Strona główna » Obyczajowe i romanse » Szakal

Szakal

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 9788381771191

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Szakal

Szakal

Nagi surfer. Naciągacz, kłamca, złodziej i oszust.

Z tego, co słyszałam, szantażuje bogaczy i podrywa ich żony dla kasy.

I dlatego trochę dziwi mnie to, że kręci się koło mnie, chce przyjaźni, mojej pomocy, a co najdziwniejsze – wygląda na pokornego.

Rzecz w tym, że zbuntowałam się przeciwko chłopakom. Wycięłam ich ze swojego życia. Na dobre.

Ale Szakal to nie chłopiec, tylko mężczyzna, a ja zakochuję się w nim, tonę w jego słodkich, doskonałych kłamstwach.

 

Jesse Carter

Gorąca jak ognie piekielne, zimna jak lód.

Nie wiedziałem o jej istnieniu, dopóki nie dostałem świetnej, opłacalnej propozycji.

Ona jest jej częścią, małą zabawką, z którą mogę zabić trochę czasu.

Jest moim zabezpieczeniem finansowym, środkiem do celu, skutkiem ubocznym niezłej umowy z jej ojcem, potentatem naftowym.

Ale co więcej, Jesse Carter to twardy orzech do zgryzienia.

I jeszcze nie wie, że mam wystarczająco mocne zęby.

Polecane książki

Spełnione marzenia i zmarnowane szanse, momenty wielkich wzlotów i spektakularne wpadki, mnóstwo pracy (a czasem jej brak) i szalona zabawa, branie odpowiedzialności i próby ucieczki od niej. Nasze życie na wolności. To, jak ono wygląda, zawdzięczamy sobie samym, ale i temu, że w 1989 r. również nas...
Krotka rzecz mitologii słowiańskiej w ogólności a w szczególności jednej zabawy ludowej, w Polsce „Turoniem” zwanej. Nazwa Turoń pochodzi od tura. Gdy Turoń (to jest przedstawiający tura) miał łeb ośli, nazwa się nie zmieniała: bo łeb ośli dla łatwiejszego przyrządzenia go, w braku rogów na ustrojen...
  Dziennikarz śledczy przedstawia niewygodną prawdę o związku między chorobami ludzi, a masową hodowlą zwierząt. Poznasz związek między kiełbasą a cukrzycą oraz salami a plagą bezpłodności. Obalone zostają również mity, takie jak ten o mleku wzmacniającym kości. Dowiesz się, skąd biorą się bóle głow...
Mój ogród jest różny od ogrodu Agaty. Ale lubię podróże w nieznane miejsca, bo czyż nie o to właśnie w podróżach chodzi, żeby otworzyć się nie tyle na nowe miejsca, co na innego człowieka? Niektóre jej kwiaty zakłuły mnie mocno w serce, inne ukoiły ból. Wyszłam z ogrodu Agaty z przekonaniem, że wart...
Na zapleczu nieczynnego sklepu mięsnego policjanci znajdują niezidentyfikowane zwłoki młodej kobiety, której zaszyto usta i… krocze. Do sekcji zwłok przystępuje doktor Winston i jego młodziutki asystent. Oględziny przynoszą jednak więcej pytań niż odpowiedzi, a ich tragiczny finał wywołuje niemałą p...
Wprowadzone z dniem 1 lipca 2018 r. przepisy o mechanizmie podzielonej płatności mają chronić przede wszystkim interesy fiskalne, a więc budżet państwa. Z drugiej strony wskazana metoda płatności służy również ochronie nabywcy towaru czy usługi. Można mówić też o systemie zachęt dla podatnik...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa L.J. Shen

Prolog

Szakal

Kiedyś

Kłamca.

Oszust.

Bezbożny złodziej.

Moja reputacja przypomina ogromną falę, którą ujeżdżam i która pochłania
wszystko dookoła mnie. Dzięki niej nikt nie próbuje ze mną zadzierać, bo
tonie.

Uchodzę za ćpuna, ale tak naprawdę moim jedynym prawdziwym narkotykiem
jest władza. Pieniądze nic nie znaczą. Są materialne, a więc łatwo je
stracić. Bo widzicie, dla mnie ludzie są grą. Grą, którą zawsze
wygrywam, bo wiem, jak to osiągnąć.

Przesuwam wieże.

Zmieniam pozycję królowej, gdy to konieczne.

Za każdym pieprzonym razem chronię króla.

Nigdy nie tracę skupienia, nigdy się nie waham, nigdy nie jestem
zazdrosny.

Więc wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy nagle wszystko się zmieniło
– teraz nie mogę się skupić, waham się, jestem zazdrosny.

To syrena o czarnych jak węgiel włosach zabrała mi największą falę, jaką
widziałem tego lata. Przez tę dziewczynę przestałem być w centrum uwagi.
Pozbawiła mnie oddechu.

Nadciągnęła znad oceanu na plażę niczym mrok.

Przykucnąłem, usiadłem okrakiem na desce i gapiłem się na nią.

Edie i Beck znajdowali się za mną, kątem oka widziałem, jak dryfują na
swoich deskach.

– Ona należy do Emery’ego Wallace’a – ostrzegła mnie Edie. Złodziej.

– To najlepszy towar w mieście. – Beck zachichotał. Oszust.

– A co więcej, ona spotyka się tylko z naprawdę nadzianymi draniami. –
Kłamca.

Posiadałem wszystkie cechy potrzebne do tego, by ją zdobyć.

Jej ciało było jak plama świeżego śniegu – białe, jasne, miałem
wrażenie, że promienie słoneczne przenikają przez nią i nigdy nie
wsiąkają w jej skórę. Jej skóra przeczyła naturze, jej tyłek doprowadzał
mnie do szaleństwa, ale to słowa na jej plecach sprawiły, że moja logika
się zbuntowała. Zareagowałem na nią w ten sposób nie ze względu na jej
kształty czy to, jak kołysała biodrami, przypominającymi dyndające
zatrute jabłko. Powodem był jej tatuaż, który zauważyłem, gdy
przypłynęła bliżej mnie, słowa ciągnące się od jej karku w dół niczym
strzała.

„Całe me życie zwiastowało, że Ciebie spotkam
nieuchronnie”1.

Puszkin.

Znałem tylko jednego człowieka, który jarał się tym rosyjskim poetą i podobnie jak słynny Aleksander, też znajdował się już sześć stóp pod
ziemią.

Moi przyjaciele zaczęli płynąć w stronę brzegu. Nie mogłem się ruszyć.
Miałem wrażenie, że moje jaja stały się o dziesięć ton cięższe niż
zazwyczaj. Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. W pożądanie –
może, ale nawet to słowo nie było tym, którego szukałem. Nie. Ta
dziewczyna mnie, kurwa, zaintrygowała.

– Jak ona się nazywa? – Złapałem Becka za kostkę i przyciągnąłem go do
siebie. Edie się zatrzymała i patrzyła to na mnie, to na niego.

– To nie ma znaczenia, stary.

– Jak. Ona. Się. Nazywa? – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.

– Stary, przecież ona jest za młoda.

– Nie będę powtarzać po raz trzeci.

Beck przełknął ślinę. Doskonale wiedział, że nie żartuję. Jeśli
skończyła szesnaście lat, to się zaczęło.

– Jesse Carter.

Jesse Carter jest już moja, chociaż nawet mnie nie poznała.

Stała się moja, chociaż ja jeszcze nie poznałem jej.

Zanim jej życie wywróciło się do góry nogami, a jej przeznaczenie
napisało się od nowa jej własną krwią.

Więc oto prawda, do której w swoim zakłamaniu nie będę potrafił przyznać
się później, w trakcie tej historii – pragnąłem jej już wcześniej.

Zanim stała się częścią moich interesów.

Zanim prawda zamknęła ją jak w klatce.

Zanim sekrety ujrzały światło dzienne.

Tego dnia nie miałem okazji posurfować. Moja deska pękła. Powinienem był
wiedzieć, że to omen.

I że moje serce będzie następne.

Jak na tak drobną dziewczynę Jesse unicestwiła je z zadziwiającą
łatwością.

A. Puszkin, Eugeniusz Oniegin, tłum. A. Ważyk – przyp. tłum. [wróć]

JesseWtedy

Tej nocy była pełnia.

To śmieszne, a nawet przewidywalne. Prawdziwy zasrany banał, prawda?
Pełny, duży, przypominający ducha księżyc świecił triumfalnie, zalewał
blaskiem noc, podczas której głębokie lśniące rany naznaczyły moje
przeznaczenie, moją tożsamość, mój brzuch.

Patrzyłam na niego. Był taki spokojny i nieruchomy. Piękne rzeczy bardzo
często okazują się bezużyteczne.

Nie wiś tak bezczynnie. Zadzwoń po gliny. Zadzwoń po karetkę. Uratuj
mnie.

Zastanawiałam się, czy umrę. Jeśli tak, to po jakim czasie Pam zauważy
moją nieobecność? Ile czasu minie, zanim Darren wmówi jej, że uciekłam,
bo zawsze coś mnie dręczyło? „Była słodka”, powiedziałby, pocieszając ją
pocałunkami. „Ale udręczona”. Ile czasu minie, zanim ona się z nim
zgodzi? Ile czasu minie, zanim kit kat leżący na nagrobku taty stopi się
w nieustępliwym słońcu?

„Jaka szkoda. To było takie dobre dziecko”, będą powtarzać ludzie. Nic
tak nie zbliża do siebie jak śmierć nastolatki w miasteczku. Szczególnie
w takim jak Todos Santos, dla którego tragedie istnieją tylko w gazetach
i CNN. Och tak, dzięki temu będą mieli o czym gadać. Zakazana i soczysta
historyjka o upadku dziewczyny, która miała wszystko.

Nagle coś do mnie dotarło, przesączyło się do mojego mózgu powoli jak
woda kapiąca z kranu. Emery, Henry i Nolan nawet nie dostaną za to po
łapach. Prace społeczne? Chyba w moich snach. To mnie ukarano by
wycofaniem zaproszeń do country clubu i mnie rzucano by kpiące
spojrzenia, to byłoby moje upokorzenie. Byłam outsiderką. Głupią
śmiertelniczką, która zadała się z błękitnokrwistymi mieszkańcami Todos
Santos.

Ujdzie im to na sucho. Wiem o tym. Pójdą do college’u i będą chodzić na
imprezy. Ukończą studia, wyrzucą w powietrze te głupie czapki. Wezmą
śluby, dorobią się dzieci, przyjadą na zjazd absolwentów i jak co roku
będą jeździć na narty z przyjaciółmi. I będą żyć. Boże, oni będą żyć.
Wkurzało mnie to, że ich pochodzenie i pieniądze pomogą im uniknąć
sprawiedliwości. Bo niezależnie od tego, czy ktoś zeskrobie mnie dzisiaj
z ulicy, czy jednak moje serce przestanie bić, i tak jestem martwa.
Martwa we wszystkich miejscach, które mają znaczenie.

Przez chwilę znów byłam dawną Jesse. Próbowałam patrzeć na pozytywy –
pogoda jak na luty była ładna. Niezbyt gorąco, niezbyt zimno. Ciepło
nadciągające znad pustyni równoważył chłód asfaltu, na którym leżałam.
Wielu ofiarom udaje się przeżyć. Mogłabym pójść na studia. Darren miał
doświadczenie w wydawaniu pieniędzy, by pozbyć się problemów. Mogłabym
się zmienić. Zapomnieć, że to wszystko się wydarzyło. Za pomocą hipnozy
można chyba zapomnieć o czymś takim, prawda? Mogłabym poprosić o to
Mayrę, psycholożkę, do której rodzice posyłali mnie, odkąd zaczęły się
moje koszmary. Nauka nie zna granic. Co udowadnia fakt, że dzięki
botoksowi moja matka po czterdziestce wygląda na dwadzieścia trzy lata.

Małe kamyczki wbijały mi się w nagie plecy. Różowy koronkowy stanik i majtki leżały podarte obok i chociaż moja kobiecość była odrętwiała,
poczułam, że coś spływa po moim udzie. Czy to krew? Sperma? W tej chwili
to już nie miało znaczenia.

Nieustannie wpatrywałam się w konstelacje zawieszone jak żyrandol wysoko
na atramentowym niebie, które spoglądały kpiąco na moją żałosną
śmiertelną egzystencję.

Muszę się podnieść. Zadzwonić po pomoc. Uratować się. Ale myśl, że
miałabym spróbować się poruszyć i znów upaść, paraliżowała mnie bardziej
niż ból. Wydawało mi się, że moje nogi zamarzły, a kości biodrowe
zostały zmiażdżone.

W oddali zawyły syreny.

Mocno zacisnęłam oczy. Kiedy je zamykałam, często widywałam mojego tatę,
jakby jego twarz została permanentnie wyryta pod moimi powiekami.
Właśnie tam teraz żył – w moich snach, które były bardziej żywe niż
kobieta, którą zostawił. W mojej historii Pam zawsze schodziła gdzieś na
dalszy plan, bardziej zajęta pisaniem swojej opowieści.

Syreny się zbliżały. Stały się głośniejsze. Moje serce uciekło w okolice
żołądka i skuliło się tam jak zbity szczeniak.

Jeszcze kilka minut, a całe miasto będzie plotkować na twój temat.
Staniesz się przykładem dla innych.

Dawna Jesse zaczęłaby płakać. Krzyczałaby i powiedziała o wszystkim
policji. Wziąwszy pod uwagę okoliczności, zachowałaby się normalnie.
Dawna Jesse obiecałaby zemstę i postąpiła właściwie. Jak feministka. Nie
pozwoliłaby, żeby uszło im to płazem.

Dawna Jesse coś by czuła.

Karetka zatrzymała się przy krawężniku, na tyle blisko, że poczułam
bijący od opon żar, a moich nozdrzy dobiegł zapach spalonej gumy. O dziwo, gdy zrozumiałam, że wezwali pomoc, wkurzyłam się bardziej, niż
gdyby zostawili mnie na śmierć – zupełnie jakby w ten sposób chcieli mi
przekazać, że nawet po tym, co zrobili, byli nietykalni. Obok mnie ktoś
rozłożył nosze. Wyrecytowałam w myślach ostatnie słowa, które
usłyszałam, zanim zostawili mnie w tej alejce, a po moim policzku
spłynęła samotna łza.

„Całe me życie zwiastowało, że Ciebie spotkam nieuchronnie”.

– I cóż to było za spotkanie, dziwko. Miłej walki o życie. – Nolan
kopnął mnie wtedy w żebra.

Wytatuowałam sobie to zdanie, gdy jeszcze sądziłam, że Emery jest
człowiekiem, na którego czekałam. A teraz te słowa paliły mi kark.
Chciałam zedrzeć z niego skórę i rzucić ją tuż obok moich podartych
ubrań.

Z wysiłkiem przesunęłam lewą rękę, by zasłonić piersi, a prawą położyłam
na nagim brzuchu, by zakryć to, co w nim wydłubali, jakbym była
halloweenową dynią. Zmusili mnie do patrzenia, kiedy to robili. Trzymali
mnie za szczękę czystymi, gładkimi dłońmi, zginając mi szyję pod
nienaturalnym kątem. To miała być kara za mój grzech.

To słowo świeciło jak neonowy billboard na mojej skórze i cały świat
mógł je zobaczyć, osądzić mnie, śmiać się ze mnie. Litery krwawiły, a czerwień spływała na moją dizajnerską różową spódniczkę.

„Dziwka”.

Dawna Jesse tłumaczyłaby się, przekonywała, kłóciła.

Dawna Jesse próbowałaby wyjść z tego z twarzą.

Dawna Jesse umarła.

Rozdział pierwszy

Szakal

Teraz

Chyba można powiedzieć, że tak naprawdę wszystko mam gdzieś.

Nie zależy mi na ludziach ani tych wyścigach o popularność, które tak
pochłaniały bogatych, bo ich nie dotyczyły przyziemne problemy, takie
jak płacenie rachunków czy konieczność postępowania jak przystało na
dorosłego.

Większość czasu spędzam na plaży, jestem ćpunem, a do tego dilerem na
warunkowym. Żaden ze mnie Pan Popularny, ale ludzie boją się mnie na
tyle, by nie wchodzić mi w drogę. Jestem oszustem, ale nie z wyboru.
Moja mama nigdy nie miała zbyt wiele pieniędzy, ojca nie znam, więc
musiałem robić to, co konieczne, by przetrwać w najbogatszym miasteczku
w Kalifornii. Miałem w sumie tylko kablówkę z podstawowym pakietem, a na
lunch zawsze jakieś mrożone danie.

Ponadto w wieku piętnastu lat zainteresowałem się zawodowym surfowaniem.
A to nie jest tanie hobby. To również jedyna rzecz, na której mi zależy,
poza moją mamą. Gdyby nie to, raczej nie lubiłbym swojego życia. Dlatego
bardzo wcześnie zacząłem handlować dragami. Głównie trawką. To
łatwiejsze, niż się wydaje. Kupuje się zwykłą komórkę na kartę w Walmarcie, jedną dla siebie i po jednej dla każdego klienta. I często
się je zmienia. Nigdy nie wolno handlować z nieznajomymi. Nigdy nie
można rozmawiać o tym, co się robi. Trzeba być miłym i mieć pozytywne
nastawienie. Dzięki dilerce płaciłem za wszystko, co związane z surfowaniem, a także ze szkołą, chociaż co jakiś czas, kiedy potrzebuję
nowej deski, muszę obrabować kogoś na ulicy. Zazwyczaj bardzo szybko je
niszczę.

I właśnie tak było, dopóki nie dostałem warunkowego. Potem uznałem, że
życie w pace mi nie posłuży, więc musiałem rozkręcić biznes. To było
pięć lat temu i wtedy jeszcze nie sądziłem, że będę tu siedzieć,
naprzeciwko najpotężniejszego człowieka w Todos Santos, przeprowadzając…
cóż, interesy. W dodatku legalne.

– O co chodzi z tą ksywą? – Baron Spencer, nazywany Brutalem przez
każdego, kto miał nieszczęście go poznać, uśmiechnął się drwiąco.

Nalał do dwóch szklanek macallana na cztery palce, patrząc na złoty
trunek z takim podziwem, z jakim ludzie zazwyczaj patrzą na swoje
dzieci.

Przyjechałem na spotkanie ze Spencerem aż do jego biura w Los Angeles.
To nie miało sensu. W Todos Santos mieszkamy dosłownie dziesięć minut od
siebie. Ale w całym swoim życiu o bogaczach dowiedziałem się jednego –
lubią grać. Lubię tę całą otoczkę. To nie było spotkanie towarzyskie,
więc musiałem się z nim spotkać w jego miejscu pracy, żebym mógł
zobaczyć, jaki ma ogromny narożny gabinet, jak seksowna jest jego
sekretarka i jak drogą whisky pije.

Tak naprawdę miałem gdzieś to, gdzie się spotkamy – jak dla mnie mógłby
to być nawet Mars – bylebym dostał to, po co przyszedłem. Skrzyżowałem
nogi w kostkach pod jego biurkiem, a moje niezawiązane buty obiły się o siebie. Zignorowałem szklankę, którą Spencer przesunął w moją stronę po
biurku. Wolę wódkę. A poza tym nie chciałem się narąbać przed jazdą moim
harleyem. W przeciwieństwie do pana Spencera nie mam szofera, który
woziłby mnie wszędzie jak beznogiego dupka. Ale przejdźmy do rzeczy
ważnych. Spencer zadał mi pytanie.

– Moją ksywą? – W zamyśleniu przesunąłem ręką po brodzie.

Skinął krótko głową, jakby chciał powiedzieć: „Przestań pierdolić”.

– Szakal brzmi zadziwiająco podobnie do Brutala, nie sądzisz?

Nie, nie sądzę, przygłupie.

– Czy to nie ty wymyśliłeś Wyzwanie? – Głośno żując gumę, odchyliłem się
na krześle tak, że balansowało tylko na dwóch nogach.

Chyba powinienem wyjaśnić: Wyzwanie to taka szkolna tradycja w liceum
All Saints. Polega na tym, że uczniowie wyzywają się do walki na pięści.
Tę chorą grę wymyślili założyciele grupy HotHoles, w skład której
wchodziło czterech chłopaków. Rządzili tą szkołą, jakby należała do ich
rodziców. I poniekąd tak było. Ironia. Przodek Barona Spencera zbudował
połowę tego miasta, w tym liceum, a mama Jaimego Followhilla była tam
dyrektorką, ale sześć lat temu odeszła z tej posady.

Brutal przyglądał mi się uważnie, pochyliwszy głowę. Ten cymbał
uśmiechał się tak, że mógłby doprowadzić kobietę do jęków, nawet gdyby
znajdował się po drugiej stronie globu. Był szczęśliwy w małżeństwie z Emilią LeBlanc i zdecydowanie już nie do wzięcia. Jaka szkoda, że byli
ze sobą tacy szczęśliwi. Zamężne kobiety to mój ulubiony smak. Nigdy nie
proszą o nic poza ostrym seksem.

– Zgadza się.

– Cóż, ty zostałeś nazwany Brutalem za rozpoczęcie tej gry. A mnie
nazwano Szakalem za jej zakończenie. – Wyjąłem z kieszeni skręta.
Uznałem, że Brutal na pewno pali w swoim gabinecie, bo za oknem
widziałem taras, a na biurku – liczne popielniczki. Nie trzeba być
Sherlockiem, by się domyślić.

Opowiedziałem Spencerowi o tym, jak w pierwszej klasie zostałem
zaproszony do walki. Nie znałem zasad, bo wtedy byłem zbyt zajęty
szukaniem kreatywnych sposobów na opłacenie czesnego i zdobycie kasy na
plecak. Kiedy jakiś chłopak zaczął mi wrzucać, uderzyłem go w głowę tacą
ze stołówki. Skończył ze wstrząsem mózgu i nazywano go SpongeBob
Płaskogłowy. Dwa tygodnie później otoczył mnie poza szkołą wraz z sześcioma osiłkami z ostatniej klasy, w tym trzech z kijami
bejsbolowymi. A wtedy ja zbiłem ich jak psy i połamałem te kije. Potem
powiedziałem im, jakie będziemy mieć przez to wszystko kłopoty. Te pizdy
jęczały, że walczyłem zbyt dziko i nie trzymałem się zasad. Ksywka
„Szakal” przywarła do mnie, bo dyrektorka, pani Followhill, przez
przypadek włączyła głośnik, kiedy rozmawiała o mnie ze szkolnym
psychologiem. Powiedziała, że jestem dziki jak szakal i to zatruwa jej
życie.

Dyrektorka wykorzystała to wydarzenie, by ukrócić tradycję Wyzwania,
którą jej syn Jaime pomógł zapoczątkować.

Nie pomogło również to, że miesiąc przed wydarzeniem na stołówce w prywatnej szkole w Waszyngtonie doszło do masakry w 
Columbine 2.0. Wszyscy zaczęli się bać
bogatych dzieciaków. Ale musiałem przyznać, że wtedy bardziej bano się
mnie.

Może i staram się przypodobać ludziom, ale dałem im też dobry powód, by
omijali mnie szerokim łukiem.

A oni dali mi ksywkę, do której się idealnie dopasowałem.

Byłem tylko imigrantem z Rosji, draniem mieszkającym w najbogatszym
miasteczku w Stanach. Od początku nie miałem szansy, by dopasować się do
tego miejsca. Więc czy odstawanie od reszty jeszcze bardziej robiło
jakąś różnicę?

Brutal rozparł się wygodniej w skórzanym fotelu, a zadowolony uśmiech
wciąż rozciągał się na jego twarzy. Nie obchodziło go to, że
doprowadziłem do końca Wyzwania. Jego chyba w ogóle nic nie obchodziło.
Gość był bogatszy od samego Boga, jego żona to jedna z najpiękniejszych
kobiet w okolicy, a do tego spełnia się jako ojciec. Wygrał bitwę,
wygrał wojnę, pokonał każdą przeszkodę na swojej drodze. Nie musiał
niczego nikomu udowadniać i zalatywał zadowoleniem.

Był zadowolony z siebie, ale ja byłem wygłodniały. A głód jest
niebezpieczny.

– No dobrze, Szakal. Po co tu przyszedłeś?

– Chciałbym, żebyś w coś zainwestował – powiedziałem, biorąc bucha i podając mu skręta. Lekko pokręcił głową, odmawiając, ale uśmiechnął się
nieco szerzej, bardziej protekcjonalnie.

– Nie zapędzaj się tak. Nie jesteśmy przyjaciółmi, młody. Nawet nie
kolegami.

Wydmuchałem nosem długie białe smugi dymu.

– Jak pewnie wiesz, stary hotel na końcu Tabago Beach ma zostać
zburzony. Ziemia będzie dostępna do użytku komercyjnego. Ogólnie ma tam
powstać centrum handlowe. Pod koniec roku dojdzie do licytacji. Ale
wszystkie zewnętrzne firmy, które planują w niej udział, nie wiedzą, z czym mają do czynienia. Nie znają społeczności Todos Santos ani
miejscowych przedsiębiorców. Ale ja tak. Oferuję ci dwadzieścia pięć
procent udziałów w inwestycji wartej sześć milionów dolarów. To będzie
park surfingowy, w skład którego wejdą szkoła surfingowa, sklepy
surfingowe, strefa restauracyjna i jakieś sklepiki z gównem dla
turystów. Koszty uzyskania ziemi i burzenia poniosę ja, więc możesz
uznać, że jest to moja jedyna i ostateczna oferta.

Wiedziałem, że przez tę propozycję stracę bardzo dużo pieniędzy, ale
Brutal był mi potrzebny. Dzięki jego nazwisku moja oferta w oczach
hrabstwa będzie wyglądać na lepszą. Bo, jak wiadomo, ja nie mam zbyt
dobrej reputacji.

– Ja już mam centrum handlowe w Todos Santos. – Brutal opróżnił szklankę
whisky i odłożył ją z trzaskiem na biurko, po czym wyjrzał przez okno na
panoramę Los Angeles. – A dokładniej – jedyne centrum w Todos Santos.
Dlaczego miałbym pomóc zbudować drugie?

– Masz centrum handlowe dla bogaczy. Sprzedaje się tam Pradę, Armaniego,
Chanel i tym podobne marki. Rzeczy, na które nastolatki i turyści nie
mogą sobie pozwolić. A ja chcę zbudować park surfingowy. Te dwa centra
są jak jabłka i pomarańcze.

– Ale będą tam sklepy.

– Tylko związane z surfingiem. Sklepy plażowe. Nie będę robić ci
konkurencji.

Brutal nalał sobie kolejnego drinka i wbił w niego spojrzenie pełne
dezaprobaty.

– Każda osoba z bijącym sercem jest moją konkurencją. Ty również. Nie
zapominaj o tym.

Wypuściłem dym z ust w górę i postanowiłem spróbować innej taktyki.

– Dobra. Może i park surfingowy wejdzie ci w paradę. Ale wiesz, co mówią
– jeśli nie można kogoś pokonać, to trzeba połączyć z nim siły, nie?

– A kto powiedział, że nie mogę cię pokonać? – Brutal skrzyżował w kostkach oparte o biurko nogi. Popatrzyłem na czyste podeszwy jego
butów. On nawet nie miał pojęcia, z kim ma do czynienia. Oczywiście o mnie słyszał. Bo w sumie jestem teraz dość znany. W wieku dwudziestu
pięciu lat byłem już właścicielem najpopularniejszej kawiarni w Todos
Santos – Café Diem. Ostatnio kupiłem gospodę na obrzeżach miasta.
Właśnie burzyłem ją od środka i zamierzałem przerobić ją na luksusowy
hotel. Dodatkowo naliczałem haracz każdemu sklepowi i lokalowi na
promenadzie i dzieliłem się tym po połowie z moim przyjacielem Hale’em
Rourkiem. Mogłoby się wydawać, że to dużo, ale w rzeczywistości
wydawałem więcej, niż zarabiałem w obu tych miejscach, i na dobrą sprawę
wciąż byłem tym samym spłukanym draniem co wcześniej. Po prostu miałem
więcej obowiązków.

Moja władza rosła powoli, równomiernie i była nie do zatrzymania.
Rodzina mojej matki uchodziła za zamożną, ale tylko na tyle, by stać ją
było na wysłanie nas do Stanów, gdy byłem mały. Potem zostawili nas,
żebyśmy radzili sobie sami. Każdy cent, który zarobiłem, pochodził z dilowania trawką, wymuszeń i pieprzenia niewłaściwych kobiet za
odpowiednią cenę. Czasami też mężczyzn, jeśli byłem pod kreską. Każdy
ruch do przodu w mojej grze był wynikiem ciągu zakazanych krótkich
romansów i przysług opłacanych seksem. Z tego powodu moja reputacja nie
miała się najlepiej, ale to mi nie przeszkadzało. Nie zamierzałem
ubiegać się o urząd.

– Bardzo mi przykro, panie Protsenko, ale jestem zmuszony odmówić.

– A proszę powiedzieć, z czego wynika ta odmowa.

– Masz złą reputację.

– Oświeć mnie, co się o mnie mówi?

Wyprostował nogi i pochylił się, przekrzywiając głowę na bok. W jego
oczach dostrzegłem burzę śnieżną.

– Że jesteś oszustem, paskudnym człowiekiem, który działa jak trucizna,
a do tego – pieprzonym złodziejem.

Nie mogłem się z tym kłócić. Można mnie nazwać człowiekiem renesansu, bo
byłem każdym z nich po trochu.

– Równie dobrze możesz wykorzystać to miejsce do prania brudnych
pieniędzy. – Zacisnął szczęki, zirytowany. Nie miałem takich planów, ale
nie mogłem odmówić temu facetowi bystrego umysłu.

– Nieee, to zbyt ryzykowane. Pranie pieniędzy to sztuka. – Znowu
wydmuchałem gęstą chmurę dymu.

– Jest również przestępstwem federalnym.

– Czy mogę cię o coś zapytać? – Strząsnąłem popiół ze skręta do szklanki
z whisky, którą mi zaoferował. W ten sposób pokazałem mu, co dokładnie
myślę o jego kosztującym sześćdziesiąt tysięcy dolarów trunku. Uniósł
brew, uśmiechając się sardonicznie, i czekał na kontynuację. – Po co
mnie tu zaprosiłeś, skoro z góry wiedziałeś, że mi odmówisz? Jestem
jednym z kilku zainteresowanych kupnem tej działki. Wszyscy o tym
wiedzą. Nie przyszedłem tutaj, by podziwiać twoje piękne oczy.

Brutal postukał złączonymi palcami wskazującymi o podbródek, wydymając
dolną wargę.

– Co jest nie tak z moimi oczami?

– Po pierwsze, nie należą do kogoś z cipką i zderzakami.

– Plotki głoszą, że nie ograniczasz się tylko do jednej płci. Ale
odpowiedź na twoje pytanie brzmi: chciałem tylko zobaczyć to na własne
oczy.

– Co zobaczyć? – Zignorowałem jego przytyk. Homofobia mnie nie rusza,
jest poniżej mojego poziomu. Poza tym on chciał mnie tylko wkurzyć. Nie
pierwszy i nie ostatni raz użeram się z jakimś nadętym dupkiem. Zawsze
jestem górą (także w łóżku).

– Jak wygląda mój następca.

– Twój następca? Jestem zdezorientowany, schlebia mi to, ale też jakoś w to nie wierzę – Uśmiechnąłem się drwiąco i podrapałem po twarzy
środkowym palcem.

Byliśmy zupełnymi przeciwieństwami. Chłopak ze średniej klasy społecznej
mający tylko matkę, siedzący naprzeciwko faceta, który od zawsze miał
fundusz powierniczy. Miałem blond włosy związane w kok, ciało pokryte
tatuażami, a na mój dzisiejszy strój składały się luźny T-shirt, czarne
wojskowe spodnie i ubłocone buty. On od stóp do głów był ubrany w ciuchy
od projektanta, czarne włosy miał ulizane, a skórę – porcelanową. On
wyglądał jak stek z restauracji z gwiazdką Michelin, a ja jak tłusty
cheeseburger z fast foodu. Ale mi to nie przeszkadzało. Kocham burgery.
Większość ludzi wolałaby zjeść supertłustego podwójnie serowego burgera
niż malutki tatar.

Brutal wyciągnął się w fotelu.

– Chyba rozumiesz, że z czystym sumieniem nie mógłbym ci pomóc w zbudowaniu tego centrum – skupionego na surfingu bądź nie – w Todos
Santos, prawda? To by zaszkodziło moim interesom. – Zignorował moje
wcześniejsze pytanie i to mi się nie spodobało. Wrzuciłem skręta do
szklanki z whisky i wstałem.

Popatrzył na mnie. Spokojnie, szczerze i zupełnie niewzruszenie.

– Ale to nie oznacza, że ci nie kibicuję. Po prostu nie zapewnię ci
broni na wojnę, w którą chcesz wejść. Bo ja również mam armię w tym
starciu. Nie wiem, kto otworzy tam centrum handlowe, ale to się na mnie
odbije, a wtedy ja odegram się na tej osobie, zniszczę to, co do niej
należy.

Podrapałem się po brodzie, a jego słowa powoli do mnie docierały.
Oczywiście Brutal i jemu podobni mają mnie gdzieś. On jest górą. Ja
dopiero wdrapuję się na szczyt. Musiał mnie stłamsić, żeby przetrwać.

Spencer spuścił wzrok i zapisał coś w złotym notesie z logo Fiscal
Heights Holdings, jego firmy.

– Ale jest ktoś, kto mógłby ci pomóc. On od lat próbuje coś wybudować w Todos Santos. Chce zapracować na dobrą reputację i jest coraz bardziej
zdesperowany. Może i nie ma poparcia, ale jest czysty i ma hajs. –
Przesunął kartkę po czarno-złotym chromowanym biurku, a ja wziąłem ją w swoje poplamione tuszem, zgrubiałe palce.

„Darren Morgansen”. I numer telefonu.

– Wzbogacił się na ropie. – Wygładził krawat. – A co ważniejsze, na
pewno będzie chciał cię wysłuchać, w przeciwieństwie do znacznej części
biznesmenów w tym mieście.

Miał rację i to mnie wkurzyło.

– Dlaczego mi pomagasz? – zapytałem. Polubiłem Barona Spencera. Był moim
pierwszym kandydatem na partnera biznesowego, kiedy postanowiłem zdobyć
tę ziemię. Znam innych bogatych, wpływowych ludzi w tym mieście, ale
nikt nie jest równie bezwzględny jak on.

– Daję ci tylko fory. Dzięki temu będzie ciekawiej, a ja lubię ten
element zaskoczenia – powiedział, obracając na palcu ślubną obrączkę. –
Otwórz ten park surfingowy. Poważnie. Będzie miło mieć konkurencję.

Zanim opuściłem budynek, wysrałem się w łazience i zabrałem kilka
drogich długopisów z logo Fiscal Heights Holdings, tak dla zabawy. Och,
i jeszcze przeleciałem jego sekretarkę Sue. Wysłała mi kontakty do
wszystkich dostawców pracujących w galerii jej szefa. Przydadzą mi się,
gdy otworzę swój park surfingowy. Dzięki niemu pozbędę się złej
reputacji i spłacę hipotekę mamy.

Baron Spencer sądził, że idzie ze mną na wojnę.

Ale niedługo dowie się, że to ja jestem wojną.

***

Jeszcze tego samego wieczora spotkałem się z Darrenem Morgansenem.

Pierwsza wskazówka mówiąca, że jest zbyt napalony na tę współpracę?
Zaprosił mnie do swojego domu. Jak już mówiłem, poważni biznesmeni
rzadko godzą się na spotkania w ich domowym zaciszu. Morgansen zupełnie
zignorował otoczkę. Przez telefon powiedział mi, że nie może się
doczekać, aż pozna takiego kluczowego gracza jak ja, przez co niemal
odwołałem spotkanie. To ja miałem podreperować jego ego, a nie on moje.
Ale mogłem przymknąć oko na to dziwne zachowanie, jeśli dzięki temu będę
w stanie stworzyć największy na świecie park surfingowy i zrobić z Todos
Santos kolejne Huntington Beach.

Ale przede wszystkim widziałem możliwość zarobienia pieniędzy. Stanę się
tak bogaty jak ludzie, którzy traktują mnie jak śmiecia, więc z radością
spróbuję. Nie będę kłamać – nie spodziewałem się, że zajdę tak daleko,
próbując kupić tę działkę. Okazuje się, że ludzie naprawdę zwracają
uwagę na to, co mówię, i to mnie lekko zaskoczyło.

Morgansen mieszkał w El Dorado, na chronionym osiedlu wznoszącym się na
pagórkach Todos Santos z widokiem na ocean. W tym miejscu były domy
najbogatszych ludzi w mieście – Spencerów, Cole’ów, Followhillów,
Wallace’ów. Mieli takie pieniądze, jakich nie da się zarobić, można je
tylko odziedziczyć.

Dom Morgansena był posiadłością w stylu kolonialnym położoną na zboczu
skały. Nic tak nie inspiruje człowieka do skoku z klifu jak mieszkanie
na nim. Przed wejściem zauważyłem mały staw z fontanną, prawdziwymi
łabędziami i rzeźbami aniołków strzelających łukami wody, turecką
łaźnię, saunę tuż obok basenu w kształcie nerki i masę innych rzeczy.
Mógłbym założyć się o prawe jądro, że nikt w tym domu ich nie używał.
Przy dwuskrzydłowych drzwiach stały ogromne rośliny. Pewnie rachunek
tego dupka za usługi ogrodnicze jest wyższy niż kwota, którą zapłaciłem
za moją łódź.

Morgansen przywitał mnie w bramie osiedla, a ja udałem, że wcale nie mam
do niej elektrycznego klucza. Potem oprowadził mnie po swojej
posiadłości, jakbym zastanawiał się nad jej kupnem. Pokazał mi podwórko
z przodu, z tyłu i aż dwie kuchnie na parterze. Potem weszliśmy po
krętych schodach na piętro.

– Pokażę ci fój gabinet – powiedział, sepleniąc.

– Dzięki, kurwa, Bogu – wymamrotałem pod nosem. W końcu zmierzamy w dobrym kierunku. Minęliśmy zamknięte drzwi, zatrzymał się i delikatnie,
z wahaniem zapukał, przyciskając do nich czoło.

– Fkarbie? – wyszeptał. Był tyczkowaty i chorobliwie blady, garbił się
jak zbity nastolatek. Wyglądał przeciętnie – brązowe oczy jak u lemura,
odstający garbaty nos, usta wąskie i wydęte, szpakowate włosy i nijaki
garnitur, w którym przypominał chłopaka z bar micwy. Wyglądał, jakby był
dodatkiem do czyjejś historii. Niemal mu współczułem. Miał w sobie tę
wrodzoną przeciętność, której żadne pieniądze nie mogą naprawić.

Z pokoju za drzwiami nie dobiegła nas żadna odpowiedź.

– Fkarbie, będę w foim gabinecie. Daj znać, jefli będzief czegof
potfebować. Albo… zawołaj Hannah.

Szokująca wiadomość z ostatniej chwili: bogacz ma rozpuszczoną córkę.

– Okej. Juf fobie idę. – Czekał jeszcze moment, wsłuchując się w ciszę.
– To tuf za rogiem.

Morgansen był osobliwym eksponatem w klubie milionerów. Wydawał się
uległy i słaby, a te dwie rzeczy rozbudzały mojego wewnętrznego,
pragnącego krwi wilka, który miał ochotę pogryźć go jak piszczącą
zabawkę. Weszliśmy do jego gabinetu, drzwi za nami zamknęły się ze
świstem. Darren odgarnął włosy z twarzy i otarł dłonie o spodnie,
śmiejąc się nerwowo. Zapytał mnie, czy chcę się czegoś napić.
Powiedziałem, że wódki. Nacisnął przycisk na panelu znajdującym się na
łóżku i rozparł się w kaszmirowym fotelu.

– Hannah, podaj wódkę, profę.

Naprawdę zaczynałem się zastanawiać, dlaczego Baron Spencer dał mi numer
tego klauna. Może po prostu chciał zrobić mnie w chuja. Ten facet
wyglądał na bogatego, zgadza się – poprawka, on pływał w pieniądzach, a na dowód miał dom wielkości portu – ale oprócz tego był pieprzonym
wrakiem człowieka. Wątpię, by taki mięczak jak on był w stanie wybulić
ze spokojem sześć milionów w zamian za dwadzieścia pięć procent udziałów
od jakiegoś obcego z wątpliwą reputacją. Rozparłem się wygodnie na
krześle, próbując o tym nie myśleć. Jego oczy śledziły każdy mój ruch.
Wiedziałem, na co patrzy i jak wyglądam.

Ludzie zawsze pytają mnie „dlaczego?”. Dlaczego uparłem się, by
wyglądać, jakbym ubiegał się o rolę w Synach anarchii? Po co te
tatuaże, ten męski kok, ta broda? Dlaczego wyglądam jak wieczny
plażowicz, a moje spodnie zawsze są brudne od wosku do deski? Szczerze
mówiąc, nie widziałem powodu, by wyglądać tak jak oni. Nie jestem jak
oni. Jestem sobą – outsiderem bez rodowodu, znanego nazwiska czy
rodzinnego dziedzictwa.

Dzięki temu, że wyglądam jak koszmar każdego ojca, dawałem jasno do
zrozumienia, że nie biorę udziału w wyścigu szczurów.

– Jeftef całkiem wyjątkowy jak na Todof Fantof. – Morgansen zaczął się
bawić brzegiem grubego kalendarza. Nie wiedziałem, czy odnosił się do
mojej reputacji biznesmena, czy reputacji jako faceta.

Plotka głosiła, że kupiłem Café Diem i hotel, żeby prać pieniądze z haraczy, i aż tak nie mijało się to z prawdą. Rżnąłem się z każdą laską,
która tego chciała, czasami jakiś facet robił mi laskę, gdy byłem pijany
i miałem ochotę na przygodę, a potem angażowałem się w płatne romanse z każdym, kto mógł mnie przybliżyć do totalnej dominacji nad rozrywkową
częścią Todos Santos. Zabawiałem czterdziestoletnie żony mężczyzn,
których działalność podziwiałem, tylko po to, by ich wkurzyć, i byłem
zabawką nawet starszych kobiet, które mogły sponsorować moją działalność
i mnie samego. Jestem dziwką, dosłownie, a ludzie mają mnie za tak
godnego zaufania i lojalnego jak puszka coli.

– Uznam to za komplement – powiedziałem w chwili, gdy gospodyni Darrena
weszła do pokoju z tacą, dwiema szklankami i butelką wódki Waterford.
Nalała mi trunku, Darrenowi podała whisky wyjętą z barku za nim, cały
czas milcząc i pochylając głowę.

– Oczywifcie, p-profę – wyjąkał Darren. – Chciałem fię z tobą
fkontaktować juf od jakiegof czafu. Moja rodzina pfeprowadziła fię tutaj
cztery lata temu.

Jakbym o tym nie wiedział. Todos Santos uchodziło za miejsce wyższej
klasy – to posępnie białe miasto, w którym od moralności i reputacji
ważniejsze jest pochodzenie. Zawsze gdy sprowadza się tu ktoś nowy,
ludzie od razu o tym wiedzą. Za każdym razem, gdy ktoś się wyprowadza,
ludzie plotkują, zastanawiając się, co ta osoba chce ukryć. Do tej pory
Morgansenom udało się uniknąć szumu. Co niekoniecznie dobrze o nich
świadczyło. To oznaczało, że pomimo wzbogacenia się na ropie nie udało
im się rozwinąć dobrych relacji z innymi, a to raczej podejrzane.

– Jak ci się tu podoba? – Zrobiłem balona z gumy, ze znudzeniem
rozglądając się po pomieszczeniu.

– To… interefujące miafteczko. Bardzo hierarchiczne.

Wziąłem swojego drinka, wypiłem go duszkiem i postawiłem pustą szklankę
na tacy przed zszokowanym Morgansenem.

– Super. Może przejdziemy do interesów?

Darren zmarszczył czoło.

Gestem zachęcił mnie do mówienia. I tak zrobiłem.

Opowiedziałem mu o moim pomyśle. O tym kawałku ziemi, który może być
fantastycznym centrum surfingowym. Następnie przedstawiłem mu plan i wyciągnąłem projekt, który przygotował dla mnie jeden z najlepszych
architektów w Los Angeles. Opowiedziałem Darrenowi o mojej wizji, a następnie rzuciłem statystykami dotyczącymi ciągle wzrastającej liczby
nastolatków w Todos Santos – bogaci uwielbiają robić dzieci, a dzieciarnia w południowej Kalifornii zajmuje się albo skateboardingiem,
albo surfowaniem. Wspomniałem również, że znajdujemy się na tyle blisko
Huntington Beach, San Clemente i San Diego, że możemy przyciągnąć
stamtąd zapalonych surferów. Nie wspominając już o tym, że dzięki temu w Todos Santos powstanie więcej zawodów surfingowych dla profesjonalistów.
Wyjaśniłem mu, że potrzebuję ładnego nazwiska, by mieć pewność, że ktoś
weźmie moją propozycję na poważnie, a potem napomknąłem, że on będzie
tylko siedzieć i patrzeć, jak jego pieniądze rosną. Wolałem nie
wspominać, że w porównaniu z Baronem Spencerem i jego luksusowym, ale
prawie martwym centrum handlowym w mieście my staniemy się bóstwami.
Taka była prawda, jednak Morgansen wyglądał mi na osobę, która zesra się
ze strachu w gacie na myśl, że miałaby kogoś wkurzyć. A już na pewno
kogoś takiego jak Baron „Brutal” Spencer.

Zanim zadzwoniłem do Darrena, trochę powęszyłem. Jego dziadek kupił pole
naftowe w Kuwejcie, jeszcze zanim inni to zrobili. Ale Morgansen ledwo
utrzymywał przy życiu rodzinny biznes. Nie wiedział, co robić. Miał żonę
i pasierbicę i otaczała go masa ludzi z wąsami, którzy mówili mu, jak ma
postępować.

– Ile ode mnie potfebujef? – zapytał.

– Sześciu milionów – powiedziałem, nawet nie mrugnąwszy.

Darren potarł ręką kark. Przez chwilę miałem wrażenie, że każe mi stąd
spierdalać i rzuci we mnie jakimś ostrym przedmiotem. Ale tego nie
zrobił. Rozejrzał się. Podrapał się po twarzy. Duszkiem wypił swoją
gównianą drogą whisky, a potem się skrzywił i dopiero wtedy spojrzał mi
w oczy. W jego spojrzeniu dostrzegłem przegraną.

– Okej.

– Okej? – powtórzyłem głupio.

Co on powiedział? Że okej? Nie wiem, czym naćpał się ten facet, ale
chciałbym to sprzedawać.

– Dobra, doftanief te pieniądze. Możef mieć tfy miliony z góry.

– Nie potrzebuję trzech milionów z góry. Ja nawet nie wiem, czy dostanę
tę ziemię – warknąłem. Instynkt podpowiadał mi, że gdzieś jest haczyk,
ale Darren wyglądał na równie niegroźnego co Teletubiś. Facet nie
potrafiłby oszukać kogoś w twistera, a co dopiero mnie.

– Doftanief, gdy ktof zobaczy moje nazwisko na twojej propozycji. W każdym razie uznaj to za geft dobrej woli. Nie chcę moich udziałów.

– Czy ty coś wziąłeś? Bo nie możemy współpracować, jeśli jesteś ćpunem.
Nie mam nic przeciwko trawce, ale jeśli wziąłeś metę, to muszę wiedzieć.
– Podrapałem się po policzku skrętem, unosząc brew z rozbawieniem.

Próbował uśmiechnąć się kpiąco, ale mu nie wyszło – więcej charakteru
widziałem na twarzy kozy.

– Nie potfebuję udziałów. Nie chcę zarobić. Mam wyftarczająco dużo
pieniędzy. Chcę od ciebie czegoś innego. Jak juf mówiłem, fłyfałem
plotki na twój temat. Więc nie chcę, żebyf pomógł mi się wzbogacić.
Tylko żebyf pomógł mojej pasierbicy.

Kim ty jesteś?

Co chcesz osiągnąć?

Jasna cholera, tatusiek Darren chce pomóc swojej dziewczynce zaliczyć.

Od razu zacząłem się zastanawiać, jak brzydka musi być ta jego córka.
Jak Quasimodo? Z taką ilością pieniędzy i możliwości ta dziewczyna mogła
wyglądać przynajmniej na uroczą. Może nie być cholernie seksowna, ale
jakiś facet na pewno uznałby ją za wartą wyruchania. Ktokolwiek. Na
szczęście gdy ma się dwadzieścia pięć lat, staje ci na widok
wszystkiego. Nawet temperówki. Skoro Darren chce, żebym przeleciał jego
córkę za sześć milionów dolarów, to jeszcze dzisiaj każę swojemu
prawnikowi sporządzić umowę, a nim nastąpi ranek, laska będzie dogłębnie
zerżnięta i przez kilka następnych dni będzie chodzić jak na haju.
Mógłbym zrobić jej nawet minetę, a po wszystkim zasnąć z nią na
łyżeczkę, bo za takie pieniądze głupio byłoby nie dać jej jakiegoś
bonusiku.

– W porządku. – Machnąłem ręką. – Zazwyczaj sporządzam umowę na sześć
miesięcy, bez klauzuli wyłączności. Dwa razy w tygodniu. Kondomy nie
podlegają dyskusji i chcę, żeby się zbadała, zanim ją dotknę.

Kiedyś powiedziano mi, że jestem przystojnym skurwielem i nigdy nie
wiadomo, kiedy będę musiał wetknąć w kogoś fiuta, by wyświadczyć jakąś
przysługę lub coś zyskać. Dlatego przestałem brać pieniądze od nowych
klientów. Kasa straciła dla mnie na atrakcyjności, gdy już opłaciłem
rachunki i zająłem się mamą. Ale nikt mi nigdy nie powiedział, że mój
fiut jest aż tyle warty. Ojczym wiedział, jak rozpieszczać swoją
pasierbicę.

Darren pokręcił głową, a na jego twarzy pojawiła się panika.

– Co? Chwila. Och, Boże, nie, nie, nie, nie, nie. – Zaczął gorączkowo
machać rękami i zakaszlał. Wyprostowałem się, zastanawiając się, jakim
cudem ten facet jeszcze nie umarł na zawał. – Nie o to mi chodziło. Nie
chcę, żebyf z nią fpał. Włafciwie to chciałbym ci tego zakazać.
Potfebuję cię, bo można cię wynająć, a ty zrobisz fyftko, za co ci
zapłacę, i nic poza tym. Jefy nie ma wielu pfyjaciół. Wiele w życiu
pfefła, po prostu pofebuje towarzyftwa. Chcę, żebyś pomógł jej odzyfkać
pewność febie i fię z nią zapfyjaźnił. Zatrudnij ją w fojej kawiarni,
żeby miała powód, by każdego dnia wychodzić z domu. To będzie całkowicie
platoniczna relacja. Nie możef jej tknąć. Ona nie pozwala fię dotykać.

Jesse. Oczywiście musiał mieć pasierbicę, której imienia nie potrafi
wymówić. Biedaczysko.

Co jest z tą dziewczyną nie tak? Nawet nie potrafiła odpowiedzieć
ojczymowi, chociaż na pewno była w swoim pokoju, gdy pukał. Bardzo
możliwe, że jest rozwydrzoną księżniczką, ale przyjmę tę robotę, nawet
jeśli uszy zaczną mi krwawić od słuchania, jak opowiada o zakupach z mamusią. Gdybym miał za to dostać kilkaset dolców, tobym się na to nie
pokusił. Ale stawką było o wiele więcej pieniędzy i bardzo lukratywna
inwestycja, więc Jesse kupiła sobie moje zainteresowanie. I do pewnego
stopnia również moją przyjaźń.

– Czego dokładnie ma dotyczyć moja praca? – zapytałem, bawiąc się brodą.

– Jej terapeutka mówi, że dziewczynie jest potfebna praca. Jakakolwiek.
Zatrudnij ją. Rozfmiefaj ją. Okazuj zainteresowanie. Ale jej nie
dotykaj. – Jego drżące palce znowu zatańczyły na brzegu kalendarza. –
Tchnij w nią życie.

– Czy ona… – Nie wiedziałem, jak to powiedzieć, żeby nie wyjść na
niepoprawnie politycznego kutasa. Czy ona jest inna? W jakiś sposób
upośledzona? To oczywiście nie ma znaczenia, ale musiałem wiedzieć, z czym będę miał do czynienia. Darren poruszył się niespokojnie w fotelu.

– Ona jest bardzo mądrym dzieckiem. Po prostu tfeba ją trochę popchnąć w ftronę fpołeczeńftwa.

– Dlaczego?

– Dlaczego? – powtórzył jak echo, mrugając szybko, jakby nigdy się nad
tym nie zastanawiał. Na jego szczęce zadrgał mięsień. Morgansen ścisnął
grzbiet nosa palcami. Wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać. Ten
facet był tak ogarnięty jak naćpana koką nastolatka na Coachelli.
Gościowi zdecydowanie brakowało kręgosłupa, a za odpowiednią sumę z chęcią odstąpię mu własny. Jeśli chce pomóc swojemu dzieciakowi, to ja
mu to umożliwię. Nawet jeśli będę czuł się przez to jak kretyn, kiedy
będę z nią chodzić do kina czy coś. Bo przecież nie będę wkładać w nią
fiuta i szeptać jej czułych słówek do ucha.

– Powiem ci dlaczego, ale będziemy mufieli zawrzeć umowę o zachowaniu
poufnofci.

Bogaci zawsze mają najciekawsze historie. Tę dziewczynę pewnie kręciła
przemoc albo coś. Gdy człowiek ma za dużo pieniędzy, zaczyna się nudzić,
a kiedy zaczynasz się nudzić, stajesz się dupkiem.

– W swoim życiu podpisałem już tyle umów o zachowaniu poufności, że
teraz jeśli z kimś o czymś rozmawiam, to głównie o pogodzie. – Rozparłem
się na krześle, bo nagle ogarnęło mnie zadowolenie na myśl o zawarciu z tym gościem umowy.

Skupił na mnie spojrzenie, w jego oczach błysła nadzieja. Kochał ją.
Mnie miłość zawsze zawstydzała. To takie niekomfortowe uczucie. Ludzie w imię miłości robią naprawdę głupie rzeczy.

– Dobrze, dobrze. A więc… jeftefmy umówieni? – wysapał, łapczywie
wdychając powietrze do płuc.

Rozejrzałem się i po raz pierwszy dokładniej przyjrzałem się jego
gabinetowi. Został urządzony w tradycyjnym stylu. Ciemny dąb i półki
ciągnące się od podłogi do sufitu, a na nich grube książki w nieskazitelnym stanie. Perski dywan i beżowe jedwabiste fotele. Barek
był jedną rzeczą, która wyglądała na używaną – butelki do połowy puste,
takie jakieś smutne, naznaczone jego odciskami palców. Wszystko inne
było na pokaz. Ten facet czuł się zagubiony. A ja go odnalazłem.
Szczęściarz ze mnie.

To będzie tak łatwe zadanie jak odebranie dziecku lizaka.

– Spędzę z nią pół roku, ale chcę poznać jej historię.

Morgansen nalał sobie kolejną szklankę whisky, patrzył się na nią tak,
jak inny człowiek patrzyłby w otchłań, a potem wypił wszystko duszkiem,
tak szybko jak skacze się w tę przepaść w poszukiwaniu śmierci. Szklanka
zadrżała w jego palcach, a potem spadła na podłogę.

– Chcesz znać całą hiftorię?

Wzruszyłem ramionami. Nie lubiłem się powtarzać i nie zamierzałem
zaczynać przez tego gnoja.

Ale kiedy pierwsze słowa opuściły jego usta, wbiłem palce w fotel.

Kiedy usłyszałem pierwsze słowa, zaschło mi w gardle.

A po półtorej godziny słuchania w odpowiedzi na jego opowieść byłem w stanie użyć tylko jednego słowa. Doskonale opisywało to, co czuję.

Kurwa.

Rozdział drugi

– Dziś jest dobry dzień na surfowanie nago. – Beck zaśmiał się dziko.
Jego długie mokre brązowe włosy unosiły się na wietrze, gdy leżał
brzuchem na desce, ujeżdżając falę. Chodziło o to, by fale obmywały
twojego fiuta, i nie lubiłem, gdy ludzie to robili. To było równie złe
co zrezygnowanie z pięknej modelki na rzecz zrobienia sobie dobrze ręką
po pijaku. Tak naprawdę każdego dnia, gdy plaża była prawie pusta,
najlepiej surfowało się nago. I dlatego każde morskie stworzenie w południowej Kalifornii zna mojego fiuta na pamięć. Zaśmiałem się i patrzyłem, jak Beck ściąga spodenki i owija je sobie wokół nadgarstka
jak bransoletkę. Mój przyjaciel z liceum Hale dryfował na spokojniejszej
wodzie, a moja była dziewczyna z liceum Edie znajdowała się tuż obok,
siedziała na desce i patrzyła w milczeniu w stronę plaży.

Podążyłem za jej spojrzeniem i zobaczyłem jej męża Trenta i jego córkę
Lunę, którzy budowali skompilowany zamek z piasku za pomocą foremek.
Edie była moją ulubioną i jedyną byłą dziewczyną. Zaliczała się również
do grona moich najlepszych przyjaciół. Podobało mi się to, jakimi są
ludźmi, niezależnie od tego, czy można ich przelecieć, czy nie. Edie –
albo Gidget, jak nazywam ją od liceum – była już dla mnie nietykalna,
ale to wciąż moja Edie. Zmarszczyła czoło zmartwiona. Przykucnąłem i usiadłem okrakiem na swojej desce, po czym pstryknąłem ją w ucho.

– Znowu to robisz.

– Co takiego?

– Za dużo o czymś myślisz.

Gidget zmarszczyła nos.

– Trochę kręci mi się w głowie. – Odgarnęła z twarzy blond włosy i zmrużyła oczy, patrząc na złote wybrzeże.

– Wyglądasz blado. – To było niedopowiedzenie i komentarz niezbyt w stylu dżentelmena. – Idź do domu. I tak nie ma fal.

Odwróciła głowę.

– Hej, Beck! Moja córka jest na plaży. Podciągnij gacie, ty zboczeńcu!

Podobało mi się to, że nazywała pasierbicę córką. Znały się dopiero od
kilku lat, ale to była najprawdziwsza rodzina, jaką w życiu widziałem.

– A co u ciebie? Wszystko dobrze? – Edie musnęła palcami taflę wody.

– Jak nigdy.

– Nadal używasz kondomów? – Uniosła mokrą brew. Odkąd postanowiłem
otworzyć biznes pięć lat temu, często mnie o to pytała. Powstrzymałem
się od przewrócenia oczami i popchnąłem stopą jej deskę.

– Niszczysz fale, Gidget. Surfuj albo stąd spadaj.

Patrzyłem, jak Edie płynie do brzegu, a potem odwróciłem się w stronę
Becka i Hale’a. Zauważyłem, że obaj siedzieli na swoich deskach okrakiem
i patrzyli na mnie.

– Koniec przedstawienia. – Splunąłem do wody. Beck wskoczył na swoją
deskę – skurwiel był zwinny jak małpka – i odstawił ten irytujący taniec
polegający na wypychaniu bioder, który zawsze wykonują dupki, kiedy chcą
zirytować wszystkich wokół. Wyglądał trochę jak młody Matt Damon, tylko
z dłuższymi brązowymi włosami. Zaczął śpiewać Show Must Go On Queen,
dramatycznie zaciskając pięść.

Wziąłem Becka pod swoje skrzydła, licząc na to, że zrobię z niego
profesjonalnego surfera, którego wszyscy będą chcieli oglądać na
zawodach. Był dobry jak Kelly Slater, ale przy tym leniwy jak Homer
Simpson, więc przygotowywałem go dopiero na wrześniowe zawody. Jestem
jedyną osobą, której się obawia, więc stwierdziłem, że jeśli ktokolwiek
będzie w stanie wyciągnąć go z łóżka o piątej rano, będę to ja.

Hale pokręcił głową.

– Weź się wydepiluj, palancie. Twoje krocze wygląda jak Phil Spector. –
Wskazał na fiuta Becka. Ten drugi się zaśmiał i potrząsnął kutasem jak
baby włosami w reklamie szamponu. Hale odwrócił się do mnie i teraz
wszyscy siedzieliśmy tu jak kretyni i psuliśmy fale. Super.

– W tym miesiącu jest moja zmiana, prawda? – Zmianą nazywaliśmy
odwiedzanie sklepów przy promenadzie, by zebrać haracz.

– Tak.

– Czy coś jeszcze mam zrobić? – Położył się brzuchem na desce. Hale miał
rude włosy, zielone oczy i duszę autodestrukcyjnego Holdena Caulfielda,
który trafił do tego sztucznego miasteczka. Miał nadopiekuńczych
rodziców – to kolejna rzecz, której mnie brakowało. Niedługo skończy
magisterkę z filozofii i pójdzie w ślady rodziców, czyli zostanie
wykładowcą. Chcieli, żeby zmieniał plastikowych ludzi z południowej
Kalifornii w myślące jednostki. Ale Hale nie chciał być wykładowcą ani
nawet zwykłym nauczycielem. Chciał być dzikusem, jak ja.

– Bądź grzeczny i odrób wszystkie zadania domowe – zaśmiałem się.

Ochlapał mnie wodą jak pięciolatek.

– Chcę większej odpowiedzialności. Chcę być częścią SurfCity.

Hale i ja dzieliliśmy się pieniędzmi z haraczu pół na pół, co mi
odpowiadało, bo to on najczęściej chodził po lokalach. Ale on zawsze
chciał jeszcze więcej. SurfCity to mój pomysł, moje dziecko, moje
marzenie. Nie zamierzam się nim z nikim dzielić.

– Mówię poważnie – jęknął.

– Ja również. – Uniosłem głowę i patrzyłem, jak nagi Beck odpływa razem
ze swoim włochatym kroczem. – Nie potrzebuję więcej pomocy.

– Mam pieniądze. Mogę zainwestować w SurfCity.

– Możesz co najwyżej zejść mi z drogi i pozwolić posurfować.

– Dlaczego nie? Przecież potrzebujesz pieniędzy. Znalazłeś już kogoś?

Nie zamierzałem mu powiedzieć o Darrenie i Jesse, bo nie byłem jeszcze
pewny, jak to się rozwinie, a poza tym bardzo możliwe, że Hale
spieprzyłby wszystko dla zabawy. Został ulepiony z tej samej gliny co
niesławni członkowie grupy HotHoles. Czasami niszczył rzeczy tylko
dlatego, że lubił słuchać, jak pękają.

– Nie twoja sprawa.

– Naprawdę ciężko cię odczytać, Protsenko.

– A może – pochyliłem głowę i uśmiechnąłem się – ty po prostu nie umiesz
czytać ludzi, Hale. – Sapnął tak, że jego nozdrza rozszerzyły się w komiczny sposób. Odpłynął na swojej desce. To była jego własna wersja
zatrzaśnięcia mi drzwi przed nosem. Zaśmiałem się. Po kilku minutach
Beck zjawił się obok. Szybko oddychał, naładowany adrenaliną.

– Co się wszystkim stało? Gidget zachowuje się jak dziewczyna, Hale –
jak pizda. A ty – jakbyś był ich surowym ojcem.

Prychnąłem, patrząc na znikającego Hale’a i myśląc o SurfCity.

– To jak? Jutro o tej samej porze? – Beck udał, że chce mnie szturchnąć
w ramię, ale tak naprawdę nie miał jaj, by to zrobić.

– Tak. Spotkajmy się wcześniej, bo później mam plany.

Te plany miały imię, opis i konkretne zakończenie.

Te plany to pewna dziewiętnastolatka.

Nie wiedziałem tylko, że mój plan legnie w gruzach z tym samym
dźwiękiem, którym jara się Hale.

***

Najpierw postanowiłem dowiedzieć się, jak wygląda typowy dzień Jesse
Carter. Chociaż w sumie każdy jej dzień wyglądał tak samo, bo ta
dziwaczka nie wychodzi z domu ani z pokoju, ani… z łóżka. Jej nazwisko
brzmiało znajomo, ale nie zastanawiałem się nad nim zbyt długo. Todos
Santos to małe miasteczko. Pewnie kiedyś na nią wpadłem. Może nawet
kiedyś w niej byłem.

Tylko że wtedy sytuacja zrobi się niezręczna…

Darren powiedział mi, że ojciec Jesse zmarł, gdy ona miała dwanaście
lat, i to ją zniszczyło, jeszcze zanim zrobili to pewni chłopcy. Wyznał
mi również, że spotkanie się z nią gdzieś przypadkiem będzie zadaniem
równie trudnym co nauczenie świni, jak tańczyć walca.

– Będzief mufiał zdobyć jej zaufanie, by wejść w jej fwiat, bo ona
rzadko wychodzi z domu – powiedział mi przez telefon. – W każdy czwartek
chodzi na terapię do gabinetu w centrum i zawsze w południe i o tfeciej
nocy biega koło El Dorado.

Dwa razy dziennie? Cóż, nie moja sprawa.

– Interesujące godziny – skomentowałem, patrząc na kartkę.

– Wtedy jest mało ludzi. – Oczywiście.

Zapisałem wszystko na kartce i próbowałem wymyślić, gdzie mam ją, do
cholery, złapać.

– Coś jeszcze? – Strzeliłem balona z gumy przy słuchawce.

– Częfto odwiedza nafą fąfiadkę panią Belfort. Ma jakief ofiemdziefiąt
lat i alfheimera.

Widać Jesse Carter prowadzi ciekawe życie. A ja mam być tym
szczęściarzem, który wywabi ją z domu i pomoże wrócić do świata.

– To wszystko? – zapytałem.

– Tak. – Westchnął.

– Czy ona nie ma kogoś bliskiego? Chłopaka? Najlepszej przyjaciółki?
Może wychodzi z mamusią na zakupy do Balmain? – Nie miałem zbyt
wielkiego pola do popisu. Nie mogę przecież wpaść nieproszony do domu
jej sąsiadki i udać, że przypadkiem się z nią spotykam. To znaczy,
mógłbym, gdybym był w nastroju na areszt.

– Nie. – Darren przełknął ślinę. – Ona nie ma nikogo.

Zmrużyłem oczy, patrząc na kartkę w ręce. Miałem tak niewiele
informacji. Odniosłem wrażenie, że ta dziewczyna nie chce istnieć poza
murami swojego domu. Ale potrzebowałem jeszcze jednej rzeczy od Darrena.
Już podpisał umowę i wszystko było gotowe, mogłem działać. Uparł się
przy dwóch paragrafach, spisanych wytłuszczonym drukiem. Po pierwsze,
Jesse Carter nigdy, przenigdy nie może się dowiedzieć o tej umowie. A po
drugie, ja nigdy, przenigdy nie mogę uprawiać z nią seksu. „Złam jedną z tych zasad, a z naszej umowy nici”, obiecał.

Prawda była taka, że nie brałem tego gnoja na poważnie, bo Darren
wydawał mi się takim słabym człowiekiem, że nie skrzywdziłby muchy.

– Wyślij mi jej aktualne zdjęcie. Muszę wiedzieć, jak wygląda, żebym nie
poderwał przypadkowej dziewczyny.

– Nie maf jej podrywać – podkreślił. – Ty jej pomagaf.

Semantyka, ulubienica zachodniego społeczeństwa. Nie ma znaczenia to,
jak to zrobię – liczy się tylko, by Jesse Carter wyszła w końcu z domu.
Nawet nie traciłem czasu na to, by znaleźć ją w sieci. Jeśli dobrze
odczytałem tę laskę, a tak mi się wydawało, to ona nie ma nawet konta na
Facebooku, Instagramie czy Snapchacie. Chciała zniknąć z powierzchni
Ziemi i tak zrobiła.

A ja zamierzam wyciągnąć ją do ludzi.

Może przyjść sama lub ze swoimi demonami.

Naprawdę mnie to nie obchodzi.

***

Zdjęcie, które wysłał mi Darren, było bardziej zaśnieżone niż krajobraz
na Syberii, więc nie widziałem Jesse wyraźnie. Wygląda na to, że zrobił
jej zdjęcie, gdy nie patrzyła, co wydało mi się nieco podejrzane.
Siedziała na obitej ławeczce, trzymając w rękach Córkę kapitana
Aleksandra Puszkina. Pochylała nad nią głowę tak, że prawie nie
widziałem twarzy. Dostrzegałem tylko kruczoczarne włosy, śnieżnobiałą
skórę i długie rzęsy. Miałem dziwne przeczucie, że już ją gdzieś
widziałem, ale ukryłem to głęboko w umyśle. A nawet jeśli już ją
widziałem, to teraz była dla mnie tylko zadaniem.

Niczym więcej.

I nie mogłem tego spieprzyć.

Tym bardziej że już wykorzystałem pięćset tysięcy dolarów z trzech
milionów, które wysłał mi Darren, by sprowadzić włoskie meble do mojego
nowego luksusowego hotelu. Ups.

Uznałem, że najlepiej będzie wpaść na Jesse, kiedy uda się na wizytę do
terapeuty. Czekałem pod efekciarskim budynkiem, w którym mieściła się
klinika. Postanowiłem usiąść w kawiarni przy Liberty Park. Wyglądałem
przez szklaną ścianę. Jesse zaparkowała range rovera przed budynkiem i wysiadła. Kuliła ramiona niczym połamane skrzydła, a w jej pochmurnym
spojrzeniu człowiek mógł zginąć.

Moją pierwszą myślą było to, że nie wygląda jak Quasimodo. Była piękna,
a i to brzmiało jak niedopowiedzenie stulecia.

A drugą było to, że już ją widziałem. I nie musiałem podnosić jej włosów
w kolorze atramentu, by zobaczyć tatuaż z cytatem z Puszkina na jej
karku. Takiej dziewczyny się nie zapomina. Spotkałem ją na plaży wiele
lat temu, ale pamiętam, jak silną czułem potrzebę, by ją zdobyć. I jaki
byłem wkurzony, gdy zobaczyłem, jak jej chłopak przytula ją, gdy tylko
położyła się obok niego na piasku. Miała wtedy na sobie skąpe czerwone
bikini. Na szczęście powstrzymałem się przez zabraniem mu jej sprzed
nosa.

A teraz była moim środkiem do celu, więc za nic nie tknę jej nawet
trzymetrowym kijem.

Jesse miała na sobie workowate dżinsy, które ukrywały jej długie
seksowne nogi, pomarańczową koszulkę – długą, luźną i niestety skromną –
a na niej rozpiętą czarną bluzę z kapturem. Całości dopełniały czapka z daszkiem – Raidersów, dziewczyna wie, komu kibicować – i okulary
zasłaniające niemal całą jej twarz, które właśnie teraz ściągnęła.
Widocznie nie chciała zwracać na siebie uwagi. Ale miała pecha, bo za
sześć milionów nie tylko dostrzegłem jej egzystencję, ale będę ją czcić
i zbuduję jej świątynię. No wiecie, w przenośni.

Zniknęła w budynku z pochyloną głową, na nikogo nie patrząc. Wiedziałem,
że u terapeuty spędzi godzinę. Miałem wystarczająco dużo czasu, by
podejść do jej samochodu, odkręcić wentyl z tylnej opony i patrzeć, jak
powoli uchodzi z niej powietrze. Następnie przeszedłem dwie przecznice
do miejsca, gdzie stał mój samochód – mający chyba miliard lat czerwony
ford, którego rzadko używam – i zaparkowałem go dokładnie za range
roverem.

Tak jak się spodziewałem, Jesse wyszła z budynku godzinę później i szybkim krokiem podeszła do swojego auta. Cóż za spostrzegawcza z niej
dziewczynka – zauważyła flaka, zanim wsiadła za kierownicę. Przykucnęła,
westchnęła, pokręciła głową. Otworzyłem drzwi swojego auta i wyskoczyłem
z niego, ale nie podszedłem. Darren wspominał, że ona nie lubi, gdy
mężczyźni do niej podchodzą. Żaden problem.

– Wszystko w porządku? – zapytałem.

Gwałtownie uniosła głowę i zgromiła mnie wzrokiem, jakbym odzywając się
do niej, złamał jakieś siedemset zasad społecznych. Nie odpowiedziała.
Zdenerwowana przysunęła rękę do wentylu opony. Wiedziała, czego szukać,
co mnie zaskoczyło. Ale to nie miało znaczenia. Żeby zmienić oponę,
Jesse potrzebowała kogoś, kto poda jej zapasową, i nie chcę być tu
szowinistyczną świnią, ale to coś waży chyba z tonę. A ona jest drobna.
Zwykła fizyka.

Co za szczęście, że akurat tu jestem, nie?

– Złapałaś flaka – stwierdziłem oczywiste, ostrożnie robiąc krok w jej
stronę.

Niemal wyskoczyła ze skóry. Spojrzałem w jej pełne przerażenia oczy.
Zgaduję, że moja broda, tatuaże i metr dziewięćdziesiąt wzrostu nie
pomogły.

– Nie – warknęła. Głos jej drżał.

– Co nie?

– Nie dotykaj mnie.

– Wcale nie zamierzałem – odparłem. I to była prawda. Mogłaby mi
zapłacić sześć milionów bez jednego dolara, a ja i tak nawet nie
pocałowałbym jej w policzek.

Cofnąłem się, unosząc dłonie w pojednawczym geście.

– Zacznijmy od początku. Czy mogę ci pomóc zmienić oponę? Mam w samochodzie lewarek. – Wskazałem za siebie. – Możesz stać półtora metra
dalej. Obiecuję, że cię nie dotknę. Nawet patrzeć na ciebie nie będę.
Nie znoszę pomarańczowego. – Skinąłem głową na jej koszulkę. I to też
była prawda. Ten kolor przypomina mi o tym skurwielu Hale’u i jego
rudych włosach.

Patrzyła na mnie długo i groźnie, jakby próbowała przejrzeć moje
prawdziwe zamiary. Odwzajemniłem spojrzenie, wykorzystałem całą
samokontrolę, by się nie odwrócić i odejść. Rozumiem, miała swoje
powody, ale zachowuje się cholernie dziwnie. Nie lubię trudnych, innych
czy dziwnych. Wolę prostotę. Nie zrozumcie mnie źle – jest piękna, ale
wygląda raczej jak piękna tragedia, celowo zaprojektowana na czyjąś
zgubę.

– Ubezpieczalnia się tym zajmie – wyjąkała, jakby nie przywykła do
rozmawiania z obcymi. Strzeliłem głośnego balona z cynamonowej gumy.

– Zanim przyjadą, minie godzina. Mogę ci pomóc w piętnaście minut, a ponadto unikniesz papierkowej roboty i bólu głowy.

– Nie przeszkadza mi robota papierkowa i ból głowy. Odejdź.

– Dobra. To zadzwoń do ubezpieczalni. – Skrzyżowałem ramiona na piersi.

Może spróbować poszukać ich numeru w internecie, ale to zajmie jej
pewnie dwadzieścia minut. W tej części miasta nie ma zasięgu. Todos
Santos znajduje się tak nisko w dolinie, że pewnie sąsiadujemy z piekłem. Próbowała znaleźć numer, mrużyła oczy, patrząc na ekran
telefonu, i prychała pod moim bacznym spojrzeniem. A potem tupnęła.

– Co będziesz z tego miał? – Jesse skinęła na mnie głową, rezygnując z kiepskiego internetu. Ona i jej ojczym byli zupełnymi przeciwieństwami.
Oboje sprawiali wrażenie niespokojnych, ale on był pasywny i słaby,
podczas gdy ona przypominała ogień, gotowa była wydrapać ci oczy, jeśli
podejdziesz za blisko.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki