Strona główna » Fantastyka i sci-fi » Szkoła Bogów

Szkoła Bogów

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-412-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Szkoła Bogów

"Pierwsza część bestsellerowej trylogii, której akcja rozgrywa się w mieście Olimp, na wyspie Aeden. Tam właśnie znajduje się niezwykła szkoła, w której rolę nauczycieli pełni dwunastu bogów greckiej mitologii. Ich zadaniem jest nauczanie sztuki kierowania ludźmi w taki sposób, aby mieli w sobie wolę przeżycia, chcieli budować miasta, tworzyć religie, podnosić poziom swojej świadomości. Po Tanatonautach i Imperium Aniołów Bernard Werber nadal kieruje nas ku odkrywaniu pozaziemskiej rzeczywistości i mitologii.  W tej niezwykłej sadze przygoda miesza się z suspensem i humorem. Książki Werbera sprzedają się w milionowych nakładach! „Proza Werbera plasuje się gdzieś między La Fontaine’em a Juliuszem Verne’em ” . La Vie"

Polecane książki

Dla niektórych cisza jest bronią, ale Mallory „Myszce” Dodge służy ona jako pancerz ochronny. W dzieciństwie nauczyła się, że lepiej jest zachować milczenie. I choć minęły już cztery lata od kiedy jej koszmar się skończył, dziewczyna zaczyna się martwić, że strach będzie ją paraliżował do końca ...
Lektura szkolna wraz z opracowaniem. Osiemnastoletnią Magdę poznajemy w dramatycznym momencie życia, gdy dowiaduje się, że jest w ciąży. Jak doszło do tego, że zdolna i pracowita dziewczyna wpadła w tak poważne tarapaty? Jak przeżyje to brutalne wejście w dorosłość? Magda.doc - to pełna dramatyzm...
Wielce kontrowersyjna relikwia oraz wola umierającego papieża sprawiają, że dwaj bracia – księża pracujący w Watykanie – wyruszają w intelektualną podróż, by rozwikłać największą tajemnicę w historii Chrześcijaństwa. Dziesięć lat temu napisana przez Iana Caldwella i Dustina Thomasona Reguła czterec...
Czym jest życie? Pasmem szczęścia, sukcesów i radości czy też stałym zmaganiem się z przeciwnościami losu? Trudno tu o jednoznaczną odpowiedź, co autor udowadnia cytując różne na ten temat poglądy: Życie jest tylko przechodnim półcieniem/Nędznym aktorem, który swoją rolę/Przez parę godzin wygrawszy ...
„Draconia: Zew upadłych” Adriana Wojdaka to powieść fantastyczna. Akcja dzieje się w tytułowej Draconii, która jest jednym z sześciu krajów znajdujących się na kontynencie Ardanii. Karty historii przeplatają się mniej lub bardziej istotnymi wydarzeniami jak bitwy, wojny,...
„Jak zgubić 15 kilogramów, napełniając swoją duszę. Moja Droga Miecza do Santiago de Compostela” Dariusza Wiśniewskiego to swego rodzaju pamiętnik, zapis pielgrzymki autora, natomiast z drugiej strony przewodnik, opisujący miejsca i etapy, które przeszedł autor. Opisowi dr...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Bernard Werber

Tytuł oryginału:

NOUS, LES DIEUX

Copyright © Editions Albin Michel – Paris 2004

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Lilla Teodorowska

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Korekta: Małgorzata Kryszkowska

ISBN: 978-83-7999-412-0

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Gérardowi Amzallagowi,

niezależnemu umysłowi

PRZEDMOWA

A gdyby się okazało, że to nie najbardziej światłe, lecz właśnie najokrutniejsze cywilizacje odcisnęły swe piętno na historii ludzkości?

Jeśli się dobrze przyjrzeć, zauważymy, że zaginione kultury nie były wcale najmniej rozwiniętymi. Czasami wystarczył przywódca naiwnie wierzący w pokojowe obietnice wroga lub też zakłócająca przebieg bitwy niespodzianka pogodowa, aby odmienić los całego ludu. Następnie historycy zwycięzców od nowa i według własnego uznania opisywali przeszłość pokonanych, zwykle w taki sposób, który uzasadniał ich unicestwienie. Powiedzenie „Biada zwyciężonym” zamyka wszelkie dyskusje, pozbawiając ewentualnych wątpliwości przyszłe pokolenia. A Darwin znalazł nawet naukowe uzasadnienie tego rodzaju masakry, tworząc pojęcie „selekcji naturalnej” oraz swoją teorię „przeżycia osobników najlepiej przystosowanych”.

Tak właśnie, w oparciu o bitewne cmentarzyska i zapomniane zdrady, powstała historia zamieszkującej Ziemię ludzkości.

Kto widział?

Kto wie, jak było naprawdę?

Znalazłem tylko jedną odpowiedź: bóg lub bogowie, oczywiście pod warunkiem, że „on” lub „oni” w ogóle istnieją.

Próbowałem wyobrazić sobie tych dyskretnych świadków historii. Bogów obserwujących ludzkie rzesze jak entomolodzy przyglądający się życiu mrówek.

Jeżeli istnieją bogowie, to jaką otrzymali edukację?

Wszystko ulega ewolucji. Jak więc przeszli z okresu młodości w wiek dojrzały? W jaki sposób wpływają na losy świata? Dlaczego interesują się nami?

Odpowiedzi szukałem w świętych tekstach: od tybetańskiej Księgi umarłych, poprzez szamanizm i wielkie kosmogonie ludów zamieszkujących wszystkie kontynenty, aż po egipską Księgę umarłych. Informacje, które tam znalazłem, rzadko bywały sprzeczne. Tak jakby istniało wspólne postrzeganie przekraczającego nasz umysł wymiaru oraz reguł kosmicznej gry.

Filozofia i nauka zawsze spierały się ze sobą, ale dla mnie obie te dziedziny łączą się w tym, co nazywam „duchowością laicką”. W niej zaś bardziej liczą się pytania niż odpowiedzi.

Wobec całej reszty pozwoliłem działać swojej wyobraźni. W moim osobistym odczuciu, Szkoła bogów stanowi naturalną kontynuację Tanatonautów oraz Imperium Aniołów. Wydaje się całkiem logiczne, że po zdobyciu Raju, a następnie poznaniu anielskiego świata, kolejnym krokiem na drodze ewolucji jest świat bogów…

Właśnie dlatego odnajdujemy tu znowu Michaela Pinsona oraz jego niezwykłych przyjaciół: Raoula Razorbacka, Freddy’ego Meyera, Marilyn Monroe, wszystkich eks-tanatonautów, których łączy wspólna dewiza: „Z miłością do szpady, z humorem do tarczy”. Zagłębiłem się w ów świat wyobraźni, jakby to był sen, z którego dopiero się obudziłem. Niektóre sceny wracały do mnie nocą.

Pracując, słuchałem dużo muzyki filmowej, zwłaszcza z Władcy Pierścieni, WydmyorazJonathana Liuingstona. Poza tym dzieł muzyki klasycznej: dziewiątej symfonii Beethovena, Mozarta, Griega, Debussy’ego, Bacha, Samuela Barbera oraz symfonii Planety Gustawa Horsta. Z rocka: Mike’a Oldfielda, Petera Gabriela, Yes, Pink Floyd.

Kiedy rozmawiałem o moim pomyśle z wydawcą, z entuzjazmem podszedł do idei stworzenia takiego świata. Rezultat: ponad tysiąc stron, z których powstaną trzy tomy powieści.

Na końcu poszukiwań mojego bohatera – spotkanie ze Stwórcą Wszechświata.

Może zatem Czytelnik także zada sobie to pytanie: „Gdybym się znalazł na miejscu Pana Boga, to co bym zrobił?”.

Bernard Werber

„Zostałeś tu przyprowadzony po to, abyś to widział”.

Księga Ezechiela, 40-4

„Ci, którzy nie zrozumieli przeszłości,

Zwłaszcza ci, którzy nie zrozumieli historii ludzkości,

W szczególności zaś ci, którzy nie zrozumieli swojej

własnej przeszłości,

Zostaną skazani na jej powtórzenie”.

Edmund Wells

Encyklopedia Wiedzy Relatywnej i Absolutnej, tom V

Trzymany w laboratoryjnej klatce chomik

mówi do swojego towarzysza:

„Wytresowałem naukowca. Za każdym razem,

kiedy naciskam na ten guzik, przynosi mi ziarno”.

Freddy Meyer

1. ENCYKLOPEDIA: NA POCZĄTKU

…Nic.

Na początku nie było nic.

Żaden blask nie mącił ciemności i ciszy.

Wszędzie była Nicość.

Rządy pierwszej siły.

Siły „N”: force Neutre – siły Obojętnej.

Ale Nicość marzyła, by stać się czymś.

Wtedy w nieskończonej przestrzeni

pojawiła się biała perła: Kosmiczne Jajo,

nosiciel wszystkich potencjałów

i wszystkich nadziei.

Jajo zaczęło pękać…

Edmond Wells,

Encyklopedia Wiedzy Relatywnej i Absolutnej, tom V

2. KIM JESTEM?

Kiedyś byłem istotą śmiertelną. Potem byłem aniołem. A teraz czym się stanę?

3. ENCYKLOPEDIA: NA POCZĄTKU (ciąg dalszy)

…I Kosmiczne Jajo wybuchło.

Stało się to w roku 0, miesiącu 0, dniu 0,

godzinie 0, 0 minut, 0 sekund.

Wskutek działania drugiej siły skorupka

pierwotnego jaja rozpadła się na dwieście

osiemdziesiąt osiem kawałków.

Siła „D”, force de Division – siła Podziału.

Podczas wybuchu wytrysnęło światło, ciepło

i wielki obłok pyłu, który jak błyszczący

proszek rozsypał się w ciemnościach.

Powstał Nowy Wszechświat.

Rozprzestrzeniające się cząsteczki tańczyły

w rytm rozpoczynającej się symfonii czasów.

Edmond Wells,

Encyklopedia Wiedzy Relatywnej i Absolutnej, tom V

4. PRZYBYCIE

Lecę.

Czysty umysł, pokonuję przestrzeń z prędkością

mojej myśli.

Opuściłem Imperium Aniołów, ale dokąd lecę?

Unoszę się spokojnie.

Przede mną jakiś blask.

Ten blask fascynuje moją duszę. Czuję się jak motyl,

przyciągany światłem płomienia.

W gwiezdnej próżni zauważam samotną planetę.

Ma dwa słońca i trzy księżyce.

Moja dusza pokonuje jej atmosferę i czuję,

że zostałem wessany przez jej powierzchnię.

Spadam.

Niespodzianka: nie ma siły nośnej.

Wzywa mnie grawitacja.

W dole zbliża się ocean, przygotowując swą taflę

na moje przyjęcie.

Podczas spadania krzepnę. Moja skóra matowieje.

Najpierw stopy, potem nogi, dalej ręce i twarz.

W miejsce półprzejrzystej powłoki

pojawia się różowa i nieprzezroczysta skóra.

Moje palce u stóp czują uderzenie.

Z wielkim trzaskiem rozbijam turkusowe lustro.

Jestem w wodzie.

Jest zimna, kleista, nieprzyjemna.

Nie mogę złapać tchu. Duszę się.

Co się dzieje? Potrzebuję… powietrza.

Walczę. Muszę koniecznie wypłynąć.

Słona woda szczypie w oczy. Zaciskam powieki.

Szamoczę się. Wreszcie wydostaję się na powierzchnię,

łykam ogromny haust powietrza i, co za ulga,

udaje mi się wyjść z wody.

Oddycham.

Początkowo odczuwam paniczny strach,

ale za chwilę uczucie to staje się prawie przyjemne.

Opróżniam płuca, by na nowo napełnić je powietrzem.

Wdech, wydech. Przypomina mi to pierwszy haust

powietrza podczas moich ostatnich narodzin

w ludzkim ciele. Powietrze, ów pierwotny narkotyk,

bez którego nie można się obyć.

Moje pęcherzyki płucne pęcznieją.

Otwieram oczy i widzę niebo.

Chciałbym polecieć tam, wysoko,

lecz pozostaję przytłoczony własnym ciężarem.

Wokół mojej duszy czuję ciało i ta dusza teraz mi ciąży.

Czuję sztywność kości, wrażliwość skóry,

i wtedy pojawia się przerażająca myśl.

Nie jestem już aniołem. Czyżbym stał się „istotą ludzką”?

5. ENCYKLOPEDIA: NA POCZĄTKU (ciąg dalszy)

…Minęło zaledwie kilka sekund, a już niektóre

cząsteczki zaczęły gromadzić się, ulegając

działaniu trzeciej siły.

Siły „A”, force d’Association – siły Łączenia.

Cząsteczki Neutronów, reprezentujące siłę

Obojętną, połączyły się z naładowanymi

dodatnio cząsteczkami Protonów,

tworząc jądro.

Cząsteczki Elektronów, naładowane ujemnie,

krążyły wokół jądra, zapewniając mu

doskonałą równowagę.

Trzy siły wspólnie znalazły swoje miejsce oraz swoją odległość, tworząc bardziej złożoną

jednostkę, pierwsze wyobrażenie siły Łączenia: Atom. Od tej chwili energia poczęła przekształcać się w materię.

Był to pierwszy skok w ewolucji. Tymczasem materia marzyła, by przejść do wyższego stadium. Tak powstało Życie. Życie było nowym doświadczeniem dla Wszechświata.

W swoim sercu zapisało ślady działania tworzących

je trzech sił (Division, Neutralite, Association), których pierwsze litery utworzyły: D.N.A.

Edmond Wells,

Encyklopedia Wiedzy Relatywnej i Absolutnej, tom V

6. PRZYOBLECZONY W CIAŁO

Jak trudno, będąc wcześniej czystym umysłem, stać się znowu istotą materialną.

Już zapomniałem, jakie to ciężkie.

Czuję, jak wnętrze ciała wypełniają nerwy, naczynia, organy, w których pluska i bulgocze. Czuję, jak bije moje serce, ślina odświeża moje gardło. Przełykam. Ziewam tak szeroko, że czują to moje wszystkie nowe zęby. Potem kaszlę.

Badam moją szczękę. Dotykam się. Tak, posiadam ciało, tak jak wtedy, gdy byłem ludzką istotą na Ziemi. I znowu słyszę uszami, nie duszą.

Nie mogąc już latać, płynę. Pływanie, co za ciężki sposób przemieszczania się! Powolny i wyczerpujący.

Wreszcie w oddali widzę wyspę.

7. ENCYKLOPEDIA: NA POCZĄTKU (zakończenie)

…Ale Życie nie stało się końcowym

doświadczeniem nowo powstałego wszechświata.

Samo Życie również marzyło o tym,

by osiągnąć wyższe stadium. Zaczęło się więc

rozmnażać, zmieniać, eksperymentując

z kształtami, kolorami, temperaturą

i zachowaniem. Aż do chwili, gdy dzięki

poszukiwaniom znalazło tygiel

idealny dla swej ewolucji.

Człowieka.

Osadzony na pionowej konstrukcji, złożonej

z dwustu ośmiu kości, Człowiek był warstwą tłuszczu, siecią

żył i mięśni okrytych grubą,

elastyczną skórą. W górnej części swego ciała miał Człowiek

ponadto centralny układ nerwowy, połączony z receptorami

wzroku, słuchu, dotyku, smaku i węchu.

Dzięki Człowiekowi Życie odkryło Inteligencję.

Człowiek wzrastał, rozmnażał się i żył wśród

innych zwierząt oraz istot sobie podobnych.

Kochał je.

Panował nad nimi.

Zaniedbywał je.

Tymczasem Życie marzyło, by osiągnąć kolejne,

wyższe stadium.

Wtedy rozpoczęło się nowe doświadczenie:

Przygoda Świadomości.

Nadal zasilanej trzema pierwotnymi rodzajami energii:

Domination – Dominacją.

Neutralite – Obojętnością.

Amour – Miłością.

Edmond Wells,

Encyklopedia Wiedzy Relatywnej i Absolutnej, tom V

8. WYSPA

Docieram do piaszczystego brzegu. Wszystko mnie boli. Wszystkie kości. Wszystkie mięśnie. Wszystkie ścięgna. Upadam, wyczerpany długim pływaniem. Jest mi zimno, kaszlę. Podnoszę głowę i oglądam okolicę. Znajduję się na plaży o białym i delikatnym piasku, pokrytej gęstą mgłą, przez którą widać tylko pnie palm kokosowych. Słysząc uderzenia fal, domyślam się istnienia w oddali wysokiego brzegu, którego strome ściany zanurzają się w wodzie. Drżę, słaby i zagubiony. I znowu powraca to dręczące pytanie, które znam z mojego życia: „A tak właściwie… Co ja tutaj robię?”.

Nagle docierają do mnie zapachy morza i roślinności. Zapomniałem, że można odczuwać zapachy nosem. Otacza mnie tysiąc różnych woni. Letnie powietrze nasycone jest jodem, zapachami kwiatów, pyłków, trawy i mchu. A także orzechów kokosowych, wanilii i bananów. Dołącza do nich słodka nuta, być może lukrecji.

Otwieram oczy ze zdziwienia. Jestem na wyspie, na samotnej planecie. Na horyzoncie nie widać żadnego lądu. Czy oprócz roślin istnieje tu jakaś inna forma życia?

Odpowiedzi na to pytanie udziela mrówka, wspinająca się po mojej stopie. Jest sama. Biorę ją na palec i przysuwam do oka. Porusza czułkami, próbując wyczuć, co się dzieje, lecz wiem, że dostrzega tylko ogromny różowy kształt.

– Gdzie jesteśmy?

Jej czułki podnoszą się na dźwięk mojego głosu. Dla niej jestem ciepłą górą, której oddech oszałamia jej receptory węchu.

Kładę mrówkę z powrotem na piasku, a ona zmyka, biegnąc zygzakami. Mój mistrz, Edmond Wells specjalizował się w badaniu tych owadów. Może mógłby mnie nauczyć, w jaki sposób porozumiewać się z nimi. Ale jestem tu sam.

W tej chwili jakieś krzyki rozdzierają powietrze. Krzyki ludzkie.

9. ENCYKLOPEDIA: W OBLICZU NIEZNANEGO

Tym, co najbardziej przeraża Człowieka, jest Nieznane. Skoro tylko owo Nieznane, choćby nawet okazało się wrogie, uda mu się rozpoznać, Człowiek czuje się spokojny. Ale stan określany jako „nie wiedzieć” uruchamia działanie wyobraźni. Wówczas w każdym objawia się jego wewnętrzny zły duch, „naturalne zło”. Sądząc, że w ten sposób pokona ciemności, Człowiek stawia czoła fantasmagorycznym potworom, stworzonym w swojej własnej nieświadomości. Niemniej to właśnie w chwili zetknięcia z nieznanym zjawiskiem ludzki umysł wykazuje się najwyższymi umiejętnościami. Jest uważny. Bystry. Wykorzystując wszystkie zdolności sensoryczne, stara się zrozumieć, po to, by przejąć kontrolę nad strachem. Odkrywa w sobie umiejętności, których istnienia nawet nie podejrzewał. Nieznane podnieca go i fascynuje. Obawia się go, a jednocześnie pragnie je spotkać, aby móc sprawdzić, czy jego mózg potrafi znaleźć rozwiązania umożliwiające przystosowanie się. Dopóki dana rzecz nie jest nazwana, stanowi wyzwanie dla ludzkości.

Edmond Wells,

Encyklopedia Wiedzy Relatywnej i Absolutnej, tom V

10. PIERWSZE SPOTKANIE

Krzyk dobiega z wysokiego brzegu. Biegnę w tamtą stronę, zaniepokojony tym, co mogło go spowodować, a jednocześnie uspokojony faktem obecności człowieka. Pędzę, wspinam się na zbocze, aż zdyszany docieram na skalisty cypel.

Widzę tam leżące na brzuchu ciało. To mężczyzna, ubrany w długą białą togę. Zbliżam się, odwracam go. Na jego boku widać jeszcze świeże ślady oparzenia. Twarz poorana zmarszczkami, biała broda. Ten obraz intryguje mnie, postać jest mi znana. Widziałem ją już w książkach, słownikach, encyklopediach. I nagle – wiem: Juliusz Verne.

Muszę kilkakrotnie przełknąć ślinę, aby zwilżyła struny głosowe i umożliwiła mi wydobycie dźwięków.

– Pan jest…

Mówienie rani mi gardło. Mężczyzna, wodząc obłąkanym wzrokiem, gwałtownie chwyta moją rękę.

– PRZEDE WSZYSTKIM… nie należy iść… TAM, WYSOKO!

– Gdzie nie należy iść?

Unosi się z trudem i kieruje wskazujący palec w stronę czegoś, co poprzez mgłę jawi mi się jako niewyraźny szczyt.

– …NIE IŚĆ TAM, WYSOKO!

Drży. Jego palce zaciskają się na moim nadgarstku. Nasze spojrzenia spotykają się, lecz za chwilę jego wzrok kieruje się w stronę położonego ponad moim ramieniem punktu. Z twarzy wyziera przerażająca ostateczność.

Odwracam się, lecz nie mogę odróżnić nic, poza palmami kokosowymi, na wpół spowitymi mglistą szatą, lekko kołyszącymi się na wietrze. Nagle, tak jakby wielkość niebezpieczeństwa na powrót napełniła go energią, podnosi się gwałtownie, biegnie w stronę urwiska, zamierzając skoczyć w przepaść. Rzucam się w pogoń za nim, chwytam jego dłoń niemal w tej samej chwili, gdy jego ciało traci równowagę.

Walczy. Aby zmusić mnie, bym go puścił, gryzie moją rękę. Lecz trzymam mocno, a drugą ręką chwytam jego togę. Przygląda mi się przez chwilę, zaskoczony moją zawziętością, i uśmiecha się smutno. Biała tkanina rozdziera się nieubłaganie. Chcę chwycić mocniej, ale słyszę głuchy odgłos spadającego na mokry piasek ciała. Kawałek tkaniny zostaje w moich zaciśniętych palcach.

Tam, na dole, Juliusz Verne leży jak bezwładna marionetka.

Prostuję się powoli i przeczesuję wzrokiem otoczenie, które tak go przeraziło. Nie widzę nic, poza szeregiem pni, palm kołysanych wiatrem, utrzymującej się mgły i w oddali być może jakiejś góry.

Czyżby bujna wyobraźnia spłatała mi figla?

Schodzę ostrożnie z urwiska, robi się coraz cieplej, powietrze staje się ciężkie. Kiedy docieram na plażę, widzę zdziwiony, że ciało pisarza zniknęło. Pozostał tylko odciśnięty ślad na piasku, obok którego zauważam świeże ślady końskich kopyt.

Trwając w zdumieniu, dostrzegam kolejną niezwykłą rzecz. Moją uwagę przyciągają dobiegające z góry uderzenia skrzydeł. Jakiś ptak wynurzył się z mgielnego płaszcza i znieruchomiał na wysokości mojej twarzy. Dopiero z bliska widzę, że ta skrzydlata istota nie jest ptakiem, lecz maleńką, młodą dziewczyną z wielkimi skrzydłami motyla, których przedłużeniem są długie czarne wypustki, niebieskim paziem o metalicznym połysku.

– …Ee… Dzień dobry – mówię.

Patrzy na mnie figlarnie, kręcąc głową ze zdziwienia. Ma duże zielone oczy, piegi i długie rude włosy, związane splecioną trawą. Trzepocząc skrzydłami, lata wokół moich uszu, przyglądając mi się tak, jakby nigdy przedtem nie widziała kogoś podobnego.

Uśmiecha się do mnie, a ja odwzajemniam jej uśmiech.

– Ee… hm… czy pani rozumie moją mowę?

Dziewczyna-motyl otwiera usta i wysuwa delikatny, ostry język w kolorze karminowej czerwieni, przypominający długą wstążkę.

Delikatnie potrząsa płomienną fryzurą, ale kiedy chcę zbliżyć palce do jej twarzy, ucieka, trzepocząc skrzydłami.

Biegnę za nią, potykam się o wystające kamienie i rozkładam jak długi. Ostre cięcie rozrywa mi rękę w przegubie.

Przejmujący ból.

Zupełnie inny niż ten, który palił moje oczy w zetknięciu ze słoną wodą, czy też ten, który torturował moje pozbawione powietrza płuca. Krwawię.

Zdziwiony patrzę na ciemnoczerwoną krew, perlącą się na mojej bladej, różowej skórze. Zapomniałem, jak bolesne jest… odczuwać ból. Myślę o tych wszystkich chwilach, w których moje ciało cierpiało, gdy byłem ludzką istotą. Wrośnięte paznokcie, próchnica zębów, pleśniawki, zapalenie nerwów, reumatyzm… Jak mogłem znieść tyle nieszczęść? Zapewne tylko dlatego, że nie wiedziałem wtedy o istnieniu życia bez żadnego cierpienia. Ale teraz, gdy poznałem radość bycia czystym umysłem, ból jest dla mnie nie do zniesienia.

Dziewczyna-motyl znikła, odfruwając w kierunku wysokich drzew, majaczących niewyraźnie we mgle.

W jakim więc wylądowałem świecie?

11. ENCYKLOPEDIA: A GDYBYŚMY BYLI SAMI WE WSZECHŚWIECIE?

Pewnego dnia naszła mnie ta dziwna myśl: „A gdybyśmy byli sami we wszechświecie?”. Nawet najwięksi wśród nas sceptycy utrzymują, że istnieją pozaziemskie ludy oraz że jeśli nie uda się nam, ludzkości ziemskiej, jeśli poniesiemy klęskę, to gdzieś tam, być może bardzo daleko, inne inteligentne istoty odniosą zwycięstwo. I to jest uspokajające… Lecz jeśli bylibyśmy sami? Naprawdę sami? Gdyby w nieskończonej przestrzeni nie było żadnej innej żyjącej oraz inteligentnej istoty? Gdyby wszystkie planety były jak te, które można obserwować w systemie słonecznym… zbyt zimne lub zbyt gorące, zbudowane z gazowej magmy lub skalistych aglomeratów? Gdyby ziemskie doświadczenie okazało się tylko ciągiem przypadków i tak nadzwyczajnych zbiegów okoliczności, że nie mogłyby nigdzie indziej mieć miejsca? Jeśli byłby to tylko jedyny i niepowtarzalny cud? Znaczyłoby to, że jeśli nam się nie uda, jeśli zniszczymy naszą planetę (a od niedawna możemy to zrobić bronią jądrową, zanieczyszczeniem środowiska itd.), nie pozostanie już nic. Być może po nas „the game is over”, bez możliwości rozegrania kolejnej partii. Może jesteśmy ostatnią szansą. Zatem nasz błąd byłby ogromny. Idea, że istoty pozaziemskie nie istnieją, wprowadza więcej zamieszania niż wiara w ich istnienie… Zadziwiające. A jednocześnie jakaż odpowiedzialność. Może właśnie takie jest najbardziej przewrotne i najstarsze przesłanie: „Może jesteśmy sami we wszechświecie i, jeśli nam się nie uda, już nigdzie nic nie będzie istnieć”.

Edmond Wells,

Encyklopedia Wiedzy Relatywnej i Absolutnej, tom V

12. SPOTKANIA

Muszę odnaleźć dziewczynę-motyla. Zagłębiam się w coraz gęstszy las, pełen palm kokosowych i wrzosów. Nagle zatrzymuje mnie dobiegający z pobliża szmer. W porozrywanej miejscami mgle zauważam istotę z ludzkim tułowiem i korpusem konia.

Stworzenie ma skrzyżowane ramiona, uparty wyraz twarzy, czarna grzywa na karku przypomina szal, rozwiewany podmuchami wiatru. Człowiek-koń zbliża się powoli, otwierając ramiona, tak jakby chciał mnie objąć. Cofam się gwałtownie. Z jego nozdrzy wydobywa się para, unosi się, rżąc i uderzając dwoma pięściami w swoją końską pierś. Emanuje niesłychaną mocą, jednocześnie ludzką i zwierzęcą. Kiedy zaczyna uderzać kopytem w ziemię jak byk gotujący się do ataku, uciekam, co sił w nogach. Ale ciężki galop staje się coraz bliższy. Chwyta mnie. Obejmują mnie dwie owłosione ręce. Człowiek-koń podnosi mnie, przyciska do swojego tułowia i zabiera ze sobą. Nie wzruszają go ani moje krzyki, ani rozpaczliwe uderzenia piętami. Przechodzi w galop. Przyczepiony do niego, wisząc zaledwie dziesięć centymetrów nad ziemią, czuję, jak paprocie chłoszczą moje kostki.

Przemierzamy wspólnie lasy palm kokosowych, aż docieramy do dużej polany, od której odchodzi wznosząca się do góry ścieżka. Ruszamy nią. Galopujemy długo. Mijamy kolejne lasy, równiny, niewielkie jeziora, których brzegi porastają drzewa o dziwacznie powykrzywianych pniach.

Na końcu ścieżki rozpościera się szeroka równina. W jej środku wznosi się jakby wielkie białe miasto, opasane kwadratem marmurowych, wysokich na kilka metrów murów. Z dwu stron równinę zamykają wzgórza, czyniąc ją niewidoczną. Tylko podstawa leżącej naprzeciw góry wynurza się z mgły.

W bieli grubych murów brama miejska odcina się złotym łukiem. Jej boki zdobią dwie masywne kolumny, jedna czarna, druga biała. To tutaj kończy się nasza droga.

Człowiek-koń stawia mnie na ziemi i przytrzymując za rękę, kilkakrotnie uderza kołatką w odrzwia. Kilka chwil później brama otwiera się powoli. Na progu staje brzuchaty brodacz w białej todze. Ma ponad dwa metry wzrostu, jego głowę wieńczy korona z liści winorośli. Tym razem bez skrzydeł motyla i bez końskich kopyt. Pomijając wzrost giganta, człowiek wydaje się normalny.

Patrzy na mnie podejrzliwie.

– Jest pan „tym, na którego czekamy”? – pyta.

Czuję ulgę, widząc przed sobą istotę, która mówi i z którą mogę się porozumieć.

Olbrzym dodaje rozbawionym tonem:

– W każdym razie mogę stwierdzić, że jest pan… – spuszcza wzrok – nagi.

Pospiesznie zakrywam dłońmi narządy płciowe. Człowiek-koń śmieje się do rozpuku, podobnie jak dziewczyna-motyl, która pojawiła się przed chwilą. Jeśli nawet ci dwoje nie potrafią mówić, to przynajmniej rozumieją mowę.

– Nie wymagamy tu „stroju wyjściowego”, ale nie jest to również klub naturystów.

Wyciąga z torby tunikę i togę, obie białego koloru, i uczy, jak mam się w to ubrać. Owinąć dwukrotnie prześcieradło wokół ciała, następnie przerzucić połę nad ramieniem.

– Gdzie ja jestem?

– W miejscu Ostatecznego Wtajemniczenia. Mamy zwyczaj nazywać to miejsce „Aeden”.

– A miasto?

– To jego stolica. Mamy zwyczaj nazywać je Olimpią. A jak pan się nazywa? To znaczy, jak się pan nazywał w czasach, gdy miał pan jeszcze nazwisko?

To prawda. Zanim zostałem aniołem, byłem śmiertelnikiem.

Pinson. Michael Pinson. Francuz. Płci męskiej. Ojciec rodziny. Zmarły wskutek katastrofy boeinga, który spadł na jego dom.

– Michael Pinson.

Olbrzym zaznacza odpowiednią kratkę na swojej liście.

– Michael Pinson? Bardzo dobrze. Willa numer 142 857.

– Chciałbym się najpierw dowiedzieć, co tutaj robię.

– Jest pan uczniem. Przybył pan tu, by nauczyć się najtrudniejszego zawodu.

Widząc, że nie rozumiem, wyjaśnia:

– Niełatwo być aniołem, prawda? A więc proszę sobie wyobrazić, że może być jeszcze trudniej. Zadanie wymagające zdolności, taktu, kreatywności, inteligencji, subtelności, intuicji… (Olbrzym wydmuchuje więcej powietrza, niż jest to potrzebne do artykułowania dźwięków). B-ó-g. Jest pan w Królestwie Bogów.

Oczywiście brałem pod uwagę istnienie jednostek wyższego rzędu niż anioły, lecz nigdy nie śmiałbym marzyć o tym, że pewnego dnia stanę się… bogiem.

– Naturalnie tego trzeba się nauczyć. Na razie jest pan tylko bogiem-uczniem – precyzuje mój rozmówca.

Zatem nie stałem się na powrót człowiekiem, jak to sobie wyobrażałem, przywdziewając moją cielesną powłokę. Kiedyś tłumaczył mi Edmond Wells, że „Elohim” – imię oznaczające w języku hebrajskim Boga – w rzeczywistości jest w liczbie mnogiej. Paradoks pierwszej religii monoteistycznej: używa liczby mnogiej, by nazwać swojego jedynego boga.

– A pan?

– Zazwyczaj nazywają mnie Dionizosem. Niektórzy zupełnie niesłusznie twierdzą, że jestem bogiem zabaw i pijatyk, winorośli i orgii. To pomyłki i nieprawda. Ja jestem bogiem wolności. To prawda, że w potocznych wyobrażeniach wolność jest zawsze podejrzana i łatwo utożsamiana z rozpustą. Jestem bardzo dawnym bogiem i głoszę wolność wyrażania tego wszystkiego, co w nas najlepsze. Jeśli uchodzę przy tym za rozpustnika, trudno.

Wzdycha, chwyta winogrono i wkłada do ust.

– Dziś moja kolej na przyjmowanie nowych uczniów. Jestem bowiem także nauczycielem w Szkole Bogów, inaczej mówiąc, bogiem-mistrzem.

Olbrzymi bóg-mistrz w koronie z winnej latorośli, unosząca się dziewczyna-motyl, człowiek-koń niecierpliwie przebierający kopytami… Gdzie ja właściwie spadłem?

– Byłem świadkiem zbrodni tam, nad urwiskiem.

Dionizos przypatruje mi się uważnie, z życzliwością, nie wykazując zbytniego zainteresowania tą informacją.

– Czy może pan określić, kim była ofiara? – pyta.

– Sądzę, że chodzi o Juliusza Verne’a.

– Juliusza Verne’a? – powtarza, spoglądając ponownie na listę. Juliusz Verne… Ach, tak. Dziewiętnastowieczny pisarz, autor powieści science-fiction. Za wcześnie, o wiele za wcześnie… Poza tym za bardzo ciekawski. Musi pan wiedzieć, że ciekawscy ludzie często miewają problemy.

– Problemy?

– Niech więc pan nie będzie zbyt ciekawski. Wiem, że przy takiej liczbie uczniów, jaka jest w tym roczniku, trudno nam będzie wszystkich dopilnować. Tymczasem proszę zadowolić się dotarciem do pańskiego osiedla, a dokładniej – do pańskiej willi. Tam poczuje się pan jak w domu.

Jakże dawno nigdzie nie czułem się „jak w domu”.

– Noce w Aedenie są chłodne, poranki także. Radzę, by poszedł pan się rozlokować. Willa 142 857. Cherubinka chętnie pana zaprowadzi. To niedaleko, lecz jeśli jest pan zmęczony, może pan dosiąść centaura.

„Cherubinka” czyli dziewczyna-motyl, „centaur” czyli człowiek-koń – te wszystkie krzyżówki człowieka ze zwierzęciem to chimery. Tylko chimery. Przypomina mi to Wyspę doktora Moreau, gdzie szalony naukowiec skrzyżował ludzi ze zwierzętami.

– Wolę pójść sam. Gdzie to jest?

– Musi pan iść szeroką aleją, przejść przez główny plac, następnie skręcić w trzecią ulicę w lewo, ulicę Drzew Oliwnych. Bez problemu znajdzie pan numer 142 857. Proszę odpocząć, ale pozostać w gotowości. Kiedy usłyszy pan trzy długie uderzenia dzwonu, proszę przyjść na główny plac.

Zakładam sandały, które podaje mi Dionizos. Tak obuty i przyodziany w moją nieskazitelnie białą togę, przekraczam okazałą bramę Olimpii.

13. ENCYKLOPEDIA: NIEBIAŃSKIE JERUZALEM

Fragment z Apokalipsy św. Jana. „Zabrał mnie na wysoką górę. I pokazał mi wielkie miasto, ‚Niebiańskie Jeruzalem’. Otoczone wysokim murem z dwunastoma bramami. Przed każdą z bram stał anioł, dwunastu aniołów, a na każdej bramie wypisane było imię jednego z dwunastu pokoleń synów Izraela…”.

„Miasto zostało zbudowane w kształcie czworoboku, takiej samej długości i szerokości…”.

„Wniosą tam chwałę i dobre imię narodów. I nie wejdzie do niego nic nieczystego, ani nikt z tych, którzy popełniają czyny podłe i kłamstwo”.

Edmond Wells,

Encyklopedia Wiedzy Relatywnej i Absolutnej, tom V

14. MIASTO BŁOGOSŁAWIONYCH

Miasto bogów jaśnieje przed moimi oczarowanymi oczyma.

Szeroka, wysadzana cyprysami droga przecina miasto niczym jasna linia.

Idę główną aleją Olimpii.

Leżące po obu jej stronach pagórki i doliny przystrojone są monumentalnymi gmachami, prawdopodobnie zbudowanymi przez tytanów. Plątanina rzek, przez które przerzucono drewniane mosty, wije się, by wreszcie znaleźć ujście w jeziorach, których taflę porastają nenufary w kolorze malwy. Na południowej stronie widzę strome zbocza, a na nich szerokie tarasy najeżone bambusami, krzakami róż i palmami. Można powiedzieć, że pijany architekt narysował miasto takim, jakim widział je w stanie zamroczenia alkoholowego: ciąg terenów leżących na różnych wysokościach, zamkniętych wysokimi murami.

Różnobarwny tłum wypełnia aleje, ulice i uliczki. Młodzi mężczyźni i młode kobiety podobnie jak ja ubrani są w białe togi; prawdopodobnie też są uczniami Szkoły Bogów. Nie zwracają na mnie uwagi.

Młoda kobieta w żółtej todze spaceruje z trzygłowym psem o wyglądzie jamnika, rodzajem cerbera. Są też centaury, satyry, cherubiny.

Rozróżniam „samce” i „samice”. Motyle o wyglądzie chłopców. Są też centaury skrywające wypukłość biustu pod swymi długimi włosami-grzywami.

Idę i odkrywam kolejne elementy krajobrazu. Place targowe, na których ludzie i dziwne stwory rozmawiają ze sobą, porozumiewając się za pomocą gestów. Domki z białego kamienia pokryte czerwoną dachówką, z korynckimi kolumnami, rzeźbionymi balustradami, fontannami, z których tryska błyszcząca woda w kolorze miedzi, wylewana przez kamienne trytony.

Letnie powietrze pachnie pyłkami kwiatów i świeżo skoszoną trawą. Wydaje mi się, że dostrzegam pola, gdzie uprawia się zboża, a obok nich zagony warzyw. Kilka zwierząt roślinożernych – zupełnie normalnych: kozy, barany, krowy, podobnych do tych, które spotyka się na Ziemi – skubie trawę, z obojętnością odnosząc się do wspaniałości krajobrazu.

Za sosnami widać nowe wille. Wszystkie jednopiętrowe.

Na końcu alei znajduje się duży, okrągły plac z sadzawką, pośrodku której, na niewielkiej wysepce rośnie wiekowe drzewo.

Podchodząc bliżej, dostrzegam, że pełne majestatu drzewo to jabłoń. Jej owoce są złotego koloru. Czyżby była to jabłoń z Ogrodów Edenu, drzewo Poznania Dobra i Zła, które przyczyniło się do opuszczenia raju przez Adama i Ewę? Jej kora pomarszczyła się przez tysiące lat, jej korzenie, sięgające brzegów tej szczególnej wyspy, skręcają się tak, by ominąć skały. Jej gałęzie zanurzają się w niebie i rozpościerają szeroko, wychodząc poza otaczającą wyspę sadzawkę, a nawet poza opasujący sadzawkę murek. Jej cień pada niemal na cały główny plac.

Ponownie przychodzą mi na myśl fragmenty Apokalipsy św. Jana: „Na placu, pośrodku miasta stało Drzewo Życia… a liście Drzewa Życia służą do leczenia narodów”.

Od głównego placu odchodzą prostopadle cztery szerokie aleje. Tablice kierunkowe wskazują:

na wschód: POLA ELIZEJSKIE

na północ: AMFITEATR IMEGARON

na zachód: PLAŻA

Żadna tabliczka nie mówi, co jest na południu. Lekki powiew chłodzi mój kark. Odwracam się i widzę lecącą cichutko za mną rudowłosą cherubinkę z filuterną miną.

– Czego ode mnie chcesz? Jak masz na imię?

Chimera kicha, a ja podaję jej kawałek togi, aby mogła wytrzeć nos.

– No dobrze. Ponieważ nie chcesz mi nic powiedzieć, zatem dla mnie będziesz… smarkaczką. Rąbiąc drwa jest się drwalem, czytając – czytelnikiem, więc smarkając staje się…

Smarkaczka porusza się gwałtownie, wyraźnie zła, że się z niej wyśmiewam. Wysuwa swój cienki motyli język, krzywi się i przewraca oczami. Naśladuję ją, wysuwam język, następnie ruszam ponownie w drogę, przestając się nią interesować.

Stwierdzam, że o ile wszystkie aleje biegną prosto, to wszystkie ulice są zakrzywione i wiją się wokół głównego placu. Przed domami widzę ogrody pełne nieznanych mi drzew, których kwiaty podobne są do orchidei, a ich zapach przypomina drzewo sandałowe i goździki.

Numer 142 857 na ulicy Drzew Oliwnych okazuje się białą pokrytą czerwoną dachówką willą, osłoniętą płotem z cyprysów. Nie ma bramy ani murka, wszystko jest otwarte. Żwirowa ścieżka prowadzi do drzwi, w których brak zamka. Lecącej za mną cherubince daję do zrozumienia, że jestem „u siebie” i chcę zostać sam. Kiedy zamykam jej drzwi przed nosem, ma rozzłoszczoną minę. Trudno.

Zauważam drewnianą zasuwkę umożliwiającą zamknięcie drzwi i oddycham z ulgą. Natychmiast czuję się szczęśliwy z powodu przebywania w miejscu, gdzie nic nie może mi przeszkodzić. Już dawno mi się to nie zdarzyło. „U siebie”. Rozglądam się. Przestronny pokój służy za salon. Na środku króluje czerwona kanapa i niski drewniany stolik. Na białej ścianie powieszono płaski ekran telewizora.

Z boku stoi biblioteczka. Znajdujące się w niej książki proponują mi wyłącznie czyste, dziewicze strony.

Telewizor bez pilota.

Książki bez tekstu.

Zbrodnia bez śledztwa.

Na prawo od biblioteczki stoi fotel i biurko z licznymi szufladami. Na blacie – ptasie pióro zanurzone w kałamarzu. Czyżbym miał zapełnić własnoręcznie te puste stronice?

W końcu trzeba przyznać, że moje przygody warte są opowiedzenia, o tym jestem przekonany, a ponadto, jak każdy, chciałbym zostawić po sobie jakiś ślad. Ale od czego zacząć? „Dlaczego nie od litery A? – podpowiada mi wewnętrzny głos. – Byłoby to logiczne”. Zatem „A”. Siadam przy biurku i piszę.

„A… a czy ja mam prawo to wszystko opisać? Nawet teraz, z perspektywy czasu, trudno mi uwierzyć, że ja, Michael Pinson, uczestniczyłem w tak wspaniałej epopei i…”.

Zastygam z piórem w ręku. Byłem nie tylko Michaelem Pinsonem. W Raju odkryłem, że jako istota ludzka w ciągu trzech tysiącleci przeszedłem różne wcielenia. Byłem myśliwym, rolnikiem, gospodynią domową, rzemieślnikiem, żebrakiem. Byłem mężczyzną, byłem kobietą. Zaznałem dostatku i biedy, dobrego zdrowia i choroby, władzy i poddaństwa. Większość moich istnień była banalna… Niemniej jednak około dziesięciu wcieleń było interesujących. Biała niewolnica w egipskim seraju, rozmiłowana w astronomii; druid uzdrawiający ziołami z lasu Broceliande; żołnierz grający na dudach w saksońskiej Anglii; doskonale władający mieczem samuraj w cesarstwie japońskim; tancerka francuskiego kankana w Paryżu 1830 roku, tańcząca dla niezliczonych kochanków; lekarz, pionier aseptyki chirurgicznej w carskim Sankt Petersburgu…

W większości przypadków każde z tych szczególnych wcieleń źle się skończyło. Druid, będący świadkiem rzezi i zdegustowany zachowaniem swych współbraci, postanowił odebrać sobie życie. Tancerka popełniła samobójstwo wskutek miłosnego zawodu. Rosyjski lekarz zmarł na gruźlicę. Niemniej, przechodząc z jednego wcielenia do drugiego, w końcu się poprawiłem.

W moim ostatnim życiu byłem Michaelem Pinsonem i to jego wygląd zachowałem dzisiaj. Podczas ostatniego wcielenia przyjaźniłem się z Raoulem Razorbackiem, który wciągnął mnie w wielką przygodę. Już jako ludzie dorośli i dwaj naukowcy zjednoczyliśmy naszą wiedzę – moją z zakresu medycyny i jego z dziedziny biologii, aby spróbować doświadczenia, które połączyłoby naukę z życiem duchowym: podróży pozacielesnych w poszukiwaniu kontynentu umarłych. Nazwaliśmy to „tanatonautyką”, z greckiego thanatos – śmierć i nautis – badacze. My, tanatonauci, zbudowaliśmy wspólnie tanatodromy, z których mogliśmy wzbić się w przestworza. Cierpliwie przyswajaliśmy sobie techniki opuszczania ciała i wzlatywania dusz w zaświaty. Walczyliśmy o to, by jako pierwsi dotrzeć do Raju, jeszcze przed duchownymi świętych religii. Pokonaliśmy, jedną po drugiej, siedem bram kontynentu umarłych, z determinacją stawiając czoła każdemu nowemu, nieznanemu terytorium. Być tanatonautą znaczyło być pionierem, ale także uprawiać niebezpieczny zawód. Stopniowo odkrywałem tysiącletnie tajemnice, zarezerwowane wyłącznie dla wtajemniczonych. Powiedziałem na ten temat dużo więcej, niż ludzkość była w stanie przyjąć.

Samolot spadający na mój salon położył kres życiu Michaela Pinsona. Wezwano mnie do nieba.

Tam, jako Pinson, zostałem oceniony i osądzony za wszystkie dobre i złe uczynki, których dopuściłem się podczas tej ostatniej ludzkiej egzystencji. Na szczęście w czasie procesu miałem prawo do wyjątkowego adwokata: pisarza Emila Zoli, mojego anioła stróża. Dzięki niemu wyszedłem z tego cało i sądziłem, że na zawsze zostałem zwolniony z obowiązku odradzania się jako śmiertelnik.

Stałem się czystym duchem. Aniołem. Będąc aniołem, dostałem pod opiekę trzech ludzi, którym z kolei ja miałem pomóc wydostać się z cyklu reinkarnacji. Pamiętam tych trzech „klientów”: Igor Czeków, rosyjski żołnierz; Venus Sheridan, amerykańska modelka i aktorka; Jacques Nemrod, francuski pisarz.

Ale niełatwo jest pomagać ludziom. Edmond Wells, mój mentor w dziedzinie nauki o aniołach, zwykł mówić: „Ludzie bardziej starają się zmniejszyć swoje nieszczęście, niż zbudować szczęście”. To on nauczył mnie, jak oddziaływać na nich pięcioma sposobami: za pomocą snów, intuicji, znaków, mediów i kotów. Tak właśnie uratowałem jednego z moich klientów, Jacques’a Nemroda, dając mu możliwość wyjścia, jeśli tylko będzie chciał, z cyklu reinkarnacji. Co do mnie, miałem prawo opuścić Imperium Aniołów i przejść na wyższy poziom.

A obecnie, proszę, jestem w… „Aedenie”. Byłem śmiertelnikiem, byłem aniołem. Kim zostanę teraz?

„Bogiem-uczniem” – powiedział Dionizos.

Odkładam pióro do kałamarza i udaję się dalej oglądać moją willę. Na prawo od salonu odkrywam pokój umeblowany szerokim łożem z baldachimem. W szafie czeka na mnie około dwudziestu tunik oraz białych tog, identycznych jak ta, w którą jestem ubrany. Przedłużenie sypialni stanowi łazienka. Muszla, wanna, umywalka, wszystko w marmurze, z pozłacaną armaturą. Flakon z szarym proszkiem pachnie lawendą. Puszczona z kranu woda tworzy kremową pianę. Rozbieram się i zanurzam z rozkoszą.

Zamykam powieki. Słucham mojego serca, które robi…

15. GOŚĆ

…Puk, puk.

Drgnąłem. Znowu smarkaczka? Słyszę ponowne pukanie. Wstaję, by ją przegonić. Idąc, chlapię na podłogę. Jedną ręką przytrzymuję ręcznik wokół bioder, drugą chwytam szczotkę do mycia pleców i tak uzbrojony otwieram drzwi.

Ale istota za progiem to nie chimera. Stoi przede mną, uśmiechając się, Edmond Wells, mój mistrz wiedzy anielskiej:

– Powiedziałeś mi „do widzenia”.

– Powiedział mi pan „z bogiem” – bąkam.

– Rzeczywiście. „Z … bogiem” to również znaczy „u bogów”. I jak mi się wydaje, właśnie tu jesteśmy.

Ściskamy się w długim powitaniu.

Wreszcie odsuwam się, pozwalając mu wejść. Edmond Wells siada wygodnie na czerwonej kanapie w salonie i, jak zwykle nie bawiąc się w długie wstępy, podaje mi informacje:

– Ten rocznik jest wyjątkowo liczny. W przeszłości brakowało „im” uczniów, więc tym razem zaplanowali wszystko na szerszą skalę. Mnie też pozwolili przybyć.

Zagadkowy wygląd, spiczaste uszy, trójkątna twarz. Edmond Wells wcale się nie zmienił. Nadal robi na mnie wielkie wrażenie. W swojej ostatniej ludzkiej postaci był entomologiem, specjalistą od mrówek. Lecz jego ulubionym zajęciem było zawsze gromadzenie wiadomości oraz tworzenie mostów łączących istoty z definicji niezdolne do porozumiewania się ze sobą. Chodziło oczywiście o mrówki i ludzi, ale potem także o anioły i istoty ludzkie.

– Moja willa jest niedaleko twojej, mieszkam na ulicy Drzew Oliwnych w willi 142 851 – powiedział to tak, jakbyśmy byli kolegami spędzającymi wspólnie wakacje. Ja tymczasem szybko ubrałem tunikę, togę i sandały.

On zwraca się do mnie na „ty”, lecz mnie nie stać na taką poufałość, używam więc formy „pan”.

– Tutaj dzieją się dziwne rzeczy – mówię szeptem. – Kiedy wylądowałem na plaży, spotkałem Juliusza Verne’a. Zmarł niemal na moich rękach. Rozległa rana w lewym boku. Zamordowany. A Dionizos zapewnił mnie tak po prostu, że widocznie musiał mieć problemy, bo przybył za wcześnie i okazał się zbyt… ciekawy.

– Juliusz Verne zawsze był pionierem – przyznaje Edmond Wells, na którym ta tajemnicza zbrodnia robi nie większe wrażenie niż na Dionizosie.

– Zdążył tylko mnie przestrzec, abym nie szedł na górę Olimp. Tak jakby było tam coś przerażającego.

Edmond Wells zdaje się wątpić. Tymczasem nasze spojrzenia kierują się w stronę okna, za którym w oddali majaczy zarys góry, nadal okrytej płaszczem chmur.

– Wszystko tu jest takie dziwne – mówię z naciskiem.

– Powiedz raczej „takie niezwykłe”.

– A te książki? Wszystkie kartki są puste.

Mój mistrz uśmiecha się szeroko:

– A więc to my mamy je zapełnić. Będę miał okazję dalej pisać moje dzieło, moją Encyklopedię Wiedzy Relatywnej i Absolutnej. I będą to już nie tylko informacje o ludziach lub zwierzętach, ale bezpośrednio o bogach.

Z przewieszonej na skórzanym pasku sakwy wyjmuje książkę na pierwszy rzut oka podobną do moich, choć zdaje się, że jest już trochę zapisana.

Gładzi jej brzegi.

– To, co teraz przeżyjemy, nie pójdzie w zapomnienie. Zanotowałem z pamięci fragmenty tekstów, które wydają mi się najbardziej ważne, i uzupełnię je tym, co tu odkryjemy.

– Ale dlaczego pan…

– Możesz mi mówić per „ty”. Nie jestem już twoim nauczycielem, jestem bogiem-uczniem, podobnie jak ty. Jesteśmy sobie równi.

– Dlaczego ty… Nie, przykro mi, to się nie uda, wolę mówić na pan… Dlaczego nadal prowadzi pan to poszukiwanie wiedzy?

Jest zdziwiony, że nie potrafię zmienić naszych relacji. Ale nie nalega.

– Być może dlatego, że w dzieciństwie wstydziłem się swojej niewiedzy. To był prawdziwy wstyd. Pewnego dnia, gdy nie umiałem wyrecytować na pamięć wiersza, nauczyciel powiedział mi: „Jesteś pusty”. Od tamtego czasu mam potrzebę napełniania się. Nie wierszami, lecz informacjami. W wieku trzynastu lat zacząłem gromadzić całe zeszyty obrazów, naukowych informacji i własnych przemyśleń. (Uśmiechnął się na to wspomnienie). Wycinałem z gazet zdjęcia nagich aktorek i wklejałem do mojej książki obok wzorów matematycznych. Po to, bym miał ochotę ponownie ją otworzyć. Nigdy nie przestałem zapełniać tej księgi. Jak wiesz, nawet wtedy, gdy byłem w Imperium Aniołów, pragnąłem nadal zajmować się Encyklopedią, udzielając natchnienia jednemu z ludzi. Tu będę mógł kontynuować moje poszukiwania Wiedzy Relatywnej i Absolutnej.

– Piąty tom Encyklopedii?

– Oficjalnie piąty, ale napisałem też „nieoficjalne” i ukryłem je w różnych miejscach.

– Encyklopedie Wiedzy Relatywnej i Absolutnej ukryte na Ziemi?

– Oczywiście. Moje małe skarby do odkrycia kiedyś przez tych, którzy będą mieli wystarczająco dużo cierpliwości, aby ich szukać. Ale na razie zaczynam ten.

Patrzę na księgę. Na okładce Edmond Wells wykaligrafował pięknie: ENCYKLOPEDIA WIEDZY RELATYWNEJ I ABSOLUTNEJ, TOM V

Podaje mi książkę.

– Napisałem ją, ponieważ spotykani ludzie dostarczali mi ogromnej wiedzy. Ale kiedy chciałem ją przekazać dalej, aby wiedza ta nadal żyła, spostrzegłem, iż niewielu zainteresowanych jest takim prezentem. Ofiarować można tylko tym, którzy są gotowi nasz dar przyjąć. Zostawiłem więc swój rękopis. Jak list w butelce wrzuconej do morza. Niech go znajdą ci, którzy będą w stanie go docenić, nawet gdybym miał nigdy ich nie spotkać.

Otwieram księgę. W pierwszym rozdziale czytam: Na początku. W następnym Wobliczu Nieznanego, A gdybyśmy byli sami we wszechświecie, Niebiańskie Jeruzalem… Ostatni rozdział nosi tytuł Symbolika cyfr”.

– Znowu to samo? Już pan o tym pisał w czterech pozostałych tomach.

Encyklopedysta nie daje się zbić z tropu.

– To klucz do wszystkiego. Symbolika cyfr. Muszę ją sobie przypomnieć i uzupełnić, bo to ona stanowi najprostszą drogę do zrozumienia sensu ewolucji wszechświata. Pamiętasz, Michael…

16. ENCYKLOPEDIA: SYMBOLIKA CYFR

Historia świadomości przebiega zgodnie z symboliką cyfr

stworzoną przed trzema tysiącami lat przez Indian.

Linia krzywa oznacza miłość.

Krzyż oznacza próbę.

Linia pozioma oznacza przywiązanie.

Zbadajmy ich rysunki.

„1”. Minerał. Typowa linia pionowa. Żadnego przywiązania, miłości, próby. Minerał nie ma świadomości. Jest po prostu pierwszym stadium materii.

„2”. Roślina. Linia pozioma zakrzywiona w górnej części. Roślina połączona jest z ziemią poprzez poziomą kreskę, symbolizującą korzenie uniemożliwiające jej poruszanie się. Roślina kocha niebo i zwraca do niego swe liście oraz kwiaty, by zgromadzić światło.

„3”. Zwierzę. Dwie krzywe. Zwierze kocha ziemię i kocha niebo, ale nie jest przywiązane ani do jednego, ani do drugiego. Jest wyłącznie emocjami. Strachem, pragnieniem… Dwie krzywe to jak dwa pyski. Ten, który gryzie, i ten, który całuje. „4”. Człowiek. Krzyż. Stoi na rozdrożu, pomiędzy „3” i „5”. „4” to chwila próby. Albo ulegnie ewolucji i stanie się inteligentny, albo powróci do stadium „3”, stając się znów zwierzęciem. „5”. Człowiek rozumny. Odwrócona „2”. Linią poziomą w górnej części połączony jest z niebem, krzywa u dołu wskazuje na miłość do ziemi. Jest mądry. Wyszedł poza swą zwierzęcą naturę. Nabrał dystansu do wydarzeń i już nie reaguje instynktownie ani emocjonalnie. Pokonał swój strach i pragnienie. Kocha swoją planetę i pobratymców, przyglądając im się z daleka. „6”. Anioł. Oświecona dusza, wolna od konieczności odradzania się w ciele. Wydostała się z cyklu reinkarnacji i jest już wyłącznie czystym duchem, a więc nie odczuwa bólu i nie musi zaspokajać podstawowych potrzeb. Anioł jest krzywą miłości, spiralą, która zaczyna się w sercu, potem schodzi na ziemię, by pomóc ludziom, a następnie idzie do góry, by osiągnąć wyższy wymiar.

„7”. Bóg. A przynajmniej „bóg-uczeń”. Anioł, który wznosząc się, dotyka wyższego wymiaru. Podobnie jak „5”, ma kreskę, która łączy go z niebem. Ale zamiast krzywej miłości, która prowadziłaby go ku dołowi, ma linię prostą. Jego działania obejmują dolny świat. „7” jest też krzyżem, jak odwrócona cyfra „4”. Jest to więc próba, rozdroże. Aby móc wspinać się wyżej, musi coraz więcej osiągać.

Edmond Wells,

Encyklopedia Wiedzy Relatywnej i Absolutnej

(powtórzenie z tomu IV)

17. PIERWSZA UROCZYSTOŚĆ W AMFITEATRZE

A co byłoby powyżej siódemki? Liczba „8”?

Słychać dźwięk dzwonu. Trzy długie uderzenia. Spiesznie zdążamy na główny plac z jego wiekowym drzewem. Inni uczniowie Szkoły Bogów, ubrani w białe togi, idą przed nami. Są w różnym wieku, bez wątpienia w tym, który zapisało ich ostatnie ziemskie istnienie. Spoglądamy na siebie zdziwieni, że jest nas tak wielu, próbując odgadnąć, co jest w nas takiego szczególnego, że byliśmy godni znaleźć się tutaj.

Młoda dziewczyna w szafranowej todze pokazuje nam, abyśmy ustawili się w kolejce.

– To Hora – szepcze Edmond Wells.

– Czy to pora? Nie wiem, nie mam zegarka.

Mój mistrz uśmiecha się.

– Nie zrozumiałeś. To jest Hora, czyli grecka półbogini. Tak się je nazywa.

– Ile ich jest?

– Tylko trzy. Eunomia – Hora Praworządności, Dike – Hora Sprawiedliwości i Ejrene – Hora Pokoju. Wszystkie są półboginiami, córkami Temidy – bogini praw, i Zeusa – króla bogów.

Biorąc pod uwagę sposób, w jaki Hora ustawia nas szybko w szeregu, sądzę, że to musi być pierwsza z nich. Eunomia… W języku greckim przedrostek „eu” oznacza „dobry”, jak w wyrazie „eufonia”, czyli „dobre brzmienie”, dobry stan, a w przypadku naszej Hory – dobre imię.

Uczniowie przedstawiają się po kolei, a Eunomia zaznacza ich na liście obecności i wskazuje, dokąd mają się kierować. Gdy wymieniam moje nazwisko, Hora przygląda mi się z uwagą. Czyżby zastanawiała się, czy jestem „tym, na kogo czekają”?

Jednak zadowala się wskazaniem mi alei Północnej, prowadzącej do Amfiteatru.

A tam, przy wejściu, nowe zbiegowisko. Kolejna Hora, bez wątpienia jest to Dike, także sprawdza na liście nazwiska. Przechodząc, zaglądam jej przez ramię i widzę, że nazwisko Juliusza Verne’a zostało przekreślone, a w jego miejsce wpisano… Edmond Wells. Czy to znaczy, że mój nauczyciel niespodziewanie zastąpił zamordowanego pisarza?

Mówię „Pinson” i w zamian otrzymuję pudełko. Zaciekawiony szybko je otwieram. W środku jest krzyż wielkości dłoni. U góry ma pałąk z przezroczystego szkła, jest też łańcuszek do zawieszenia na szyi. Pod spodem znajduję trzy przyciski, każdy z wygrawerowaną literą.

– To jest ankh – mówi Edmond Wells. – „Berło bogów”.

Berło bogów… Odwracam je i rozpoznaję numer: „142 857”, taki jak numer mojej willi.

Nie oddalając się od mojego mistrza i przyjaciela, wchodzę do Amfiteatru. Miejsca dla widzów, tworzące okrąg, centralnie położona scena, wszystko to przypomina zwyczajny antyczny amfiteatr. Wokół w niewielkich grupkach rozmawiają ze sobą zaniepokojeni uczniowie.

– Tak jakbyśmy znaleźli się we śnie z czasów dzieciństwa – mówię.

Mój przyjaciel wysuwa inną hipotezę.

– …Albo w książce. Tak jakby ktoś napisał książkę, której akcja dzieje się w takiej scenerii. Wystarczy, by czytelnik pochylił się nad jej stronami, a książka ożyje. Z nami w środku.

Wzruszam ramionami, niezbyt przekonany, lecz on kontynuuje niewzruszony.

– Jakiś pisarz pochłonie mitologię grecką, by ją potem urzeczywistnić i sprawić, abyśmy my w niej żyli. Moim zdaniem „wszystko zaczyna się od powieści i na niej się kończy”.

Podchwytuję jego myśl.

– To znaczy, że pisarz obserwuje nas jako swoich bohaterów. Lecz czy napisał już całą historię? Czy też zaczął od końca albo odkrywa wątek razem z nami, istotami, które sam stworzył?

Patrzy na mnie, na wpół uśmiechnięty, na wpół rozbawiony.

Młoda dziewczyna w żółtej todze oraz koronie z kwiatów i owoców pokazuje, byśmy stanęli z boku, umożliwiając wejście kolejnym osobom.

– Trzecia Hora?

– Nie, zdaje mi się, że to inny rodzaj półbogini: Pora Roku.

Stoi tak blisko, że czuję jej zapach. Jest w nim konwalia i lilia. Jeśli to Pora Roku, musi być Wiosną. Podziwiam jej wielkie złote oczy, lniane włosy i smukłe dłonie. Odruchowo chciałbym ją dotknąć, lecz Edmond Wells powstrzymuje mnie.

Przyglądam się szkolnym kolegom rozproszonym na widowni. Nie brakuje sławnych ludzi. Wydaje mi się, że rozpoznaję w tym tłumie kilka osób. Jest malarz Henri de Toulouse-Lautrec, powieściopisarz Gustave Flaubert, jest Etienne de Montgolfier, jeden z braci, pionierów lotów balonem, mistrz ceramiki Bernard Palissy, malarz impresjonista Claude Monet, lotnik Clement Ader, rzeźbiarz Auguste Rodin. Są też kobiety: aktorka tragiczna Sarah Bernhardt, rzeźbiarka Camille Claudel, fizyk Maria Curie, aktorka Simone Signoret, tancerka-szpieg Mata Hari.

Edmond Wells, człowiek światowy, podchodzi do tej ostatniej.

– Dzień dobry, jestem Edmond Wells, a to mój przyjaciel Michael Pinson. Czy nie jest pani przypadkiem Matą Hari?

Młoda brunetka potakuje. Spoglądamy na siebie, nie wiedząc, co powiedzieć.

Powoli zapada zmrok, a my takim samym powolnym ruchem gromadzimy się wzdłuż trybun. Na niebie pojawia się nie jeden, lecz trzy księżyce, układając się w kształcie trójkąta. Szczyt Olimpu nadal zanurzony jest we mgle.

Głośno wypowiadam dręczące mnie pytanie:

– A więc co jest na górze?

Pierwszy odpowiada mi Vincent van Gogh:

– Szarość zmieszana z kolorem pomarańczowym i niebieskim o brązowozłocistych refleksach.

Mata Hari podpowiada:

– Tajemnica.

Georges Méliès wzbogaca wypowiedź:

– Magia.

Gustave Eiffel dodaje półgłosem:

– Architekt Wszechświata.

Simone Signoret dorzuca:

– Producent filmowy.

Maria Curie mówi z rozmarzeniem:

– Ostatni Pierwiastek.

Sarah Bernhardt waha się:

– Jesteśmy w Olimpii. Może to jest… Zeus?

Przerywa nam jakiś głos.

Odwracamy się. Widzimy niewysokiego człowieczka o płowych włosach, w okrągłych okularach i z czarną brodą.

– Tam, w górze nie ma zupełnie nic. Ani Zeusa, ani Architekta, ani magii… Nic. Tylko śnieg, a wokół mgła. Jak to w górach.

Gdy z ogromną pewnością wypowiada te słowa, nagle na szczycie zapala się światło i zaczyna migotać jak sygnał z latarni morskiej, wysyłany we mgle.

– Widział pan to? – pyta Méliès.

– Tak – odpowiada brodacz. – Widziałem światło. Zwyczajne światło. To „oni” włączyli na szczycie reflektor, po to, by wpłynąć na naszą wyobraźnię, a wy patrzycie jak ćmy zafascynowane światłem lampy. To tylko scenografia i gra.

– Taki pan kategoryczny. Kim pan jest? – pyta, kokietując go, Sarah Bernhardt.

Mężczyzna zgina się wpół:

– Pierre Joseph Proudhon, do usług.

– Proudhon? Teoretyk anarchizmu? – dopytuje się Edmond Wells.

– We własnej osobie.

Słyszałem o tym prowokatorze, nie wiedząc, do kogo jest podobny. No tak, do Karola Marksa. W tamtych czasach bez wątpienia modne były brody i długie włosy. Ma wysokie, gładkie czoło, włosy związane w koński ogon.

– Proudhon: ateista, anarchista, nihilista, dumny z tego, kim jest – dodaje.

– Ale przecież przeszedł pan reinkarnację… – mówi Sarah Bernhardt.

– No. Chociaż w nią nie wierzyłem.

– I stał się pan aniołem?

– No. Chociaż nie wierzyłem w anioły.

– A teraz jest pan uczniem Szkoły Bogów?

– No. I teraz będę „bogiem ateistów” – ogłasza Proudhon, wyraźnie zadowolony z tej definicji. – Proszę powiedzieć szczerze: wierzy pani w tę całą Szkołę Bogów? Wyobraża pani sobie, że zrobimy maturę z Demiurgii?

Nowy uczeń włącza się do dyskusji. Mężczyzna z wyraźnym zezem zbieżnym, którego skutki próbuje opanować.

– Tam, w górze – wykrzykuje – jest na pewno coś bardzo silnego i bardzo pięknego! My jesteśmy tylko bogami-uczniami, maleńkimi bożkami. On jest Wielkim Bogiem.

– Co pan ma na myśli? – pytam.

– Mam na myśli coś, co nas przewyższa mocą, majestatem, świadomością, wszystkim – mówi z ekstazą.

Nowy uczeń nazywa się Lucien Dupres i twierdzi, że w swoim ziemskim życiu był okulistą. Sam widział podwójnie, lecz innym pomagał widzieć wyraźnie. Aż wreszcie zrozumiał, że prawdziwie widzieć można tylko przez wiarę.

– No pewnie, może pan pleść te bzdury – oświadcza Proudhon. – Ja nie boję się głośno wołać: „Ani Boga, ani mistrza!”.

Pomruk dezaprobaty rozchodzi się wzdłuż rzędów, w których siedzą uczniowie.

Anarchista mówi dalej:

– Ja jestem jak święty Tomasz. Wierzę tylko w to, co widzę. A widzę ludzi zebranych na wyspie, którzy rozkoszują się imieniem boga, mimo że tyle religii zabroniło używać tego słowa. Bóg tu, bóg tam. Mówicie, że jesteście ludźmi wierzącymi, a tak naprawdę jesteście zgrają bluźnierców. Zresztą, co to takiego bóg? Czy posiadamy jakąś szczególną władzę? Ja tylko mogę stwierdzić, że straciłem atrybuty anioła. Przedtem latałem i przenikałem przez materię. Dziś jestem głodny, chce mi się pić i wystroili mnie w togę, która mnie gryzie.

Ma rację. Mnie też przeszkadza ta szorstka tkanina, a na sam dźwięk słowa „głód”, żołądek kurczy się i wzywa pomocy.

Pierre Joseph Proudhon mówi dalej:

– Mówię wam, że cała ta tekturowa dekoracja, ta otoczona dymem góra, to jedna wielka bujda.

W tej samej chwili rozlega się krótki, stłumiony dźwięk.

Widzimy centaura uderzającego dwoma pałeczkami w zawieszony na brzuchu ogromny bęben.

Za nim drugi centaur, uderzający w tym samym rytmie. Dalej trzeci i cała procesja złożona z dwudziestu centaurów walących ze wszystkich sił w bębny.

Zbliżają się, idą najpierw wzdłuż ścian Amfiteatru, potem zajmują miejsca wokół nas, otaczają nas kołem i już nikt się nie rusza, wszyscy pozostajemy na swoich miejscach. Dźwięk bębnów zdaje się coraz głośniejszy. Jest ich około setki, bębnią, bębnią bez przerwy. Rytm roznosi się po całym moim ciele, jest w skroniach, w klatce piersiowej, w rękach i nogach. Czuję każdą z moich na nowo odzyskanych kości, każdy element szkieletu.

Zdaje się, jakby centaury prowadziły coś w rodzaju drgającego dialogu. Jedni improwizują partie solowe, będące jednocześnie rodzajem wezwania, na które pozostali odpowiadają tym samym motywem.

Nagłe rżenie przerywa procesję.

Na idącym stępa koniu, siedząc po damsku w siodle, wjeżdża jakaś kobieta. Ubrana w srebrną togę, w hełmie na głowie, wymachuje włócznią. Na jej ramieniu siedzi sowa.

Wśród niezwykłej ciszy, jaka zapadła, kobieta wjeżdża na środek areny. Zdaje się, że ma prawie dwa metry wzrostu. Jak Dionizos. Zapewne jak wszyscy bogowie-nauczyciele.

Mówi, wyraźnie akcentując każdy wyraz:

– Jesteście naprawdę bardzo licznym rocznikiem. A jeszcze nie wszyscy uczniowie przybyli. Jest was prawie stu, pozostali dołączą wieczorem. Nigdy nie mieliśmy tylu uczniów. W sumie będzie was w szkole stu czterdziestu czterech.

– Dwanaście razy dwanaście – szepcze mi do ucha Edmond Wells. – Jak stu czterdziestu czterech potomków Adama i Ewy, stu czterdziestu czterech pierwszych ludzi…

Kobieta uderza włócznią w ziemię, jakby chciała przywrócić spokój w rozgadanej klasie.

– Za każdym razem wybieramy uczniów spośród aniołów pochodzących od istot śmiertelnych z tego samego kraju i kultury. Unikamy w ten sposób nacjonalizmu, podżegającego do tworzenia odrębnych ugrupowań. W tym roku postawiliśmy na byłych Francuzów.

Bogini przebiega wzrokiem po zebranych w Amfiteatrze. Nikt się nie rusza. Nawet Proudhon siedzi cicho. Lekko zeskakuje z wierzchowca.

– Będziecie tu – kontynuuje – „bogami ludów”, tak jak gdzie indziej są „pasterze stad”. Tu nauczycie się, jak być dobrymi pasterzami.

Kiedy tak spaceruje po arenie, sowa opuszcza jej ramię i wzlatuje nad nasze głowy.

– Musicie wiedzieć, że czekają was dwa semestry, podczas których dwunastu bogów-mistrzów zajmie się waszą edukacją. Oto ich lista:

1. Hefajstos – bóg kowali.

2. Posejdon – bóg mórz.

3. Ares – bóg wojny.

4. Hermes – bóg wędrowców.

5. Demeter – bogini rolnictwa.

6. Afrodyta – bogini miłości.

W drugim semestrze zajęcia będą prowadzić:

7. Hera – bogini rodzin.

8. Hestia – bogini ogniska domowego.

9. Apollo – bóg sztuk.

10. Artemida – bogini łowów.

11. Dionizos – bóg uroczystości, którego już znacie.

Na koniec dodam, że również ja stanę na katedrze:

12. Atena – bogini mądrości.

Nie wiem dlaczego, ale z tych wszystkich imion tylko jedno zapadło mi w pamięci: Afrodyta, bogini miłości… Wymieniła to imię, a ja odniosłem dziwne wrażenie, że je znam. Jakby ta osoba należała do mojej rodziny z przeszłości. Lub z przyszłości.

Bogini w hełmie na głowie robi jeszcze kilka kroków i ciągnie dalej:

– Do dwunastu bogów-mistrzów dołączą bogowie pomocniczy. W pierwszym semestrze będą to: Syzyf, Prometeusz i Herakles. W drugim spotkacie się z Orfeuszem, Edypem oraz Ikarem. Dołączy do nich Kronos, bóg czasu, a podczas kursu wstępnego, jeśli uznacie to za przydatne, Hermafrodyta, który wspomoże was psychicznie i będzie cały czas do waszej dyspozycji.

Na widowni ponownie rozlega się gwar, ale to jeszcze nie wszystko, co Atena ma nam do powiedzenia. Ponownie uderza włócznią w ziemię.

– Dodam jeszcze, że jak to ma miejsce w każdej wspólnocie, jesteście zobowiązani przestrzegać ustalonych reguł:

1. Nie przebywać poza murami Olimpii po usłyszeniu dwunastu uderzeń dzwonu, wybijających północ.

2. Nie używać przemocy wobec mieszkańców wyspy, czy to wobec boga, chimery czy też innego ucznia.

3. Nigdy nie opuszczać zajęć.

4. Zawsze nosić swój ankh, ów przedmiot przypominający biżuterię, który każdy z was otrzymał w szkatułce. Musicie zawsze mieć go na szyi. To jest wasz identyfikator. Będzie wam również potrzebny do pracy.

Kolejne szmery przebiegają między rzędami. Atena, świadoma zdziwienia wywołanego jej słowami, wyjaśnia:

– Pamiętajcie o tym, że poza murami Olimpii nie jesteście bezpieczni. Na wyspie czyha pełno niebezpieczeństw, których nie jesteście w stanie nawet sobie wyobrazić.

Hałas, zamiast słabnąć, jeszcze się wzmaga.

– Poza tym – dodaje podnosząc głos – mamy tu osobę gotową poskromić wasze turystyczne zapędy. To diabeł we własnej osobie.

Wymawiając to słowo, drży ze strachu.

Po jej słowach następuje prawdziwy harmider, któremu włócznia nie jest już w stanie zapobiec, dlatego centaury zaczynają walić w bębny, próbując nas uciszyć. Każdy ma własną wizję diabła. Cichną uderzenia. Atena kończy:

– Pierwsze zajęcia jutro. Bóg Kronos, odpowiedzialny za czas, będzie na was czekał na lekcji 0. Powtarzam raz jeszcze: zależy mi, aby zajęcia odbywały się w ciszy, spokoju umysłu i ogólnej pogodzie ducha.

W tej chwili dobiega nas krzyk konającego.

18. ENCYKLOPEDIA: KRZYK

Często jest tak, że życie zaczyna i kończy się krzykiem. W czasach starożytnych Greków rozpoczynający bitwę żołnierze wznosili okrzyki wojenne, by dodać sobie odwagi. Germańscy rycerze krzyczeli tak, że na echo ich głosów konie nieprzyjacielskiej armii stawały dęba. Tradycja celtycka wspomina Hopera Noza, nocnego stróża, którego nawoływania wiodły wędrowców w zastawione na nich pułapki. Krzyk biblijnego Rubena, syna Jakuba, miał moc tak wielką, że ten, kto go usłyszał, umierał ze strachu.

Edmond Wells,

Encyklopedia Wiedzy Relatywnej i Absolutnej, tom V

19. PIERWSZE OFICJALNE ZABÓJSTWO

Krzyk brzmi jeszcze długo, potem nagle cichnie.

Spoglądamy po sobie zaniepokojeni. Zdaje się, że hałas dobiegał spoza Amfiteatru. Sowa bogini Ateny kieruje się w tamtą stronę, a pędzące centaury są już poza areną. Wszyscy wybiegamy na zewnątrz. Zbity tłum gromadzi się wokół centaurów otaczających miejsce, w którym znajduje się ofiara. Ledwie ją widzę. Leży na ziemi, ze skrzyżowanymi ramionami. Dziura na wysokości serca jest tak szeroka, że widać przez nią ziemię. Ciało wokół rany jest poparzone, zupełnie jak u Juliusza Verne’a.

Czuję, że cały drżę. Będąc aniołem, wierzyłem, że na zawsze pozbywam się strachu przed śmiercią. Przybywając tu, obleczony w ciało, odnajduję to dawne uczucie. Czyli znów stałem się śmiertelny. Mogę nie tylko cierpieć, ale także umrzeć.

Dlaczego bogowie odrzucili przywilej aniołów?

Jest już ciemno. Jeden z uczniów zbliża pochodnię do wykrzywionej przerażeniem twarzy zabitego, oświetlając jednocześnie osłupiałych widzów.

– Kto to jest? – pytam.

– Nazywał się Debussy, Claude Debussy – mówi szeptem jakiś meloman.

Twórca Popołudnia fauna był jednym z nas i umarł, zanim zdążyłem go poznać.

– Kto to zrobił? – dopytuje się ktoś inny.

– Diabeł… – sugeruje mistyk, Lucien Dupres.

– Ciekawe, czemu nie wasz słynny Wieki Bóg? – ironizuje Proudhon. – Skoro uważacie go za boga sprawiedliwości, czemu od czasu do czasu nie miałby karać swych owieczek? Skoro w niego wierzycie, pogódźcie się z tym, że was karci.

Zaniepokojona Atena kręci głową. Jej sowa krąży nad nami, jakby miała za chwilę wskazać domniemanego zabójcę.

– Winny jest pośród was – twierdzi bogini. – Jakiś bóg-uczeń… bogobójca.

Bogobójca – to słowo robi wrażenie.

– Kto po raz ostatni widział ofiarę? – pyta Atena.

Dwa centaury kładą ciało kompozytora na noszach. Przykrywają go kocem, a mnie się nagle wydaje, że ofiara jeszcze się porusza. Przecieram oczy ze zdumienia. To chyba jakiś odruch bezwarunkowy lub halucynacja.

– To nie jest pierwsza zbrodnia. Wcześniej zabito Juliusza Verne’a – mówię cicho.

– Kto to powiedział? – wykrzykuje Atena, której nie podejrzewałem o taki dobry słuch.

Kryję się za czyjąś głową. Sowa wzbija się w powietrze i lata nad naszymi głowami, przyglądając nam się z bliska. Kiedy zbliża się do mnie, czuję pulsowanie poruszanego jej skrzydłami powietrza.

– Krew w królestwie bogów… Bogobójca z pewnością jest jednym z członków tego rocznika.

Jej twarz tężeje.

– Znajdę go i ukarzę.

– 144 minus 1, jest nas więc już tylko 143 – zauważa Proudhon, najwyraźniej równie mało wzruszony zbrodnią, jak i groźbą kary.

Tymczasem ja, ogarnięty niepokojem, kurczowo ściskam zawieszony na szyi ankh.

20. ENCYKLOPEDIA: ANKH

Ankh, nazywany też zaokrąglonym krzyżem, był w starożytnym Egipcie symbolem boskim i królewskim. Swym kształtem przypomina literę „T”, nad którą umieszczono pierścień. Nazywano go również „Węzłem Izydy”, bowiem Egipcjanie w pierścieniu dopatrywali się symbolu drzewa życia, utożsamianego z Izydą. Ankh przypomina, że boskość osiąga się w drodze rozplątywania kolejnych węzłów; jest to symboliczny akt, oznaczający w rzeczywistości „rozwiązywanie” etapów rozwoju duszy. Faraon Echneton, jak większość kapłanów Słońca, przedstawiony jest z ankh trzymanym w dłoniach. Podczas uroczystości pogrzebowych ów szczególny krzyż służył jako klucz otwierający życie wieczne i jednocześnie zamykający obszary życia dostępne wyłącznie kapłanom. Czasami znak zaokrąglonego krzyża rysowano na czole, umieszczając go pomiędzy oczami. Symbolizował on obowiązek dotrzymania tajemnicy przez nowego kapłana. Ten, kto zna tajemnice życia po śmierci, nie może wyjawić ich nikomu, a jeśli to uczyni, zostanie ukarany utratą pamięci.

Wyznawcy religii koptyjskiej utożsamiali ankh z kluczem do wieczności.

W hinduizmie zaokrąglony krzyż to symbol dwóch aspektów seksualnych, umieszczonych w dwupłciowej istocie.

Edmond Wells,

Encyklopedia Wiedzy Relatywnej i Absolutnej, tom V

21. NIEBIESKI LAS

– Nie sądzi pan, że właśnie popełniamy straszne głupstwo?

Edmond Wells i ja pokonujemy wschodnią ścianę murów Olimpii, używając w tym celu sznurów oraz związanych prześcieradeł.

– Dowiemy się tylko wtedy, gdy to zrobimy – odpowiada. Schodzimy powoli.

– Juliusz Verne powiedział mi: „Absolutnie nie należy tam iść” – mamroczę.

Moje wahanie denerwuje mistrza.

– Czego ty właściwie chcesz, Michael? Żebyśmy siedzieli z założonymi rękami, zastanawiając się, co jest na szczycie góry?

W tym odważnym człowieku, który namawia mnie do złamania zakazu, nie poznaję Edmonda Wellsa, uczącego mnie niegdyś przestrzegania wszystkich praw w Imperium Aniołów.

Gdy docieramy wreszcie na dół murów miejskich, od trzymania sznura ręce pieką mnie żywym ogniem. Szybko chowamy związane prześcieradła w akacjowych zaroślach.

Z miejsca, w którym jesteśmy, widać już tylko dwa księżyce, a góra robi jeszcze większe wrażenie.

Olimp…

Brodzimy w wysokiej trawie, kierując się na wschód.

Zbocze robi się coraz bardziej strome, a łąka ustępuje miejsca coraz liczniejszym krzewom, które w końcu przechodzą w gęsty las. Tu stok staje się łagodniejszy, a nasz marsz wśród drzew nabiera tempa.

Chwilę przed zmierzchem niebo staje się ogniście czerwone.

Nagle słyszymy hałas. Kładziemy się w paprociach. Widzimy zbliżającą się powoli postać. Biała toga. Znaczy, uczeń. Chcę wstać i go zawołać, lecz Edmond Wells chwyta mnie za rękaw i daje znak, byśmy pozostali w ukryciu. Nie rozumiem, po co ta ostrożność, gdy nagle widzę lecącą nad wędrowcem cherubinkę, która za chwilę kieruje się do miasta. Kilka sekund później dostrzegamy pędzącego galopem centaura, który chwyta naszego śmiałka.

– Cherubinki pilnują, centaury łapią – mruczy Edmond.

Człowiek-koń zabiera naszego towarzysza na południe.

– Co z nim zrobią? – pytam zaniepokojony.

Edmond Wells trwa w bezruchu, gdy tymczasem człowiek-koń znika w oddali. Mistrz przeczesuje wzrokiem okolicę, by upewnić się, że nie ma tam ani cherubinki, ani żadnego innego centaura.

Zatem czyniąc kolejne odejmowanie, jak mówił Proudhon, jest nas już nie 143, lecz 143 minus jeden, czyli 142.

Ruszamy ponownie w drogę, skradając się pomiędzy drzewami i pilnując, czy niczego nie ma w górze. Jesteśmy tak czujni, że potrafilibyśmy usłyszeć nawet najmniejszy hałas, lecz ciszę zakłóca tylko szum liści. Zrywa się zachodni wiatr. Wieje coraz silniej, targając gałęziami drzew i zrywając liście.

Widzę, jak w oddali cherubinka stara się wzbić do góry, aż wreszcie poddaje się i ucieka przed wichurą. Przypuszczam, że te skrzydlate dziewuszki mają swoje własne miasteczko. Może to duże ptasie gniazdo? Już sobie wyobrażam, jak maleńkie dziewczęta-motyle wylegują się rozkosznie w gnieździe wyściełanym mchem, porostem i gałązkami.