Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » The Most Beautiful. Moje życie z Prince’em

The Most Beautiful. Moje życie z Prince’em

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8129-149-1

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “The Most Beautiful. Moje życie z Prince’em

PRINCE – sławny muzyk, wybitny wokalista, znakomity showman. Te wszystkie walory prezentował na swoich płytach, koncertach i w teledyskach. Jaki jednak był w prywatnym życiu, gdy nie oglądały go tysiące wielbicieli?

Mayte Garcia poznała Prince’a, gdy miała 16 lat. Urzeczona charyzmą i talentem, pracowała w jego zespole jako tancerka i piosenkarka. Po kilku wyczerpujących, ale wspaniałych latach została jego żoną. W „The Most Beautiful” opisuje ich wspólną, ciężką pracę, drobiazgowo przygotowywane koncerty, pedantycznie dopracowywane nagrania płyt i clipów, zależności między członkami zespołu i ich relacje z leaderem.  W życiu Prince’a nie było miejsca na niedociągnięcia, a każdy, kto nie spełniał jego wysokich wymagań, nie mógł z nim pracować. Jeśli jednak dawał z siebie wszystko, przeżywał niesamowite chwile u boku jednej z największych gwiazd muzyki.

Jednak głównym walorem tej książki jest pokazanie prywatnego życia Prince’a, życia, o którym nie wiedzą nawet jego najwierniejsi wielbiciele. Mayte wspomina go jako znakomitego przyjaciela, czułego i wspaniałego męża, opisuje ich wielogodzinne rozmowy, poruszające wyznania, ich zaręczyny i perfekcyjnie przygotowany przez Prince’a ślub. Nie waha się opowiedzieć także o swoim krótkim macierzyństwie. Wreszcie pisze o rozstaniu i chwili, gdy dostała ostatnią wiadomość o swoim byłym już wówczas mężu – o jego śmierci.

 

Niezwykła książka, również dla tak ortodoksyjnych fanów jak ja. Mayte opisała wiele zdarzeń z życia i kariery małego geniusza z Minneapolis, o których świat dotychczas nie wiedział.

Sceptycznie podchodziłem do książki napisanej przez eksżonę Prince’a. Pomyliłem się. I jestem z tego powodu szczęśliwy! Bo życie Mayte z Księciem było bajkowe i trudne jednocześnie. Dowiadujemy się, jak wrażliwą osobą był geniusz z Minneapolis.

Właśnie! Geniusz! Bo teraz już nikt nie powinien wątpić w jego wielkość. Również jako człowieka. Pozycja nie tylko dla fanów artysty.

Hirek Wrona

Po przeczytaniu tej książki zupełnie inaczej będziecie odbierać twórczość Prince’a. Niesamowita opowieść Mayte jest swego rodzaju pożegnaniem, autoterapią, którą pochłania się z zapartym tchem.

Niezwykle poruszające.

Gabi Drzewiecka, dziennikarz muzyczny

 

BIOGRAM

Mayte Jannell Garcia – tancerka, aktorka i piosenkarka. W wieku 8 lat wystąpiła w amerykańskim programie telewizyjnym That’s Incredible! jako najmłodsza na świecie profesjonalna tancerka brzucha. Zaczęła współpracę z Prince’em, gdy miała 16 lat, kilka lat później została jego żoną. Współpracowała także z Britney Spears, wystąpiła w kilku filmach i produkcjach serialowych. Obecnie mieszka w Las Vegas ze swoją adoptowaną córką. Zajmuje się działalnością na rzecz praw zwierząt w PETA.

Polecane książki

Losy starotestamentowych królów – Dawida i Salomona – w zupełnie nowej perspektywie, ukazane oczami kobiet. Abiszag towarzyszy im obu, każdemu inaczej, uczestnicząc w wielkich wydarzeniach swoich czasów, w przemianach społecznych i jednoczeniu Izraela, a jednocześnie stojąc ponad nimi. Nie jest bo...
Janusz Kolasa opisuje swoją nieplanowaną podróż po południowo-wschodniej Azji. Pierwszy tom zawiera relację z podróży po Tajlandii i Laosie. Książka jest o tyle ciekawa, że autor stara się wchodzić między ludzi, nie tylko zwiedzać najbardziej popularne miejsca w obu krajach, trafiać w rejony tru...
Saints Row IV to kolejna odsłona cyklu szalonych sandboxów. Tym razem przywódca popularnego gangu Third Street Saints przejmuje stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych i stawia czoła inwazji obcych będących pod dowództwem żądnego władzy Zinyaka. Pod względem rozgrywki gra mocno odstaje od poprzed...
Ostatni z Nieczujów – cykl historycznych powieści i opowiadań autorstwa Zygmunta Kaczkowskiego, których akcja toczy się na przełomie XVIII i XIX wieku. Cykl był publikowany w latach 1851-1858. Głównym bohaterem jest pan Marcin Nieczuja, ostatni z rodu Nieczujów. Akcja większości utworów cyklu toczy ...
Prezentowany zbiór studiów i szkiców dedykowany jest Profesorowi Zbigniewowi Anusikowi, wybitnemu historykowi i nauczycielowi akademickiemu, kierownikowi Katedry Historii Nowożytnej w Instytucie Historii Uniwersytetu Łódzkiego, w latach 2005-2008 dyrektorowi tego Instytutu, a od 2008 do 2016 r. dzie...
„Mąż z grzeczności” to dzieło spółki autorskiej Adolfa Abrahamowicza, polskiego komediopisarza pochodzenia ormiańskiego, oraz aktora i śpiewaka Ryszarda Ruszkowskiego. Abrahamowicz, ziemianin, który jednak większość życia spędził w rodzinnym Lwowie, współpracował z wieloma reżyserami i aktorami...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Mayte Garcia

Dla Gii, mojego aniołka

To, co się nam ukaże, wprowadzi nas do świata geniuszu.

Młody Frankenstein

Prolog

Chanhassen, Minnesota, kwiecień 2016

W druciane ogrodzenie Paisley Park wplecione są fioletowe wstążki i róże, miłosne bileciki, podziękowania i modlitwy o pokój. Wysokie topole i wiązy, jeszcze nagie po zimie, górują nad brązową trawą. Śnieg stopniał niedawno, pod zimną powierzchnią ziemia jest gotowa, żeby się odrodzić. Chmury wiszą nisko, ale i tak włożyłam okulary przeciwsłoneczne, żeby zasłonić zmęczone oczy – przez ostatni tydzień płakałam.

There is a woman who sits all alone by the pier

Her husband was naughty and caused his wife so many tears

Na molo całkiem sama siedzi kobieta

Jej mąż źle ją traktuje i sprawia, że tak dużo płacze.

[fragment utworu Prince’a Paisley Park]

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego Prince w piosence Paisley Park o wielobarwnych ludziach i wesołych dzieciach wspomniał o tej smutnej postaci siedzącej nieopodal. Kiedy pozwalam sobie na egzystencjalne refleksje, zastanawiam się, czy tą kobietą byłam ja. Słyszę zimny, urwany dźwięk arabskich kastanietów i czuję ciarki na plecach. Oczyma wyobraźni widzę, jak Prince siedzi przy fortepianie wcześnie rano, tuż przed wschodem słońca, kiedy był hiperkreatywny. Przez chwilę myśli o mnie, głęboko się zastanawia, a potem zapisuje słowa na kartce. Znajduje w tym momencie prawdę pochodzącą z innej chwili.

He died without knowing forgiveness and now she is sad, so sad

Maybe she’ll come 2 the park and forgive him and life won’t be so bad

Umarł, nie znając przebaczenia, a ona teraz jest bardzo, bardzo smutna

Może przyjdzie do parku i wybaczy mu, i życie nie będzie takie złe…

[fragment utworu Prince’a Paisley Park]

W powietrzu wyczuwa się znajomy środkowo-zachodni chłód. Wiosna w Paisley Park pachnie czystą mgłą, mokrymi jodłami i nieco oddalonym miastem. Nabieram powietrza i zatrzymuję je przed wydechem. Moja czteroletnia córeczka Gia ciągnie mnie za rękaw płaszcza.

– Mamo, idziemy już? – pyta mnie po raz setny.

– Jeszcze parę minut.

Wyjaśniłam Gii najlepiej, jak potrafiłam, dlaczego tylu ludzi przyniosło kwiaty. Powiedziałam, że mężczyzna zwany Prince’em właśnie zmarł.

– Prince jest teraz w niebie? – zapytała.

– Tak, jest w niebie.

– Tam, gdzie Boogie? – Chciała się upewnić, pamiętając, co mówiłam, kiedy straciłyśmy naszego ulubionego golden retrievera.

– Tak, jest w niebie z Boogie.

– Mamo, czy możemy się wspiąć po drabinie, żeby po niego pójść?

Cała Gia. Słodka i nieświadoma jak malina.

Gia uważa, że to ja jestem jej prawdziwą mamą. Kiedyś jej wytłumaczę, jak jej biologiczna matka i ja pomogłyśmy wszechświatu to uporządkować. Powiem jej, że Amiir, jej brat, czekał na tatę w niebie. Puszczę jej piosenki, które mój mąż śpiewał naszemu synkowi.

tears go here,

tears go here

teraz płyną łzy,

teraz płyną łzy

[fragment utworuPrince’a Comeback]

Głaszczę jej policzki, które są różowe i trochę suche, jak to podczas wczesnej wiosny w stanie Minnesota. Dopiero minęły święta wielkanocne, a już rok 2016 zszokował wszystkich liczbą nekrologów znanych ludzi, w szczególności tych z branży muzycznej. Natalie Cole zmarła 31 grudnia 2015 roku, tuż przed nastaniem Nowego Roku, David Bowie odszedł dziesięć dni później. Po nim zmarli Glenn Frey z The Eagles, Maurice White z Earth, Wind & Fire i Vanity, podopieczna Prince’a. Następnie zmarła Harper Lee, autorka Zabić drozda, potem Nancy Reagan, Patty Duke i Chyna, której śmierć mną wstrząsnęła. Chyna była jedyna w swoim rodzaju i miała tylko 46 lat.

21 kwietnia 2016 roku rozpoczął się tak jak każdy inny czwartek. Odwiozłam Gię do mojego taty i włączyłam się do ulicznych korków w Los Angeles, jadąc do schroniska Baldwin Park Animal Care Center w San Gabriel Valley na zajęcia z pielęgnacji psów, dzięki czemu – według naszego nauczyciela – mieliśmy nie odczuwać presji podczas ćwiczeń. Ja uważałam inaczej – to ja ponosiłam pełną odpowiedzialność za zwierzęta. Chciałam, żeby prezentowały się jak najlepiej, kiedy przyjdą ludzie, którzy mogliby je adoptować. Dla wielu zwierząt pierwsze wrażenie w takim momencie czasami jest kwestią być albo nie być. Trudno jest ludziom wyobrazić sobie pupila jako członka rodziny, jeśli nie prezentuje się zbyt dobrze. Nie miałam zamiaru tego spieprzyć.

– Jeśli przyniosę mojego kota, pokażesz mi, jak go właściwie pielęgnować? – zapytałam nauczyciela.

– Jasne.

Jednak mój kot Willy wpadł w dziką furię, wydobywał z siebie wrzaskliwe dźwięki już w czasie drogi na zajęcia. Tak głośno wyrażał niezadowolenie, że ledwo usłyszałam dźwięk wiadomości od Manueli. Łączy nas specyficzna więź, ale o tym opowiem później. W tym momencie ważne jest to, że Manuela Testolini jest drugą żoną Prince’a i że nie używa zbyt często telefonu, dlatego zdziwiłam się, kiedy kątem oka zobaczyłam wiadomość od niej.

zadzwoń do mnie teraz

Pomyślałam, że odezwę się zaraz po zajęciach, ale w końcu coś mi powiedziało, żeby zatrzymać się i od razu oddzwonić.

– Cześć, dziewczyno – przywitałam się, starając się nie okazywać zniecierpliwienia. – Co tam?

– Chciałam ci coś powiedzieć – jej głos łamał się, dławiła się łzami – zanim usłyszysz to w wiadomościach. Prince nie żyje.

– Co?

– Ja… ja tu wariuję. Zaraz mam prezentację z okazji Dnia Ziemi w szkole córki, a on… a on nie żyje. Znaleźli go w windzie w Paisley.

Kiedy jej słowa do mnie docierały, najpierw nastąpił wewnętrzny szok, a potem poczułam, jakbym została wciągnięta do leja kondensacyjnego, a wszystko wirowało wokół mnie – hałaśliwe korki uliczne, skomlący Willy na tylnym siedzeniu i niebo zapadające się tuż za przednią szybą. Usłyszałam samą siebie, jak krzyczę: „Nie, nie, nie, nie, nie…”.

Nie on. Nie w ten sposób. Nie sam. Nie teraz.

Nie pamiętam, co potem mówiłyśmy. Pamiętam tylko, że płakałyśmy. Pamiętam, że mocno zaciskałam dłonie na kierownicy, zmuszając się do oddychania, otwarcia oczu i włączenia się do ruchu, próbując zawrócić. Chciałam wrócić do domu. Chciałam zadzwonić do mamy.

Kolejne godziny przyniosły poczucie zagubienia w falach wspomnień i emocji, które wydawały mi się bardziej rzeczywiste niż burza plotek w prasie. Przechadzałam się na patio przed domem, kiedy Gladys, moja menedżerka, wysłała mi krótkiego esemesa: „Wejdź do środka”. Jako załącznik wysłała zdjęcie, nieco ziarniste, na którym było mnie widać z bliska – właśnie pojawiło się w sieci. Mój były mąż nie wyobrażał sobie, że ktoś może go zobaczyć bez makijażu i z kiepską fryzurą – a tak właśnie wyglądałam na zdjęciu. Chciałam, żeby mi zależało, ale nie czułam nic oprócz gorzkiej ironii. Weszłam do domu i przez dwa dni nie podnosiłam żaluzji. Reporterzy koczowali na zewnątrz z obiektywami wycelowanymi w okna, wykrzykując moje imię za każdym razem, kiedy ktoś wchodził do domu albo z niego wychodził.

Informację o śmierci Prince’a powtarzano przez cały czas na całodobowych programach z bieżącymi wiadomościami. Na początku nagłówki mówiły wprost: PRINCE ZMARŁ W WIEKU 57 LAT. Potem stały się sentymentalne: ŚWIAT OPŁAKUJE LEGENDĘ MUZYKI. Później zaczęły się spekulacje: NARKOTYK, KTÓRY ZABIŁ PRINCE’A: CO TO JEST FENTANYL? Nieuchronnie zaczęły być coraz bardziej wstrętne: PRINCE-MASZYNA DO MIŁOŚCI[1] ŻYŁ W CELIBACIE PRZEZ OSTATNIE 8 LAT. Internauci – ci, którzy go znali, i ci, którzy nie – wyłonili się ze szczelin sieci, żeby skomentować jego śmierć. Mój telefon eksplodował. Telefon mamy eksplodował. Zalała mnie fala próśb ze strony portali, stacji telewizyjnych i radiowych: każdy chciał umówić się na wywiad z pierwszą żoną Prince’a.

Mama im powtarzała: „Ona nie spotka się z mediami”.

Oni jej powtarzali: „Powinna przynajmniej jakoś to skomentować”.

Nie chciałam nic komentować. Naprawdę. Nic, co mogłabym powiedzieć o tym człowieku, nie zmieściłoby się w trzech minutach programu śniadaniowego. Miałam do opowiedzenia historię, ale sama chciałam wybrać, kiedy i jak to zrobię. Nie chciałam, żeby ktoś edytował urywek mojej opowieści, z której złoży historyjkę o nieżyjącej gwieździe rocka. Wtedy bardzo to przeżywałam i czułam się zbyt wystawiona na widok publiczny. Ponad wszystko chciałam być w Paisley. Słyszałam, że ma się odbyć uroczystość żałobna, ale nie znałam żadnych konkretnych informacji. Nie byłam nawet pewna, że zostanę na nią zaproszona.

– To dziwne – powiedziała Manuela. – Wszystko jest pozamykane.

Współpracownicy Prince’a byli jak rodzina, zarówno dla niego, jak i dla mnie. Zadzwoniłam więc do Wendy i Lisy, jego zespołu z okresuPurple Rain, oraz do Sheili E., jego dobrej przyjaciółki, współpracowniczki i niegdyś narzeczonej.

– Przyjedź do nas. – Wendy i Lisa były co do tego zgodne. – Jesteśmy z tobą.

– Jesteś moją siostrzyczką – powiedziała Sheila. – Wszyscy jesteśmy rodziną.

I tak oto przyjechałam, spotkałam się z rodziną, fanami i innymi osobami, które znały, współpracowały i kochały tego wyjątkowego artystę. Dom, w którym wspólnie żyliśmy i spłodziliśmy dwójkę dzieci, już nie istnieje. Lata temu, kiedy Prince był już w beznadziejnym stanie psychicznym, zamówił buldożera, kazał wyburzyć dom, a resztę rzeczy spalić. Rozległy plac zabaw, który wybudował dla naszych dzieci, został zrównany z ziemią – w jego miejscu powstała restauracja, żeby Prince nie musiał jadać poza domem. Z tego, co zrozumiałam, nikt nie dostał pozwolenia na działalność, więc restauracja nigdy nie zaczęła funkcjonować. Przyglądając się posiadłości, drzewom i głównemu budynkowi, domyślam się, że lasy wokół kompleksu biur też wkrótce znikną.

– Mamo, idziemy już? – pyta Gia po raz sto pierwszy.

– Prawie. Chcę ci zrobić zdjęcie.

– Mamo, nie! – Gia jęknęła zniecierpliwiona. – Nie rób mi zdjęć.

Śmieję się z sytuacji, ponieważ córka stoi przed tymi samymi szklanymi drzwiami, przed którymi mój tata – mimo moich sprzeciwów – zrobił mi zdjęcie ponad 20 lat temu. W momencie kiedy wychodziłam, chwycił aparat marki Instamatic.

– On nie lubi, kiedy ktoś robi tu zdjęcia – upomniałam go.

– Wierz mi, będziesz mi wdzięczna, że je zrobiłem.

Wzruszam się, wspominając ten moment. Tata miał oczywiście rację – dzisiaj to zdjęcie jest moim skarbem.

– Wierz mi – mówię Gii – będziesz chciała pamiętać ten moment.

Ja chcę. Chcę pamiętać wszystko – 25 lat (ponad połowa mojego życia) wzlotów i upadków, budowania i straty, uniesień i smutku, zgiełku i szaleństwa na scenie przed milionami ludzi i spokojną podróż, o której wiemy tylko my dwoje.

Kiedy byłam dzieckiem, nawet lubiłam muzykę Prince’a, za to moja siostra była jego ogromną fanką. Kiedy miałam 16 lat, poszłam na jego koncert i moje życie całkowicie się odmieniło. Niesamowite jest to, że on powiedział dokładnie to samo w dniu, w którym zobaczył, jak tańczę. Daliśmy się ponieść natychmiastowej – i całkowicie niewinnej – fascynacji, która wprowadziła nas na drogę, której sobie nie wyobrażaliśmy. Po pierwsze i co najważniejsze, to fakt, że byliśmy przyjaciółmi. Dwa lata później został moim szefem, a w końcu pokonaliśmy barierę – zostałam „jego dziewczyną”. Od tamtego momentu kształtował mnie jako osobę i wpływał na moje doświadczenia.

Pomiędzy 1990 rokiem, kiedy poznaliśmy się z Prince’em, a 1996, w którym się pobraliśmy, wzięłam udział w 129 występach podczas pięciu światowych tras koncertowych, a oprócz tego w kilkuset kameralnych występach i pojedynczych koncertach, dziesiątkach teledysków, piosenkach (w których zostałam wymieniona lub nie), wielu programach telewizyjnych, niezliczonych sesjach zdjęciowych, wywiadach w radiu i innych spotkaniach promocyjnych. To wszystko nie mieści się w głowie, kiedy teraz o tym myślę, zdając sobie sprawę, jak ważni byliśmy dla siebie. Spośród ostatnich sześciu tysięcy dni nie było ani jednej nocy, podczas której z jakiegoś powodu nie pomyślałabym o nim.

Wiele razy mówił, zarówno publicznie, jak i prywatnie, że jego miłość do mnie zmieniła go jako człowieka i zainspirowała znaczną część muzyki, którą stworzył w czasie naszego związku. Nigdy nie udawałam, że byłam jedyną kobietą, którą kiedykolwiek kochał, ale wspólne przeżycia jako małżeństwo i rodziców podarowały nam coś, czego nie moglibyśmy dzielić z nikim innym.

Prince zmarł nagle. Nie byłam na to przygotowana. Nie widziałam go od lat, ale ceniłam sobie naszą więź i szanowałam jego prywatność. Dla mnie i wielu innych, którzy go kochali, wiele kwestii wypłynęło po jego śmierci – zagadki i pytania, które pozostają bez odpowiedzi jak irytująca oktawa bez zakończenia. Jestem ciekawa opowieści o nim, które wypełniają luki w jego historii. Szanuję tajemnice i sama zachowuję pewne fakty dla siebie, ale sekrety czasami prowadzą do samotności. Chcę odrzucić maski i pokazać wam mężczyznę, którego kochałam – dobrego, złego, smutnego i pięknego.

Nigdy nie zakończę tego rozdziału swojego życia całkowicie. Nie byłam pewna, czy pisać tę książkę, ponieważ nawet po tylu latach jakaś część mnie w dalszym ciągu potrzebuje jego przyzwolenia. Mam nadzieję, że moje refleksje na temat przeszłych wydarzeń pomogą każdemu zdecydować, jak chce zapamiętać Prince’a.

Ja zapamiętam go jako beznadziejnego romantyka i oddanego ojca, którego sam nigdy nie miał. Tylko ja widziałam jego twarz, kiedy urodził się nasz syn. Nigdy nie zapomnę tej chwili. Chciałabym potrafić ją naszkicować. Chciałabym, żeby można było ją zatańczyć. Nie wiem, czy można opisać ją słowami, ale tylko tyle mogę teraz zaoferować. Mogę śmiać się z wami z zabawnych rzeczy, które mówił, i opowiadać wam, że nosił moje ubrania i podbierał tusz do rzęs, że budził się codziennie w perfumowanej pościeli w ramionach osoby, która go kochała, pośród szczekania psa dopominającego się o spacer, zanim rozpoczął się długi dzień ciężkiej pracy. Powiem wam, że chociaż byliśmy zwyczajni pod wieloma względami, żyliśmy jego wiarą w to, że samo życie powinno być dziełem sztuki.

Każdy, kto znał tego niesamowitego człowieka – przyjaciele, rodzina i fani – ma swoją własną historię do opowiedzenia i mam nadzieję, że to zrobi, choć niektóre z nich mogą sprawić mi ból. Mam nadzieję, że jakiś znawca historii muzyki napisze książkę o rozległej i głębokiej twórczości Prince’a, jego wspaniałych współpracownikach, jego wpływie na przemysł muzyczny, nieprzerwanym oddziaływaniu na kulturę popularną i zasługach dla rock and rolla. To nie jest ta książka.

To jest moja historia – prywatna historia miłości, która należy tylko do mnie i którą chcę podzielić się na swój własny sposób, tak, jak on robił to w swój. Prince cenił sobie prywatność, jednak przez swoją muzykę powiedział o sobie więcej, niż ludzie mogą sobie wyobrazić. W rytmie i między wersami piosenek możesz usłyszeć o miłości, przeznaczeniu i bólu. Trochę trudniej usłyszeć echa siły, spełnienia i nadziei, ale i tych nie brakuje.

Historię, którą wam przedstawię, kiedyś opowiem Gii. O moim życiu z Prince’em i bez niego, o karierze, którą zaczęłam, zanim się poznaliśmy, moich zmaganiach po naszym rozstaniu i o tym, jak poukładałam sobie to wszystko, żeby żyć dalej. Kiedy byłam młodsza myślałam, że to historia o tym, jak znalazłam bratnią duszę, męża mojego serca. Kiedy miałam złamane serce, starałam się zmienić ją w historię o tym, jak odnalazłam siebie. Ale kiedy patrzyłam na moją córkę przy bramie Paisley Park, zrozumiałam, że to historia o tym, jak każdy z nas się odnalazł.

Na początku teledysku do The Most Beautiful Girl in the World słyszymy głos kobiety płynący z monitora.

– Uzyskaliście właśnie dostęp do cudownego doświadczenia. Obejmie ono podryw, seks, oddanie, fetysze, samotność, oczyszczenie, miłość i nienawiść.

To trafne określenie historii, którą w końcu jestem gotowa opowiedzieć.

Cieszcie się tym doświadczeniem.

Jeden

Rozdzielone przestrzenią między środkowym palcem a kciukiem kastaniety oferują nieskończone możliwości, niewyczerpane zasoby dźwięków i różnorodnych kombinacji. Tylko jedno wiadomo na pewno: zejdą się, rozłączą i spotkają ponownie. Nie pamiętam, kiedy usłyszałam cudowne uderzenie kastanietów po raz pierwszy; nie wiem, czy to były saggaty z jednym otworem, czy z dwoma, ale na pewno musiałam je słyszeć jeszcze przed urodzeniem. Jeśli to prawda, że nasze dusze wędrują w nieskończonej spirali inkarnacji – a wierzę, że tak jest – to wydaje mi się sensowne, że pewne fragmenty towarzyszą nam podczas każdego kolejnego żywota, od urodzenia do urodzenia. Dźwięk saggatów brzmi dla mnie niewytłumaczalnie znajomo. Jakaś część mnie pamięta ten dźwięk i wzrusza się, kiedy go słyszy. Poddaję mu się bez zastanowienia.

if u ever get the chance 2 travel back 2 ancient dance

jeśli kiedykolwiek dostaniesz szansę, aby cofnąć się do starożytnego tańca

[fragment piosenki Prince’a Tictactoe]

Taką samą pewność czuję w stosunku do mojego męża, mojej bratniej duszy. Myślę – tak jak on myślał – że był moim kochankiem w jednym wcieleniu, a bratem w innym. Może byliśmy siostrami, matką i dzieckiem albo śmiertelnymi wrogami. W momencie urodzin dzieliła nas przestrzeń i pisane nam było ponowne spotkanie, a potem rozstanie, aby w końcu znowu być razem. Może nie będziemy znali swoich imion i nie rozpoznamy twarzy tej drugiej osoby, ale wiemy, że imiona i twarze mają najmniejsze znaczenie. Rozpoznałam swojego ukochanego, choć nie od razu, a on mnie strzegł jak skarbu, chociaż nie wiedział, jak mnie zachować.

Prince Roger Nelson urodził się 7 czerwca 1958 roku w Minneapolis, w stanie Minnesota. Jego matka, Mattie, była wokalistką jazzową. Z kolei ojciec, John, był muzykiem znanym pod scenicznym nazwiskiem Prince Rogers. Prince niewiele mówił o swoim wczesnym dzieciństwie. Powiedział mi, że pamięta, jak zamykano go czasami w szafie.

John i Mattie rozstali się, kiedy Prince miał dziesięć lat. Był wtedy jak latawiec bez sznurka – czasami mieszkał z mamą i ojczymem, czasami z ojcem, zdarzało się też, że zostawał w domach przyjaciół. Był małym, chudym chłopcem o wzroście 152 centymetrów, mimo to świetnie grał w koszykówkę w liceum Bryant Junior High, w którym zaprzyjaźnił się z Andre Simonem Andersonem, który później dał się poznać jako André Cymone podczas trasy Prince’a. Miłość do koszykówki i przyjaźń z André to dwie rzeczy, które zostały z Prince’em z okresu dojrzewania, który był – możecie sobie wyobrazić – trudny dla niskiego i chudego czarnego chłopaka.

12 listopada 1973 roku, kiedy oni rzucali piłkę do kosza, urodziłam się w bazie wojskowej w Enterprise, w stanie Alabama, gdzie mój tata stacjonował w wojskowej szkole lotniczej. Moja mama Nelly i tata, również John, urodzili się i wychowali w Portoryko. Mama była – i wciąż jest – zachwycająca: zmysłowa, pewna siebie piękność. Jej surowi katoliccy rodzice starali się ją ujarzmiać, ale moja mama była i jest – niezależnie od okoliczności – odważną i wolną duszą, która nigdy nie chciała być zamkniętym w klatce słowikiem. To działało trochę jak prawo fizyki – tradycyjne wychowanie sprawiło, że buntowała się i chciała opuścić wyspę. Chcąc wyrwać się z Portoryko, umawiała się tylko z mężczyznami z ROTC[2], mając nadzieję, że zabierze się z którymś z nich.

Tata stanowił świetną partię, był przystojny i dobry, wcześniej zajmował się kulturystyką, zdobył tytuł mistera uczelni w Portoryko. Poszedł do wojska śladami swojego ojca i zdobył tytuł oficera, czego jego tacie nie udało się osiągnąć. Po pewnym okresie randkowania, mama zorientowała się, że jest w ciąży. I to w szóstym miesiącu. Zleciały się obydwie rodziny i kazały im natychmiast wziąć ślub.

Mama do tej pory żałuje, że jej ślub nie był taki, jaki powinien być. Dlatego bardzo się cieszyła z mojego ślubu z Prince’em, dopracowanego ze wszystkimi dodatkami. Moja ponura babcia katoliczka (której ojciec był czarny) nie zjawiła się na ślubie, tylko przez telefon powiedziała: „Przynajmniej ma jasną skórę. I nie udaje kogoś, kim nie jest. Nie mam nic przeciwko”. Tyle wystarczy, żebyście zrozumieli, jaką osobą była moja babcia.

Moja starsza siostra Janice urodziła się w 1969 roku i moi rodzice rozpoczęli typowe życie wojskowej rodziny, przemieszczając się od bazy do bazy. Moja mama zrozumiała, że nie jest to życie, jakiego spodziewała się po opuszczeniu Portoryko. Kiedy Jan miała cztery lata, zdecydowali się na kolejne dziecko, mając nadzieję, że będzie to chłopiec. W dniu moich urodzin tatę wpisano na ważny test lotniczy. Byłby pierwszy w grupie, ale nie pojechał i był drugi. Janice cieszyła się z małej siostrzyczki, ale kiedy moja mama usłyszała, że to dziewczynka, była tak wkurzona, że nie chciała mnie widzieć.

Zabrali mnie lekarze i kiedy w końcu przynieśli mnie do mamy z powrotem, miałam gips na obu nóżkach. Przypadek lub przeznaczenie sprawiły, że tamtego dnia w szpitalu pracował specjalista ortopeda. Powiedział moim rodzicom, że urodziłam się z wykrzywionymi nóżkami i trzeba je wyprostować, najpierw za pomocą gipsu, a potem szyn. Będę musiała je nosić trzy lata, to bolesny zabieg, ale zmuszą kości i stawy, aby rozwijały się w prawidłowym kierunku.

Moja mama była bezlitosna, jeśli chodziło o noszenie gipsu; zawsze taka jest, kiedy chodzi o tych, których kocha. Zaparła się, że moje nogi będą normalne i silne. Standardowe trzyletnie leczenie zostało ukończone już po półtora roku, bo nosiłam buty połączone z metalowym prętem codziennie przez całą dobę. Innym członkom rodziny było mnie żal, kręcili głowami i próbowali zdjąć moje szyny, ale mama nie ustępowała – przez cały czas nosiłam te buty. Mam blizny po infekcji, która wdała się, kiedy szyny stały się zbyt ciasne, ale nie mogę narzekać na swoje nogi, dobrze mi służą. To był prawdopodobnie początek mojego życia jako tancerki z nastawieniem tańcz-pomimo-agonii. Zanim nauczyłam się chodzić, wiedziałam, że życie wymaga od dziewczyn, żeby były twarde.

Mojej mamie bardzo podobało się imię Mayte, będące hiszpańskim połączeniem Marii i Teresy, po baskijsku oznaczające „ukochana”. Kiedy była nastolatką, przeczytała to imię w opowiadaniu, wyrwała kartkę z nim i powiesiła na ścianie w swoim pokoju, gdzie wisiała przez lata. Janice ma na drugie imię Mayte, ale konserwatywna rzeczywistość końca lat 60. sprawiała, że mile widziane były typowo amerykańskie (co oznaczało: białe) imiona, więc na jakiś czas mama podporządkowała się temu. Kiedy urodziłam się cztery i pół roku później, mama pomyślała, że skoro nie może urodzić chłopca, da swojej córce takie imię, jakie jej się podoba: Mayte Jannell, przy czym moje drugie imię jest kombinacją męskich imion John i Nelly.

Kiedy Prince i ja zaczęliśmy się spotykać – nie jako kochankowie, ale przyjaciele i współpracownicy – wbił sobie do głowy, że powinnam nazywać się Arabia.

– Byłoby super, gdybyś miała na imię Arabia – powtarzał.

Prince miał dar wymyślania tego typu pomysłów, a ludzie chętnie poddawali się jego kreatywnemu geniuszowi, nie tylko na polu muzyki, ale również w tworzeniu osobowości. Dostrzegał unikalny aspekt danej osoby i mówił o tym. Nie zmuszał nikogo do zmian, tylko mówił, że byłoby super, gdyby ktoś zmienił imię na przykład na Apollonię albo Vanity. Czyż nie byłoby to super?

Za czwartym albo piątym razem, kiedy powiedział do mnie: „Byłoby super, gdybyś miała na imię Arabia”, odparłam sztywno: „Nie. Nie byłoby super. Mama by mnie zabiła”.

Wtedy gniew mamy miał dla mnie większe znaczenie niż zdanie uwielbianej przez tysiące gwiazdy rocka.

Mama była wychowana w surowym, katolickim domu. Marzyła, żeby zostać tancerką, ale nie było takiej możliwości. Próbowała wysyłać moją siostrę na lekcje tańca, tyle że ona była kłótliwą chłopczycą, której nie obchodziły ambicje mojej mamy. Jan lubiła sport, grała w siatkówkę i piłkę nożną; ja byłam tą bardziej dziewczęcą siostrą, przebierającą się w spódniczki baletowe i sukienki wirujące podczas ruchu. (Gia jest gdzieś pośrodku, pewnie nosząc słodkie sukienki z trampkami). Kiedy miałam trzy lata, ku uciesze mamy, zaczęłam już tańczyć, ale w większości studiów na lekcje przyjmowano dziewczynki, które skończyły pięć lat. W tamtym czasie przeprowadziliśmy się do Karoliny Północnej, dzięki czemu łatwo było mamie znaleźć w pobliżu bazy wojskowej studio taneczne, w którym nikt nas nie znał.

– Kiedy cię zapytają, ile masz lat, zrób tak – powiedziała, po czym podniosła wyprostowaną dłoń, pokazując pięć palców, a ja zrobiłam dokładnie to samo, kiedy odprowadziła mnie na pierwszą lekcję.

Nie wiem, czy nauczycielka baletu mi uwierzyła, ale chyba wiedziała, że jestem gotowa, bo zaprowadziła mnie do drążka i już nie było odwrotu. Przez lata taniec był moim sanktuarium, niezależnie od tego, jak chaotyczne było życie w domu. Nie było to dla mnie zadanie do wykonania wymagające koncentracji. Nigdy nie musiałam się dyscyplinować, żeby przetrwać ćwiczenia. Uwielbiałam każdą godzinę, nawet jeśli bolało. Wspaniale było czuć muzykę w moich silnych, prostych kościach.

Taniec brzucha był czymś wyjątkowym w naszym lokalnym ośrodku YMCA[3] w połowie lat 70., podobnie jak dzisiaj zumba. Był popularny i modny. Mama chodziła na lekcje dla zabawy, ale zakochała się w tym tańcu i dołączyła do grupy, która występowała i uczyła innych. Obserwowałam lekcje mamy tak, jak dzisiaj Gia obserwuje moje. Zauroczona rytmem tabli i bębnów, z szeroko otwartymi oczami wodziłam za tanecznymi ruchami opowiadającymi wyimaginowaną historię. W końcu nie mogłam się oprzeć, musiałam wstać i poruszać się za mamą, tak jak Gia za mną, sprawiając, że mały cień porusza się koło mojego na ścianie.

– Chciałabyś zatańczyć ze mną na spotkaniu żon oficerów? – zapytała mama i nie musiała pytać dwa razy.

Bardzo chciałam. Pamiętałam każdy moment w muzyce i miałam naturalny dar do tańca. Choreografia ciągle ewoluowała, co uwielbiam w tej formie sztuki. Taki taniec daje ci wolność w wyrażaniu siebie, ale oznacza też, że musisz być obecny w tym momencie. Wszystkie te aspekty były niezastąpionym treningiem przed tym, czym się później zajmowałam jako członkini New Power Generation[4].

Pozostałe kobiety były pod wrażeniem, że naprawdę potrafię tańczyć. Gratulowały mamie, która stała się sceniczną mamą przyjmującą komplementy. Uszyła dla mnie mały kostium pasujący do jej przebrania ze zwiewnego, kolorowego szyfonu ozdobionego galaktyką cekinów i łusek. Jednak najbardziej cieszyłam się, że mogłam pomalować usta błyszczykiem. Zrozumcie mnie dobrze – w moim pięcioletnim umyśle błyszczyk do ust był magicznym eliksirem, który przemieniał śmiertelników w zaczarowane, najcudowniejsze istoty, jakie można sobie wyobrazić. Moje uwielbienie dla tego kosmetyku było tak ogromne, że raz próbowałam nawet ukraść tubkę ChapStick w sklepie PX[5]. Mama wtedy wezwała ochroniarza, którego nagana doprowadziła mnie do strasznego płaczu. Na co dzień błyszczyk był zakazany. Tata zabronił malowania się, argumentując, że mogłoby mnie to skłonić do całowania chłopców. Występ był okazją do używania błyszczyku. Zrobiłabym dla niego wszystko.

Byłam więc przygotowana do występu. Prawie, jak się okazało. Stojąc za kulisami, spoglądałam na widownię i oszołomiła mnie trema – zupełnie jakby ktoś uderzył mnie w brzuchu. Moja mama nie wiedziała, co robić:

– Mayte, to muzyka dla nas – wysyczała po cichu. – Wchodzimy.

Pokręciłam głową, nie mogłam nawet powiedzieć: „Nie mogę, nie mogę, nie mogę”.

Stałam osłupiała za kurtyną, gdy mama wyszła zabawiać żony oficerów, sztucznie się uśmiechając. Jakaś miła pani zaprowadziła mnie do stolika. Dała mi szklankę mleka i małe donaty, które jadłam w czasie, kiedy mama tańczyła, co jakiś czas rzucając mi miażdżące spojrzenie.

Kiedy portorykańska mama rzuca to spojrzenie, to tak jakby trafił w ciebie oszczep. Nie miałam wątpliwości, że kiedy zejdzie ze sceny, nie zaznam już ani chwili spokoju, ani miłości, a o błyszczyku mogę zapomnieć do końca życia. Wpychałam w siebie pączek za pączkiem, jakby to był ostatni posiłek skazańca. I na jakiś czas był. Mama nie rozmawiała ze mną ani nie karmiła mnie przez tydzień. Z pomocą pospieszył tata. Chociaż gotował i opiekował się mną cierpliwie i czule, czułam się rozbita. Nie dlatego że mama mnie ukarała, ale dlatego że ją upokorzyłam. Przyrzekłam jej i sobie, że jeśli da mi drugą szansę, nie zmarnuję jej. Kiedy nadeszła okazja, wykorzystałam ją.

Cieszę się, że to zrobiłam. Kiedy tylko zaczęłam tańczyć, fala stresu zniknęła i zastąpiła ją euforia, która przeprowadziła mnie przez występ i przepełniła energią, której nie potrafiłam nazwać. Szybko uzależniłam się od silnego uczucia szczęścia, które towarzyszyło mi podczas występów na scenie. Razem z mamą zaczęłyśmy dostawać propozycje występów w restauracjach i podczas różnych imprez. Stałyśmy się rozpoznawalne w okolicy. Kiedy miałam siedem lat, PM Magazine, program rozrywkowy o dużym zasięgu, nagrało o nas dokument, co było niesamowite. I choć wtedy zaczynałam się w pełni czuć tancerką i artystką, to nie miało nic wspólnego z zarabianiem czy sławą.

Po jakimś okresie wspólnych występów powiedziałam mamie:

– Chcę tańczyć sama. Nie chcę, żeby ludzie myśleli, że tylko naśladuję twoje ruchy.

Tak naprawdę chciałam, żeby publiczność przede wszystkim zwracała uwagę na mamę, bo często większość uwagi skupiała na mnie. Chciałam, żeby wreszcie stanęła w świetle reflektorów, na co ciężko pracowała.

Taniec był dla mnie ucieczką, kiedy życie w domu i w szkole stało się bardziej skomplikowane. Nie było wtedy zbyt wielu latynoskich dziewczyn w podstawówce w Karolinie Północnej. Dzieci w szkole pytały mnie:

– Jesteś biała czy czarna?

– Ani taka, ani taka – odpowiadałam. – Jestem Portorykanką.

Marszczyli nosy i pytali dalej:

– To znaczy?

Próbowałam im opowiadać o moich babciach mieszkających na pięknej wyspie, która tak, jest częścią Stanów, ale nie, sama nie jest stanem, i nie, nie jest ona tym samym co Meksyk. Białe dzieci nie akceptowały mnie, bo nie byłam całkowicie biała, a czarne dzieci nie tolerowały mnie, bo miałam gładkie włosy[6]. Po szkole zawsze przed kimś uciekałam, biegnąc co sił do autobusu, żeby nikt mnie nie zaatakował.

Tata uwielbiał co jakiś czas zabierać nas do eleganckiej restauracji na obiad i kiedy wchodził na podium hostessy, zawsze podawał nazwisko Rockefeller. Jan i ja chichotałyśmy i przewracałyśmy oczami, mówiąc:

– Tato, nazywamy się Garcia!

– Tak, ale jeśli zobaczą na liście nazwisko Rockefeller, będą myślały, że to ktoś ważny – odpowiadał.

Kiedy hostessa prowadziła nas do stolika, tata prezentował bardzo rockefellerowy chód: głowę unosił wysoko, ramiona prostował i przyjaźnie uśmiechał się do każdego, niezależnie od ich reakcji. Lubiłam jego postać pana Rockefellera. Dopiero kiedy byłam dorosła, zdałam sobie sprawę, że w ten żartobliwy sposób tata zniwelował ryzyko, że będziemy traktowani inaczej, nazywając się Garcia, a nie Rockefeller.

Tata uwielbiał fotografować i lubił nowomodne aparaty, które zaczęły być dostępne także dla amatorów w latach 80. Montował sprzęt na statywie, wkładał do środka kasetę VHS i nagrywał każdy występ. Nauczył się też grać na tamburynie i egipskim bębenku (często nazywanym darbuką, ponieważ kształtem przypomina klepsydrę), przez co stawał się częścią całego przedsięwzięcia. Z mojej perspektywy cudownie spędzaliśmy czas, ale dzisiaj wiem, że moi rodzice nie byli sobie wtedy wierni już od jakiegoś czasu.

Tata na krótko wyjechał do Korei, a kiedy wrócił, moja mama miała wątpliwości co do roli kobiety widniejącej z nim na niektórych zdjęciach. Nie krył się z tym, że flirtował z innymi, i czułam się z tym źle. Chodziliśmy do okolicznych lombardów i sklepów RadioShack, żeby pooglądać najnowsze gadżety i sprawdzać nowinki na temat ulepszeń w aparatach i kamerach. Pamiętam, że stałam i czekałam na niego, aż skończy rozmawiać z jakąś atrakcyjną kobietą. Czasami te rozmowy trwały o wiele dłużej, niż powinny. Brałam go za rękę i mówiłam dosadnie: „Tato, chodźmy, mama czeka”.

Wkrótce mama też zaczęła spotykać się z jakimś mężczyzną. Rodzice coraz bardziej się od siebie oddalali, sprzeczki prowadziły do coraz poważniejszych kłótni i wzajemnych wyzwisk – ich małżeństwo zaczęło się rozpadać.

W tym czasie zaczął kręcić się przy nas przyjaciel rodziny, który zachowywał się jak najmilsza osoba na świecie. Moi rodzice mu ufali, ale on zawiódł ich i moje zaufanie. Miałam wtedy siedem lat i na początku nie wiedziałam, co to wszystko znaczy, kiedy sadzał mnie na swoich kolanach. Nie wiedziałam, co robi i dlaczego to robi, czułam tylko, że jest to złe i przerażające. Było mi niedobrze w środku, chociaż nie wiedziałam, jak to wytłumaczyć. Czułam się zagubiona. Próbowałam komuś powiedzieć, co się stało, ale – jak to często bywa – nie wiedziałam, jak to nazwać, a ludzie nie chcieli w to wierzyć. Robiłam wszystko, co mogłam, żeby go unikać, ale on znajdywał sposoby, żeby spędzać ze mną czas. Wiele razy proponował, żebym pojechała z nim samochodem do jego biura, żeby coś stamtąd odebrać. Odpowiadałam: „Lepiej weź Jan”, ze świadomością, że była większa i starsza, a do tego była typem chłopczycy, więc nie mógłby jej zranić.

Minęły lata, zanim zaczęliśmy o tym mówić, ale okazało się, że jej również zrobił krzywdę. Kiedy miałyśmy po dwadzieścia parę lat, siedząc w mieszkaniu w Eden Prairie w stanie Minnesota, Jan zwierzyła mi się, że ją molestował. Cierpienie i wstyd, które czułam, przemieniły się w nieprzejednaną złość za to, co zrobił mojej siostrze, i za to, co zrobił mi, kiedy miałam siedem lat. Zdałam sobie sprawę, że przez tego człowieka po raz pierwszy poczułam wstyd – nie mogłam zadecydować o samej sobie. Postanowiłam go odszukać i zmierzyć się z nim.

Układałam sobie w głowie, co mu powiem. Czy rozmawiam z mężczyzną, który skrzywdził siedmioletnią dziewczynkę? Którego uważałam za przyjaciela rodziny? Któremu moja rodzina ufała w swoim własnym domu? Który dopuścił się rzeczy, które jedynie dorosłe osoby wzajemnie praktykują? Czy to ty jesteś tym obrzydliwym człowiekiem?

Wybrałam numer drżącymi rękami, ale zanim zdążył go odebrać, rzuciłam słuchawką. Myśl o usłyszeniu jego głosu sprawiła, że zrobiło mi się niedobrze. Jedyne, co mogłam zrobić, to oddalić te wspomnienia od siebie i na długi czas to mi wystarczyło. Jednak niedawno, kiedy Gia słodko spała, pomyślałam o tym, jakim jest skarbem – kruchym, niewinnym, zasługującym na bezpieczne, udane dzieciństwo. Myśl o tym, że ktoś mógłby ją tego pozbawić, przyniosła kolejną falę gniewu.

Usiadłam do komputera, wygooglowałam tego mężczyznę. Wyobrażałam sobie, że go pozwę, podam jego nazwisko w internecie, powiem, że molestował moją siostrę i mnie. Teraz to ja będę panować nad sytuacją, a on będzie się wstydzić. Mogłam się zemścić, gdybym tylko zechciała. Ale kiedy siedziałam z dłońmi nad klawiaturą, pomyślałam o tym, co ta zemsta oznaczałaby dla Gii i dla mnie, jak wpłynęłaby na nasze spokojne, pełne radości życie, które chciałem jej zapewnić – dopiero wtedy potrzeba zemsty wygasła. Wierzę w karmę. I w to, że Bóg zajmie się tym człowiekiem, kiedy przyjdzie jego czas na pożegnanie się z tym światem. Jest już stary i zostało mu niewiele czasu. Mam nadzieję, że jego dzieci wiedzą, czym jest. Nie jestem odpowiedzialna za żadne jego czyny, włącznie z tym, jak zranił moją siostrę. Nie miał prawa obarczać mnie poczuciem winy, które było ogromnym ciężarem.

Spoglądając na Gię, zdaję sobie sprawę, jak ja i Janice byłyśmy małe i bezbronne w całym chaosie związanym z rozpadającym się małżeństwem naszych rodziców, choć same uważałyśmy się za silne. Kiedy mama wyprowadziła się z domu i zostałyśmy z tatą, w pewien sposób poczułam ulgę. Mężczyzna, który molestował Jan i mnie, przestał przychodzić. Wieczne kłótnie dobiegły końca i chociaż mama mieszkała we własnym mieszkaniu, codziennie rano czekała na mnie i Janice, kiedy wstawałyśmy, a wieczorem robiła dla nas kolację i czekała, aż zaśniemy. Nigdy nie czułam się przez nią opuszczona – wręcz przeciwnie. Zawsze wszystkim się zajmowała, była moim największym sprzymierzeńcem i jest nim do dzisiaj.

W 1980 roku, kiedy Prince był w trasie z Rickiem Jamesem, zamieniając swoje dysfunkcjonalne dzieciństwo w projekt, który w końcu nazwał Purple Rain, i wykorzystywał chwilową popularność zaraz po wydaniu pierwszej platynowej płyty, moja mama i ja skupiałyśmy się na napiętym grafiku – miałyśmy występy i lekcje. W ciągu tamtego okropnego roku tańczyłam, a kiedy tańczyłam, byłam nietykalna. Taniec był moją ukrytą siłą, moim przejściem do innego wymiaru, w którym było tylko piękno, muzyka i miłość.

Artyści zajmujący się tańcem brzucha mieli swoją hierarchię gwiazd, a największą z nich był Ibrahim „Bobby” Farrah. Był wysokim mężczyzną, poruszał się zdecydowanie, a jednocześnie delikatnie, co bardzo mi się podobało. Czasami zaczynał kręcić się, obracając się coraz szybciej i szybciej tak, że trudno było dostrzec jego twarz, a potem zwalniał, drocząc się z widownią i spoglądając na nich brązowymi oczami. Kobiety ubóstwiały go za jego pasję, sposób ekspresji i poczucie humoru.

Po nim wyróżniał się Amir, mistrz po szkole tańca klasycznego, grający główne role w rosyjskim balecie. Stworzył mieszankę tanga i tańca brzuchem. Podczas występów nosił bolero i opinające rajstopy, które podkreślały jego ruchy. Amir był wszystkim. Absolutnie. Wszystkim. Samo jego imię oznacza „Książę”. Miał kruczoczarny wąs i brwi, gustownie używał odrobinę czarnego eyelinera wokół pełnych głębi oczu. Posiadał umiejętności i siłę do wykonywania rzeczy, których tancerki się nie podejmowały, i był jedynym męskim tancerzem, który zawsze wyglądał męsko, niezależnie od danego układu. Bardzo podobały mi się wszystkie te cechy. Wyprzedzał czas niesamowitym poczuciem humoru, wyzwolonymi ruchami brzucha i ćwiczeniami pojedynczych mięśni, czego nie potrafiła żadna z kobiet, które znałam. Robił wrażenie, tańcząc shimmy, a następnie napinając mięśnie do rytmu perkusji. Potem chwiejnie podchodził i wydawał z siebie lekkie stęknięcie, jakby zabrakło mu powietrza. Patrzyłyśmy na niego z zachwytem, żeby zaraz wybuchnąć szczerym śmiechem. Każdy ruch miał w sobie chirurgiczną precyzję; każdy ruch rzęsą opowiadał o miłości.

Mama nie chciała, żebyśmy przegapiły możliwość lekcji z takimi legendami, więc całą rodziną pojechaliśmy do Atlanty i wynajęliśmy pokój na weekend. Byłam wtedy przeziębiona, ale nie zamierzałam się poddawać. Całą sobotę spędziłyśmy na zajęciach. Dawałam z siebie wszystko. Zasypiałam wykończona, ale szczęśliwa. W niedzielę miałyśmy wziąć udział w pokazie uczniów. Wszyscy byli podekscytowani, bo miałam wystąpić z mieczem na głowie, jednak niektórzy ze starszych tancerzy z oburzeniem zaprotestowali. Dzisiaj całkowicie to rozumiem – kto by chciał, żeby największe wrażenie w czasie występu zrobiła ośmiolatka? Prawdopodobnie sama uległabym protestom i odpuściła sobie miecz, ale nie moja mama. Lepiej przyjmijcie do wiadomości, że moja córka zatańczy z tym mieczem.

– Zatańczysz z mieczem – powiedziała.

Nie słyszałam, co innym zakomunikowała, ale nagle byli dla mnie o wiele milsi.

Miecz był prezentem od sprzedawcy, z którym tańczyłam na poprzednich zajęciach. Ćwiczyłam z mieczem przez jakiś czas, tańcząc godzinami do muzyki George’a Abdo i jego orkiestry Flames of Araby Orchestra. Większość kobiet tańczących z mieczem używała zwiniętych materiałów lub szalików do podtrzymania go w taki sposób, żeby nie ześlizgiwał się z głowy w czasie wykonywania skłonów lub obrotów. Ja nie chciałam tego robić, więc mój tata lekko naciął brzeg miecza tak, żeby utrzymał się na mojej głowie. W finale miałam kręcić mieczem do przodu i z gracją go zrzucić. Ćwiczyłam tak długo, aż czubek mojej głowy był łysy.

Piruety to teraz moja druga natura, ale ogólnie obroty z mieczem na głowie to zupełnie inna umiejętność. W czasie piruetu baletnica skupia się na jednym punkcie – pęknięciu w lustrze lub środkowym miejscu w pierwszym rzędzie teatru; czymś stałym, dzięki czemu będzie mogła utrzymać pion w czasie obrotu. W ostatnim momencie musi oderwać wzrok na sekundę, żeby się odwrócić. Inaczej wygląda to w czasie tańca z mieczem na głowie. Nauczyłam się znajdować równowagę w sobie, z oczami skupionymi na końcówce miecza, podczas gdy reszta świata wiruje wokół mnie.

Kiedy przyszła kolej na mój występ, ekscytacja sięgała zenitu; Amir i George Abdo przyszli mnie zobaczyć. Gwiazdy nigdy nie przychodziły oglądać występów uczniów. Czekając na wejście, czułam nerwowe dygotanie, które towarzyszy mi przed każdym występem. Muszę obrócić się kilka razy jak Wonder Woman i w jakiś sposób ten akt przemienia mnie w nieustraszoną i zdeterminowaną tancerkę. Potem nic nie jest mi już straszne. Obracałam się więc, przeobraziłam i zatańczyłam. Po wszystkim George Abdo obwieścił, że jestem ósmym cudem świata, i poprosił o dane, żeby zaprosić mnie do tańca z Flames of Araby w Bostonie. Mama była wniebowzięta.

Tata zawsze nagrywał występy uczniów w czasie takich imprez i sprzedawał kasety kobietom, które występowały. Grupa tancerek z występów w Atlancie wysłała nagranie wideo do telewizyjnego show o nazwie That’s Incredible!. Odpowiedzieli:

– Nie, dzięki, ale kim jest ta mała dziewczynka?

Kobiety pamiętały, że jestem córką faceta, od którego kupiły nagranie, więc producentom udało się mnie znaleźć i moi rodzice wiedzieli, że może to być dla mnie ogromna szansa.

That’s Incredible! prowadzony przez Cathy Lee Crosby, Johna Davidsona i Frana Tarkentonabył popularnym programem rozrywkowym wyświetlanym w ciągu dnia na stacji ABC przez cztery lata na początku lat 80. i powtarzano go latami na innych stacjach. Zaprojektowano go (łącznie z wykrzyknikiem) z myślą o widowni innego programu Ripley’s Believe It or Not! (Ripley: Uwierz lub nie!). W That’s Incredible! pokazywano różnego rodzaju niesamowite zjawiska: wybryki natury, niewiarygodne akty odwagi, wspaniałą sztukę performance’u i wzruszające historie związane z przeznaczeniem, rodziną i dziwnymi zdarzeniami. Można było zobaczyć psa, który przemierzył tysiące kilometrów, żeby odnaleźć swoją rodzinę, dentystę tatuującego zęby, mrugające portrety trumienne czy monocyklistę skaczącego przez pierścienie ognia, a także małego Tigera Woodsa bezbłędnie trafiającego piłką golfową do kubka. Pod koniec każdego segmentu widownia krzyczała równocześnie: „To niesamowite!”. Najwyraźniej producenci uznali, że mała tancerka brzucha świetnie będzie się wpisywała w konwencję programu.

Mama uszyła mi spektakularny kostium, a tata próbował dodawać elementy do mojego show:

– Musisz zagrać na kastanietach – stwierdził, więc nauczyłam się grać i dodałam je do swego występu.

Kiedy tata zobaczył, jak starsza tancerka zręcznie porusza mięśniami brzucha, odwracając nim monety, zapytał mnie:

– Potrafiłabyś tak zrobić?

– Jasne! – odpowiedziałam.

Nigdy wcześniej tego nie próbowałam, ale umiałam już wykonywać turkish drop, więc postanowiłam spróbować. Mój brzuch był na tyle mały, że pomieścił jedynie trzy dwudziestopięciocentówki, ale po kilku godzinach mocnej koncentracji rozpraszanej gilgotaniem, umiałam odwrócić każdą monetę w tę i z powrotem w rytm muzyki. Tata wpadł zaraz na nowy pomysł – żebym robiła to, jednocześnie grając na kastanietach i trzymając miecz na głowie. Zabrałam się za to od razu, chętna do nowych eksperymentów i spędzałam cały czas, ćwicząc do muzyki George’a Abdo.

Lecąc nad Los Angeles, zobaczyłam surrealistyczny widok – znak Hollywood, gdzieś pod nami. Miałam wrażenie, jakby ktoś wypolerował go specjalnie dla mnie. Wszyscy w studiu byli mili i otwarci, a na planie czułam, że wszystko idzie jak w zegarku. Wszystko było na swoim miejscu o właściwym czasie – łącznie ze mną. Przedstawiono mnie jako „mistyczną, magiczną księżniczkę Mayte, najmłodszą na świecie profesjonalną tancerkę brzuchem”. Na koniec widownia krzyknęła: „To niesamowite!”, co podsumowało moje uczucia w tamtej chwili. Mogłabym pofrunąć do domu bez samolotu.

Odcinek ze mną wyemitowano kilka tygodni później i po raz pierwszy doświadczyłam odrobiny popularności. Show miało dobre opinie i wyświetlano je w ciągu dnia, więc prawie każdy w szkole je widział. Kiedy poszłam do centrum handlowego, ludzie przyglądali się i pytali: „Czy ty nie jesteś tą tancerką brzucha z telewizji?”. Spotkało mnie wiele pozytywnych reakcji, a znajomi z klasy zaczęli być dla mnie sympatyczni – miła odmiana po rasistowskich obelgach i znęcaniu się, które towarzyszyło mi w podstawówce. Zaczęłam myśleć: „Hej, mogłabym tak zawsze”. Jedyną negatywną rzeczą było to, że inne dzieciaki myślały, że skoro występuję w telewizji, to jestem bogata. Próbowały więc mnie naciągać, żebym im dawała pieniądze na lunch. Od tamtej pory zaczęłam pakować swój lunch w domu i zabierać ze sobą każdego dnia.

Po moim show w telewizji posypały się propozycje, żebym wystąpiła w innych miejscach. Mama zajęła się ich organizacją i negocjowaniem cen, upewniając się, że dostanę należną zapłatę. Tata odwoził mnie i pomagał ze sprzętem nagłośnieniowym i wideo. Do mnie należało tańczenie i traktowałam to poważnie. Nigdy nie miałam chłopaka, nie uprawiałam sportów i nie brałam udziału w innych dodatkowych zajęciach. W czasie roku szkolnego, jeśli nie byłam na lekcjach baletu lub tańca brzucha, uczyłam się. Z kolei w wakacje odwiedzaliśmy nasze babcie w Portoryko.

Kiedy byliśmy dziećmi, Jan i ja latałyśmy samodzielnie, odprowadzano nas do bramek, z których prowadziła nas eskorta, czasami sadzając nas w pierwszej klasie. Pomimo że Jan była starsza, to ona denerwowała się lotem:

– Co będzie, jeśli nikt po nas nie przyjdzie? Albo się zgubimy?

Ja przewracałam na to oczami i odpowiadałam:

– Nie zgubimy się, daj spokój.

To ja wszystko załatwiałam – prosiłam o odprowadzenie, kierując się do samolotu.

Po wylądowaniu w Portoryko jechałyśmy do naszej matczynej babci Nelly. Mówiąc „matczynej”, mam na myśli, że była mamą naszej mamy, a nie, że była matczyna z natury. Babcia Nelly miała surowe poglądy w kwestii miejsca kobiety w świecie i wypowiadała się na ten temat bez ogródek, tak żeby nie było wątpliwości. Byłam jej wdzięczna za sukienki, które pomagała dla mnie uszyć, ale wzdrygałam się, kiedy obrażała naszą mamę – jej wagę, włosy, makijaż, taniec, wybory życiowe i córki. Gładkie włosy, za które byłyśmy szykanowane w szkole, nigdy nie były dla niej dość dobre, choć sama stosowała nieskończone ilości chemicznych środków do prostowania swoich włosów i nadania im jasnobrązowej barwy. Wrzeszczała na naszą mamę za to, że pozwala mi tańczyć, a potem przechwalała się moimi występami w telewizji przed znajomymi.

Odliczałyśmy godziny do końca wizyty, nie mogąc doczekać się, aż mama taty, babcia Mercedes, odbierze nas i weźmie do swojego domu. Babcia Mercedes była ciepłą i czułą osobą. Wspaniale gotowała, potrafiła wyczarować coś niesamowitego z pustej lodówki.

– Kiedy byłem mały – nasz tata mawiał – byliśmy biedni, dlatego mięso w domu było rarytasem. Wtedy jedliśmy ryż z fasolą albo fasolę z ryżem.

W domu babci Mercedes każdy czuł się mile widziany. Ktokolwiek zasiadł do stołu, dostał coś do zjedzenia. Jednak mój tata i jego brat zauważyli, że czasami ich mama siadała do stołu z kawą i papierosem, angażowała się w rozmowy i żarty, ale zupełnie nic nie jadła. Wtedy myśleli, że nie jest głodna, ale po latach zdali sobie sprawę, że nie było zbyt wiele jedzenia i Mercedes wolała sama nie jeść, niż dać innym mniej.

Babcia Mercedes nie miała typowego amerykańskiego salonu; posiadała pomieszczenie wyłożone kafelkami z dużą bramą. W nocy stał tam jej samochód i brama była zamknięta, a rano babcia otwierała ją, ustawiała auto przed domem i wycierała podłogę w miejscach, w których nakapał olej.

– Nie stawaj tutaj, dopóki nie wyschnie – ostrzegała mnie, bo tam ćwiczyłam taniec.

Kiedy słońce wysuszyło płytki, rozciągałam się, rozgrzewałam i obwiązywałam stopy materiałem, żeby uchronić je przed otarciami. Kiedy babcia pozwoliła mi zacząć, tańczyłam w nieskończoność. Mijały godziny, a ja byłam szczęśliwa, zatracona w swoich myślach i muzyce.

Babcia Mercedes uwielbiała portorykańskie stacje radiowe, które nadawały wiadomości i klasyczne bolera, więc dużo tego się nasłuchaliśmy. Jan lubiła Depeche Mode, Eurythmics i innych artystów. Ja sama z kolei uwielbiałam Luisa Miguela, nastoletnią gwiazdę portorykańskiej estrady. W latach 80. był dla latynoskich dziewczyn tym, czym 30 lat później stał się dla amerykańskich nastolatek Justin Bieber. Ojciec Miguela miał doświadczenie z występowaniem na scenie – tak jak moja mama – Luis więc wydał pierwszą płytę Un Sol z sukcesem, wyjechał w trasę koncertową i skradł moje serce, a wszystko to osiągnął przed 13. rokiem życia. Lubiłam też Menudo, marzycielski boysband z Portoryko, ale nawet oni nie mogli równać się z Luisem Miguelem.

Jan i ja spędzałyśmy same w Portoryko kilka tygodni, potem dołączała do nas mama i tata na tydzień rodzinnych wizyt, po czym musieliśmy wracać do domu. Opuszczanie domu babci Nelly było ulgą, ale zawsze przykro było wyjeżdżać z domu babci Mercedes, gdzie tańczyłam na zimnych płytkach pośród zapachu przypraw. Z niepokojem myśleliśmy o dniu wyjazdu, częściowo dlatego, że dzięki tacie, który był wojskowym, mogliśmy tanio polecieć samolotem towarowym, jeśli byliśmy w stanie poczekać na wolne miejsce.

Pakowaliśmy bagaż dzień wcześniej i przed świtem ruszaliśmy na lotnisko. Czasami mijał cały dzień bez możliwości wejścia na pokład. Janice i ja goniłyśmy się i grałyśmy w kamień, papier i nożyce. Plotkowałyśmy entuzjastycznie o Menudo. Debatowałyśmy na temat tego, który z członków boysbandu był przystojniejszy, John Schneider czy John Stamos, i wykłócałyśmy się o to, która z nas lubiła którego bardziej. Kiedy temat się wyczerpał, układałyśmy głupie piosenki i śpiewałyśmy je tak długo, aż ktoś z dorosłych się zniecierpliwił i kazał nam być cicho. Wtedy siadałyśmy i czytałyśmy albo grałyśmy w wisielca. Jeśli ostatni samolot odleciał bez nas, zabieraliśmy bagaże z powrotem do domu i wracaliśmy na drugi dzień, żeby znowu spróbować. Jeśli schody do samolotu się rozwijały i były wolne miejsca, zajmowaliśmy je na trzygodzinny lot, siedząc obok części samochodowych, pudeł z materiałami biurowymi, toreb z jajkami w proszku i ogromnych skrzynek ze sprzętem wojskowym, w tym nawet z czołgami.

Kiedy wracałyśmy do domu, babcia Nelly odkupywała swoje winy. Janice i ja poznałyśmy u niej nową i wspaniałą rzecz, jaką było MTV. Błagałyśmy tatę o telewizję kablową, żebyśmy mogły oglądać ten kanał muzyczny, ale on nie widział takiej potrzeby. Wtedy babcia Nelly nagrywała kilkugodzinny materiał z MTV na kasety VHS i wysyłała je do nas. Dzięki temu poznałyśmy nowe gwiazdy, które tworzyły muzyczny krajobraz tamtej dekady – Cyndi Lauper, Davida Bowiego, Prince’a. Uwielbiałyśmy piosenkę Roberta Palmera Addicted to Love, numer Irene Cara Fame i Lucky Star Madonny. Tworzyli oni coś, co zawierało muzykę i spektakl, tak jak występy na żywo. Połączenie muzyki, tańca, mody, opowieści, kina, obrazu i teatru łączyły się w olśniewający miks.

W 1983 roku, tuż przed moimi dziesiątymi urodzinami, Janice i ja zobaczyłyśmy Flashdance w kinie, w Karolinie Północnej. Film zauroczył mnie od początku do końca. Gorączkowa piosenka Maniac oddawała szaloną energię, która ogarniała moje ciało, kiedy tańczyłam, i chociaż nie pozwoliłam, żeby Jan to widziała, łzy spływały mi po policzkach w czasie decydujących finałowych scen, w których Alex Owens tańczy, wkładając w to całe serce, do piosenki What a Feeling. Wtedy oczywiście nie wiedziałam, że Jennifer Beals nie wykonała całego tańca, potrzeba było do tego trzech sobowtórów, w tym szesnastoletniego chłopaka. Cieszę się, że wtedy nie miałam o tym pojęcia. Dzięki temu uwierzyłam, że ja też mogę tak zatańczyć.

Uwielbiałam Flashdance. Wydałam część zarobionych pieniędzy z moich występów na ścieżkę dźwiękową z filmu. Nie mogłam przestać jej słuchać. Tańcząc jak maniak, jak maniak na parkiecie, wykańczałam płytę, grając ją w kółko. Flashdance przedstawiał dozwolony dla nastolatek wątek miłosny i dokładnie pokazywał godziny wysiłku, jakie musi poświęcić profesjonalna tancerka na ćwiczenia. Trudno byłoby nie wspomnieć też o ikonicznym wizerunku Alex Owens. Wszystkie dziewczyny nacinały swoje swetry i dodawały do mundurków szkolnych krótkie getry noszone na łydkach. Ja jednak najbardziej uwielbiałam jej swobodne kręcone włosy i skórę pod tytułem: „Jesteś biała czy czarna?”, o takim samym odcieniu jak mój. Marzyłam o własnym mieszkaniu w magazynie z drążkiem do baletu, odważnym charakterze i pitbulu o imieniu Grunt.

Rok później zauroczyło mnie coś innego. Janice zabrała mamę i mnie na film Purpurowy deszcz.

Dwa

Janice i ja miałyśmy obsesję na punkcie Purple Rain. Odtwarzałyśmy całą płytę przez miesiące w naszym pokoju na zmianę ze ścieżką dźwiękową puszczaną tak głośno, jak się dało. Zawsze grałam Apollonię (choć nie miałam takich piersi jak ona), bo byłam tą bardziej dziewczęcą z nas, ale jednocześnie byłam tak odważna jak miłość Prince’a w filmie. Janice uczyła się grać na gitarze, więc chciała być Wendy (albo może podobała jej się Wendy, tylko jeszcze nie wiedziała, jak to opisać), ale jej najlepsza przyjaciółka też chciała być Wendy, więc często tak zaczynały się kłótnie.

– To ja jestem Wendy! Ja!

– Nie jesteś Wendy! To ja nią jestem!

W końcu dla świętego spokoju wtrącałam się, mówiąc Jan:

– Nie możesz być Wendy. Nie masz wystarczająco długich włosów. Bądź Lisą. Lisa jest tak samo super.

Soundtrack z filmu kupiłam za pieniądze zarobione na występach z tańcem brzucha. Wciąż błagałyśmy, żebyśmy mogły jeszcze raz obejrzeć film. Kochałyśmy tę muzykę, siłę występów Prince’a i oczywiście ten styl, styl, styl – nawet dziecko z podstawówki nie mogłoby tego nie zauważyć. Tylko przyjrzyjcie się temu, co oni tam nosili! Falbany, motocyklowe ćwieki, pasujące do stanika typu wonderbra, skórzana kurtka, którą Apollonia ściąga nad not-Lake Minnetonka.

Lata później przyglądałam się w zachwycie ekipie kostiumowej pracującej w ogromnym, jasno oświetlonym pomieszczeniu w Paisley Park. Biuro Prince’a znajdowało się w lewym skrzydle na najwyższym piętrze, a Garderoba zajmowała prawe. Pracownicy odpowiedzialni za wzory i cięcia zajmowali długi drewniany stół pod szerokimi oknami, przez które widać było niebo. Szwaczki i krawcy przymierzali ubrania na manekinach mających proporcje Prince’a. Potem krawiec dokonywał ostatnich poprawek, a arcykapłanka nadzorująca wszystkie operacje poprawiała i chwaliła każdy strój, skracając rękaw o centymetr albo wymieniając złoty guzik na srebrny. Czuło się, że dany strój będzie czymś jedynym w swoim rodzaju i dokładnie dopasowanym.

Były to codzienne ubrania Prince’a, nie tylko te, które zakładał na występy. Kiedy byłam jego żoną, nosiłam jego ubrania i podkradałam piżamę zrobioną na miarę, a kiedy byłam w ciąży, Garderoba zrobiła mi kilka ślicznych sukienek ciążowych ze słowem BABY i strzałką wskazującą na brzuch. Prince miał setki strojów stworzonych z bezbłędną starannością, łącznie z samymi zamkami błyskawicznymi, które były za każdym razem unikatowe. Jego zdanie było w całym procesie tworzenia bardzo ważne. Wyrywał strony z magazynów i instruował projektanta, aby odtworzył detale z tej góry sukni i mankiet z tamtej koszuli, a kołnierz z czegoś, co miał na sobie Errol Flynn w Kapitanie Blood. Zainspirowany filmem Amadeusz, poprosił ekipę kostiumową o stworzenie ekstrawaganckich, zrobionych z bawełny i koronki, kostiumów na występy. Z Filadelfijskiej opowieści zaczerpnął pomysł, żeby stworzyć szerokie płaszcze i garnitury z obszernymi ramionami.

Wszyscy z ekipy kostiumowej byli niezwykle utalentowani – wspaniali ludzie, którzy kochali Prince’a i uwielbiali swoją pracę. Cały czas tworzyli cudowne kostiumy, odtwarzali je, odnawiali, postarzali, szyli, ozdabiali i rekonstruowali na potrzeby teledysków, występów albo życia codziennego.

W Paisley Park nie było żadnych swobodnych piątków[7]. Prince spodziewał się, że przyjdziemy wystrojeni, aby stać się częścią zabawy. Tamci niesamowici ludzie pomogli mi w tym. Pomagali także mojemu mężowi podkradać moje ubrania – co nie do końca mi się podobało. Kiedy kupiłam genialne, wspaniale uszyte spodnie albo świetną kurtkę, zabierał je do Garderoby, gdzie ciuchy skracano, a do kurtki doszywano poduszki, żeby mógł je nosić. Kilka dni później, gdy zakładałam nowe spodnie, okazywało się, że są o pięć centymetrów za krótkie. „Hej, dlaczego moje spodnie się kurczą?” – pytałam męża. Dla niego to było zabawne. Poza tym w jakiś sposób wyglądał w tych spodniach tak samo świetnie jak ja.

Muzyka z płyty Purple Rain zdefiniowała moje lato 1984 roku. Spędzałam mnóstwo godzin, tańcząc do niej na kafelkowej podłodze mojej babci. Zarówno w Portoryko, jak i w domu single When Doves Cry, Let’s Go Crazy i reszta płyty dominowały w radiu i MTV. Prince stał się prawdziwą gwiazdą. Charakterystyczny dźwięk zgrzytania z początku piosenki można było usłyszeć, nawet kiedy ktoś mył samochód. I Would Die 4 U dudniło z okien, kiedy szło się ulicą.

Muzyka do mnie przemawiała, ale czułam też wpływ czegoś emocjonalnego, bardzo intymnego, co Prince zawarł w Purple Rain: co dla dziecka oznacza doświadczenie wojny psychologicznej między własnymi rodzicami. Było to coś, z czym się utożsamiałam, coś, co łączyło jego i mnie, wtedy i później, kiedy wyobrażaliśmy sobie, jakimi rodzicami sami chcieliśmy być. Oboje kochaliśmy rodziców, ale chcieliśmy zakończyć cykl szalonych, dysfunkcjonalnych zachowań. Pragnęliśmy być sojusznikami, zobowiązanymi do wzajemnej miłości, którzy zbudowaliby bliską, nawet trochę tradycyjną rodzinę. Taka wizja rodziny jest daleka od Kida wspinającego się do okna swojego sanktuarium w piwnicy, ale w ciągu całego filmu i w muzyce wybrzmiewa jego tęsknota za taką rodziną.

Obejrzałam pierwszy telewizyjny wywiad Prince’a (nie licząc boleśnie dziwacznego epizodu w programie American Bandstand, kiedy miał 19 lat) na bootlegu MTV, który nagrała babcia Nelly w 1985, rok po ukazaniu się Purple Rain