Strona główna » Obyczajowe i romanse » Szpagat

Szpagat

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7976-513-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Szpagat

Aleksander Biernacki w życiu kochał naprawdę tylko Hannę. Kobietę, którą obdarzył uczuciem, z wyrachowaniem zeswatał z Michałem, swoim najlepszym przyjacielem.

Teraz, w cieniu niedawno wybudowanego Pałacu Kultury Aleksander Biernacki przeżywa drugą młodość. Byłe kochanki i dwuznaczna przeszłość zaprzątają głowę profesora anglistyki. Po latach spędzonych na emigracji, Biernacki nie potrafi odnaleźć swojego miejsca, a starzy przyjaciele zapomnieli o jego istnieniu.

Szpagat to książka o stracie i winie, ale też o namiętności. Niezwykła opowieść o tym, że raz odrzuconego uczucia można już nigdy nie odzyskać.

Polecane książki

Minecraft: Story Mode - The Last Place You Look to trzeci już odcinek nowej przygodówki od studia Telltale Games. Niniejszy poradnik pomoże ci przebrnąć przez główną historię zawartej w grze. Trzeci epizod zawiera pełen opis przejścia wraz z wyszczególnionymi ważnymi wyborami oraz rozwiązaniem zagad...
Kiedy drugoklasiści przygotowują się do Pierwszej Komunii Świętej, w rachunku sumienia pomagają im rodzice, katecheci i księża. Dla wszystkich dzieci, które Pierwszą Komunię mają już za sobą, ksiądz Jan Paszulewicz napisał książeczkę, która pomoże samodzielnie odprawić rachunek sumienia - jeden z wa...
Planując jakąkolwiek zmianę, trzeba od początku myśleć o jej komunikacji. Rolą działów personalnych i komunikacji jest uświadomienie, że zmiana nie dotyczy tylko procesów, ale wpływa także na ludzi i kulturę organizacji. Zbyt często bowiem zespoły projektowe, złożone z ekspertów w swoich dziedzinach...
Ashley rozpaczliwie potrzebuje pracy i mieszkania. Posada asystentki znanego pisarza jest dla niej wybawieniem. Jedzie do odludnego Blackwood Manor na północy Anglii. Pierwszy kontakt z nowym szefem to katastrofa, a potem z każdym dniem jest tylko gorzej… ...
Intrygująca opowieść o nieprzewidywalności ludzkich losów. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo nawet odległe w czasie zdarzenia mogą zdeterminować nasze życie, że czyjeś lęki, ambicje mogą stać się dla nas śmiertelnym zagrożeniem.Jeden z wątków toczy się podczas partii szachów. Ta gra przybiera tak...
Zemsta jest słodka. Rafe Cameron zbił fortunę i wreszcie może wyrównać porachunki z rodziną Worthów, doprowadzając do bankructwa największą firmę w mieście. Nie przewidział, że przeszkodzi mu w tym Sarah Richards, dawna ukochana. Aby położyć kres prywatnej wojnie Rafe’a, Sarah zr...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Joanna Chojnacka

Copyright © Joanna Chojnacka, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Lidia Wrońska-Idziak

Projekt okładki: Katarzyna Borkowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografia na okładce: © fiondra/Moment/Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2016

eISBN 978-83-7976-513-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

1.

Czekałem na ciebie pod kinem Moskwa. W czarnym płaszczu, poprawiając co chwila okulary, w dłoni dzierżąc bukiet kwiatów, którego nie będziesz chciała przyjąć. Nie wiem, dlaczego zapomniałem, że nie lubisz róż. Czekałem. Może pomyślałaś, że chcę cię zaprosić na film. Nie przyszłaś. Nie chciałem.

Czekałem następnego dnia, ręce trzymając bezsensownie w kieszeniach. Już bez kwiatów – kupiłem czekoladki. Zjadłem je potem sam w domu, dopalając papierosy i popijając resztką wina, którą odnalazłem w barku. Czekałem na telefon, czekałem, żeby usłyszeć w twoim głosie ten ton pełen irytacji. Czekałem, aż powiesz, że pociąg miał opóźnienie, wróciłaś do domu, żeby nie marznąć na stacji. Nie zadzwoniłaś.

Nie szkodzi, następnego dnia kupiłem jedynie gazetę, znudzony obserwowaniem nijakich przechodniów. Mój egoizm pokrzepił mnie wystarczająco, bo choć nie przyszłaś, miałem dobrą lekturę na kolejny wieczór. Odgrzałem sobie obiad. Czy naprawdę wierzyłem jeszcze, że uniknę konieczności gotowania, zabierając cię do restauracji? Uśmiechnęłabyś się, poprawiając niesforne, kasztanowe kosmyki.

Potem przyszedłem pod kino Moskwa już niby przypadkiem. Musiałem wyprowadzić psa na spacer. Stary owczarek niemiecki leniwie wlekł się przy mojej nodze. Niby nie chciałem już dłużej na ciebie czekać, ale przystanąłem, żeby odpalić papierosa. Pomyślałem, że dziś to ja zadzwonię. Nie odebrałaś.

Może powinienem się martwić? Może stało się coś złego? Z jednej strony chciałem wierzyć, że jedynie jakaś niefortunna okoliczność nie pozwoliła ci tu dotrzeć. Zapalę jeszcze jednego, niby dlatego, że mam ochotę. Trzeci też nie zrobi różnicy. Już siedemnasta, doszłabyś tu z dworca albo hotelu. Nie wiem, gdzie się zatrzymasz, gdy w końcu do mnie przyjedziesz.

Moja matka mieszkała na Siennej. W tej części, która się nie zachowała. Powiedziałem ostatnio, że pokażę ci to miejsce, ale nie chciałaś. Powiedziałaś: Przestań, to nie ma sensu, proszę cię. Wiem, że kłamałaś. Pewnie przygryzałaś wargę i zaciskałaś drobną pięść. Albo nakręcałaś na palec kabel od telefonu.

Wiesz, dużo już widziałem. Poznałem ludzi i poznałem to miasto. Jest tyle rzeczy, o których mógłbym ci opowiedzieć. Żeby nie być gołosłownym, przytoczę historię mojego sąsiada.

Widzę go co rano, gdy wychodzę po pieczywo. Zamyka drzwi i idzie do fabryki. Ma spracowane dłonie i ponurą minę. Szybko spuszcza wzrok. Zbiega po schodach co dwa stopnie. Jak tylko dostaje wypłatę, nie wraca do domu trzeźwy. Potyka się, w rękach trzymając prawie już rozpitą butelkę wódki. Robi przy tym cholernie dużo hałasu. Nie uwierzyłabyś, że można być aż tak głośnym. Przysiada czasem na klatce, przed drzwiami do mieszkania, gada do siebie, kręci głową i odpowiada sobie na pytania, na które w rzeczywistości nie może znaleźć odpowiedzi.

Kiedyś zastałem go przed kamienicą. Siedział na podwórzu i kwilił jak dziecko. Chciałem przejść obojętnie, nie pomogłem mu przecież dlatego, że poczułem się nagle odpowiedzialny za obcego mi człowieka. Wygrała ciekawość.

– Czemu tu pan siedzisz? – zapytałem, szturchając go w ramię. Osunął się w tył, jak bezwolna laleczka. Oparł o ścianę i patrzył na mnie nieprzytomnie.

– A po chuj mam wracać?

– Nie wiem, nie masz pan jakiejś rodziny?

– Bachora mam, to i roboty przy nim – rzekł całkiem przytomnie, a potem zajęczał przeciągle i zaniósł się pijackim płaczem. Bzdurzył coś o kobiecie, przyzywał jej imienia i zaklinał, że jeśli tylko znów z nim zamieszka, wszystko się zmieni.

Pomyślałem sobie, że to jakaś podła lafirynda, chłopa z dzieciakiem zostawiła. A on tylko mruczał i stękał, wciąż powtarzając jej imię, jak w litanii. Potrząsnąłem nim, żeby się uspokoił. Cóż to za facet, co płacze z powodu kobiety?

– Weźże się pan w garść, na miłość boską! Taka żona nic nie warta.

Wyobraź sobie, jaki byłem zaskoczony, gdy dźwignął się, zachybotał i przytrzymał mojego ramienia, patrząc z głupkowatą miną.

– Ależ kto powiedział, że to była moja żona? Żona to mnie przez nią z torbami puściła.

A więc kochanka. Ciągnąłem go po schodach, mając wrażenie, że niosę worek kartofli, a ten zamęczał mnie swoją opowieścią. Że miała ładne nogi, choć zbyt mały biust. Że patrząc na takie biodra, to i ja bym stracił głowę. Czasem mówił obelżywie, jakby wyrażał się o prostytutce. A potem, ku memu największemu zdziwieniu, używał słów zapomnianych poetów, takich, których tomiki kurzą się na moich regałach. Otworzyłem mu drzwi. Dziecko stanęło na progu. Syn. Tak na oko może z osiem lat. Brzydki chłopaczek, zupełnie do ojca niepodobny. Przestraszył się i zaraz schował do pokoju, a ja upewniłem się, że pijaczyna trafił do sypialni.

Chciałem już iść, ale skoro już i tak wszedłem, to co mi szkodzi rozejrzeć się po sąsiedzkim mieszkaniu. W salonie wisiały zdjęcia, więc pomyślałem, że może odnajdę wśród nich fotografię tej kobiety. Patrzyłem to na jedną, to na drugą, szedłem wzdłuż ściany, ale żadna z obcych twarzy nie pasowała do mojego wyobrażenia.

I pewnie myślisz sobie, że ta historia wcale nie ma sensu. Kobieta i mężczyzna, zdrada i rozstanie. Tak mi się przypomniało, gdy przeglądałem te zdjęcia i nie mogłem się domyślić, która sylwetka należała do ukochanej robotnika, że mam w domu twoją fotografię. Nic o tym nie wiesz, ale wziąłem ją, gdy byłem u ciebie ostatnio. Zabrałem ją szybko, chciwie wsuwając w poły płaszcza. Jesteś tak piękna, uśmiechasz się tak dziecinnie, tak beztrosko. Byłabyś na mnie zła, ale lubię sobie czasem zerknąć na ten radosny grymas.

Też się kiedyś upiłem z powodu kobiety. Naprawdę! Nie uwierzyłabyś! Na studiach byłem. Matka mi płaszcz nowy kupiła. A ja w tym płaszczu i w białej koszuli poszedłem do szynku i piłem na umór całą noc, by o trzeciej nad ranem, przesiąknięty dymem papierosów, wrócić do domu. Rodzicielka nic nie powiedziała, a ja zachrypniętym głosem wyjaśniłem jej po przebudzeniu, że całą noc spędziłem u kolegi, żeśmy się uczyli łaciny. Pomyślała wtedy: Boże, mój biedny syneczek, pilny z niego student! Ja pomyślałem: Cholera z babami.

Opowiedziałbym ci to wszystko, gdybyś tylko zechciała przyjechać. Pokazałbym to miejsce. Śmiałabyś się do łez z moich historii. Spodobałyby ci się. Proszę, odbierz w końcu ten telefon. Pies ujada, nie wiem, dlaczego. Nic się nie dzieje. W mieszkaniu cisza.

Pomyślałem sobie, że może powinno mi być szkoda tego dzieciaka, tego, no wiesz, od sąsiada. Stary głównie pije, a jak pije, to go czasem bije. Zresztą muszę pewną rzecz uściślić. To zdarzenie, no wiesz, z pijanym sąsiadem, to już było kilka lat temu. Teraz ten jego syn nagle wyrósł, zrobił się wysoki i cienki, śmiesznie nieproporcjonalny. I jeszcze mniej przypomina swojego ojca, za co, podejrzewam, dostaje od niego najmocniej. Słyszę czasem krzyki za ścianą. Zagłuszam je muzyką. Miałabyś mi to za złe, znam cię. Wyszłabyś i waliła w jego drzwi, gotowa jeszcze przygruchać tego małego do własnego mieszkania i tulić w ramionach. Ale ja nie chcę sobie psuć sąsiedzkich relacji, mnie to przecież naprawdę niewiele obchodzi.

Dzwonię bez większych nadziei, że podniesiesz w końcu słuchawkę. Chcę już się rozłączyć. Powinienem przestać, przepraszam. Mogłabyś mi w końcu wybaczyć, cholera jasna, nigdy dla nikogo się tak nie starałem. Nie mogę z ciebie zrezygnować. Jesteś tego warta. Warta każdego mojego wysiłku i tych wieczorów, kiedy czekam na ciebie pod kinem Moskwa, bo wciąż wierzę, że jednak zechcesz przyjść.

– Tak, słucham? – Masz taki zmęczony głos.

– Dobry wieczór… – Tak długo układałem swoją przemowę, że nie mam pojęcia, co ci teraz powiedzieć.

– Ach, to znów ty… Czego chcesz?

– Zapytać, co u ciebie, to wszystko.

– Dobrze, bardzo dobrze. A wiesz, dlaczego? Bo nie muszę na ciebie patrzeć.

– Daj spokój. – Śmieję się nerwowo. – Przecież wciąż jestem przystojny.

Wzdychasz ciężko, słyszę, jak odpalasz papierosa. Pewnie dłonią przeczesujesz te kasztanowe fale, pewnie przewracasz oczami.

– Jaką macie pogodę? – Pytam bez sensu tylko po to, byś jeszcze się nie rozłączała.

– Pada. Od wczoraj bez przerwy pada. Boli mnie głowa. Twój głos mi nie pomaga.

– Mnie pomaga twój.

Wybuchasz cichym, dramatycznym śmiechem, takim na granicy drwin i łez.

– Zawsze myślałeś tylko o sobie.

– Przyjedziesz? – pytam, głuchy na twoje słowa.

– Nie. Nie mogę. Nie chcę. Daj mi już spokój, proszę cię, czy możemy to zakończyć? Nie dzwoń do mnie więcej.

– Wiesz, że się nie poddam.

– I po co, po co, u licha?! Ach tak, pewnie dlatego, że zawsze robisz to, co chcesz i bierzesz to, co twoje, tak? Nie jestem twoja.

– Przestań się w końcu oszukiwać, jesteś taką samą egoistką. – To zabawne, przecież ja cię tego nauczyłem. Wykorzystujesz moją własną broń przeciwko mnie. – To ja do ciebie przyjadę – mówię, bo milczysz. Prawda boli, nabrałaś wody w usta.

– Dlaczego tak bardzo ci na mnie zależy? Tak długo czekałam… Czekałam, aż okażesz mi jakieś uczucia. Dopiero gdy wyjechałam postanowiłeś coś z tym zrobić? Zresztą… Co ja ci będę mówiła o uczuciach, przecież ty nie masz uczuć.

– Wiesz, wczoraj mnie zatrzymała na ulicy stara znajoma, wyobraź sobie, ma syna gdzieś tak w twoim wieku, lekarza.

– Co to ma do rzeczy?

– Nic, pomyślałem sobie, że mogę ci o tym powiedzieć. Gdybyś przyjechała, mogłabyś go poznać.

– Nie chcę go poznawać, nie chcę do ciebie przyjeżdżać.

– Słuchaj, ale gdybyś poznała tego chłopaka, może byś wróciła do domu? Mnie by to nie przeszkadzało. Razem byście mogli mieszkać w tym pokoju obok.

– Czy ty zgłupiałeś do reszty? Ta rozmowa nie ma sensu. Pleciesz bzdury. Przyjadę. Przyjadę, jeśli mnie przekonasz.

– Myślałem, że dałem ci wystarczające argumenty.

– Syna twojej starej znajomej?! Wiesz, na co czekam! Wiesz, co chcę usłyszeć!

– Przestań, robisz dramat. Pójdziemy na kolację.

– Nie chcę kolacji.

– To zjemy w domu, ale słabo gotuję.

– Wiesz, co chcę usłyszeć.

– Tęsknię za tobą.

– To trochę za mało.

– Będę czekał pod kinem Moskwa. Wiesz, gdzie to jest?

– Wiem… Czekaj…

– Jutro?

– Nie wiem, może jutro.

– Świetnie, do zobaczenia!

Rozłączam się pełen nadziei. Przyjdziesz, na pewno przyjdziesz. Następnego dnia golę się dokładnie na tę okazję. Pękła mi się umywalka, kiedyś walnąłem w nią pięścią. Stoję więc ze szklanką wody przed zabrudzonym lustrem. Powinienem zrobić porządki w domu, przecież jeśli przyjdziesz, pomyślisz sobie o mnie coś złego. Wyprowadzam szybko psa, sprawdzam rozkład pociągów, bez sensu – nauczyłem się go już na pamięć, powinnaś być na dworcu o szesnastej. Muszę zdążyć. Wieje, mogłem chociaż kapelusz założyć. Po drodze kupuję kwiaty, choć nie pamiętam, które lubisz. Potem żałuję i chcę je wyrzucić. Czekam na ciebie pod kinem Moskwa.

No, dalej… No, proszę… Przyjdź… Cholerne kino Moskwa, świadek mojej desperacji, mojej rozpaczy. Tak, nie uwierzyłabyś, ale ściska mi się serce. Nie przyjdziesz, wiem, że nie przyjdziesz. Ale jeszcze ten jeden papieros przecież wcale nie zaszkodzi. Niepotrzebnie ci powiedziałem o tym całym lekarzu, trzeba było wymyślić coś innego, mamić cię lepszą partią.

Tyle że dla ciebie każdy będzie zbyt słaby. Wiem, ja też tak uważałem.

No, zjaw się, zjaw się w tej brzydkiej chustce na głowie, którą odziedziczyłaś po matce. W niemodnym płaszczu, w prostej, granatowej spódniczce, w której wyglądasz jak uczennica. Przyjdź, przyciskając do siebie torebeczkę. A może dostałaś lepszą pracę? Może kazałaś sobie uszyć jakieś ładniejsze sukienki i nie poznam cię z daleka. Może cię nie dostrzegę w pierwszym momencie, spieszyłem się, nie wziąłem okularów.

Osiemnasta… Nie przyjdziesz. Pewnie głowa bolała cię za bardzo, nie zdążyłaś na pociąg. To nic, przyjdziesz jutro.

Czekam pod kinem Moskwa. Może bym cię na dancing wziął. Zamówimy czystą w restauracji, wychylisz ze mną kieliszek, będziesz się śmiała, przecież nie jesteś znów taka delikatna. Nie przyjdziesz, narażasz mnie na śmieszność. Powinienem być na ciebie zły. Cholera.

Wracam do domu, wyjmuję wódkę z barku, pukam do drzwi sąsiada. Głupio tak pić samemu. Zdziwiłabyś się, gdybyś go zobaczyła. Żaden z niego robotnik, kiedyś robił za inteligenta, póki go bieda nie przypiliła. W połowie butelki znów zaczyna robić się beznadziejnie sentymentalny, nie chce mi się tego słuchać.

– A ty, dlaczego ty pijesz? – pyta zasępiony.

– Tak po prostu, bez okazji, z nudy, bo mam jutro wolne.

– Nie, nie. – Uśmiecha się cynicznie. – Pijesz z powodu baby? Miała jasne włosy, czy wielkie cycki?

– Nie o kobietę chodzi.

– Dobra była w łóżku?

– Powtarzam ci, idioto, nie o babę się rozchodzi, piję, bo mam ochotę.

– Chciałem do niej jechać, nie dostałem wizy, twoja też pojechała w pizdu?

– Przykro mi, gdzie pojechała? – Łapię się tematu.

– Cholera, szkoda gadać…

– Ma fagasa?

– Za dużo czasu minęło, żebym mógł rościć sobie do niej prawa. Słuchaj, mówię to synowi, żeby nie dał się wrobić, żeby był mądrzejszy od ojca. Rodzimy się na tym cholernym padole, kobieta daje nam nasze smętne życia. To jest damski świat. My robimy wojny dla ich bezpieczeństwa, my zarabiamy pieniądze na ich zachcianki, a one nas karmią i układają do snu.

– Bzdury gadasz. Babski świat – śmieję się pod nosem. – Słyszał kto kiedy… Przeżyłem swoje i wiem z doświadczenia, że kobiety to słaba płeć. Są naiwne, tak beztroskie w swojej naiwności, że graniczy to z głupotą.

– To my jesteśmy głupi. One dostały wszystko od losu. Urodę, wdzięk i władzę.

– Władzę?! Pokaż mi jakąś kobietę, która rządziłaby światem!

– Pokaż mi jednego mężczyznę, który zasypia wolny od myśli o ich przeklętych ciałach, o ich heroicznych postawach.

– Mówisz, jakby wszystkie były piękne i dobre.

– Nie znajduję drugiej takiej natury, w której łączyłaby się perfidia z niewinnością.

– A co ty tam wiesz o babach. – Macham dłonią zrezygnowany. – Jedna cię z torbami puściła, druga zostawiła. Po prostu jesteś niezaradny życiowo. Patrz, gdzie skończyłeś. Wyrobnik zwykły. Dzieciakowi powtarzasz, żeby był dumnym mężczyzną, a potem wracasz do mieszkania narąbany jak wszyscy święci pańscy.

Zdenerwował się, ale jakby trochę doszedł do siebie.

– Więc miała dobre cycki?

Słuchaj, a może ty kogoś masz? Może po prostu nie chciałaś mi powiedzieć, zranić moich uczuć. Przecież wiem, że będę zawsze najważniejszym mężczyzną w twoim życiu. Nie może być inaczej. Mogłabyś mi to wyznać, nie obraziłbym się, przyjechałbym do ciebie, uściskał jego dłoń, wzrokiem zmierzył, ocenił, czy jest dla ciebie wystarczająco dobry. Możesz z nim przyjechać. Razem na kolację pójdziemy, porozmawiamy sobie. Nie będę miał nic przeciwko, rozumiesz?

– Halo?

– To ja.

– Jest trzecia w nocy, zgłupiałeś? Piłeś?

– Może. Dlaczego nie przyjechałaś?

– Przyjadę jutro, śpij.

– Nie przyjedziesz.

– Przyjadę.

– Nie wiesz, gdzie mieszkam.

– Doniesiono mi.

– Życzliwie?

– Tak, życzliwie. Idź spać.

– Będę czekał. Dobranoc.

Nie odpowiadasz, tylko odkładasz słuchawkę z hukiem. Połączenie zerwane. Nie mogę spać. Leżę na łóżku bezsennie, pies wpycha się i kładzie na drugiej, wolnej połowie. Nie zrozumiesz mnie, nikt mnie, do cholery, nie zrozumie. Powiedziałaś mi, patrząc prosto w oczy, że jestem potworem. Nie przeszkadza mi granie czarnego charakteru przez całe moje życie. Dobrze czuję się w tej roli, jeśli tylko zrzucanie na mnie winy sprawia ci przyjemność.

Posprzątałem dom. Nawet kurze starłem. Nie miewam gości. Nie lubię ludzi. Nie lubię tego, że w każdym pragną odnaleźć cząstkę dobra, jakieś bzdurne emocje, których nigdy nie posiadałem. Mam nadzieję, że jesteś taka sama, że nie przejmujesz się masą głupich sentymentów. Pamiętam, jak kiedyś płakałaś, nie wiedziałem, co zrobić. Aż musiałem wyjść z domu i bezradnie chodziłem po mieście, bo przecież nie umiem pocieszać ludzi.

Moja matka zawsze widziała we mnie ideał.

Szkoda, że te twoje włosy są takie kasztanowe. Ładne, ale mogłyby być jaśniejsze. I oczy nie takie ciemne. Nosek masz taki delikatny, śmieszny całkiem. Ostatni raz, gdy cię widziałem, stałaś na werandzie i mocno obejmowałaś swoje ramiona. Nie umiesz sobie robić takich fryzur, jakie teraz noszą kobiety, chodzisz po mieście z rozpuszczonymi falami, a pukle jak sprężyny opadają ci ciężko na ramiona. Żałujesz z pewnością, że nie idę u twojego boku, że nie możesz mi pokazać gołębi. Lubiłaś je karmić.

Myślisz, że czasem się nad tym nie zastanawiam? Do człowieka różne myśli przychodzą, kiedy siedzi w samotności. Nie rozpamiętuję, nie żałuję, ale myślę. Ty też powinnaś tak podejść do tematu. Wiesz, dzwoniła ta znajoma, zaprosiła mnie na kolację. Powiedziałem, że przyjdę. Jeśli do mnie przyjedziesz, pójdziemy tam razem. Mam nadzieję, że przywieziesz ze sobą coś ładnego, byłoby głupio, gdybyś przyszła w znoszonym sweterku.

Dziś nie martwię się już tak bardzo twoją nieobecnością. Zakładam garnitur, biorę te kwiaty, które ci wczoraj kupiłem, dobrze, że ich nie wyrzuciłem. Pomyślałem, że raz mogę chociaż je w wazon włożyć, niech stoją w salonie, będzie się przyjemniej siedziało.

Znałem ojca tego chłopaka. Nigdy mu nie powiedziałem, że gdy wzdychał do swojej przyszłej żony, ja odbierałem jej niewinność na niezaścielonym łóżku. A potem odpaliłem jej papierosa i śmiałem się z tego, że Michał chciał ją mieć pierwszy.

Wtedy też kupiłem jej kwiaty, ale podałem je przez Michała. Bo wydawało mi się zabawne, że dostanie je ode mnie, a jego ręce tylko będą pośredniczyć w tej wymianie trefnych podarków od anonimowych amantów.

Przychodzę, obiadem pachnie już na klatce schodowej. Zrobiła coś dobrego. Otwiera mi drzwi. Ma sukienkę w kolorze krwistej czerwieni i eksponuje swój biust, choć nie jest już tak piękna jak kiedyś. Muska moje policzki i odbiera kwiaty. W salonie siedzi jej syn. Szukam w nim podobieństwa do matki. Pali papierosa. Ma zbyt długie, ciemne włosy, zaczesane do tyłu. Artystyczny nieład. Później w rozmowie przyzna, że miał iść do fryzjera, ale służbowe obowiązki nie pozwoliły mu zrealizować zamiarów. Będzie się śmiał. Założył białą koszulę, w domu jest ciepło, rozpiął guziki. Ma przeszywające spojrzenie, jasne, niebieskie oczy. Drogi zegarek połyskuje na ręku. Spodobałby ci się. On, nie ten zegarek.

Mówi swobodnie, opowiada o pracy, pyta mnie o kilka szczegółów z życia, których nie mogę mu zdradzić, których nie zdradziłem nawet tobie. Jego matka wyjmuje jakąś płytę, stary fokstrot drży w powietrzu.

Wychodzi i żegna się ze mną bardzo uprzejmie. Mówi, że spieszy się na tramwaj, całuje dłoń matki. Zostajemy sami. Nie mam już ochoty jeść, pijemy wino, robi się sentymentalnie, ona wstaje. Chce zacząć zmywać naczynia.

– To niegrzeczne – odpowiadam.

Śmieje się, dlaczego się śmieje? Idę za nią do kuchni.

– Słuchaj, a co z Michałem?

– Michał? A co, nie słyszałeś?

– Gdybym słyszał, to bym cię głupio nie pytał.

– Słuchaj, Michał to dla mnie temat zamknięty.

– Pamiętasz, jak ci kwiaty przyniósł? – mówię. – No, wiesz, pierwszy raz.

– Pamiętam, a co to ma do rzeczy? Jesteś taki uparty… Wałkujesz temat bez sensu.

– Nie, poczekaj… Te kwiaty to właściwie ode mnie były. – Odwraca się i patrzy na mnie zdziwiona, wyciera mokre dłonie w fartuch, nie rozumie. – To ja mu je dałem.

Wybucha śmiechem. Głośnym, wcale nie wesołym. Podchodzi do mnie, zakłada dłonie na mojej szyi, splata palce, całuje usta. Wsuwam dłoń pod jej sukienkę, nie ma już takiej jędrnej, aksamitnej skóry jak kiedyś.

– Nie tu – mówi.

Ciągnie dalej, ale ja nie chcę w jej sypialni. W ogóle nie powinienem ci przecież o tym mówić. Więc skupmy się na czymś innym. Powiedziałem jej. Wykluczyłem Michała, wykluczyłem jego obecność, jego nieporadne, wielkie dłonie i niezgrabną sylwetkę. Jego syn ma w ruchach jej elegancję.

– Wiesz, co za nim rzuciłam na odchodne? – Zaczęła szukać jedwabnego szlafroka. Wiesza go zawsze na krześle przy toaletce, od wielu lat tak samo. Odpala papierosa. – Powiedziałam, że jesteś od niego lepszy w łóżku.

Śmieję się pod nosem, zawsze lubiłem jej bezpośredniość i jej bestialstwo. Jej czerwone paznokcie i beztroski stosunek do życia.

– Mogłaś być moją żoną, tworzylibyśmy dobrą parę – rzucam bez cienia sentymentu.

– Więc po co kazałeś mu przychodzić do mnie z kwiatami? – Muska moje usta, zakryła ciało kawałkiem gładkiego materiału i ułożyła się obok, kładąc mi głowę na piersi. – Czemu wcześniej nie wpadłeś, czemu się nie odezwałeś?

– Nie wiem, po prostu o tym nie pomyślałem.

– Nie poznałam cię w pierwszej chwili, choć widziałam cię już wcześniej, często czekasz pod tym kinem. Dałeś mi kwiaty przeznaczone dla innej kobiety! – Wybucha gromkim śmiechem. – Nie wierzę, nie kupiłeś drugich, stałeś z nimi wczoraj na chłodzie. A ona nie przyszła. Więc i ty zgłupiałeś z miłości? Zasmucasz mnie. Obiecałeś mi kiedyś, że nigdy się nie zakochasz.

– To coś innego, ta dziewczyna jest dla mnie bardzo ważna.

– Ale nie przyszła.

– Przyjdzie. Wierzę w to, że przyjdzie. – Wyciągam jej z dłoni papierosa i zaciągam się dymem.

Przeciąga się i pręży jak kociak. Zamykam oczy wsłuchany w piosenkę, którą oboje znaliśmy, którą nuciliśmy pewnego wieczoru, gdy w trójkę byliśmy na mieście. Latarnie świeciły chorym blaskiem, miała na nogach nowe czółenka, a Michał klął, bo zawsze przeklinał, gdy był pijany. Śmialiśmy się jak głupi. Gdy wyszedł do toalety w barze, całowałem jej usta, a potem ocierałem się dyskretnie ze śladów szminki. I cały wieczór patrzyliśmy na siebie tym spojrzeniem konspiratorów, którzy z dumą ukrywają swój sekret przed światem.

Dlaczego nigdy nie pomyślałem, że mogłem ją odbić, że mogłem uczynić swoją? Mama widziała we mnie świętego z obrazów, jakie się kiedyś wieszało nad łóżkiem. A ja widziałem w sobie wirtuoza, gdy jednej nocy zdobywałem, brałem w objęcia, aby puścić je wolno, zostawiając idealny niedosyt, niezaspokojone pragnienie.

– Możesz do mnie wpadać, jeśli chcesz, ale tylko wtedy, gdy nie będzie mojego syna.

– Wygląda na to, że wdał się w ciebie.

– Jest rozsądny, to dobra cecha dla mężczyzny, brakowało jej jego ojcu.

Widzisz, zaprzyjaźniłem się z nim nie z czystej sympatii, ani też z powodu pokrewieństwa dusz, o jakim często wspominają ludzie. Miał dużo pieniędzy i lubił chodzić do tych samych knajp, a potem stracił głowę dla Hanny i ja poczułem, że muszę z nim stanąć w szranki i wygrać. Wygrać, a potem oddać mu ją, nigdy nie wspominając, że kiedykolwiek konkurowałem z nim jako pretendent do kobiecego serca. Bo przecież ja tego serca nie chciałem. Chciałem, żeby była świadoma, ile razy ją dotknie, że nie są to moje ręce. Wiedziałem, że nie sprawi jej to bólu, że będzie ją bawić. Hanna kochała igrać z losem, byliśmy identyczni.

Byłem świadkiem na ich ślubie. Michał mdlał prawie ze strachu, dopytywał, czy obrączki przyniosłem. Powiedziałem mu wtedy, żeby poszedł się przewietrzyć, zapalił papierosa na dworze, potem drugiego, doprowadził się do ładu. Gdy wyszedł, Hanna weszła do zakrystii, w której stałem. Czekałem na nią.

– Wyszedł?

– Tak. Już tęsknisz?

– Jeszcze się na niego napatrzę. – Uśmiechnęła się szeroko, muskała moją szyję, a ja obiecałem sobie, że dziś nie obdarzę jej ani jednym pocałunkiem. Nie dlatego, że byłoby to niewłaściwe, zrobiłem to dla zabawy.

Patrzyła na mnie, składając mu obietnicę wiecznej wierności, miłości aż po grób. Ten biedny głupiec nie wiedział, że to mnie przysięgała oddanie.

Boże, jakże ja się upiłem na tym weselu. Wcale nie ze smutku, upiłem się z radości, bo ile razy jej wzrok napotykał mój, piłem kolejkę. Nad ranem ktoś wytaszczył mnie z ich domu. Szedłem pijany ulicami i śpiewałem głupie piosenki. Gdy wróciłem do mieszkania, ojciec powiedział mi coś nieprzyjemnego.

Myślisz pewnie sobie, że jestem wyjątkowo perfidny. Przychodziłem do niej w czwartki, bo wtedy jej małżonek zostawał dłużej w pracy. Po wszystkim odpalaliśmy papierosy i milczeliśmy. Potem przychodziłem rzadziej, aż powiedziała mi, że jest w ciąży. Przestraszyłem się i nie odwiedzałem jej przez jakiś czas. Michał zaprosił mnie na chrzciny, nie chciałem iść. A jednak przyszedłem.

Bałem się, że zauważy podobieństwo tego dziecka do mnie, przyglądałem się mu uważnie. Nie, nie było podobne. Hanka powiedziała mi w kuchni, że jestem głuptas i idiota i roześmiała się głośno.

– Myślisz, że nie spełniam swoich świętych małżeńskich obowiązków? Myślisz, że Michał by uwierzył w niepokalane poczęcie? To jest jego córka, przyznaję to z lekkim smutkiem. Niczego się nie obawiaj. Nawet gdyby była twoja, nie powiedziałabym mu tego i nic bym od ciebie nie chciała. No, ale już, koniec tematu. No, nie patrz tak na mnie, prawdę ci mówię!

Uwierzyłem, bo miała w głosie tę kobiecą pewność.

Gasi papierosa w popielniczce i wtula się we mnie mocniej.

Nie chciała, bym odchodził. Zgodziłem się zostać, pojadę pierwszym porannym tramwajem. Zaparzyła nam kawy. Rozmawialiśmy do świtu, wspominając nocne zabawy i wspólne wakacje nad morzem.

Pamiętam, że Michał poszedł się kąpać, a my zostaliśmy sami na plaży. Czytałem jej na głos gazetę, śmialiśmy się ze zbyt poważnych artykułów, słońce wisiało nieznośnie nad nami, położyłem dłoń na jej udzie. Chciała wyszeptać mi coś do ucha, ale zamiast tego skradłem jej pocałunek. Michał był zbyt daleko, stracił nas z oczu. Gdy wrócił, znów czytałem gazetę.

Następnego dnia powiedział zaniepokojony, że powinienem w końcu znaleźć sobie kobietę. Hanna przestała sączyć kawę, którą zamówiła.

– Jesteś taki nieśmiały, ja ci jakąś znajdę – zapewniła szybko.

– O tak, bardzo dobry pomysł – podchwycił. – Widzisz, jaką mam mądrą narzeczoną?

Spali w osobnych pokojach, więc przyszedłem do niej w nocy i śmialiśmy się z tej idei. Żeby nie wzbudzać podejrzeń, na potańcówce, gdy piliśmy na umór, rzuciła mi wyzwanie.

– Zatańczysz z tamtą dziewczyną. – Pokazała mi ją dyskretnie. – Przed północą macie być nierozłączni, zadbam o to, by Michałowi rzuciło się to w oczy. Zaproś ją jutro na plażę.

– Jesteś głupia, ona mi się nie podoba.

– Idź, wygląda na niedostępną, tym lepiej dla ciebie, większa chwała dla takiego zdobywcy.

Michał wyglądał na szczęśliwego, pytał, czy podoba mi się ta kobieta, czy wziąłem jej adres i będę do niej pisał z Warszawy. Z Hanną preparowaliśmy słodkie listy, które mieliśmy sobie wysyłać i przynosiłem je Michałowi, udając podekscytowanie. Strasznie mnie to bawiło.

– Masz je jeszcze? – pyta mnie.

– Chyba tak, schowane w którymś tomiku wierszy.

– Przynieś je kiedyś, pośmiejemy się.

– Już pora, muszę iść.

– Aleksandrze?

– Tak? – Odwracam się.

– Nienawidzę cię za to, że nas opuściłeś.

– Kiedyś mnie zrozumiesz, droga Hanno.

– Nie wracaj tu bez dobrej wymówki.

Ależ ja mam tylko jedną wymówkę. Ty jesteś moją wymówką. Nie mogłem jej o tobie powiedzieć, nie wiem, czy by mnie zrozumiała. Może pomogłaby mi cię odzyskać, ale ja wcale tego nie chcę. Potrzebuję cię, przyjedź. Nie chcę już czekać pod kinem Moskwa. Nie chcę przynosić kwiatów, których nie będę mógł ci wręczyć.

Wracam do domu, pies zrywa się i cieszy. To dobre zwierzęta, lubię je, są bardziej oddane niż ludzie. Widzisz, możesz się mną brzydzić, ale jestem wyjątkowo konsekwentnym człowiekiem. Jeśli przyjedziesz, zabiorę cię do Hanny, bo nie umiem gotować. Jeśli zechcesz, pójdziemy na spacer na Sienną, pokażę ci, gdzie mieszkała moja matka. Możemy iść karmić gołębie albo puszczę ci tego fokstrota, który od kolacji chodzi mi po głowie i powiem ci, gdzie go tańczyłem. Opowiesz mi o swoim obcym mieście, opowiesz o wszystkim, co mnie ominęło, dowiem się w końcu, jakie kwiaty lubisz, będziemy jeść czekoladki. Może poznasz mojego sąsiada, możesz nawet wmieszać się w rodzinną kłótnię i po raz pierwszy uratować nieszczęsną latorośl przed razami ojca, wybaczę ci twoje serce zbyt czułe na ludzką krzywdę. Kupię ci papierosy i będziemy razem czytać gazetę.

Jeśli przyjedziesz, opowiem ci coś więcej, poczęstuję kawą, nie będziesz żałować. Pójdę jutro pod kino Moskwa, jeśli cię zobaczę, przysięgam, nie powiem ani jednego słowa, którego moglibyśmy żałować. Tylko przyjedź, bo nie lubię tej mdłej tęsknoty za twoimi nazbyt ciemnymi włosami.

2.

Już wieczór. Porządkuję swoje papiery, siedząc w salonie. Wyciągnąłem twoje zdjęcie i zerkam na nie czasami, bo poprawia mi humor. Mam dużo pracy, zlecono mi przekład, ale od dłuższego czasu nie wiem, jak się do niego zabrać. Dziś staram się przetłumaczyć pewien fragment, niewinnie banalny, w którym główny bohater spotyka kobietę. Przeczytałem już całość, z tego spotkania nic nie wynika. Nie potrafię zrobić wiernego przekładu. Prędzej czy później twoja twarz zastępuje jej. Zamiast niebieskich oczu zyskuje ciemne tęczówki. Choć może to o innej kobiecie piszę? O tej, którą spotyka się raz, by zapomnieć o niej na zawsze. O tej, której twarz nie wraca równie natrętnie, która w odmętach pamięci czeka na wskrzeszenie przez dobry czas. Dzwoni dzwonek do drzwi. Nie spodziewałem się gości. Serce tłucze się w klatce piersiowej, czy to możesz być ty? To przecież możesz być ty. Myślę o pociągach, tak, to możliwe, gdybyś wsiadła do tego o szesnastej trzydzieści dwie. Pospiesznie wszystko odkładam. Cóż za bałagan! Poprawiam koszulę, patrzę na swoje odbicie w lustrze, jest dobrze, mogę cię tak przywitać. Otwieram drzwi. Jednak nie. To mój sąsiad, stoi z butelką wódki i szczerzy się głupio.

– To może ja dziś zaproponuję?

– Nie odmówię. – Odmówiłbym, ale czuję się zawiedziony. Więc niech będzie, spędzę ten wieczór w jego towarzystwie.

Wchodzi do środka, jest u mnie po raz pierwszy. Rozgląda się ciekawie. Mam prawie identyczne mieszkanie jak on, tyle że mieszkam sam. Pies patrzy na niego leniwie, nawet nie chce mu się szczekać. Zapraszam go gestem do salonu. Kładzie butelkę na stole i zerka ciekawie na twoje zdjęcie.

– Ślicznotka, to ona?

– Niby kto? – Mam ochotę wyrwać mu fotografię z dłoni.

– No, ta, przez którą pijasz.

– Nie pijam przez żadne baby, masz zakuty łeb, że jeszcze to do ciebie nie dotarło.

– Lubię, kiedy tak żarliwie zaprzeczasz, zawsze się zdradzasz – śmieje się i na szczęście zabiera do otwierania wódki. Ściągam wszystko ze stołu, twoje zdjęcie też, chowam je między maszynopis i wyjmuję dwa kieliszki.

– Polewaj, bo nie lubię, gdy zaczynasz gadać od rzeczy.

– Ale cycki ma dobre. Takich cycków to faktycznie szkoda.

– Ta? A jakie twoja miała?

– Mówiłem ci już, trochę małe.

– Więc za nią tęsknisz, ale za jej cyckami już nie bardzo, tak?

– Coś w tym stylu.

– Nic dziwnego, że od ciebie odeszła – rzucam i wychylam pierwszy kieliszek.

Nieruchomieje z wściekłym grymasem na twarzy. Zabolało. Bardzo dobrze. Chciałem, aby go ubodło. Chciałem, żeby mu się zrobiło głupio. Zresztą przecież mam rację, sama byś mi to przyznała. Mężczyźni nie rozumieją kobiet, nie potrafią mówić ich językiem. Trzeba być delikatnym, trzeba uważać, dobierać słowa bardzo uważnie, niech nie przeczą gestom. Jeśli dziewczyna ma uwierzyć w to, że chcemy uczynić z jej ciała świątynię, nie można mówić o jej cyckach.

– Nie jestem głupi, skończyłem studia.

– Schamiałeś.

– To ta robota w fabryce…

– Nie, spójrz prawdzie w oczy, nie umiesz zdobywać.

– Potrafiłem zdobyć każdą, jeśli chciałem!

Przewracam oczami, męczą mnie jego przechwałki. Och, gdyby wiedział, z kim rozmawia, nie pyszniłby się tak bardzo. Widzisz, nie jest mi wcale wstyd, nie powiedziałem ci tego, bo nie było okazji, ale nigdy specjalnie nie kryłem się z tym, co wyczyniałem.

Pewnego czwartku, gdy skończyły nam się koncepty na słodkie liściki od kuracjuszki poznanej nad morzem, wpadliśmy z Hanną na nowy pomysł.

– Wiesz – powiedziała – nie chciałabym, żeby Michał się czegoś domyślił. Dopóki sądzi, że masz kogoś na oku, nie spodziewa się, że mógłby nas zastać razem w takiej niezręcznej sytuacji.

Ależ miała całkowitą rację. Musieliśmy uciec się do wyrafinowanego podstępu, gładziłem jej czarne loki i dzieliłem się z nią swoimi pomysłami.

– Słuchaj, a co powiesz na małą grę?

– Grę? Uwielbiam gry. – Zaśmiała się wesoło i wtuliła w moje ramię. Sięgnąłem po papierosa i przykryłem nas pościelą, na wypadek, gdyby ktoś jednak postanowił przyjść. Nagość wzbudziłaby więcej negatywnych emocji, więc chociaż odciągnąłbym moment jej wybuchu.

– Powiedzmy, że wybierałabyś dziewczynę. Tak jak wtedy, na potańcówce. Ja rozkochiwałbym ją w sobie, utwierdzał Michała, że to moja wielka miłość, a potem porzucał.

Wybuchła śmiechem, chyba nie wzięła tego na poważnie.

– Jesteś okrutny, to byłoby bestialskie.

– To, co robimy Michałowi, jest równie paskudne. Ale ciebie to bawi.

– Ciebie też. Dobrze więc – rzekła z wolna. – Zgadzam się, ale musimy ustalić kilka zasad. Po pierwsze, zrobimy to tylko po to, by zamydlić oczy mojemu mężowi. Po drugie, tylko ja będę mogła wybierać, którą masz zdobyć. Po trzecie, nigdy się nie zakochasz i nie pójdziesz z żadną z nich do ołtarza.

To były proste reguły, w dodatku wydawały mi się bardzo uczciwe, więc natychmiast na nie przystałem.

Tego dnia zostałem trochę dłużej. Michał przyszedł z pracy, zdjął kapelusz, przywitał się z żoną, a potem zdziwił i ucieszył na mój widok.

– Co się stało? – zapytał, bo siedziałem w ich kuchni z nietęgą miną.

– Rzuciła mnie – oznajmiłem. – Ta znad morza. Zaproponowałem jej przeprowadzkę, a ona mi napisała, że nie przyjedzie, za mąż wychodzi.

Zasępił się, Hanna położyła dłoń na moim ramieniu.

– Nasz biedny Aleksander… Nie ma szczęścia w miłości.

Pachniała drogimi perfumami, a może już nie? Może wciąż czułem ich zapach, odkąd całowałem jej nagą szyję? Miałem wrażenie, że drwi z męża. Chciałem nawet zanieść się teatralnym płaczem, ale nie umiem ronić łez na zawołanie. Zresztą to takie mało męskie.

Michał stał bezradny. Nie wiedział, co zrobić z rękami. Chciał niby do mnie podejść, poklepać po plecach, szukał słów. Hanna mówiła. Zawsze mówiła, była kimś w rodzaju ich rzecznika. Z łatwością znajdowała piękne frazy.

– Podaj mu papierosa. No już, podaj! – poleciła.

Michał ruszył się, niezgrabnie sięgnął do kieszeni i wyciągnął papierośnicę w moją stronę. Wziąłem jednego i odpaliłem, jej dłoń mierzwiła teraz moje włosy. Musiał pomyśleć, że jest naprawdę dobrą pocieszycielką, ja pomyślałem jedynie, że to bardzo przyjemne.

– A może by tak… jutro wyjść na miasto, jak za dawnych lat. My byśmy się trochę zabawili, Aleksander też by zapomniał o złamanym sercu. Przecież szybko się z tym uporasz. No, spójrz na siebie, mój drogi, spójrz tylko. Jesteś młody i przystojny. Michał, co o tym sądzisz?

– Nie wiem, nie mam pojęcia… A co z dzieckiem?

– Przecież mama może się nią zająć, to tylko jedna noc, nie wrócimy aż tak bardzo pijani. – Wybuchła perlistym śmiechem.

Wrócimy. Wrócimy zalani w trupa. Do ich mieszkania. Będę leżał obok dziewczyny, której imienia nie będę mógł spamiętać, a gdy Michał wyjdzie do łazienki, upewnię się, że śpi ona mocnym, pijackim snem i włożę dłoń pod sukienkę Hanny. Uśmiechnie się tylko, a gdy przyjdzie rogacz, jego przekrwione oczy ujrzą jedynie przyjaciela, który obejmuje nowo poznaną kobietę i żonę, która czeka na niego spragniona małżeńskiej czułości.

Będę udawał, że śpię. Nad ranem odprowadzę panienkę do domu. To było proste, zbyt proste. Nie poczułem nawet chwały, jaka spływa na zwycięzców, na zdobywców. Potrzebuję lepszego wyzwania, kobiety dużo bardziej niedostępnej.

– No, co tak milczysz? – mruczy mój sąsiad.

– Skupiam się na piciu, od gadania marnuje się wódkę.

– E, głupoty gadasz, wódka po to jest, by sobie pogadać.

– Gdyby tak było, podawaliby ją podczas obrad, a nie w knajpach. Mów, jeśli chcesz, nie jestem w nastroju do rozmów.

Więc plecie, plecie o tej swojej, jakiż on jest monotematyczny. Że oczy miała piękne, duże, brązowe, że dłonie miękkie, palce długie, na fortepianie umiała grać, że żałuje, że to może nie do końca tak, że ona go zostawiła, bo to on ją opuścił.

– Poczekaj… Ty wyjechałeś, a teraz rozpaczasz, że cię opuściła? To przecież wcale nie ma sensu. – Odpalam papierosa.

Jest śmieszny. Lubię jego towarzystwo, bo jego żałosne sentymenty wyjątkowo mnie bawią. Nie chcę wcale kpić z człowieka, ale ta boleść, z którą jak szaleniec powtarza wciąż od nowa swoją głupią historyjkę, nie może być do końca prawdą. Przez lata musiał ją upiększać.

Ty najlepiej wiesz, co się dzieje, gdy nasze wspomnienia pozostawiamy na pastwę czasu. Ulegają wypaczeniu, kolorujemy je naszymi przekonaniami. Pierwszy raz w życiu poczułem nikłe zainteresowanie tymi bzdurami, które rozpowiadał. Może dlatego, że wcześniej nie wspominał o swojej winie, a mnie drażniło robienie z siebie męczennika.

– To skomplikowane.

– Ależ mów, mamy czas, czysta podobno sprzyja pogawędce, sam tak twierdziłeś.

– To były inne czasy…

– Ach, te czasy! Robi się zatem jeszcze ciekawiej!

– Co mam ci powiedzieć?

– Opowiedz mi o swojej winie.

– Nie jesteś księdzem.

Ależ jestem, jestem kapłanem jego pijackich rojeń w konfesjonale salonu. Niechże mówi, lubię słuchać o grzechu, lubię tę skruchę, z jaką ludzie przyznają się do swoich błędów. Chcę wiedzieć wszystko, chcę znać każdy pojedynczy szczegół tamtej zniewagi.

Słuchaj, może jest w tym trochę prawdy, nie byłem nigdy specjalnie religijny. Matka prowadziła mnie do kościoła, ciągnęła za rękę i sadzała w naszej ławce. Ojciec siadał obok i zaraz czułem się jak w potrzasku. Módl się, no, Aleksandrze, złóżże ręce jak należy. Nie garb się. Powtarzaj za wszystkimi. Więc powtarzałem wpatrzony w krzyż. I zaraz słyszałem, że wszyscy mamy naśladować Chrystusa. Ale ja nie chciałem naśladować Pana. Nawet gdy byłem dzieckiem, czułem, że nie ma w tym żadnej przyjemności.

Pacierz odmawiałem tylko do czasu, gdy moja rodzicielka kładła mnie do snu.

Przecież chodziliśmy razem do kościoła, ty lubiłaś być z przodu, patrzyłaś na ołtarz, spragniona łaski, marząca o odkupieniu. Ja zostawałem z tyłu, oparty o filar patrzyłem na kapłanów w pięknych szatach, kiedyś nawet poszedłem do spowiedzi. Nie czułem skruchy. Gdybym opowiedział o tym Hannie, śmiałaby się do rozpuku.

Ty byś się nie śmiała. Nie wiem, dlaczego. Masz w sobie za dużo tej małomiasteczkowej pobożności, którą wpoiła ci matka. Niby nie mam nic przeciwko, ale mogłabyś spojrzeć na to jaśniej, czas sprzyja takiemu trzeźwemu myśleniu.

– Nieważne.

– Och, nie, nie może być. Musiałeś przecież czegoś od niej chcieć. – Jest tyle uszczypliwości w moim tonie, że na jego miejscu przerwałbym tę rozmowę, kipiąc z oburzenia.

– A czy ty nigdy nie zrobiłeś niczego dla kaprysu?

Odkąd Hanna i ja wymyśliliśmy tę grę, czyniłem wszystko jedynie dla naszej satysfakcji. Michał zrobił się nieufny. Nie mogliśmy spotykać się już tak często, jak wcześniej. Pozostały nam czwartki i nieśmiałe schadzki, gdy czekałem na nią na mieście. Przychodziła z córką, bo wyrywała się z domu pod pretekstem spaceru. Nie pozwalała mi trzymać się za rękę ani całować na ulicy, więc zerkałem to na nią, to na jej dziecko, słodko drzemiące w wózku.

– Robisz wszystko nie tak. – Złościła się. – Nie okazujesz zaangażowania!

– Nie wiń mnie, wszystkie te kobiety są szalenie nudne.

– Bo nie czynisz ich ciekawymi! To twoja wina!

– Nie unoś się, to ty miałaś je wybierać. Robisz to na oślep. Jeśli tak ma być, nie chcę już dłużej grać.

– Pomyślałam o tym, mam dla ciebie coś lepszego. Spodoba ci się. Widzisz, mówiłam, że możesz na mnie polegać.

– Tego jeszcze nie wiem. – Odpaliłem papierosa.

Byłem już gotów zrezygnować, uwierz mi. Nie chciałem tego dłużej ciągnąć, nie sprawiało mi to wcale radości, której się spodziewałem. To był jedyny moment, w którym pomyślałem, że muszę ją w końcu zostawić, nie jestem przecież częścią jej rodziny. Nie pragnąłem przecież małżeństwa, ale myśl, że ja i Hanna moglibyśmy żyć beztrosko, bardzo mi się podobała. Tyle że to ja doradziłem jej ślub, a od ceremonii nic nie mogło już być takie samo.

Mogłem jej przerwać. Gdybyś była na moim miejscu, odeszłabyś, nie wysłuchawszy jej planu, ale ja nie umiałem odmówić. Powiedziała, że jej koleżanka żyje od kilku lat w nieszczęśliwym związku.

– To za proste – orzekłem. – Nie zachęciłaś mnie.

– Poczekaj, powiedziałam ci już, nie o męża chodzi, a o jej przekonania. Gdybyś je złamał, gdybyś ją złamał, czy nie byłoby to doprawdy imponujące?

– Uratowałbym ją tym samym przed smętnym losem tysięcy kobiet, zaślubionym ich oprawcom; nie bawi mnie rola zbawiciela. Nie zgadzam się.

– Boisz się?! Czego ty się spodziewasz?! Że wynajdę ci zaraz coś specjalnego? Nie jesteś znowu takim wirtuozem, sypiając z pijanymi dzieweczkami z knajpek! Czego oczekujesz, Aleksandrze?!

– Chcę, by dziwki wychodziły dla mnie z burdelu, a zakonnice występowały z klasztorów – powiedziałem poważnie. Zgasiłem papierosa butem. Uśmiech rozjaśnił jej twarz, już wcale się nie gniewała. Poprawiłem jej ciemne loki i dyskretnie musnąłem szyję.

– Zacznij od tego, a przysięgam, że jeśli podołasz, następnym razem postaram się jeszcze bardziej. I nie dotykaj moich włosów – warknęła.

Zaśmiałem się głupkowato, sam nie wiem, dlaczego.

Widzisz, tych wcześniejszych imion nie zapamiętałem, być może większości nigdy nie poznałem, bo nie były mi one potrzebne. Z Olczukową było inaczej.

Pierwszy raz ujrzałem ją w kościele. Stała w białej sukience i białym kapelusiku, a na dłoniach miała koronkowe rękawiczki. Mąż podał jej ramię, gdy wychodzili z ławki. Klęknęła i uczyniła znak krzyża. Hanna, która zamiast się modlić, szeptała mi do ucha podczas nabożeństwa, wstała i pociągnęła mnie za sobą.

– Dzień dobry, Katarzyno, dzień dobry, panie Olczuk. – Skłoniła się grzecznie.

Stanęliśmy przy kropielnicy.

Uśmiech rozjaśnił jej jasną twarz. Wcale nie ładny, bardzo naiwny. Też byś tak stwierdziła, gdybyś ją tylko zobaczyła. Jasne, proste pasma okalały jej pociągłą twarz. Oczy jak ciemne węgielki świeciły niezdrową ciekawością w ciemnej nawie kościelnej. Miała bladą cerę, delikatne usta. Była niska i drobna. Mąż przewyższał ją o dwie głowy. Miał szerokie ramiona, dłuższe blond włosy i brodę. Było w nim coś brzydkiego, małpiego. Jego twarz wydawała się pozbawiona myśli.

Gdy się odezwała, śpiewny akcent z Kresów, jak cicha, znajoma melodia, dobiegł moich uszu.

W słońcu dojrzałego lata staliśmy na bruku zalanym złotą poświatą. Zdało mi się niemożliwym, że kazała mi uwieść laleczkę, aniołka z przyklasztornej kaplicy.

– Pan to pewnie brat Hanny – zwróciła się do mnie, choć w pierwszej chwili nie zareagowałem.

– Słucham? Och, nie, nazywam się Aleksander, jestem przyjacielem rodziny. – Ująłem jej dłoń i pocałowałem beznamiętnie.

– Przepraszam pana najmocniej. – Zarumieniła się. – A gdzie Michał?

– Mój mąż został dziś z córką w domu, w nocy dużo płakała i boimy się, że mogła się zaziębić.

– Mój Boże, może potrzeba wam czegoś?

Olczak zaczął nerwowo stukać obcasem swojego idealnie wypastowanego pantofla.

– Nie, to zbyteczne, ale tak dawno cię nie widziałam, może zechciałabyś przyjąć z mężem zaproszenie na kolację w przyszłym tygodniu?

– Co o tym sądzisz, kochanie? – zapytała cicho.

– Przestań – rzucił chłodno, jakby tym jednym słowem chciał zakończyć rozmowę, jakby zrobiła coś złego, naraziła się jego wszechmocy. – Mówiłem ci przecież, że w przyszłym tygodniu wyjeżdżam w sprawie interesów!

Przeprosiła. Przeprosiła, spuszczając wzrok, patrząc na swoje zakurzone od piachu pantofle. I zrozumiałem w jednej chwili, że istnieje tylko jeden sposób, aby była moją.

Teraz wydaje mi się nierealna. Jak z kart powieści. Daleka od tamtego świata, od kościoła i ulicy utopionej w słońcu letniego dnia. Jej małżonek jak marionetka odchodzi w cień, a ona kuli się w sobie, ze strachu, że pozostała sama w nic nieznaczącej scenie.

Myślę o tłumaczeniu. Chyba znalazłem w końcu odpowiednie słowa. Stary moczymorda zerka na mnie ciekawie, gdy wstaję i sięgam po karki, by zapisać kluczową frazę.

– Co się tak zrywasz?

– Praca, nie zrozumiesz.

– Myślisz, że jestem za głupi, żeby zrozumieć, czym się zajmujesz? – zapytał, odpalając papierosa. – Właściwie, co ty w życiu robisz?

– Wykładam na uniwersytecie. I tłumaczę z angielskiego.

– Fiu, fiu! Angielski! Nie znam słowa w tym języku – dodaje całkowicie bezsensownie. Zamyśla się, jakby jednak usiłował coś sobie przypomnieć, drapie po czole, bezskutecznie. Wzrusza jedynie ramionami na potwierdzenie swoich słów.

– Mówiłem, że nie zrozumiesz.

– E, bez takich! Ja tam dyplom mam!

Chyba z teorii picia. Zerkam na zegar. Już późno, rano będę niewyspany, ale przecież go nie wyrzucę. Niech siedzi. Opowiada mi o jakiejś posiadłości za miastem, która należała do jego rodziny. Jakoś nie mogę uwierzyć, że cokolwiek posiadał. Widząc moje zwątpienie, rzuca wściekle:

– Sprawdź sobie! Do Cywińskich należało kiedyś sporo ziemi!

Popija jeszcze trochę. Już nie będzie mówił o swojej kobiecie, przechodzi na temat sąsiada z dołu, którego nienawidzi i rzuca kilkoma niewybrednymi epitetami. Nasłuchałem się wystarczająco.

Wracając do Olczukowej: za namową Hanny zapraszałem ją do warszawskich kawiarni, zawsze mając do przekazania jakiś banał od Lemańskiej.

Z początku przychodziła niepewna, nie chciała przejść na ty, pozwalała całować swoją dłoń, ale jeśli przypadkiem dotknąłem jej stopy, cała drżała. Myślałem, że musi być wyjątkowo cnotliwa, ale prawda okazała się dużo bardziej prozaiczna.

Nie marzyła o żadnym mężczyźnie i o wszystkich jednakowo. Kochała męża i kochała jego odrzucenie. Z miejsca poczuła do mnie coś więcej i z bardzo marnymi skutkami próbowała trzymać na dystans.

Jej mąż chyba nie widział we mnie rywala, a to strasznie ją złościło. Liczyła na wybuchy dzikiej zazdrości, jakie opisywane są w romantycznych książkach. Ponieważ Olczuk był z natury ufny, musiała na siłę szukać sensacji.

Po raz pierwszy pocałowałem ją w Liju, gdzie podawali kiedyś najlepsze specjały. Nie jestem dziś pewien, czy moje zwycięstwo smakowało równie dobrze.

Jej mąż wiecznie wyjeżdżał w interesach, więc wynajmowaliśmy pokój w Europejskim, za który to ona zawsze płaciła. Mogłem z nią robić, co chciałem. Więc na początku miałem ochotę spróbować wszystkiego, by z czasem nie mieć ochoty na nic.

Nazywała mnie tym samym zdrobnieniem, którym posługiwała się moja matka. Drażniło mnie to, ale nigdy nie zwróciłem jej uwagi.

Traktowała mnie śmiertelnie poważnie, ale zawsze powtarzała, że nie opuści męża, bo połączył ich święty węzeł małżeński, którego nie może i nie chce przerywać.

Lubiła, gdy się nad nią znęcano. Zupełnie nie wiem, skąd wzięła się ta dziwna chęć bycia ofiarą. Poniżona, zawsze wracała po więcej. Jeśli bywałem dla niej nazbyt miły, długo milczała. W końcu wysyłała mi liścik, który najlepiej było zignorować.

W pewnym momencie ignorowanie jej było dla mnie równie naturalne, co oddychanie. Wciąż odczuwałem żal do Hanny, że nie znalazła mi lepszej kochanki. Gdybyś przyjechała, mógłbym o tym mówić bez końca, ale obawiam się, że oboje zanudzilibyśmy się na śmierć.

3.

W naszej kamienicy mieszka Samochód. Przyjaźnił się kiedyś z Cywińskim. Głównie dlatego, że oboje lubią wypić. Kazimierz, bo tak brzmi jego prawdziwe imię, ma jednak słabszą głowę i normalną rodzinę. Nim się tu wprowadziłem, Leszek i Kazik byli najlepszymi przyjaciółmi.

Pewnego dnia podczas standardowego, sobotniego posiedzenia przy butelce czystej, wybuchła sprzeczka. Później zamieniła się w kłótnię, a już pół godziny później zrobiła się wielka awantura, w którą zostali wciągnięci wszyscy sąsiedzi z kamienicy.

Poszło o spór ideowy wewnątrz branży motoryzacyjnej, jak to określa sam Cywiński. Otóż Kazik naraził się majestatowi starszego sąsiada, napominając o wyższości FSO nad Ursusem. Takiej potwarzy Leszek znieść nie mógł i po dłuższej wymianie zdań wypchnął Kazika z mieszkania, a potem mało nie zrzucił ze schodów. Kamienica jeszcze przez miesiąc żyła uszczypliwościami obu stron konfliktu. Samochód podebrał Cywińskiemu mleko rano, więc Cywiński nasikał mu następnego dnia pod drzwi, w odwecie Kazik poszczuł Leszka psem, a Leszek złożył donos na milicję, że u sąsiada pędzą nielegalnie bimber. Żeby było weselej, faktycznie Samochód produkował księżycówkę, więc musiał świecić oczami przed przybyłym patrolem.

Od tamtej pory minęło już trochę czasu i obojgu znudziły się wzajemne uszczypliwości. Leszek przypomina sobie o istnieniu Kazimierza tylko wtedy, gdy zepsuje mu się coś w domu, a Samochód o Cywińskim pamięta, gdy musi się z nim skonfrontować – tak jak dziś, gdy stałem na klatce na pierwszym piętrze i paliłem w oknie.

– Uszanowanie, panie profesorze. – Kazik skłonił się i zdjął kapelusz, więc skinąłem mu głową.

– O! Patrzcie, kto idzie! – Z góry schodził Leszek.

– A tobie, Cywiński, ty podły ewenemencie, oby się nie wiodło!

– Olku, Oleczku, powiedz temu panu, że z nim nie rozmawiam!

– Ze mną nie rozmawiasz?! Ze mną?!

– Powiedz temu panu, że nawet się do niego nie zwracam.

Nie reagowałem, spokojnie paląc papierosa.

– Ty mendo społeczna, ty łajzo podła! Zobaczysz, jak ci ta twoja fabryka pieprzonych ciągników upadnie i cię wywalą na zbity pysk! Na co komu traktory?!

– Nie zdzierżę! No, nie zdzierżę! Zatłukę jak psa, słyszysz?! W dupę se wsadź te swoje samochodziki! Burżujstwo pierdolone! Ja produkuję sprzęt dla ludu, a ty dla, kurwa, robactwa, dla, kurwa, Ruskich! Jesteś zbędnym elementem, rozumiesz, Kazik?!

– Panowie, przepraszam, czy możecie to załatwić między sobą? Chciałem tylko sobie zrobić spokojną przerwę na papierosa.

– Oluś, no do kurwy nędzy, stań po stronie przyjaciela! – jęknął Leszek.

– O, widzi pan, panie profesorze! Widzi?! Musi sobie sojuszników szukać, bo wie, że nie ma racji!

– Ja racji nie mam?! Krew mnie zaleje! Ursus produkował cholerne autobusy zanim jeszcze ktoś pomyślał o FSO! Zanim ty w ogóle na świat przyszedłeś, łazęgo!

– Do widzenia, panie Kazimierzu. – Wyrzucam papierosa.

– Już idziesz?! Oleczku?! Zostawiasz druha samego?!

– Do widzenia, panie profesorze. – Kazik znów zdjął kapelusz, a potem spojrzał na swojego wroga. – Do niezobaczenia, obywatelu Cywiński!

– A pies ci mordę lizał, Samochodzik!

Nie chciałem martwić Leszka, ale w FSO nie produkowali autobusów. Gdybym mu to powiedział, pewnie jutro miałbym obszczaną wycieraczkę. Ach, czego się nie robi dla przyjaźni.

Kazik jest jeszcze młody, ile może mieć lat? Trzydzieści? Ma dwójkę małych dzieci. Córkę i syna. I żonę, nie najpiękniejszą i chyba nieszczególnie inteligentną. Mieszka z teściową, starą dewotką. Za to ich potomstwo to miłe szczeniaki. Zawsze mówią mi dzień dobry. Oboje bardzo podobni do ojca. Niebieskie oczy, ciemne włosy. Syn Kazika krok w krok łazi za synem Cywińskiego i, o dziwo, mimo różnicy wieku dobrze się dogadują.

Gdybyś tylko mogła tu być, mogłabyś się przekonać. Żyjemy w tej kamienicy jak w wielkiej rodzinie. Wszyscy się kochają i nienawidzą, a relacje międzyludzkie komplikują się do tego stopnia, że czasem nie wiadomo już, kto jest twoim przyjacielem, a kto wrogiem.

Może znalazłabyś wspólny język z Samochodową? Ona też jest człowiekiem wiary, co niedziela w kościele. A może zadawałabyś się z kimś innym, chociażby z tą z pierwszego piętra? Byłoby mi to obojętne, chciałbym, żebyś w końcu przyjechała. Dobrze by było mieć cię obok siebie.

4.