiąc funtów to więcej niż roczna pensja, jaką młody kuzyn dostawał od rodziców.

– Tak – odparł Nick słabym głosem, zamykając oczy.

Paget wykonał gest w stronę drzwi. W gruncie rzeczy miał rację, uznał James. Nick jest bezpieczny i został opatrzony; jego opowieść może spokojnie poczekać. Jednak poturbowany uniósł powieki i wyjawił:

– Nie mogłem zapłacić, więc on sprzedał moje weksle.

– Ale kto?

– Nazywał się Hensleigh. Kapitan Hensleigh.

– Nigdy o nim nie słyszałem – stwierdził James i obiecał sobie, że kapitan Hensleigh wkrótce o nim usłyszy. – Piechota czy marynarka?

– Co?

– Co to za kapitan? – zapytał James.

– Och, kanciarz, jak przypuszczam – odparł, krzywiąc się Nick.

Kapitan Kanciarz. Wspaniale, pomyślał James. Kuzyn po raz pierwszy przyjechał do Londynu i od razu przegrał z zawodowym szulerem więcej, niż był w stanie zapłacić, po czym został brutalnie pobity.

– Macie może kawę? – zwrócił się do Pageta.

– Już wcześniej uprażyłem i zmieliłem ziarna – odparł służący – ale pan Nick zasnął. Zaraz przyniosę.

– Przepraszam, powinienem był ci zaproponować – wymamrotał Nick.

James prychnął pogardliwie.

– Przyjmijmy, że brak ci manier, podobnie jak rozumu.

– Przynieś kawę, Paget – poprosił Nick. – Bądź tak miły.

– Tak jest, proszę pana.

– Czy istnieje możliwość, że napastnicy wrócą? – James zwrócił się do kuzyna. – Gdzie to się stało?

– Na tyłach Fleet Street, w pobliżu Strandu.

– Jakie licho cię tam poniosło?

– Szukałem Hensleigha – odparł Nick. – Dał mi tydzień, który jeszcze się nie skończył, ale wiedziałem już, że nie będę w stanie zapłacić, i chciałem go poprosić o więcej czasu.

– Co takiego?! Może jeszcze zamierzałeś wstąpić w drodze powrotnej do St. Clement Danes i pomodlić się o cud? – zakpił James.

– Nie. – Nick się zaczerwienił. – Chciałem pójść do ciebie i… poprosić o radę. Nie znalazłem Hensleigha i w drodze powrotnej wpadłem na tych, co mnie pobili.

– Przede wszystkim, poradziłbym ci, żebyś trzymał się z daleka od takich spelunek. Niestety, co się stało, to się nie odstanie. Powiedz mi, dlaczego nie przerwałeś gry, kiedy sprawy przybrały zły obrót? – zapytał James, myśląc, że to odwieczny problem.

– Ja… liczyłem na to, że się odegram, bo na początku wygrałem. I to dosyć dużo. A potem…

– …przegrałeś, ale tylko trochę – dokończył James. Stara, dobrze znana historia.

– Tak – przyznał Nick – i nawet dosyć szybko odzyskałem te pieniądze, jednak później…

– …naprawdę zacząłeś przegrywać. Nie zorientowałeś się, że cię ogrywają?

– Jak widać, nie – mruknął Nick, mnąc w palcach pościel. – Co mam teraz zrobić? Nie jestem w stanie spłacić długu, a nawet gdybym dysponował taką sumą, to nie zostałoby mi już nic na mieszkanie oraz życie.

– Właśnie. – James pokiwał głową. – Czy chociaż to ci się spodobało?

– Ale co?

– Karty. Gra. Uczucie podniecenia – odparł James.

Postanowił spłacić dług Nicka, musiał jednak wybadać, czy nie będą to wyrzucone pieniądze, czy aby chłopak nie ma żyłki do hazardu. Przecież, jeżeli on się nie ożeni, to jego majątek przejdzie zgodnie z prawem na ojca Nicka, Williama, a młodzieniec będzie następny w kolejce.

– Och, nie. – Nick skrzywił się. – Nieszczególnie.

– Naprawdę? – James nie był pewny, czy chłopak mówi szczerze, czy tylko odpowiada zgodnie z jego oczekiwaniami.

– Cóż, przyjemnie było wygrywać – przyznał Nick.

– Tak być powinno.

– Wolę jednak, na przykład, gonitwy z przeszkodami – stwierdził Nick. – Nawet jeżeli nie wygram, to konna jazda stanowi ogromną przyjemność.

– A hazard cię nie bawi?

– Nie. – Nick przecząco pokręcił głową. – Było mi niedobrze przez większość czasu.

James odetchnął z ulgą.

– Przyjedź do mnie latem, to się pościgamy. Mam źrebaka, którego możesz dla mnie ujeżdżać, bo ja jestem dla niego za ciężki.

– Chętnie, ale nie wiem, czy papa spuści mnie po tym wszystkim ze smyczy. Będę musiał napisać do niego, co zrobiłem, i…

– Ja to załatwię – przerwał mu James. – Po co denerwować twoich rodziców.

Pomyślał, że choć William i Susan to dobrzy ludzie, wymówkom nie byłoby końca, a Nick już dostał niezłą nauczkę i wyciągnął z niej wnioski. Poza tym William nie byłby w stanie spłacić takiego długu, a jego było na to stać.

– Nie! – Tym razem Nick zdołał usiąść, klnąc z bólu. – Chciałem twojej porady, a nie twoich pieniędzy!

– Gdybym w to nie wierzył, nie dostałbyś ani jednego, ani drugiego. Posłuchaj mnie, młodzieńcze, nie ty pierwszy zrobiłeś z siebie durnia w Londynie, a i ja nie byłem wyjątkiem. – James skrzywił się na samo wspomnienie. Osłupiała mina Nicka uświadomiła mu, że kuzyn ma dopiero dziewiętnaście lat.

– Ty?!

– Nie urodziłem się stateczny i przyzwoity, wręcz przeciwnie.

– Nie to miałem na myśli! – Nick spiekł raka. – Trudno mi sobie wyobrazić, że mógłbyś popełnić takie głupstwo.

– Możesz mi wierzyć, że nie masz monopolu na głupotę. – James pomyślał, że zrobił coś jeszcze gorszego. – Rzecz w tym, że ktoś mnie kiedyś spłacił i nie pozwolił, bym się jej odwdzięczył.

– Jej? – Nick wytrzeszczył oczy. – To znaczy komu?

– Wszystko załatwię i potraktuję to jako próbę wyrównania dawnych zobowiązań – oświadczył James. Nie był wcale pewny, czy Elizabeth spojrzy na to w ten sposób.

– Wiesz co, teraz poczułem się jak śmieć, nie tylko jak idiota – wyznał Nick. – Wszystko ci zwrócę, czy chcesz tego, czy nie.

– Dobrze. – James wolał nie mówić, że pieniądze nie mają znaczenia. Jeżeli Nick sądził inaczej, to tym lepiej. – Powiedz mi teraz, komu i gdzie mam zapłacić. Podaj mi też namiary kapitana Hensleigha.

Nick westchnął ciężko.

– Nie znam ich, ale bez trudu trafisz do tego nędznego lokalu Pod Kogutem.

– Pod Kogutem? Tak nazywa się to miejsce?

– Tak. To stara piwnica. Pewnie dawniej odbywały się tam walki kogutów. Hensleigh zjawia się prawie każdej nocy. Nie będzie ci jednak potrzebny, bo moje weksle kupił gość, który nazywa się Kilby. Jednemu z napastników wymknęło się to nazwisko, ale pieniądze kazali mi przynieść do gospody o nazwie Służąca i Sroka.

Powrót Pageta z tacą dał Jamesowi chwilę na zastanowienie. Usiadł na krześle przy łóżku i zaczął wolno sączyć kawę. Najważniejsze to spłacić dług, zanim Nick znów zostanie pobity przez zbirów Kilby’ego. A potem… weźmie się za kapitana Hensleigha.

– James?

– Tak?

– Chyba nie myślisz o czymś nierozsądnym?

– Nie – skłamał gładko James. – Natomiast uprzytomniłem sobie, że twoi rodzice lada moment zjawią się w Londynie. – Udał, że nie słyszy jęku kuzyna. – Możesz na kilka tygodni wyjechać do mojej posiadłości w Chiswick, dopóki nie przestaniesz wyglądać jak psu z gardła wyjęty i żebro ci się nie zrośnie.

Nick uśmiechnął się blado.

– To miło z twojej strony. Myślisz, że mama nie będzie chciała wpaść tam z wizytą? Chiswick nie leży zbyt daleko od Londynu.

– Na pewno nie, jeżeli napomknę twojemu ojcu, że zabrałeś ze sobą kobietę.

Nick jeszcze głębiej zapadł się w poduszki i ku rozbawieniu Jamesa zarumienił pod siniakami.

– Niech cię diabli! Jeszcze papa gotów pomyśleć, że uganiam się za spódniczkami!

– A nie jest tak? – zapytał z uśmiechem James. – No cóż, to twoja decyzja. Wolisz, żeby mama zrobiła raban jak kwoka nad pisklęciem?

– Dobrze już, dobrze. Masz rację. Dziękuję.

– Pojedziemy moim powozem, jak tylko doktor uzna, że możesz podróżować. – James upił łyk kawy. – Tak przy okazji, świetnie się składa. Myślisz, że Paget zechce wyznać sekret znakomitej kawy mojemu lokajowi?

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Trzy tygodnie później

James uniósł wzrok znad stolika i spojrzał z niedowierzaniem na swojego przeciwnika.

– To już tysiąc funtów, Hensleigh. Chyba pora się rozliczyć? – Z przesadną uwagą wymawiał każde słowo, jakby się bał, że zacznie bełkotać. – Ups! – mruknął z roztargnieniem, gdy niby mimochodem przewrócił kieliszek z burgundem.

Hensleigh uśmiechnął się szeroko i postawił kieliszek.

– Och, daj pan spokój, Cambourne. Przecież nie jestem tchórzem, wręcz przeciwnie. Musi pan dać mi szansę, abym się odegrał. Wszystko albo nic w następnym rozdaniu? Zwycięzca bierze wszystko?

James wolałby zakończyć tę farsę i wyjść z wygraną lub przynajmniej z wekslami. Prawdę mówiąc, dosyć już czasu spędził Pod Kogutem. Odnalazł to miejsce bez specjalnego wysiłku, natomiast wejście do środka okazało się trudniejsze, choć podał hasło, które znał od Nicka. Poskutkowała dopiero korona wsunięta w rękę osiłka pilnującego drzwi. Hensleigha wypatrzył już przy pierwszej wizycie. Był to wysoki mężczyzna o rzedniejących rudawych włosach, obcesowych manierach i dość prostackiej twarzy. James nie podszedł jednak do niego, tylko zaczął grać w kości przy innym stoliku, pilnując, by nie wygrać lub nie stracić zbyt wiele, gdy tylko się zorientował, jak wyważone są kostki. Ubrał się też odpowiednio, starając się wyglądać i zachowywać jak zasobny dziedzic przybyły prosto z prowincji, czyli wręcz idealny gołąbek dojrzały do oskubania. Przedstawił się jako zwykły pan Cambourne, gdyż w tej sytuacji jego lordowski tytuł byłby tylko przeszkodą. Obserwując grających w karty, doszedł do wniosku, że Hensleigh nie jest jedynym szulerem w tym pomieszczeniu, i stosownie do tego zaplanował strategię.

Zgodnie z jego przewidywaniami, pierwszą partię wista pozwolono mu wygrać. Gdy później Hensleigh podszedł, aby pogratulować, zaczął narzekać, że przeciwnik nie okazał się na tyle dobry, by gra z nim dostarczyła pożądanych emocji. Za drugim razem trochę przegrał, ale więcej wygrał, zgarniając na czysto dwieście funtów. Tej nocy Hensleigh powitał go nader wylewnie, proponując jedną lub dwie partyjki. Najwyraźniej przyszła pora oskubania naiwnego przybysza z prowincji.

James pomyślał, że chciałby mieć to za sobą. Znudziła mu się obskurna zadymiona nora z jej kompletem desperatów i oszustów. Kilka kobiet oczywistej profesji krążyło po sali. Wszystkie aż paliły się, by wyciągnąć z gracza wygraną, o ile wcześniej nie udało się to szulerom przy stolikach. Od czasu do czasu któraś z nich wychodziła z jednym lub kilkoma graczami. Nikt się nie wymykał; nie było mowy o dyskrecji. James nawet parokrotnie słyszał, jak uzgadniano cenę.

– Wszystko albo nic? – powtórzył propozycję Hensleigha. – To oznacza, że straciłby pan dwa tysiące funtów.

– Ech, co mi tam… – prychnął Kapitan Kanciarz. – Co to za życie bez odrobiny ryzyka? – dorzucił z szerokim uśmiechem. – To jak? Bierzemy nową talię?

– Czemu nie? – odparł James i rozsiadł się wygodnie, a Hensleigh przywołał posługacza

– Przynieś nową talię, człowieku – zaordynował – i ścierkę, żeby uprzątnąć ten bałagan. Zgodziliśmy się z panem Cambourne’em, że wygrany zgarnia wszystko.

Mężczyzna spojrzał na niego czujnie.

– Tak jest, kapitanie – odrzekł i oddalił się pospiesznie.

– Może jeszcze jeden kieliszek wina, Cambourne? – zaproponował Hensleigh, sięgając po butelkę.

– Czemu nie? – powtórzył z głupawym uśmiechem James.

Hensleigh szczodrze napełniał mu kieliszek za kieliszkiem, przekonany, że zdołał uśpić jego czujność, gdy on tymczasem większość trunku wylewał ukradkiem na dywan. Służący ze ścierką wytarł stolik, po czym położył na nim nową talię.

– Dziękuję, dobry człowieku. – Hensleigh wyciągnął rękę.

Rozciął opakowanie i zaczął tasować karty. James wyprostował się i oznajmił stanowczo:

– Teraz moja kolej. Ja rozdaję.

Kilka kart wyślizgnęło się Hensleighowi z dłoni, gdy skierował spojrzenie na Jamesa.

– Czyżby? Jestem pewny, że pan się myli.

– Nic podobnego.

Hensleigh zerknął na kieliszek, a James z uśmiechem pokręcił głową. Nie spuszczając wzroku z twarzy przeciwnika, zgarnął rozsypane karty i czekał. Po chwili oszust z obojętną miną wręczył mu resztę talii.

– Dziękuję.

Hensleigh zacisnął usta, ale się nie odezwał. James nie zwracał na niego uwagi i zaczął zręcznie tasować karty z wprawą, której wcześniej nie okazał. Odchylał je lekko, gdy przelatywały mu przez palce, odbijając światło. Tak naprawdę nie musiał ich oglądać, chciał jedynie, by Hensleigh spocił się ze strachu.

– Czy za to pana wyrzucili? – zapytał od niechcenia.

Hensleigh przełknął ślinę.

– Niby skąd? O czym pan mówi?

– Z piechoty albo z marynarki, choć nie wyglądasz mi na wilka morskiego – odparł James. – Kapitan Kanciarz nie był im potrzebny. Niewykluczone, że obrażam armię, a pan wymyślił sobie swoją rangę. W Gwardii Konnej nic o panu nie słyszeli. – Uśmiechnął się cierpko, widząc, że Hensleigh gwałtownie zbladł. – Bardzo niechlujnie znaczona talia – ciągnął. – Można łatwo wyczuć woskowe linie na koszulkach. Poprzednia talia nie miała tak wyraźnych znaków.

Słysząc to, oszust nagle zebrał się w sobie.

– Obawiam się, że jest pan w błędzie. Możemy jednak poprosić o następną talię.

James potrząsnął głową.

– Nie. Rozliczymy się, i to teraz.

– Przecież zgodził się pan, że zwycięzca bierze wszystko.

– O ile zagramy nieznaczoną talią – stwierdził stanowczo James. – Kończymy grę – dorzucił, wprawnym ruchem zgarniając karty. – Wyjdziemy po cichu czy mam zrobić z tego widowisko?

Hensleigh rozejrzał się nerwowo i zacisnął pięści.

– Niech cię diabli! – rzucił, tracąc opanowanie.

James wzruszył ramionami i polecił:

– Podpisz weksle. Niech zarządca potwierdzi ich autentyczność. Nawet nie myśl, że będziesz mógł tu grać, dopóki mi nie zapłacisz – dorzucił.

Hensleigh spojrzał na niego nienawistnym wzrokiem.

– Od początku wodziłeś mnie za nos!

James skłonił się.

– Ależ oczywiście.

Dwa tygodnie później

James wspinał się po wąskich skrzypiących schodach, wstrzymując oddech. Już od wejścia uderzył go odór smażonej ryby – wczorajszej, a może nawet zeszłorocznej – oraz rozgotowanej kapusty. Po kolejnym półpiętrze spróbował przekonać sam siebie, że zapach nieco osłabł.

Choć od gry w karty minął tydzień, Hensleigh nie przyszedł, aby spłacić długi, nie pojawił się też Pod Kogutem. Po kolejnym tygodniu poszukiwań przez czysty przypadek James odnalazł kryjówkę dłużnika, w której, jak mu powiedziano, trzymał on swoją kobietę.

„Drugie piętro” – poinformowała go gospodyni. „Jego nie widziałam, ale dziewczyna jest na górze”.

Na piętrze podest zatrzeszczał złowieszczo, uginając się pod ciężarem Jamesa. Rozejrzał się, marszcząc nos. Woń zjełczałej ryby była tu równie ostra jak na dole. Chociaż w gruncie rzeczy nie potrzebował pieniędzy, które był mu winien Hensleigh, zamierzał go zniszczyć, aby już nikogo więcej nie oszukał. Kiedy się z nim rozprawi, Hensleigh nie będzie w stanie utrzymać samego siebie, a co dopiero kobiety. Jeżeli nie zastanie go w mieszkaniu, to kochanka będzie mogła przekazać mu ostrzeżenie, że lada chwila weksle zostaną sprzedane.

Zastukał głośno, zauważając z pewnym zdumieniem, że drzwi są czyste.

Po chwili otworzyły się i w progu stanęła dziewczyna w usmolonym fartuchu, ze ściereczką w ręku. Kilka miedzianych kosmyków wymknęło jej się spod czepka, muskając lekko zarumieniony kremowy policzek. Z głębi mieszkania napłynął znajomy zapach, niemający nic wspólnego z rybą. Pociągnął nosem – pasta do mebli? Tak, ale coś jeszcze, słodki aromat, który przeniknął go na wskroś.

– Szuka pan kogoś?

Zupełnie nieoczekiwanie nieufne spojrzenie zielonych oczu obudziło w nim niepożądane podniecenie. Jakim sposobem gad w rodzaju Hensleigha zdobył taką dziewczynę?

– Trafił pan pod niewłaściwy adres – oznajmiła i uczyniła ręką ruch, aby zamknąć drzwi.

– Akurat! – rzucił, wkładając nogę między futrynę a skrzydło drzwi.

– Szukam Hensleigha.

Wpatrywała się w nieznajomego szeroko otwartymi oczyma. Nie chodziło nawet o jego wzrost, a był naprawdę wysoki. Może to przez szerokie ramiona? Zresztą bez względu na przyczynę czuła, że ma w głowie mętlik.

Po chwili odchrząknęła i powiedziała:

– Przykro mi, proszę pana. Nie ma nikogo. – Nagle rozjaśniło jej się w głowie i zdrętwiała na myśl o błędzie, jaki o mały włos by popełniła. Przenikliwe spojrzenie szarych oczu wręcz ją świdrowało. – To znaczy nie ma go tutaj.

Ścisnęła w rękach ściereczkę, aby ukryć ich drżenie. „Hensleigh, nie Armitage”. Wiele lat temu ojciec wbił jej do głowy, aby nigdy pod żadnym pozorem nie wymieniała ich prawdziwego nazwiska. To, jakim się posługiwał, zmieniało się co jakiś czas, ale od paru tygodni brzmiało Hensleigh..

Szare oczy zwęziły się w szparki. Aksamitny głos mężczyzny otoczył ją niczym obłok.

– Naturalnie, róża pod każdą nazwą będzie pachnieć równie słodko – powiedział. – Choć moim zdaniem to może się okazać mylące.

Czy to jakiś czarownik? – zadała sobie w duchu pytanie, słysząc wypowiedzianą przez niego swoją myśl. Nie potwierdzaj i nie zaprzeczaj, pomyślała. Najgorzej się tłumaczyć. Mógł być tylko jeden powód, dla którego taki mężczyzna szukał jej ojca – dług. Ile tym razem? Nawet myśleć o tym nie powinna, a tym bardziej pytać.

– Przykro mi, ale go nie ma. Proszę cofnąć nogę. – Właściwie po co powiedziała, że jej przykro?

Nieznajomy spojrzał na nią z ukosa.

– Kiedy można się spodziewać jego powrotu?

Noga nie ruszyła się z miejsca. Lucy wzięła głęboki oddech.

– Ja… ja nie wiem – wyjąkała i po raz pierwszy od bardzo dawna pożałowała, że ojciec nie stanie za chwilę w drzwiach. Ten mężczyzna miał czelność patrzeć na nią w taki sposób, jakby jej nie wierzył.

– Nie szkodzi. Poczekam.

Miałaby wpuścić wilka za próg? W jej głowie wszystkie dzwony zabiły na alarm.

– Nie. On jest…

Silne ręce chwyciły ją za ramiona i wystawiły na podest. Lucy ogarnęła panika. Tymczasem nieznajomy wszedł do mieszkania. Przez moment chciała go zostawić i popędzić na dół, do względnie bezpiecznej kuchni pani Beattie. Nie, pomyślała, nie ucieknę, przecież nie jestem tchórzem i ruszyła za aroganckim nieznajomym.

– Jak pan śmie! Nie obchodzi mnie, kim pan jest! Proszę natychmiast wyjść!

Mężczyzna spojrzeniem omiótł pokój, by znów popatrzeć na jej twarz.

– A jak zamierzasz mnie do tego zmusić? – zapytał, jakby naprawdę chciał to wiedzieć.

Nie miała pojęcia, jednak…

– To mój dom! – odparowała. – Mam wszelkie prawo się domagać, żeby go pan opuścił! – Dom? Zabrzmiało to nader żałośnie, ale to jeszcze nie znaczy, że będzie tolerować obecność tego typa.

– Dom? – zapytał wyraźnie rozbawiony. W kącikach jego oczu zarysowały się drobne zmarszczki. – Raczej nie ma w nim czego bronić, prawda? Chyba że Hensleigha? A może nazywa się Hammersley w tym tygodniu? Gdzie on jest?

Gdy Lucy usłyszała, że zna nazwisko, którym poprzednio się posługiwali, zimny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa.

– Mówiłam już, że nie wiem!

– Rzeczywiście tak mówiłaś – przyznał. – Nie zaprosisz mnie, żebym usiadł?

– Nie!

Mimo jej kategorycznej odmowy, wzruszając ramionami, spoczął na wysłużonym krześle przy zimnym pustym kominku. Nie palili w nim od tygodni. Pieniędzy ledwie wystarczało na jedzenie. Lucy odetchnęła głęboko, starając się uspokoić.

– Wybaczy pan, ale wrócę do swoich zajęć – powiedziała, siląc się na spokój.

Zanurzyła ściereczkę w otwartym pojemniku z pastą woskową, po czym zaczęła polerować stół. Niestety, nie zamierzał jej ignorować i nie spuszczał z niej wzroku, gdy z mozolną pedanterią po raz drugi polerowała blat stołu.

– Muszę powiedzieć, że zazdroszczę Hensleighowi – odezwał się po kilku chwilach.

Lucy żachnęła się, lecz z takim zapałem kontynuowała, że koślawy mebel zaczął stukać o podłogę.

– Szczęściarz z niego – ciągnął nieznajomy. – Mieć ładną dziewkę, która nie tylko sprząta dwa razy w ciągu jednego przedpołudnia, ale i grzeje mu łóżko. No, no!

Na moment znieruchomiała, nie wierząc własnym uszom. Po chwili górę wziął temperament, który dziadkowie przez lata próbowali ująć w karby. Stanęła przed nim, nie wypuszczając z dłoni ściereczki.

– Dziewkę? – Z trudem powstrzymała chęć, by cisnąć mu ją w twarz.

– Źle się wyraziłem – odparł ze spokojem. – Jesteś z pewnością o klasę wyżej od nich, mimo że masz okropny gust w kwestii mężczyzn. Stać cię na kogoś lepszego niż Hensleigh czy jak on się teraz nazywa.

– Naprawdę? – zapytała spokojnie, choć ledwie trzymała na wodzy złość. – Na przykład na pana, tak?

Uśmiechnął się drapieżnym wilczym uśmiechem.

– O ile tylko masz ochotę i jeśli powiesz mi, gdzie on jest.

– Mówi się, że mądre to dziecko, co zna własnego ojca.

James poczuł się tak, jakby ktoś uderzył go cegłą w głowę, gdy dotarł do niego sens jej słów. Nikt mu nie wspomniał, że kobieta przebywająca w mieszkaniu Hensleigha to jego córka. Był przekonany, że…

– Ale – ciągnęła dalej nieznośna dziewczyna – jeżeli jest pan gotowy uznać mnie za swoją nieślubną córkę, to będę bardzo szczęśliwa.

James zdołał w końcu zebrać myśli i odzyskać mowę.

– Jest pani córką, a nie… – Urwał.

– Owszem – potwierdziła lodowatym tonem.

– Oczekuje pani przeprosin, panno… Hensleigh? – Niech to diabli! Mężczyźni miewali córki, ale Hensleigh…

– Co takiego? Wyglądam na głupią? – zapytała.

James nie odpowiedział. Dziewczyna wyglądała na wściekłą, nie na głupią. Miała delikatne rysy, a jej piąstka ściskająca ściereczkę w taki sposób, jakby chciała mu ją wepchnąć do gardła, była kształtna, choć brudna. Miała też kulturalny głos, choć teraz pobrzmiewały w nim ostre tony. Nie była pięknością w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale zielone oczy lśniły, usta były pełne i czerwone, tyle że w tym momencie zaciśnięte ze złości, a rude włosy wymykały się spod czepka. Czy to nie śmieszne, że nie mógł się pogodzić z myślą, iż jest kochanką Hensleigha? Przecież w ogóle nie obchodzi go, czy to kochanka tego oszusta, czy nie.

Nagle wzrok Jamesa padł na wąskie drzwi na drugim końcu pokoju. Omal ich nie przeoczył, skupiony na dziewczynie. Bez słowa wstał, podszedł do nich, otworzył je i zajrzał do środka.

– Nie ma go tu!

W głosie dziewczyny nie było już cienia strachu, tylko furia. Z podziwem musiał to przyznać. Starannie pościelone łóżko, umywalka i niewielka skrzynia stanowiły całe umeblowanie. Zamknął drzwi i odwrócił się do dziewczyny.

– I co? Jest pan zadowolony? – zapytała. – A może chciałby pan jeszcze zajrzeć pod łóżko?

– Jedno łóżko? A gdzie pani śpi? – I kto tu jest głupi, pomyślał. A już gotów był jej uwierzyć.

W pobladłej twarzy zielone oczy zalśniły gniewnie.

– To nie pańska sprawa, ale…

Przemaszerowała przez pokój i zatrzymała się przed kotarą zasłaniającą ciemny kąt, w którym, jak sądził, najpewniej chowała nocnik. Gdy odsunęła ją jednym szarpnięciem, doznał szoku. Zobaczył na podłodze wąskie posłanie przykryte cienką kołdrą, na której leżała starannie złożona nocna koszula, a obok niej coś, co wyglądało jak futerał na skrzypce. Właśnie ten widok przekonał go bardziej niż cała reszta.

– Pani tu śpi? – zapytał. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby pozwolić córce spać na podłodze, na posłaniu godnym psiej przybłędy, a samemu zająć w miarę wygodne łóżko? – dodał w duchu.

– Jak pan widzi – odparła, zasuwając kotarę. – Nie obchodzi mnie, co pan o mnie pomyśli – ciągnęła. – Wątpię też, by pana zainteresowało, co ja sądzę o panu, ale wdarł się pan siłą do mojego domu, obraził mnie na wszelkie możliwe sposoby i dlatego wolałabym, żeby pan stąd poszedł. Przekażę ojcu, że pan tu był.

– Ale nie powie mi pani, gdzie on teraz się znajduje? – Dlaczego miałaby to uczynić? Przecież to jej ojciec, chociaż najwyraźniej o nią nie dba.

– Tego nie wiem.

James spojrzał z ukosa na dziewczynę, bo zastanowiło go brzmienie jej głosu. Czyżby pojawiła się w nim nuta strachu?

– Czy wyjawiłaby mi pani, gdyby wiedziała? – zapytał łagodnym tonem.

– Jest panu winny pieniądze?

Ona nie jest głupia, ale jemu też nie brakuje rozumu. Jeśli powie jej prawdę, ścigana zwierzyna może mu się wymknąć.

– Po co od razu spodziewać się najgorszego, panno Hensleigh – zauważył. – Może jest na odwrót?

– Pan jest mu winny pieniądze? – spytała z niedowierzaniem.

Na moment James się zawahał.

– Czy to takie dziwne? – Nie skłamał, ale nie powiedział wprost, że to on był winny Hensleighowi pieniądze. Mimo to zakłuło go sumienie.

Spojrzała na niego niepewnie.

– Rozumiem. Naprawdę nie mam pojęcia, gdzie on jest i kiedy wróci. Proszę podać mi swoje nazwisko; powtórzę mu, że pan tu był.

James nie wątpił, że Hensleigh na sam dźwięk jego nazwiska z miejsca da drapaka. Z drugiej strony, był już teraz niemal pewny, że dziewczyna rzeczywiście nie wie, gdzie przebywa jej ojciec.

– Remington – powiedział.

Kolejna półprawda. Jednak ani ona, ani jej ojciec nie uznali za stosowne podać mu prawdziwego nazwiska.

– Dobrze, panie Remington. Miłego dnia.

– Naprawdę nie orientuje się pani, dokąd poszedł? – James nie dawał za wygraną. – Wasza gospodyni wspomniała, że nie widziała go od kilku dni.

– Nie wiem – oblała się szkarłatnym rumieńcem – a przynajmniej nie dokładnie. Może być u… przyjaciółki. Odwiedza pewną kobietę, ale…

– Ale co?

– Myślałam, że wie pan wszystko o kochankach!

– Wiem, po co są kochanki! – odparł James.

Zbulwersowała go myśl, że ojciec nie uznał za stosowne ukryć tej wiedzy przed córką. A z kolei ona nie udawała, że nie ma najmniejszego pojęcia o tych sprawach. Cóż, w jej sytuacji graniczyłoby to z głupotą.

– Nie mam pojęcia, gdzie ona mieszka i jak się nazywa. – Głos dziewczyny ociekał pogardą. – Skoro pan wiedział, że ojca tu nie zastanie, to po co fatygował się na górę?

Bystra sztuka; musiał jej to przyznać.

– Ponieważ gospodyni mogła się pomylić, a pani znać jego miejsce pobytu. Zajrzę znowu, panno Hensleigh – zapowiedział James.

Nie było sensu tkwić tu dłużej; niczego więcej się nie dowie.

Wyszedł na podwórze. Nędznie ubrany człowiek chrapał w bramie obok pustej butelki, a kilku małych obdartusów grało w coś, używając kamyków. Jeden z nich spojrzał na niego z nadzieją.

– Ma jaśnie pan miedziaka?

Świadom tego, że być może popełnia kardynalny błąd, jako że ludzi napadano nawet dla mniejszych sum, James wyjął z kieszeni sześciopensówkę i podniósł ją do góry.

– Najpierw informacje.

Reszta chłopców stłoczyła się wokół niego na widok tak niesłychanego bogactwa.

– Czy ktoś ostatnio widział Hensleigha? – zapytał. Wsunął drugą rękę do kieszeni i palcami ścisnął portfel.

Chłopcy wymienili spojrzenia. Odezwał się jeden z nich, pewnie ich przywódca, sądząc po tym, że wysunął się do przodu.

– Chodzi o kapitana?

– Tak.

– Od trzech czy czterech dni nikt go nie widział. Lu także.

– Jaka Lu?

Chłopak spojrzał w górę.

– Był pan z nią wystarczająco długo. To jego córka Lucy.

– Racja – przyznał James.

– Fitch może wiedzieć, gdzie jest kapitan – odezwał się jeden z mniejszych chłopców. – On przyjaźni się z Lu. Nawet czasem daje jej pieniądze.

– Zamknij się! – Najstarszy chłopak szturchnął go w głowę.

– Co za Fitch?

Chłopiec zerknął na twarz prowodyra i nie odpowiedział.

– Taki tam gość. – Przywódca grupki wzruszył ramionami.

James uznał, że to nie jego sprawa, czy panna Hensleigh przyjaźni się z kimkolwiek, nawet z typem, który czasem daje jej pieniądze. To się zdarza. A jednak dłoń, którą trzymał w kieszeni, zacisnęła się w pięść.

Z góry spłynął na nich dźwięk strojonych skrzypiec. James słuchał, jak poszczególne struny kolejno łączą się w harmonijną całość. Chwila ciszy, a potem nagle instrument rozbrzmiał śpiewną taneczną melodią, rozjaśniając szare podwórze, mimo że słońce skryło się poza jego ponure mury. Odrywając uwagę od muzyki, James rzucił sześciopensówkę przywódcy grupy, po czym wyjął z kieszeni kolejną i dał ją chłopcu, który wspomniał o Fitchu.

– Gdyby ktoś wiedział, gdzie jest kapitan, będę zainteresowany.

– Zabrał torbę – odezwał się inny chłopiec. – Zauważyłem go na Fleet Street, przy stacji dyliżansów.

– A spostrzegłeś, czy wsiadał do któregoś z nich?

Z przystanku na Fleet Street odjeżdżała część dyliżansów do Bath. A to bardzo prawdopodobny kierunek dla szulera chcącego powetować sobie straty.

Chłopiec zawahał się, po czym wzruszył ramionami.

– Nie, tylko go widziałem. Nie myślałem, że to kogoś zainteresuje.

James rzucił mu kolejną sześciopensówkę.

– Masz rację. Jesteś na tyle bystry, żeby nie mówić mi tego, co twoim zdaniem chciałbym usłyszeć. Dziękuję ci.

Chłopiec ze zdumiewającą zręcznością złapał w locie monetę.

– Jak pan chce, szefie, mogę tam skoczyć i popytać.

– Nie trzeba – odparł po namyśle James. – Mówi wam coś nazwisko Kilby?

Chłopcy ucichli, zerkając ukradkiem na prowodyra, który wzruszył ramionami.

– Nigdy o nim nie słyszeliśmy.

James pokiwał głową.

– Dziękuję wam, chłopcy.

Przekonany, że go okłamali, opuścił podwórze i skierował się na zachód, w stronę Fleet Street oraz stacji dyliżansów. Melodyjne tony skrzypiec Lucy Hensleigh dźwięczały mu w uszach jeszcze długo po tym, jak rozpłynęły się w oddali, zagłuszone przez turkot kół i tętent kopyt.

Lucy grała, dopóki światło nie ześlizgnęło się z okna, pozostawiając ją w cieniu. Muzyka otulała ją niby czarowny obłok, pozwalała się poczuć bezpiecznie i udawać, że przerażająca rzeczywistość jej nie dotyczy. Grała z pamięci, gdyż kilka miesięcy wcześniej ojciec sprzedał nuty oraz trzy ostatnie książki. Skrzypce uchowały się tylko dlatego, że zabrała je ze sobą, wychodząc, więc nie znalazł ich, gdy wpadł do mieszkania, szukając czegoś do zbycia.

Poczekała, aż czarowna aura rozpłynie się powoli, wiedząc, że nawet muzyka nie jest w stanie na zawsze zapanować nad światem, a potem drżąc z zimna, schowała instrument do futerału i zamknęła okno. Ćwiczyła już wystarczająco długo i zaraz zjawi się Fitch. Z głodu zaburczało jej w brzuchu.

Szkoda, że ojca nie było w domu, kiedy przyszedł pan Remington. Przyszło jej na myśl, że może wcale nie opuścił miasta. Nie wyjeżdżałby przecież z takim pośpiechem, gdyby ktoś był mu winny pieniądze. A może on był komuś dłużny jeszcze więcej?

Tytuł oryginału: In Debt to the Earl

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2016

Redaktor serii: Dominik Osuch

Opracowanie redakcyjne: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Lilianna Mieszczańska

© 2016 by Elizabeth Rolls

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3207-4

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.