Strona główna » Dla dzieci i młodzieży » Szacunek ulicy

Szacunek ulicy

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7924-210-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Szacunek ulicy

Znęcałem się nad słabszymi. Dziś wiem, że ta droga prowadzi donikąd. Dlatego postanowiłem napisać tę książkę.

Zaskakująca opowieść rapera z kryminalną przeszłością

Buła ma 13 lat. Jest outsiderem. Po przeprowadzce do małego miasteczka nie potrafi odnaleźć się w nowym miejscu. Popada w konflikty z kolegami, rodzicami, nauczycielami. Dziewczyna, w której jest zakochany, odsuwa się od niego. Chłopak staje się agresywny, znęca się nad słabszymi, gdy nieoczekiwanie… sam staje się ofiarą.

50 Cent napisał „Szacunek ulicy”, opierając się na dramatycznych doświadczeniach własnej młodości. Przemoc, narkotyki, prześladowanie rówieśników – tak wyglądała jego codzienność.  Na szczęście w porę zrozumiał, że to droga donikąd.

Teraz chce przestrzec Ciebie.

Polecane książki

Publikacja przedstawia główne kierunki zmian w dziennikarstwie, w pojmowaniu funkcji przekazu dziennikarskiego (i ogólnie: medialnych przekazów informacyjnych), a także roli dziennikarza. Opisane procesy dokonują się z jednej strony pod wpływem tzw. nowych mediów, z drugiej wynikają zaś z faktu,...
Cooper Townsend jest znanym w całej Anglii bohaterem wojennym. Ilekroć pojawi się w Londynie, matrony i debiutantki nie odstępują go na krok. Sławę zawdzięcza anonimowym, drukowanym w prasie opowiadaniom, które opisują jego szlachetne czyny. Po lekturze jednego z nich do Coopera zgłasza s...
Hal poradził sobie z próbą i udowodnił, że mimo mikrej postury zasługuje na miano prawdziwego wojownika... Cóż jednak z tego, skoro niedługo później chłopak podpadł oberjarlowi i całemu rogatemu towarzystwu. Dopiero teraz Czaple znajdują się w prawdziwych opałach! Hal ma tylko jedną, naprawdę niewie...
Podzielając pogląd wyrażony przez Rudolfa Arneheima o tym, że nasze oczy zostały zdegradowane do roli instrumentów pomiarowych i rozpoznających, autorka tropi i wskazuje te elementy w naszym postrzeganiu świata, które na przestrzeni wieków zostały wyeliminowane lub zignorowane przez konwencje kultur...
NIE JESTEŚ GOTOWY Illidan Stormrage jest jedną z najpotężniejszych istot, jakie kiedykolwiek przemierzały ziemie Azeroth. Pozostaje też z pewnością najmniej rozumianym z wielkich tego świata. Za jego legendą i tajemniczymi poczynaniami kryje się bowiem błyskotliwy umysł, którego plany i machinacje n...
To niezwykle ważna publikacja z zakresu kultury piśmienniczej – polskiej i europejskiej. Przynosi szereg istotnych informacji dotyczących produkcji książki rękopiśmiennej średniowiecznych bibliotek, a także pisma epigraficznego i średniowiecznych zapisów muzycznych. „Paleografia” jest nie tylko ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa 50 Cent

wstęp

Nie będę udawał, że wszystkie moje uczynki zasługują na miano godnych naśladowania. Przyznaję, że bywałem na bakier z prawem. Stosowałem przemoc. Znęcałem się nad słabszymi. Wiem dobrze, że ta droga prowadzi na manowce. I dlatego właśnie postanowiłem napisać tę książkę – opowieść o chłopcu, który schodzi na złą drogę. Jak i dlaczego tak się stało i czy uda mu się zawrócić?

PisanieSzacunku ulicy było dla mnie bardzo osobistą podróżą. W Bule jest wiele ze mnie samego. Wspierałem się zarówno doświadczeniami z własnego dzieciństwa i wczesnej młodości, jak i sytuacjami, które obserwuję na co dzień. Sięgnąłem też do emocji, które towarzyszyły mi w tamtym okresie życia – w stosunku do własnej rodziny, do przyszłości i do innych dzieciaków z boiska.

Wiele się nauczyłem, żyjąc na krawędzi. Na przykład tego, że to siła psychiczna zapewnia szczęście, a stosowanie siły fizycznej przeciw słabszym nie prowadzi do niczego dobrego. Czasem młodzi ludzie dochodzą do tego wniosku zbyt późno. Czy tak właśnie będzie w wypadku Buły? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w książce.

Curtis „50 Cent” Jackson III

Nowy Jork

– Przestań tak do mnie mówić.

‒ Przepraszam, ale nie rozumiem – powiedziała i poprawiła się na krześle, a ja po raz kolejny rozejrzałem się po pokoju.

Co za koszmarnie depresyjne miejsce pracy. Mała klitka na pierwszym piętrze nad ciągiem sklepów. Bezpośrednio pod nami znajdowała się pralnia chemiczna, a dwa sklepy dalej – fast food Popeyes. Cały budynek przesiąknięty był smrodem starego, smażonego kurczaka. I jak ja mam niby w tych warunkach traktować tę białą chudzinę poważnie?

‒ Słuchaj no, paniusiu, wierzę, że chcesz dobrze, ale ustalmy coś na samym początku. Jestem tu, bo jeśli wywalą mnie ze szkoły, to całe dni będę kiblował w mieszkaniu matki, a jeśli całe dni będę kiblował w mieszkaniu matki, odbije mi jeszcze bardziej. Rozumiemy się? Mogę tu przychodzić, ale tylko pod warunkiem że wyluzujesz.

‒ W porządku, Bur…

‒ No nie, głucha czy jak? Chyba dziesiąty raz mówię, że nie reaguję na to imię. Wszyscy mówią do mnie Buła. Bu-ła – powtórzyłem wyraźniej. – To chyba nie takie trudne.

Skinęła głową, pociągając za kilka kosmyków, które wysunęły jej się z koka. Trudno było stwierdzić, ile ma lat. Mogła mieć równie dobrze trzydzieści pięć, co pięćdziesiąt pięć. Serio, nie miałem pojęcia.

‒ W porządku. Czy chciałbyś mi opowiedzieć, jak się czujesz z tym przezwiskiem, Buła?

‒ Jak się czuję? – rzuciłem i parsknąłem śmiechem. – Nie no, paniusiu, bez jaj. Że ile ja tu niby mam siedzieć? Czterdzieści pięć minut czy godzinę?

Zacisnęła usta, po czym wydęła je lekko.

‒ Nasze sesje będą trwały po czterdzieści pięć minut, chyba że postanowię inaczej. A tak w ogóle, nie reaguję na „paniusiu”. Możesz zwracać się do mnie po imieniu „Liz” lub „pani Jenner”, jak ci wygodnie, ale tylko te dwie opcje wchodzą w grę.

Znowu się zaśmiałem. Ta babka naprawdę mnie rozwalała.

‒ Liz? Taa, jasne, ale raczej nie skorzystam, dzięki.

‒ Posłuchaj, Buła… Będziemy pracować tak, żebyś to ty czuł się swobodnie. Możemy iść twoim tempem, ja się bez problemu dostosuję.

‒ Super.

‒ No to dobrze.

Założyła ręce i siedziała tak przede mną, przyglądając mi się bez słowa. Ja wlepiłem wzrok w paskudny obraz, który wisiał nad jej głową. Widniały na nim trzy żaglówki na tle rozmazanego błękitnego nieba. Co za osioł chciałby mieć taki obraz? Żadnych detali, żadnej perspektywy, normalnie nic – niczym rekwizyt z planu filmowego dobrany tak, żeby pokazać, że jego właściciel nie ma za grosz gustu.

Z dołu coraz bardziej zalatywało smażonym kurczakiem. Nie myślcie sobie, że przeoczyłem spojrzenie, jakim mnie obdarzyła na wejściu – jakby chciała zamknąć w sejfie wszystkie swoje kosztowności. Nie żeby w jej gabineciku znajdowało się coś cenniejszego niż moja jedna tenisówka.

Nie wiem dokładnie, ile minut tak przesiedzieliśmy – trzy, pięć, dziesięć? Wyglądało na to, że biała paniusia tak łatwo się nie podda. Możliwe nawet, że okaże się równie uparta co mama, a to mówi samo za siebie. Dalej siedziała nieruchomo, gapiąc się na mnie, aż w końcu nie było wyjścia. Musiałem się odezwać.

‒ Dobra, niech ci będzie. Możesz mi zadawać pytania, ale ja nie muszę na nie odpowiadać. Stoi? „Szurnięta pindo” – tego ostatniego nie dodałem z grzeczności.

‒ Wydaje mi się, że możemy się tak umówić. Doceniam twój gest. Zacznijmy więc od początku, Buła, jeśli pozwolisz?

‒ Spoko. Pozwalam – prychnąłem.

Nie zareagowała.

‒ Powiedz mi może, kiedy dokładnie przeprowadziliście się do Garden City?

‒ To wszystko, na co cię stać? – zadrwiłem, choć w sumie ulżyło mi jak cholera, że nie pytała o prawdziwy powód, dla którego zaciągnięto mnie do jej gabinetu.

Bo właśnie jedyną sprawą, o której w życiu nie chciałbym rozmawiać z tą białą sztywniarą, był Maurice. Za żadne skarby świata.

Wiem, że Liz rozmawiała już z dyrektorem szkoły i z mojąmamą o całej tej historii, i jestem pewien, że czytała też raport, na podstawie którego mnie do niej skierowano. Pewnie westchnęła głośno, gdy dotarła do opisu, jak w zeszły piątek dowaliłem Maurice’owi na boisku. Zastanawiałem się, w jaki sposób taka sztywna paniusia jak Liz zareagowałaby, gdybym wtajemniczył ją we wszystkie szczegóły, które raport przemilczał, na przykład to, jak obudziłem się rano, wyciągnąłem z szuflady skarpetę i napełniłem ją bateriami R20, które kupiłem w Daune Reade, gdy ostatnio byłem w mieście. Ale nie, nigdy w życiu. W życiu nie powiedziałbym ani Liz, ani nikomu innemu, co naprawdę stało się tego dnia i jakie były motywy mojego działania.

Gdy pojawiłem się tego dnia w szkole, czułem się gotowy na wszystko – co najmniej jakbym był Bruce’em Lee, Jamesem Coburnem i Kareemem Abdulem-Jabbarem w jednym spasionym ciele, w gaciach w rozmiarze XXL. Ranek wlókł się jak zwykle, ale tym razem wcale nie chciało mi się spać – ani na geometrii, ani na wiedzy o społeczeństwie. Byłem nabuzowany energią. Wiedziałem, co mam zrobić, i wprost nie mogłem się doczekać. Nie po to, żeby jak najszybciej mieć to z głowy, ale by rozkoszować się każdą sekundą mojej słodkiej zemsty.

W przerwie na lunch nawet nie chciało mi się jeść. Każdy, kto mnie zna, wie, że to nie wróży niczego dobrego. Ale nikt nie zauważył, bo w gimnazjum J. Watkinsa wszyscy mieli moją grubą dupę w dupie właśnie. Ale to się zmieni. Nie miałem co do tego wątpliwości.

Po lunchu na boisku było więcej uczniów niż zwykle, ale mnie to pasowało idealnie.

– Hej, Maurice! – krzyknąłem, gdy dojrzałem go na ławce koło drabinek.

Siedział sam i czytał książkę, jak to Maurice. Nie miał kumpli, bo niby czemu miałby mieć? Cały wolny czas spędzał z nosem w książkach.

Na dźwięk swojego imienia podniósł wzrok i spojrzał na mnie tak, jakby wiedział, co się za chwilę stanie. Ale ja gram fair, więc dałem mu możliwość obrony.

– Hej, Maurice, chyba czas, żebyś się dowiedział, co spotyka tych, którzy wygadują o mnie takie brednie.

– O co ci chodzi, stary? – spytał z dziwnym wyrazem twarzy, ni to z uśmiechem, ni to poważnie.

Nigdy nie potrafiłem wyczaić, o czym myślał i czy robił sobie ze mnie jaja, czy nie. Cóż, teraz ten jego uśmieszek miał mu zniknąć z gęby na zawsze.

– Hej, Maurice! – powtórzyłem i tym razem darłem się nie na żarty, idąc w jego stronę coraz szybciej.

Prawą rękę włożyłem w kieszeń bluzy, wszystkie pięć palców zacisnąłem na ciężkiej skarpecie, która miała nauczyć Maurice’a, kto tu rządzi.

– Chyba jedyny sposób, byś trzymał gębę na kłódkę, to zamknąć ci ją samemu.

Maurice wstał z ławki, a jego twarz teraz już wyraźnie zdradzała przerażenie. Odłożył książkę i zrobił kilka kroków w moją stronę, i wtedy właśnie mu pokazałem. Wyciągnąłem rękę z kieszeni i BACH! Przywaliłem mu prosto w tę jego zadowoloną z siebie gębę i okładałem mu ryj bateriami, póki nie poczułem, że coś ustąpiło.

Słyszałem wszystko dookoła – westchnięcia, wiwaty i krzyki – ale w tej chwili cały wszechświat składał się tylko z nas dwóch. Tylko ja i Maurice.

Może ten raport na biurku Liz opisywał najważniejsze momenty. Może było o tym, że ledwo zacząłem, a Maurice padł na asfalt z dłońmi na ustach, i o tym, jak krew sikała wszędzie, aż wydawało się, że płynie z uszu.

Ale na pewno żaden kretyński raport durnowatego pedagoga nie wspominał o tym, jakie to przyjemne uczucie – jak cudownie było wyjąć skarpetę chowaną przez cały dzień w plecaku i przywalić mu w gębę. A masz, Maurice. „To cię nauczy, żeby nie zadzierać ze mną. Żeby nie pociskać takich kłamstw na mój temat, jakby nigdy nic”.

Gdy ostatni raz oderwałem pięść od jego twarzy, zorientowałem się, że wokół nas zapadła grobowa cisza. Wszystkie dzieciaki stały niczym skamieniałe, z oczami wpatrzonymi we mnie, jakbym wreszcie coś znaczył. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie poczułem się zajebiście.

Stara, wkurzająca Liz z uporem maniaka zadawała minajdziwniejsze pytania. Co najmniej jakbym był na rozmowie o pracę. Ale w sumie nie miałem nic przeciwko. Póki trzymała się nieistotnych rzeczy, czas mijał w miarę bezboleśnie. Poza tym całkiem dobrze czułem się z tym, że w końcu to ja mogłem gadać i nikt mi nie przerywał. Odkąd starzy się rozstali, nikt nie miał czasu słuchać tego, co ja miałem do powiedzenia.

‒ Powiedz mi, Buła, masz jakichś kolegów w szkole?

Aż mi się szerzej otworzyły oczy. Co to za pytanie?

– Owszem, mam kolegów. Czemu miałbym nie mieć?

– Wybacz, źle się wyraziłam – powiedziała, błyskając w moją stronę żółtawymi zębami. – Oczywiście, że masz kolegów. Chciałam zapytać, czy miałbyś ochotę mi o nich opowiedzieć.

– Nie za bardzo – odparłem, ale widząc, że taka odpowiedź jej nie zadowala, dodałem: – Normalnie, kumple. Nic specjalnego. Wszystkie czarne dzieciaki w Watkinsie trzymają się razem, głównie dlatego że nie mają innego wyjścia, rozumiesz?

Spojrzałem na bladą twarz Liz i pomyślałem: „Oczywiście, że nie rozumie”.

– Większość moich prawdziwych kolegów została w mieście, ale widuję się z nimi tylko w te weekendy, kiedy jadę do ojca. Z kumplami z tej szkoły spędzam czas tylko podczas zajęć, raczej nie spotykamy się w weekendy.

Liz pokiwała głową i zanotowała coś w swoim biedniutkim notesiku.

– Trudno ci było zostawić starych kolegów i przenieść się do nowej szkoły?

– E tam, niby czemu? Już mówiłem, że mam tu pełno kolegów, poza tym ciągle jeżdżę do miasta. Gdybym nie jeździł, to może faktycznie nie byłoby tak różowo w tym Garden City.

Kolejne obcesowe skinienie głową.

– A dziewczyny? Masz jakiś… romantyczny przedmiot zainteresowania?

Aż mi napój poszedł nosem.

– O rany, ty to potrafisz ubrać coś w słowa. Nie, nie mam „romantycznych przedmiotów zainteresowania”.

– Okej, w porządku. A co z…?

– W sumie jest taka jedna dziewczyna, koleżanka. Ma na imię Nia i jest dla mnie bardzo miła. Znaczy się, nie tylko dla mnie. Po prostu miła dziewczyna. Dla wszystkich. Za dwa tygodnie urządza imprezę, na którą się zresztą wybieram. Będzie czadowo.

Liz chyba zainteresowała ta informacja.

– Czyli cieszysz się z powodu tej imprezy, tak?

– Chyba właśnie to powiedziałem, nie? – Poirytowany pokręciłem głową i rzuciłem okiem na stopy. Moje najki X Series to były jednak najfajniejsze buty na świecie. Dostałem je prawie dwa lata temu, zaraz po tym jak rodzice się rozstali i mieli wobec mnie zajebiste poczucie winy. Od tego czasu stopy trochę mi urosły, ale co tam. Uodporniły się na pęcherze, a poza tym nawet jeśli tenisówki miały już swoje najlepsze lata za sobą, nadal były całkiem spoko. Jasne, skóra trochę wyblakła na bokach, ale czego się nie da naprawić odpowiednim markerem?

Mimo to miałem świadomość, że muszę zrobić dobre wejście na imprezie Nii w następną sobotę. Znaczy się, jeśli w ogóle mnie zaprosi. Przedtem byłem tego właściwie pewien, no bo zawsze jest dla mnie taka miła i w ogóle. Ale od tego całego zajścia na boisku nie pojawiłem się jeszcze w szkole, więc nie za bardzo wiedziałem, co teraz Nia o mnie sądzi. Może gdyby jej przy tym nie było, gdyby nie widziała, jak podchodzę do Maurice’a…

E tam, nie było sensu się nad tym zastanawiać. Ale jakoś nie mogłem uwolnić się od pewnego obrazu w głowie, niczym kadru filmowego – wyrazu jej twarzy, gdy trener Reese skrępował mi ręce za plecami i prowadził do budynku niczym jakiegoś dilera czy coś. Nia stała tylko z otwartą buzią i wyglądała, jakby się śmiertelnie bała. Mnie.

Usłyszałem jakieś dźwięki dobiegające z poczekalni.

– Dobra, chyba czas na mnie. Mama ma dziś nockę, więc nie ma czasu czekać, aż wyjdę.

Wstałem szybko, bo nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie wydostanę się z tej dziwacznej nory zajeżdżającej smażonym kurczakiem.

– W porządku, Buła. Bardzo miło mi się dziś z tobą rozmawiało i już nie mogę się doczekać następnego spotkania. Myślę, że robimy razem duże postępy. Naprawdę.

– Taa. Niech będzie – rzuciłem od niechcenia i już mnie nie było.

Liz powiedziała mamie, że na początku muszę do niej chodzić przynajmniej dwa razy w tygodniu, chyba że „zauważy znaczącą poprawę”, cokolwiek to miało znaczyć.

Oczywiście widziałem minę mamy, gdy Liz oznajmiła jej tę „dobrą nowinę”. Nad głową od razu pojawiły jej się dolarki. Nie pierwszy raz zastanowiłem się, choć wcale nie zamierzałem pytać, ile musi bulić za te moje sesyjki z Liz. Ale w sumie to jej problem, nie mój. Pogadanki z beznadziejną pracownicą opieki społecznej przyjmującą w norze nad sklepami były i tak o wiele tańsze niż prywatna szkoła, co sugerował dyrektor James. Przeniesienie mnie z Watkinsa do innej budy w życiu by nie przeszło.

Nasze kolejne spotkanie wypadło w poniedziałek, czyli mój pierwszy dzień po powrocie do Watkinsa.

– I jak się czułeś w szkole? – wypaliła, zanim jeszcze zdążyłem zdjąć plecak i otworzyć mój ulubiony powerquench. Ja tam wolę się najpierw rozgościć, wyciągnąć nogi, ale ewidentnie to nie w stylu Liz.

– Było… całkiem spoko w sumie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Mimo że Nia trzymała się na dystans, kilku chłopaków traktowało mnie miło, pierwszy raz w życiu. Jakbym wreszcie zyskał ich szacunek.

Liz zajrzała do notatek i spytała:

– A Maurice był w szkole?

Po raz pierwszy wymieniła imię mojego wroga, ale bynajmniej nie zbiło mnie to z tropu. Wytrzymałem jej wzrok i tylko wzruszyłem ramionami.

– Taa, chyba tak. Ale go nie widziałem. Przenieśli go do innej klasy z matmy, a tylko na tych zajęciach się spotykaliśmy. Wiesz, Watkins to wielka szkoła. W każdym roczniku jest z siedmiuset uczniów.

– To jest chyba pozytywna wiadomość – skomentowała Liz – że Maurice tak szybko wrócił do szkoły.

– Skoro tak mówisz. – Kolejny raz wzruszyłem ramionami, a gdy Liz znowu zaczęła się gapić jak psychopatka, dodałem: – Zrozum, że dla kujona nie ma nic gorszego niż opuszczenie ukochanych lekcji. Wolałby raczej kulkę w łeb. Dam głowę, że każdy na jego miejscu zostałby dłużej w domu, rozumiesz, żeby wykorzystać okazję i się pobyczyć, ale nie Maurice.

Roześmiałem się na samą myśl, jaka z niego oferma.

– Mój ziomal Bobbie widział go na wiedzy o społeczeństwie i mówił, że był nieźle zmasakrowany. Ale najwyraźniej nic mu się nie stało, skoro wypisali go ze szpitala. Tylko rozcięta warga, żadnych kiwających się zębów ani nic w tym klimacie. Pewnie nawet nie musieli go szyć.

To dlatego jego dziani rodzice zdecydowali się nie iść z tym do sądu, bo w sumie nic wielkiego się nie stało.

– Kto to jest Bobbie? – zapytała zupełnie niespodziewanie. Nie takiego pytania się spodziewałem. – Może coś mi o nim opowiesz?

– Normalnie, chłopak ze szkoły – odparłem. – Spoko gość.

– Rozumiem – powiedziała i znowu nagryzmoliła coś w notesie.

Bobbie był numerem jeden w paczce Andresa. Zajebiście grał w kosza. Był mięśniakiem, miał prawie dwa metry i latały za nim wszystkie dziewczyny, nawet te z liceum. Tego dnia, gdy poszedłem na stołówkę po kakao, przybił mi piątkę i powiedział, że powinienem zobaczyć obitą gębę Maurice’a. To Bobbie wyjawił mi, że od teraz Maurice ma zamiar jadać w gabinecie pielęgniarki.

– Coś jeszcze wydarzyło się dziś w szkole? – Liz przestała pisać i znowu zaczęła mnie maglować.

Pokręciłem przecząco głową.

– Nic, nuda jak co dzień.

No, poza tym że podczas przerwy na lunch Andres przybił mi piątkę, i Darrell też, i nawet zaprosili mnie do swojego stolika. Jednak zanim wyczekałem się w kolejce do ciepłych dań, wszystkie miejsca koło nich były już zajęte, więc tylko im pomachałem i poszedłem do swojego stolika w rogu, koło koszy na śmieci, gdzie nikt nigdy nie siadał. Wkurzyłem się, bo podczas tego tygodnia kiedy byłem zawieszony, jakichś dwóch lalusiowatych pierwszoklasistów próbowało zająć moje królestwo.

– Spadajcie, dupki żołędne! – krzyknąłem, stawiając swoją tacę na kanapce z rybą jednego z nich, o imieniu Jamal czy jakoś tak.

Wystraszeni gówniarze zwiali, nie zabierając nawet jedzenia, a ja wreszcie miałem stolik tylko dla siebie – tak jak lubię.

***

– Czyli o niczym więcej nie chcesz mi już opowiedzieć? – Ta Liz to naprawdę była uparta. Ale ze mną nie tak łatwo, więc tylko potrząsnąłem głową. Zresztą nie sądziłem, że zainteresuje ją moja opowieść o tym, że w sumie podobało mi się, jak teraz wszyscy, łącznie z nauczycielami, patrzyli na mnie na korytarzu, jakbym wreszcie był kimś ważnym, a nie kolejną wielką, niewidoczną, bezkształtną masą.

Nasze drugie spotkanie poszło szybciej niż pierwsze i po wyjściu czułem się w sumie nie najgorzej. Ta Liz okazała się całkiem w porządku, na swój sposób. Może nie była za mądra, ale za to potrafiła słuchać i nie przerywać.

Na zewnątrz było zimno i padał deszcz. Takiej szarzyzny jakoś nie uświadczysz w mieście, albo przynajmniej drapacze chmur dobrze ją maskują. Zauważyłem starą hondę mamy i podbiegłem do auta. Niestety zdążyłem je otworzyć, zanim zauważyłem, że za kółkiem nie siedzi mama, tylko jej przyjaciółka Evelyn. Zawahałem się na chwilę, ale w końcu wsiadłem. W sumie to nawet nie wiem, czemu mnie to ciągle dziwiło.

– Gdzie mama? – zapytałem, patrząc przed siebie. – Bo wiesz, nie potrzebuję już niańki.

Evelyn westchnęła i pokręciła głową.

– Najwyraźniej jednak potrzebujesz – mruknęła pod nosem, niby żebym nie słyszał. Udawała tylko miłą przed mamą. Gdy tylko zostawaliśmy sami, zdejmowała maskę. Tym razem już głośniej powiedziała:

– Mama pracuje na nockę, o czym na pewno poinformowała cię dziś rano.

– Ta, pewnie, że mówiła.

Mama zawaliła sporo zmian w pracy, gdy przez tydzień byłem zawieszony i nie chodziłem do szkoły, i ciągle mi o tym przypominała.

– Po prostu sądziłem, że nocka zaczyna się w nocy, a wydaje mi się, że mamy dopiero siedemnastą. Ale nieważne.

Tylko westchnęła – specjalność Evelyn. Ale po chwili zapytała:

– Masz jakieś zaległości do nadrobienia? Może ci pomóc? Mama wspominała, że po tygodniu przerwy możesz mieć sporo materiału do opanowania.

– Sam sobie poradzę ze swoim zasranym materiałem – warknąłem. – Nie potrzebuję twojej pomocy.

– W porządku. – Evelyn zabrzmiała jak stara babcia. – To była tylko propozycja.

Reszta drogi upłynęła w milczeniu, a gdy tylko dotarliśmy do domu, Evelyn włączyła telewizor i poszła do kuchni gotować obiad. Nie odezwała się już ani słowem. Ja natomiast siedziałem na kanapie w oczekiwaniu na dobry moment, by dać nogę. Byłem głodny, a Evelyn nigdy nie gotowała tego, co lubię. W dodatku zawsze ustawiała kanał z durnowatymi programami o prawdziwych przestępstwach. Do bani. Nawet ich nie oglądała, bo przecież była zajęta w kuchni robieniem fasoli z tofu (nie żartuję) i tego typu świństw, których nikt przy zdrowych zmysłach by nie tknął.

Po kilku minutach zjawiła się w pokoju, stawiając przede mną talerz.

– Wegetariańskie chili – powiedziała. – Spróbuj.

Nie patrząc nawet na mnie, wzięła się do sprzątania pokoju, układała nasze buty w kącie i składała na kupkę książki, które wyrzuciłem z plecaka.

– Nie jestem głodny – odparłem i odsunąłem od siebie talerz. Prawdę powiedziawszy, umierałem z głodu, ale nie chciałem jej zrobić przyjemności i zjeść tej jej obrzydliwej brei. Ona sama chyba miała to w nosie.

– Jak sobie chcesz – powiedziała, po czym wstała, wyłączyła telewizor i poszła z książką do pokoju mamy. Skoro nie miała ochoty przebywać ze mną, z radością dałem jej trochę cennej przestrzeni. Jeśli chodzi o mnie i Evelyn, oboje już przestaliśmy się silić na pozory uprzejmości.

Z plecaka wygrzebałem kilka monet – w sam raz na snickersa. Ponownie rozłożyłem wszystkie książki na małym stoliku i wyjąłem z plecaka kamerkę Panasonic, którą kupiłem po tym, jak poprzednią ktoś mi buchnął w metrze. A nuż wydarzy się coś ciekawego – pomyślałem. Jasne, z pewnością. W paskudnym Garden City nigdy nie działo się nic wartego filmowania. Zero życia. Zero akcji.

– Wychodzę – powiedziałem po kilku minutach ciszy. Evelyn nie odpowiedziała. Nie odezwała się nawet ulubionym tekstem mamy, że mam szlaban do końca życia. Pies jej mordę lizał. Zbiegłem po schodach i już byłem na dworze. Na schodach stał mały chłopak – Malik. Miał osiem albo dziewięć lat i mieszkał w suterenie z mamą i dziadkami.

– Z drogi – warknąłem i przegoniłem go z barierki.

Spadł na tyłek na pierwszy stopień i się rozbeczał. Po prawdzie, to wyświadczyłem mu przysługę. Głupi bachor nie powinien sam szwendać się po nocy, nawet w takiej dziurze jak Garden City. Niech się cieszy, że gorzej go nie urządziłem. Już ja bym go nauczył rozumu.

– Pewnie, że kocham ojca – odpowiedziałem.

Nie minęło pięć minut od mojego przyjścia, a Liz już swoje.

– Czemu miałbym go nie kochać? Ojciec jest w dechę. Ciągle mieszkalibyśmy razem i bylibyśmy o wiele szczęśliwsi, gdyby mama go nie zostawiła. To nie przez niego odeszła – dodałem, żeby nie było wątpliwości.

Czasem do starej, poczciwej Liz trzeba było mówić jak do dziecka.

Nachyliła się lekko do przodu i potakiwała głową w ten swój irytujący sposób.

– A jak ci się wydaje, czemu, jak to ująłeś, mama zostawiła ojca?

Wzruszyłem ramionami. Nie mogłem się nadziwić, że Liz bierze kasę za siedzenie na tyłku, słuchanie i powtarzanie po mnie każdego słowa. Z drugiej strony, sądząc po śmierdzącej kurczakami klitce, pewnie nie były to zbyt duże pieniądze. Z pewnością mama mogła sobie na to pozwolić za te wszystkie nadgodziny.

– Skąd mam to wiedzieć? – odpowiedziałem w końcu, bo nie przestawała się na mnie gapić. – Mama już taka jest, że nigdy nie cieszy się z tego, co ma, ani z pracy, ani tym bardziej z ojca. Ale to nie jego wina, że nie mógł sprostać tym jej standardom z kosmosu, które sobie wymyśliła, nie?

– Czyli tata chciał, żeby mama została z nim, tak?

– Jezu, no pewnie, że tak. Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Przez cały pierwszy rok właściwie błagał ją, żeby wróciła. Jestem jego jedynym dzieckiem, więc wiesz… Ciężko to przeżył.

– Jak opisałbyś ich relację teraz? – spytała Liz. – Jest… owocna? Czy myślisz, że tata nadal chce wrócić do mamy?

– Ee, tata chyba już się pogodził z sytuacją i żyje włas-nym życiem – odparłem. Nie wspomniałem nic o Diane, zgrabnej kelnerce z Dallas BBQ, którą spotykałem ostatnio u niego w weekendy.