Strona główna » Obyczajowe i romanse » Tajemnice lata

Tajemnice lata

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-539-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Tajemnice lata

„Porywająca i przejmująca powieść o tym, jak znaleźć odwagę, by żyć pełnią życia. Jane Green w swym najlepszym wydaniu”. Emily Giffin Czerwiec 1998. Catherine Coombs, lat 27, znana też jako Cat, nie ma lekkiego życia. Mieszka w Londynie, pracuje jako dziennikarka i ostro imprezuje. Na lunch spożywa w barze kilka kieliszków wina, wieczory niewiele się od lunchu różnią, bo na codziennych imprezach Cat bez ograniczeń korzysta z darmowych trunków i darmowego jedzenia. Gdy odkrywa tożsamość swojego prawdziwego ojca, którego nigdy nie poznała, jej życie rozpada się na kawałki… Czerwiec 2014. Cat wreszcie doszła do ładu. Nie pije. Chce naprawić swoje błędy, pojednać się z tymi, których zraniła. Wyrusza na Nantucket, gdzie wciąż mieszkają kobiety, które niegdyś nazywała rodziną. Czy otworzą przed nią ramiona, choć popełniła tyle grzechów? Cat nie wie, że te kobiety, córki jej prawdziwego ojca, mają własne tajemnice. Gdy przeszłość zderza się z teraźniejszością, bohaterka musi się zmierzyć z najmroczniejszymi rozdziałami swojego życia. „Ciepła, dowcipna, ostra i przenikliwa. Jane Green pisze z niezwykłą szczerością i energią”. Sophie Kinsella „Wciągająca opowieść o kobiecie zmagającej się z nałogiem i szukającej wybaczenia”. Booklist

Polecane książki

Zima 1993. Tego samego dnia, w niejasnych okolicznościach, ginie nastoletnie rodzeństwo. Oba zgony policja kwalifikuje jako tragiczne, niezależne od siebie wypadki. Wielkanoc 2013. Po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield na Wybrzeże powraca Sasza Załuska. Do profile...
Wszyscy mamy aspiracje, marzenia i nadzieje na przyszłość: pogodne, absurdalne, melancholijne, zabawne i wzruszające. Nie zawsze potrafimy jednak je wyrażać, a bardzo często nie wiemy, jak się zabrać do ich realizacji. Autor stworzył aplikację Crowdwish, miejsce służące ludziom do wyrażania ich ...
Coraz więcej nauczycieli zgłasza się do związków zawodowych z wnioskiem o objęcie ich ochroną z myślą o tym, aby uniknąć zwolnienia z pracy. Mało kto jednak wie, że nie każdy związkowiec jest tak samo chroniony przed decyzjami kadrowymi dyrektora szkoły. Właśnie takie zawiłości prawne wyjaśniają...
Bohaterka powieści szuka odpowiedzi na ważne pytanie: do jakiego stopnia człowiek jest odpowiedzialny za to, kim jest, kim się staje, czy w stawaniu się tym jest wolny, czy też ograniczony – genami, środowiskiem, w którym się rodzi, przeznaczeniem? Próbuje uporządkować swoje wnęt...
Związek Radziecki jest o krok od zniszczenia Stanów Zjednoczonych: rosyjski agent o pseudonimie Talbot, działając w szeregach CIA, doprowadza do światowego kryzysu. Ścigany od dawna, ale wcześniej lekceważony, może doprowadzić do utraty przewagi technologicznej przez Zachód. Jeśli Talbotowi się powi...
Beztrosko nie zwracamy uwagi na wpływ reklamy na nasze życie umysłowe. Tym czasem coraz większy procent czasu masowego przekazu multimedialnego,  to ustawiczne i systematyczne instalowanie w głowach ludzi różnych towarów, usług i kredytów na te towary i usługi. Czas przemyśleń istotnych, tworzenia s...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jane Green

Tytuł oryginału:

SUMMER SECRETS

Copyright © Jane Green 2015

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Izabela Sieranc, Joanna Rodkiewicz, Kamila Majewska

ISBN: 978-83-8110-539-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Wdzięczność otwiera drogę do pełni życia.

To, co mamy, zaczyna nam wystarczać,

wręcz z naddatkiem. Wyparcie staje się akceptacją,

chaos porządkiem, mętlik jasnością. Wdzięczność

może zamienić posiłek w ucztę, budynek w dom,

obcego w przyjaciela.

Melody Beattie

Prolog

Londyn, 2014

Bóg mi świadkiem, że w samotne wieczory czuję się świetnie. Wręcz rozkoszuję się tymi godzinami, kiedy moja córka spędza czas ze swoim ojcem. Mogę jeść, co chcę, i nie muszę zapewniać zdrowych posiłków wybrednej trzynastolatce.

Mogę się zwinąć na kanapie i oglądać programy, na które moja córka reaguje jękiem – filmy dokumentalne, wiadomości, świetne trzyodcinkowe serie w BBC – albo krzątać się po kuchni, słuchając Radia 4, i nikt mi nie narzeka ani się nie domaga, bym przełączyła na stację puszczającą wyłącznie muzykę pop.

Dzisiaj mnie chyba nosi. Jestem niespokojna, a taki stan to dla mnie zawsze zagrożenie. Niepokój ma brzydki zwyczaj – nakłania mnie do rzeczy, których potem żałuję. Z niemiłych doświadczeń nauczyłam się, że gdy czuję niepokój, muszę się czymś zająć.

Mówiono mi, że mam się wystrzegać H.A.L.T.1 Kiedy jestem głodna, zła, samotna, zmęczona, muszę bardziej na siebie uważać. Dzisiaj zdecydowanie jestem głodna; dzisiaj, tak samo jak w każdy inny wieczór od półtora roku, zdecydowanie jestem samotna.

Dzwonię do chińskiej knajpy na Elgin Avenue i zamawiam makaron z dodatkowymi żeberkami, a potem ruszam do szafek kuchennych i otwieram je po kolei. Odkładam tę robotę od miesięcy. Mój były mąż miał szmergla na punkcie porządków. To on pilnował, by wszystko było idealne i na swoim miejscu, układał garnki i patelnie. Odkąd go nie ma, moja kuchnia to jedna wielka katastrofa.

Gdy do niej wchodzisz, sprawia wrażenie doskonałej, ale wystarczy, że otworzysz którąś szafkę, i natychmiast musisz łapać wypadające ze środka miski i talerze, uwolnione zza tamy drewnianych drzwiczek.

Zaczynam od szafki z sitkami i durszlakami. Nie do wiary, że zgromadziłam aż siedem sitek i durszlaków rozmaitych kształtów i rozmiarów, skoro teraz gotuję raptem dla dwóch osób, czyli dla Annie i dla siebie. Odkładam pięć dla ludzi w potrzebie i sprzątam dalej.

Do sitek dołączają deski do krojenia, miski, które dostałam w prezencie, a nigdy mi się nie podobały, ale nie miałam serca ich nikomu oddać. Popękane naczynia, wyszczerbione szklanki, wszystko na stos. W miarę jak pudła się wypełniają, czuję się coraz lepiej: mam zajęcie, jestem przydatna. To niemal jak medytacja, jakby porządkowanie rupieciarni moich szafek w jakiś sposób porządkowało bałagan w mojej głowie.

Sięgam w głąb, na sam tył, dotykam jakiegoś owalnego przedmiotu i wyciągam go. Zamieram.

Butelka.

Butelka wódki.

W połowie pełna.

Nie mam pojęcia, co tam robi, nie wiedziałam, nie pamiętałam. Pewnie stoi w tej szafce od miesięcy, może od lat. Kiedy byłam mężatką, musiałam swoją wódkę chować, wszystkie zakamarki w domu zamieniały się w kryjówki mojego sekretnego wstydu.

Dawno już nie trzymałam w ręku butelki wódki. Nie mogę oderwać wzroku od połyskującego szkła. Słucham plusku we wnętrzu naczynia, takiego pokrzepiającego, tak znajomego, i serce zaczyna mi walić jak szalone.

Niemal czuję jej smak, jak wylana na kostki lodu po chwili staje się lodowato zimna, z odrobiną cytryny, jeśli jest, a jeśli nie, to nie szkodzi.

Czuję, jak spływa mi po gardle, czuję jej jedwabistą gładkość, delikatne palenie, gdy dociera do klatki piersiowej, ciepło, które rozchodzi się błyskawicznie. Czuję, jak znikają samotność, głód i wszelki ból, który się na mnie czai.

Wiem, co powinnam zrobić. Wiem, że muszę ją wylać do zlewu, ale zanim to zrobię, posiedzę sobie jeszcze chwilkę i pomodlę się przed ołtarzem boga, którego niegdyś byłam niewolnicą.

Nic się przecież nie stanie.

Rozdział pierwszy

LONDYN, 1998

Odkąd pamiętam, zawsze czułam się nie na miejscu, czułam, że nie jestem taka jak inni.

Pewnie dlatego zostałam pisarką. Już jako maluszek w żłobku, a potem w przedszkolu i w szkole byłam dla wszystkich przyjazna, choć nawet nie należałam do grupy. Stałam na zewnątrz, przyglądałam się. Zawsze się przyglądałam. Zauważałam wszystko: że spojrzenie z ukosa spod zmrużonych powiek może powiedzieć więcej niż słowa; że słowo szepnięte zza delikatnej dłoni może zniszczyć cię na cały tydzień; że wyciągnięta ręka właściwej dziewczynki we właściwym momencie sprawi, że serce będzie ci śpiewać godzinami albo i dniami.

Wiedziałam, że jestem inna. Wraz z upływem lat zaczęłam odczuwać tę różnicę jako wadę. Nie byłam ładna jak trzeba albo szczupła jak trzeba, albo wyprostowana jak trzeba. Nie umiałam tego nazwać, na pewno nie w dzieciństwie, mogłam tylko patrzeć na te drobne, doskonałe, lubiane dziewczynki i pragnęłam, tak rozpaczliwie, należeć do grupy, być jedną z tych, które zawsze jako pierwsze wybierano do drużyny, a nie jako ostatnie.

Gdy nadszedł okres cielęcy, stałam się kumpelą – chłopcy chcieli ze mną tylko rozmawiać, zwierzać mi się, dowiedzieć się, co mają zrobić, by zainteresowała się nimi moja przyjaciółka Olivia.

A ja grałam tę świetną kumpelę, choć szaleńczo się w nich po kolei kochałam. Przez dwa miesiące snułam fantazje, jak to Adam Barrett, siedząc ze mną na podłodze w moim pokoju, gdy w tle leci z adapteru Police, uświadamia sobie, że Olivia wcale nie jest spełnieniem jego marzeń. Nagle dostrzegał jedwabistość moich włosów (w moich marzeniach zawsze o wiele bardziej jedwabistych niż w rzeczywistości), zieleń oczu, pełnię ust i olśniewało go, że jestem tak wyjątkowo piękna (choć wcale nie byłam), i w ogóle jakim cudem nie zauważył tego wcześniej?

Po Adamie Barretcie był Danny Curran, potem Rob Palliser i oczywiście Ian Owens. Żadne z moich marzeń się nie spełniło, a w wieku czternastu lat wreszcie znalazłam cudowny sposób na uśmierzenie bólu wszystkich tych niespełnionych pragnień, tych niezaspokojonych tęsknot i płonnych nadziei.

Gary Scott robił imprezę u siebie w domu. Taką z nocowaniem – chłopcy spali po jednej stronie ogromnego loftu, dziewczyny po drugiej. Wszyscy byli absurdalnie podjarani, bo to była nasza pierwsza koedukacyjna impreza z noclegiem. Nie do wiary, że rodzice na to pozwolili – przynajmniej dzisiaj tak myślę – biorąc pod uwagę burzę hormonów czternasto- i piętnastolatków, ale pewnie sądzili, że jesteśmy grzecznymi dziećmi albo że panują nad sytuacją.

Rodzice oczywiście byli na miejscu. Bawili się we własnym gronie; śmiech dorosłych i brzęk ich szkieł dobiegał do nas na tyły ogrodu, gdzie mieliśmy adapter i stół na kozłach zastawiony popcornem, plastikowymi kubkami i lemoniadą.

Wtedy kochałam się w Ianie Owensie. Został moim bardzo dobrym kumplem, żeby – oczywiście – zbliżyć się do Olivii, która tamtego wieczoru wystawała pod drzewem z Paulem Johnsonem. Głowę przechylała na bok, snop blond włosów ze świeżymi pasemkami niczym złota zasłona spływał na jej prawe ramię, a ona wpatrywała się w Paula swoimi wyjątkowo niebieskimi oczami. Wszyscy w ogrodzie wiedzieli, że to tylko kwestia czasu, kiedy on ją pocałuje.

Ian był zdruzgotany. Siedziałam na trawniku, mówiłam do niego cicho, dodawałam mu otuchy, modliłam się, by on się mną pocieszył, by pochylił ku mnie głowę, może delikatnie musnął wargami moje wargi i przez resztę nocy tulił mnie w ramionach.

– Patrz, co zdobyłem. – Odchylił nogę, pod którą schował butelkę wódki.

– Co takiego? Co to znaczy, że zdobyłeś? Gdzie?

– Znalazłem w garażu. Nie przejmuj się, stoją ich tam całe setki. Nikt nie zauważy. Chcesz? – Ruchem głowy wskazał zakątek w cieniu drzew, gdzie nikt by nas nie widział.

Oczywiście, że chciałam. Zrobiłabym wszystko, by choć trochę dłużej utrzymać Iana Owensa przy sobie, dać mu więcej czasu, żeby rozmyślił się co do Olivii i zakochał we mnie.

Wstałam, otrzepałam spodnie z sosnowych igieł, wiedząc, że mam na nich wilgotną plamę od trawy. Byłam w swoich nowych pięćsetjedynkach. Kupiłyśmy je sobie razem z Olivią, po czym poszłyśmy do niej zamoczyć spodnie w wodzie, by się zbiegły. Gdy to zrobiłyśmy, jej były maleńkie, wyglądały oszałamiająco, opinały ją jak rurki. Moje trzepotały wokół kostek niczym żagle na wietrze. Miałam wąską talię, ale wielkie uda, więc musiałam kupić duży rozmiar, co oznaczało, że w pasie trzeba je było mocno ściągnąć paskiem, a i tak wciąż były ogromne.

W ubraniach nigdy nie wyglądałam tak, jak chciałam. Dzisiaj jednak miałam na sobie nową kraciastą koszulę z Camden Market – naprawdę mi się podobała – a na powiekach namalowałam grubą czarną rozmazaną krechę. Gdy spoglądałam spod swojej nowej grzywki – obcięłam ją dwa dni temu – moje oczy wydawały się ponętne, zieleń przebłyskiwała przez węgiel. Byłam zadowolona z tego, jak się prezentuję, co nie zdarzało mi się często.

Może dzisiaj będzie mój pierwszy raz. Może Ian też doceni tę stylizację.

Podążyłam za nim do zagajnika na końcu ogrodu, gdzie on wyciągnął butelkę, wziął pierwszy łyk, skrzywił się, zacharczał i wypluł wszystko.

– Jezu, to obrzydliwe. – Podał mi butelkę.

Oczywiście nie chciałam tego robić. Widząc wyraz jego twarzy, jak mogłabym mieć ochotę na spróbowanie czegoś tak ohydnego? Ale nie mogłam się wycofać. Ostrożnie wzięłam butelkę, łyknęłam, poczułam, jak gorąco spływa mi po gardle, i łyknęłam raz jeszcze.

– Jezu! – Zrobiłam na nim wrażenie. Wziął ode mnie flaszkę i tym razem zdołał przełknąć wódkę.

Po paru minutach czułam się jak inny człowiek. Zniknęła nieśmiała, niezdarna, niezgrabna nastolatka, a pojawiła się pociągająca, uwodzicielska femme fatale. Nagle krągłości, tak nienawistne, stały się uosobieniem seksowności, a moja nowa grzywka – ponętną zasłoną, zza której zerkałam roznamiętnionym wzrokiem.

Ciepło w moim ciele powędrowało do palców rąk i nóg. Czując rozkoszne mrowienie, pozbyłam się zahamowań i flirtowałam z Ianem, zdumiona, że on odpowiada tym samym. Już nie staliśmy obok siebie skrępowani, tylko leżeliśmy na ziemi, z głowami wspartymi na dłoniach – ja z włosami spływającymi na ramię, w dobrej, miałam nadzieję, imitacji Olivii – i z chichotem przekazywaliśmy sobie butelkę.

– Jesteś bardzo ładna – powiedział nagle. Uśmiech znikł mu z twarzy, butelka wymsknęła się z ręki i Ian wyciągnął szyję, by zbliżyć do mnie usta. Jego oczy zaczęły się zamykać, moje też. I już się całowaliśmy, a serce mało mi nie eksplodowało.

O niczym więcej nie marzyłam. Wsunął dłonie w moje włosy, a ja objęłam go, niezdolna uwierzyć, że wolno mi dotknąć tego chłopaka, którego kochałam już tak długo, że mogę go trzymać, wcisnąć mu język do ust, słuchać, jak wzdycha z rozkoszy. Pchnął mnie na plecy, położył się na mnie, całował mnie w szyję, gdy ja patrzyłam na gwiazdy, wiedząc, że jeśli mam tej nocy umrzeć, to chociaż umrę szczęśliwa. Zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, by ta chwila trwała wiecznie.

Usłyszeliśmy jakiś hałas, ktoś nadchodził. Ian poderwał się jakby porażony prądem. Nawet na mnie nie patrzył, udawał, że odeszliśmy na bok się napić, nic poza tym. Rozczarowanie przeszyło mnie jak sztylet, który obracał się w ranie do końca wieczoru, podczas którego Ian omijał mnie szerokim łukiem.

Co mogłam zrobić innego, jak tylko udawać, że świetnie się bawię? A jak miałam się bawić, jeśli nie z moją nową najlepszą przyjaciółką wódką, skoro dzięki niej czułam się tak dobrze? Może uciszy ten palący ból, może sprawi, że znowu poczuję się piękna.

Przez jakiś czas tak właśnie było. Tańczyłam, później się śmiałam, próbowałam flirtować z innymi chłopcami, żeby wzbudzić zazdrość Iana. Pamiętam, że chichotałam z czegoś histerycznie i nagle ten śmiech przeszedł w straszliwy szloch. A potem nie pamiętam już nic.

To było moje pierwsze spotkanie z gorzałą i luką w pamięci. Wtedy też się dowiedziałam, jak alkohol może przemienić moje życie.

Alkohol czynił mnie piękną, piękną w sposób, którego nigdy nie doświadczyłam na trzeźwo. Napełniał mnie pewnością siebie, której zawsze mi brakowało. Dzięki niemu czułam, że przynależę, że pasuję. A jeśli rano nie pamiętałam, jak skończył się wieczór, to co z tego? Najwyraźniej nigdy nie popełniłam jakiegoś wielkiego błędu ani nie zrobiłam niczego tak strasznego, żeby mnie na wieki wykluczono z towarzystwa. Jeśli już dopracowałam się jakiejś reputacji, to nie samotnej, nieśmiałej dziewczyny, która zawsze stoi z boku, lecz duszy towarzystwa. A wkrótce wszyscy wiedzieli, że prawdziwa impreza zaczyna się dopiero wraz z przybyciem Cat.

Picie stało się problemem, kiedy poszłam na uniwersytet. Moi rodzice nigdy nie byli jakoś megaobecni, gdy dorastałam, więc można by się zastanawiać, dlaczego skoro schodziłam na złą drogę, to nie uczyniłam tego w domu. Ja jednak odłożyłam to na moment wyjazdu.

Dla ojca byłam już i tak wystarczającym rozczarowaniem. Nie musiałam utwierdzać go w przekonaniu, że nie jestem córką, jakiej pragnął.

Moja mama przyjechała na rok ze swojej ojczystej Ameryki, po czym zakochała się w ojcu, pracując jako au pair w Gerrards Cross. Kiedy byłam bardzo mała, wydawała się szczęśliwa, ale później pamiętam ją wyłącznie pogrążoną w głębokiej, chociaż niezdiagnozowanej, może nawet klinicznej depresji.

Rozumiem dlaczego.

Nie rozumiem natomiast, dlaczego w ogóle związała się z ojcem. Chociaż przystojny i w młodości zapewne czarujący, miał tak cholernie trudny charakter, że już jako dziecko myślałam sobie, że wszyscy bylibyśmy o wiele szczęśliwsi, gdyby rodzice się rozstali.

Przesiadywałam ze znajomymi, którzy zalewali się łzami, że ich matka właśnie się dowiedziała, że ojciec ma romans, albo że ich rodzice uznali, że się nienawidzą czy cokolwiek tam innego spośród miliona powodów, które skłaniają ludzi do rozstania. I gdy ci znajomi płakali z ogromnego strachu, że ich rodzina się rozpada, ja myślałam sobie tylko: chciałabym, żeby moi rodzice się rozwiedli.

Moi rodzice to najbardziej niedobrana para na świecie. Mama jest wyluzowana, zabawna, miła. Dobrze się czuje we własnej skórze i jest wesoła, jak przystało na Amerykankę. Wychowała się w Nowym Jorku, ale jej rodzice zmarli bardzo młodo, a ona zamieszkała z ciocią Judith. Nigdy nie poznałam cioci Judith, ale wiem z opowieści, że tamten okres to jedna wielka idylla, zwłaszcza wakacje na Nantucket. Na zdjęciach z tych czasów mama występuje w powłóczystych, hipisowskich szatach i zawsze się uśmiecha. Ma długie jedwabiste włosy i wygląda na szczęśliwą i wolną.

Ostro z nimi kontrastują zdjęcia taty, nawet w początkach związku, gdy byli nowożeńcami, czyli teoretycznie w najszczęśliwszym okresie relacji. On nalegał, by nosiła schludne garsonki albo sweterki typu bliźniak i perły. Włosy miała starannie ufryzowane. Pamiętam nagrzane wałki rano w łazience, bo codziennie nawijała na nie włosy i pryskała lakierem, żeby nieodwracalnie je zdyscyplinować. Na koniec szminkowała usta i wsuwała stopy w pantofle marki Roger Vivier.

Jeśli ojca nie było, rozpuszczała włosy i wiązała chustę na głowie. Nosiła długie cygańskie spódnice i espadryle albo sandały. Taką ją uwielbiałam. Myślałam sobie, że to te ubrania zmieniają jej osobowość, że w tych cygańskich spódnicach jest młoda i zabawna, tańczy ze mną po kuchni, śpiewając na całe gardło piosenki Carole King, które tak kocha. Ale oczywiście tak się działo nie za sprawą ubrań, lecz dzięki nieobecności ojca. Gdy on wyjeżdżał, ona mogła być sobą, nie musiała się przejmować spełnianiem jego oczekiwań.

Lubię myśleć, że mama nie miała pojęcia, w co się pakuje, wychodząc za ojca. Do jego śmierci nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Mama nade wszystko ceniła sobie lojalność. Oczywiście w dzieciństwie, przez wszystkie te lata, które spędziłam na modlitwach o rozwód rodziców, nie wiedziałam o tym, ale teraz zdaję sobie sprawę, że nigdy by od ojca nie odeszła, jakkolwiek byłaby nieszczęśliwa, bez względu na to, ile było tych dni, gdy depresja robiła się tak czarna, tak bardzo pozbawiała ją sił, że w ogóle nie wychodziła z łóżka.

Ubóstwiałam chodzić do moich przyjaciółek, bo tam były ich matki. Kochałam swoją ponad wszystko, ale zawsze wracałam do pustego i cichego domu. Brałam sobie coś z lodówki, ruszałam do sypialni rodziców, otwierałam szeroko drzwi, a tam moja mama siedziała w łóżku. W bardzo zły dzień zasłony były zaciągnięte, w pokoju panował mrok. Często spała, a ja podchodziłam do łóżka i głaskałam ją po ramieniu. Ona się budziła, uśmiechała sennie, przyciągała mnie, żeby pocałować i utulić, chciała słuchać, jak mi minął dzień, bo to był jej jedyny kontakt ze światem zewnętrznym. Ale nie mogłam zostać długo. Nie była w stanie znieść dłuższego pobudzenia i w te dni, te złe dni, zawsze widziałam ulgę w jej oczach, gdy mówiłam, że muszę iść na dół odrabiać lekcje.

Ale nawet w takich najmroczniejszych chwilach ani przez moment nie wątpiłam, czy mama mnie kocha.

W dobry dzień promienie słońca wpadały przez okno, a ona czytała gazety albo książkę i piła mrożoną herbatę. W takie dni mogłam siedzieć z nią godzinami, a w każdym razie aż do powrotu ojca. Obie zawsze wiedziałyśmy, pół godziny przed jego planowanym przybyciem (i dzięki Bogu, zawsze był punktualny), że musimy zachować status quo: zasłony zaciągnięte, telewizor wyłączony. Ojciec wchodził ją pocałować i znowu na jej oczy opadały metaforyczne rolety. Widziałam, że tak dzieje się za każdym razem, i nie miałam wątpliwości, już wtedy, że wbrew jej słowom to nie jest mononukleoza, tylko coś innego.

I wiedziałam, już wtedy, że mój ojciec jest jeśli nie przyczyną, to ważnym czynnikiem sprawczym tego stanu.

Mój ojciec umiał być zabawny, ale zawsze odnosiło się wrażenie, że gra. Jakkolwiek radosny się wydawał, to wrażenie całkowicie przyćmiewała jego potrzeba kontrolowania wszystkiego dokoła.

Czasami czułam się przez niego kochana, ale tylko wtedy, kiedy wszystko w jego otoczeniu, w tym ja, było absolutnie doskonałe. Gdy miałam włosy ułożone w łagodne loki i przewiązane śliczną wstążką; gdy ubrałam się w przymarszczoną kobiecą sukienkę, klasyczne buciki Mary Janes i skarpetki wykończone koronką; gdy byłam cicho, dobrze się zachowywałam i okazywałam szacunek.

Inna Cat: szalona, wydzierająca się w ogrodzie z przyjaciółmi, rozczochrana, z ubraniem w nieładzie, dorodna, wyrastająca na opryskliwą nastolatkę? Tej Cat nienawidził. Może „nienawidził” to za mocne słowo, ale odkąd skończyłam trzynaście lat, nie pamiętam, bym czuła się przez ojca kochana.

Taksował mnie wzrokiem i nawet niespecjalnie się starał ukryć szyderczy uśmieszek. „Wychodzisz w czymś takim?” – pytał, a ja, która przed chwilą z taką dumą oglądałam w lustrze swoje nowe martensy, podekscytowana, że mogę się w nich pokazać przyjaciołom, od razu czułam wstyd. „Wyglądasz śmiesznie!” – prychał. Kręcił głową i burczał pod nosem, gdy moje policzki oblekały się rumieńcem i modliłam się, żeby ziemia się rozwarła, tak bym mogła się pod nią zapaść.

„W życiu nie znajdziesz sobie chłopaka – mówił na przykład zza gazety – jak będziesz chodzić w takich śmiesznych ubraniach! Mam ci przypomnieć, że de facto jesteś dziewczyną?!” A ja w gniewie wydrapałabym mu oczy.

Nienawidziłam go za to, jak mnie traktuje, i za to, jak traktuje moją matkę. Dokładnie to samo zrobił z nią: mówił, w co ma się ubierać, gromił, jeśli powiedziała lub zrobiła coś niewłaściwego, aż ona, chcąc nie chcąc, zniknęła. Tak jak umiała, czyli uciekła do łóżka. I nie wychodziła stamtąd przez lata.

A ja? Jak ja sobie z tym radziłam? Pomogła mi przyjaciółka wódka. I cały zastęp innych nowych przyjaciół, jeśli wódki nie miałam akurat pod ręką. A więc był dżin, z którym nawiązałam krótki, acz namiętny romans w czasach uniwersyteckich. Dżin z tonikiem wydawał się szczytem wyrafinowania, lecz pochłonięcie większości butelki samego dżinu w pojedynkę już nie. Jeszcze dziś, gdy mam dwadzieścia dziewięć lat, nie mogę tknąć tego trunku. Najmniejsza jego ilość przywołuje wspomnienie całych godzin helikopterów i całych godzin rzygania. Poza tym spędziłam wiele, naprawdę wiele szczęśliwych chwil z tequilą, również z wersją z robakiem na plaży w Mykonos pewnego lata.

Zawsze były wino, piwo, chociaż piwo się przecież nie liczy. Niezmiennie też wolałam flaszkę jacka daniels’a niż butelkę szampana.

Ojciec nie mógł znieść mojego picia, a ja nie mogłam znieść ojca, więc pod tym względem moim zdaniem pasowaliśmy do siebie. Odkąd skończyłam uniwersytet i przeniosłam się do Londynu, żeby odbyć staż dziennikarski, po którym zaczęłam pracę w dziale kobiecym „Daily Gazette”, prawie się z nim nie widywałam.

Kiedy byłam całkiem mała, zanim ojciec złamał mamę, świetnie gotowała. Wczesne dzieciństwo wypełniła mi pieczonymi smakołykami, które kojarzyły się jej z ojczyzną: placki jabłkowe, muffinki, i to nie brytyjskie, lecz amerykańskie, solidne; ciasteczka z kawałkami czekolady, które moim koleżankom, wychowanym na czekoladowych bourbonkach, przekładanych dżemem kruchych ciasteczkach i garibaldkach z rodzynkami, wydawały się szczytem szyku.

W mrocznych latach, jeśli coś gotowała, a nie zdarzało się to często, było to bez smaku, mdłe i nudne, odzwierciedlało jej życie z moim ojcem, a może jej uczucia do niego.

Gdy u ojca zdiagnozowano raka, od razu wiedziałam, że to nie potrwa długo. Nie mam pojęcia skąd, po prostu wiedziałam. Na początku wszyscy specjaliści mówili coś w rodzaju „akurat guz prostaty to nie najgorzej”, „bardzo powoli się powiększa”, i tak dalej, i tak dalej, ale ja nie miałam wątpliwości, że ojciec opuści nas najpóźniej za rok.

Pogodziłam się z tym bez trudu. I to do dziś trudno mi zaakceptować. Pamiętam, jak pewnego dnia zadzwoniłam do mamy z pracy, dosłownie parę tygodni przed jego śmiercią – zawieziono go na sygnale do szpitala, bo gwałtownie wzrosła mu gorączka. Mama się spieszyła, bo warczał na nią, co ma mu przynieść z domu, i pamiętam, jak słyszałam w tle jego chrapliwy głos i jak zamknęłam oczy, dosłownie na kilka sekund, i modliłam się cicho: „Proszę, zakończ jego cierpienia – mówiłam. – Błagam, niech to się już skończy”.

Nie skończyło się. Wytrzymał jeszcze trzy miesiące. Kilka razy odwiedziłam go w szpitalu. Od lat czuliśmy się w swojej obecności niezręcznie i gdy przyszłam do niego ten przedostatni raz, musiałam się wzmocnić wódką, żeby nie powiedzieć czegoś, czego bym potem żałowała.

Wypiłam trochę więcej, niż zamierzałam, i muszę przyznać, że wchodziłam do jego sali niebywale… radosna.

– Jesteś pijana – zdołał prychnąć przez rurki.

Spojrzałam tylko na niego, wódka podziałała dokładnie tak, jak chciałam. Jego komentarz wpadł jednym uchem i wyleciał drugim. Pocałowałam ojca w policzek, dla zachowania równowagi trzymając się poręczy przy łóżku, bo niewiele brakowało, a przewróciłabym się na niego, i to z absolutną obojętnością.

Nasze ostatnie spotkanie było straszne. W ciągu trzech tygodni, które minęły od poprzednich odwiedzin, ojciec zmalał o połowę. Wypadły mu włosy, zostało tylko kilka siwych kosmyków, twarz całkiem mu się zapadła. Utrzymywano go w śpiączce farmakologicznej, na ogół środki przeciwbólowe i tak go oszałamiały, chociaż od czasu do czasu budził się przy którejś pielęgniarce i prosił o kostkę lodu, by uśmierzyć pragnienie.

Nie miałam zielonego pojęcia, co do niego mówić, do tego człowieka, z którym walczyłam całe swoje życie. Chciałam, żeby na koniec wydarzyło się coś doniosłego. Chciałam, by się obudził, żebyśmy coś sobie może wybaczyli, powiedzieli, że się kochamy, żeby doszło do jakiegoś domknięcia, bo wiedziałam, że nigdy więcej już go nie zobaczę. Ojciec się jednak nie obudził i nic sobie nie powiedzieliśmy. Siedziałam tylko skrępowana na krześle, które przystawiłam do łóżka, i patrzyłam na niego. Po jakimś czasie wsunęłam w jego dłoń swoją i pogłaskałam go, przypominając sobie, jak silny mi się wydawał, kiedy byłam mała, jak bardzo go wtedy kochałam, gdy on myślał, że jestem doskonała, zanim dorosłam na tyle, by wypełnić jego życie rozczarowaniem. Przypomniałam sobie, jak dawniej wsuwałam w jego rękę swoją maleńką dłoń, jak na mnie patrzył oczyma przepełnionymi… hm, no może nie miłością. Choć czasami miłością, ale zawsze podszytą dezorientacją.

„Kim jesteś? – pytał niekiedy z czułością. – Skąd się wzięłaś?”

„To mój podrzutek” – przedstawiał mnie ludziom, a ja czułam się wówczas wyjątkowo, aż urosłam na tyle, by wyczytać gdzieś, że podrzutek to dziecko podłożone do kołyski zamiast tego doskonałego, które zostało porwane.

A jednak tamtego dnia w szpitalu, trzymając jego dłoń, płakałam. Strasznie to zabrzmi, ale chyba opłakiwałam nie tyle ojca, który odchodził, co ojca, którego nigdy nie miałam. Opłakiwałam wszystko, co mnie ominęło, opłakiwałam tatę, o którym zawsze marzyłam i który by mnie kochał bezwarunkowo i bezgranicznie. Płakałam, bo nie miałam taty, który by mnie akceptował taką, jaka jestem.

A poza tym płakałam chyba z ulgi.

Moja mama, jak przystało na kobietę, która straciła męża po niemal trzydziestu latach związku, opłakała go należycie, a po pół roku rozkwitła.

Jeśli teraz się na nią patrzy, trudno sobie wyobrazić, że przeżyła w przeszłości choćby jeden nieszczęśliwy dzień.

Rozdział drugi

Przede wszystkim zaraz po śmierci ojca mama wystawiła na sprzedaż nasz wielki stary dom w Gerrards Cross i kupiła sobie cudowne jasne mieszkanie na Marylebone High Street.

Odżyła. Na tarasie dachowym poustawiała gliniane donice, z których wylewają się pelargonie i fuksje, clematis wspina się po treliażu zasłaniającym ją przed wzrokiem sąsiadów, dzięki czemu może się opalać nago, co robi, gdy tylko pozwala jej na to pogoda.

Ma kota (ojciec nienawidził kotów, co naprawdę powinno posłużyć za sygnał ostrzegawczy – za skarby świata nie ufaj mężczyźnie, który nie lubi dzieci i zwierząt, a zawsze odnosiłam wrażenie, że ojciec nie należy do wielbicieli ani jednych, ani drugich), szafę pięknych ubrań, z których większość wybrała na wyprzedaży w Whistles, i intensywne życie towarzyskie ze swoimi nowymi miastowymi przyjaciółmi.

Umówiłyśmy się na dzisiaj w Sagne, zresztą wypracowałyśmy sobie już taką sobotnią tradycję, chociaż ja na ogół, tak jak dziś, odchorowuję piątkowe imprezowanie.

Wczoraj nie było jednak jakoś najgorzej. Żadnych imprez. Zjadłam kolację z Jamiem, moim takim jakby dorywczym chłopakiem. Nie mogę go nazwać moim chłopakiem, ponieważ ponad wszelką wątpliwość nim nie jest, ale też ponad wszelką wątpliwość jest kimś więcej niż kolegą. Niezależnie od tego, kim dokładnie jest, nasz układ się sprawdza. Jamie to taki ktoś, do kogo mogę zadzwonić o dowolnej porze, jeśli mam ochotę na seks albo chcę pogadać, albo po prostu mi się nudzi. Nadal nie do końca kumam, dlaczego nie byliśmy w stanie przejść do następnego etapu, ponieważ w łóżku jest nam rewelacyjnie (chociaż, tak z ręką na sercu, większość naszych łóżkowych randek pamiętam zdecydowanie mgliście) i rewelacyjnie nam się gada, i to powinno wystarczyć, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że żadne z nas nie jest chyba w stanie wskazać choćby jednego elementu, którego brakuje do przypieczętowania naszego układu.

Już zdążył wyjść, co mnie cieszy. Zdaję sobie sprawę z tego, jak wyglądam rankiem po pijaństwie, i to nie jest piękny widok. Choć Jamie widywał mnie w takim stanie już wiele razy, zawsze mam nadzieję, że więcej już tego nie zrobię, a ponieważ oboje wiemy, że to nieprawda, on zaczął wychodzić, gdy ja jeszcze śpię. Ten zabieg odrobinę chroni naszą relację.

Wczoraj poszliśmy nad Regent’s Canal i zjedliśmy kolację w restauracji na barce. Było cudownie i romantycznie, i bardzo, bardzo żałuję, że wyżłopałam wszystkie martini i całe to wino, ponieważ ulice nad kanałem o tej porze roku są najpiękniejsze i naprawdę strasznie by mi się podobało, gdybym sobie nimi chodziła, ciesząc oczy widokami.

Jeśli dobrze pamiętam, bardziej się zataczałam, niż przechadzałam. Jamie musiał ciągle mnie pilnować, żebym szła prosto. Nie mam pojęcia, czy uprawialiśmy seks czy nie, ale on mówi, że teraz zwykle zostaje na noc, żeby sprawdzić, czy ze mną wszystko okej.

Zaraz, zaraz. Coś mi się przypomina. Wczorajszy wieczór. Pokłóciliśmy się. W drodze do domu. O Boże… Z jękiem chowam twarz w poduszce, jakbym w ten sposób mogła to wspomnienie przegonić, ale ono trwa przy mnie. Nie ustępuje. A wolałabym nie pamiętać.

Jamiego martwi moje picie. Powiedział, że piję za dużo, a ja się na niego wściekłam. Krzyczałam przez całą Blomfield Road. Nie pamiętam, co mówiłam, pamiętam tylko jego zbolałą twarz.

Nie został na noc. Teraz wiem na pewno. Powiedział, że nie zamierza już tego ciągnąć, że nie może patrzeć, jak niszczę siebie w ten sposób. Powiedział, że wszyscy przyjaciele się o mnie martwią i że w wieku dwudziestu dziewięciu lat zachowuję się, jakbym była dziesięć lat młodsza, a czas, żebym dorosła i stała się odpowiedzialna.

Pamiętam, że krzyczałam coś o tym, że jestem odpowiedzialna, mam mieszkanie, na miłość boską, i mam stałą pracę, a on nic o mnie nie wie.

Otwieram jedno oko i zerkam na prawą stronę łóżka, rzecz jasna pustą. Oczywiście, że nie został na noc, żeby wymknąć się rankiem. Dopilnował, żebym dotarła do domu i – zerkam po sobie, mam T-shirt i spodnie od piżamy – tak, owszem, rozebrał mnie, a potem wyszedł.

Zalewa mnie fala wstydu. Może i jestem sama, ale policzki mi płoną. Ma rację. Nie mogę tak dalej. Nie mogę co rano budzić się z poczuciem, że jestem kupą gówna. Nie mogę co rano budzić się, przysięgając, że nigdy już tego nie zrobię, że właśnie dzisiaj przestanę pić, a potem, o piątej, szóstej czy siódmej, mówić sobie, że to tylko lampka wina albo jedno piwo, albo jeden mały shot, który na pewno nie zaszkodzi, i nagle łup! I przejście do poranka nazajutrz, gdy budzę się z fragmentarycznymi wspomnieniami o tym, co się stało wieczorem, i zawsze, zawsze czuję się jak kupa gówna.

Biorę telefon i dzwonię do mamy.

– Możemy to przełożyć na jedenastą? – chrypię do słuchawki. – Nie za dobrze się czuję.

– O Boże, Cat. Znowu? – Mama nawykła do tych sobotnich telefonów o poranku.

– Wiem. Przepraszam… – Nagle ku mojemu zdumieniu oczy napełniają mi się łzami i głos mi się łamie. – Mamo…? Ja chyba potrzebuję pomocy.

Godzinę później siedzę naprzeciwko mojej mamy w Sagne, wzmocniona kilkoma filiżankami cappuccino, czterema aspirynami i migdałowym croissantem. Wiem, że podobno najlepszym lekarstwem na kaca jest solidne angielskie smażone żarcie, ale na myśl o tłustym bekonie i opiekanym chlebie zawsze chce mi się rzygać. Rozpływający się w ustach croissant z akuratną ilością nadzienia marcepanowego działa za każdym razem.

Mama patrzy na mnie z troską.

– Więc potrzebujesz pomocy w sprawie picia?

Nagle już nie wydaje mi się to takie pilne. Gdy rozmawiałam z nią po przebudzeniu, miałam wrażenie, że głowę mi zaraz rozsadzi, że w moich ustach zdechły trzy tysiące wiewiórek, a ja sama leżę na dnie rozpaczy. A teraz, pokrzepiona środkami przeciwbólowymi, kawą i cukrem, uświadamiam sobie, że moja reakcja była zdecydowanie przesadzona.

– Przepraszam cię bardzo – mówię ze skruchą. – Trafiłaś na wyjątkowo paskudny moment. Jak dzwoniłam, czułam się jak kupa gówna, ale już mi lepiej. – Oczekuję, że się uśmiechnie z ulgą, lecz ona się krzywi.

Jest taka elegancka… ta moja mama. Włosy, za życia ojca nieustannie farbowane, nosi naturalnie siwe i teraz, po trzech latach, mają łagodny białawy kolor. Strzyże je w szykownego boba, skórę wciąż ma miękką i gładką, oczy połyskują odcieniem zieleni, który – chwała Bogu! – odziedziczyłam. To jedyne, co po niej odziedziczyłam.

Nic dziwnego, że ojciec nazywał mnie podrzutkiem, bo prawdę mówiąc, nie jestem podobna do żadnego z nich, z wyjątkiem oczu mamy. Ojciec miał klasycznie bladą cerę rasowego Brytyjczyka, lekko haczykowaty nos – choć on zawsze twierdził, że orli – i wąskie usta.

Ja mam śniadą skórę, pod którą skrywam liczne alkoholowe grzechy. Nawet na przepotwornym kacu, kiedy niemal umieram z wyczerpania, nigdy nie robię się blada czy ziemista, nigdy nie wyglądam na chorą. Usta mam pełne, włosy ciemne z jaśniejszymi pasmami, które płowieją od słońca na wakacjach w ciepłych krajach. Jako dziecko nie cierpiałam swojego wyglądu, chciałam mieć mysie włosy, bladą skórę, niebieskie oczy i wąskie wargi. Teraz, w wieku dwudziestu dziewięciu lat, bardziej się z nim godzę i czasami, ale tylko czasami, patrzę na siebie w lustrze, a twarz, którą widzę, zaskakuje mnie i cieszy.

Ale to nie z twarzy przypominam mamę. Chociaż spędziła większość życia w tym kraju, z daleka rozpoznasz w niej Amerykankę. Zdradza to jej postawa, pewność siebie, uśmiech i – tak, owszem – doskonałe, wielkie białe zęby (kolejna rzecz, którą, chwała Bogu, odziedziczyłam).

Jest smukła i wysoka i nawet w zwykłych dżinsach i T-shircie z dekoltem w serek, w starym złotym łańcuszku na szyi i w baletkach, wydaje się absurdalnie elegancka. Zwłaszcza teraz, gdy ubiera się, jak chce. Preferuje prosty styl: nosi szarości i beże, nigdy nic barwnego, i zawsze wygląda nieskalanie, nawet bez makijażu, nawet jeśli sprawia wrażenie, że nie za bardzo się starała.

Trudno mi uwierzyć, że to moja matka.

Ale to jest moja matka, znam ją i znam tę minę, i to nie jest dobra mina.

Biorę głęboki oddech.

– Naprawdę dobrze się czuję. Wczoraj po prostu trochę przesadziłam i wtedy zawsze budzę się z okropnym samopoczuciem, ale nie potrzebuję pomocy. No wiesz, ewidentnie za dużo wypiłam. – Teraz podnosi wzrok, zaskoczona, że to przyznałam. – Wiem, że piję za dużo, i przestanę. Nie mogę się dalej budzić w tym stanie, z takim samopoczuciem, więc postanowiłam, że ten wieczór to był ostatni raz. I tyle. Od dzisiaj nigdy więcej alkoholu.

Czekam, aż uśmiechnie się z ulgą, lecz na próżno. Nadal ma tę minę, i teraz spuszcza wzrok na stół, jakby zastanawiała się, co powiedzieć, a ja wiem, że to jest coś złego. Wreszcie z ciężkim westchnieniem podnosi wzrok i patrzy mi w oczy.

– Cat – mówi powoli. – Jest coś, czego ci nigdy nie mówiłam. Coś, co powinnam ci powiedzieć wiele lat temu, ale nigdy nie znalazłam na to właściwej chwili. Bardzo cię przepraszam. Sądziłam, że postępuję właściwie, że kieruję się twoim dobrem, ale teraz myślę, że wyświadczyłam ci niedźwiedzią przysługę, zachowując to w tajemnicy przed tobą.

Serce mi łomocze. O czym ona mówi, na litość boską?

– O co chodzi? – Mój głos brzmi dziwnie, wszystko przez szum w uszach i łomot w klatce piersiowej. Cokolwiek teraz się stanie, mam niesamowitą pewność, że całe moje życie się zmieni w zupełnie nieprzewidywalny sposób.

Wzdycha.

– Chodzi o twojego ojca.

Rozdział trzeci

LONDYN, 1968

Audrey patrzy przez okno na rzędy identycznych bliźniaków z czerwonej cegły. Wszystkie zbudowano po tym, jak V1 zrzucone na Londyn w czasie drugiej wojny światowej zburzyły całe szeregi poprzednich domów. Próbuje stłumić dreszcz podniecenia.

Odwraca się, by spojrzeć na męża. Jego wielkie dłonie spoczywają na kierownicy, szczęka napina się jak zawsze.

– Na pewno się denerwujesz, kochanie – mówi, nie odrywając wzroku od drogi.

– Odrobinę – kłamie, a on wyciąga rękę, by pokrzepiająco poklepać ją po nodze, na sekundę odwracając twarz z pobłażliwym uśmiechem.

– Może spróbuję przyjechać na trzeci tydzień – mówi. – Chociaż w pracy jest teraz strasznie trudno. Wiem, że nie chcesz jechać, ale twoja ciotka cię potrzebuje. To jest absolutnie właściwe posunięcie.

– Wiem – odpowiada Audrey, która nie może uwierzyć, że dostała zgodę, by wrócić do ojczyzny, do Ameryki, na prawie całe lato, sama, bez męża, przed którym musi grać.

Pięć lat temu, jako dziewiętnastolatka, Audrey przyjechała z Nowego Jorku do Buckinghamshire w Anglii, by pracować jako au pair. Raptem kilka kilometrów dalej, w Londynie, wszystko swingowało, życie toczyło się w tempie wcześniej nieznanym, ale Audrey na przedmieściach Gerrards Cross nic o tym nie wiedziała, pilnując dzieci, gdy ich rodzice pili dżin z tonikiem i wydawali przyjęcia dla sąsiadów i przyjaciół.

Audrey zawsze zachwycała się wszystkim, co brytyjskie, dorastała, zatracając się w książkach Jane Austen i Charlotte Brontë, szczytem jej marzeń było niszczejące majestatyczne gmaszysko i jego pełen elegancji dziedzic w komplecie.

Gdy się zgłosiła do agencji dla au pair, może nie miała w planach znalezienia miłości życia, ale nie mogła zaprzeczyć, że każdą noc prowadzącą do wyjazdu wypełniały jej wymyślne fantazje. Kiedy wsiadła na pokład samolotu linii Pan Am na JFK, głowę rozsadzały jej nadzieje i marzenia.

Wilkinsonowie – Pam, Tony i dwójka ich dzieci – okazali się przeuroczy, ich wielki wolno stojący edwardiański dom na Mill Lane również, choć Audrey nie spodziewała się, że będzie w nim panował aż taki spokój.

Zamieszkała na poddaszu, miała puszystą białą wykładzinę i gramofon w kącie, a także okno wychodzące na drzewa, który to widok przepełniał ją szczęściem.

Dzieci – dziesięcioletni Stephen i ośmioletnia Lizzy – były rozkoszne, a wieczory, które początkowo spędzała zwinięta w swoim pokoju nad książką, coraz częściej wypełniały się zajęciami.

Zaprzyjaźniła się z inną au pair, Anną ze Szwecji, która pracowała przy tej samej ulicy. Razem się stroiły i wybierały do Uxbridge na wieczór albo na drinka w pobliskim Packhorse Inn. I tam właśnie pewnego wieczoru znalazł ją Richard.

Choć nie był dziedzicem, panem na włościach, wydawał się elegancki, czarujący i tak fantastycznie przystojny w swoim wąskim garniturze i wypolerowanych włoskich butach. Zaimponował jej nawet bez majestatycznego zamczyska.

Traktował ją jak księżniczkę, ewidentnie ją uwielbiał, z czułością żartował sobie z jej amerykańskiego akcentu, którego bardzo, acz nieskutecznie starała się pozbyć.

Richard był agentem nieruchomości. Gdy Audrey go poznała, wchodził w branżę nieruchomości komercyjnych, wdziękiem i urodą zapewniał sobie coraz więcej sukcesów. Zmienił triumpha TR7 na jaguara E i zabierał Audrey na West End na olśniewające sobotnie imprezy.

Znał właściwych ludzi, dzięki którym miał gwarantowany wstęp do najlepszych lokali. Zadawali się ze wszystkimi, od Marianne Faithfull po księcia Philipa, od Twiggy po Vidala Sassoona, pili szampana w Saddle Room Hélène Cordet i grali w ruletkę w Les Ambassadeurs.

Po szalonych nocach szła z jego przyjaciółmi na jajka z bekonem do Golden Egg na Oxford Street, zastanawiając się, czy wyśledzą któregoś z braci Kray. Czuła się niemal jak gwiazda, gdy jadała śniadania nad ranem w centrum całego świata.

Londyn przebudził się w latach sześćdziesiątych, a Audrey przebudziła się w te sobotnie noce, pod przewodnictwem Richarda, schodząc ostrożnie po żelaznych schodkach do Annabel’s, gdzie Louis witał Richarda uściskiem dłoni, a Audrey całusem.

Oczywiście, że zakochała się w Richardzie. W Nowym Jorku nie znała nikogo takiego jak on, tam mężczyźni mieli zaledwie odrobinę jego wytwornego czaru. Nigdy nie czuła się tak pełna życia jak przy Richardzie. Przedłużyła umowę do dwóch lat, a kiedy minęły, powiedziała Richardowi, że musi wracać do domu.

Oświadczył się. Przyjęła go. Ponieważ ich bieżące życie toczyło się w Anglii i ponieważ jej rodzice od dawna nie żyli, ciocia Judith przyleciała na ich skromniutki ślub w ratuszu. Audrey miała na sobie zwiewną sukienkę od Biby, długie włosy skręcone w loki i była szczęśliwa.

Kilka miesięcy później któregoś dnia Richard wrócił wczesnym wieczorem do domu, do ich maleńkiego szeregowca w pobliżu stacji, podekscytowany skrywaną tajemnicą. Wręczył Audrey klucz, powiódł ją do samochodu i zawiózł do wielkiego, pięknego edwardiańskiego domu na Mill Lane. Był maj, kwiaty kwitły, on nie chciał powiedzieć, o co chodzi, poprowadził ją ścieżką do drzwi, a potem gestem nakazał użyć klucza.

– Kto tu mieszka? – wyszeptała Audrey, rozglądając się z nabożnym podziwem.

– My. Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy, kochanie. Witam w naszym nowym domu.

Audrey z zapartym tchem obeszła wnętrza. Wielkie pokoje zalewało światło z okien z witrażowymi szybkami, ściany pokrywała wiekowa boazeria. Ten dom aż błagał o dzieci, psy, wspomnienia.

– Podoba ci się? – spytał wreszcie.

– W życiu nie widziałam piękniejszego domu – odrzekła, myśląc o maleńkim mieszkanku na Upper West Side, gdzie się wychowała, z ułożonymi w jodełkę parkietami i wieloma warstwami starej, żółknącej spękanej farby.

– Zapełnimy go dziećmi. – Przyciągnął ją do siebie. – W tym domu będą dorastać. To początek reszty naszego życia.

Audrey pozwoliła się przytulić, podniosła głowę, czekając na pocałunek Richarda, bo wiedziała, że tak powinna się zachować. Rzeczywiście nigdy w życiu nie widziała piękniejszego budynku, ale nie sprawiał na niej wrażenia domu, w którym ona ma mieszkać. Nie czuła, że to jej dom.

Uwielbiała mieszkanko przy stacji, takie ciepłe i przytulne. Ten dom przypominał posiadłość, rezydencję; nie miała pojęcia, jak go urządzić, co miałaby w nim robić.

– Weźmiemy ci kogoś do pomocy – zapowiedział Richard i znalazł kobietę mieszkającą w Denham, która prędko wypełniła dom meblami i akcesoriami.

Audrey uznała je za przepiękne, ale nie czuła, że to jej meble i akcesoria.

– To będzie wspaniały dom dla naszej rodziny – mówił Richard każdemu, kto chciał słuchać.

– Jesteś w ciąży? – Ktoś zawsze niezawodnie zwracał się do Audrey z gratulacjami na końcu języka. I wpadał w lekkie zakłopotanie, gdy zaprzeczała. – Ależ nie szkodzi – zapewniał. – Macie mnóstwo czasu.

Trzy lata małżeństwa i ani śladu dziecka. Trzy lata małżeństwa i Richard wcale już nie wydawał się taki czarujący. Wieczory na West Endzie odeszły do historii, przynajmniej dla nich. Richard niemal bez przerwy odbywał przeciągające się do późnego wieczora spotkania, a gdy wychodzili we dwójkę, to zwykle do kina albo w weekend na piknik nad stawem.

Wszyscy ich znajomi mieli dzieci, Audrey zaś co miesiąc, kiedy stawało się jasne, że u nich żadne dziecko nie jest w drodze, mówiła sobie, że następnym razem na pewno już się tego doczekają.

Bóg jej świadkiem, że bardzo potrzebowała, by coś się w końcu wydarzyło. Teraz, gdy posiadanie angielskiego męża nie wydawało się jej już tak atrakcyjne, Richard okazał się trochę mniej czarujący niż na początku. W chwilach przygnębienia myślała wręcz, że jest tyranem. Zastanawiała się, czy to tylko różnice kulturowe, czy może chodzi o to, że on jest Anglikiem, a Angielki są na przykład bardziej uległe. Nie podobało jej się, że mówi jej, jak ma się ubierać, co gotować, jak się zachowywać, ale przyzwyczajała się do tego, tak bardzo się starała być dobrą żoną, taką żoną, jakiej on pragnie.

Kochał ją, oczywiście, tego była pewna. A w każdym razie kochał tę osobę, za którą ją uważał, w którą ona się zamieniła, by być żoną, jakiej pragnął. Mówił jej, jaka jest piękna, jakim on jest szczęściarzem, że ją ma. Przechwalał się nią niczym egzotycznym trofeum, wiedząc, że wygrał grę w atrakcyjne żony.

Ale czy nie każde małżeństwo tak właśnie wyglądało? Audrey rozejrzała się dokoła, szukając potwierdzenia, cienia nadziei, że nie jest sama. I nie była sama. Nowe przyjaciółki przy porannej kawie wznosiły oczy do nieba, opowiadając o swoich mężach, chichocząc nad ich dziwactwami.

Audrey nauczyła się już patrzeć na świat tak jak one, aż zaczęły się rodzić dzieci i nowe przyjaciółki przepadły w Niemowlakowie, a ona poczuła się jeszcze bardziej samotna.

List od cioci Judith nadszedł w idealnym momencie. Ciocia Judith zawsze była dla Audrey niemal jak matka, zwłaszcza gdy jej rodzice umarli, jedno po drugim, kiedy miała niewiele ponad dziesięć lat. Dzieci cioci Judith były starsze, wyprowadziły się już, jedno do Kalifornii, drugie do Michigan, założyły rodziny i poświęcały im czas, a brakowało im go dla matki. Audrey została jedynym odpowiedzialnym dzieckiem.

Tęsknię za Tobą, drogie dziecko – pisała ciocia Judith. – Zastanawiam się, czy sprzedać dom na Nantucket. To trudna decyzja, ale skoro wszystkie dzieci powyjeżdżały, bez sensu chyba trzymać ten wielki stary dom tylko dla mnie. Abigail powiedziała, że przyleci z Michigan mi pomóc, ale oczywiście teraz dzieci jej potrzebują, a Michael w Kalifornii nie może zostawić pracy. Wiem, jaka jesteś zajęta, ale jeśli poczujesz potrzebę zażyć słońca Massachusetts, mogłabym skorzystać z Twojej pomocy! Zamierzam wyjechać zaraz po Memorial Day i przez całe lato będę się tam zajmować pakowaniem. Możesz przyjechać w dowolnej chwili, z Richardem lub bez. Tak cudownie byłoby Cię zobaczyć, moja słodka dziewczynko.

Wieczorem przy kolacji Audrey podała list Richardowi. Serce jej łomotało z wyczekiwania, gdy on w roztargnieniu go czytał, a potem odłożył.

– No i? – spytała. – Pojedziemy?

– Ja raczej nie mogę – odrzekł. – Mam wielką transakcję w fabryce samochodów, pewnie uwiąże mnie na całe lato. – Spuścił wzrok i przełknął kolejny kęs steku Diane.

– No to czy ja pojadę?

– A chcesz jechać?

Audrey zastanawiała się kilka sekund. Chciała jechać najbardziej na świecie. Gdy żyli jeszcze jej rodzice, zawsze latem całą rodziną jeździli do cioci Judith na kilka tygodni, a po ich śmierci Audrey udawała się tam na całe wakacje. Na Nantucket zawsze czuła przede wszystkim spokój, to o tej wyspie coraz częściej myślała ostatnio z tęsknotą, mieszkając na ślicznych zielonych angielskich przedmieściach.

Chciała poczuć zapach oceanu i przejść się Main Street, zachodząc po gazety do The Hub. Chciała napić się kawy w Cy’s Green Coffee Pot i penetrować zakamarki sklepu narzędziowego tuż obok. Chciała się cofnąć do swojego życia, gdy czuła się szczęśliwa, radosna i wolna.

– Nie wiem – skłamała, bojąc się, że jawny entuzjazm wzbudzi jego podejrzenia i odmówi. – Nie chcę cię zostawiać, ale czuję, że powinnam jechać. To mnóstwo pracy, ciocia jest straszną zbieraczką, ale ona nie ma nikogo innego, jej dzieci to katastrofa, a ja jej tyle zawdzięczam. Szczerze: uważam, że tak należy postąpić.

– Powinnaś jechać – odrzekł Richard. – Nie chcę, żebyś jechała, ale to przecież nie potrwa długo, prawda?

– Myślę, że będzie mnie potrzebowała przez jakiś tydzień. Może dwa. No, trzy to absolutne maksimum.

– Postaraj się zamknąć w dwóch – podsumował, a Audrey kiwnęła głową, sięgając po kieliszek z winem, by stłumić ekscytację, która ogarnęła ją, gdy tylko te słowa wyszły z jego ust.

Ekscytacja już nie ustąpiła. Od czternastego kwietnia, gdy dostała list od ciotki, do trzydziestego pierwszego maja, kiedy wyleciała do Nowego Jorku, albo czuła swędzenie całego ciała, albo paraliżował ją strach, że coś jej stanie na przeszkodzie i Richard zmieni zdanie.

Nie zmienił. Był kochający, nieobecny i zajęty jak zawsze. Ich związek był równie miły jak zawsze. Czego się spodziewałam? – myślała czasami w środku nocy, gdy wybudzała się ze snu, zmartwiona, co kryje jej przyszłość, czy podjęła słuszną decyzję, czy powinna być szczęśliwsza. Uświadomiła sobie, że jej rodzice stanowili dowód, że do szczęścia niewiele trzeba. Darzyli się żarliwą, nieokiełznaną miłością, nawet po latach małżeństwa, nawet po przyjściu na świat Audrey, z pominięciem wszystkich innych, w tym i samej Audrey. Nic dziwnego, że u ojca zdiagnozowano chorobę serca krótko po śmierci matki, nic dziwnego, że jego stan pogarszał się tak szybko – żadne z nich nie chciało żyć bez tego drugiego.

Dziwne natomiast, że jej własne małżeństwo w ogóle nie przypominało związku rodziców. Oczywiście jeszcze przed ślubem wiedziała, że tak będzie, że ona i Richard nie będą tacy sami, ale sądziła, że nadejdzie czas na takie oddanie, że ich więź z upływem lat nabierze siły. Nie spodziewała się braku rozmów – tego, że Richard będzie siedział przy stole pogrążony w lekturze gazety, podczas gdy ona w milczeniu będzie konsumować posiłek, pragnąc, by z nią porozmawiał, zwrócił na nią uwagę.

Tak się ożywiał w obecności znajomych, kiedy wychodzili na kolację z innymi parami, po prostu dusza towarzystwa, a kiedy byli sami, za zamkniętymi drzwiami, prawie jej nie zauważał.

Jestem samotna, myślała w te noce, gdy o trzeciej nad ranem na palcach schodziła na dół i robiła sobie herbatę. W życiu bym nie sądziła, że będę w małżeństwie bardziej samotna niż jako singielka.

Wiedziała, że dzieci by to zmieniły. Dzieci by ich do siebie zbliżyły, dały jej cel. Richard nie pozwalał jej pracować – nikt z jego odnoszących sukcesy przyjaciół nie miał pracującej żony, wszystkie panie bez reszty poświęcały czas wizytom u fryzjera, u manikiurzystki, zakupom i dzieciom – więc Audrey cały dzień krążyła po domu, rozpaczliwie szukając zajęcia.

Miała pieska, maltańczyka, z którym spacerowała godzinami, zerkając na zegarek i zastanawiając się, jak to możliwe, że czas płynie tak powoli.

Potrzebowali dziecka. Nie rozumiała, dlaczego jeszcze go nie ma, i nie miała pojęcia, co z tym zrobić. Instynktownie podejrzewała, że to wina Richarda, ale nigdy nie powiedziała tego na głos. On jednak kwestionował jej płodność niezliczoną ilość razy, a ona robiła wszystko, co należy. Rzuciła nawet palenie, po tym jak podsłuchała jakąś matkę, która mówiła, że zaszła w ciążę, gdy tylko przestała palić. Ale to nie był ich czas, jeszcze nie. W każdym razie tak zawsze odpowiadała, gdy ktoś pytał.

Dziecko oznaczałoby kres samotności, tego była pewna. Wystarczy sobie wyobrazić jej dni wypełnione budzeniem się maluszka, podgrzewaniem butelki, karmieniem łyżeczką i sprzątaniem wokół krzesełka dziecięcego. Wystarczy sobie wyobrazić, jak pcha wózek z dzieckiem po High Street, jak przystaje, by zajrzeć w witryny wszystkich mijanych sklepów, bo widziała, że tak właśnie robią matki, jak paple z napotkanymi matkami, jak zaprasza je na herbatkę, którą wypiją, patrząc, jak ich dzieciaczki raczkują po dywanie w salonie.

Wystarczy sobie wyobrazić, jak tatuś wraca do domu, a jego twarz jaśnieje, gdy maluszek drepcze do niego na powitanie. Jak jej twarz promienieje miłością, kiedy patrzy, jak Richard podrzuca swoją córkę wysoko w powietrze, ona popiskuje z radości, a on ją łapie i kręci się z nią dokoła, po czym wyciąga rękę, by przytulić żonę, z oczyma wypełnionymi uczuciem i dumą.

Wystarczy sobie wyobrazić drugie dziecko, i trzecie. Jak dom cały się trzęsie, gdy dzieci biegają po schodach w górę i w dół. Przyjęcia urodzinowe z animatorami, papierowe miseczki z twigletsami i smartiesami ustawione przez środek stołu ogrodowego, dorośli stojący na jednym końcu z drinkami i przekąskami, uśmiechający się z pobłażaniem, kiedy ku uciesze ich dzieci magik wyciąga króliki z kapelusza.

Mijały kolejne dni dzielące ją od podróży do Nowego Jorku i znowu zaczął się jej okres. Mówiła sobie, że ten wyjazd jest jej bardzo potrzebny. Może nawet w Nowym Jorku pójdzie do jakiegoś lekarza? Ufała im, słyszała, że tam są medycy, którzy znają tajniki poczęcia.

Ta podróż zmieni moje życie – zdecydowała – zmieni moją przyszłość. Znowu czuła ekscytację, w czasie lotu, na lotnisku, w samochodzie, który ciocia Judith przysłała po nią do Hyannis, by zdążyła na prom. Aż wreszcie, gdy z pokładu statku ujrzała port na Nantucket, serce jej podeszło do gardła z tęsknoty i nadziei.

Rozdział czwarty

Nantucket, wysepka u wybrzeży Massachusetts, rozsławiona w połowie dziewiętnastego wieku dzięki wielorybnictwu, sto lat później została odkryta przez deweloperów, którzy zachęcali bogatych letników, by w wakacje odwiedzali wyspę o brukowanych uliczkach, urokliwych krytych szarym gontem domach i treliażach obwieszonych różami i hortensjami.

Ludzie przyjeżdżali tu, uciekając przed hałasem Bostonu i Nowego Jorku, żeby na „wyspie marzeń”, jak nazywali ją miejscowi, radować się urodą ślicznego miasteczka, plaż i portu.