Strona główna » Religia i duchowość » Światło z Libanu. Święty Charbel

Światło z Libanu. Święty Charbel

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8043-128-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Światło z Libanu. Święty Charbel

Pierwsza w Polsce tak obszerna i rzetelna biografia św. Charbela, maronickiego mnicha z Libanu, znanego coraz szerzej za sprawą spektakularnych cudów, które dokonują się za jego wstawiennictwem. Charbela nie można jednak sprowadzić tylko do roli cudotwórcy. Okazuje się, że jego duchowość jest dla współczesnego człowieka czymś niezwykle pociągającym.

Biografia wzbogacona licznymi świadectwami oraz fotografiami z Libanu, Syrii i miejsc kultu.

Polecane książki

Osadzona w barwnych latach dziewięćdziesiątych, pełna ciepła i humoru opowieść dla wszystkich dzieciaków. Dla tych, które dopiero poznają znaczenie słowa „przyjaźń”. Dla tych, które ciągle słyszą, że powinny się bawić z młodszym rodzeństwem, a nie tylko z kolegami....
Publikacja zawiera kompleksową analizę przepisów regulujących przebieg postępowania cywilnego. W opracowaniu uwzględniono najnowsze zmiany Kodeksu postępowania cywilnego, przepisy prawa unijnego i regulacje międzynarodowe. Wnikliwej analizie poddano przede wszystkim rewolucyjną, a zarazem najobszern...
Wystarczy wyjść z domu, żeby nie móc przestać się dziwić. Nie trzeba mieszkać w Puszczy Białowieskiej – wystarczy rozejrzeć się przed blokiem, w parku, nad strumykiem. Rosną tam rośliny pozornie banalne – lebiodka, babka, macierzanka. Mieszkają zwierzęta, na które na co dzień nie zwraca się uwagi – ...
W swej najnowszej książce uznany historyk Helen Castor w odmienny sposób prezentuje porywające życie Joanny d’Arc. Zamiast ikony, widzimy energiczną, młodą kobietę, która walczyła z Anglikami i miała odwagę zająć własne stanowisko w krwawej wojnie domowej, która wyniszczała piętnastowieczną Francję....
Z mediów docierają do Ciebie informacje o celebrytach stale odnoszących sukcesy, mówiących nam, jak żyć, wyglądających przy tym pięknie i olśniewająco? Za wszelką cenę chcesz im dorównać i tylko wpędzasz się w stan przygnębienia, stale się krytykujesz i nie doceniasz swoich osiągnięć? Przestań to ro...
„Kronika Dzierswy”, „Kronika Dzierzwy”, „Kronika Mierzwy”, „Kronika franciszkańska” – kronika historii Polski spisana w średniowieczu po łacinie. Zachowała się w czterech rękopisach z XV wieku oraz w jednym z XVI. Powstała najprawdopodobniej w Krakowie. Jej autorem mógł być franciszkanin związany z ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Małgorzata Bilska

Strona redakcyjna

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2016

Na okładce wykorzystano obraz Bogusława Onsowicza

ISBN 978-83-8043-128-7

Wydawnictwo M

31-002 Kraków, ul. Kanonicza 11

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail: biuro@wydawnictwom.pl

www.wydawnictwom.pl

Dział handlowy: tel. 12-431-25-78; fax 12-431-25-75

e-mail: handel@wydawnictwom.pl

Księgarnia wysyłkowa: tel. 12-259-00-03; 721-521-521

e-mail: bok@klubpdp.pl

www.klubpdp.pl

Publikacja elektroniczna

Pamięci Ojca Jana Góry OP,

twórcy pustelni św. Marii
Magdaleny na Jamnej

Wstęp

Wstęp

Św. Charbel — na pierwszy rzut oka trudno go porównać
z jakimkolwiek innym świętym, pobudzającym wyobraźnię współczesnych
katolików. Słynie z cudów, a ma ich na koncie tyle, że został okrzyknięty
„cudotwórcą”. Część z nich jest tak spektakularna i zadziwiająca, że
budzi nieufność inteligentów, odżegnujących się od zabobonów. Na dodatek
został w naszym zachodnim Kościele spopularyzowany przez ruch
charyzmatyczny, preferujący często emocjonalne przeżycie wiary kosztem
świadomej, rozważnej refleksji. Z tych, a także innych powodów, św.
Charbel stał się modny w pewnych kręgach, niemal niwecząc przy tym szansę
na dotarcie do prawdy o jego życiu. Tak działają stereotypy i etykiety —
krzywdzą i upraszczają wizerunek. W Polsce ta cudownościowa etykieta
przykleiła się do świętego po zaledwie trzech latach od pierwszych
jaskółek jego
sacrocelebryckiej sławy.

Charbel, a właściwie Józef Makhlouf, żył w XIX wieku w
górach Liban, jak wielu mnichów i pustelników przed nim i po nim. Nie był
aniołem, jak głosi fama, lecz zwyczajnym, zakochanym do szaleństwa w Bogu
Maronitą. Miłość rzecz ludzka. I boska zarazem. Chrześcijanie wierzą, że
jej źródłem jest miłość doskonała Trzech Osób: Ojca, Syna i Ducha
Świętego. Święci umierali nie tyle za wiarę w Boga, ile z miłości do Niego
i bliźnich. To z jej powodu zostawiali wszystkie obietnice tego świata.
Św. Charbel szedł drogą codziennego kształtowania relacji z Bogiem. Uczył
się miłości krok po kroku, w ukryciu i radosnym milczeniu. Sławny stał się
po śmierci i wbrew sobie. Bóg na pewno „maczał w tym palce”, bo w Jego
planach nie ma miejsca na ślepy traf losu.

5 grudnia 2015 roku minęło pięćdziesiąt lat od
beatyfikacji Maronity na ostatniej sesji Soboru Watykańskiego.
Przełomowej, jeśli chodzi o stosunek Kościoła rzymskokatolickiego do
dialogu z Kościołami wschodnimi. Już to skłania do podjęcia próby
zrozumienia, kim są chrześcijanie wschodni, zwłaszcza, że wkrótce mogą
stać się naszymi sąsiadami jako uchodźcy. Syria jest bliska Libanowi
geograficznie, historycznie i kulturowo. Kościół maronicki, jeden z
dwudziestu trzech katolickich Kościołów wschodnich, ma swój początek w V
w. w Syrii. Założyli go uczniowie św. Marona, syryjskiego pustelnika.

Co wyróżnia tę książkę na tle innych publikacji?
Cztery rzeczy: „metoda badawcza”; geneza powstania; ukazanie związków
między pustelnikiem św. Charbelem a o. Janem Górą OP; autentyczne
opowieści osób, które zechciały się podzielić doświadczeniem obecności św.
Charbela w swoim życiu. Są to ludzie w różnym wieku, różnych wyznań i
narodowości, mniej lub bardziej znani, bardziej lub mniej praktykujący, co
pozwala poszerzyć spektrum wyobrażeń o bohaterze książki. Chciałabym, aby
stała się ona wezwaniem do wznoszenia mostów ponad podziałami. A także
zaczynem przebaczenia, pojednania i pokoju, bo tego świadectwo dawał św.
Charbel, a także śp. Jan Góra OP. Kiedy ten drugi mówił: „Kocham was”,
nie były to czcze słowa (bez jego pustelni książka nigdy by nie powstała,
nie tylko dlatego, że dzięki niemu kiedyś na Jamnej zaczęłam szukać Boga).

Libańscy Maronici, jako jedyna wspólnota chrześcijan
wschodnich, nigdy nie odłączyli się od Rzymu. Katolickie Kościoły
wschodnie to te, które uznają prymat Biskupa Rzymu. Paradoksem jest
sytuacja, w której spośród kilkudziesięciu Kościołów wschodnich polscy
wierni znają głównie grekokatolików i… Koptów. Potocznie dzielimy
chrześcijan na katolików, prawosławnych i protestantów, co wynika z
doświadczeń historycznych. Wiele razy spotkałam się z poglądem, że
określenie „Kościoły wschodnie” odnosi się do tych na wschód od
Polski. Może gdyby nasz kraj był centrum chrześcijańskiego świata… Nie
jest nim jednak.

Historia chrześcijaństwa jest dłuższa, niż 1050 lat od
chrztu Polski. Zaczęła się na Bliskim Wschodzie. Tam urodził się Jezus,
umarł i zmartwychwstał. Tam nauczał. Tam apostołowie zakładali pierwsze
gminy chrześcijańskie. Powstawały zręby teologii, dogmaty i Credo. I tam
zaczął się monastycyzm — na pustyni Egiptu, Palestyny i Syrii. Wydaje się
nam, że klasztory były od zawsze. Nie zastanawiamy się nad korzeniami
życia zakonnego (eremickiego i cenobitycznego, czyli wspólnotowego).
Przykładowo — dominikanie świętują w tym roku jubileusz 800-lecia
istnienia. Nie byłoby św. Dominika, gdyby św. Antoni Wielki i św.
Pachomiusz nie wyszli na pustynię na przełomie III i IV wieku. Dziś,
dzięki św. Charbelowi, możemy poznać świat zapomnianych braci w wierze z
Bliskiego Wschodu. Nie jest to jednak proste, gdyż wymaga rzetelnej pracy
i znajomości innej kultury. Jako absolwentka studiów doktoranckich w
Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, znając dorobek
antropologów kultury, podeszłam do tematu z pewnym warsztatem
metodologicznym. Dzięki temu udało mi się uniknąć kilku pułapek, w tym
bezkrytycznego cytowania maronickich źródeł, ale i rozwikłać kilka
zagadek. Do najciekawszych zaliczam kwestię libańskich snów.

Geneza powstania książki ma wpływ na jej treść. W
marcu 2013 roku ukazała się moja książka Kochaj i walcz o
kulcie św. Rity. Pod koniec czerwca otrzymałam propozycję napisania nowej,
o św. Charbelu. Nie paliłam się do tego pomysłu. Kolejny święty od spraw
niemożliwych? Nie odmówiłam od razu, ponieważ dwie kwestie mnie
zaintrygowały. Po pierwsze, Charbela beatyfikował, a potem kanonizował,
soborowy papież Paweł VI. Kierunek reform Soboru nie pasował mi do ascety.
Po drugie, nabożeństwa za wstawiennictwem św. Charbela odbywają się 22
dnia każdego miesiąca. W te same dni, co do św. Rity. Moje nawrócenie było
procesem, ale ma konkretną datę: 22 lutego 1995 roku. Odcinając się od
numerologii, a trzymając wiary w „nieprzypadkowe przypadki”, nie
mogłam przejść obok tego obojętnie. Sprawdziłam daty dotyczące Charbela.
Jego wspomnienie przypada na świecie 24 lipca, w Polsce 28 lipca. Zostało
przeniesione, bo w naszym kalendarzu liturgicznym pokrywałoby się ze
wspomnieniem bardziej znanej św. Kingi. Skąd zatem 22 dzień miesiąca? Otóż
w nocy z 21 na 22 stycznia 1993 roku miała miejsce jedna z najbardziej
niezwykłych interwencji świętych. Sparaliżowana Nouhad Al-Chami, została
zoperowana podczas snu przez św. Charbela w asyście drugiego mnicha.
Charbel nie żył od 1898 roku; operację tętnic szyjnych przeprowadził
perfekcyjnie. Tydzień później Libance przyśniła się z kolei św. Rita
(popularna w Libanie), wyjaśniając, że przy zabiegu asystował św. Maron.
Po nagłośnieniu sprawy przez media Nouhad chciała wyjechać. Wtedy przyśnił
jej się św. Charbel i polecił, aby 22 dnia każdego miesiąca odprawiała
pielgrzymki do jego pustelni. Szerzej analizuję ten przypadek w rozdziale
II.

Aby podjąć ostateczną decyzję o pisaniu książki,
pojechałam na Jamną.

Jamna[1] to wieś położona na szczycie
zalesionej góry, w gminie Zakliczyn, dwie godziny drogi od Krakowa. O.
Góra kojarzony był przede wszystkim z wielotysięcznymi spotkaniami młodych
nad Jeziorem Lednickim. Przygodę z Jamną zaczął wcześniej, w 1992 roku. To
miejsce odosobnione, kameralne, prawdziwe gospodarstwo i dom modlitwy.
Nasycone pamięcią tragicznych wydarzeń z czasu II wojny światowej. Na
początku lat dziewięćdziesiątych XX w. opustoszałe, bez przyszłości i
nadziei. Wyjechali stamtąd prawie wszyscy młodzi ludzie. Dziś, kilkaset
metrów nad Sanktuarium Matki Bożej Niezawodnej Nadziei, stoi pustelnia. Po
kilku dniach ulewy udało mi się tam dotrzeć. Otworzyłam drzwi, skręciłam w
lewo do izby i stanęłam jak wryta. Dosłownie. Na wprost mnie wisiał obraz
mnicha w kapturze, z długą brodą, spuszczonymi oczami i białym krzyżem na
piersiach. Czy to możliwe? Nie dowierzałam.

To był św. Charbel. W czasie następnej wizyty pod
koniec sierpnia, na odwrocie obrazu znalazłam wizytówkę malarza. Dzięki
niej dotarłam do Bogusława Onsowicza. Dowiedziałam się, kto i kiedy
zamawiał obraz (na Jamnej nikt tego nie pamiętał). Osoba ta chce pozostać
anonimowa. Malarz przesłał obraz na wskazany adres; a osoba napisała do o.
Jana list, który zaginął. Obraz przeznaczyła do nowego kościoła. Trafił do
pustelni. Przez kilka lat nikt się nie interesował Charbelem — aż do dnia,
w którym poszłam przemyśleć, czy pisać o nim książkę…

Dzień mojego nawrócenia, tj. 22 lutego, to —
przypadkiem — wspomnienie św. Małgorzaty z Kortony, nazywanej Marią
Magdaleną od św. Franciszka. Pustelnia jest pw. św. Marii Magdaleny,
apostołki apostołów. 13 marca 2013 roku następcą św. Piotra został Jorge
Maria Bergoglio i przybrał imię Franciszek. Książka ukazuje się podczas
trwającego w Kościele katolickim Roku Miłosierdzia. Decyzją biskupa
tarnowskiego Andrzeja Jeża w kościele na Jamnej, gdzie kult Bożego
Miłosierdzia jest bardzo żywy (posługują siostry ze Zgromadzenia Sióstr
Jezusa Miłosiernego, tzw. Faustynki), ustanowiono Jubileuszową Bramę
Miłosierdzia. Wtedy wystarczyła mi wiedza, że 22 lutego Jezus objawił też
św. Faustynie obraz „Jezu ufam Tobie”. Ponieważ jestem wychowanką o.
Jana, podobnie jak on, lubię „chodzić za przypadkami”. Było tu tyle
przypadków i znaków, że decyzja mogła być tylko jedna.

O. Jan Góra OP był niedoścignionym mistrzem czytania
znaków, przywracania sensu symbolom. Mówił o tym między innymi ks. bp
Grzegorz Ryś w homilii wygłoszonej 6 lutego 2016 roku. w Bazylice
Mariackiej w Krakowie. Nic dziwnego, że w taki właśnie sposób podeszłam do
tematu „życie i kult św. Charbela”. Jest to pierwsza znana mi próba
odczytania niektórych cudów tego świętego jako znaków od Boga. Czyż cuda
Jezusa miały na celu tylko troskę o potrzebujących?

O. Góra zdawał się chodzić tropami św. Charbela, ale
do czasu naszej rozmowy o obrazie nic o nim nie wiedział. Co nie zmienia
faktu, że znaki łączą ich w szczególny sposób. O. Góra napisał do książki
piękne świadectwo o kontemplacji w pustelni. Obiecał coś na tylną okładkę.
Nie zdążył. Ostatni raz rozmawiałam z nim telefonicznie 25 listopada,
miesiąc przed śmiercią (sms-y wciąż mam w telefonie). Zmarł
nieoczekiwanie, w symboliczny sposób. Bardzo podobnie do św. Charbela.
Pewne analogie do świętego nie oznaczają, że dominikanin zostanie
wyniesiony na ołtarze. Pokazują jednak, że nas katolików łączy z
Maronitami więcej, niż bylibyśmy skłonni przyznać.

Opowieść o. Góry o pustelni znajdzie czytelnik w
rozdziale III, wraz z siedemnastoma innymi i wywiadem z maronickim
duchownym, proboszczem parafii w Stanach Zjednoczonych.

Kościół maronicki liczy około 3,2 miliona członków, z
czego w Libanie mieszka połowa, około 1,6 miliona[2]. Spośród
osób żyjących w diasporze 94 proc. Maronitów pochodzi z Libanu. Można ich
spotkać na całym świecie. W Europie mieszka 75 tysięcy Maronitów, z tego
we Francji aż 52 tysiące — tyle samo, co w Syrii (dane sprzed wojny). W
Polsce są nieliczni. Wywiad z libańskim Maronitą przeprowadził polski
ksiądz. Pozostałe historie nagrałam podczas spotkania z autorami lub w
czasie rozmowy telefonicznej; kilka zostało napisanych i przesłanych. Stanowią
bezcenny wkład w opowieść o św. Charbelu, integralną część książki
podzielonej na trzy rozdziały. Pierwszy, to biografia, drugi dotyczy
rozwoju kultu. Wszystkie zawierają duży ładunek merytorycznych informacji
o Maronitach.

Liban jest niepodległym państwem dopiero od 22
listopada 1943 roku. Po okresie gospodarczej prosperity (był
nazywany Szwajcarią Bliskiego Wschodu) w 1975 roku wszedł w okres wojny
domowej, trwającej do 1989 roku. Zakończyło ją podpisanie Karty Zgody
Narodowej (tzw. porozumienie z Taif). Wojska syryjskie wycofały się z
niego dopiero w 2005 roku (po protestach będących reakcją na śmierć
premiera Rafika Haririego w zamachu bombowym). W 2011 roku wybuchła wojna
domowa w Syrii. W Libanie, kraju o powierzchni nieco ponad 10 tys. km
mieszka 4 mln ludzi. Przyjęli oni 1,5 mln uchodźców z Syrii i około 400
tys. Palestyńczyków. Polscy katolicy chętnie szukają pomocy u cudotwórcy z
Bliskiego Wschodu. Jaki cud musiałby się zdarzyć, żeby zamiast liczb w
każdym uchodźcy zobaczyli twarz konkretnego człowieka? Nie tylko w Roku
Miłosierdzia! Może Charbel przybliży Polakom los tych, których lękają się,
zapewne z niewiedzy.

Liban jest krajem demokratycznym. Demokracja ta,
nazywana konfesyjną, opiera się na proporcjonalnej reprezentacji grup
etniczno-religijnych (tzw. „formuła libańska”). Zgodnie z konstytucją
prezydentem kraju musi być chrześcijanin — Maronita, premierem —
muzułmanin sunnita, a przewodniczącym parlamentu — muzułmanin szyita.
Kościół maronicki odegrał wielką rolę w odzyskaniu niepodległości przez
Liban i przyczynił się do jego demokratyzacji. Jest to jedyny kraj arabski
(językiem urzędowym w Libanie jest arabski, nie ma języka libańskiego),
który nie jest muzułmański — i jedyny, który ratyfikował Konwencję Praw
Człowieka ONZ. W 1971 roku Charles Malik, znany libański filozof i
dyplomata, wiele miejsca w debacie publicznej poświęcał walce krajów
Europy Środkowo-Wschodniej o prawa człowieka. Bliskie są nam jego słowa o
Libanie: „Duchowość pomogła stworzyć niepodległy kraj, a kraj pomaga
ocalić duchowość”[3]. Liban tylko pozornie pozostaje obcy.

Spójrzmy jeszcze na imię zakonne — Charbel. To
francuska wersja greckiego Sarbeliusz. Można czasem spotkać spolszczoną
wersję: Szarbel. Czy mazurki Fryderyka Chopina budziłyby mniejszy zachwyt,
niż Szopena? Czyż pełna libańskich cedrów Pieśń nad Pieśniami nie
przemawia także do nas?

Rozdział I: Tryptyk z cedru

ROZDZIAŁ I

Tryptyk z cedru

Liban leży na styku trzech kontynentów: Europy, Azji i
Afryki, a także trzech wielkich religii monoteistycznych: chrześcijaństwa,
judaizmu i islamu. Z jednej strony sąsiaduje z Izraelem, z drugiej — z
Syrią. Z trzeciej falami uderza o brzeg Morze Śródziemne. Liczy około 4
mln mieszkańców, którzy reprezentują 18 wyznań. Łączy w sobie dziedzictwo
wielu starożytnych kultur. Różnorodność jest wpisana w jego sposób
istnienia, choć w czasach św. Charbela, przedtem i później, lała się tam
krew. Święty nie zginął jednak za wiarę. Jego droga to tak zwane „białe
męczeństwo”. Był bezkrwawym męczennikiem codzienności, umierając z
miłości po trochu, systematycznie i bez rozgłosu.

W życiu św. Charbela splatają się mocno: wiara,
nadzieja i miłość. Żył dla miłości, jej zawierzył, na wieczne obcowanie z
nią po śmierci miał nadzieję. I chyba się nie przeliczył, skoro często
daje o sobie znać, okazując miłość tym, co na ziemi. Do jego sanktuarium w
Annaya co roku pielgrzymuje tylu ludzi z całego świata, ilu mieszka w
Libanie. Polacy też. Tylko, czy naprawdę wiedzą, kim jest? Kim są
Maronici? Nie są obcy. O ich przodkach czytamy w Biblii. Ojciec Charbel
mieszkał w kraju cedrów, znanym na przykład z dialogu Oblubieńca i
Oblubienicy z Pieśni
nad Pieśniami, erotycznej, pełnej uniesień i
zachwytów miłości księgi Starego Testamentu. Przodkinią Charbela[4]
była wyjątkowa bohaterka Nowego Testamentu — Syrofenicjanka. Wiara poganki
tak zaskoczyła Jezusa, że uległ jej prośbie uwalniając córkę od złego
ducha. Wcale tego nie planował. [Mk 7,24-30]

Ojczyzna Charbela była bliska św. Janowi Pawłowi II.
Jego adhortacja Nowa
Nadzieja dla Libanu to jedyny tego typu
dokument, w którego tytule występuje nazwa kraju. Libańscy chrześcijanie
kochają Polkę, św. Faustynę. Ksiądz Tomasz Grzyb z papieskiej organizacji
Pomoc Kościołowi w Potrzebie, która pomaga prześladowanym chrześcijanom w
różnych częściach świata, wspomina:

W 2012 roku byłem w Libanie i odwiedziłem sanktuarium
św. Charbela. Jest przepięknie położone, na wzgórzu. Piękny jest stary
klasztor. Urzeka ogrom ludzi, który się tam przewijają. Akurat trwały
przygotowania do pielgrzymki Benedykta XVI w Libanie, może miało to wpływ?
Mnóstwo autokarów z pielgrzymami, przyjeżdża też dużo osób prywatnych, co
widać po samochodach. Miejscem szczególnego wyciszenia pozostaje kaplica,
w której znajduje się sarkofag z ciałem św. Charbela. Bardzo proste,
zwyczajne miejsce, pasujące do drogi świętego. Trochę ponure, szare, ale
zupełnie nie przytłacza. Surowa, zakonna prostota pokazująca, jak niewiele
człowiekowi potrzeba do szczęścia.

W Libanie zauważyłem wiele wizerunków Matki Teresy z
Kalkuty. Nie wiem, czemu akurat ona jest bliska Libańczykom. Może wynika
to z tego, czym się zajmowała, bo tu także jest dużo ubogich „ludzi ulicy”,
którzy potrzebują pomocy. Wszędzie są też zdjęcia Jana Pawła II. W wielu
miejscach można zobaczyć — obok obrazu Jezusa Miłosiernego — św. Faustynę
Kowalską. Widziałem też obrazy dzieci z Fatimy.

Św. Charbel nigdy nie myślał o tym, żeby zyskać sławę
na tym świecie. Stał się najbardziej rozpoznawalnym świętym z Bliskiego
Wschodu. Spróbujmy poznać go nieco bliżej.

Część 1. Dom w górach

Część 1. Dom w górach

Święty Charbel urodził się 8 maja 1828 roku jako Józef
(Youssef) Makhlouf w górskiej miejscowości Biqa-Kafra, w północnym
Libanie, około 140 kilometrów od dzisiejszej stolicy — Bejrutu. W
biogramach osób ważnych dla Kościoła maronickiego, z jego długą historią,
nie zawsze udawało się odtworzyć datę narodzin co do dnia. Tradycyjnie
podawano natomiast dokładną datę chrztu. Już to pokazuje głęboką wiarę
ludu, z którego święty się wywodził. Józef został włączony we wspólnotę
Kościoła 16 maja 1928 roku.

Najmłodszy z rodziny

Był piątym dzieckiem Antoniego (Antoun Zaarour)
Makhloufa oraz pochodzącej z Baszarri Brygidy (Brigitty), córki Eliasza Jakuba Chidiaca. Miasteczko Baszarri[5] leży
w niezwykle malowniczej Dolinie Kadisza (Wadi Kadisza), która uważana jest
za kolebkę Maronitów jako nacji. Nazwa doliny pochodzi od płynącej przez
nią rzeki: w języku aramejskim, z którego wywodzi się syriacki (język
liturgii) sprawowanej przez św. Charbela, „kadisza” znaczy „święta”.
Warto nadmienić, że w Baszarri za życia sławnego syna Brygidy Chidiac —
wtedy już przebywającego w pustelniczym odosobnieniu — przyszedł na świat
Khalil Gibran (1883-1931), najbardziej znany pisarz libański, autor między
innymi Proroka. Znajduje się tam jego muzeum, które chętnie odwiedzają
turyści, łącząc je z wizytami w zabytkowych klasztorach, w tym w
sanktuarium św. Charbela w Annaya. Z Biqa-Kafra, najwyżej położonej
miejscowości (1600 metrów n.p.m.), rozciąga się malowniczy widok na Dolinę
Kadisza i góry, które są dużo wyższe niż polskie Tatry. Najwyższy szczyt
Kurnat as-Sauda mierzy 3083 metrów n.p.m. Ponieważ na tej wysokości śnieg
leży przez większą część roku, starożytni mieszkańcy tych ziem mówili na
nie „lebanon”, przywołując obraz mlecznej bieli w językach semickich[6].
Język arabski, wywodzący się z tej grupy językowej, mleko nazywa „leban”.
Liban to zatem „Biała Góra”. Państwo Liban rozciąga się na przestrzeni
10 452 kilometrów kwadratowych, obejmując góry Liban, żyzną Dolinę Bekaa,
nieco niższe góry Antyliban, a także pas wybrzeża z portami nad Morzem
Śródziemnym. To jedno z najmniejszych państw w tamtym regionie.

W Świętej Dolinie narodziła się lokalna legenda św.
Antoniego Wielkiego, który był co prawda Koptem, ale kluczowym (o czym
wiedzą tylko nieliczni badacze z Zachodu) dla maronickiego monastycyzmu.
Podobno w IV wieku osiedlili się tu uczniowie św. Antoniego, dając
początek pierwszemu klasztorowi maronickiemu w górach Liban — klasztorowi
w Qozhaya[7]. Z czasem nabrał on wielkiego znaczenia, zarówno w
sensie duchowym, jak i materialnym (kulturowym). Najlepiej ujął to ks.
Karam Rizk z uniwersytetu w Kaslik. Według niego wśród Maronitów panowało
powszechne przekonanie, że gdyby wszystkie klasztory zgromadzenia zostały
zburzone, a tylko ten w Qozhaya się ostał, trwanie zakonu nie byłoby
zagrożone. Jeśli jednak klasztor w Qozhaya uległby zniszczeniu, żaden inny
nie byłby w stanie już go zastąpić[8]. Józef dorastał zatem u
źródła tożsamości mniszej i pustelniczej Kościoła maronickiego.

Do dziś w dolinie znajdują się klasztory
chrześcijańskie różnych wyznań, fantastycznie usytuowane na skalnych
nawisach, a także wspaniałe lasy cedrowe. Niektóre drzewa mają ponad
tysiąc lat, inne — kilkaset[9]. Libańskie cedry są przywołane w
Biblii kilkadziesiąt razy, głównie jako synonim mądrości, sprawiedliwości,
mocy i potęgi Boga. Pojawiają się często w Księdze Psalmów i Pieśni nad
Pieśniami. Są to drzewa wyjątkowo odporne na działanie szkodników, chorób
i procesów gnilnych. Starożytni uważali je za symbol niezniszczalnego
życia. Według proroka Izajasza ich wieczna zieleń symbolizuje Królestwo
Boże [Iz 35,2]. Święty Cyryl, patriarcha Aleksandrii, który miał duży
udział w sporach dogmatycznych w V wieku, dających początek części
Kościołów wschodnich, twierdził z kolei, że drzewo cedrowe symbolizuje
niezniszczalność ciała Jezusa Chrystusa. Cedry wydają miłą woń, niektóre
osiągają ponad 30 metrów wysokości (10 pięter) przy ponad 10 metrach
obwodu pnia. Rosną na zboczach gór. Ich szlachetne drewno służyło jako
budulec wielu starożytnym władcom, powstała z niego świątynia króla
Salomona.

Maronici, prześladowani na przestrzeni wieków przez
różne grupy narodowe i religijne, w górskiej dolinie znajdowali bezpieczne
schronienie. Ukrywali się w naturalnych jaskiniach i grotach, które z
czasem zaczęły być wykorzystywane jako eremy. Do dziś w przyklasztornych
eremach mieszkają pustelnicy[10], którzy żyją według niezwykle
surowej reguły.

Charbel miał dwóch wujów ze strony matki: Antoniego i
Józefa, którzy wybrali drogę eremicką. Pierwszy nosił imię zakonne Daniel,
drugi — Augustyn. Mieszkali w pustelni przy klasztorze pw. Świętego
Antoniego Wielkiego w Qozhaya, w Dolinie Kadisza, odległym od domu rodziny
Makhlouf o 5 kilometrów. Obaj byli wzorami i autorytetami dla młodego
Józefa, bardzo ważnymi na drodze rozeznania jego powołania.

Miał czworo rodzeństwa. Dwóch braci o imionach Hanna i
Beshara oraz dwie siostry: Kawn i Wardeh. Wardeh, znana z pobożności,
zmarła jako młoda dziewczyna, pozostawiając we łzach narzeczonego. Dzieci
z rodziny Makhlouf zostały wychowane w atmosferze szacunku wobec innych,
pracy i modlitwy. Józef wzrastał w skromnych warunkach, ale otoczony
miłością. Domy, podobnie jak wszystkie budynki we wsi, wznoszono z
dostępnego w górach budulca — kamienia. Rodzina mieszkała w jednej izbie.
Źródłem utrzymania były uprawa zboża i winorośli, sady owocowe, a także
hodowla zwierząt. Biqa-Kafra ma zimy długie i śnieżne. Surowe warunki
hartowały górali, którzy „wyrywali” naturze płody, budując tarasy
uprawne na zboczach gór. Znosili kaprysy pogody za cenę względnego spokoju
od wojen i burz politycznych. Góry były schronieniem i azylem, lecz
mieszkanie na takiej wysokości miało swoją cenę. Charbel już od dziecka
był przyzwyczajony do niewygód, wyrzeczeń i ciężkiej pracy.

W Libanie do dziś ogromną rolę odgrywa struktura
rodowo-klanowa, powiązana silnie z tożsamością religijną. W tamtych
czasach nie istniał naród libański. Pozostawał on wieloetniczny i
wielowyznaniowy. Państwo Liban pojawiło się na mapie (uzyskało
niepodległość) w 1943 roku. Liczyła się przynależność do
etniczno-religijnej zbiorowości Maronitów. W XIX wieku, gdy Europa
przeżywała czas rewolucji przemysłowej, industrializacji, urbanizacji i
wiary w racjonalizm naukowy oraz postęp moralny, na terenach dzisiejszego
Libanu panował pewien typ ustroju feudalnego. Rolę szlachty pełnili
tradycyjni szejkowie. Chłopi, w tym ojciec Józefa Makhloufa, posiadali
niewielkie kawałki ziemi. Zwierzęta dawały mleko, mięso, wełnę —
podstawowe produkty. Ponieważ nie było wtedy elektryczności, do
oświetlania domu w nocy służyły lampy oliwne.

We wsi był kościół. Ksiądz nie tylko pełnił posługę
związaną z liturgią, udzielaniem sakramentów i duszpasterstwem, ale także
prowadził szkółkę dla dzieci. W lecie lekcje czytania i pisania odbywały
się pod wielkim dębem. Księża parafialni nie musieli kończyć szkoły
wyższej, jaką jest seminarium duchowne. Wystarczało im podstawowe
wykształcenie, którym dzielili się z młodym pokoleniem. Chłopców
przygotowywali przy tym do roli ministrantów. Kościół maronicki, podobnie
jak inne Kościoły wschodnie[11], nie wymaga celibatu od prostych
księży, zakazując jedynie ożenku, jeśli celibatariusz przyjął już
święcenia. Żonaty mężczyzna może zostać księdzem, ale ksiądz nie może się
ożenić. Hierarchia w szeroko pojętym chrześcijaństwie wschodnim rekrutuje
się natomiast zazwyczaj spośród mnichów, którzy są celibatariuszami z
racji złożonych ślubów. Księża, zwłaszcza żonaci, dzielili codzienność ze
świeckimi mieszkańcami wiosek. Tak jak oni żyli z pracy swoich rąk,
musieli wyżywić rodzinę, wychować dzieci, zaopiekować się starszymi i
chorymi krewnymi. Nie odczuwało się zjawiska określanego na Zachodzie jako
klerykalizacja, nie było takiego dystansu między osobą duchowną a świecką.
Tym bardziej, że zwykli ludzie byli bardzo pobożni i nie stronili od
surowych praktyk ascetycznych. Jak piszą Guita G. Hourani i Antoine B.
Habchi[12], Maronici są „ludem monastycznym”. Ich życie
zawsze koncentrowało się wokół klasztorów, a z mnichami łączyło ich
uprawianie ziemi. Surowa asceza jest zresztą typowa dla chrześcijaństwa
syryjskiego z pierwszych wieków, z którego wywodzi się Kościół maronicki.

W tym kontekście nie dziwi aż tak bardzo, że Brygida
Makhlouf poza regularną modlitwą nakładała na siebie umartwienia i posty.
Kiedyś postanowiła całkowicie zrezygnować z jedzenia mięsa, lecz zabronił
jej tego kierownik duchowy, uznając, że byłoby to zbyt duże obciążenie dla
zdrowia. Była ona dla małego Józefa pierwszą mistrzynią żarliwej modlitwy, ascezy i
duchowości maryjnej (nazywanej „sercem maronickości”). Lubiła modlić
się w odosobnieniu, o co nie było łatwo przy gromadce dzieci i braku
własnego pokoju czy choćby drugiej izby. Pamiętała o tym, by codziennie
odmawiać różaniec. Dzieciom zaszczepiła wielką miłość do Maryi, nazwanej w
1908 roku przez patriarchę Maronitów „Królową Libanu”. Maryja czczona
jest również przez muzułmanów, ponieważ była matką Jezusa, którego islam
uznaje za ostatniego proroka przed Mahometem. Brygida, kiedy tylko mogła,
starała się uczestniczyć we mszy świętej. Oboje rodzice uczyli dzieci
prawd wiary i dbali o wspólną modlitwę w domu, paląc kadzidło przed
domowym ołtarzykiem.

Kiedy Józef skończył trzy lata, miało miejsce
dramatyczne wydarzenie, które na zawsze odcisnęło ślad na jego życiu.
Pewnego letniego wieczoru do drzwi zapukali tureccy żołnierze. Liban od
1516 roku znajdował się pod panowaniem Wielkiej Porty, która w 1831 roku
została zaatakowana przez wojska Muhammada Alego, paszy Egiptu. Najechał
on Liban od południa, szybko posuwając się naprzód. Okazało się, że Antoni
oraz wybrani mężczyźni ze wsi mają z rozkazu emira porzucić swoje zajęcia
i rodziny, zabrać juczne zwierzęta i rano wyruszyć w drogę, by dostarczyć
zaopatrzenie tureckim oddziałom wojskowym. Maronici, podobnie jak inni
mieszkańcy gór, byli ludem podbitym. Odmowa nie wchodziła w grę. Ojciec
Józia wstał więc o świcie, przygotował osła do długiej wędrówki, pożegnał
się z rodziną i poszedł. Nikt nie przypuszczał, że wyprawa skończy się
tragicznie. W drodze powrotnej Antoni ciężko zachorował, a osłabiony
organizm nie wytrzymał jarzma, jakie narzucili żołnierze eskortujący
tragarzy. Nie pozwolono mu zsiąść i zostać w bezpiecznym miejscu na czas
leczenia. Zmarł 8 sierpnia 1831 roku w pobliżu wsi Gherfin (blisko
nadmorskiej miejscowości Amchit, 40 kilometrów na północ od Bejrutu).
Pochowano go anonimowo przy drodze, a czekająca z niepokojem żona
dowiedziała się o wszystkim długo po fakcie, dzięki wizycie przyjaciela,
który szedł z Antonim. To był ciężki czas dla całej rodziny. Józef, jako
najmłodszy, nie zdążył nawet ojca dobrze zapamiętać.

Bóg ma upodobanie w tym, co najsłabsze. Tylko tak może
pokazać swoją moc, gdy nie buduje na ludzkich zaletach. Bez niego wszystko
pozostaje marnością. Wszystkie talenty stworzeń są darem od Stwórcy.
Niejednokrotnie pokazywał, że starożytna, patriarchalna tradycja
okazywania szczególnych względów synom pierworodnym, nie jest zgodna z
Jego logiką. Przykłady można mnożyć: od Józefa, syna Jakuba i Racheli
sprzedanego przez braci do Egiptu, po syna marnotrawnego z przypowieści
Jezusa. Józef Makhlouf — jako najmłodszy — wpisuje się w ten sposób
myślenia.

Groty dwóch świętych

Zgodnie ze zwyczajem, jaki panuje na Bliskim
Wschodzie, opiekę nad wdową z dziećmi przejął brat Antoniego — Tanios. Był
człowiekiem pracowitym, odpowiedzialnym, praktycznym, obdarzonym zdrowym
rozsądkiem. Według niektórych źródeł pełnił funkcję diakona. Nie mógł
jednak zastąpić dzieciom rodzonego ojca, a Brygidzie — męża. Była ona
wciąż młodą kobietą, jak na wdowę z piątką dzieci. Ładna i miła, miała
wiele zalet cenionych przez mężczyzn, toteż wkrótce zaczęli się nią
interesować chłopi — mieszkańcy okolicy. Czas żałoby i opłakiwania minął,
górska osada to nie jest miejsce dla samotnej matki, która musi wyżywić
dużą rodzinę! Musiała myśleć o przyszłości. Zabezpieczyć podstawy
egzystencji. Wahała się. Po nocach rozważała, jak postąpić. Po dwóch
latach zdecydowała się przyjąć oświadczyny Lahouda Ibrahima z tej samej
wsi. Pobrali się w październiku 1833 roku. Po pewnym czasie Lahoud, za
zgodą żony, przyjął święcenia kapłańskie (procedura była dużo prostsza niż
dziś) i objął funkcję proboszcza w miejscowym kościele. Józef miał wtedy
pięć lat i na pewno przeżył to bardziej niż starsze rodzeństwo. Z czasem
na świecie pojawili się jego przyrodni bracia: Tannus i Noe. Matka
przeniosła się do domu drugiego męża, dzieląc się z Taniosem opieką nad
dziećmi z pierwszego małżeństwa. Nic już nie było tak, jak dawniej. Nie
dziwi więc, że chłopiec szukał oparcia wśród mężczyzn z rodziny poza
domem, a nawet — wioską. Im stawał się starszy, tym bardziej fascynowali
go wujowie — eremici, którzy za zgodą przełożonych przychodzili do nich z
wizytą (każda była wydarzeniem). Czasem to on odwiedzał ich w pustelni.

Mając ojczyma proboszcza, stryja — diakona i wujów —
zakonników eremitów, chłopiec dojrzewał w klimacie Bożej obecności. Z
czasem został ministrantem i pomagał drugiemu mężowi mamy w sprawowaniu
Eucharystii. Był obowiązkowy, do ołtarza podchodził zawsze z wielką czcią
i ufną miłością. Przede wszystkim jednak szukał woli Bożej, wsłuchiwał się
w Pismo Święte i je rozważał. Msza święta odprawiana była każdego dnia,
oczywiście nieco inna niż „nasza”, zgodnie z maronicką liturgią i po
syriacku[13]. Kościoły wschodnie, także te katolickie, zachowały
swoje obrządki. Ważnym elementem jest liturgia godzin. Recytując[14] śpiewnie psalmy i hymny wspólnie ze wszystkimi, Józef dawał się
niekiedy porwać uniesieniu. Od dziecka tonował wyrażanie emocji, taki miał
temperament. Był inteligentny, ale skryty.

Zawsze lubił samotność, szukając jej w chwilach
wolnych od obowiązków.

Dzieci w Biqa-Kafra od wczesnego wieku pracowały w
gospodarstwie i w polu, na miarę swoich możliwości. Kiedy górskie
pastwiska zaczynały się zielenić, Józef wyprowadzał na nie krowę, pilnował
kóz. Piękne otoczenie sprzyjało rozmyślaniom i kontemplacji; względna
bliskość obłoków nastrajała do marzeń o tym, co się za nimi kryje.
Roztapiał się w ciszy płynącej z majestatu gór, przerywanej tylko
świergotaniem ptaków lub dobiegającym ze wsi śpiewem dzwonów. Chłopiec
chętnie bawił się z innymi dziećmi, ale jeszcze chętniej przebywał sam —
był z tego znany. Znalazł pustą grotę, w której ustawił zrobiony przez
siebie ołtarzyk dla Maryi i zaszywał się tu na długie kwadranse, modląc
się i rozmyślając. Koledzy żartowali sobie nawet, że kiedyś… zostanie
świętym. Miejsce było nazywane we wsi (również żartobliwie) „grotą
świętego”. Nie było to raniące czy złośliwe. W tych czasach wspólnota
maronicka mogła się poszczycić tylko jednym świętym (uznawanym przez
Rzym), a był nim „protoplasta” Kościoła, żyjący piętnaście wieków
wcześniej w Syrii, eremita Maron. Koledzy lubili Józefa, nie obrażał się z
byle powodu. Był dobrym chłopcem, z nikim nie wchodził w spory, unikał
bójek, nie skarżył dorosłym. Jego chodzenie swoimi ścieżkami nikomu nie
wadziło. Bardziej intrygował, niż budził negatywne emocje. Miał pewne
dziwactwa, lecz w tej małej społeczności odnajdywał się bez problemu.

Jako nastolatek Józef najbardziej lubił wizyty u
wujków. Podczas samotnych spacerów świętą, mistyczną Doliną Kadisza
nawiedzały go obrazy pierwszych eremitów, którzy osiedlili się w
tutejszych grotach, integrując się z dzikim pięknem przyrody. Wyobraźnię
poruszała zwłaszcza postać św. Antoniego Wielkiego, patrona klasztoru w
Qozhaya, o którym opowiadali mu dużo wuj Daniel i wuj Augustyn. Starał się
— tak samo jak pierwszy Ojciec Pustyni — czytać boską księgę natury, która
w Libanie jest piękniejsza i ciekawsza niż na egipskiej pustyni. Miejsce
budziło pamięć o mnichach i pustelnikach, którzy przez wieki rezygnowali
ze szczęścia i zadowolenia z życia w rozumieniu doczesnym, idąc za Bożym
wołaniem. Józef wręcz namacalnie czuł ich obecność. Wujowie nie byli
gadatliwi, jest to zresztą sprzeczne z regułą eremu, lecz nikt nie potrafi
tak pięknie snuć historii, jak ludzie Wschodu! Dla Józefa robili wyjątek,
wykonując potężną pracę wychowawczą i apostolską zarazem, bo kochali go
najczystszą miłością braci jego matki. A co najważniejsze, potwierdzali
swoje słowa świadectwem życia. Dali mu przykład. Bez tego słowa byłyby
puste. Odbijałyby się tylko głuchym echem, jak pogłos w studni, by na
skrzydłach wiatru poszybować dalej. A tak — osiadły w duszy, zaszczepiając
w niej pragnienie świętości.

Dorównać św. Antoniemu, który walczył i wygrywał z
demonami… Temu, za którym tysiące poszły potem na pustynię! Józefowi
coraz trudniej było wracać do gwarnego i wypełnionego prozą życia domu.
Kochał matkę i rodzeństwo, ale najlepiej czuł się wtedy, gdy jako
ministrant służył do mszy świętej — nie w kościele, a w pustelni. Tam czuł
się „na swoim miejscu”. Marzył, że kiedyś to on weźmie Ciało i kielich
z Krwią Pana w dłonie (Maronici udzielają komunii pod dwoma postaciami),
wypowiadając słowa konsekracji. Nie chciał jednak żyć tak jak jego ojczym
ksiądz. Powodowało nim pragnienie radykalnej przemiany siebie… i świata.

Może fakt, że Józef miał własną grotę, nie jest
przypadkowy? Został wyniesiony na ołtarze i sławą przewyższył wielu Ojców
Pustyni z początków chrześcijaństwa. Nawet Wielkiego Antoniego Pustelnika,
którego grota znajduje się właśnie przy klasztorze Qozhaya[15]!
Jak głosi maronicka legenda, osiedlili się w niej jego uczniowie, a on sam
odwiedził ich, udając się do Ziemi Świętej. Źródła historyczne tego nie
potwierdzają, ale dla pobożnych Maronitów jest to bez znaczenia. Nie ma
też bowiem dowodów na to, że tak nie było. Dobrze wykształceni ojcowie
tłumaczą ludowi, że w IV wieku istniały ożywione kontakty między Egiptem i
Syrią — wtedy góry Liban były częścią Syrii. Zgodnie z legendą św. Efrem
Syryjczyk (306-373) wybrał się do Egiptu, aby uczyć się życia na pustyni
od tamtejszych abbów. Więc dlaczego św. Antoni nie mógł pokonać tej samej
drogi, tylko w przeciwnym kierunku? Ojciec Pustyni miał rzekomo uzdrawiać
w jaskini chorych psychicznie i opętanych. Upamiętniają to ciężkie
łańcuchy, które do dziś zwisają ze skalnych ścian. Przykuwano nimi
szukających pomocy ludzi, aby zapanować nad ich niekontrolowanym
zachowaniem. Noszenie ciężkich łańcuchów na gołym ciele było też w
pierwszych wiekach jedną z form okrutnej ascezy, praktykowanej głównie na
terenie Syrii. Inne praktyki ascetyczne to: mieszkanie na specjalnie
wybudowanych słupach z platformą (zapoczątkował je św. Szymon Słupnik),
zamykanie się w tak wąskim pomieszczeniu, że trzeba było spać na stojąco,
wystawianie się na ukąszenia owadów, znoszenie najgorszych warunków
pogodowych bez szukania schronienia, post przez 40 dni itd.

Z czasem grota stała się miejscem kultu św. Antoniego.
Pojawili się liczni pielgrzymi. Niektórzy zaczęli się dobrowolnie zakuwać
na noc w łańcuchy, prosząc o wstawiennictwo i uzdrowienie. W 1998 roku
klasztor i Grota św. Antoniego zostały wpisane na Listę Światowego
Dziedzictwa UNESCO. Jest to miejsce niezwykle ważne dla Kościoła św.
Charbela i darzone czcią przez Maronitów.

Intrygi matrymonialne

Wymykanie się nastolatka do doliny, coraz wyraźniejsza
tendencja do przebywania w samotności i unikanie rozrywek typowych dla
chłopców w jego wieku zaczęły niepokoić bliskich. Brygida, choć wierząca i
rozmodlona, miała swoje plany i marzenia co do przyszłości syna. Aż się
wzdrygała na myśl o kolejnym eremicie w rodzinie. Widziała go w roli
gospodarza w Biqa-Kafra w otoczeniu żony i dzieci.

Kochała braci pustelników, ale znając ich od dziecka,
obserwując skrajne poświęcenie, ubóstwo i codzienne męczeństwo, dla syna
pragnęła lepszego życia. Młodszy wstąpił do klasztoru[16] dopiero
po śmierci ojca — wcześniej opiekował się nim w chorobie. Miał czas, żeby
dojrzeć do decyzji. Był silny, odpowiedzialny, wytrwały. Brygida doskonale
wiedziała, jak trudne jest to powołanie. Chciała, by jej syn, wrażliwy i
delikatny, wychowany w niepełnej rodzinie zaznał ciepła domowego ogniska.
Szczęścia w ramionach kobiety. Józef był młody, przystojny, inteligentny,
uczynny, pracowity. Potrafił zażartować, choć często się zamyślał.
Dotrzymywał słowa, kiedy coś obiecał; był obowiązkowy jak na swój wiek. W
dodatku nosił w sobie tę irytującą niedostępność kuszącą harde „z natury”
góralki. Lody są od tego, żeby je przełamywać,… We wsi wszyscy
wiedzieli, że Józef jest trudny do zdobycia, zamknięty w swoim świecie.
Niczego mu nie brakowało jako młodzieńcowi. No może odrobiny luzu, chęci
do tańców. Nie był towarzyski, ale przynajmniej żona będzie go miała tylko
dla siebie, bez potrzeby dzielenia się nim z kolegami. Dziewczyna, którą
pokocha „święty”, byłaby jedyna i wybrana. Wyjątkowa. Lecz on nie
pozwalał się do siebie zbliżyć. Wiele dziewcząt z okolicy zerkało z
nadzieją w jego stronę, mógł się podobał jako kandydat na męża i ojca.

Brygida Makhlouf najbardziej lubiła kuzynkę Marię
(Miriam). Znała ją od dziecka, znała jej rodziców — pobożnych i
szanowanych ludzi. Dziewczynka wyrosła na pełną wdzięku, spokojną i miłą
kobietę. Dobrze się ze sobą rozumiały. A przede wszystkim od dawna była
zakochana w jej synu, piękniała w jego towarzystwie. Błyszczały jej oczy.
Józef zdawał sobie sprawę z uczuć Marysi i życzenia matki, podzielanego
przez większość rodziny. Zadbała o to, próbując go swatać, mniej lub
bardziej subtelnie. Wiedział, że prędzej czy później musi zadecydować, co
dalej, ale odwlekał sprawę, jak tylko mógł. Nie chciał nikogo skrzywdzić.
Lubił, nawet kochał Miriam, lecz… jak jedną z sióstr! Zaczynały go
męczyć niedwuznaczne aluzje bliskich, które najpierw zbywał żartami, potem
już tylko milczeniem. Doszło do tego, że zaczął unikać Miriam, gdyż w jej
towarzystwie czuł się skrępowany niewidocznym sznurem oczekiwań. A już
zupełnie się peszył, gdy spotykał ją w gromadce dziewcząt, które
chichotały i szeptały za jego plecami. Mijał je i przyspieszał kroku,
zanosząc akty strzeliste do Maryi, aby zachować czystość myśli. Co nie
było łatwe dla zwyczajnego chłopaka, wcale nie bezcielesnego anioła, za
jakiego uważa się go dzisiaj.

Wszystko to sprawiało, że jeszcze bardziej niż zwykle
separował się od bliskich. Nie znajdował zrozumienia, czuł się sterowany
marzeniami innych. Było mu przykro, zwłaszcza ze względu na matkę. Nie
mógł jednak pozwolić, aby jej bezdyskusyjne postanowienia i sprytne
zabiegi zdominowały głos Boga Ojca, którego wezwanie docierało do niego z
coraz większą siłą. Wielu młodych ludzi zmaga się z presją rodziny, gdy
odkrywają swoje powołanie do zakonu. Różnie się to kończyło w historii. Na
przykład św. Franciszek z Asyżu, jedna z najbardziej lubianych i
popularnych postaci z panteonu świętych, popadł w poważny konflikt z
ojcem.

Patron młodzieży św. Stanisław Kostka SJ uciekł ze
szkoły do zakonu i krył się w przebraniu przed ścigającym go z woli
rodziny bratem. Wbrew ojcu do klasztoru wstąpiła św. Teresa z Ávili,
rodzinie sprzeciwiała się św. Katarzyna ze Sieny — obie zostały doktorami
Kościoła. Rozterki Józefa miały co prawda odrobinę inny charakter niż w
przypadku rzymskich katolików, gdyż należąc do Kościoła maronickiego, mógł
— gdyby chciał — pogodzić kapłaństwo z życiem rodzinnym. Przykład miał u
siebie w domu. Matka miała nadzieję, że Józef pójdzie tą właśnie drogą.
Syn służyłby Bogu jako żonaty ksiądz, a ona cieszyłaby się nim, synową,
rosnącymi wnukami. Stryj Tanios miałby nadal pomoc w gospodarstwie, a jej
mąż po pewnym czasie zyskałby następcę na probostwie. Plan wydawał się
praktyczny i rozsądny. Był tylko jeden problem. Józef miał wewnętrzne
przekonanie, że jego droga jest inna i musi nią iść, nawet za cenę
nieposłuszeństwa matce i ojczymowi. Był uparty.

Aby lepiej zrozumieć ówczesne dylematy Józefa i sposób
funkcjonowania jego lokalnej społeczności, warto sięgnąć po książkę Amina
Maaloufa Skała
Taniosa[17], której akcja rozgrywa się
w podobnym czasie, w wiosce, w tych samych górach. Znajdujemy w niej
fragment dotyczący młodego chłopaka o imieniu Butros. Był synem
proboszcza. Miał piękną kuzynkę, która od dawna była mu przyrzeczona.

Plan rodzinny zaczął walić się w gruzy, gdy na scenę
od dawna wyreżyserowanej przez tradycję i zwyczaje „sztuki” wkroczył
pewien włoski ksiądz, który z pasją opowiadał młodemu człowiekowi o „innym
świecie”. Cywilizowanym, wspaniałym, pełnym możliwości. Za jego namową
zachwycony perspektywą życia konsekrowanego na dalekim Zachodzie chłopak
postanowił wyjechać do Europy. Po to, by wstąpić do zakonu. Zdeterminowana
panna, zakochana kuzynka Saada (nazywana hurijje)
postanowiła wybić mu pomysł z głowy. Ponieważ wyrzuty, krzyk, a nawet
płacz jej i członków rodziny nie odnosiły skutku, sięgnęła po
niekonwencjonalną, ostatnią deskę ratunku. Udała się po pomoc do szejka,
który poza sprawowaniem władzy pełnił rolę opiekuna mieszkańców na swoim
terytorium. Ten, ujęty odwagą dziewczyny (nie było w zwyczaju, aby kobieta
rozwiązywała po swojemu kwestie małżeńskie; w dodatku Saada poszła do
zamku sama, niewezwana), nakazał Butrosowi stawić się wraz z ojcem na
rozmowę. Dialog między chłopakiem a szejkiem jest znamienny. Pomijając
trudne kwestie stosunku libańskich chrześcijan do Kościoła i Rzymu,
niektórych argumentów szejka mogli używać bliscy i przyjaciele Józefa.
Zwłaszcza stryj, który był zdecydowanie przeciwny jego zamiarom.

Szejk: „Oni [Europejczycy] nie szanują naszych
tradycji. Może się okazać, że pewnego dnia przyślą nam tu nieżonatych
proboszczów […]”.

Butros: „We Francji wszyscy księża są nieżonaci, a
mimo to są dobrymi chrześcijanami!”.

Szejk: „Francja to Francja, a nasze góry to nasze
góry! Zawsze mieliśmy żonatych proboszczów i zawsze dawaliśmy im
najpiękniejszą dziewczynę z wioski, by nasycili sobie oko i nie rozglądali
się pożądliwie za cudzymi żonami”.

Butros: „Są mężczyźni, którzy umieją stawić czoło
pokusie!”.

Szejk: „Łatwiej im stawić czoło, gdy mają obok siebie
żonę! […] Posłuchaj mnie synu […]. Jeśli chcesz zostać świętym mężem,
weź przykład ze swego ojca, chociaż żonaty, ma w sobie więcej świętości
niż cały Rzym; jeśli zatem chcesz służyć wiosce i wiernym, wystarczy, byś
poszedł jego śladem. Ale jeśli twoim celem jest zostanie biskupem, a twoja
ambicja wyrasta ponad sprawy wioski, możesz sobie wyjechać do Rzymu,
Stambułu czy gdziekolwiek indziej. Wiedz tylko, że pókim żyw i nie
pogrzebany, nigdy więcej twoja noga nie postanie w naszych górach”.

Butros nie znalazł w sobie siły, aby przeciwstawić się
szejkowi i narazić całej rodzinie. Pod wpływem przymusu (szantażu!)
zrezygnował z wyjazdu, zaręczył się z Saadą. Byli potem udanym, bardzo
szczęśliwym małżeństwem.

Wbrew sugestiom szejka nie chodziło mu o zaspokojenie
ambicji, kościelną karierę, gdyż wtedy szukałby innych możliwości. Jeśli
był Maronitą (tego nie wiemy) starałby się pewnie o wyjazd do Kolegium
Maronickiego w Rzymie. Od 1584 roku kształciło ono przyszłych księży, aby
podnieść poziom maronickiego kleru i zacieśnić związki z papiestwem.
Butros nie przemyślał dokładnie, czego chce, nie rozeznał powołania, idąc
pochopnie za porywem wyobraźni, rozbudzonej przez piękne, romantyczne
wizje. Historia Butrosa pokazuje również, że wbrew stereotypowym sądom na
temat uległości kobiet w kulturze Bliskiego Wschodu miewają one swoje
zdanie i potrafią o nie zawalczyć. Matka Józefa, jak się przekonamy,
również łatwo nie dała za wygraną. Nie była w tym okresie wzorem
zawierzenia, jak Maryja… Rozmodlona, pobożna, miała jednak praktyczny
charakter Marty, podczas gdy Józef tęsknił za cząstką Marii [Łk 10,41-42].

Buntownik z wyboru

Józef Makhlouf nie chciał wyjeżdżać do dalekiej
Europy. Marzył o wstąpieniu do Zakonu Libańskich Maronitów, w którym byli
obaj wujowie. Rodzina nie zamierzała odpuścić. Sprzeciwiała się zbyt
radykalnemu — w jej przekonaniu — rozwiązaniu, uważając, że jest ono
efektem zbyt… wrażliwej natury, braku więzi z utraconym wcześnie ojcem i
mistycznej atmosfery, którą chłonął u wujków, a nie faktycznego,
autentycznego powołania.

Józef Makhlouf, który przeszedł do historii jako
człowiek milczący, skromny, posłuszny, pokorny i nieomal bezwolny, w tym
przypadku zachował się odwrotnie, niż Butros, bohater literacki. To
pokazuje, że miał silny charakter i głębokie przekonanie co do drogi
życiowej. Po pewnym czasie przestał się zwierzać z tęsknoty za klasztorem.
Dzielił się nią tylko z wujkami w dyskrecji. I z Maryją, odwiedzając
czasem grotę — „pustelnię” z czasów dzieciństwa. Nie mógł już dłużej
udawać. W samotności podjął decyzję, której mimo przeszkód konsekwentnie
się trzymał.

Pewnego dnia wstał o świcie, wziął przygotowany
ukradkiem węzełek z najbardziej niezbędnymi rzeczami i cicho, by nikogo
nie obudzić, uciekł z domu. Bez pożegnania z najbliższymi, którzy mogliby
go zawrócić. Nie zostawił żadnej wiadomości. Nie starał się przekonać,
uzasadnić. Przestał prosić o zgodę. Z perspektywy matki i wuja, swojego
opiekuna, zachował się oburzająco, haniebnie, niegodnie, wręcz
skandalicznie. Samowola tego typu w małych społecznościach, opartych na
więziach klanowych, była czymś o wiele gorszym, niż nam się dzisiaj
wydaje. Władza rodziców została niebezpiecznie podważona. Miał już 23 lata
ale w tamtej kulturze, w tamtych czasach, ważne były lokalne tradycje a
nie formalna pełnoletniość — ustawowy wiek podejmowania czynności
prawnych.

Najpierw biegiem między domami, następnie spokojnym,
rytmicznym marszem zmierzał na spotkanie z niewiadomym. Po drodze pił wodę
ze strumieni, które skrzyły się w słońcu kryształami spiętrzonych kropli i
szemrały pieśń pochwalną na cześć Stwórcy. Tylko raz zatrzymał się na
skromny posiłek, kryjąc się w cieniu skały. Jego celem był klasztor Naszej
Pani w Mayfouq. Starannie omijał ścieżki, na których mógł spotkać ludzi.
Przez cały dzień maszerował przez góry, nie oglądając się za siebie.
Wieczorem wdrapał się na ostatni wierzchołek, z którego zobaczył budynki
średniowiecznego klasztoru i dachy domów w pobliskiej wsi. Dym z palenisk
świadczył, że toczy się tam życie. Dotarł do celu, chciał spróbować. Był
bardzo zdeterminowany. Widok, jaki się przed nim roztaczał, wyrwał mu z
płuc okrzyk zachwytu. W oddali, za górami widać było połyskujący błękit
Morza Śródziemnego. Zachodzące słońce oświetlało panoramę, nadając jej
złotą oprawę. Tonęła w blasku.

Szybko odmówił modlitwę do Matki Bożej, patronki
miejsca, którą od dawna czcił w szczególny sposób. Powierzył jej swój
wybór, niepojęty według ziemskich kryteriów. Nie wiedział, jak go tu
przyjmą… Energicznym krokiem, jakby nagle zyskał nowe siły, zszedł na
dół. Nie czuł już zmęczenia, był podekscytowany i pełen nadziei. Wkrótce
spotkał jednego z braci, który akurat wracał ze wsi. Ten zaprowadził go do
superiora (przeora) klasztoru. Wszystko zależało teraz od niego. Niech
oceni, czy naprawdę Bóg go wzywa, czy to tylko miraż i młodzieńcze
złudzenia.

Wierzył, że z Bożą pomocą pokona wszelkie przeszkody —
wewnętrzne i zewnętrzne. Kogo Bóg woła po imieniu, daje mu siły i dary,
aby przyniósł owoce. Szedł nawet pod wiatr. Nawet po ciemku. Nawet po
wodzie. Bez lęku.

Koniec wersji demonstracyjnej.

Przypisy

Przypisy

[1]www.jamna.dominikanie.pl

[2] Za: ‹http://www.maronite-heritage.com/Saints.php›.

[3] Ch. Malik, Lebanon Freedom and God [w:] Saint Charbel et le Liban / maquette conçue et réalisée par Joseph Gébara, reportage photographique par Ruby Breidi, Lebanon (brak daty wydania), s. 34.

[4] Maronici uważają się za potomków starożytnych Fenicjan. Pozwoliło im to wytworzyć w procesie historycznym oryginalną tożsamość zbiorową, bazującą na odróżnieniu od Arabów — muzułmanów. Nie zmienia to faktu, że Liban jest dziś oficjalnie krajem arabskim, język arabski jest językiem liturgii maronickiej, a także językiem urzędowym.

[5] Według niektórych było to miasteczko, według innych — wieś z dużą liczbą ludności i wieloma kościołami.

[6] S. Garofalo, Il profumo del Libano, Ancora 1977, w Polsce książka ukazała się pod tytułem Cedr Libanu, Kraków 2015.

[7] Jest to przekaz ustny, niespójny z historią Kościoła maronickiego. Maronici osiedlili się w tych górach dopiero w VIII w. po Chr. Bezsporny pozostaje wpływ przykładu św. Antoniego zapośredniczony przez apoftegmaty, jego życiorys, pisma i regułę zakonną, która jemu została przypisana. Legenda ma więc realny wpływ na fakty.

[8] Za: K. Rizk, Milestones in the History of the Lebanese Maronite order.

[9] Aktualnie przetrwało tylko kilka stanowisk cedrów, które są symbolem kraju. Zielone drzewo cedrowe widnieje na biało-czerwonej libańskiej fladze.

[10] Obecnie jest ich czworo, w tym jedna kobieta: Antonios Chayna (od 1982 roku, erem św. Boula przy klasztorze w Qozhaya), Yuhanna Khawand (od 1998 roku, erem przy klasztorze Naszej Pani w Tamiche), siostra Mary-Jesus Abboud (od 1993 roku, erem przy klasztorze św. Szymona Słupnika w Ayto) i najbardziej znany, pochodzący z Kolumbii ks. Dario Escobar, profesor teologii i doktor psychologii. Mieszkał w Stanach Zjednoczonych, gdzie odkrył powołanie do odejścia „na pustynię”. Nie otrzymał zgody miejscowego biskupa na prowadzenie życia pustelniczego, wyjechał do Libanu. Został członkiem wspólnoty maronickiej za zgodą papieża Jana Pawła II. Żyje według reguły dla eremitów Zakonu Libańskich Maronitów, podobnie jak św. Charbel. Od 2000 roku mieszka w eremie pw. Our Lady od Hawqa należącym do klasztoru św. Antoniego Wielkiego w Qozhaya.

[11] Kościoły, które wyodrębniły się w pierwszych wiekach w wyniku sporów chrystologicznych na terenie starożytnych patriarchatów Antiochii, Aleksandrii, Jerozolimy i Konstantynopola. Kościół maronicki należy do grupy katolickich Kościołów wschodnich, do tradycji antiocheńskiej.

[12] G.G. Hourani, A.B. Habchi, The Maronite Eremitical Tradition: A Contemporary Revival, „Heythrop Journal” 2004, t. 45, ‹http://www.academia.edu/2442355/The_Maronite_Eremitical_Tradition_A_Contemporary_Revival-Journal_Article›.

[13] Język syriacki (syryjski) wywodzi się z języka aramejskiego. Czasem można spotkać błędną informację, że św. Charbel modlił się po aramejsku, w języku Jezusa. Jest to prawda tylko pośrednio.

[14] W kościołach maronickich ważnym elementem wystroju wnętrza jest pulpit, na którym zawsze leży rozłożona Biblia. Pojawia się on nawet w tekście Reguły zakonu, do którego należał św. Charbel, przeznaczonej dla eremitów. W kościołach parafialnych wspólnota gromadzi się wokół pulpitu podczas liturgii godzin, recytując psalmy razem z kapłanem. Dla wrażliwego, uduchowionego dziecka musiało to być doświadczenie pełne wzniosłości.

[15] Grota, wraz z drugą, która później została przekształcona w kaplicę, zapoczątkowały istnienie klasztoru. Druga grota św. Antoniego, w której faktycznie mieszkał, znajduje się na pustyni egipskiej, na Górze Colzim.

[16] Eremita musiał być wcześniej mnichem. Reguła z 1810 r. mówi o co najmniej pięciu latach pobytu we wspólnocie klasztornej.

[17] A. Maalouf, Skała Taniosa, Warszawa 1998, s. 63–65. W 1993 roku książka została uhonorowana prestiżową nagrodą Prix Goncourt.