Strona główna » Fantastyka i sci-fi » Synteza nadprzestrzeni II

Synteza nadprzestrzeni II

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7859-997-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Synteza nadprzestrzeni II

W drugiej części Syntezy nadprzestrzeni melduje się pewien kosmiczny szeryf, syntetyczna lady, ludzki dyktator oraz cyber-Bóg. Co z ich dalekosiężnej działalności wyniknie dla Ziemi, planety Alyssia oraz czy Siewcy Śmierci i Zniszczenia pozostaną bierni? Ponadto komuś udaje się rekonstrukcja – ponownie powitamy na scenie półmechanicznego, zacnego żółwia Robina. Nie inaczej tylko w towarzystwie zabójczych oraz kuszących Alfy i Omegi.

Polecane książki

Debiut literacki depresyjnego rysownika skandalisty Bolesława Chromrego. Po powieściach graficznych, („Pokrzywy”, „Renata”) i świetnie przyjętych notesach/poradnikach („Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę”, „Elementarz Polski dla Polaka i Polki z Polski”) autor wziął na swój warsztat ...
Powieść oparta na faktach z życia autora. Po śmierci żony ojciec bardzo szybko sprowadził nową "ciocię". Wydawałoby się, że będzie to nawet z korzyścią dla dzieci - wszak samotnemu mężczyźnie trudno byłoby zajmować się nimi, prowadzić dom, a jednocześnie zarobić na utrzymanie. Niestety, wkrótce czw...
Małgosia, bibliotekarka z prowincjonalnego Pochwatowa, po miłosnym zawodzie ułożyła wreszcie swoje życie uczuciowe. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy do głosu niespodziewanie dochodzą emocje z przeszłości, głęboko skrywane pragnienia i tajona przed samą sobą prawda...Ironia losu to wzruszająca ...
Książka "Jak dobrać bezbłędnych pracowników" adresowana jest do pracodawców, kadrowców, specjalistów zarządzania zasobami ludzkimi, a także do studentów i wykładowców prawa, zarządzania, socjologii, ekonomii i psychologii. Opracowanie jest oryginalnym przewodnikiem po minimalizowaniu ryzyka osoboweg...
Powieść polityczna Juliusza Kadena-Bandrowskiego opublikowana w 1923 roku. Opowiada o tworzeniu się i umacnianiu władzy w pierwszych miesiącach niepodległego państwa. Akcja powieści rozgrywa się pomiędzy jesienią 1918 i jesienią 1919 roku. Do jej skonstruowania Kaden posłużył się rzeczywistymi wy...
W książce poddano analizie interpretacje prawa celnego i podatkowego wydawane nie tylko przez polskie organy podatkowe na podstawie ordynacji podatkowej, lecz także przez organy organizacji międzynarodowych (np. Komentarz do Modelu Konwencji OECD, noty i opinie klasyfikacyjne WCO) i organy Unii Euro...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Krzysztof Bonk

Krzysztof Bonk

SYNTEZA NADPRZESTRZENI

II

Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski

Konwersja wydania elektronicznego: e-bookowo

ISBN wydania elektronicznego: 978-83-7859-915-9

Wydawnictwo: self-publishing

Wszelkie prawa zastrzeżone

e-wydanie pierwsze 2018

Kontakt: bookbonk@gmail.com

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

PROLOG

Australia

Strefa Pierwsza – Zamknięta

Ukryta baza Gwiazdy Południa

Pokaźnych rozmiarów zrekonstruowany żółw siedzi na wielofunkcyjnym fotelu pełnym elektronicznych przycisków, wajch i dźwigni. W pewnym momencie przez syntetyczno-organiczny gadzi mózg przebiega impuls elektryczny. Z tą chwilą częściowo sztuczny gad otwiera jedno oko. Ukazuje mu się piękna blondynka. Zachęcony widokiem podnosi drugą powiekę. Zauważa ponętną brunetkę. A wtedy, za sprawą naprawionego modułu mowy, artykułuje on z pyska pierwsze, znamienne w swej treści słowa:

– Ja pierdolę…

Wobec zaistniałej reakcji jedna przez drugą, na wyścigi, przymilnie przemawiają obie kobiety:

– Tak, mistrzu?

– Ekscelencjo?

– Panie i władco?

– Eminencjo?

W odpowiedzi daje się słyszeć jedynie pełne zdumienia gadzie słowa:

– Ja pierdolę… – Zaś wtóruje im słodkie przedstawienie się obu dam:

– Jestem Alfa, mistrzu.

– Melduje się Omega, maestro.

– Rozkazuj nam.

– Tak, dyryguj!

– Ja pierdolę… – Wyraźnie zaskoczony żółw ciągle nie może wyjść z szoku, wobec czego organiczno-syntetyczno-kryształowe kobiety tłumaczą:

– Neoss zawiódł, dlatego Siewcy Śmierci i Zniszczenia wskrzesili cię, panie.

– Uczynili to, abyś to ty, nasz władco, dokonał zagłady obecnego tu świata, nie inaczej.

– Ja pierdolę… – Tym razem wraz z wypowiedzianą, klasyczną sentencją na gadzie czoło wędruje z plaskiem gadzia łapka. Na co brunetka oraz blondynka patrzą po sobie i ściszonym głosem zwracają się do siebie:

– Zaciął się?

– Może trzeba go nasmarować?

– To nasmaruj.

– Sama go sobie nasmaruj.

– Nasmarować, o taaak… – przemawia naraz niespodziewanie żółw, zdecydowanie poszerzając zakres swego słownictwa, a jednocześnie z kąśliwym uśmiechem wskazuje łapką na swoje podbrzusze. Na co obie damy czynią kwaśne wyrazy twarzy i jak jedna osoba wykonują krok do tyłu. Z kolei naraz wyraźnie odprężony żółw porusza karkiem w prawą to lewą stronę, po czym już w opanowany sposób zapytuje:

– Macie towar?

– Towar…?

– Chodzi o… broń, amunicję, plazmę…?

– Elektromagnety…?

W reakcji na te sugestie żółwia łapka ponownie ląduje z plaskiem na czole i do kompletu na moment zasłania żółwie oczy.

– Skombinujcie trochę zielżelu – tłumaczy żółw. – Oraz coś klasycznego, no wiecie, taki biały proszek…

– Aha… – stwierdza odkrywczo Alfa i łokciem szturcha Omegę, szepcząc: – Masz coś?

– No co ty, ja? Dawno rzuciłam…

– No się nie wygłupiaj. To dla szefa.

– Dobra… przy sobie nie mam, zostawiłam w domu.

– A ja w kabinie rewitalizacyjnej…

– Pech… A w jakim modelu kabiny? Ładne masz włosy, to twoje własne…?

– Nieee… – Przeczesuje się po bujnych, jasnych lokach Alfa. – To ze zmielonych łodyg plantofagów. Ale wiesz, chciałam dobrze wypaść przed nowym mistrzem. Za to u ciebie… ładna szminka na ustach, taka czerwona… Mocno toksyczna?

– Lekko koroduje usta. – Wzrusza ramionami Omega, lecz zaraz z błyskiem w oku dodaje: – Ale tylko popatrz na ten błyszczyk, sama rozumiesz…

– Tak, jest tego wart…

– A słyszałaś może o…

– Moje damy! – drze się naraz ostentacyjnie żółw, aby przywołać kobiety do porządku. Te stają sztywno na baczność i wlepiają wzrok w swego szefa. On kręci z dezaprobatą głową i zupełnie jakby był głodny, zapytuje: – Może chociaż jakiegoś skręta…?

– Coś tu mi się tak chyba przypadkiem zawieruszyło, mistrzu… – zagaja nieśmiało Alfa i wyjmuje z kieszonki srebrnego kombinezonu całkiem okazałe, podłużne zawiniątko.

– Ja pierdolę… – oznajmia z uznaniem żółw po przypaleniu mu skręta przez Omegę. Zaciąga się niezmiernie głęboko i nawet nie myśli, aby się zakrztusić.

– Twardy jest… – szepcze z podziwem Alfa do Omegi.

– No, no… Nie to, co poprzedni szef, bezpłciowy laluś i abstynent.

– Aha, aha.

– Tak więc mamy zniszczyć świat… – odzywa się w zamyśleniu żółw, wypuszczając z żółwiego pyska kłęby szarego dymu. I patrząc na mgliste obłoki oraz mrużąc jedno oko, zapytuje: – Dysponujemy dostatecznymi środkami…?

– Masz miliard neobitcoinów na koncie, Wasza Wysokość, a przede wszystkim dysponujesz znaczącym dostępem do nadprzestrzeni, panie! – zauważa z entuzjazmem Alfa.

– Możesz zatem siłą woli kształtować materię! – wychodzi przed szereg Omega.

– Kształtować materię, he, he… – mruczy pod nosem żółw, a jednocześnie piersi obu kobiet naprzeciw znacząco powiększają swe rozmiary.

– Och, panie!

– Ordynatorze! – krzyczą raptem zachwycone kobiety, obejmując dłońmi napompowany biust.

– A jak zasoby ludzkie, humanoidalne…? – zagaduje żółw. Wobec tej kwestii Alfa oraz Omega patrzą po sobie i nieco zakłopotane stwierdzają:

– Masz tylko nas… Panie…

– Za to w liczbie dowolnie mnogiej…

– Ja pierdolę… – oznajmia z niezadowoleniem w głosie żółw i rozkazuje: – Ogłoście zatem kasting dla chętnych, którzy chcą dobrze zarobić. – Wspomina miliard posiadanych neobitcoinów na koncie. – Takich, którzy chcą się też odpowiednio zabawić. – Obcina wzrokiem kobiety z akurat powiększonymi piersiami. – Oraz takich, którzy, rzecz jasna, pragną zniszczyć świat… – kończy złowrogo.

– Ja pierdolę… – odpowiada z zachwytem Alfa.

– I ja pierdolę… – wtóruje jej z podziwem Omega.

– Ja w sumie też… – Puszcza im oko żółw i rozkładając się w pańskiej pozie na fotelu, z wielkim samozadowoleniem dodaje: – Mówicie mi, ptaszyny, Robin, po prostu Robin, he, he… Ja pierdolę, że hej…

I. IRVIN

Ameryka Północna

Strefa Dwudziesta Druga – Otwarta

Wschodnie wybrzeże

Odrestaurowany budynek Kapitolu

Cóż to za wielce budujący widok. Moimi kryształowo ludzkimi oczyma obserwuję, jak w sali kolumnowej zasiada, klęczy, jest przylepionych do ściany, sufitu, bądź unosi się w powietrzu przedstawicielstwo blisko stu obecnych na Ziemi ras kosmitów, a także tworzonych z nich hybryd. Przed to szacowne audytorium wypełza karmazynowy ufok o ciele ośmiornicy ubrany w szkarłatną pelerynę i ze szklanym hełmem. Następnie dzięki głośnikom wbudowanym w osłonę głowy i odpowiedniemu modułowi mowy w gardle dłuższy czas przynudza, aż przechodząc do sedna sprawy, donośnie kończy swoją przemowę:

– Niniejszym naszego bohatera i wybawcę, krysztolita Irvina, mianuję honorowym obrońcą kosmitów. Tu, na ziemi, jak i w całej galaktyce. Oto i nasz nowy szeryf, oklaski! – Ufok sam ostentacyjnie plaska swoimi mackami o macki, a towarzyszą mu inne odgłosy zderzania się ze sobą różnorodnych organicznych substancji, które w ciałach kosmitów przybrały kształty kończyn chwytnych. Następnie, gdy wrzawa nieco cichnie, ośmiornicowaty ufok przypina mi do klapy czarnego płaszcza na torsie złotą, pięcioramienną gwiazdę.

Nareszcie. I teraz to dopiero jestem gość, a co? Dla spotęgowania właściwego efektu, szczerząc się ku gawiedzi nie z tego świata, za pomocą nadprzestrzeni prowokuję intensywny rozbłysk mojego zęba. A ściślej okazałej, górnej jedynki. Co za oślepiający blask! – chyba trochę przesadzam, co może niekorzystnie wpłynąć na strukturę moich kryształów.

Jednak pozostali bywalcy sali kolumnowej wydają się wręcz wniebowzięci moją tanią sztuczką. Ponieważ w tym momencie każdy z chętnych kosmitów, czyli ich większość, podchodzi do przyszłego, międzygalaktycznego bohatera, a więc mnie i w swoim stylu składa mi wylewne wyrazy uznania.

Owocuje to na mej twarzy swędzącą, alergiczną wysypką i wykwitem czerwonych pryszczy w wyniku pieszczotliwego dotyku. Doznaję również poważnego zatrucia podejrzanymi wyziewami z otworów gębowych. Mogę się też poszczycić dotkliwymi sińcami na ciele graniczącymi niemal z uszkodzeniem organów wewnętrznych i złamaniami kości po fizycznym kontakcie pełnym intensywnych uścisków. Choć na całe szczęście w całym tym słoiku dziegciu jest i słodka łyżka miodu. Ostatnią ocierająca się o mnie nieziemską istotą jest bowiem niezwykle ponętna, autentycznie nieziemska kosmitka z wielobarwnym pióropuszem na głowie, przypominająca swymi kształtami ludzką kobietę, udoskonaloną wersję Arneb. No może poza nad wyraz długim i zwinnym ogonem, którym prowokacyjnie łaskocze mnie pod brodą, mrau…

Niedługo potem, już po uroczystej ceremonii na moją cześć, za sprawą nadprzestrzeni oraz mego kryształowego ciała całkiem niweluję w sobie negatywne skutki bliskiego spotkania pierwszego stopnia. Zasiadam w swoim ulubionym, odpowiednio podrasowanym FX – 135 i za pomocą komunikatora nawiązuję rozmowę z Arneb:

– Hej, kotku. Za trzydzieści minut melduję się w Zurychu!

– Znowu… ? – odpowiada mi nieco nerwowy, kobiecy głos. – Mam akurat kluczowe spotkanie z jednym z konsulów Gwiazdy Południa. To naprawdę ważne.

– Czy nie spotkałaś się z nim już wczoraj…? – zapytuję podirytowany.

– Ależ spotkałam, spotkałam i przedwczoraj, przed przedwczoraj i zapewne spotkam się jutro. To polityka, sam wiesz, że uprawiam zręczną sztukę dyplomacji, a ta nie znosi próżni. Muszę cały czas podtrzymywać obiecujące kontakty… Całusy!

– A co z kontaktem ze mną?!

– Paaa!

– Rozłączasz się?!

– Kiedy konsul już przyszedł!

– Raczej dopiero, co przyszedł… A ty już przeżywasz orgazm… – Ostatnie zdanie wypowiadam do samego siebie na prywatnym kanale zamkniętym. Tak, czasem lubię pogadać sam ze sobą, nie wolno? W końcu kto może mnie i moje kryształowe potrzeby lepiej zrozumieć…?

Hmh… być może jednak jest ktoś taki… – Patrzę przez okno swego statku powietrznego na kogoś, kto opiera się właśnie w wyuzdanej pozie o jedną z zewnętrznych kolumn Kapitolu. Nie inaczej to poznana przeze mnie nie tak dawno ponętna, kosmiczna samica z pióropuszem na głowie, która posyła mi niedwuznaczne, kuszące całusy i pokazuje niezwykle długi, rozdwojony język. A zaraz raczy mnie także wielce interesującym tańcem godowym.

Wtem z drugiej strony szyby FX – 135 dochodzi mnie intensywne stukanie w szybę. Przestaję więc namierzoną kosmitkę rozbierać wzrokiem, co ze względu na panowanie nad nadprzestrzenią wychodzi mi dość skutecznie… i koncentruję uwagę na przeciwległej stronie statku powietrznego. Tutaj widzę ośmiornicowatego ufoka, który bez wyrazu emocji na twarzy, której właściwie prawie nie posiada, pokazuje mi seledynowy napis na komunikatorze.

Aaa tak. Zapomniałem otworzyć kanał komunikacyjny na nowo powstałą organizację UFO, która ma mi przesyłać namiary na niegodziwców całego tego świata znęcających się nad uciskanymi kosmitami. Co my tu mamy na dobry początek… – Spoglądam na pierwsze, zlecone misje i naraz doprawdy żałuję, że nie są one jednak związane z dopiero co podziwianą kosmitką. Albowiem już niebawem będę musiał komuś bliskiemu znacząco nadepnąć na odcisk. Ajć – zgadza się – będzie bolało, ale bycie szeryfem zobowiązuje, prawda? Przecież nikt nie twierdził, że sprawowanie zaszczytnej funkcji będzie to do spijania sama bita śmietanka. A szkoda.

Zatem, zamiast zameldować się u Arneb i porwać ją z łap jakiegoś zapewne leciwego, śliniącego się polityka ze sztuczną szczęką, komponentem już dozwolonym na terytorium Gwiazdy Północy, wyruszam wypełnić zleconą misję. Odczytuję dokładne współrzędne celu przesłane przez UFO – Ultraortodoksyjną Frakcję Oswobodzicieli – i już wkrótce melduję się nad brzegiem rzeki Don.

Jest piękny, jesienny poranek w strefie demarkacyjnej pomiędzy terytorium syntetyków, a Gwiazdą Północy. Ja natomiast, jak na bohaterskiego szeryfa przystaje, mam uwolnić z syntetycznych łap androidów grupę więzionych przez nich kosmitów – drobnostka.

Na miejscu nie korzystam jeszcze z nadprzestrzeni, to zbędny luksus, tylko za sprawą ciała krysztolita przyjmuję kamuflaż, dzięki któremu niemal idealnie zlewam się z otoczeniem. I tak kroczę beztrosko pomiędzy kolorowymi barakami mieszkalnymi, aż dochodzę do klatek, w których upchane są grupy różnych ras ufoków. Co znamienne odpowiednio posegregowanych ufoków na te przeznaczone do celów kulinarnych, ozdobnych czy też stanowiących tanią siłę roboczą lub przeznaczonych na komponenty zamienne oraz wymyślne medykamenty. Równocześnie wokół dostrzegam kilkunastu syntetycznych strażników z bronią w gotowości, ale dość znudzonych zajętych smętnymi pogawędkami. Stąd wnioskuję, że pchli targ zapewne jeszcze nie został otwarty i spodziewani kupcy kosmicznego towaru mają przybyć w późniejszych godzinach.

To opóźnienie skąd inąd całkiem mi odpowiada, bowiem mam nadzieję załatwić sprawę przed godzinami przedpołudniowymi, a co za tym idzie ostrzejszymi promieniami słońca. Przy czym całą akcję, skoro nie chodzi o ergony, zamierzam tradycyjnie załatwić bezkrwawo, czy też bez przelewania płynów napędowych oraz innych syntetycznych smarów. Słowem pragnę obyć się bez destrukcji.

Akurat zastanawiam się nad doborem odpowiedniej taktyki względem syntetyków i dochodzę do wniosku, że za pomocą nadprzestrzeni wpędzę ich na pewien czas w wirtualny sen. Może jednak koszmar? Zdecydowanie, co będę sobie żałował. Zaś w podarowanym mi czasie uwolnię kosmitów i przetransportuję w kilku transzach powiedzmy na względnie bezpieczny Krym.

Całkiem zadowolony ze swego pomysłu już zabieram się za jego realizację, gdy wtem z mego ciał dobiega słodki głos Ixi:

– A teraz pora na najświeższe wiadomości z naszego odradzającego się postapokaliptycznego, coraz doskonalszego…

– Świata! – kończy z entuzjazmem Joki. Ja też kończę w jednej chwili tę niefortunną transmisję Kanału Siódmego. I zażenowany właśnie przypominam sobie, że ustawiam automatyczne odtwarzanie programu moich ulubieńców, po czym beztrosko zapominam przed misją zastopować sygnał. Niestety tym oto niefartem właśnie zostaję zdemaskowany. Co za rażący brak profesjonalizmu…

Ani się obejrzę, a już lecą w moją stronę granaty, w tym świetlne! Jak również posyłane są wiązki z laserów, broni elektromagnetycznej czy nawet rzucana jest broń biała w postaci sztyletów. Odruchowo za pomocą nadprzestrzeni tworzę wokół siebie bańkę energetyczną, której powłoka pochłania zarówno intensywne światło, energię laserów, plazmy, jak i rzucanej, zaostrzonej blachy. Następnie na powierzchni bańki tworzy się doprawdy niesympatyczny koktajl zmieszanego ze sobą różnorodnego arsenału. Efekt jest łatwy do przewidzenia…

Bum!

Na szczęście dla mnie siła eksplozji nie przechodzi przez stworzoną barierę – uf. Niestety dla androidów wybuch pochłania ich syntetyczne ciała i mieli na stertę zdewastowanych konserw, otwartych konserw, z których leje się biała, syntetyczna krew. Zatem mój fart, staje się niefartem dla innych. Nie tak to miało wyglądać, ale gdzie drwa rąbią i lasery strzelają, tam, no, wiadomo, zdarzyło się komuś oberwać rykoszetem.

Teraz jednak staję przed dodatkowym problemem. A mianowicie zgodnie z układem zawartym z wystrzałową Jane, obiecałem jej solennie nie eksterminować ani jednego jej pobratymca. Podczas gdy właśnie dezaktywuję ich cały tuzin. I co z tym fantem zrobić? Cóż, widzę tylko jedno wyjście.

Za pomocą nadprzestrzeni ingeruję na poziomie molekularnym w obecny tu monitoring i voila. Obecnie obraz z kamer przedstawia grupę żądnych krwi, to jest syntetycznych płynów, ludzi, którzy napadają na biedne, Bogu ducha winne, bezbronne syntetyki. Tak więc właśnie wskazuję jedynych winnych zaistniałej masakry, choć tak naprawdę nieistniejących. Z kolei sam pozostaję czysty i kryształowy niczym łza. Hm, w każdym razie kryształowy bez dwóch zdań.

Przekombinowane, perfidne, wzruszające? Przede wszystkim okrutnie skuteczne, co pozwala mi zgodnie z planem uratować więzionych kosmitów, uniknąć podejrzeń o masakrę syntetyków i spokojnie przystąpić do kolejnego pakietu zadać zleconych przez UFO. Zatem szeryf Irvin nadchodzi, by na świecie siać sprawiedliwość! I zbierać plony w postaci prawdziwej doskonałości.

Zerkam ukradkiem na zdewastowane ciała zdezaktywowanych androidów. Cóż, być może do pełnej doskonałości tym razem odrobinę mi zabrakło. Ale następnym razem na pewno uda mi się poprawić.

II. JANE

Ziemia

Azja

Strefa Trzecia – Otwarta

Tybet

– A oto i Lady Jane! Pokłońcie się nisko swej protektorce i wybawicielce zarazem! – wydziera się ostentacyjnie jeden z syntetyków z licznej świty kobiecego androida.

Sama Twoja Ostatnia Noc wkracza właśnie dumnie do Syntetykum – sali zgromadzeń wpływowych androidów w Sanktuarium, tych, którzy zdołali przetrwać zawieruchę niedoszłej apokalipsy. Wnętrze stanowi sterylne, koliste pomieszczenie z połyskującego metalu, gdzie wokół, niczym w Koloseum, wznosi się kilka spiralnych ław.

Jane staje na samym środku w czerwonej sukni ze śliskiego tworzywa z obszernym dekoltem i długą peleryną sięgającą aż do ziemi, co ma podkreślać jej obecny majestat, jako niepodzielnie panującej w Sanktuarium władczyni. Jednakże nie wszystkim syntetykom wydaje się odpowiadać nowy podział władzy, a właściwie jego brak, gdzie całość skupia w swych syntetycznych rękach Twoja Ostatnia Noc:

– Hańba!

– Niech żyje wolność!

– Koniec z ograniczaniem przywilejów! – niosą się po sali urywane krzyki. Na co Jane chwyta jeden ze swych pistoletów, strzela w górę wiązką lasera i sama donośnie przemawia:

– Jeżeli ktoś z tu obecnych chce się sprzeciwić moim rozkazom, niech tu i teraz wstanie i powie mi to prosto w twarz! – W odpowiedzi zapanowuje niemal absolutna cisza, którą co pewien czas przerywają elektroniczne piski i trzaski z urządzeń bądź samych syntetyków. Aż przedstawiciel tych ostatnich wstaje i metalicznym głosem dumnie oświadcza:

– Wyraziliśmy zgodę na doprawdy wiele ustępstw z naszej strony. Oto uznajemy prawo do autonomicznego samostanowienia innych ośrodków, gdzie żyją w Azji androidy. Płacimy prawdziwymi neobitcoinami za otrzymywane z kopalń zasoby do odbudowy Sanktuarium. Wreszcie wyrażamy zgodę na wstęp do naszego miasta takich syntetyków, jak ty, Jane…

– Lady Jane! – wyje naraz jeden z przydupasów kobiety androida. – Ta karci go wzrokiem, a poprzedni mówca kontynuuje:

– Niestety obecnie posuwasz się za daleko… Mamy niezbite dowody na to, że nad Donem doszło do masakry syntetyków ze strony ludzi. Tym razem nie udało ci się tego zatuszować. Zaś według nas haniebne działanie ludzi to jawne złamanie protokołu z Zurychu, a co za tym idzie również dotychczasowego rozejmu z Gwiazdą Północy. To nowo wyzwalająca się wojna w imię sprawiedliwej pomsty i nie masz tu prawa veta, Jane, odbieramy ci je.

– Więc chcecie wojny, odwetu…?! – Kobiecy syntetyk unosi dwa pistolety i okręcając się wokół własnej osi, jeszcze podnosi głos: – Z powodu jednego krwawego incydentu naprawdę pragniecie powrócić do eskalującej się przemocy, gwałtów i nieprzebranego cierpienia?! – Nikt dłuższy czas nic nie mówi, wobec czego Jane nagle spuszcza z tonu. Chowa pistolety i jakby nigdy nic spokojnie oznajmia: – Zatem dam wam to, czego tak sobie życzycie. Dam wam przemoc i śmierć… – Po sali rozchodzi się podejrzany szmer. Natomiast Twoja Ostatnia Noc koncentruje uwagę na wcześniej wypowiadającym się androidzie. Mrozi go wzrokiem i wyciąga ku niemu otwartą dłoń. Ten naraz zaczyna drżeć, czyniąc to coraz szybciej i mocniej. Następnie w wielu miejscach syntetycznego ciała odgina mu się i topi plastik, do tego sypią się z niego śrubki. – Oto przynoszę wam tak pożądaną przez was śmierć, cierpienie i ból… – posykuje z kolei Jane. Gwałtownie zamyka, po czym otwiera swą pięść i z tą chwilą maltretowany syntetyk eksploduje, a mechaniczne części jego ciała rozsypują się po cały pomieszczeniu. – Tego właśnie dla swoich syntetycznych braci pragniecie, chcecie więcej…? Więc kto następny…?

Obecna cisza jest wręcz śmiertelna, a przerywa ją syntetyczny przydupas kobiecego androida, wrzeszcząc:

– Lady Jane! Lady Jane wykonała egzekucję i zawyrokowała! Nie będzie wojny! Nie będzie wojny! – Naraz Twoja Ostatnia Noc szepcze coś przydupasowi do ucha, a ten kiwa pospiesznie syntetyczną głowę i donośnie dodaje: – Nasza pani i opiekunka zaprasza wszystkich obecnych na techno-party! Impreza ku czci podtrzymania pokoju rozpocznie się o północy na największym tanecznym parkiecie na poziomie trzysta siedemdziesiątym szóstym! Zaproszeni są wszyscy pacyfiści! Wstęp wyłącznie bez broni! Tak zarządza nasza jaśnie Lady Jane!

Po tej deklaracji stojący w centrum pomieszczenia kobiecy android kiwa przez moment znacząco głowa. Potem okręca się na pięcie i ze swoją świtą opuszcza Syntetykum. Miejsce, gdzie w imię pokoju po raz kolejny za pomocą nadprzestrzeni używa bezwzględnej przemocy, sprowadzając na swych współbraci ostateczną dezaktywację, czyli śmierć.

Pewien czas później Twoja Ostatnia Noc zasiada w miejscu, gdzie rezyduje w Sanktuarium. Jest to budynek w kształcie ostrosłupa z sześcioma ścianami i wydzielonymi w nim pomieszczeniami właśnie w takiej ilości. Jedno z nich stanowi garderoba, w której Jane po raz pierwszy w swym istnieniu trzyma sporą ilość ciuchów, a także ozdobnej elektroniki i przyborów do makijażu.

Obecnie przywdziewa wysokie, czerwone buty do kolan na wysokim obcasie, ciasną fioletową mini ledwie zasłaniającą jej tyłek. Natomiast o tym czymś, skąpym, co włoży na górę, jeszcze nie decyduje. Dlatego półnaga zasiada przed lustrem i wpina w uszy migotliwe kolczyki z kolorowymi mikrodiodami. Podobne ozdoby przypina sobie nad brwi i pod brodę, a także na skrzydełka nosa. Następnie bierze się za nakładanie wściekle czerwonych tipsów na paznokcie, a potem pstrokatego makijażu na syntetyczną skórę twarzy.

Czy od nadmiaru posiadanej władzy dosłownie zwariowała i oszalała na punkcie swego wyglądu? Nic bardziej mylnego. Władza, a przede wszystkim jej utrzymanie okazują się dla Jane nad wyraz trudne i uciążliwe. A gdyby nie panowanie nad znaczną częścią nadprzestrzeni, w sprawie trzymania w ryzach androidów w ogóle już dawno poniosłaby klęską, ot choćby ginąc w którymś z zamachów. Dlatego co raz próbuje ona odreagować swą nową funkcję, starając się zająć czymkolwiek innym, jak na przykład chwilowym szaleństwem na imprezie, zaznając zapomnienia w ekstremalnym tańcu.

Do niedawna mogła liczyć jeszcze na Eidena, to, że w jego ramionach zapomni o całym świecie. A potem wróci do świata, aby dzięki posiadanej mocy kształtować go według własnej woli. Jednakże jej cyber-byt staje się, co tu dużo mówić, coraz bardziej nie jej. Ma tego świadomość, że od pewnego czasu systematycznie się od siebie oddalają i obecnie ta odległość jest już doprawdy znacząca.

Gdy początkowo Eidena pochłania odbudowa Strefy Zero, ona wykazuje się zrozumieniem. W końcu sama niemal bez reszty oddaje się polepszaniu bytu syntetyków na Ziemi. Lecz obecnie bliski jej cyber-konstruktor wydaje się zatracać w swej wszechmocy w cyber-świecie bez reszty i o materialnym, ziemskim wymiarze, w tym Jane, zwyczajnie zapomina.

Tymczasem kobieta android kończy komponować makijaż na twarz. Z roztargnienia prawie wychodzi na zewnątrz toples, po czym zniecierpliwiona zakłada jedynie czerwony stanik i zarzuca na niego siatkę z gorsetem. Tak wystrojona kieruje się ze swoją obstawą na wspomnianą imprezę.

Na miejscu witają ją wielkie owacje na jej cześć, a syntetyczny didżej miksuje jej imię w przeróżne formy na tle kakofonii tanecznych dźwięków. Te rozlewają się po olbrzymiej sali wypełnionej całą paletą jaskrawych, połyskujących barw. Zaraz potem ponownie wszystkie syntetyki zarówno te w całości z wyglądu blaszane, jak i z substytutami sztucznej skóry poruszają się w szalonych wygibasach.

Sama Jane, kiedy dochodzi do wniosku, że nikt już nie poświęca jej ponad przeciętnej uwagi, wyciąga dyskretnie rękę do swego przydupasa. Jednego ze ślepo oddanych jej androidów, przypominającego do złudzenia młodego mężczyznę drobnej postury. Ten rozgląda się wokół, po czym wręcza kobiecemu androidowi miniaturową strzykawkę z jaskrawoniebieskim płynem.

Twoja Ostatnia Noc niby przeczesuje włosy za kark, lecz tak naprawdę wstrzykuje sobie syntetyczny narkotyk i w niemal jednej chwili odpływają od niej wszelkie troski oraz zmartwienia. Za to muzyka staje się wręcz ekstremalnie wyrazista i pociągająca. Podobnie osaczająca paleta barw robi się jeszcze jaskrawsza i dosłownie przewierca oczy.

Wśród takich doznań ciało Jane samo porwane zostaje w ekstremalny tan, gdzie jej energia wyzwala się na maksymalnych obrotach. Może sobie na to swobodnie pozwolić, nie bacząc na wyładowanie się ogniw energetycznych. Wszak z powodu panowaniem nad elementem nadprzestrzeni może je w ułamku nanosekundy doładować.

Aż w pewnym momencie Twoja Ostatnia Noc się orientuje, że nie tańczy już sama. W żywiołowym tańcu co raz ociera się o nią, to ją obłapia nieznany jej niezwykle postawny android. A może jednak cyborg? Wnioskuje tak po zogniskowaniu uwagi na jego piwnych oczach, które wydają się do złudzenia ludzkie. Podobnie postać ta posiada niezwykle męską i przystojną twarz. Zaś Jane, spoglądając frywolnie poniżej jego pasa, zastanawia się, na ile rzeczywiście jest mężczyzną.

Gdy wtem ów tancerz łapie ją w rytm muzyki i silnie przyciska do siebie, rozpłaszczając na swym torsie jej piersi. Ona z przyjemnością oddaje się temu uczuciu, ale zaraz próbuje się wyrwać. Jednakże tancerz okazuje się niewiarygodnie silny. Przytrzymuje ją przy sobie i dalej tańczą wspólnie, choć niemal niczym jedno ciało, wodząc po sobie nawzajem intensywnie rękoma. Jane czuje męskie dłonie na każdej części swego kobiecego ciała. Aż raptem z powodu narkotyku doznaje dłuższej luki w pamięci.

Jej aktywne zmysły ponownie kreują świadomość, kiedy gdzieś na zapleczu w niewielkim pomieszczeniu jest oparta plecami o ścianę i brana przez poznanego na parkiecie cyborga-mężczyznę. Tak, niewątpliwie mężczyznę, ponieważ czuje go w sobie i to naprawdę mocno. I nawet nie zamierza się temu sprzeciwiać, a nawet przeciwnie. Daje się niczym bezwolna lalka odwrócić na drugą stroną i opiera dłonie na ścianie, aby w tej pozycji przyjmować w siebie od tyłu cyborga. Czyni to bez oporów, bowiem niesie jej to zapomnienie oraz przyjemność. Dosłownie syci się cudzymi palcami na swych pokrytych syntetyczną skórą piersiach oraz pośladkach. Gdy wtem dochodzi do wielkiej eksplozji i bynajmniej nie jest ona wyzwoleniem się wielkiej, obopólnej rozkoszy. Twoją Ostatnią Noc pochłania mrok.

III. ARNEB

Europa

Strefa Druga – Otwarta

Zurych

Budynek rządowy Gwiazdy Północy

– Zatem już konsul generalny…? Tak, to doprawdy brzmi dumnie. Oczywiście gratuluję zasłużonego awansu… – oznajmia przymilnie do rozmówcy Arneb, spacerująca z nim po tarasie widokowym na dachu jednego ze srebrzystych wysokościowców w centrum odrestaurowanego Zurychu. Z kolei mężczyzna, którym jest generał Gwiazdy Południa w kwiecie wieku, gładzi się po siwej szczecinie na głowie i spoglądając z uznaniem na Arneb, mówi:

– Mimo wszystko konsul, to konsul, choć generalny, ale jeden z trzech… chociaż przewodni. Ty natomiast, pani, zostajesz Gwiazdy Północy samym dyktatorem.

– Ach, mówmy sobie po imieniu, generale Dorado… – Wspomniany mężczyzna kiwa na zgodę głowę, a Arneb kontynuuje: – Wszak… znamy się nie od wczoraj, a niemal od niedoszłej zagłady świata. – Kobieta robi pauzę i dobitnie zaznacza: – Zagłady świata, której to skutecznie zapobiegam i obecnie stoję na straży światowego pokoju, zajmując stosowną ku temu funkcję dyktatora…

– Nie umniejszam ani dokonań, ani też nie śmiem podważać autorytetu sprawowanej władzy – stwierdza kurtuazyjnie generał. Z kolei Arneb uśmiecha się do niego przymilnie i z nieschodzącym jej z ust lekkim uśmiechem, dopytuje: – Czy zatem, skoro tak dobrze się rozumiemy… mogłabym uzyskać od rządu Gwiazdy Południa szczepy modyfikowanych genetycznie nano-bakterii, które przekształcają toksyczny plastik w materię organiczną? Oczywiście przydałyby się także schematy hodowli owych mikro stworzonek i sposobu modyfikowania ich puli genetycznej celem systematycznej renowacji oraz rekultywacji naszego środowiska, jego skażonych terenów…

– Jak najbardziej nie wzbraniamy się przed podzieleniem z naszymi nowymi sojusznikami z północy osiągnięciami południowych naukowców. Lecz… – Generał obcina wzrokiem Arneb z góry na dół i z powrotem, zatrzymując spojrzenie na jej dekolcie… – Co otrzymamy w zamian…? – zapytuje. W odpowiedzi kobieta przykłada sobie dłoń do twarzy, udając, że się rumieni. Następnie rozpościera przed sobą ramiona i nad zaśnieżonymi szczytami Alp tworzy za sprawą nadprzestrzeni wielobarwną tęczę. – Zaiste piękny widok – stwierdza generał Dorado, jedynie kątem oka spoglądając na nowe zjawisko atmosferyczne. – Czy mamy zatem rozumieć, że możemy liczyć ze strony Gwiazdy Północy na stworzenie, dosłownie z powietrza, potrzebnych nam zasobów…?

– Nie inaczej… – oświadcza Arneb, wypinając dumnie pierś. I zaraz łapiąc lekką zadyszkę, po wykonanym psionicznym wysiłku, wachluje się pospiesznie dłonią, dodając: – Wymagane zasoby możemy tworzyć, jednak nie w dowolnych ilościach…

– To zrozumiałe… Aczkolwiek w takiej sytuacji, jako dodatkowe ustępstwa radzi bylibyśmy nakłonić rząd Gwiazdy Północy do podpisania protokołu z Sydney. Usankcjonowana prawnie treść o rozróżnianiu międzygatunkowym wśród ludzi, syntetyków, kosmitów oraz cyber-bytów odpowiednio by nas do siebie zbliżyła. Zaś obecnie kłopotliwe jest to, iż nasze prawa na dwóch półkulach tak bardzo się w tym względzie od siebie różnią… Niemal jak…

– Syntetycy i ludzie… – zauważa już z mniejszym entuzjazmem kobieta dyktator.

– Właśnie… – przyznaje konsul.

– Cóż… – pomrukuje nieco kwaśno Arneb. Myślę, że możemy rozważyć poprawkę do naszego nowego prawa o równouprawnieniu ras, która byłaby wstępem do negocjacji we wskazanym kierunku… W końcu przykładowo syntetycy nie są ludźmi i nigdy nimi nie będą… – I zaraz żywiołowo dorzuca: – Oczywiście te prace znacząco przyspieszyłaby sytuacji, w której wywiad Gwiazdy Południa zgodziłby się na szerszą współpracę i pozwolił na wizytację swych tajnych placówek w Australii celem poszukiwania wspólników niejakiego Neossa…

– Tak… – Generał drapie się w zadumie po brodzie. – To, zaiste, rozsądny krok, krok w dobrą stronę. Lecz katalizatorem takowego procesu byłoby niewątpliwie przedłużenie aresztu dla syntetyków oraz kosmitów zatrzymanych podczas demonstracji w Pradze pod gmachem naszej ambasady, która w połowie spłonęła… –

– Ach doprawdy jeszcze raz przepraszam za ten tragiczny incydent – Arneb teatralnie składa sobie ręce na piersi.

– Zbyt wiele wolności prowadzi do wzajemnej wrogości… Tak mawiał mój świętej pamięci ojciec… – wtrąca Dorado.

– Święte słowa z ust nieomal świętego człowieka. Tu, na północnej półkuli, również doceniamy dokonania wielkiego Dorado seniora. Zaś rodzina jest najważniejsza – przyznaje dobitnie kobieta dyktator, czym wzbudza pełen zadowolenia wyraz twarzy rozmówcy. Ten zapytuje:

– A jak tam pani rodzina…?

– Mieliśmy przejść na „ty” – uśmiecha się niewinnie kobieta.

– Oczywiście… – reflektuje się generał. – Więc jak tam twoje pociechy, które tak skrzętnie skrywasz, Arneb? Oczywiście gratuluję umiejętności zachowania prywatności, bowiem nikt na Ziemie nie wie, gdzie też są twoje dzieci…

– I nie musi wiedzieć, a mają się one doskonale – ucina nieco ostro kobieta dyktator. Następnie znowu miękko dodaje: – Jako matka szczerze żałuję, że nie mogę być choćby w tej chwili przy moich dorastających milusińskich. Ale wciąż, tutaj, naokoło, jest tyle do zrobienia…

– Więc zróbmy to. Zróbmy, co możemy, razem. Dla wspólnego, ludzkiego dobra, Arneb.

– Tak, dla wspólnego dobra, mój drogi Dorado… – Kobieta dyktator zatrzymuje się koło białego stolika i podaje mężczyźnie lampkę niebieskiego szampana. Sama bierze drugi, wysoki kieliszek z trunkiem i spoglądając z konsulem w odległy horyzont, jakby świetlaną przyszłość planety oraz ludzkości, wznoszą uroczysty toast za Matkę Ziemię.

Wtem prawy przegub dłoni Arneb rozbłyskuje różowym światłem. Kobieta przygląda się swej ręce z narastającym niepokojem i jakby sama do siebie nerwowo mówi:

– To alert, znowu… – Ledwie wypowiada te słowa, a różowe światło zmienia się w krwistoczerwone: – Nastąpił atak, to już pewne! – wyrzuca z siebie gwałtownie gwiazda północy i naraz wydaje się zupełnie zapominać o obecności konsula.

Mimo braku posiadanego egzoszkieletu dzięki panowaniu nad nadprzestrzenią wykonuje imponujący sus na barierkę okalającą taras na dachu wysokościowca. W tym miejscu jej niebieskie rurki z wplecionymi weń włosami rozwiewa silny wiatr. Ona zaś odbiera w swym ciele szczegóły komunikatu o lokalizacji i skali zagrożenia.

Nie mija wiele czasu, a skacze wprost w otwartą przestrzeń i niczym pocisk szybuje z zawrotną prędkością w kierunku nieodległych przedmieść Zurychu, gdzie mieści się farma elektrowni atomowych. U celu, nawet na moment nie zwalniając, składa razem dłonie, wysuwa je przed siebie i jak strzała przebija się przez pancerne szkło, stanowiące szybę górnego piętra budynku z reaktorem jądrowym. W chmurze potłuczonego szkła opada w przyklęku na jedno kolano na parkiet i rejestruje pięciu uzbrojonych w karabiny intruzów – postaci w czarnych kombinezonach, a nie białych kitlach pracowników.

Pierwszego przeciwnika neutralizuje, rzucając z zawrotną prędkością w jego gardło, niczym sztyletem kawałkiem odłamanego szkła. Następnie wykonuje wielokrotne salto, unikając wiązek pocisków w swym ciele. Kończy zaś akrobatyczną sekwencję obezwładniającym kopniakiem w tors zamachowca, po którym ten rozpłaszcza się i to dosłownie, na metalowej ścianie. Arneb robi kolejny unik, padając plackiem na podłogę i wystrzelona weń rakieta przelatuje tuż nad nią, Jednak gwiazda północy sprawia siłą woli, że pocisk nie eksploduje w dalszej części lotu, tylko zmienia swą trajektorię, zawraca i wybuchając, rozrywa na strzępy trzeciego intruza. Czwartemu kobieta dyktator skręca kark, kiedy niespodziewanie wyłania się przed nim z chmury odłamków po niedawnej eksplozji. Tak oto pozostaje ostatni zamachowiec, który od początku nie podejmuje walki, tylko usilnie majstruje coś przy ścianie z pulpitem sterowniczym reaktora. Aż na całej elektronicznej ścianie rozbłyskują czerwone światła, świadczące o krytycznym przeciążeniu systemu.

W jedną chwilę Arneb jest przy zamachowcy i już pragnie użyć najwymyślniejszej groźby, aby odwrócił on destrukcyjny proces maszynerii. Jednak intruz przegryza w zębach białą ampułkę, po czym tocząc pianę z ust, w samobójczej agonii pada na podłogę. Wobec tego kobieta dyktator wie, że aby zapobiec nuklearnej katastrofie, jest zdana jedynie na siebie.

Dlatego siada ze skrzyżowanymi nogami i z całą siłą koncentruje uwagę na reaktorze, aby go schłodzić. Lecz zaraz odczuwa, że jej moc panowania nad nadprzestrzenią jest niewystarczająca. Daje radę bowiem spowolnić zainicjowany, destrukcyjny proces reakcji łańcuchowej, ale nie jest go w stanie odwrócić i wyłączyć.

W związku z tym próbuje podjąć natychmiastową próbę kontaktu z Irvinem, Jane oraz Eidenem. Wie, że z dowolnej odległości na Ziemi mogą użyć swej psionicznej energii, by wzmocnić sprawczą wolę Arneb, celem dokonania skutecznej manipulacji materią. Jednakże krytyczny czas mija, a jak na złość żadna z wymienionych postaci nie reaguje!

Nie ma już chwili do stracenia, przez co kobieta dyktator przestaje trwonić dodatkową energię na ponawiane próby nieudanego kontaktu. Raz jeszcze ogniskuje całą posiadaną moc i zużywa ją błyskawicznie, aby schłodzić reaktor.

Naraz do pomieszczenia wbiega nie kto inny, jak konsul Dorado z grupą naukowców, których sprowadza ze sobą dla wymiany myśli technicznej w razie podpisania stosownych protokołów o wzajemnej współpracy. Obecnie konsul wydaje pospiesznie polecenia swym ludziom, a ci nie ustają w wysiłkach, by za pomocą nieprzebranego gąszczu paneli, wajch oraz przycisków w tym pomieszczeniu wspomóc działania Arneb.

Ta nie słyszy już padających w pośpiechu komend, a zaraz także nie widzi samych postaci, ani niczego innego. Od ekstremalnego wysiłku do tego stopnia piszczy jej w uszach, że nie dochodzą do niej żadne inne dźwięki. Także po początkowo zamazanym widzeniu teraz kompletnie traci wzrok.

I nagle, niczym sprinter na krótkim dystansie, tuż przed metą, gwiazda północy finiszuje, dając z siebie wszystko. Zatrzymuje czas. W tym momencie odzyskuje władzę nad wszelkimi zmysłami i dzięki dotychczasowym wysiłkom wespół ze staraniami naukowców Dorado przełamuje krytyczną barierę przegrzanych prętów paliwowych i skutecznie odwraca niszczycielski proces.

Aczkolwiek czas nie powraca do kobiety w naturalny sposób. Odzyskuje świadomość w ramionach konsula, który ociera jej spod nosa białą chustką dwie strużki krwi. Lecz jego kojące spojrzenie mówi za siebie wszystko – krytyczne niebezpieczeństwo zostaje cudem zażegnane, dlatego Arneb uśmiecha się.

IV. EIDEN

Strefa Zero – Wirtualna

Poziom piąty

Stylizacja – XXI wiek.

Wschodnie wybrzeże Ameryki Północnej

Eiden? Otóż nie, już nie on, a w każdym razie nie tylko on. Ktoś o wiele więcej albo nawet wielokrotność niezwykłych osób – myśląc tak, cyber-byt z zawrotną prędkością przemierza przestrzeń powietrzną nad miastem Nowy York w odrestaurowanym dwudziestym pierwszym wieku. Przy czym, aby lecieć, nie używa żadnego środka transportu. Jest niczym sam legendarny Superman, zaś jego możliwości w cyber-świecie zespolone z potęgą manipulowania nadprzestrzenią są niemal nieograniczone. I nader chętnie z nich korzysta ku osłupieniu i podziwowi szeregowych cyber-bytów. Nowych programów zaludniających poszczególne poziomy Sieci, jako jej świadomych mieszkańców.

Obecnie Eiden gwałtownie wyhamowuje w sporej odległości od ziemi nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego. Z pewną dezaprobatą przygląda się wspomnianemu wcześniej miastu, dziełu w dużej mierze innych cyber-konstruktorów, dokonując jednocześnie szeregu wnikliwych obliczeń i analiz. Następnie w mgnieniu oka tworzy w przestrzeni marmurowe schody, po których schodzi dumnie tuż przed Statuę Wolności, gdzie oczekują go jego pracownicy. Dłuższy czas ogniskuje przenikliwe spojrzenie na Gaixie, po czym siłą woli dematerializuje uprzednio stworzone schody i przemawia z pewną pretensją do namierzonego wzrokiem cyber-konstruktora:

– Wciąż pracujecie zbyt wolno, a do tego niedokładnie. – Wskazuje na monumentalny pomnik, a potem wody oceanu i precyzuje: – Zaznaczyłem, że względem oryginału statua powinna być trzykrotnie, nie zaś dwukrotnie wyższa. W końcu udoskonalamy nasz świat względem materialnego, a nie tylko odwzorowujemy. Ponadto statua, zamiast dzierżyć coś w rękach miała mieć szeroko rozpostarte ramiona w geście powitania przybyszy, a do tego miała się szeroko uśmiechać!

– I może jeszcze podwijać na zachętę sukienkę mini…? – szepcze zmęczonym głosem Gaix.

– Udam, że tego nie słyszałem – rzuca do niego Eiden i ostro dodaje: – Ponadto woda w oceanie nie jest dość błękitna, a jej poziom zbyt wysoki o pół milimetra!

– To przez efekt cieplarniany… – wtrąca inny, zastraszony cyber-konstruktor. – Lodowce uległy zbytniemu roztopieniu, a w cieplejszej wodzie rozmnożyły się nadmiernie zielone algi…

– Więc je pokolorujcie na niebiesko albo usuńcie! Bo nie przyjmuję żadnych tłumaczeń do wiadomości, rozumiecie?! Nie przyjmuję! – ciska się dalej Eiden, przechadzając wzdłuż szpaleru pracujących dla niego cyber-bytów. – Pamiętajcie, że naszym nadrzędnym celem jest…? – zawiesza głos i nadstawia ucho.

– Doskonałość! – pada chórem gromka odpowiedź.

– Właśnie! – podchwytuje Eidnen. – Nasz świat musi być nie tyle lepszy, co wręcz idealny, doskonały, a wszyscy mieszkańcy szczęśliwi i uśmiechnięci, nawet jeżeli nie byliby zadowoleni, rozumiecie?!

– Dostrzegam tu pewną sprzeczność logiczną… – wtrąca nieśmiało kolejny cyber-konstruktor. – Szczęśliwi mieszkańcy i jednocześnie niezadowoleni…

– Nie ma sprzeczności! Jest doskonałość! Która ma postępować, nieustannie, dociera?! – Stając na palcach, piekli się Eiden do cyber-konstruktora, aż ten kuli się do tego stopnia, że autentycznie koryguje swą wielkość i obniża wzrost o dobre dziesięć centymetrów. – Tak już lepiej… – stwierdza na to spokojniej dominujący cyber-byt. Ale zaraz pojawiają się inne głosy wątpliwości:

– Energia… Mimo nieustannej pracy pod presją czasu i psychicznego napięcia nie posiadamy dość rezerw energetycznych, aby z sugerowaną prędkością i dokładnością dokonywać zleconych prac w celu krzewienia doskonałości…

– Przecież krysztolit Irvin zniszczył na kontynencie Ameryki Północnej niemal wszystkie ergony oraz żarłacze świetlne, zatem…?

– Mimo wszystko w czasie apokalipsy uszkodzone zostały liczne generatory zaopatrujące Strefę Zero i braki te nie zostały odpowiednio zrekompensowane…

– Rozumiem… – Eiden na dobre już spuszcza z tonu. Jeszcze pewien czas przygląda się z dezaprobatą cyber-konstruktorom, zupełnie jak ojciec dzieciom, które sprawiają mu zawód, nie zbliżając się nawet do jego światłych osiągnięć. Potem na odchodne rzuca: – Pracujcie bez wytchnienia ku chwale doskonałości. A ja… Ja zatroszczę się o należne dostawy energii… – Po tej deklaracji na powrót tworzy w przestrzeni schody, tym razem złote i lśniące do samego nieba, po czym kroczy po nich, aż można odnieść wrażenie, że niknie w jaśniejącym na nieboskłonie słońcu.

Niedługi czas potem Eiden trafia na poziom dziewiąty Sieci, który stanowi jego prywatną kwaterę. Jest to miejsce o nieograniczonej niczym, świetlistej przestrzeni, w którym tworzy doraźnie takie przedmioty i otoczenie, w jakich akurat gustuje.

W tym momencie zadowala się czystą, jasną przestrzenią, ponieważ całą uwagę koncentruje na nawiązaniu połączenia z Jane. Wkrótce osiąga sukces i bez ogródek wypala:

– Energia, Strefa Zero potrzebuje więcej energii.

– A nie zapomniałeś przypadkiem o czymś…? – rzuca z pewną pretensją w głosie kobiecy android.

– Niewątpliwie, jak zwykle jestem w swych działaniach do przesady skrupulatny i wywiązuję się z danych obietnic – odpowiada z pewnością siebie Eiden. – Przesyłam do Sanktuarium umówione kwoty neobitcoinów, którymi ludzie płacą za stały transfer do mojej wirtualnej, doskonałej Sieci.

– Jest takie magiczne słówko… – mówi zmęczonym głosem Twoja Ostatnia Noc.

– Magia…? – dziwi się cyber-konstruktor.

– Ta, osiągana za sprawą słowa „proszę”…

– Niech więc będzie magia, za której sprawą zwiększysz podaż energii z Sanktuarium do Sieci o pięćdziesiąt procent. Proszę, Jane…

– Wyprosiłeś zwiększenie transferu o dziesięć procent. Wiedz, że mamy tu własne potrzeby.

– Trzydzieści, proszę…

– Nie nadużywaj magii, bo czarodziejska różdżka obróci się przeciw tobie, czarodzieju… – oznajmia oschle kobieta android i przerywa połączenie. Jednak za sprawą nadprzestrzeni Eiden wymusza natychmiast ponowny kontakt i z determinacją oświadcza:

– Dwadzieścia procent i masz mnie z głowy na cały miesiąc!

– Więc takie są teraz nasze relacje…? Chcesz płacić mi za energię brakiem swego towarzystwa…?

– Nie to miałem na myśli… – stwierdza bardziej pojednawczo Eiden.

– Ale to właśnie powiedziałeś – ucina Jane i cierpko dodaje: – Przesyłam ci kody, dzięki którym pobierzesz swoją energię. Piętnaście procent i ani jednego procenta więcej. Bez odbioru.

– Całusy… – mówi już sam do siebie cyber-byt i z zadowoleniem przyswaja transfer danych, który pozwoli mu dokonać zdalnie pewnej korekty w działaniu głównego komputera w stolicy syntetyków.

Jednak podczas tej pracy po prostu nie może się powstrzymać i do wspomnianego komputera przesyła w zamian jeszcze coś od siebie. Mianowicie całkiem niepozorny wirus, który ma za zadanie zakamuflować niewinny drobiazg. Czyli fakt, że na własne potrzeby Eiden wchłonie jednak dwadzieścia, a nawet trzydzieści procent więcej energii. W końcu potrzebuje jej dla krzewienia doskonałości…

Usatysfakcjonowany tym, co uzyskuje, na tym bynajmniej nie poprzestaje. Właśnie stworzony wirus komputerowy zamierza bowiem skrzętnie wykorzystać w bliźniaczym celu. Otóż przesyła go do centrali komputerowej w Zurychu, gdzie ta nader skąpa dyktator Arneb stoi twardo na stanowisku, że Sanktuarium należy się jedynie pięć procent energii z farm atomowych. I to za wygórowaną cenę wielu tysięcy neobitcoinów. A więc w tym wypadku Eiden decyduje się zaszaleć i wymierzyć doskonałą sprawiedliwość. Nie inaczej, tylko zwiększy pobór energii o całe sto procent. Na dobry początek oczywiście.

Nagle doznaje olśnienia, że dzięki swoim śmiałym przedsięwzięciom nie dość, że niweluje braki energetyczne w Sanktuarium, to wręcz dysponuje teraz nadwyżką tego towaru. A skoro tak, to zamierza go spożytkować w sposób, który od dłuższego czasu chodzi mu po jego wirtualnej głowie. Użyje całej mocy i wiedzy, aby odtworzyć Nedie, swoje drugie, kobiece ja. W końcu w udoskonalanym przez siebie świecie czuje się często dziwnie samotny. Poza tym pragnie się dzielić doskonałością z kimś niemal równym sobie, kto należycie doceni jego dokonania. Jego, czyli ziszczającego się cyber-Boga, któremu już niebawem wszystkie wirtualne istoty wszystkich poziomów Sieci powinny oddać należny pokłon!

V. ROBIN

Australia

Strefa Pierwsza – Zamknięta

Ukryta baza Gwiazdy Południa

W sterylnym pomieszczeniu, gdzie na elektronicznym fotelu zasiada w pańskiej pozie żółw. Ten ostatni zaciąga się skrętem i gasząc go na własnej skorupie, jak na prawdziwego twardziela przystaje, znudzonym głosem rzuca:

– Następny…

Nie mija dłuższa chwila, a Alfa i Omega wprowadzają humanoidalnego kosmitę z dodatkową parą rąk oraz nóg. Ubrany jest na czarno z wymalowanym na ubraniu kościotrupem i makijażem z trupią czaszką na twarzy. Rozgląda się po otoczeniu, jakby oszołomiony, po czym wyciąga przed siebie cztery dłonie i można odnieść wrażenie, że opiera je na twardej, niewidzialnej powierzchni. Potem z narastającym zdziwieniem przesuwa się po pomieszczeniu, wodząc rękoma po nieistniejącej przeszkodzie, gdy wtem pada czerwona wiązka z lasera.

– Następny… – Żółw Robin odkłada na poręcz fotela właśnie użyty pistolet. Natomiast Alfa i Omega chwytają uśmierconego kosmitę za nogi, po dwie kończyny każda z dam i wyciągają biedaka na zewnątrz pokoju.

Wkrótce powracają w towarzystwie człowieka. Jest łysy z imponującym, srebrnym łańcuchem zwisającym z karku na klatę. Do tego ma przesadnie luźne ubranie z krokiem spodni gdzieś na wysokości kolan. Z czego można by wnioskować, że z emocji coś w swych gaciach zostawił. On jednak wydaje się nad wyraz pewny siebie. Czyni kilka gwałtownych wymachów ramionami i kiwając się rytmicznie, intonuje:

Cześć! Siemano!

Jestem Lasio nie krysztolit.

Wypluwam słowa szybko niczym numer jeden bolid. 

Twoja głowa ma się bujać – nie chowaj w skorupie jej. 

Bo ją zaraz stąd wyciągnę, kopiąc Cię w dupę, ej!

Żartowałem drogi mistrzu, ze mną Alfa i Omega. 

Cyber-byty, syntetyki zajebiemy ich, jak trzeba.

Jedno Twoje słowo, a zrobimy to zaraz. 

Lecz teraz wszyscy dla Robina hałas! 

Lecz teraz wszyscy dla Robina hałas!  

Kiedy raper kończy repertuar, podrygujące w takt intonacji Alfa oraz Omega zastygają na baczności i wlepiają wzrok w szefa. Ten klepie niespiesznie żółwią łapką w poręcz fotela tuż przy kolbie pistoletu. A wtedy obie damy, jedna przez drugą, mówią:

– Nie było źle…

– Ta, całkiem dobry był…

– Przydałoby się trochę muzy…

– … i wymuszonego luzu…

– Werbujemy…?

– Wpisać na listę…?

– Zapierdolić. Skręcić kark i zakopać w ogrodzie – rzuca oschle Robin. Wobec takiego werdyktu przybyły raper czyni boleściwe spojrzenie i można odnieś wrażenie, iż krok jego spodni obniża się jeszcze bardziej, aż wręcz po kostki. Z kolei Alfa i Omega zauważają:

– Nie mamy ogrodu…

– Jedynie beton wokół naszej tajnej kwatery, no i ocean…

– Ja pierdolę… – marudzi zdegustowany żółw, najwyraźniej miłośnik ogrodów, ale zaraz odzyskuje rezon: – Zatem betonowe buciki i chlup do wody… – Uśmiecha się kąśliwie. Daje Omedze do przypalenia skręta, zaciąga się niebotycznie i tradycyjnie nie zamierza się zakrztusić, po czym artykułuje: – Następny! Albo raczej następna, hłe, hłe…

Po opuszczeniu pomieszczenia przez utalentowanego rapera, którego błyskotliwą karierę przerywa gwałtownie krytyk muzyczny w złośliwej osobie żółwia, swoje oblicze ukazuje zgrabna kosmitka z pióropuszem na głowie.

– Ja pierdolę… – oznajmia pożądliwie na jej widok Robin i szybko porusza brwiami.