Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Stanisławów jednak żyje

Stanisławów jednak żyje

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-244-0406-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Stanisławów jednak żyje

Stanisławów, obecnie Iwano-Frankiwsk, niegdyś trzecie (po Lwowie i Krakowie) miasto Galicji, stolica Podkarpacia i Pokucia, dziś leży poza granicami Polski. Nie ma już Stanisławowa, ale wciąż są i żyją rozsiani po świecie stanisławowiacy. Niezwykle ciepło przyjęli oni wydane w 2008 roku Kresy Kresów. Stanisławów Tadeusza Olszańskiego (publicysty „Polityki", autora wielu książek oraz tłumacza literatury węgierskiej), niejednokrotnie dzieląc się z autorem własnymi wspomnieniami, uzupełniając zawarte w książce informacje i prosząc o ciąg dalszy.
Oto i on. W książce Stanisławów jednak żyje autor rozwinął niektóre wątki, przedstawił losy stanisławowskich bohaterów, takich jak prezydent Wacław Chowaniec, druh Romuald Rzędzian, doktorzy Jan Gutt i Stefan Hoszowski, Kazimierz Tatara, ale też opowiedział historie zwykłych ludzi, mieszkańców przedwojennego, wielokulturowego i etnicznie zróżnicowanego Stanisławowa. Opowieść wzbogacają unikatowe fotografie, w większości pochodzące z archiwów rodzinnych.

Polecane książki

Publikacja zawiera najnowszy tekst jednolity ustawy wraz ze zmianami przeniesionymi oraz przepisy wprowadzające. Zaletą książki jest jej praktyczny, poręczny format, przejrzysty układ graficzny i niska cena. Łatwą orientację w materiale umożliwia obszerny skorowidz. Zmiany oczekujące na wejś...
Diana Trietiakow jest młodą kobietą, z niezrozumiałych dla niej powodów odrzuconą przez społeczeństwo. Podczas spaceru w głębi lasu przypadkiem trafia na aktywną strefę temporalną i przenosi się do niebezpiecznego protoświata Amyrade, krążącego w macierzy między wszechświatami, gdzie panują inne...
Książka „Kodeks pracy 2015” to część serii wydawniczej Przepisy z komentarzem, w ramach której prezentujemy praktyczne omówienie obowiązujących przepisów. Książka zawiera najnowszy tekst ujednolicony ustawy oraz omówienie zmian, jakie w ostatnim czasie weszły do Kodeksu pracy w zakresie: • urlopów ...
Milioner Ammar Tannous, po tym jak cudem uratował się z katastrofy helikoptera, inaczej spojrzał na swoje życie. Zrozumiał, że największy błąd popełnił, porzucając dziesięć lat temu swoją żonę Noelle Ducasse. Odnajduje ją w Paryżu i prosi, by do niego wróciła, lecz głęboko zraniona Noelle...
Poeta odczytuje znaki epoki i nazywa je w swoich wierszach. Współczesność zrodziła pustkę duchową, unieważniła wszystkie dogmaty i Boga, którego miejsce zajęli domorośli filozofowie, przypisujący sobie rolę przewodników zagubionej istoty ludzkiej (…). Paweł Jasiński to twórca intelektualnej głębi w ...
Arystokrata i milioner Zander Devereux postanowił dać szansę młodziutkiej prawniczce Caris Belmont i zlecić jej sprawę. Przy okazji liczył, że pozna ją bliżej. Po wspólnie spędzonym tygodniu nad pięknym jeziorem ich romans rozkwita. I wtedy nieoczekiwanie Caris znika bez słowa wyjaśnienia...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Tadeusz Olszański

Opracowanie ‌graficzne: Andrzej BareckiRedakcja: ‌Agnieszka DziewulskaKorekta: Bogusława JędrasikAutorzy ‌i źródła zdjęć (numery ‌stron dotyczą wydania ‌papierowego):Archiwum ‌Ośrodka „Karta”, ‌Stanisław Bober obwoluta, ‌s. ‌144, ‌145; Tadeusz ‌Siemek ‌s. 51, 148Pozostałe zdjęcia ‌pochodzą z archiwum ‌autora ‌i jego przyjaciół.Copyright ‌© by Tadeusz Olszański, ‌2010Copyright © by Wydawnictwo Iskry, ‌Warszawa 2010ISBN ‌978-832-440-406-3Wydawnictwo Iskryal. Wyzwolenia ‌18, 00-580 Warszawatel./fax 22 827 9415iskry@iskry.com.pl, ‌www.iskry.com.plKonwersja publikacji do wersji elektronicznejNIE MA JUŻ STANISŁAWOWA, ‌SĄ STANISŁAWOWIACY!

„Nie ma już ‌Stanisławowa. Jest Iwano-Frankiwsk. Z dziwną, ‌sztuczną ‌nawet dla Ukraińców, ‌a dla nas ‌Polaków obco brzmiącą nazwą, ‌w żaden sposób ‌nieprzylegającą ‌do murów ‌miasta, ‌które ‌kiedyś było Stanisławowem”. ‌Tak zacząłem ‌Kresy Kresów. ‌Stanisławów, pierwszą książkę ‌o moim rodzinnym mieście.

Powtórzę, nie ‌ma ‌już Stanisławowa, ‌ale ciągle są ‌i żyją ‌stanisławowiacy! I to ‌właśnie oni ‌odezwali ‌się ‌po ukazaniu się ‌tej książki niezwykle ‌szeroką falą. To ‌od nich otrzymałem ‌wprost niezliczoną liczbę listów, ‌maili, telefonów. Nie tylko ‌z Polski, ‌od Przemyśla po Szczecin, ‌ale ‌z całego świata. Z Australii, Belgii, ‌Francji, Izraela, Kanady, Niemiec, ‌Rosji, Szwajcarii, Stanów Zjednoczonych. Zewsząd, dokąd rzucił ich los. Okazało się, że nazwę miasta można wymazać z mapy, ale nie sposób z pamięci. Wywożone na Sybir przez Sowietów, rozstrzelane przez Niemców, mordowane przez bandy UPA, wreszcie wysiedlone w ramach akcji sztucznie nazwanej repatriacją miasto wciąż żyje w sercach tysięcy tych, którzy przetrwali wszystkie przeciwności losu. Także zgotowaną w czasie II wojny światowej zagładę, która zmieniła obraz ludności, pustosząc południowe Kresy, nasz, polski, tolerancyjny wobec wszystkich żyjących tam narodowości Stanisławów. Przestał on być Polską, ale przecież ma polską historię i tego faktu, przeszłości nic nie zmieni.

To dla nich, stanisławowiaków, spisałem swoje wspomnienia z wczesnej młodości, z polskiego i wojennego Stanisławowa. Bardzo osobiste. Iw odpowiedzi na ów niespodziewanie szeroki odzew przystąpiłem do napisania niejako dalszego ciągu Kresu Kresów, opierając się na relacjach świadków dotyczących częściowo lub wcale nieznanych mi zdarzeń oraz dzięki dotarciu do wskazanych źródeł. Bo na szczęście ani miasta, które dziś ma inną nazwę, ani przeszłości nie sposób przekreślić, usunąć. Z pamięci, a zwłaszcza serc. Więc Stanisławów jednak żyje.

JAK STANISŁAWÓW

STAŁ SIĘ POLSKĄ

Dokładnie 25 maja 1919 roku. Po 146 latach austriackiego panowania oraz siedmiu miesiącach ukraińskiej władzy. Różne to były czasy dla Stanisławowa i całej Małopolski, wraz z Pokuciem nazwanej przez Austrię Galicją i Lodomerią. Nie tylko rozbudowy i rozkwitu, ale też upokorzeń i zniszczeń, zwłaszcza w latach I wojny światowej. Nade wszystko jednak czasy obcych rządów, które skutecznie zwaśniły zamieszkujące tam narody, braku wolności i własnego państwa.

Potoccy jednak nie podporządkowali się zaborcy od razu. Byli właścicielami Stanisławowa – grodu i całego klucza ziem. Habsburgowie w ramach wdzięczności za odsiecz wiedeńską i uratowanie ich tronu przed osmańskim naporem, w czym tak istotną rolę odegrała właśnie polska husaria, w tym chorągwie Potockich, stali się współtwórcami pierwszego rozbioru Polski iw 1772 roku zagarnęli ziemie Korony Polskiej. Nie odważyli się jednak naruszyć włości rodu Potockich. Katarzyna z Potockich Kossakowska, która rządziła wtedy Stanisławowem, była zbyt można i za bardzo znana w świecie europejskiej arystokracji, aby pozbawić ją własności. Więcej niż paradoksem, wręcz cudem było więc tolerowanie prywatnej twierdzy z własnym polskim garnizonem i artylerią w cesarstwie Habsburgów. Jedyną ich bronią w walce z Potockimi były zwiększane nieustannie podatki. Dopiero w 1801 roku, a więc po niemal trzydziestu latach, wskutek narastających zaległości podatkowych rząd austriacki wszedł wreszcie w posiadanie Stanisławowa i mianował pierwszego burmistrza.

W czasie wojen napoleońskich Stanisławów na bardzo krótko, bo zaledwie na dwa miesiące powrócił do Polski, to znaczy do Wielkiego Księstwa Warszawskiego. W 1809 roku, kiedy wojna przeniosła się na teren Galicji, jeden ze szwadronów ułańskich wojsk księcia Józefa Poniatowskiego przebiegłym manewrem zmusił austriacki garnizon Stanisławowa do poddania się. Nasi ułani wysłali parlamentariuszy z dwóch różnych stron. Austriacy przekonani o otoczeniu miasta opuścili twierdzę i ludność Stanisławowa entuzjastycznie powitała niewielki oddział ułanów. Było ich zaledwie dwudziestu sześciu, pod wodzą sierżanta Antoniego Szumlańskiego, co odnotowały pieczołowicie kroniki. A mimo to potrafili zdobyć miasto! Gdy Austriacy wrócili, z zemsty za ten wstyd wysadzili mury obronne, zniszczyli twierdzę. Zastosowali identyczny manewr jak po stłumieniu powstania Franciszka Rakoczego na początku XVIII wieku na Węgrzech, kiedy to wysadzili wszystkie fortyfikacje i zamki, opanowane przez jego wojska. Aby nie były ostoją powstań. Paradoksalnie wszakże Austriacy przyczynili się do rozwoju Stanisławowa. Już bowiem Katarzyna z Potockich Kossakowska zaczęła burzyć fragmenty umocnień, głównie po to, aby sprzedać uzyskane tym sposobem grunty, powiększać miasto i spłacać podatki. Dzięki Austriakom Stanisławów ostatecznie przestał być fortecą, więc miasto zaczęło się rozrastać, a ludności systematycznie przybywało, do ponad pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców w przededniu wybuchu I wojny światowej. To wtedy, na przełomie XIX i XX wieku, Stanisławów awansował do miana liczącego się ośrodka handlu, przemysłu i kultury trzech nacji – Polaków, Rusinów i Żydów. Trzeciego po Lwowie i Krakowie miasta Galicji. O tym rozdziale w dziejach miasta, zwłaszcza o ogromnej roli burmistrza Ignacego Kamińskiego, który odbudował je po pożarze w 1868 roku, pisałem w swojej poprzedniej książce Kresy Kresów. Stanisławów.

W owym kwitnącym wtedy mieście, gdzieś w tym czasie, w rodzinie francuskich korzeniach, bodaj z czasów napoleońskich, ale już na wskroś polskiej, urodził się Antoni Deblessem. Człowiek wielkiej rozwagi, postać niemal zapomniana, mimo iż właśnie on odegrał olbrzymią rolę w odzyskaniu Stanisławowa dla wybijającej się na niepodległość Polski. Po studiach na Politechnice Lwowskiej w pierwszej dekadzie XX stulecia podjął pracę jako inżynier w stanisławowskiej gazowni i czynnie włączył się w niepodległościową działalność miejscowych patriotów.

To był czas dojrzewania świadomości narodowej i przygotowań do odzyskania państwa. W politycznej atmosferze Europy wyczuwano potrzebę zmian możliwość wojny. Polska społeczność pod trzema zaborami przygotowywała się do tego, mając za sobą doświadczenia przegranych powstań. Naprzód był Sokół, towarzystwo gimnastyczne, w zasadzie sportowe, ale przecież jednoczące swoich członków poprzez krzewienie narodowych uczuć, patriotyzmu. Potem już ściśle polityczny Związek Młodzieży Niepodległej „Zarzewie”. Wreszcie harcerstwo i Związek Strzelecki ze swoimi paramilitarnymi drużynami pod wodzą Józefa Piłsudskiego. Ale w Galicji nie tylko Polacy szukali w tym czasie dróg do wolności. Rusini i Żydzi również. Rusini mieli swój Sokił, swoje oświatowe organizacje Proświta i Besida, wreszcie drużyny Strzelców Siczowych. Żydzi organizację syjonistyczną i własny skauting zwany Menorą. Wszyscy – własne, legalne i nielegalne partie polityczne, a nawet ugrupowania paramilitarne.

W Stanisławowie, na wzór organizacji założonej we Lwowie, Sokół powstał już w 1886 roku i wysiłkiem polskiej społeczności wzniósł istniejący do dziś potężny gmach w centrum miasta, u zbiegu ulicy Gosławskiego z placem Mickiewicza. Z piękną wieżą, ogromną salą gimnastyczną, drugą równie wielką balową i pokojami klubowymi. W 1908 roku założono Zarzewie, które rozpoczęło organizowanie wojskowych drużyn ćwiczebnych. Jedną z wybijających się postaci w tym ruchu był Stanisław Sosabowski, przyszły świetny oficer Legionów Piłsudskiego, a potem generał, dowódca dywizji spadochronowej, jeden z naszych bohaterów II wojny światowej. Stanisławowiak z krwi i kości. Wśród kilkuset młodych ludzi w Zarzewiu był również Deblessem. Poznał Piłsudskiego, który przed wybuchem I wojny światowej kilkakrotnie przyjeżdżał do Stanisławowa. Ale oficjalnie tylko dwa razy, w 1908 i 1909 roku, kiedy w kasynie mieszczańskim wygłaszał płomienne przemówienia o konieczności przygotowania się do walki o niepodległość. Pozostałe przyjazdy, zwłaszcza gdy wizytował swoje przyszłe wojsko, były konspiracyjne, o czym zresztą będzie mowa w rozdziale poświęconym związkom Marszałka ze Stanisławowem.

Drużyna „Belwederska” – komendant drużyny inżynier Deblessem zdaje raport prezesowi, dyrektorowi Dziurzyńskiemu. Zdjęcie z roku 1913.

W Stanisławowie działały aż trzy drużyny strzeleckie, skupiające blisko 200 młodych ludzi. Jedną z nich, Belwederską, dowodził właśnie Deblessem. Kiedy w sierpniu 1914 roku zaczęła się wojna, część stanisławowskich strzelców dała początek Legionom Polskim.

Deblessem nie zdążył. Był porucznikiem rezerwy armii austriackiej i natychmiast został zmobilizowany. Trafił na jeden z głównych odcinków wojny z Rosją, do twierdzy Przemyśl, która poddała się dopiero po wielu miesiącach głodowego oblężenia. A stamtąd na blisko trzy lata do obozu jeńców w Carycynie. Poznał najgorsze strony wojny i dopiero we wrześniu 1918 roku, kiedy w Rosji już szalała rewolucja, a monarchia austro-węgierska chyliła się ku upadkowi, udało mu się jakimś cudem zdobyć cywilne papiery i uciec z pilnowanego już przez Armię Czerwoną obozu, w którym panował większy głód niż w oblężonym Przemyślu i codziennie chowano zmarłych. Wydostał się z Carycyna ostatnim statkiem na Wołdze, nim to miasto zostało otoczone przez carskie wojska generała Denikina. Okrężnymi drogami, koleją i głównie piechotą, kompletnie wyczerpany dotarł do Stanisławowa 1 listopada 1918 roku. W dniu upadku imperium Habsburgów i początku austriackiej rewolucji. Pierwsza, i to błyskawicznie, rozpadła się armia. Żołnierze, obojętnie, czy na tyłach, czy na froncie, rzucili broń i wrócili do domów. Oficerowie początkowo byli bezradni, a potem poszli w ich ślady. Panował coraz większy chaos.

Sztab POW Okręgu Stanisławowskiego. Siedzą od lewej: kpt. Dyńko, I adj. major Henisz, gł. komendant por. Deblessem, II adj. por. Bubnicki, zastępca komendanta por. Hofmokl, por. Kadów w zast. por. K. Łozińskiego. Stoją: kpt. Lis, podchor. Wł. Łoziński, por. Grodzicki, por. Seidler, por. Kopyto.

Do Stanisławowa docierają wieści o ogłoszeniu niepodległości Polski. Ale gdzie i jak brak wiadomości. Na ulicach Stanisławowa mnóstwo żołnierzy, włóczą się pojedynczo i całymi grupami. Na austriackich mundurach pojawiają się żółto-niebieskie, ukraińskie naszywki. Tu będzie Ukraina, a nie Polska. Deblessem jest zdumiony, na ulicach swego polskiego miasta wszędzie widzi ukraińskie flagi. Włącznie z najwyższym punktem, na wieży ratusza. Ostatni austriacki burmistrz Stanisławowa, Artur Nimhin, 2 listopada oddaje władzę Rusinowi Petrowi Czajkowskiemu, a ten natychmiast każe wywiesić flagę. Cała broń i amunicja oraz wszystkie koszary zostają oddane nowej, ukraińskiej władzy. Nie tyle dziwnym, ile przemyślanym przez Austriaków zbiegiem okoliczności w okolicach Stanisławowa zostały zgrupowane jednostki wojskowe, w których większość stanowili żołnierze miejscowego pochodzenia. Rusini, którzy coraz mocniej czują się Ukraińcami. We Lwowie było nieco inaczej. Wprawdzie i tam większość stacjonujących pułków była rusińska, ale w koszarach było też sporo Węgrów, a ci zachowali neutralność i sympatię wobec Polaków. W niektórych przypadkach nawet oddawali Polakom broń. Bardzo dokładnie opisał to węgierski oficer Jeno Szentivanyi w swojej wydanej w 1937 roku powieści Polskie Orlęta, niestety nieprzetłumaczonej na polski. Szentivanyi zresztą pozostał we Lwowie aż do końca walk. Doczekał zwycięstwa Polaków i dopiero wtedy wrócił do swego Budapesztu, aby napisać powieść o bohaterstwie polskich dzieciaków, swoistą lwowską wersję słynnych Chłopców z placu Broni Ferenca Molnara. Polacy we Lwowie dali się kompletnie zaskoczyć Ukraińcom, którzy 1 listopada przejęli władzę nad miastem. Lwów jednak był na wskroś polskim miastem, o ogromnej przewadze liczebnej ludności polskiej nad rusińską. Polacy błyskawicznie zorganizowali samoobronę, szybko odbili dworzec kolejowy, na którym stały transporty z bronią oraz amunicją.

Do Stanisławowa docierają wieści o obronie Lwowa i Przemyśla przed Ukraińcami. Co robić? Z dawnych drużyn strzeleckich jest na miejscu może ze stu strzelców i kilku oficerów. Reszta rozproszona, dopiero wraca do swego miasta. Polacy nie mają broni. 3 listopada zbiera się jednak tych kilku oficerów i powołuje sztab Polskiej Organizacji Wojskowej. Na swojego komendanta wybierają porucznika Antoniego Deblessema, bo to on był chyba głównym inicjatorem spotkania. Jego zastępcą zostaje Czesław Hofmokl, adiutantami Gustaw Dobrucki i Emil Henisz, szefem wywiadu Tadeusz Dyńko. Oni przejmują dowództwo.

Główny cel – podjęcie walki z Ukraińcami o odzyskanie Stanisławowa. Ale jak? W siedmiu kompaniach udaje się zgrupować około 300 ochotników, głównie młodzież, gimnazjalistów. Chcą się bić i to natychmiast! Ale nie mają broni. POW dysponuje w sumie 100 karabinami, 90 różnymi pistoletami, 5 magazynkami na sztukę broni oraz jednym karabinem maszynowym. Austriacy, szykując oddanie Galicji Ukraińcom, znacznie wcześniej ulokowali w Stanisławowie cały pułk piechoty, złożony z okolicznej, rusińskiej ludności. Ukraińcy błyskawicznie przejęli wszystkie koszary, jest ich nie tylko wielokrotnie więcej, ale są też lepiej zorganizowani i uzbrojeni po zęby. O tym wszystkim dokładnie wiemy ze wspomnień Antoniego Deblessema Z prac i walk o wolność Stanisławowa, wydanych w 1934 roku.

„Straciwszy wszelki kontakt z władzami zwierzchnimi, byliśmy po prostu jednostką samodzielną, kierującą się własną intuicją. Najwyższą władzą była dla nas Komenda Okręgowa, którą tworzyliśmy my sami” – zapisze w swych wspomnieniach Deblessem. On jeden na szczęście ocalił te fakty od zapomnienia. I to on ze swoim sztabem podejmuje heroiczny wysiłek powstrzymania na razie zbrojnego wystąpienia, które zakończyłoby się masakrą i represjami wobec całej polskiej ludności. Bo w Stanisławowie proporcje sił są zupełnie inne niż we Lwowie. A geograficznie miasto jest położone znacznie dalej od budującej się niepodległej Polski, Krakowa, Warszawy, Lublina.

Sytuacja w Stanisławowie z dnia na dzień jest coraz trudniejsza. Rząd Zachodniej Ukrainy po wyzwoleniu Lwowa przez polską odsiecz w grudniu 1918 roku przenosi się do Stanisławowa. Przez sześć miesięcy tu będzie stolica! Ukraińcy obsadzają swoimi ludźmi wszystkie kierownicze stanowiska. Eliminują polską inteligencję. Żydowska społeczność udziela nowym władzom wydatnego finansowego wsparcia, dzięki czemu szybko powstaje dobrze wyposażona stutysięczna ukraińska armia Strzelców Siczowych. Rząd Ukrainy żąda złożenia przysięgi wierności przez wszystkich urzędników. Wielu Polaków zatrudnionych w austriackiej administracji odmawia i zostaje aresztowanych. Na mieszkańców Stanisławowa zostają nałożone różne kontrybucje, jak choćby oddanie jednego kompletu bielizny męskiej dla powstającej policji i armii. W tej sytuacji, przy kompletnym braku informacji o postępach polskich wojsk w wojnie z Ukrainą, pozostaje jedynie w głębokiej konspiracji czekać na właściwy moment. A młodzież, takie same dzieciaki jak Lwowskie Orlęta, chce natychmiast dokonać powstania, podjąć walkę. Udało się we Lwowie, uda i u nas. POW stopniowo rośnie w siłę. Jest już pół tysiąca członków tajnej organizacji i dwudziestu dwóch oficerów. Przybywa kupowanej od Ukraińców broni. Ale też zaczyna się odpływ. Wbrew rozkazowi – czekajcie, bo będziecie potrzebni – mnóstwo peowiaków opuszcza Stanisławów i przez Karpaty przedostaje się do formującej się w Besarabii dywizji generała Lucjana Żeligowskiego. Deblessem wydaje rozkaz: czekamy do maja i jeśli sytuacja się nie zmieni, wszyscy przedrzemy się do polskiego wojska! To uspokaja nastroje.

Pod koniec maja ofensywa polskich wojsk nabiera siły. Do Stanisławowa zbliża się od strony Lwowa dywizja generała Franciszka Aleksandrowicza. Ukraińcy szykują odwrót, w ich szeregi wkrada się popłoch. 25 maja o szóstej rano Deblessem zbiera swój sztab i wydaje rozkaz: przejmujemy miasto! Peowiacy wkładają przygotowane wcześniej białe opaski z czerwonymi inicjałami POW, wyjmują broń. Pod wodzą porucznika Hofmokla błyskawicznie zajmują koszary przy ulicy Trzeciego Maja, gdzie jest mnóstwo broni. Żołnierze ukraińscy, przeważnie chłopi z okolic Stanisławowa, rzucają karabiny. A ukraiński komendant – jak odnotuje to Hofmokl – oświadcza: – Pane lejtnant, my kydajemo orużje, a oddajte namperepustku do doma! Podobnie dzieje się we wszystkich strategicznych miejscach, z dworcem kolejowym włącznie. Ginie tylko jeden ukraiński żołnierz.

Pierwszy rozkaz Komendy Miasta POW.

Deblessem z kolei udaje się do komendanta miasta, austriackiego podpułkownika Bema, który oddał się w służbę Ukrainie. Oficer o nazwisku przypadkowo zbieżnym z nazwiskiem polskiego bohatera Wiosny Ludów, generała Józefa Bema, przyjmuje warunki kapitulacji. 25 maja 1919 roku o godzinie 16.00 Stanisławów znów jest polski! Bez przelewu krwi, nie licząc tej jednej jedynej ofiary. W całym mieście rozwieszone zostają błyskawicznie wykonane w polskiej drukarni Władysława Chowańca plakaty z rozkazem numer 1 o przejęciu władzy przez Polski Komitet Powiatowy, podpisanym przez komendanta miasta porucznika Deblessema.

Specjalna kompania techniczna naprawia w ciągu kilku godzin wszystkie linie telefoniczne i uszkodzone tory kolejowe. Intendentura POW zabezpiecza magazyny z żywnością, uruchamia piekarnie, mleczarnie, rzeźnie, dostarcza żywność dla szpitali, ludności i przemianowanego z POW polskiego wojska. Nazajutrz po wyzwoleniu z ukraińskiej okupacji miasto zaczyna normalnie funkcjonować. Podobnie jest w pobliskim Chryplinie, gdzie ocalono most kolejowy na Bystrzycy, tak jest w Pawełczu, Tłumaczu i Tyśmienicy. Dopiero dwa dni później dochodzi do Stanisławowa tragiczna wieść o śmierci siedmiu peowiaków okrutnie zamordowanych przez Ukraińców w Pałachiczach.

Tego samego dnia, 27 maja, od strony Kałusza wkracza kompania regularnego Wojska Polskiego pod wodzą kapitana Stanisława Maczka, również przyszłego generała, dowódcy słynnej dywizji pancernej w czasie II wojny światowej. Po południu już przez most na Bystrzycy wjeżdżają ułani, a potem długie kolumny piechoty i artylerii dywizji generała Aleksandrowicza, entuzjastycznie witani i obsypywani bzem przez ludność Stanisławowa. A na ratuszu wreszcie łopocze biało-czerwona flaga.

Taki a nie inny przebieg wydarzeń w Stanisławowie miał istotny wpływ na wzajemne stosunki zamieszkującej całe województwo ludności polskiej, żydowskiej i już uważającej się nie za rusińską, lecz ukraińską. Okrzepnięte po wojnie, również i tej z bolszewikami w 1920 roku, państwo polskie nie wyciągnęło na terenie Pokucia większych konsekwencji, zarówno w stosunku do Żydów zaangażowanych we współpracę z rządem Zachodniej Ukrainy, jak i społeczności ukraińskiej. W Stanisławowskiem nie było takich zaognień jak we Lwowie, w Tarnopolu czy na Wołyniu. Zastosowano taktykę wybaczenia i tolerancji. Dwaj wybitni żydowscy politycy, którzy wsparli Ukraińców, prezesi kahału, doktor Bienenstock oraz doktor Halpern, zostali w 1922 roku wybrani do Senatu i Sejmu II RP. Wielu dowódców i działaczy ukraińskich z wojny w latach 1918–1919 pozostało na stanowiskach w swoich, mających duże znaczenie organizacjach społecznych, kulturalnych i gospodarczych, otrzymało mandaty do senatu i sejmu, reprezentowało swój naród we władzach miejskich i wojewódzkich, a prezes sądu za czasów ukraińskich Metela, również po 1919 roku pozostał prezesem Sądu Okręgowego w Stanisławowie.

Nie mam wątpliwości, że w tych trudnych dniach ogromną rolę odegrała rzadka u Polaków roztropność. Głównie porucznika inżyniera Antoniego Deblessema. Nie doczekał on jednak należnego mu uznania. Znamienne, że po uzyskaniu wolności w Stanisławowie zaczęły się swary między peowiakami, legionistami i nowo powołaną strażą miejską o to, kto położył większe zasługi. Podobnie zresztą było we Lwowie. Nie tylko w tym mieście, ale iw całej Polsce szybko zapomniano o kapitanie Czesławie Mączyńskim, który faktycznie dowodził obroną Lwowa. Bo wszedł w konflikt z legionistami. Podobnie było z Deblessemem. Gdy wreszcie nastał pokój, wrócił on do gazowni i przez pewien czas nią kierował. W końcu jednak opuścił Stanisławów. Odszedł w zapomnienie. I dlatego, kiedy w 1946 roku trafiłem w Opolu do I Gimnazjum im. Mikołaja Kopernika, pojęcia nie miałem, że chodzący o klasę niżej, też pochodzący ze Stanisławowa Kazik Deblessem, to bliska rodzina (Antoni był jego stryjecznym dziadkiem) bohatera mojego miasta. Ale mój syn Michał, który jest dziennikarzem III Programu Polskiego Radia, już doskonale wie, z jakiego rodu wywodzi się Janusz Deblessem, który w tej samej rozgłośni prowadzi programy muzyczne. Tak się plecie na tym świecie.

SZARŻA POD KRECHOWICZAMI

W czasie I wojny światowej Stanisławów został mocno zniszczony. Miasto pięciokrotnie przechodziło z rąk do rąk, dwukrotnie na jego ulicach toczyły się walki. Już 3 września 1914 roku w toku ofensywy na Karpaty Stanisławów zajęli Rosjanie. To wtedy w wyniku artyleryjskiego ostrzału doszło do pożaru i poważnego zniszczenia głównej synagogi. Rosjanie, aby wesprzeć sojuszniczą Serbię, od której zaczęła się wojna, za wszelką cenę chcieli przełamać linię Karpat i dotrzeć na Bałkany. Najbardziej zacięte walki toczyły się w okolicach Nadwórny i Bohorodczan. Na tym froncie w pierwszym roku wojny po stronie austriackiej walczyły również Legiony Polskie.

Dramatyczny był drugi rok wojny. W lutym 1915 roku Austriacy odbili Stanisławów, ale po trzech tygodniach w wyniku przeciwnatarcia Rosjan znów musieli się wycofać, by jednak wrócić w czerwcu. Wtedy po raz pierwszy Stanisławów stał się miastem frontowym.

Następna wielka ofensywa rosyjska ruszyła dopiero latem 1916 roku, 11 sierpnia Rosjanie po raz trzeci zajęli Stanisławów. Tym razem na dłużej, bo prawie na rok, aż do lipca 1917 roku. To już była pełna okupacja, łącznie z ustanowieniem własnego gubernatora. Do początków rewolucji i upadku caratu. I właśnie wtedy nadeszły najbardziej tragiczne dla Stanisławowa dni.

Podjęta latem 1917 roku ostatnia ofensywa wojsk rosyjskich, już za rządów Kiereńskiego, raptownie załamuje się w Karpatach. Na tym froncie oprócz wojsk austriackich zgromadzono też niemieckie dywizje, które rozbijają natarcie Rosjan. W ich szeregach narasta bolszewicka agitacja, łamie się dyscyplina, całe pułki idą w rozsypkę. Tylko niektóre jednostki wycofują się w szyku. 21 lipca 1917 roku hordy maruderów pojawiają się na ulicach Stanisławowa. Zaczynają rabować sklepy, włamywać się do mieszkań, podpalać, gwałcić i mordować próbującą stawiać opór ludność cywilną. Wybuchają pożary, leje się krew, zwłaszcza Żydów. Miasto nie jest przygotowane, rosyjska policja albo już je opuściła, albo sama zaczyna rabować. Nie ma żadnej samoobrony, bo w czasie wojny za posiadanie w domu broni, zarówno za Austriaków, jak i Rosjan, szło się pod ścianę. Jedynym ratunkiem są zabarykadowanie się lub ucieczka. Magistrat jest bezradny, a burmistrz Antoni Stygar mimo łez w oczach nie jest w stanie przekonać rosyjskiego generała Sytina, którego 11. Dywizja w jakim takim szyku wycofuje się z frontu na tyły, aby obronił miasto i zrobił porządek. I wtedy pojawia się pułkownik Bolesław Euzebiusz Mościcki, dowódca stacjonującego w odległych o 4 kilometry od Stanisławowa Krechowcach samodzielnego polskiego pułku ułanów w służbie rosyjskiej. Bo w trakcie wojny nie tylko Austriacy łudzili Polaków ustanowieniem po jej zakończeniu odrębnego państwa i znając dzielność naszego narodu, zaczynali organizować polskie jednostki. Austria dała zgodę na Legiony, a Rosja, po lutowej rewolucji 1917 roku i upadku caratu, zgodziła się na sformowanie polskiego pułku ułanów! Jedynego polskiego pułku w Rosji. I akurat ten pułk trafia na front w okolicach Stanisławowa.

Pułkownik Bolesław Mościcki.

Mościcki był wybitnym zawodowym oficerem carskiej armii. Urodził się w Wysokiem Mazowieckiem w rodzinie szlacheckiej pieczętującej się herbem Ślepowron (podobnie jak Ignacy Mościcki, niewykluczone zatem, że mieli powiązania rodzinne).

Po maturze zdecydował się na karierę wojskową. W 1902 roku ukończył szkołę oficerską i został skierowany do oddziałów jazdy zaamurskiej w Mandżurii. Miał za sobą udział w wojnie rosyjsko-japońskiej, ale szybkie awanse przyszły dopiero w trakcie I wojny światowej, kiedy z porucznika doszedł do rangi pułkownika. Otrzymał nie tylko szereg odznaczeń, ale i złotą szablę od cara za dzielność i przytomne dowodzenie w kolejnych kampaniach na froncie karpackim. I to jemu na prośbę delegacji formowanego polskiego pułku ułanów powierzono dowództwo tej jednostki.

Mundury były rosyjskie, ale duch w pułku absolutnie inny – polski. W pierwszym rozkazie do swoich żołnierzy Mościcki mówił: „Żołnierz prosty, ułan polski, jego twarz – są nietykalne!”. Pułkownik Mościcki bowiem od początku swojej służby w armii rosyjskiej był zdecydowanym przeciwnikiem poniżania żołnierzy, bicia szpicrutą, traktowania przez oficerów, a zwłaszcza podoficerów jak bydło, co było wręcz nagminne i legło u podstaw buntu w armii, rewolucji. Polak w mundurze rosyjskiego oficera dawał temu wyraz już wcześniej, niejednokrotnie narażając się zwierzchności. W dowodzonym przez siebie polskim pułku szacunek dla żołnierza stawia więc na pierwszym miejscu. To nasze, polskie, a nie rosyjskie wojsko – powtarzał Mościcki na każdym kroku – bijemy się o Polskę! Nic więc dziwnego, że wszyscy gotowi byli pójść za swym dowódcą w ogień i pułk szybko zyskał sławę.