Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Śmierć i życie wielkich miast Ameryki

Śmierć i życie wielkich miast Ameryki

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-943750-1-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Śmierć i życie wielkich miast Ameryki

Książka, która zrewolucjonizowała myślenie o nowoczesnym mieście – nareszcie po polsku.

Jane Jacobs była dziennikarką, pasjonatką architektury i miejskiego życia, a jednocześnie oburzoną obywatelką Nowego Jorku, która na własnej skórze czuła skutki arogancji i megalomanii władz miasta, urbanistów i deweloperów. Wskutek ich decyzji jej ukochana dzielnica Greenwich Village miała zostać przecięta autostradą Lower Manhattan Expressway, setki budynków wyburzone, a ich mieszkańcy przesiedleni. Jane pomogła zablokować szkodliwą inwestycję, a jej wysiłki na rzecz powstrzymania budowy tras przelotowych przez Manhattan i zachowania lokalnego charakteru dzielnic dały impuls do rozwoju miejskiego aktywizmu.

Z gniewu i zaangażowania Jane Jacobs zrodziła się gniewna i zaangażowana książka – „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki”. Opublikowana w 1961 roku okazała się jednym z najważniejszych dzieł o architekturze i mieście, które opublikowano w XX wieku. Ukazało się już po francusku, niemiecku, hiszpańsku, czesku, hebrajsku, turecku i w innych językach. Dziś zapraszamy do lektury pierwszego polskiego wydania klasycznej książki.

Polecane książki

Ochrona przed hałasem, w myśl zapisów Prawa ochrony środowiska, polega na zapewnieniu jak najlepszego stanu akustycznego środowiska. Ma on być osiągnięty między innymi poprzez  utrzymanie poziomu hałasu poniżej dopuszczalnego lub co najmniej na tym poziomie oraz przez zmniejszanie poziomu hałasu co ...
Książkę Bóg to kobieta. Jak zepsuć udaną randkę, trudno nazwać autobiografią, mimo iż wszystkie przytoczone w niej historie są „z życia wzięte” i to z życia Iana Coburna właśnie. Trudno nazwać ją też zbiorem opowiadań erotycznych, mimo iż wszystkie rozdziały poświęcone są relacjom damsko męskim i op...
Kobieta, która ukoi swój ból tylko poprzez zemstę, a spokoju u szczęścia zazna dopiero w niebie. W Iraku zamaskowani żołnierze brutalnie mordują męża i syna angielskiej pielęgniarki. Nie zdołała im pomóc, ale ratuje życie Amerykaninowi, wierząc, że jest on jej szansą na pomszczenie śmierci najbliższ...
Publikacja przestawia przyczyny, przebieg i skutki bitwy pod Kliszowem, w której wojska saskie Augusta II wspomagane przez armię polską zmierzyły się z wojskiem szwedzkim pod dowództwem Karola XII. W pracy omówiono stan i liczebność wszystkich trzech armii, nastroje przed bitwą, teren, na którym ...
Wyczekiwana kontynuacja bestsellera "Chłopak taki jak ty"! Joss kilkakrotnie uniknęła śmierci. Za każdym razem ratował ją jeden chłopak. Chłopak, który ponownie zniknął. Jako dziecko znała go pod imieniem Christopher. Potem pojawił się w jej życiu jako Wess. Opuścił je nieoczekiwanie po tym, gdy pon...
Chociaż zmienione zasady fakturowania obowiązują już od dawna, wciąż pojawia się wiele problemów, jak je stosować w praktyce. Aby ułatwić Państwu rozliczenia, przygotowaliśmy zbiór pytań i odpowiedzi dotyczących faktur VAT....

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jane Jacobs

Wstęp

Jason Epstein

O Jane Jacobs po raz pierwszy dowiedziałem się w 1956 roku, kiedy znajomy polecił mi jej artykuł w „Fortune”, zatytułowany „Śródmieście jest dla ludzi” [1]. Skrytykowała w nim ideologię miasta promiennego Le Corbusiera, pod której urokiem pozostawali po wojnie planiści, a także główny budowniczy Nowego Jorku Robert Moses[2]. Od razu przemówiło do mnie rozumowanie Jane. Przekonywała, że miasta to złożone organizmy, obdarzone własną logiką, którym grozi spustoszenie przez aroganckie pomysły modernistycznych urbanistów: wijące się węzły komunikacyjne, aseptyczne wieżowce czy wielkie, wyludnione perspektywy. Mieszkałem w Greenwich Village niedaleko Jane i tak samo jak ona byłem szczerze przywiązany do tej ekscentrycznej części Nowego Jorku, do ulic i zaułków obudowanych dziewiętnastowiecznymi kamienicami, do wyjątkowej mieszanki handlu, domów mieszkalnych i przemysłu, do kulturalnego fermentu. Greenwich Village była istotą tego żywiołowego miasta. Nowy Jork zawdzięczał ekonomiczną różnorodność przemysłowi lekkiemu, tekstylnemu, obuwniczemu, spożywczemu, branży wydawniczej, metalurgii, elektronice, drukarstwu i innym gałęziom, które czyniły go wówczas (wraz z przyległościami) największym ośrodkiem produkcji w kraju. W przeciwieństwie do Detroit czy Pittsburgha nie dominowała tu żadna branża. Nowy Jork dawał nieskończone możliwości rozwoju i działania, rozkwitu dynamicznego życia lokalnego i obywatelskiego zaangażowania.

Były też problemy: segregacja rasowa, slumsy, przestępczość, dyskryminacja ze względu na adres [redlining – przyp. red.], skostniały system szkolnictwa, korupcja na wielką i małą skalę. Jednak wydawało się, że miasto i jego oświeceni obywatele mają siłę, by pokonać te przeszkody. Przeprowadzone przez Mosesa wyburzenia slumsów i zastępowanie ich blokami nie tylko nie rozwiązały tych problemów, lecz doprowadziły do ich gwałtownej eskalacji, co Jane Jacobs zdemaskowała w artykule „Śródmieście jest dla ludzi” oraz, bardziej wyczerpująco, w swoim najważniejszym dziele – „Śmierci i życiu wielkich miast Ameryki”.

Pracowałem wtedy dla wydawnictwa Doubleday i zaproponowałem Jane napisanie książki na podstawie artykułu z „Fortune”, który przedrukowałem też w antologii „The Exploding Metropolis”[3]. Dwa lata później przeszedłem do Random House, zabierając autorkę ze sobą. W styczniu 1961 roku dostarczyła maszynopis „Śmierci i życia”, który przeczytałem bez przerw czy nanoszenia poprawek. Nie trzeba było wiele redagować. Opublikowałem jeszcze kilkanaście jej kolejnych książek, oprócz ostatniej. Wiele z nich wystukała na starym remingtonie, do którego na pewno musiała zrobić zapas taśmy, zanim wyszły z użycia maszyny do pisania.

Redaktorzy rzadko nawiązują głębokie przyjaźnie ze swoimi autorami, z tych samych powodów, z których zachowują dystans psychiatrzy i pacjenci. Ta relacja wymaga bezstronności, która z trudem idzie w parze z bliskością. Być może dlatego, że teksty Jane nie wymagały wiele redagowania i zazwyczaj docierały na czas, okazaliśmy się wyjątkiem od tej reguły. Byliśmy bratnimi duszami. Nie miała agenta, negocjowaliśmy więc kolejne książki bezpośrednio i nawiązaliśmy dozgonną intelektualną oraz zawodową przyjaźń, która przetrwała nawet jej przeprowadzkę do Toronto w czasie wojny w Wietnamie. Razem odkrywaliśmy wschodnią Kanadę, od wielkich parków prowincjonalnych po górnicze miasta położone wzdłuż granicy wiecznej zmarzliny, za granicą występowania drzew i jeszcze dalej na północ. Wybraliśmy się też do Moose Factory na południowym krańcu Zatoki Jamesa, niegdyś kwitnącego ośrodka handlowego Kompanii Zatoki Hudsona, gdzie pośród rozpadających się domostw plemienia Kri z zaskoczeniem odkryliśmy dwie restauracje serwujące mets canadiens et chinois [dania kanadyjskie i chińskie – przyp. red.]. Była to pamiątka po obecności chińskich robotników, którzy w latach 20. XX wieku zbudowali kończącą się tam linię kolejową. Jane widziała w tym dowód na to, że jedno działanie prowadzi do kolejnego.

Rzadko rozmawialiśmy o prywatnych sprawach. Wiedziałem, że ojciec Jane był lekarzem domowym, a matka pielęgniarką i że miała bliską relację ze swoim bratem Johnem, sędzią federalnym; że urodziła się i dorastała w Scranton w Pensylwanii i że przyjechała do Nowego Jorku w 1943 roku z apetytem na karierę dziennikarki. Nie zdziwiło mnie, kiedy później dowiedziałem się od jej biograf i, że w liceum była krnąbrną, dowcipną uczennicą, wyczuloną na obłudę i sprawiającą problemy swoim mało porywającym nauczycielom. Już wtedy była przekorna. Za szczerość odpłacano jej kiepskimi stopniami, dlatego postanowiła darować sobie college. Zdecydowała się na policealne kursy na Columbii, gdzie mogła wybierać dowolne zajęcia i pracować nad książką „Constitutional Chaf ” [„Konstytucyjna sieczka” – przyp. red.], wydaną przez Columbia University Press, w której analizowała odrzucone propozycje do konstytucji Stanów Zjednoczonych[4]. Debiut dwudziestopięcioletniej badaczki, samouka bez dyplomu, robi wrażenie, ale Jane, jako swoja najsurowsza krytyczka, odmówiła mi pokazania egzemplarza i postanowiła nie wracać do swojej młodzieńczej próby.

Tak jak inne pozycje w dorobku Jane, „Śmierć i życie” opowiada o tym, jak ludzie instynktownie tworzą żywotne wspólnoty i jak te wspólnoty i ich ekonomia są później wypaczane czy unicestwiane przez ambitne, władcze jednostki – czasem w dobrej wierze, a czasem ze złośliwości czy głupoty. „Śmierć i życie”, podobnie jak kolejne książki autorki, traktuje więc o dynamice cywilizacji, o metodach tworzenia, rozwoju i utrzymania prężnej gospodarki i społeczności, a także siłach, które je pustoszą i doprowadzają do upadku. Uważam, że właśnie dzięki temu, a nie dzięki krytyce urbanistyki, jej dorobek wciąż cieszy się zainteresowaniem. Jane była zwolenniczką stopniowego kształtowania nawyków, umiejętności, norm społecznych i oryginalnych rozwiązań praktycznych problemów. Fascynowały ją sposób, w jaki żywotne społeczności budują nowe osiągnięcia na bazie poprzednich, oraz to, że padają one często ofiarą własnego sukcesu. Na przykład w Detroit kupcy z rejonu Wielkich Jezior nauczyli się budować łodzie, potem lakierować je i wzmacniać mosiądzem, a w końcu opanowali technologię silnika parowego i umiejętności metalurgiczne, co doprowadziło do powstania silnika dla samochodów. W XX wieku ten zestaw umiejętności w logiczny sposób uczynił Detroit centrum przemysłu motoryzacyjnego. Ale jego dominacja wytworzyła przemysłową monokulturę, która w końcu doprowadziła miasto do upadku, a w całym kraju wytworzyła irracjonalny i zgubny dla środowiska system komunikacyjny.

Posługując się dość wytartym określeniem, można uznać Jane za konserwatystkę, a nawet radykalną konserwatystkę, nieufną wobec abstrakcyjnych koncepcji, podejrzliwą wobec wielkich idei oraz koncentracji politycznej i ekonomicznej władzy. Była „geniuszem zdrowego rozsądku”[5], maksymalnie oderwanym od ideologii. Pod koniec życia zafascynowały ją w miastach skomplikowane sploty dróg dojazdowych. Uznawała je za dowód na to, że biurokratyczna głupota może dawać przewrotne, a niekiedy zabójcze rezultaty, prowadzić do sytuacji, w której człowiek sam tworzy sobie przeszkody uniemożliwiające bezpieczne dojechanie tam, gdzie chce i kiedy chce. Sama poruszała się na rowerze. Dostrzegała analogię między tymi nieczytelnymi splotami a radzieckim systemem pięciolatek. Wolała jednak demaskować takie wypaczenia we własnym kraju, niż wyżywać się w antyradzieckich tyradach. Nigdy nie zapytałem jej, czy ceniła Edmunda Burke’a, lecz jestem pewien, że on by ją cenił, gdyby żył[6]. Jak można się było spodziewać, jej książka była chwalona przez libertariańską prawicę i odrzucana przez społecznych inżynierów na lewicy. Ale Jane nie interesowała żadna z tych frakcji.

Jane postrzegała siebie przede wszystkim jako pisarkę i to przy swoim remingtonie była najszczęśliwsza i najbardziej twórcza. Jednak okoliczności uczyniły z niej aktywistkę. I choć błyszczała w tej roli, przeszkadzała jej ona w pisaniu. Za przeciwnika miała Roberta Mosesa, który dzięki zadowolonym z siebie politykom połączył różne publiczne stanowiska i zyskał niemalże dyktatorską władzę nad rozwojem Nowego Jorku i okolic. Pozostając na wyżynach władzy od lat 30. do 60., zgromadził środki finansowe i narzędzia kontroli pozwalające mu kształtować przestrzeń według własnej wizji, w której samochód i związana z nim infrastruktura były nieodzownymi motorami nowoczesności. Pod budowę dróg szybkiego ruchu Moses równał z ziemią stare dzielnice, a slumsy zastępował wysokościowcami, które niemal z dnia na dzień przeobrażały się w pozbawione korzeni pionowe slumsy. Budował mosty i arterie, które ukształtowały północne i wschodnie przedmieścia miasta. Tworzył plątaniny dróg zamieniających w koszmar dojazd i wyjazd z miasta w godzinach szczytu. Pasażerowie, choć zatruci wdychanym dwutlenkiem węgla, przywykli do tych rozwiązań, jak gdyby ta urbanistyczna katastrofa była naturalnym zjawiskiem, a nie efektem ludzkiego błędu. Bronią Mosesa były naga polityczna władza, wielkie zasoby finansowe oraz zużyta ideologia miasta promiennego. Aż do lat 50. wydawało się, że jego zdolność do szkodzenia Nowemu Jorkowi jest nie do powstrzymania.

Popełnił jednak decydujący błąd, gdy zaproponował przedłużenie Piątej Alei przez Washington Square Park w centrum Greenwich Village, narażając się tym samym Jane. Arteria miała sięgać aż po Broome Street w obecnym SoHo, gdzie dochodziłaby do projektowanej wielopasmowej estakady średnicowej trasy szybkiego ruchu, łączącej, za pomocą Holland Tunnel, New Jersey z Manhatanem i dalej, przez Williambsurg Bridge, z Brooklynem. Ponieważ proponowana Broome Street Expressway [właściwie Lower Manhatan Expressway – przyp. red.] kwalifikowała się jako autostrada międzystanowa [interstate highway – przyp. red.], przysługiwało jej 90-procentowe dofinansowanie federalne[7]. Canal Street po dziś dzień wystarczająco sprawnie łączy Manhatan Bridge z Holland Tunnel, ale Moses był pewien, że gdy błyśnie federalnymi pieniędzmi, wesprą go politycy, deweloperzy, związki zawodowe budowlańców oraz ich liczni poplecznicy, którzy już wcześniej wspierali go w pustoszeniu miasta. Wysiedleni mieszkańcy zubożałych okolic zwykle byli przekonani o swojej bezsilności, ale nie mieszkańcy Greenwich Village.

Szeroki na dwie, długi na trzy przecznice Washington Square Park to miejskie arcydzieło. Ma bogatą historię i swoje miejsce w kulturze – od Henry’ego Jamesa po Boba Dylana. To miejsce, w którym dzieci i psy mogą się bezpiecznie bawić, a mieszkańcy miasta złapać oddech. Ktoś napisał, że można tam „cieszyć się trawą i drzewami w mieście, które poza tym wydaje się wybetonowane i szare”. Przedłużenie Piątej Alei zniszczyłoby drogocenny park i spustoszyło kwitnące ulice Greenwich Village na południe od Washington Square przez zrównanie z ziemią dwumilowego pasa aż do Broome Street i projektowanej drogi szybkiego ruchu. Wściekli mieszkańcy Village rozdawali ulotki i plakaty, organizowali spotkania i odwoływali się do ratusza, a Moses dalej robił swoje. Jane napisała do burmistrza, że wraz z mężem odnowili swój stary dom na Hudson Street, który, jak zaznaczyła, był wcześniej ruderą, i pytała, dlaczego miasto zamierzało niszczyć park, do którego chodziła z dziećmi. „To bardzo zniechęcające”, pisała, „robić wszystko, co w naszej mocy, aby uczynić miasto lepszym miejscem do życia, a później dowiedzieć się, że samo miasto wymyśla sposoby, żeby uczynić je niemożliwym do życia”. Burmistrz nigdy nie odpisał, a Jane dołączyła do protestujących, którzy zabiegali o wsparcie u lokalnych polityków. Ci włączyli się do walki, ponieważ ich kariery były w rękach wyborców z Village, a nie polityków z ratusza czy wielkich graczy we władzach stanowych, z których wsparcia korzystał Moses. Tak samo zrobiły dwie gazety z Village, aż walka o park stała się sprawą całego miasta. Moses skapitulował, po raz pierwszy mierząc się z wyrazistą świadomą politycznie społecznością, ale nie zrezygnował z głównej i nieujawnionej części swojego planu: użycia federalnych pieniędzy do sfinansowania Broome Street Expressway. Zemścił się, uznając rejon West Village, w którym mieszkała Jane ze swoją rodziną, te ulice pełne „radosnego gwaru”, które przedstawiła w „Śmierci i życiu” jako esencję miejskości, za slums przeznaczony do rozbiórki. Dom Jacobsów przy 555 Hudson Street znalazł się na celowniku. Tym razem Jane opracowała nietypową strategię partyzancką, a mieszkańcy po raz kolejny udaremnili plan Mosesa, nieprzygotowanego na starcie z przeciwnikami, których nie dało się zastraszyć. Jane wróciła do swojego remingtona nieświadoma wielkiej batalii, która jeszcze ją czekała.

Dzięki pomocy Jane zagrożona społeczność odniosła zwycięstwo w walce z potworną Broome Street Expressway. Walka trwała dziewięć lat i doprowadziła do wysłania Mosesa na emeryturę oraz nabrania przez Jane przekonania, że jeśli chce być pisarką, powinna spakować maszynę do pisania i opuścić Nowy Jork. Osiadła w Toronto, w którym jej mąż, uznany projektant szpitali, dostał pracę w biurze architektonicznym. Wkrótce dołączyli do nich dwaj synowie uciekający przed poborem na wojnę w Wietnamie – szczytem absurdu politycznego establishmentu, tak samo oderwanego od rzeczywistości jak Moses. Jane przyznała później, że „nie nadawała się na obywatelkę imperium”.

Broome Street Expressway przecięłaby Manhatan na pół nieco poniżej pasa, a jej estakady spustoszyłyby teren o powierzchni dziewięciu kwartałów między Houston Street i Canal Street, od rzeki do rzeki. Rozmiary tego szaleństwa zapierały dech w piersiach. Jako że Jane była już znana ze swoich wcześniejszych starć z Mosesem, poprosili ją o pomoc sąsiedzi z Broome Street. Jane poświęcała się tej ostatniej wielkiej batalii przez sześć lat, aż do momentu, kiedy zwycięstwo było pewne i pozostało tylko sprzątanie po walce. Przeczuwała, że jeśli Moses przegra kolejny raz, ratusz się go pozbędzie.

Okolica pełna starych domów o wdzięcznych, żeliwnych fasadach spontanicznie wróciła do życia. Artyści nielegalnie zajęli przestronne hale, opuszczone przez przemysłowych najemców przekonanych, że realizacja drogi ekspresowej i tak zmusi ich do eksmisji. Za artystami szybko przyszły galerie, a za galeriami restauracje i modne sklepy. Dzisiaj ta okolica, znana jako SoHo, jest prawdopodobnie najbardziej dynamiczną spośród wielu dynamicznych dzielnic Nowego Jorku. I chociaż artystów wypłoszyły z loftów wysokie czynsze, kulturalne echo wciąż pobrzmiewa w SoHo, czyniąc je nowojorskim odpowiednikiem rive gauche.

Mieszkam teraz w ładnym budynku dawnego komisariatu policji w stylu Beaux-Arts, na rogu Broome Street i Centre Street. Choć kiedyś Moses przeznaczył go do rozbiórki, dziś jest zabytkiem. Wieść gminna niesie, że to tu zabrano Jane, kiedy przerwała sesję stanowego zarządu transportu (New York State Transport Authority), zwołaną bez właściwego zawiadomienia, aby przegłosować kluczową część projektu drogi szybkiego ruchu. W rzeczywistości Jane zabrano do pobliskiego siódmego komisariatu, ale efekt był taki sam: aresztowanie obiegło nagłówki gazet. Od tej pory dyskusja nie dotyczyła już drogi, lecz walki między powszechnie cenioną autorką „Śmierci i życia wielkich miast Ameryki” a despotycznym Robertem Mosesem, ukazywanym jako niszczyciel miast. Tej batalii Moses i politycy nie mogli wygrać.

Dzięki przeciekowi od sprzyjającego insidera Jane udało się na czas zmobilizować okolicznych mieszkańców i wypełnić salę. Gdy nadszedł moment na przyjęcie wniosku o wszczęcie obrad, Jane wstała i wraz z obstawą złożoną z sąsiadów wdrapała się na przygotowany podest. Powołała się na gwarantowane pierwszą poprawką do konstytucji prawo do zgromadzeń, w czasie gdy sąsiedzi realizowali swoje prawo do swobody wypowiedzi. Wyrywali i niszczyli taśmę z maszyn do pisania, licząc na to, że jeśli stenotypistki nie zaprotokołują spotkania, zostanie ono uznane za niebyłe. Jane została wyprowadzona z resztkami taśmy w ręce przez funkcjonariuszy przepraszających, że musieli to zrobić, pośród okrzyków wsparcia jej zwolenników. Dwa dni później postawiono jej trzy zarzuty, które w końcu zamieniono na lżejsze i załatwiono grzywną. Absurd budowania drogi szybkiego ruchu był już wtedy oczywisty, a polityczna stawka przewyższała to, co byli skłonni zapłacić burmistrz i jego stronnicy. Dzisiaj to zwycięstwo upamiętnia rachityczne drzewo zasadzone na Broome Street przed kościołem, w którym mieściła się siedziba protestujących.

Jane liczyła na to, że okolicę uda się zachować dla jej mieszkańców z klasy robotniczej. Niektórym z nich wciąż udaje się utrzymać w mieszkaniach z regulowanym czynszem, ale na lofty w ładnych, starych żeliwnych budynkach, kiedyś nielegalnie zajmowane przez artystów, mogą sobie dziś pozwolić jedynie naprawdę zamożne osoby. Niezwykle kosztowna gentryfikacja, której uległo nie tylko SoHo, ale również West Village, sprawiła, że niektórzy krytycy podważają skuteczność uporu Jane w ratowaniu starych dzielnic przed miejską odnową. Ale takie zarzuty są tendencyjne. Bez interwencji Jane krzywe uliczki i ludzka skala West Village, jej bogate życie uliczne i zróżnicowana ekonomia, zostałyby zastąpione przez jednostajne kondominia, które zniszczyły większość obrzeżnych dzielnic. Dzisiejsze SoHo byłoby ugorem w cieniu ruchliwej estakady.

Gdy wspominam Jane i zastanawiam się, czego się od niej nauczyłem, widzę jej entuzjazm, śmiech, który zdawał się ogarniać całe jej ciało, jej niezaspokojoną ciekawość, dobroć, klarowność spojrzenia. Widzę tę niepokorną uczennicę, która przy niepojętnych nauczycielach rozwinęła w sobie wewnętrzny przymus i radość samodzielnego myślenia. To, że jej wielka książka przetrwała półwiecze, nie dziwi mnie – wydaje mi się nieuniknione.

Robert Moses, otrzymawszy od wydawcy egzemplarz „Śmierci i życia”, odpisał:

Drogi Bennetcie [Cerf], zwracam książkę, którą mi przysłałeś. Pomijając fakt, że jest napisana bez namysłu, jest również paszkwilem… Spróbuj sprzedać ten szmelc komuś innemu.

Z poważaniem, Robert Moses.

Napisano we wrześniu 2011 roku

[1] Polski przekład: Śródmieście jest dla ludzi, przeł. Wojciech Kacperski, w: Chwała miasta (red. Bogna Świątkowska), Warszawa 2012, s. 15 –130 [przyp. red.].

[2] Robert Moses (1888–1981) – urbanista i urzędnik miejski, który był głównym nadzorcą modernistycznej przebudowy Nowego Jorku. W latach 1934–1968 pełnił wiele funkcji w tamtejszym ratuszu – począwszy od kierowania Wydziałem Zieleni i Rekreacji, a skończywszy na Slum Clearence Commit ee, komisji odpowiedzialnej za wybór zdegradowanej zabudowy do wyburzenia. U szczytu kariery, pod koniec lat 40., zajmował aż dwanaście stanowisk jednocześnie. Do legendy przeszedł jako główny przeciwnik Jane Jacobs i wielki niszczyciel, który wyburzył znaczną część miasta, aby zrealizować swoje, jak się szybko okazało, nietrafione wizje modernizacji. Obecnie jednak wielu badaczy stara się przypomnieć o pozytywnych stronach spuścizny Mosesa, takich jak niezliczone parki i tereny rekreacyjne, które wybudował w latach 30. Do najbardziej znanych projektów, za które był odpowiedzialny, należą plaża Jones Beach, mosty Triborough i Verrazano-Narrows, Lincoln Center, autostrada Cross Bronx Expressway i osiedle Stuyvesant Town. Moses był faktycznie pod wielkim wpływem idei Le Corbusiera i zabiegał o zaangażowanie „papieża modernizmu” do projektu gmachu ONZ – najważniejszej politycznie inwestycji w powojennym Nowym Jorku [przyp. red.].

[3] Tom The Exploding Metropolis (1958) zawierał teksty redaktorów i współpracowników magazynu ekonomicznego „Fortune”: Williama H. Whyte’a (redaktor antologii), Jane Jacobs, Francisa Bello, Seymoura Freedgooda i Daniela Seligmana. Autorzy w przystępny i polemiczny sposób poruszyli tematy m.in. degeneracji slumsów, suburbanizacji, ruchu samochodowego czy samorządności [przyp. red.].

[4] Jane Butzner, Constitutional Chaf : Rejected Suggestions of the Constitutional Convention of 1787 with Explanatory Argument, Nowy Jork 1941 [przyp. red.].

[5] Glenna Land, Marjory Wunsch, Genius of Common Sense: Jane Jacobs and the Storyof The Death and Life of a Great American Cities, Boston 2008.

[6] Edmund Burke (1729–1797) – irlandzki filozof i polityk, brytyjski parlamentarzysta, ojciec nowoczesnego konserwatyzmu, krytyk rewolucji francuskiej i sympatyk amerykańskiej walki o niepodległość [przyp. red.].

[7] Na mocy ustawy o autostradach (Eisenhower Highway Act) z 1956 roku [przyp. red.].

Nowemu Jorkowi,

gdzie przyjechałam szukać szczęścia

i znalazłam je w osobie

Boba, Jimmy’ego, Neda i Mary.

Im również dedykuję tę książkę

Podziękowania

Tyle osób świadomie bądź nieświadomie pomogło mi w pisaniu tej książki, że nigdy nie zdołam wyrazić należnej im wdzięczności. W szczególności podziękowania za informacje, wsparcie czy krytykę niech zechcą przyjąć: Saul Alinsky, Norris C. Andrews, Edmund Bacon, June Blythe, John Decker Butzner Jr., Henry Churchill, Grady Clay, William C. Crow, Vernon De Mars, prałat John J. Egan, Charles Farnsley, Carl Feiss, Robert B. Filley, pani Rosario Folino, Chadbourne Gilpatric, Victor Gruen, Frank Havey, Goldie Hoffman, Frank Hotchkiss, Leticia Kent, William H. Kirk, państwo Kostritsky, Jay Landesman, wielebny Wilbur C. Leach, Glennie M. Lenear, Melvin F. Levine, Edward Logue, Ellen Lurie, Elizabeth Manson, Roger Montgomery, Richard Nelson, Joseph Passonneau, Ellen Perry, Rose Porter, Ansel Robison, James W. Rouse, Samuel A. Spiegel, Stanley B. Tankel, Jack Volkman, Robert C. Weinberg, Erik Wensberg, Henry Whitney, William H. Whyte Jr., William Wilcox, Mildred Zucker, Beda Zwicker. Żadna z tych osób, rzecz jasna, nie bierze odpowiedzialności za to, co napisałam. Co więcej, niektóre z nich dogłębnie się ze mną nie zgadzają, a mimo to szczodrze mi pomogły.

Jestem również wdzięczna Fundacji Rockefellera za wsparcie finansowe, które umożliwiło mi badania i pisanie, New School of Social Research za gościnę, a Douglasowi Haskellowi, redaktorowi naczelnemu „Architectural Forum”, za zachętę i wyrozumiałość. Przede wszystkim jestem jednak wdzięczna mojemu mężowi Robertowi H. Jacobsowi juniorowi – sama już dziś nie wiem, które z idei zawarte w tej książce należy przypisać mnie, a które jemu.

Ilustracje

Sceny ilustrujące niniejszą książkę są na wyciągnięcie ręki. Jeśli potrzebujecie ilustracji, przyjrzyjcie się dokładnie prawdziwym miastom. Nie poprzestawajcie na patrzeniu. Zatrzymajcie się na dłużej, słuchajcie i rozmyślajcie o tym, co widzicie.

Do niedawna moim głównym argumentem za cywilizacją, oprócz uznania jej istnienia po prostu za naturalny porządek rzeczy, było to, że dzięki niej działać mogą artyści, poeci, flozofowie i ludzie nauki. Najważniejsze jest jednak coś innego. Obecnie myślę, że tego, co w cywilizacji najlepsze, doświadcza każdy z nas. Gdy ktoś mi mówi, że zamiast naprawdę cieszyć się życiem, jesteśmy zbyt zajęci zdobywaniem środków do życia, odpowiadam, że największą wartością cywilizacji jest zdobywanie ich na coraz doskonalsze sposoby oraz wspólne (w miejsce prostych działań w pojedynkę) obmyślanie rzeczy wielkich w celu zapewnienia ludziom pożywienia, ubrania, dachu nad głową i możliwości przemieszczania się. Ogromny, złożony intelektualny wysiłek czyni życie pełniejszym i bogatszym. Życia jest więcej. To ono stanowi cel sam w sobie, a czy jest wartościowe, zależy tylko od tego, czy mamy go pod dostatkiem.

Dodam jeszcze słowo. Wszyscy jesteśmy na skraju rozpaczy. Tratwa, którą przemierzamy wezbrane fale, zbudowana jest z nadziei, wiary w niewypowiedziany sens i niepodważalność naszych starań oraz ukrytych głęboko w podświadomości treści zrodzonych z naszego sprawstwa.

Oliver Wendell Holmes, Jr.

1
Wprowadzenie

Ta książka to atak na obowiązujące metody planowania i przebudowywania miast. Stanowi ona także, a może przede wszystkim, próbę wprowadzenia do tych dziedzin nowych zasad. Są one odmienne, a nawet sprzeczne z założeniami, które promuje się wszelkimi dostępnymi drogami, począwszy od uczelni architektonicznych, a skończywszy na weekendowych dodatkach do gazet i prasie kobiecej. Mój atak nie polega na czepianiu się metodologicznych szczegółów przebudowy miast. Nie zamierzam także rozwodzić się nad trendami w projektowaniu. Uderzam w zasady i dążenia, które dały początek dogmatom nowoczesnego planowania i przebudowy miast.

Przeciwstawiając odmienne założenia, będę się koncentrować na sprawach zwyczajnych i codziennych, na przykład na tym, jakie rodzaje ulic są bezpieczne, a jakie nie; dlaczego niektóre miejskie parki zachwycają, inne zaś zmieniają się w śmiertelne pułapki i siedliska zepsucia; dlaczego niektóre slumsy pozostają slumsami, podczas gdy inne zmieniają się na lepsze, i to mimo finansowych i politycznych przeszkód; jakie są przyczyny przemieszczania się centrów miast; czym jest rejon[1] i jaką funkcję pełni w wielkim mieście, jeśli w ogóle istnieje. Krótko mówiąc, piszę o tym, jak miasta działają w rzeczywistości. Tylko w ten sposób można zrozumieć, jakie zasady planowania i przebudowy miast wzmagają ich społeczną i gospodarczą dynamikę, a jakie prowadzą do ich uwiądu.

Istnieje pewien sentymentalny mit, według którego zgromadzenie wystarczających środków – mowa zwykle o stu miliardach dolarów – pozwoliłoby w ciągu dekady postawić na nogi wszystkie podupadłe dzielnice oraz zapobiec degeneracji rozległych, jednolicie szarych połaci miast położonych jeszcze do niedawna w strefie podmiejskiej. Miałoby to również zatrzymać odpływ klasy średniej, a tym samym pieniędzy z jej podatków, a może nawet zaradzić problemom komunikacyjnym.

Spójrzmy jednak na to, co powstało za pierwsze przeznaczone na ten cel miliardy. Osiedla dla najuboższych, które stają się jeszcze gorszymi ogniskami przestępczości, wandalizmu i społecznego marazmu niż slumsy, które miały zastąpić. Osiedla dla klasy średniej będące arcydziełami nudy i przeregulowania, szczelnie odciętymi od dopływu miejskiej ikry. Luksusowe osiedla, które swoją niedorzeczność z różnym skutkiem nadrabiają jałową krzykliwością. Centra kultury, gdzie nie może się utrzymać porządna księgarnia. Centra wielofunkcyjne, które nie przyciągają nikogo oprócz bezdomnych dysponujących węższym niż inni wachlarzem miejsc do przesiadywania. Centra handlowe, które są pozbawionymi polotu imitacjami sieciowego handlu z przedmieścia. Ciągi spacerowe wiodące znikąd donikąd, nietknięte stopami spacerowiczów. Autostrady patroszące wielkie miasta. To nie jest odnowa miast[2], to ich pustoszenie.

Bliższe spojrzenie na te dokonania ujawnia nędzę gorszą nawet niż marność ich ambicji. Takie inwestycje jedynie z rzadka wychodzą okolicy na dobre, co teoretycznie stanowi ich właściwy cel. Są jak amputowane członki miasta, zżerane często przez galopującą gangrenę. W celu planowego osiedlenia mieszkańców poszczególne segmenty populacji wycenia się, opatruje metkami i sortuje, aby każda z grup żyła w atmosferze rosnącej podejrzliwości i wrogości wobec otoczenia. Kiedy co najmniej dwie wrogie enklawy zostaną usytuowane na wspólnym obszarze, nazywa się go „rejonem o zrównoważonym przekroju społecznym”. Monopolizujące okolicę centra handlowe i monumentalne centra kultury osłaniają płaszczykiem piarowskich bzdur proces wydzierania handlu i kultury ze sfery zwyczajnego, kameralnego życia miasta.

Aby te cuda były możliwe, mieszkańcy, których urbaniści biorą na celownik, muszą najpierw zostać wyrugowani, wywłaszczeni i wykorzenieni niczym pod naporem najeźdźcy. Upadają tysiące drobnych przedsiębiorstw, doprowadzając swoich właścicieli do finansowej ruiny, której nikt im w żaden sposób nie zrekompensuje. Porwane na strzępy społeczności rwą się na wietrze, który raz zasiany przynosi burze cynizmu, wrogości i rozpaczy, o jakich nam się dotąd nie śniło. Grupa duchownych z Chicago, przerażonych skutkami planowej przebudowy miasta, zapytała: „Czy Hiob miał na myśli Chicago, gdy pisał: »Nieprawi przesuwają granice. (…) Ubogich usuwa się z drogi, biedni się wszyscy chowają. (…) W polu żniwują po nocy, męczą się w winnicy bogacza. (…) Jęcząc, umierają w mieście, ranni wołają: ‚Ratunku!’«[3]”. Jeśli tak, to myślał także o Nowym Jorku, Filadelfii, Bostonie, Waszyngtonie, St. Louis, San Francisco i kilku innych metropoliach. Ekonomiczny mechanizm modernizacji miast opiera się na hucpie, finansowanej nie tylko – jak głosi teoria odnowy miast – z racjonalnie inwestowanych dotacji budżetowych, lecz także z horrendalnych, przymusowych dopłat wyciśniętych z bezbronnych ofiar. Nadzieja na to, że poczynione „inwestycje” zwrócą się dzięki zwiększeniu wpływów z podatków, to także iluzja – żałosna kropla w morzu pustoszących miejską kasę potrzeb, które wynikają z konieczności zwalczania skutków degeneracji i destabilizacji okrutnie przenicowanych miast. Sposoby realizacji planów przebudowy są równie żałosne jak ich skutki.

Kunszt i wiedza urbanistów nie są w stanie powstrzymać upadku – i zapowiadającego go duchowego wyjałowienia – coraz rozleglejszych połaci naszych miast. Nie sposób nawet się pocieszać, zwalając winę za porażki na brak warunków do urbanistycznych popisów. Zasady planowania miast na nic się nie zdają. Weźmy na przykład nowojorski rejon Morningside Heights. W świetle myśli urbanistycznej nie mają prawa występować tu żadne problemy. Miejscu sprzyja obfitość terenów zielonych, uczelniany kampus, place zabaw i inne otwarte przestrzenie. Rośnie tu pełno trawy. Dzielnica ulokowana jest na malowniczym wzniesieniu, z którego rozciąga się wspaniały widok na rzekę. Jest to także słynny ośrodek akademicki skupiający znakomite uczelnie: Uniwersytet Columbia, Union Theological Seminary, muzyczną Juilliard School oraz kilka innych. Są tu dobre szpitale i kościoły. Nie ma przemysłu. Plan chroni rezerwaty masywnych, przestronnych apartamentowców klasy średniej i wyższej przed wprowadzaniem w ich obręb elementów „nieprzewidzianych w planie”. A jednak na początku lat 50. okolica ta zaczęła się staczać na samo dno, stając się ponurym slumsem, do którego strach się było zapuszczać. Kiedy sytuacja zaczęła zagrażać miejscowym instytucjom, ich przedstawiciele zebrali się wraz z miejskimi specami od urbanistyki, zastosowali jeszcze więcej urbanistycznych teorii, wyburzyli najbardziej podupadłą część Morningside Heights, w zamian stawiając spółdzielcze osiedle dla średniozamożnych wraz z centrum handlowym, a także osiedle komunalne. Całość wypełniały powietrze, światło, słońce i zieleń. Efekt uznano za wzór do naśladowania dla innych podupadających dzielnic.

Od tego czasu Morningside Heights stacza się jeszcze szybciej.

Nie sposób uznać powyższy przykład za niesłuszny lub nieadekwatny. W każdym z miast degeneracja dosięga terenów, które z punktu widzenia doktryny urbanistycznej są poprawne. Mniej widoczne, choć równie istotne jest to, że są dzielnice złe w rozumieniu teorii urbanistycznej, które jednak wcale nie podupadają.

Miasta to ogromne urbanistyczne laboratoria, w których dokonuje się prób i popełnia błędy, stawia się czoła porażkom i odnosi sukcesy w dziedzinie ich projektowania i budowy. To właśnie z miast urbanistyka powinna czerpać naukę i w odniesieniu do nich powinna formułować i weryfikować swoje założenia. Jednak praktycy i nauczyciele tej dyscypliny (jeśli można ją tak nazwać) nie biorą pod uwagę wniosków płynących z realnych sukcesów i porażek, nie zastanawiają się, dlaczego zmiana na lepsze przychodzi czasem zupełnie nieoczekiwanie. Ich myślenie o wielkim mieście rządzi się natomiast zasadami wyprowadzonymi z obserwacji działania i wyglądu miasteczek, przedmieść, sanatoriów dla gruźlików, terenów wystawowych i miast marzeń – wszystkiego oprócz prawdziwych miast.

Nic więc dziwnego, że projekty przebudowy dzielnic oraz budowy nowych osiedli ciągnących się daleko poza rogatki mielą miejski i wiejski krajobraz na jednolitą, ciężkostrawną papkę. Taki stan rzeczy wynika mniej lub bardziej bezpośrednio z idei wyhodowanych na intelektualnej brei, w której zlewają się ze sobą cechy, potrzeby, atuty i funkcje wielkich miast oraz miejsc o znacznie słabszej dynamice.

Ani upadek dawnych miast, ani też świeżo upieczona degrengolada nowej ruralistycznej urbanizacji nie są zjawiskami ekonomicznie i społecznie nieuchronnymi. Wręcz przeciwnie, w żadnym innym sektorze gospodarki i życia publicznego nie dołożono w ciągu ostatniego ćwierćwiecza tylu starań, aby doprowadzić go do stanu, w jakim znajduje się obecnie. Wywołanie takiego stężenia monotonii, nudy i pospolitości wymagało ponadprzeciętnych zachęt finansowych ze strony państwa. Głoszone przez całe dekady kazania, pisma i nawoływania ekspertów przekonały nas i ustawodawców[4], że właśnie ta breja jest najzdrowsza, o ile tylko obsiejemy ją trawą.

Zazwyczaj najwygodniej obarczyć winą za wszystkie utrapienia miast samochody, przypisując im odpowiedzialność za rozczarowującą bezowocność urbanistyki. Jednak szkodliwe oddziaływanie aut nie stanowi przyczyny, lecz skutek nieumiejętności budowania miast. Jest rzeczą oczywistą, że planiści, wśród nich budowniczowie autostrad dysponujący bajecznymi środkami i wpływami, nie potrafią pogodzić ze sobą ruchu samochodowego i miejskiego życia. Nie mają pojęcia, co począć z autami w mieście, bo nie znają się na tworzeniu sprawnie działających i dynamicznych miast – z samochodami czy bez.

Znacznie łatwiej pojąć potrzeby ruchu drogowego niż złożone potrzeby miast i wyjść im naprzeciw, a coraz większa rzesza urbanistów i architektów jest zdania, że rozprawienie się z ruchem ulicznym to droga do rozwiązania podstawowego problemu metropolii. Ekonomiczne i społeczne problemy miasta są jednak znacznie bardziej złożone i nie ograniczają się wyłącznie do jeżdżących po nim samochodów. Skąd można wiedzieć, jak rozwiązać problem ruchu ulicznego, kiedy nie ma się pojęcia o tym, jak działa miasto i jakie inne funkcje powinny pełnić jego ulice? To niemożliwe.

Być może społeczeństwo upadło już tak nisko, że nie obchodzi nas to, w jaki sposób coś funkcjonuje, tylko to, czy nas coś zachwyca. Jeśli rzeczywiście tak jest, nie wróży to niczego dobrego naszym miastom ani w ogóle żadnym obszarom życia społecznego. Ja jednak uważam, że wcale tak nie jest.

Oczywiście w polu urbanistyki działa wielu ludzi wiedzionych autentyczną i głęboką troską o dobro budowanych i przebudowywanych miast. Mimo zepsucia i niemałej chciwości względem winnicy bliźniego intencje, którymi się kierujemy – czyniąc jednocześnie spustoszenie – są wzorowe. To nie tak, że urbaniści i architekci oraz rzesza ludzi podzielających ich przekonania świadomie lekceważą praktyczną wiedzę o funkcjonowaniu miast. Przeciwnie, wkładają oni duży wysiłek w zapoznanie się z poglądami papieży i mędrców dogmatycznie nowoczesnej urbanistyki na temat tego, jak miasta powinny funkcjonować i co w nich powinno być dobre dla ludzi i przedsiębiorstw. Chłoną te nauki z takim oddaniem, że gdy sprzeczna z nimi rzeczywistość zaczyna mieszać im szyki, grożąc unieważnieniem drogocennych zdobyczy umysłu, przepędzają ją jak najdalej.

Za przykład posłużyć mogą reakcje dogmatycznych urbanistów na bostoński North End[5]. Ten stary, ubogi rejon sąsiadujący z zabudową przemysłową na nabrzeżu uchodzi za najgorszy slums i wstyd dla miasta. Ma wszelkie cechy, które oświeceni uważają za wady, a wiedzą to, bo wielu innych mędrców też uważa je za wady. Nie dość, że North End bezpośrednio sąsiaduje z przemysłem, to jeszcze rozmaite warsztaty i firmy przemieszane są tam bez ładu i składu z domami mieszkalnymi. Dzielnica notuje największe w Bostonie zagęszczenie lokali w zabudowie mieszkaniowej, plasując się z tym wskaźnikiem wysoko także w rankingu ogólnokrajowym. Niewiele tu parków. Dzieci bawią się na ulicy. Zamiast superkwartałów[6] lub choćby nieco większych kwartałów dzielnicę pokrywają malutkie kwartały zabudowy. Charakteryzuje się ona także „niewłaściwym i nieefektywnym podziałem siatki ulic”, by posłużyć się żargonem urbanistów. Budynki są stare. North End to dzielnica zła rzekomo pod każdym względem. W terminologii dogmatycznej urbanistyki określić ją można jako żywy, podręcznikowy przykład „megalopolis”[7] w ostatnim stadium rozkładu. Nic więc dziwnego, że rejon ten przedstawia się często jako wyzwanie studentom urbanistyki i architektury w MIT i Harvardzie. Pod okiem nauczycieli adepci tych dziedzin co jakiś czas projektują superkwartały i parkowe aleje oraz usuwają niepasujące funkcje, zmieniając okolicę w ideał porządku i szlachetności – tak prosty, że dałoby się go wyryć na łebku szpilki.

Dwadzieścia lat temu, kiedy po raz pierwszy los rzucił mnie na North End, zobaczyłam szeregowce różnych rozmiarów i rodzajów podzielone na mniejsze mieszkania oraz cztero- i pięciopiętrowe czynszówki zbudowane, by upchnąć przybyszów napływających wezbraną falą najpierw z Irlandii, później z Europy Wschodniej, a wreszcie z Sycylii. Wszystkie były okropnie przeludnione, a dzielnica robiła wrażenie ciężko doświadczonej i na pewno rozpaczliwie biednej.

Kiedy powróciłam tam w 1959 roku, zmiany, jakie w międzyczasie zaszły, wprawiły mnie w osłupienie. Wyremontowano dziesiątki budynków. Zamiast zastawiać okna materacami, mieszkańcy zainstalowali rolety, a w oczy raz po raz rzucały się świeżo pomalowane ściany. W niedużych, przebudowanych domach mieszkała teraz jedna, maksimum dwie rodziny, a nie tłumek trzech czy czterech jak dawniej. Niektóre z rodzin zajmujących kamienice (jak się później dowiedziałam, oglądając wnętrza) same zdobyły dla siebie dodatkową przestrzeń życiową, łącząc dwa dawne mieszkania w jedno i wyposażając je w łazienkę, nową kuchnię itp. Spojrzałam w głąb bocznej uliczki, sądząc, że może tam skrywają się jeszcze jakieś pozostałości dawnego North Endu, ale się pomyliłam – dostrzegłam ceglane ściany ze starannie uzupełnionymi spoinami, nowe rolety, a gdy ktoś otworzył drzwi, dobiegły mnie dźwięki muzyki. Doprawdy była to jedyna dzielnica, jaką do tej pory widziałam, gdzie boczne ściany budynków od strony parkingów nie pozostały niewykończone. Wręcz przeciwnie – wyremontowano je i pomalowano tak schludnie, jak gdyby znajdowały się na widoku. Pośród budynków mieszkalnych znalazłam bogactwo wspaniałych sklepów spożywczych oraz różnego rodzaju zakładów: tapicerskich, blacharskich, stolarskich, spożywczych. Ulice wypełniały życiem bawiące się dzieci, a także dorośli – na spacerach, na zakupach, na pogaduszkach. Gdyby nie to, że był akurat mroźny styczniowy dzień, ludzie z pewnością przesiadywaliby na zewnątrz.

Panująca w dzielnicy pogodna atmosfera, życzliwość i dobre samopoczucie były tak zaraźliwe, że zaczęłam dla zabawy pytać mieszkańców o drogę tylko po to, żeby wdać się z nimi w pogawędkę. W ciągu poprzednich kilku dni oglądałam wiele dzielnic Bostonu, przeważnie okrutnie smętnych. Tę okolicę, z wielką ulgą, odebrałam jako najzdrowszą w całym mieście. Zachodziłam jednak w głowę, skąd pochodziły środki na remonty, skoro nie da się obecnie uzyskać kredytu hipotecznego w dzielnicach, które nie są niebotycznie drogie albo nie imitują przedmieść. W poszukiwaniu odpowiedzi weszłam do pobliskiego baru (gdzie dyskutowano z zapałem o łowieniu ryb) i zadzwoniłam do znajomego urbanisty z Bostonu.

– Co ty, u licha, robisz na North Endzie? – usłyszałam. – Środki? Jakie środki? Nikt nie wkłada w North End żadnych pieniędzy ani wysiłku. Nic się tam nie dzieje. Kiedyś na pewno coś się zdarzy, ale jeszcze nie teraz. To slums!

– Nie wygląda mi na slums – odpowiedziałam.

– To najgorsza okolica w mieście. Na każdy hektar przypada tam 680 mieszkań[8]! Wstyd mi przyznać, że mamy w Bostonie coś takiego.

– Masz jakieś inne dane na temat tej dzielnicy? – spytałam.

– Tak, całkiem zabawne. Ma ona jedne z najniższych w mieście wskaźników drobnej przestępczości, zachorowań i śmiertelności niemowląt. Oprócz tego najniższy współczynnik czynszu do dochodów. Rany, świetna okazja! Niech spojrzę… populacja dzieci nie odbiega w żaden sposób od miejskiej średniej. Niska śmiertelność: 8,8 zgonu na tysiąc mieszkańców, podczas gdy w Bostonie jest to przeciętnie 11,2. Bardzo niski wskaźnik zachorowalności na gruźlicę – mniej niż jeden przypadek na tysiąc mieszkańców. To dla mnie niepojęte – nawet Brookline[9] ma gorszy wskaźnik. Dawniej North End był pod tym względem najgorszy w mieście, ale wszystko się zmieniło. No cóż, muszą tam mieszkać silni ludzie. Nie ulega wątpliwości, że żyją w okropnym slumsie.

– Potrzeba wam więcej takich slumsów – odrzekłam. – Nawet nie wspominaj o planach wyburzenia dzielnicy. Powinieneś tu siedzieć i się uczyć.

– Wiem, co masz na myśli – odparł. – Sam często chadzam tam tylko po to, żeby pospacerować i nasycić się miłą, radosną atmosferą tamtejszych ulic. Powinnaś wrócić latem, jeśli już teraz tak bardzo ci się tam podoba. Latem oszalejesz z zachwytu. No, ale w końcu trzeba będzie to wszystko wyburzyć. Musimy przecież zabrać tych ludzi z ulicy.

Dziwne. Intuicja podpowiadała mojemu koledze, że North End to dobre miejsce do życia, co potwierdziły dodatkowo dane statystyczne. Tymczasem cała wiedza, którą jako urbanista nabył o tym, co dobre dla ludzi i dzielnic – i dzięki której stał się w swojej dziedzinie specjalistą – kazała mu uważać North End za miejsce złe.

Jeden z najważniejszych bankierów w Bostonie, „człowiek z samego szczytu drabiny”, do którego znajomy odesłał mnie po odpowiedź w sprawie źródeł finansowania dla dzielnicy, potwierdził tylko to, czego dowiedziałam się wcześniej od mieszkańców North Endu. Pieniędzy nie przyznały im wielkodusznie amerykańskie banki, które zorientowały się już w urbanistyce na tyle, aby rozpoznać slums równie skutecznie jak sami urbaniści. „Kredytowanie inwestycji na North Endzie nie ma sensu” – stwierdził bankier. „To slums! Nawet teraz wciąż sprowadzają się tam imigranci! A do tego, odkąd w czasie Wielkiego Kryzysu przejęto tam wiele zadłużonych nieruchomości, spadła jego wiarygodność”. (O tym też już wcześniej słyszałam, podobnie jak o rodzinach, które niezwykłym wysiłkiem zdołały odkupić niektóre z przejętych lokali).

North End zamieszkuje około 15 000 mieszkańców. Najwyższe kredyty hipoteczne, których udzielono w ciągu ćwierćwiecza od Wielkiego Kryzysu, osiągały maksymalnie 3000 dolarów – poinformował mnie bankier, dodając przy tym, że pożyczki w tej wysokości „zdarzały się sporadycznie”. Niższe kredyty wynosiły 1000 lub 2000 dolarów. Remonty zostały sfinansowane niemal w całości z własnej działalności gospodarczej i wynajmu lokali, a ich realizacja możliwa była dzięki fachowej pracy, którą wykonali sami mieszkańcy i ich krewni. Wiedziałam już wówczas, że brak możliwości uzyskania pożyczki na remont był dla mieszkańców North Endu utrapieniem. Martwiło ich też, że nowe inwestycje, zgodne z wizjami rajskich miast kreślonymi przez studentów urbanistyki, wiązałyby się z koniecznością opuszczenia okolicy i wymazaniem całej wspólnoty. Nie była to abstrakcyjna perspektywa, jako że podobny los spotkał pobliski West End, który – choć zajmował większą powierzchnię – charakteryzował się podobnym przekrojem społecznym. Mieszkańców niepokoiła świadomość, że łatanie dziur na dłuższą metę nie wystarczy.

– Czy są szanse na kredyt na inwestycje na North Endzie? – zapytałam bankiera.

– Absolutnie żadnych! – odparł zniecierpliwiony, że nie potrafię tego pojąć. – To slums!

Podobnie jak urbaniści, także bankierzy mają swoje wyobrażenia o mieście, które popychają ich do działania, a obydwie grupy czerpią je z tego samego źródła. Jednak bankierzy i urzędnicy, którzy udzielają kredytów hipotecznych, nie wymyślają teorii urbanistycznych ani, o dziwo, nie formułują doktryn ekonomicznych dotyczących miast. Obecnie postępują w sposób oświecony i przejmują myśl idealistów z opóźnieniem rzędu jednego pokolenia. Brak jakichkolwiek nowych idei w urbanistyce w ciągu ostatniego pokolenia pozwolił urbanistom, bankierom i urzędnikom osiągnąć ten sam poziom.

Mówiąc wprost, znaleźli się na etapie naukowo uzasadnionego przesądu, podobnie jak medycy, którzy jeszcze w XIX wieku wierzyli w leczenie chorób metodą pozbywania się z ciała nadmiaru rzekomo szkodliwych humorów poprzez upuszczanie krwi. Opanowanie wiedzy, którą żyłę i w jaki sposób nakłuć, aby zwalczyć konkretne objawy, zajmowało całe lata. Naukowa nadbudowa wzniesiona została z tak śmiertelną powagą, że nawet dziś fachowa literatura brzmi całkiem wiarygodnie. Jednak także ludzie uwikłani w sprzeczną z rzeczywistością perspektywę rzadko są całkowicie pozbawieni własnego spojrzenia i osądu. Dlatego rozwój nauki narosłej wokół upuszczania krwi w trakcie całego jej panowania zdawała się hamować szczypta zdrowego rozsądku. Działo się tak do chwili, gdy w Stanach Zjednoczonych, wówczas młodym państwie, osiągnęła ona najwyższy stopień technicznego wyrafinowania. Upuszczanie krwi znalazło tu zastosowanie na niespotykaną skalę. Jego niezwykle wpływowym orędownikiem był doktor Benjamin Rush, wciąż czczony jako najznakomitszy lekarz i mąż stanu w okresie walki o niepodległość i formowania się federacji, a także geniusz administracji medycznej. Doktor Rush zawsze osiągał swój cel. A jednym z jego dążeń, oprócz wielu dobrych i pożytecznych, było rozwijanie, stosowanie, nauczanie i propagowanie praktyki upuszczania krwi w przypadkach, w których do tej pory odwodził od tego rozsądek lub litość. Rush i jego studenci leczyli w ten sposób malutkie dzieci, gruźlików, starców – każdego, kto miał pecha zachorować w ich pobliżu. Ekstremalne działania doktora wzbudziły niepokój i zgrozę lekarzy stosujących upuszczanie krwi w Europie. Mimo to jeszcze w 1851 roku komisja powołana przez Legislaturę Stanową Nowego Jorku z całą powagą broniła jego praktyk. Dodatkowo bezlitośnie wydrwiła i potępiła Williama Turnera – lekarza, który miał czelność opublikować broszurę krytyczną wobec doktora Rusha i jego działalności oraz uznać „praktykę upuszczania krwi u chorego za sprzeczną ze zdrowym rozsądkiem, doświadczeniem, oświeconym umysłem oraz prawami opatrzności bożej”. Doktor Turner głosił, że chorzy potrzebują wzmocnienia, nie zaś wypłukiwania z sił, lecz jego głos został zdławiony.

Analogie między medycyną a bytami społecznymi budowane są często zdecydowanie na wyrost, a patrzenie na życie miasta w kategoriach obiegu płynów ustrojowych nie ma większego sensu. Jak najbardziej można jednak wskazać zbieżność omawianego wyżej przypadku ze sposobem myślenia nobliwych uczonych, którzy mierząc się ze złożonymi zjawiskami, których nie rozumieją, muszą szukać oparcia w pseudonauce. Podobnie jak z upuszczaniem krwi, tak też w urbanistycznej pseudonauce lata studiów oraz wachlarz wymyślnych, złożonych tez to nadbudowa wyrosła na fundamencie nonsensu. W obydwu przypadkach stosowane techniki systematycznie udoskonalano. Naturalną koleją rzeczy, przebrnąwszy przez trudne początki i mając w ręku odpowiednie narzędzia oraz zaufanie społeczne, ludzie silni i uzdolnieni oraz cieszący się opinią dobrych zarządców doszli w końcu do etapu skrajnych nadużyć, od których wcześniej powstrzymywała ich rozwaga lub miłosierdzie. Choć upuszczanie krwi mogło dawać rezultaty tylko przez przypadek i łamało zasady zdrowego rozsądku, stosowano je aż do chwili porzucenia tej praktyki na rzecz żmudnych wysiłków zmierzających do budowy, analizy i weryfikacji opisów rzeczywistości formułowanych, krok po kroku, na podstawie tego, jak jest naprawdę, a nie, jak być powinno. Pseudonaukowa urbanistyka tkwi razem ze sztuką projektowania przestrzeni miejskiej w świecie ułudy, w którym rządzą chciejstwo, znajome przesądy, uproszczenia i symbole. Obydwie jakoś nie mogą się odważyć na konfrontację z rzeczywistością.

Niniejsza książka będzie krokiem w stronę rzeczywistości, choćby niewielkim. Uważam, że droga do zrozumienia na pozór tajemniczego i przewrotnego życia miast zaczyna się od spojrzenia z bliska na codzienne sytuacje, najlepiej całkowicie nieuprzedzonym okiem, od próby zrozumienia, co one mogą oznaczać i czy da się z nich wyczytać jakąś prawidłowość. Tego właśnie dotyczy pierwsza część książki.

Istnieje pewna prawidłowość, która przejawia się tak powszechnie i na tak wiele rozmaitych sposobów, że postanowiłam poświęcić jej drugą część tomu. Stanowi ona sedno mojego wywodu. Jest nią potrzeba zaistnienia w mieście możliwie złożonego i jak najściślejszego splotu różnorakich funkcji, które nieustannie wspierają się nawzajem zarówno na planie ekonomicznym, jak i społecznym. Składniki tej różnorodności mogą być rozmaite, lecz oddziałują na siebie w konkretny sposób.

Za złe dzielnice uważam te, w których brakuje tego rodzaju misternych sieci wzajemnego wsparcia. Sądzę też, że aby nauka o planowaniu miast oraz sztuka projektowania przestrzeni miejskiej mogły naprawdę działać na rzecz miast, powinny się zająć pobudzaniem do życia i pielęgnowaniem tych ścisłych relacji. Na podstawie zebranych obserwacji wskazać mogę cztery podstawowe czynniki warunkujące zaistnienie w wielkim mieście zbawiennej różnorodności, a poprzez świadome ich kształtowanie urbanistyka może pobudzać miasta do życia (do czego nie wystarczą same plany urbanistów i projekty architektów). Część pierwsza dotyczy przede wszystkim społecznych zachowań ludzi w mieście, a jej lektura jest konieczna do zrozumienia dalszej części wywodu, podczas gdy część druga poświęcona jest głównie ekonomicznemu życiu miast i stanowi kluczowy fragment książki.

Miasta charakteryzują się fantastyczną dynamiką. Dotyczy to wszystkich udanych dzielnic, które zapewniają żyzny grunt dla realizacji planów tysięcy mieszkańców. W trzeciej części książki przyglądam się wybranym aspektom rozkładu i regeneracji miast pod kątem ich faktycznego funkcjonowania i zachowania ich mieszkańców.

W ostatniej części zawarte zostały postulaty zmian w mieszkalnictwie, organizacji ruchu drogowego oraz praktykach projektowych, planistycznych i administracyjnych. Wieńczy ją omówienie natury wyzwania, przed którym stawia nas miasto, czyli wyzwania radzenia sobie ze zorganizowaną złożonością.

Wygląd i zasada działania danej rzeczy są ze sobą nierozerwalnie związane, a w miastach widać to szczególnie wyraźnie. Zawiodą się jednak ci czytelnicy, których interesuje jedynie to, jak miasta „powinny wyglądać”, a nie ich funkcjonowanie. Kształtowanie powierzchowności lub próby stworzenia przyjemnego wrażenia ładu pozbawione są sensu, jeśli u ich podstaw nie leży wiedza o naturalnym porządku miast. Stawiając przede wszystkim na wygląd i widząc w nim główną atrakcję, pakujemy się w wielkie kłopoty.

W Harlemie Wschodnim, dzielnicy Nowego Jorku, znajduje się osiedle przykuwające wzrok prostokątną połacią trawnika, który został szczerze znienawidzony przez okolicznych mieszkańców. Pracownica socjalna, która bywała tam regularnie, nie mogła się nadziwić, jak często kwestia murawy wypływała w rozmowach, zazwyczaj jej zdaniem bez związku z tematem, oraz do jakiego stopnia mieszkańcy nie znosili trawnika i życzyli sobie jego likwidacji. Zapytani o przyczyny odpowiadali: „Po co nam ten trawnik?” albo: „Komu on służy?”. Pewnego dnia bardziej wygadana lokatorka oświadczyła: „Nikt nas nie pytał o zdanie, kiedy budowali to osiedle. Zburzyli nasze domy i upchnęli nas tutaj, a nasi znajomi powędrowali gdzie indziej. Nie ma gdzie się napić kawy ani nawet kupić gazety, ani pożyczyć 50 centów. Nikogo nie obchodziły nasze potrzeby. A teraz różne ważniaki przyjeżdżają, oglądają ten trawnik i gadają: »Jak wspaniale! Biedni żyją po królewsku!«”.

Mieszkanka Harlemu potwierdziła prawdę głoszoną od dawien dawna przez moralistów: nie to dobre, co piękne, ale to, co dobroczynne. Nie wszystko złoto, co się świeci.

Powiedziała jednak coś jeszcze, a mianowicie, że od największej nawet brzydoty i bałaganu gorszy jest fałszywy ład wprowadzony bez poszanowania lub kosztem prawdziwego porządku miasta, który walczy o przetrwanie i poszanowanie. Pragnąc objaśnić podskórny ład panujący w miastach, przytaczam wiele przykładów z Nowego Jorku, ponieważ właśnie tam mieszkam. Jednak większość podstawowych idei zawartych w tej książce zainspirowały obserwacje i opowieści z innych miast. Na przykład przeczucia dotyczące silnego, wzajemnego oddziaływania poszczególnych miejskich funkcji skomponowanych w odpowiedni sposób naszły mnie w Pittsburghu. Do dociekań w kwestii bezpiecznych ulic zainspirowały mnie Filadelfia oraz Baltimore, a nad meandrami działania śródmieścia zaczęłam się zastanawiać w Bostonie. Z kolei pierwsze pomysły na regenerację slumsów przyszły mi do głowy w Chicago. Większość inspiracji i tak znalazłabym za rogiem, ale być może łatwiej czasem dostrzec coś, wychodząc poza własne podwórko. Główny zamysł tej książki, czyli wezwanie do zrozumienia złożonego porządku społecznego i ekonomicznego miast, ukrytego za fasadą chaosu, nie wyszedł ode mnie. Jego autorem jest William Kirk, kierownik Union Setlement w Harlemie Wschodnim. Oprowadzając mnie po swojej dzielnicy, Kirk nauczył mnie patrzeć na inne dzielnice i centra miast. Zawsze starałam się konfrontować to, co zaobserwowałam lub czego dowiedziałam się w danym mieście lub dzielnicy, z doświadczeniami z innych miejsc, aby przekonać się, w jakiej mierze płynące z nich wnioski dają się zastosować także w innych realiach.

Skupiam się na wielkich miastach i ich centrach, ponieważ myśl urbanistyczna systematycznie je lekceważy. Myślę, że moje refleksje mogą z biegiem czasu nabrać jeszcze większej wagi, ponieważ wiele rejonów borykających się obecnie z najtrudniejszymi problemami do niedawna leżało na przedmieściach lub funkcjonowało jako ciche, eleganckie dzielnice mieszkaniowe. Na tej samej zasadzie wiele dzisiejszych, świeżo wyrosłych przedmieść lub półprzedmieść[10] zostanie wchłoniętych przez rozlewające się miasta. W tej sytuacji ich los zależeć będzie od umiejętności przystosowania się do pełnienia funkcji miejskiej dzielnicy. Poza tym gęsto zabudowane miasta lubię najbardziej i są one najbliższe mojemu sercu.

Z całą stanowczością odradzam czytelnikom interpretowanie moich spostrzeżeń w kontekście miasteczek lub niewielkich ośrodków miejskich, a także rejonów podmiejskich niewchłoniętych jeszcze przez miasto. Miasteczka, dalekie przedmieścia, a nawet małe miasta to organizmy całkowicie odmienne od wielkich metropolii. Wystarczająco dużo kłopotów przysporzyło już patrzenie na wielkie miasta przez pryzmat fantazji o życiu niewielkich osad. Postrzeganie miasteczek w kategoriach metropolii spowoduje tylko jeszcze większą konfuzję.

Mam także nadzieję, że czytelnicy będą nieustannie i z dużą dozą sceptycyzmu konfrontować moje słowa z własną wiedzą o mieście i jego życiu. Jeśli zarejestrowałam jakiś fałszywy obraz, poprowadziłam wywód mylnym tropem lub wyciągnęłam błędne wnioski, liczę, że pomyłki zostaną niezwłocznie poprawione. Gra toczy się bowiem o możliwie najpilniejsze przyswojenie i zastosowanie w praktyce jak najobszerniejszego zbioru sprawdzonej i pożytecznej wiedzy o mieście.

Nie wyrażałam się dotąd zbyt pochlebnie o dogmatach nowoczesnej urbanistyki, a powodów do krytyki znajdzie się jeszcze więcej. Jej idee stały się już częścią codzienności. Szkodzą nam, bo nie potrafimy wyobrazić sobie, że świat mógłby istnieć bez nich. Aby wskazać ich źródła i udowodnić, jak niewiele pożytku przyniosły, omówię pokrótce najbardziej wpływowe koncepcje, z których się zrodziły[11].

Początki głównego nurtu wiążą się z osobą Ebenezera Howarda, angielskiego reportera sądowego, który urbanistyką parał się w czasie wolnym od pracy. Obserwował warunki życia londyńskiej biedoty pod koniec XIX wieku i nic dziwnego, że nie podobało mu się to, co widział, słyszał i wyczuwał powonieniem. Howard nie znosił jednak nie tylko wad i nieprawidłowości miejskiego życia, lecz nienawidził miasta w ogóle, uważając upchnięcie mas ludzkich na niewielkim skrawku ziemi za nikczemność i obrazę natury. Jego recepta na wydobycie ludzi z niedoli brzmiała: wykończyć miasto.

W 1898 roku Howard ogłosił program zatrzymania dalszej ekspansji terytorialnej Londynu oraz przesiedlenia ludzi z powrotem na wyludnioną wieś, gdzie powstać miała osada nowego typu – miasto ogród, w którym miejska biedota mogłaby znów żyć blisko natury. Środków do życia dostarczać miała praca w zlokalizowanych w osadzie obiektach przemysłowych, bowiem podobnie jak zamiarem Howarda nie było projektowanie miasta, w równej mierze nie chodziło mu także o podmiejską dzielnicę sypialnię. Jego celem były samowystarczalne miasteczka – wspaniałe miejsca do życia dla wszystkich potulnych i pozbawionych własnych planów jednostek, które nie miały nic przeciwko spędzaniu czasu w towarzystwie innych ludzi pozbawionych inicjatywy. Jak w każdej utopii, także tu inicjatywa przysługiwała wyłącznie urbanistom. Miasto ogród otaczać miał pierścień pól uprawnych. Fabryki stanąć miały w jednej strefie, szkoły, budynki mieszkalne i tereny zielone znaleźć się miały w oddzielnej strefie mieszkalnej, a w centrum było miejsce na sklepy oraz utrzymywane wspólnie obiekty rozrywkowe i kulturalne. Stały nadzór nad całą osadą i pasem zieleni sprawować miał urząd powołany do rozwoju miasta, który zapobiegałby spekulacjom lub niezgodnym z przeznaczeniem zmianom w sposobie użytkowania gruntów, a także jakimkolwiek próbom zwiększenia intensywności zabudowy. Krótko mówiąc, urząd ten pilnowałby, żeby osada nigdy nie przeistoczyła się w miasto. Planowana liczba mieszkańców to maksymalnie 30 000.

Nathan Glazer trafnie podsumował tę wizję na łamach „Architectural Forum”: „Miasto wyglądem przypominać miało osadę na angielskiej prowincji, tyle tylko, że w miejscu dworu i otaczającego go parku stałoby centrum społeczności, a za kurtyną drzew skrywałyby się fabryki, które zatrudniałyby mieszkańców”.

Najbliższym amerykańskim odpowiednikiem pomysłu Howarda byłby pewnie model przyzakładowego osiedla patronackiego, tyle że dzielącego zyski z przedsiębiorstwa i sterowanego na co dzień przez coś na kształt komitetu rodzicielskiego. Howardowi nie chodziło bowiem jedynie o zaoferowanie ludziom nowej przestrzeni i modelu współżycia, lecz o paternalistyczny układ społeczno-polityczno-gospodarczy.

Niemniej jednak, jak wskazuje Glazer, miasto ogród „pomyślane zostało jako alternatywa dla miasta oraz lek na jego bolączki, co stanowiło, i stanowi nadal, podstawę przemożnego wpływu tej idei na urbanistykę”. Howardowi udało się postawić dwa takie miasta – Letchworth i Welwyn – lecz model ten rozpowszechnił się po II wojnie światowej w Anglii czy Szwecji, gdzie na podstawie zasad miasta ogrodu budowano miasteczka satelickie. Z kolei w Stanach Zjednoczonych, w zmodyfikowanej i niepełnej formie, model objawił się w podmiejskim Radburn, w stanie New Jersey, oraz w wybudowanych w czasach Wielkiego Kryzysu przy wsparciu państwa zielonych miasteczkach (a właściwie przedmieściach)[12]. Oddziaływanie myśli Howarda w postaci osiedli zbudowanych całkowicie lub częściowo na podstawie jego zasad jest jednak niczym w porównaniu z jego wpływem na idee, które legły u podstaw współczesnej amerykańskiej urbanistyki. Nawet urbaniści i architekci, których zainteresowania nie dotyczą bezpośrednio idei miasta ogrodu, znajdują się pod przemożnym intelektualnym wpływem jej podstawowych założeń.

Howard uruchomił niszczycielskie siły. Sądził, że przepis na miasto to wyodrębnienie z niego kilku podstawowych funkcji i rozmieszczenie ich we względnej izolacji. Największym priorytetem było zapewnienie ludziom godziwych warunków mieszkaniowych, czemu podporządkowane zostały wszystkie inne kwestie. Co więcej, zdaniem Howarda mieszkać godziwie można było tylko w miejscu o przestrzennych cechach przedmieścia i społecznych cechach małego miasteczka. Obrót handlowy postrzegał jako jednostajny, zwarty przepływ dóbr na samoograniczającym się rynku. Dobra urbanistyka wiązała się dla niego z działaniem niezorientowanym na dynamikę; plan musiał przewidywać sposoby zaspokajania wszystkich potrzeb oraz zapobiegać jakimkolwiek większym modyfikacjom po realizacji. Urbanistyka Howarda była paternalistyczna, żeby nie powiedzieć: autorytarna. Lekceważył on te aspekty życia miast, których nie był w stanie wyłuskać i osadzić we własnej utopijnej wizji. W szczególności dotyczyło to misternej, wielowymiarowej sieci życia kulturalnego. Nie interesowały go tak typowe dla udanych wielkich miast zjawiska, jak samoregulacja, obieg idei, potencjał polityczny czy powstawanie nowych powiązań gospodarczych. Nie dbał także o zapewnienie tym sferom wsparcia, w końcu przecież wcale nie chodziło mu o miejsce do takiego życia.

Zarówno po wyborze priorytetów, jak i po pominiętych obszarach widać wyraźnie, że wizja Howarda mogła mieć sens tylko i wyłącznie w ramach przyjętych przez niego założeń, natomiast nie znajdowała uzasadnienia z miejskiego punktu widzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że niemal cała współczesna urbanistyka została dosztukowana do tego lichego fundamentu.

Oddziaływanie Howarda na amerykańską urbanistykę dosięgło miast na dwa sposoby. Po pierwsze, za pośrednictwem urbanistów na szczeblu miejskim i regionalnym, po drugie, poprzez projekty architektów. Sir Patrick Geddes, szkocki biolog i filozof, nie tyle uznawał miasto ogród za świetny pomysł na wchłonięcie nadwyżek populacji, z czym radziły sobie przecież wielkie miasta, ile widział w nim zalążek o wiele szerzej zakrojonego, całościowego systemu. Geddes postrzegał projektowanie miast w kategoriach planowania regionalnego. Zgodnie z jego wizją miasta ogrody miały zostać racjonalnie rozmieszczone na ogromnych połaciach terenu, w pobliżu miejsc bogatych w surowce. Nie rozrastałyby się zanadto, żeby nie zaburzyć równowagi z powierzchnią pól uprawnych i lasów, z którymi tworzyłyby bezkresny, logiczny układ przestrzenny.

W latach 20. idee Howarda i Geddesa spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem w Stanach Zjednoczonych. Na gruncie amerykańskim rozwijała je grupa niezwykle skutecznych i oddanych sprawie ludzi, takich jak Lewis Mumford, Clarence Stein, Henry Wright oraz Catherine Bauer. Choć uważali się za projektantów regionów, Bauer później określiła tę grupę mianem „decentrystów”. Wydaje się to o tyle trafne, że głównym celem planowania regionalnego była dla nich decentralizacja i przerzedzenie wielkich miast oraz rozmieszczenie mieszkań i przedsiębiorstw w odrębnych, niewielkich miastach, a najchętniej miasteczkach. Wyniki prowadzonych wówczas badań demograficznych pokazały, że amerykańskie społeczeństwo starzeje się i nie notuje przyrostu ludności. Nie chodziło zatem o zapewnienie przestrzeni do życia gwałtownie przyrastającej populacji, lecz jedynie o redystrybucję populacji o nikłej dynamice wzrostu.

Podobnie jak w przypadku Howarda wpływ wyżej przedstawionych urbanistów nie polegał na doprowadzeniu do całościowego przyjęcia ich programu (z tego niewiele wyszło). Udało im się jednak zainspirować planowanie i ustawodawstwo dotyczące budowy i finansowania mieszkań. Wzorcowe osiedla Steina i Wrighta, wzniesione głównie na terenach podmiejskich lub na skrajach miast, oraz pisma, wykresy, szkice i fotografie publikowane przez Mumforda i Bauer wprowadziły i spopularyzowały wiele idei, które awansowały do rangi urbanistycznych dogmatów. Mowa tu przede wszystkim o przekonaniu, że ulica to dla człowieka miejsce nieodpowiednie, a domy powinny się od niej odwracać fasadami w stronę wewnętrznych zieleńców. Gęsta siatka ulic to marnotrawstwo i prezent dla spekulantów na rynku nieruchomości, którzy sprzedają drożej lokale od frontu. Podstawową jednostką w urbanistyce nie jest ulica, lecz kwartał zabudowy, a szczególnie znacznie większy superkwartał. Sklepy i usługi należy oddzielić od zabudowań mieszkalnych i terenów zielonych. Zapotrzebowanie danego osiedla należy oszacować za pomocą metod „naukowych”, a następnie zapewnić zaopatrzenie na takim właśnie, lecz nie wyższym poziomie. Towarzystwo innych ludzi to w najlepszym razie zło konieczne, a zatem celem dobrej urbanistyki jest zagwarantowanie poczucia odosobnienia i prywatności rodem z przedmieścia. Inne zasady przejęte od Howarda przez decentrystów głoszą, że osiedla powinny powstawać jako samowystarczalne, oderwane od siebie podmioty, a każdy aspekt ich funkcjonowania powinien zostać szczegółowo zaplanowany przez projektantów i nie ulegać w przyszłości żadnym zmianom. Ideałem urbanistyki stało się, krótko mówiąc, osiedle.

Aby wzmocnić swój przekaz i udowodnić, jak paląca jest potrzeba zaprowadzenia nowego porządku, decentryści nie ustawali w miażdżącej krytyce dawnego, złego miasta. Nie interesowało ich to, co działało – obchodziły ich wyłącznie klęski. Wszystko było klęską. Książki takie jak „The Culture of Cities” Mumforda były w dużej mierze makabrycznymi i stronniczymi diagnozami schorzeń miasta. Doczekało się ono takich określeń jak: Megalopolis, Tyranopolis, Nekropolis, ohyda, dyktatura, żywy trup. Czas się go pozbyć. Nowojorskie Midtown opisano jako „zakrzepły chaos” (Mumford). Postać i wygląd miast postrzegano wyłącznie jako efekt „nieskoordynowanych przypadków (…), sumę bezładnych i sprzecznych kaprysów tłumu egocentrycznych, nieświadomych jednostek” (Stein). Centra miast stały się „areną hałasu, brudu, żebraków, stoisk z pamiątkami i przekrzykujących się reklam” (Bauer).

Jak coś tak okropnego mogło w ogóle zasługiwać na jakiekolwiek próby zrozumienia? Ani analizy decentrystów i ich owoce w postaci projektów architektonicznych i urbanistycznych, ani także pozostające pod ich przemożnym wpływem krajowe ustawodawstwo regulujące planowanie i finansowanie budownictwa mieszkaniowego nie miały nic wspólnego ze zrozumieniem czy stymulowaniem sukcesu wielkich miast. Nie taki zresztą był ich cel. Decentryści pragnęli ostatecznie rozprawić się z miastem i nigdy tego nie ukrywali.

A jednak ich poglądy stopniowo przyjmowały się w szkolnictwie urbanistycznym i architektonicznym, w legislaturach stanowych i ratuszach jako podstawa rozwiązań dla wielkich miast. W całej tej żałosnej historii najbardziej zdumiewające jest to, że ludzie powodowani autentyczną wolą wzmocnienia miast poszli drogą wiodącą do naruszenia ich gospodarczego ekosystemu i do ich unicestwienia.

Autorem najbardziej dramatycznego pomysłu na doprowadzenie antymiejskiej urbanistyki do ekstremum był europejski architekt Le Corbusier. W latach 20. zaprojektował on miasto marzeń, które nazwał miastem promiennym. Zamiast ukochanych przez decentrystów niskich budyneczków wznosiły się w nim rozmieszczone wśród zieleni wieżowce. „Wyobraźmy sobie, że wjeżdżamy do miasta przez Wielki Park” – pisał Le Corbusier. „Szybki wóz sunie pośród majestatycznych wież specjalną estakadą, na tle nieba wyrastają sylwetki dwudziestu czterech powtarzalnych wieżowców; po prawej i lewej stronie, na skraju każdego z rejonów widzimy budynki użyteczności publicznej i administracji, zaś na zamknięciu osi wznoszą się muzea i uniwersytet. Całe miasto to park”. W pionowym mieście Le Corbusiera ludzie mieli mieszkać po 3000 osób na hektar. Mimo tego niebotycznego wskaźnika, dzięki wysokiej zabudowie 95% terenu miało pozostać wolne. Wieżowce zajmowałyby jedynie 5% powierzchni. Ludzie o zasobniejszych portfelach mieszkaliby w niższych, luksusowych budynkach wokół dziedzińców, gdzie wolne pozostawałoby 85% terenu. Gdzieniegdzie wyrastałyby restauracje i kina.

Le Corbusier zaprojektował nie tylko środowisko do życia, lecz także utopię społeczną. W jego wizji ludzie osiągnąć mogli to, co określał mianem „maksymalnej wolności jednostki”, nie mając jednak na myśli wolności działania, lecz raczej uwolnienie od odpowiedzialności. W mieście promiennym najwyraźniej nikt nigdy nie miał być stróżem swego brata, zmagać się z realizacją własnych planów czy brać pod uwagę jakichkolwiek ograniczeń.

Decentryści i inni lojalni orędownicy idei miasta ogrodu wpadli na widok Corbusierowskich wieżowców w parku w osłupienie, z którego do dziś dnia nie mogą wyjść. Zareagowali niczym pedagodzy z postępowego przedszkola na widok restrykcyjnego sierocińca. A jednak, o ironio, miasto promienne łączy z miastem ogrodem bliskie pokrewieństwo. W swoim projekcie Le Corbusier kierował się powierzchownie rozumianą ideą miasta ogrodu, przystosowując ją do budynków o dużych wysokościach. Był zdania, że to właśnie jego pomysł otwiera drogę do jej realizacji. „Miasta ogrody to miraż” – pisał. „Przyroda kurczy się pod naporem ulic i budynków, a zamiast obiecanego odosobnienia mamy przeludnione osiedle (…). Rozwiązaniem jest »miasto ogród w pionie«”.

Miasto promienne Le Corbusiera zawdzięczało koncepcji Howarda dość bezproblemowe przyjęcie przez opinię publiczną. Projektanci miast ogrodów oraz coraz liczniejsza rzesza ich naśladowców pośród propagatorów reformy mieszkaniowej, studentów i architektów niestrudzenie rozpowszechniała idee superkwartałów, osiedli, niezmiennego planu oraz trawy, trawy i jeszcze raz trawy. Co więcej, rozwiązania te przedstawiali jako elementy odpowiedzialnej społecznie, funkcjonalnej i etycznej urbanistyki „z ludzką twarzą”. Nikt nie wymagał od Le Corbusiera uzasadnienia jego wizji ani na planie etycznym, ani funkcjonalnym. Jeśli głównym celem projektowania miast miało być umożliwienie Krzysiowi i Puchatkowi brykania po trawniku, co mogło być złego w wizji Le Corbusiera? Wysuwane przez decentrystów oskarżenia o instytucjonalizację, mechanizację i odczłowieczenie odbierano jako bezzasadne i fanatyczne.

Marzenie Le Corbusiera wywarło ogromny wpływ na nasze miasta. Odurzyło architektów i zaczęło inspirować kolejne projekty, od tanich osiedli komunalnych po biurowce. Oprócz tego, że rzekomo udało mu się znaleźć zastosowanie dla powierzchownie rozumianej idei miasta ogrodu w gęsto zaludnionym mieście, Le Corbusier miał w rękawie także inne asy. Starał się uczynić integralną częścią swojego projektu rozwiązanie ruchu kołowego, co w latach 20. i 30. było przyjmowaną z entuzjazmem nowością. Przewidział zatem szerokie, szybkie trasy z jednokierunkowymi jezdniami, ograniczając przy tym liczbę ulic, jako że „przecznice są wrogiem ruchu”. Zaproponował podziemne ulice dla ciężarówek i pojazdów zaopatrzenia. Pieszych odsunął z dala od jezdni, do parków, podobnie jak projektanci miast ogrodów. Jego miasto przypominało cudowną mechaniczną zabawkę. Z architektonicznego punktu widzenia koncepcja cechowała się olśniewającą wręcz jasnością, prostotą i harmonią. Była niesłychanie uporządkowana, przejrzysta i zrozumiała. Niczym w dobrej reklamie przekaz stawał się zrozumiały w mgnieniu oka. Śmiała i symboliczna wizja Le Corbusiera wywarła nieodparty urok na urbanistach, budowniczych, architektach, a także na deweloperach, kredytodawcach i burmistrzach. Nadal silnie oddziałuje na „postępowych” urbanistów, którzy tworzą zasady mające skłonić drobnych inwestorów do odzwierciedlenia tego snu choćby w niewielkim stopniu. Nieważne, z jak pospolitym i ciężkostrawnym projektem mamy do czynienia, jak upiorna i bezużyteczna jest przestrzeń otwarta i jaką nudą wieje z jej zakamarków, każdy naśladowca Le Corbusiera składający pod projektem swój podpis będzie wołał w samozachwycie: „Patrzcie tylko na moje dzieło!”. Każda taka budowla to opowieść o wspaniałości jej twórców. Jednak opowieści te, podobnie jak idea miasta ogrodu, opowiadają kłamstwa o działaniu miasta.

Chociaż przywiązanie do ideału urokliwego, małomiasteczkowego życia nigdy nie pozwoliło decentrystom pogodzić się z myślą Le Corbusiera, większość z ich uczniów nie miała z tym większego problemu. Dziś praktycznie wszyscy urbaniści wysokich lotów łączą na najróżniejsze sposoby te dwa podejścia. Technika przebudowywania miast nazywana „wyburzeniem selektywnym”, „punktową odnową”, „odnową miast” albo „planową ochroną” (co oznacza, że z powierzchni ziemi nie znika cała podupadła okolica, lecz tylko jej wybrane fragmenty) to mistyfikacja polegająca głównie na kombinowaniu, ile dawnych zabudowań można pozostawić, aby nie przeszkodziły dzielnicy przeistoczyć się w coś na kształt „promiennego miasta ogrodu”. Urbaniści, budowniczowie autostrad, ustawodawcy, specjaliści od gospodarki przestrzennej oraz projektanci terenów zielonych i placów zabaw, którzy nie działają przecież w ideologicznej próżni, stale odwołują się do tych dwóch potężnych wizji oraz ich wyrafinowanych hybryd. Choć pozwalają sobie na odstępstwa od reguł, chadzają na kompromisy lub dokonują daleko posuniętych uproszczeń, to właśnie w nich odnajdują punkt odniesienia.

W dalszych rozdziałach omówię także pokrótce jedną z mniej istotnych odnóg dogmatycznej urbanistyki. Mowa tu o zjawisku, którego początki sięgają wielkiej Wystawy Kolumbijskiej w Chicago, zorganizowanej w 1893 roku, mniej więcej wtedy, gdy Howard formułował ideę miasta ogrodu. Organizatorzy ekspozycji zlekceważyli ciekawą, nowoczesną architekturę, która zaczęła powstawać w Chicago, a zamiast niej postawili na wsteczne imitacje stylu renesansowego. Kolejne masywne, okazałe gmachy pojawiały się w parku wystawowym niczym lukrowane ciastka na tacy lub niczym ciężka, ozdobna forpoczta powtarzalnych wieżowców w parku zaprojektowanych przez Le Corbusiera. Ta orgia przepychu i wzniosłości podziałała na wyobraźnię zarówno urbanistów, jak i opinii publicznej, dając impuls do powstania ruchu nazwanego City Beautiful[13]. Projekt wystawy był zresztą w dużej mierze dziełem późniejszego wiodącego urbanisty tego ruchu – Daniela Burnhama z Chicago.

Marzeniem City Beautiful nie było miasto piękne, lecz miasto monumentalne. Szkicowano wspaniałe barokowe osie, które zwykle pozostawały na papierze. Udawało się za to zrealizować monumentalne miejskie centra wzorowane na terenach wystawowych. Kolejne miasta fundowały sobie centra administracyjne lub kulturalne, zazwyczaj wzdłuż szerokich alej, jak Benjamin Franklin Parkway w Filadelfii, wzdłuż reprezentacyjnych traktów, jak Government Centre w Cleveland, w bliskim sąsiedztwie parków, jak Civic Center w St. Louis, lub pośród zieleni, jak Civic Center w San Francisco. Bez względu na ich rozmieszczenie najbardziej liczyło się odseparowanie gmachów od reszty miasta oraz połączenie w możliwie najdostojniejszą całość, traktowaną jako odrębny i ściśle określony byt.

Choć napawały dumą, projekty tego rodzaju poniosły jednak porażkę. Po pierwsze, zamiast sprzyjać rozwojowi okolicy, doprowadzały ją do upadku, a ich obrzeża dawały schronienie podrzędnym salonom tatuażu, lumpeksom oraz innym nijakim i smutnym przybytkom. Po drugie, ludzie wcale się nie kwapili, żeby je odwiedzać. Z jakiegoś powodu zamiana kawałka miasta w teren wystawowy nie sprawiała, że zaczynał się on cieszyć taką popularnością jak wystawa.

Architektura gmachów w duchu City Beautiful wyszła już z mody. Nigdy nie zakwestionowano jednak stojącej za nią idei, której oddziaływanie jest dziś silniejsze niż kiedykolwiek. Mechanizm wyłuskiwania obiektów kultury i użyteczności publicznej oraz wyjaławianie ich związków z codziennym życiem miasta dobrze wpasowywały się w postulaty orędowników miast ogrodów. Obie koncepcje stworzyły harmonijny związek, podobnie jak miasto ogród i miasto promienne, po czym zespoliły się w coś na kształt „promiennego, pięknego miasta ogrodu”. Za przykład niech posłuży okolica Lincoln Square w Nowym Jorku, w której monumentalne centrum kulturalne w duchu City Beautiful sąsiaduje ze strefami mieszkaniowymi, handlowymi i uniwersyteckimi, opartymi na modelu miasta promiennego lub promiennego miasta ogrodu.

Idea rozdzielenia funkcji i stworzenia ładu poprzez zduszenie wszelkich inicjatyw oprócz inicjatywy urbanistów szybko została zastosowana do każdej funkcji. Skutek jest taki, że planowanie miasta sprowadza się dziś do rozmieszczenia na sieci szlaków komunikacyjnych niepowiązanych ze sobą atomów.

Od początku do końca, od czasów Howarda i Burnhama do najnowszej poprawki dotyczącej odnowy miast[14], całe to zamieszanie nie ma nic wspólnego z mechanizmami działania miasta. Miasto, niezrozumiane i odarte z szacunku, złożono w rytualnej ofierze.

[1] Na określenie wyraźnie odrębnej przestrzennie i kulturowo części miasta, mniejszej niż dzielnica, autorka używa słowa neighborhood (dosłownie: „sąsiedztwo”), które nie ma w języku polskim odpowiednika o takim samym zabarwieniu emocjonalnym. W polskiej literaturze taką jednostkę zwykło się określać mianem o bardziej suchym i oficjalnym brzmieniu: „rejon” (zob. Kazimierz Wejchert, Elementy kompozycji urbanistycznej, Warszawa 1974, s. 5). Zostało ono – jako najbliższe znaczeniowo – wybrane również w niniejszym tłumaczeniu, choć w niektórych miejscach zastosowano słowa bliskoznaczne o cieplejszej temperaturze, np. „okolica”, „wspólnota”, „lokalność”, unikając jednak konsekwentnie określenia „dzielnica” i rezerwując je dla pojęcia district oznaczającego w oryginale większą jednostkę, najczęściej dzielnicę administracyjną [przyp. red.].

[2] Książka jest polemiką z ideą „odnowy miast” (ang. urban renewal), która stanowiła podstawę amerykańskiej urbanistyki od końca lat 40. do połowy lat 60. Polegała ona na wyburzaniu dzielnic uznanych za niebezpieczne, niehigieniczne lub zapuszczone i budowaniu na ich miejscu zupełnie nowych przestrzeni zaprojektowanych wedle reguł modernistycznej „dogmatycznej urbanistyki”. W ten sposób gęsta struktura ustępowała miejsca przestronnym blokowiskom i szerokim arteriom. Odnowa ta nie rozwiązała problemów społecznych, które trawiły dzielnice biedy, przyczyniła się natomiast do wyostrzenia podziałów klasowych i rasowych. Skutki tej polityki autorka opisuje w następnych rozdziałach [przyp. red.].

[3] Księga Hioba (24, 2–12), w tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia. Cytaty umieszczone w tekście zostały przełożone przez tłumacza, o ile nie zaznaczono inaczej [przyp. red.].

[4]