Strona główna » Styl życia » Trylogia tatrzańska

Trylogia tatrzańska

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7136-157-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Trylogia tatrzańska

Zebrane w jednym tomie klasyczne już opowiadania wybitnego taternika przed- i powojennego, Wawrzyńca Żuławskiego. Odkrywają przed czytelnikami sedno taternictwa i miłości do gór. Wskrzeszają lata, które odeszły w niepamięć. Pierwsze przejścia tatrzańskich ścian zimą i latem, pełne poświęcenia akcje ratunkowe, samotne włóczęgi wśród skalnych szczytów, schroniska z rodzinną atmosferą, braterstwo liny… Po lekturze opowiadań Żuławskiego chciałoby się, żeby te czasy wróciły.

Nowe wydanie wzbogacono niepublikowanymi zdjęciami z archiwum Żuławskiego oraz fotografiami znanego tatrzańskiego fotografa, Jana Sunderlanda. Zostało również opracowane tak, by współczesny czytelnik nie miał problemów ze zrozumieniem elementów z poprzedniej epoki.

„Sygnały ze skalnych ścian” zawierają wspomnienia Żuławskiego z tatrzańskich akcji ratunkowych, w których brał udział już jako bardzo młody wspinacz. Opowiadania mają niesamowity klimat, smutek przeplata się ze śmiechem, śmierć z życiem. Na ich kartach ożywają wielcy wspinacze tamtych lat.

„Tragedie tatrzańskie” kontynuują ten temat, autor w barwny sposób przywołuje najbardziej znane i jednocześnie najtragiczniejsze wypadki tatrzańskie, również te do dziś niewyjaśnione. Ofiarność i śmierć Klimka Bachledy w ścianach Małego Jaworowego, tajemnicza tragedia w Dolinie Jaworowej, krwawa historia Zamarłej Turni…

W „Skalnym lecie” Żuławski wraca do początków swojego taternictwa, kiedy jego mistrzem był m.in. Zbigniew Korosadowicz, a wspinaczka z nim miała miejsce tylko w marzeniach.

Polecane książki

Publikacja "Zgromadzenie wspólników spółki z o.o. – wzory dokumentów dla członków zarządu" to narzędzie niezbędne w każdej spółce z o.o. Zawiera pakiet  dokumentów niezbędnych na zgromadzenie wspólników - od zaproszenia na zgromadzenie, aż po protokół ze zgromadzenia. Ponadto członkowie zarządu ...
Czarny kryminał, reportaż historyczny i suspens – pierwszy tom kryminalny Philipa Kerra z Bernhardem Güntherem Berlin, rok 1936, tuż przed igrzyskami olimpijskimi. Prywatny wywiadowca Günther zostaje wynajęty przed zamożnego przemysłowca, który za wszelką cenę chce poznać prawdę o śmierci swojej cór...
Dorota Bugajna-Sporczyk sędzia sądu rejestrowego w Warszawie; od lat zajmuje się problematyką prawa gospodarczego i handlowego, jak również tworzenia i funkcjonowania innych organizacji społecznych i zawo-dowych; wieloletni wykładowca na aplikacji radcowskiej w warszawskiej Izbie Radców Prawnych.H...
Opis broni , trybów gry i map dostępnych dla każdego z nich (oczywiście z szeregiem wskazówek jak grać) - to wszystko znajdziecie w środku niniejszego poradnika. Unreal Tournament - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokacje jak m.in. Bronie (Podstawy) Capture the Flag – Nove...
Od wprowadzenia rewolucji śmieciowej, minęło już trochę czasu. Wszystko powinno już być jasne i klarowne, a ciągle pojawiają się komentarze jej dotyczące i nie zmniejsza się (a nawet wzrasta) ilość pytań i wątpliwości dotyczących praktyki jej stosowania. Niestety w większości wypadków te wątpliwości...
Zbliża się czas intensywnego wykorzystywania Księżyca i najbliższych okolic naszej planety. Czy w parze z postępem technicznym idą zmiany w naturze ludzkiej? Czy w ściśle kontrolowanym środowisku bazy księżycowej jest miejsce na typowe słabości, intrygi, przestępstwa? Czy w zamkniętym środowisku j...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Wawrzyniec Żuławski

Zdjęcia (numery stron odnoszą się do papierowego wydania książki ISBN 978-83-7136-136-4 ) na s. 48, 53, 66, 69, 77, 85, 95, 161, 174, 180, 219, 246, 249, 268: Jan Sunderland

Pozostałe dokumenty i fotografie pochodzą ze zbiorów Wawrzyńca Żuławskiego udostępnionego przez rodzinę Żuławskich

Zdjęcie na pierwszej stronie okładki: Polana Głodówka, panorama zimowa z Hawraniem i Lodowym (zbiory Wawrzyńca Żuławskiego)

Wstęp: Janusz Kurczab

Konsultacje merytoryczne: Grzegorz
Głazek, Janusz Kurczab

Opracowanie: Katarzyna Babicz, Agata
Kozłowska

Korekta: Joanna Duraj, Ewa
Pietraszek

Projekt okładki: Igor Browiński

Copyright © Przemysław Chlebicki
2015

Wydanie III, Warszawa 2015

ISBN 978-83-7136-157-9

Wydawnictwo Sklepu Podróżnika

02-320 Warszawa, ul. Grójecka 46/50
tel. 22 658 46 26

redakcja@sp.com.pl

podroznik.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

Nota
redakcyjna

Tekst „Sygnałów ze skalnych
ścian”, „Tragedii tatrzańskich”, „Skalnego lata” oraz
słownika pozostawiliśmy w kształcie z 1958 roku, z zachowaniem
oryginalnej interpunkcji i ortografii. Nowe wydanie zostało wzbogacone
o przypisy przybliżające współczesnemu czytelnikowi realia
taternictwa przed- i powojennego oraz nowy wstęp autorstwa Janusza
Kurczaba. Przygotowaliśmy również biogramy osób pojawiających
się na kartach opowiadań Wawrzyńca Żuławskiego, dodane na końcu
„Trylogii tatrzańskiej”.

Wstęp

Do pisarstwa Wawrzyńca
Żuławskiego mam stosunek wybitnie osobisty, jego opowiadania
były bowiem moimi pierwszymi lekturami o tematyce górskiej. Był
rok 1956. Uczestnicząc w obozie sportowym w Zakopanem, wybrałem
się z dwiema koleżankami na wycieczkę w Tatry. Wczesnym rankiem
wyruszyliśmy z ośrodka na Groniku i przez Halę Gąsienicową
dotarliśmy na Zawrat. Zamierzaliśmy przejść Orlą Perć, którą
już znałem z przejścia przed trzema laty. Doszliśmy do Zmarzłej
Przełęczy i po raz pierwszy zobaczyłem wtedy taterników wspinających
się południową ścianą Zamarłej Turni.

Byłem wówczas świeżo po przeczytaniu
„Tragedii tatrzańskich”. Od razu przyszły mi na myśl dramatyczne
przygody na tej ścianie opisywane przez Wawrzyńca Żuławskiego. Gdy
wkrótce potem podchodziliśmy na Kozie Czuby ponad Kozią Przełęczą,
zauważyliśmy, że na zwróconym w naszym kierunku fragmencie ściany
również ktoś się wspina. Jak się później dowiedziałem, była to
droga Motyki, prowadząca południowo-wschodnią ścianą.

Już pod wierzchołkiem Kozich Czub spotkaliśmy
dwójkę taterników związanych liną, co wydało się dziwne na
dość eksponowanym wprawdzie, ale przecież szlaku dla zwykłych
turystów. W chwilę potem sprawa się wyjaśniła – jeden
z nich był zakrwawiony, trochę pokiereszowany i miał zaburzenia
równowagi. Byliśmy tym bardzo przejęci. Nie dokończyliśmy przejścia,
tylko zeszliśmy z nimi aż do schroniska, choć pomoc z naszej strony
nie była potrzebna.

Wkrótce po tych wydarzeniach zgłosiłem się na
kurs taternicki. Tak więc wrażenia wyniesione z książki Żuławskiego
i spotęgowane autentycznymi górskimi przeżyciami były wstępem do
mojej długiej kariery alpinistycznej.

*

Jerzy
Wawrzyniec Żuławski urodził się 14 lutego 1916 roku
w Zakopanem. Jego matką była Kazimiera z Hanickich, a ojcem –
znany poeta, dramaturg i prozaik, jeden z prekursorów polskiej
literatury fantastycznonaukowej, autor „Trylogii księżycowej”
Jerzy Żuławski (1874-1915). Jerzy Żuławski się wspinał, brał
udział w akcjach ratowniczych i wraz z Mariuszem Zaruskim był
jednym z głównych założycieli Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia
Ratunkowego. Również i matka czynnie uprawiała taternictwo, chodziła
też po Alpach.

Wawrzyniec (nie używał pierwszego imienia)
nigdy nie poznał swojego sławnego ojca, który zmarł na tyfus kilka
miesięcy przed jego urodzeniem, w wieku zaledwie 41 lat. Tym, który
przekazał tradycje wysokogórskie młodszemu pokoleniu Żuławskich,
był młodszy brat Jerzego – Janusz. Wawrzyniec był najmłodszy
w rodzinie. Bracia Marek i Juliusz, starsi odpowiednio o 8 i 6
lat, wraz z kuzynem Jackiem, wprowadzali szesnastoletniego Wawrzyńca
w tajniki sztuki wspinania. Pierwsze wspinaczki odbył w 1932 roku,
a już w dwa lata później rozwiązał pierwszy problem tatrzański,
zdobywając wraz z bratem Markiem północno-zachodnią ścianę
Żabiego Mnicha. Od tego czasu już niemal co rok dokonywał wybitnych
przejść w Tatrach. Towarzyszami jego górskich przygód byli tacy
znani taternicy jak Jan Staszel, Zbigniew Korosadowicz, Tadeusz i Stefan
Bernadzikiewiczowie, Stanisław Luxemburg, Maciej Zajączkowski, a nieco
później także Tadeusz Orłowski. Z tym ostatnim dokonał drugiego
przejścia, a pierwszego jednym ciągiem, sławnej z trudności drogi
Orłowski-Gosławski na północnej ścianie Galerii
Gankowej. Było to w roku 1943.

W czasie okupacji Żuławski wspinał
się sporadycznie. Zaangażował się wówczas w działalność
konspiracyjną. W mieszkaniu na Marszałkowskiej organizował tajne
zebrania i wspólne czytanie podziemnej prasy. W różnych skrytkach
chowana była broń, nielegalne wydawnictwa, a niejednokrotnie
także – ludzie. Jako podporucznik batalionu AK Wawrzyniec wziął udział w powstaniu
warszawskim. W latach 1940-1944 ściśle współpracował przy wydawaniu
konspiracyjnego „Taternika” (redaktorem był Tadeusz Orłowski) –
jedynego na świecie czasopisma o tematyce alpinistycznej wydawanego
pod okupacją hitlerowską.

Wawrzyniec Żuławki – portret z lat chłopięcych

Książeczka legitymacyjna TOPR Jerzego Żuławskiego, ojca Wawrzyńca

Po zakończeniu wojny Żuławski przystąpił
do wspinaczki ze zdwojoną energią. Popularny „Wawa” dokonał
wówczas w Tatrach wielu znaczących pierwszych wejść nowymi
drogami, wśród których były: Żabi Szczyt Wyżni
lewą częścią północnej ściany (z Tadeuszem Orłowskim,
1948), Mięguszowiecki Szczyt Pośredni środkowym filarem północno-wschodniej ściany (z Danutą Schiele
i Tadeuszem Orłowskim, 1948), Spadowa Kopa zachodnim
filarem (z Tadeuszem Orłowskim, 1949), Niżnie Rysy zachodnią grzędą
przez Tomkowe Igły (z Tadeuszem Orłowskim, 1950) i Lodowy
Szczyt wschodnią ścianą (m.in. z Arno Puškašem, 1953).

W 1947 roku Żuławski wziął udział
w pierwszej powojennej wyprawie Klubu Wysokogórskiego w Alpy. Mimo
długiej przerwy i niedawno przebytej choroby przeszedł m.in. wschodnią
ścianę Grépon i filar Boccalattego na Mont Blanc du Tacul (obie
z Tadeuszem Orłowskim). Ukochany przez Wawrzyńca Żuławskiego
masyw Mont Blanc stał się w 10 lat później jego lodowym
grobem. 18 sierpnia 1957 roku, wraz z trzema Polakami i dwójką
Francuzów, wyruszył na poszukiwanie zaginionej trójki wspinaczy,
wśród których był doświadczony polski alpinista Stanisław
Groński. Na stokach Mont Blanc du Tacul potężna lawina seraków
zmiotła Wawrzyńca Żuławskiego do głębokiej szczeliny lodowej
i zamurowała jego ciało. Stanisław Biel, z którym był związany
liną, pozostał na powierzchni stoku, jednak doznał poważnych
obrażeń.

W rocznicę wypadku pod Mont Blanc du
Tacul odbyła się na starym cmentarzu w Chamonix uroczystość
wmurowania symbolicznej tablicy ufundowanej przez ZAiKS. Napis
w języku francuskim głosi:

LE 18 AOÛT
1957

PORTANT
SECOURS À SES CAMARADES ALPINISTES

PÉRIT
ENSEVELI PAR L’AVALANCHE

ET

GÎT DANS
UNE CREVASSE

DU MONT
BLANC DU TACUL

WAWRZYNIEC – LAURENT

ŻUŁAWSKI

NÉ À
ZAKOPANE LE 14-2-1916

MUSICIEN ET
COMPOSITEUR POLONAIS

ÉCRIVAIN –
ALPINISTE

À SON
PRÉSIDENT

LA SOCIETÉ
POLONAISE DES AUTEURS

“ZAIKS”

W latach 1934-1939 Żuławski odbył
studia w zakresie filozofii i muzykologii na Uniwersytecie
Warszawskim. Kompozycję studiował początkowo w Toruniu, a następnie
w Konserwatorium Warszawskim w klasie prof. Kazimierza
Sikorskiego (dyplom w 1937 roku). W 1947 roku uzupełniał
studia u Nadii Boulanger w École Normale de Musique
w Paryżu. Był również krytykiem muzycznym i pedagogiem. Tuż po
wojnie wykładał w Konserwatorium Łódzkim, a w 1950 roku został
profesorem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie.

Był utalentowanym kompozytorem – napisał
m.in. wariacje fortepianowe, sonatę skrzypcową, kwintet fortepianowy,
kilka mazurków i pieśni – jednak zabrakło czasu na pełny
rozwój jego możliwości. Jego temperament i niespożyta energia
sprawiały, że również organizacyjnie działał w dziedzinach
związanych ze swoim zawodem. W latach 1951-1953 pełnił funkcję
sekretarza Związku Kompozytorów Polskich oraz
był członkiem Rady Kultury, od maja 1956 roku do śmierci
był prezesem Stowarzyszenia Autorów ZAiKS.

Ogromny był jego wkład w rozwój polskiego
taternictwa i alpinizmu. Stał się czołową postacią walczącego
o przyszłość polskiego ruchu wysokogórskiego. Wykazywał wielki
talent i zmysł organizacyjny, co w połączeniu z jego autorytetem,
erudycją i wdziękiem osobistym dawało nadspodziewanie dobre efekty
nawet w trudnych latach powojennych. Dzięki wielu znajomościom –
także w kręgach politycznych – Żuławski potrafił doprowadzić do
reaktywacji Klubu Wysokogórskiego w 1956 roku, który jako samodzielna
organizacja przestał istnieć w ciemnych latach stalinowskich.

Choć ambicje artystyczne Wawrzyńca Żuławskiego
związane były z inną dyscypliną sztuki i za literata sensu stricto
nigdy się nie uważał, to jego talent literacki, od wydanych jeszcze
przed wojną „Wędrówek alpejskich” (wyd. Gebethner i Wolff
w serii Biblioteki młodzieży, 1939), stale się rozwijał. Pisząc
serię książek na temat ratownictwa tatrzańskiego: „Niebieski
krzyż” (1946), „Sygnały ze skalnych ścian” (1953) i „Tragedie
tatrzańskie” (1955), Żuławski trafił w gusty i zainteresowania
społeczeństwa, które po dopiero co przeżytej gehennie wojennej,
zaczęło interesować się górami i okazał się bardzo poczytnym
pisarzem. Uzupełnione o powojenne wspomnienia z Alp „Wędrówki
alpejskie”, podobnie jak niedokończone „Skalne lato”, nawiązywały
do bogatej działalności wspinaczkowej autora.

Pierwsza z wydanych po wojnie książek –
„Niebieski krzyż” – zawiera wspomnienia z wypraw ratunkowych,
w których Wawrzyniec brał udział już jako siedemnastoletni chłopiec
w 1933 roku. „Sygnały ze skalnych ścian” to opracowany
na nowo stylistycznie i poszerzony o kolejne przygody zbiór
opowiadań zawartych w „Niebieskim krzyżu”. Tematykę ratownictwa
tatrzańskiego kontynuował w „Tragediach tatrzańskich”. Bo też
jak nikt inny miał z czego czerpać. W poświęconym mu numerze
„Taternika” (nr 4/1959), który ukazał się w dwa lata po śmierci
w lodach Mont Blanc, napisano:

Wśród
wybitnych taterników on jeden może się poszczycić tak wielką
ilością wypraw ratunkowych, w których brał udział i które sam
przeprowadził. Uważał to za swój obowiązek. Zawsze był gotów
spieszyć z pomocą na każde wołanie o ratunek bez względu na
niebezpieczeństwo. Za to głębokie wewnętrzne przekonanie, za
swoje ideały, zapłacił najwyższą cenę, jaką może zapłacić
człowiek.

Janusz Kurczab

Tablica na Cmentarzu Symbolicznym pod Osterwą

Sygnały ze skalnych ścian
Na ratunek

W senną ciszę lipcowej nocy,
pogłębioną jeszcze szumem pluskającego za oknami deszczu, wdarł
się ostry głos dzwonka telefonicznego. Człowiek drzemiący przy
biurku drgnął, gwałtownie przebudzony, niepewną ręką szukał
przez chwilę po omacku słuchawki telefonu, wreszcie przyciągnął
ją szerokim gestem do siebie.

Halo… tak, to tutaj… Przepraszam, jakie
schronisko?… Tak, słucham… Ilu turystów? Dwóch mężczyzn
i kobieta… O której słyszano ich wołania?… Czy teraz odpowiadają
na sygnały latarką?

Człowiek w małym pokoiku przy biurku jest
już najzupełniej rozbudzony. – Czy w książce schroniskowej
zostawili informację, jaką drogę zamierzają odbyć? A może mówili
dzierżawcy lub komuś z turystów? Proszę się starać zbliżyć do
nich na odległość głosu, powiedzieć im, żeby siedzieli spokojnie
tam, gdzie są, nie ruszali się i czekali cierpliwie na nas. Za dwie
godziny będziemy u was w schronisku.

Człowiek dyżurujący w małym pokoiku
zakopiańskiego Dworca Tatrzańskiego[1] na Krupówkach tylko na chwilę odłożył
słuchawkę. Natychmiast idzie meldunek telefoniczny do kierownika
Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego: – Schronisko
przy Morskim Oku melduje, że troje turystów nie powróciło na
nocleg.

Inni turyści, wracający z Rysów, twierdzą,
że słyszeli wieczorem wołania o pomoc dochodzące – jak
zeznają – z prawej strony ścieżki, od Niżnich Rysów. Późno
wieczorem nadeszło do schroniska dwóch znanych taterników N. i S.,
którzy na ochotnika udali się na poszukiwania.

Decyzja kierownika zapadła błyskawicznie:
Wysłać natychmiast ekspedycję ratunkową złożoną z sześciu
przewodników. Niech nawiążą łączność z działającymi w terenie
ochotnikami i wspólnie prowadzą akcję. Poszukiwania rozpocząć
w Kotle pod Rysami, przeszukać grzędy spadające z Niżnich
Rysów. Dwóch przewodników wysłać na przetrząśnięcie ścieżki
wiodącej na Przełęcz pod Chłopkiem. Informacjom przygodnych
turystów nie można zbyt ufać. Echo górskie myli czasem nawet
doświadczonych.

Podczas tego dwaj dyżurujący w Dworcu
przewodnicy nie próżnują. Szykują żywność, wydobywają z szafek
liny, haki, pętle, „bambusy”[2], całą zbrojownię taternicką i ratowniczą. Łącznik
na rowerze pruje ciemność deszczowej nocy, pedałując co
sił na Kasprusie, Kościeliską, Krzeptówki, by wezwać
na zbiórkę wyznaczonych do wyprawy przewodników. Na placu przed Dworcem warczy już silnik
samochodowy.

W pół godziny, a może trzy kwadranse
ekspedycja jest gotowa do wymarszu. Jeszcze ostatnie wskazówki, rozkazy
i auto pędzi po wariackich serpentynach szosy do Morskiego Oka, nie
bacząc na ciemności i rozmokłą od deszczu drogę.

Wewnątrz samochodu panował milczący nastrój,
jak zwykle wśród ludzi wyrwanych gwałtownie z pierwszego mocnego
snu. Z nieba spływały prawdziwe potoki deszczu. Gwałtowne porywy
wichru miotały w ciemność całe fale dżdżu. W ostrym świetle
reflektorów samochodowych wyglądało to jak powierzchnia wzburzonego
morza.

– Dobra dziś będzie robota –
mruknął jeden z na wpół uśpionych przewodników, patrząc przez
szybkę samochodu. – Nie zazdroszczę tym, co tam siedzą teraz
w skałach.

Nikt nie odpowiedział i w aucie zapanowała
znowu cisza.

Ze zgrzytem hamulców zajechali przed uśpione
schronisko. Gdy weszli na ciemną werandę, wysunął się ze swego
pokoju zarządca. Udziela objaśnień, informuje. Krótka narada: iść
czy czekać świtu?

– Po ciemku wiele nie zwojujemy. Za
dnia prędzej się ich odszuka. A więc czekać? – Ba, a może
oni tam już ostatkiem sił i woli trzymają się kurczowo skał lub
rozmokłych traw w jakimś „złym” miejscu? Może tamci, co tak
ofiarnie poszli na pomoc, mimo że to wspinacze pierwszej wody – sami
są w niebezpieczeństwie? Choć podejść do nich na odległość
głosu, choć krzyknąć, że pomoc już blisko, byle tylko wytrwali
do rana!

Namysły nie trwały długo. Opinają szczelniej
kaptury wiatrówek wokół głowy, plecaki zarzucają na ramiona –
i sześć postaci niknie w mroku nocy. Chwilę jeszcze bieleją
w ciemności cyfrowane „portki”[3] góralskie z grubego samodziału…

… O dziewiątej rano zebrani na werandzie
schroniska turyści niecierpliwie przebijali wzrokiem zasłonę deszczu,
wpatrując się w taflę jeziora. Od strony Czarnego Stawu sunie
łódź. Zbliża się – jest już niemal w pół drogi. Lornetki
idą w ruch. Niektórzy na głos liczą ludzi w łódce.

– Siedem, osiem… dziewięć… Są
wszyscy! – krzyczy ktoś.

Sześciu przewodników, dwaj taternicy i trójka
uratowanych turystów. Łódka dobija do brzegu. Wysiadają. Wynoszą
na ramionach chłopaka ze złamaną nogą, wyprowadzają i powierzają
opiece lekarskiej młodą kobietę z objawami szoku nerwowego. Trzeci
z uratowanych – choć mocno podrapany i posiniaczony, w ubraniu
wyglądającym jak podarta szmata wyjęta świeżo z błota – trzyma
się jednak dobrze i nawet usiłuje żartować ze swej sytuacji.

Góry pokazały niedoświadczonym moc i grozę,
udzieliły im bolesnej lekcji, a wreszcie… z królewską
wielkodusznością wypuściły ich żywych ze swych szponów.

*

Wyprawy górskie –
czy będą to zwykłe turystyczne wycieczki ścieżkami, czy włóczęga
po rzadziej odwiedzanych dolinach, szczytach i graniach[4], czy wreszcie karkołomne wspinaczki poprzez pionowe
urwiska – stają się dla człowieka, który w nich raz zasmakował,
źródłem głębokich, niezatartych przeżyć, źródłem radości
życia, odprężenia i wypoczynku po trudach pracy, źródłem
kształtowania sprawności fizycznej i siły charakteru.

Majestat i urok dzikiej, pierwotnej przyrody
górskiej rozwija zmysł piękna, budzi umiłowanie natury. Trudności
terenu i ciężkie nieraz wysiłki wyrabiają odwagę, orientację,
szybkość decyzji, wytrzymałość, odporność fizyczną i psychiczną,
wyrabiają tak cenne zalety, jak wewnętrzna dyscyplina, wysokie
poczucie odpowiedzialności za siebie i swych towarzyszy, koleżeństwo
i braterską solidarność między ludźmi. Dlatego rokrocznie latem
i zimą tysiące ludzi spieszy w Tatry – jedyne w Polsce pasmo
o charakterze prawdziwie wysokogórskim – by zaczerpnąć pełną
piersią krystalicznego powietrza, by znaleźć wytchnienie w jakimś
czarodziejskim zakątku nad błękitnozielonym stawem lub piąć się
w górę ku słonecznym szczytom.

Nie wolno jednak zapominać, że urzekająca
piękność Tatr kryje w sobie liczne niebezpieczeństwa –
prawdziwe pułapki dla niedoświadczonych: kruchość skał, strome,
śliskie trawki, pozornie łatwe, a w dole podcięte urwiskiem
żleby… A poza tym wszystkim, największa może groźba: kapryśna
pogoda tatrzańska. Ileż to razy najpiękniejszy, słoneczny dzień
górskiego lata zmienia się w ciągu pół godziny, przynosząc
gwałtowną burzę, ulewę, grad, nawet śnieżyce, albo zasnuwając
świat gęstą, nieprzeniknioną mgłą! Ileż to razy każdy z nas,
przemoknięty do ostatniej nitki, trzęsący się z zimna, zgrabiałymi
palcami zakładał sztywną jak drut, oblodzoną linę do zjazdu, by móc
się wycofać z jakiegoś groźnego urwiska, choćby za cenę zostawienia
w nim sprzętu taternickiego – świadka poniesionej klęski. Tylko
największy wysiłek woli, nerwów, sił fizycznych, tylko ogromne
doświadczenie wysokogórskie pozwala wyjść szczęśliwie z takiej
sytuacji. A co się dzieje, gdy młodemu taternikowi – choćby był
świetnym wspinaczem – tego doświadczenia zabraknie? Albo gdy –
nawet w normalną pogodę – nie potrafi w zawiłym labiryncie skalnym
odnaleźć właściwej drogi, gdy nie dość starannie ubezpiecza się
liną, a hak wbity niewprawną dłonią wyleci od szarpnięcia i nie
powstrzyma upadku? Wtedy już tylko szczęśliwy przypadek może zapobiec
katastrofie.

A cóż dopiero mówić o turystach
przebiegających zwykłe „znakowane” i zabezpieczone klamrami
szlaki! O turystach posiadających z reguły minimalne albo żadne
doświadczenie górskie…

Wystarczy, że zagrodzi im drogę stromy,
twardy płat śniegu, na który lekkomyślnie wkroczą, by za
chwilę w śmiertelnym pędzie zsuwać się ku sterczącym w dole
głazom. Wystarczy zmiana pogody, mglistość powietrza, a czasem
nawet nie dość widocznie namalowany znak przy ścieżce, by
zgubili szlak. Wtedy, zamiast spokojnie zastanowić się, odnaleźć
znaki, cofnąwszy się kawałek ścieżką do miejsca, gdzie są one
wyraźne – poczynają szukać zejścia na własną rękę. Zazwyczaj
schodzą pierwszym lepszym żlebem, który wydaje im się łatwy
i który może zaprowadziłby ich na dno doliny, gdyby nie to,
że tatrzańskie żleby łagodne w górnej części, w dolnej są
w wielu wypadkach poderwane pionowymi kominami. Nieszczęsny turysta
natrafia na coraz bardziej stromy teren, na pionowe, początkowo
niewysokie progi, przez które ześlizguje się jakoś, nie zdając
sobie sprawy, że odcina w ten sposób drogę odwrotu i wpada coraz
głębiej w nastawioną na niego przez góry pułapkę. Wreszcie staje
nad pionowym urwiskiem, a kilkadziesiąt lub czasem kilkaset metrów
niżej widzi bezpieczne piargi doliny. Jeśli jest rozsądny – siada
w możliwie najbezpieczniejszym i najwygodniejszym miejscu i woła
o pomoc – a jeżeli przed wyjściem w góry czytał instrukcję
Pogotowia, to wie, że należy wołać (machać zdjętą z siebie
koszulą, w nocy świecić latarką) sześć razy na minutę, potem
zrobić minutową przerwę i znowu sześć razy na minutę[5]. Jeśli natomiast ów turysta da się ponieść fałszywej
ambicji lub ulegnie panice i zacznie schodzić urwiskiem – śmiertelny
wypadek jest nieunikniony.

Nie tylko jednak żleby pociągają
niedoświadczonego turystę, który zgubił drogę. Potrafi on wejść
na urwiste mokre trawki, a nawet w jakiś nieprawdopodobny sposób
zaplątać się w dostępną tylko dla wytrawnych taterników pionową
ścianę, jedynie dlatego, że najbliższych parę metrów wydało mu
się łatwych lub że w dole ujrzał schronisko, do którego starał
się zejść „najkrótszą” drogą. Nic więc dziwnego, że nie ma
prawie roku, by Tatry nie pochłaniały śmiertelnych ofiar.

*

Wśród wielu zasług,
którymi słusznie szczycić się może dawne (założone w roku
1873) Towarzystwo Tatrzańskie, przodek dzisiejszego Polskiego
Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego – jedną z największych
jest bez wątpienia stworzenie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia
Ratunkowego.

Myśl założenia takiej instytucji
powstała w pierwszych latach naszego wieku[6], gdy coraz więcej ludzi poczęło chodzić w Tatry,
a jednocześnie wypadki górskie stawały się coraz liczniejsze. Myśl
ta zrodziła się wśród czynnych taterników zgrupowanych wokół
ówczesnej Sekcji Turystycznej Towarzystwa Tatrzańskiego. Rzucił
ją pierwszy w roku 1907 Mariusz Zaruski, świetny taternik,
narciarz, wybitny podróżnik i żeglarz. Dzień 29 października
1909 roku jest datą powstania Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia
Ratunkowego. Pod kierownictwem Zaruskiego skupili się ówcześni
przewodnicy – górale: sławny Klimek Bachleda, Kuba Wawrytko,
Szymon Tatar młodszy, Jan Pęksa, Wojciech Tylka-Suleja, Staszek
Gąsienica-Byrcyn i honorowy członek Pogotowia, Jędrzej Marusarz
starszy. Obok tych godnych następców wielkich tradycji przewodnickich
Macieja Sieczki, Wojciecha Roja czy Jędrzeja Wali – w szeregach
Pogotowia znaleźli się świetni taternicy, zdobywcy Zamarłej Turni:
Henryk Bednarski, Józef Lesiecki i Stanisław Zdyb. Wszyscy członkowie
rzeczywiści Pogotowia mieli obowiązek stawienia się na każde wezwanie
kierownika. Ponadto istniała kategoria członków–ochotników,
którzy w wyprawach ratunkowych brali udział dorywczo, w miarę
potrzeby. Ochotnikami Pogotowia byli niemal wszyscy wybitni taternicy,
a w owych czasach rekrutowali się oni często spośród najlepszych
przedstawicieli inteligencji polskiej, spośród wybitnych artystów,
pisarzy, naukowców, działaczy społecznych. Dowodem niech tu będzie
choćby osoba wielkiego rewolucjonisty polskiego, Juliana Marchlewskiego,
który był członkiem–ochotnikiem Pogotowia i w roku 1912 brał
udział w poszukiwaniach Aldony Szystowskiej zaginionej bez śladu
w masywie Czerwonych Wierchów.

Czterdzieści pięć lat działalności
Pogotowia to długi okres chlubnych wysiłków, które uratowały
życie setkom i tysiącom turystów i narciarzy. Toteż Pogotowie
Ratunkowe ma już swoją historię pełną wydarzeń czasem radosnych,
czasem dramatycznych – zawsze przynoszących zaszczyt tym, którzy nie
pomnąc na niebezpieczeństwo spieszyli na pomoc o każdej porze dnia
i nocy, w każdej porze roku, w deszcz czy pogodę, w śnieżycę,
zadymkę czy wichurę.

W swych bogatych kronikach ma Pogotowie
wyprawy na zawsze utrwalone w pamięci ludzkiej. Wyprawę, owianą
cieniem głębokiego smutku, gdy na barkach dźwigano tragiczne zwłoki
Mieczysława Karłowicza, genialnego, a tak przedwcześnie zmarłego
kompozytora – i epickie boje w ścianach Małego Jaworowego Szczytu
o życie młodego taternika, Stanisława Szulakiewicza, w roku 1910 –
i z mniej już odległych czasów – słynną zimową wyprawę
po ciało Wincentego Birkenmajera na Galerię Gankową w kwietniu
1933 roku. Ma też Pogotowie swego bohatera; jest nim przewodnik Klimek
Bachleda, stary orzeł tatrzański „bez strachu i skazy”, który
znalazł śmierć w nie zdobytych podówczas zerwach Małego Jaworowego,
gdy wspinał się samotnie w lodowatym deszczu i wichrze za milknącym
głosem konającego turysty.

Nie o tych dziejach chcę mówić. Pisano
o nich niejednokrotnie. Pisał w swych popularnych książkach
Mariusz Zaruski – pisał poeta Jerzy Żuławski, również członek
Pogotowia, w swym wspomnieniu o Klimku Bachledzie – piszą o tych
i innych – wprawach coroczne kroniki Pogotowia.

Jerzy Żuławski – ojciec Wawrzyńca

Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe
(w skrócie: TOPR) jest i było od
samego początku jednym z najlepiej zorganizowanych górskich towarzystw
ratowniczych w świecie. Twórcy Pogotowia od razu postawili je na
płaszczyźnie zaszczytnej służby społecznej. Jeśli przed wojną
w Alpach wyruszenie ekspedycji ratunkowej złożonej z zawodowych
przewodników uzależnione było… od sumy, którą zaofiarowała rodzina
zaginionego, sumy idącej często w tysiące franków, a wielogodzinne,
ba! wielodniowe targi kosztowały nieraz kilka istnień ludzkich –
to w Tatrach działo się zupełnie inaczej. Ekspedycja wyruszała we
wzorowo krótkim czasie, gdy tylko kierownik uznał, że nie zachodzi
wypadek omyłki lub fałszywego alarmu. Nikt się nie zastanawiał,
czy poszkodowany będzie miał czym płacić, czy nie. Niezbędne koszty
(taksówki, żywność dla wyprawy, zniszczony sprzęt itd.) pokrywane
były z funduszu Pogotowia, na który składało się stałe subsydium
Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego i składki samych członków
Pogotowia, to jest przewodników i ochotników. Uczestnicy wyprawy
ratunkowej i przewodnicy otrzymywali normalną dzienną taksę,
ochotnicy – oczywiście nic prócz wyżywienia. Niewielkie
w rezultacie koszty wyprawy ściągane były z poszkodowanych
nieraz w wielomiesięcznych drobnych ratach, a w razie stwierdzenia
niezamożności – obciążały budżet Pogotowia. Tak było w czasach,
w których rozpoczyna się akcja niniejszych opowiadań.

TOPR w szerokim składzie, około 1910 roku.
W tle Dworzec Tatrzański

Dziś zmieniły się oczywiście również warunki,
w których działa Pogotowie. Do przeszłości należy już troska
o zapewnienie funduszów na ratownictwo w Tatrach, uzależnienie
od prywatnych i półprywatnych datków. Obecnie stałe dotacje
z funduszów państwowych pozwalają na to, by Pogotowie pracowało bez
obaw o przyszłość. Pozwalają one zatrudniać kilkuosobowy personel
stałych pracowników. Oprócz nich rzeczywistymi członkami Pogotowia są
obowiązkowo wszyscy przewodnicy w liczbie kilkudziesięciu, a nadto,
tak jak dawniej, na prawach ochotników – wszyscy niemal wybitniejsi
taternicy. Dziś już nie ma przykrej konieczności ściągania choćby
niewielkich kwot z ofiar wypadków czy też z ich rodzin. Nie ma
też konieczności wynajmowania taksówek czy „fiakrów”[7], bo do dyspozycji uczestników wyprawy ratunkowej stoi
własny samochód Pogotowia. Sprzęt choć jeszcze niedostateczny, to
jednak w stosunku do lat przedwojennych został wydatnie powiększony
i unowocześniony.

Nie na tym koniec. W trosce o zapewnienie
bezpieczeństwa rozwijającemu się ruchowi turystycznemu
utworzono Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe w pozostałych
grupach górskich Polski. Istnieje więc Beskidzkie (BOPR), Sudeckie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe
(SOPR) i inne. Wszystkie one
podlegają Górskiemu Ochotniczemu Pogotowiu Ratunkowemu (GOPR), którego siedzibą jest Zakopane,
a ogólnym kierownikiem (od roku 1947) Tadeusz Pawłowski. Zawrzemy
z nim bliższą znajomość w niniejszych opowieściach. Poznamy go jako
młodego chłopca, świetnego taternika i alpinistę, a później po
latach – jako pełnego energii kierownika Pogotowia[8].

Jedno się wszakże nie zmieniło w ciągu tych
długich czterdziestu kilku lat. Bez względu na to, czy kierownikiem
był Zaruski, czy później, w latach 1926-1939, niezwykle zasłużony
dla Pogotowia, zamordowany skrytobójczo Józef Oppenheim, czy następnie
Korosadowicz, Paryski i na koniec Pawłowski – członkom Pogotowia
przyświecał jeden i ten sam cel. Cel jasny i prosty: nieść pomoc
zawsze i wszędzie, gdziekolwiek zajdzie potrzeba, bez względu na
warunki i okoliczności.

Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie podkreślił tu
wyjątkowych zasług Mariusza Zaruskiego. Był on jednym z pierwszych,
którzy umieli dostrzec społeczne znaczenie turystyki i taternictwa,
jednym z pierwszych, którzy głosili hasła turystyki popularnej
i prowadzili zbiorowe wycieczki w Tatry. Ten szczery miłośnik
gór przeciwstawiał się z żelazną konsekwencją zamachom na
przyrodę tatrzańską, zarówno przed pierwszą wojną światową,
jak i w latach rządów osławionego ministra Bobkowskiego. Jako
kierownik Pogotowia, okazał się Zaruski niezrównanym pedagogiem:
umiał u swych podwładnych i towarzyszy wzbudzić ogromne poczucie
odpowiedzialności, bezgraniczną ofiarność, wytrwałość, dyscyplinę
i męstwo. Wszystkie wyprawy prowadził osobiście, był zawsze na
czele ratowników, na najtrudniejszych odcinkach akcji. Oto jak pisano
o nim we wspomnieniach z dramatycznej wyprawy w ścianach Małego
Jaworowego: „Członkowie Pogotowia i ochotnicy padali ze znużenia –
zastępowano ich nowymi siłami; od pierwszej chwili do ostatka wytrwał
tylko jeden człowiek, iście żelazny, Mariusz Zaruski”.

W niniejszych opowieściach
zawarte są drobne, nieraz mało znaczące fragmenty wybrane z długiej
historii Tatrzańskiego Pogotowia. Wybrałem jednak te, a nie inne,
bo są one wycinkiem mych własnych wspomnień górskich, bo brałem
w nich bezpośredni udział. Prawdziwość przygód tu opisanych da
czytelnikowi, być może, bliższy obraz ciężkiej, niebezpiecznej
pracy Pogotowia, pełnej trudów, ale i szlachetnego zadowolenia,
jakie daje świadomość ratowania ludzkiego życia. A że z tymi,
z którymi te przygody przeżyłem, łączyć mnie będą zawsze
wspomnienia serdeczne i ciepłe, więc – choć wielu, bardzo wielu
z nich nie ma już pośród żyjących – myśl moja towarzyszy im
wiernie poprzez wszystkie stronice tej książki.

[1] Dworzec Tatrzański – budynek w Zakopanem
przy ulicy Krupówki 12. Pełnił funkcję pierwszego zakopiańskiego domu
kultury. Mieścił także centralę Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia
Ratowniczego, która dziś znajduje się przy ulicy Piłsudskiego 63
A (przyp. red.).

[2] W gwarze górskiej składane nosze ratunkowe do
wypadków górskich. Rannego umieszcza się w hamaku, który zawieszony na
aluminiowym drągu, niesiony jest na ramionach dwóch ratowników. Nazwa
pozostała z czasów, kiedy zamiast drągów używano łodygi bambusowej
(przyp. red.).

[3] Góralskie spodnie z wyhaftowaną
parzenicą – sercowatym wzorem charakterystycznym dla zdobnictwa
góralskiego (przyp. red.).

[4] Terminy wysokogórskie
objaśnione są w słowniku na końcu książki (przyp. autora).

[5] Jest to międzynarodowy
górski sygnał wzywający na ratunek. Ratownicy odpowiadają sygnałem:
światło trzy razy na minutę, minuta przerwy i znowu światło trzy
razy na minutę (przyp. autora).

[6] Mowa o wieku
XX (przyp. red.).

[7] Fiakr, in. fiakier –
lekka dorożka, jedno- lub dwukonna (przyp. red.).

[8] Obecnie
organizacja górskiego pogotowia ratunkowego w Polsce wygląda
nieco inaczej. Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe działa na
terenach górskich Polski z wyłączeniem Tatr. W skład jego
wchodzi 7 grup regionalnych: Bieszczadzka, Krynicka, Podhalańska,
Jurajska, Beskidzka, Wałbrzysko-Kłodzka i Karkonoska. Na terenie
Tatr działa Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, które jest
organizacją niezależną. Po Tadeuszu Pawłowskim naczelnikami Grupy
Tatrzańskiej GOPR, a od 1991 roku
TOPR byli kolejno: Zygmunt Wójcik, Eugeniusz Strzeboński,
Michał Gajewski, Ryszard Drągowski, Michał Jagiełło, Tadeusz Ewy,
Stanisław Janik, Ryszard Szafirski, Jerzy Klimiński, Jan Komornicki,
Stanisław Łukaszczyk, Piotr Malinowski, Robert Janik, a od 1998 roku
nieprzerwanie funkcję tę pełni Jan Krzysztof (przyp. red.).

Dwudziestoczterogodzinny
dzień pracy

13-14 lipca 1933 r.

Nie znam chyba milszego zajęcia,
jak w pogodny, słoneczny dzień letni balansować między niebem
a ziemią na urwistej tatrzańskiej grani. Jeśli jest nią grań
Mięguszowiecka, spadająca ku przełęczy gęstwą ostrych iglic
skalnych – z lewej strony widoczne jak na dłoni Hińczowe Stawy,
z prawej, zdawałoby się tuż pod stopami, Morskie Oko – jeśli
słońce przypieka tak, że granit niemal parzy dłonie, jeśli
wreszcie towarzyszem jest tak wyborny wspinacz i tak przemiły kompan,
jak Bolek Chwaściński, chluba polskiego taternictwa – dzień taki
śmiało mogę zaliczać do najbardziej udanych wspomnień górskich. Jak
tancerze na linie suniemy lekko po wąziutkiej krawędzi między dwoma
otchłaniami, niby łódka na falach powietrznego morza wznosi się
szczyt iglicy, opada w szczerbę grani pod następną turniczką
i znowu w górę…

Gdyśmy stanęli na przełęczy, ukończywszy grań
Mięguszowickiego Szczytu Środkowego – wprost żałowaliśmy, że
przebyta droga nie była jeszcze o godzinę lub dwie dłuższa.

Z przełęczy trzeba zejść kawałek żlebem
w dół ku Hińczowym Stawom i tzw. kominem Martina w górę
z powrotem na grań Mięguszowieckiego. Ten odcinek to najtrudniejszy
fragment drogi. Dopiero teraz czeka nas główna robota. Ba! niewielka to
robota dla młodych, dobrze wysportowanych ludzi wspiąć się kominkiem
i przewinąć przez zamykającą go przewieszkę. Jeden hak wbity pod
przewieszką – ot tak, „na wszelki wypadek”, i już gonimy po
szerokiej łatwej grani. W dziesięć minut później wygrzewamy się
na szczytowych głazach Mięguszowieckiego.

Od lewej Zofia Paryska,
Wawrzyniec Żuławski, Stefania Grodzieńska w górnej części Doliny
za Mnichem, w głębi po prawej Mnich

Zejście w dół długie i nieco zawikłane. Za
to po grani ku Hińczowej Przełęczy można pędzić szybko, zwłaszcza
że nietrudny teren nie zmusza do asekuracji liną. Z przełęczy tylko
„skoczyć” na Pola pod Cubryną[9], a dalej – nieco już tracąc na tempie – poprzez
rozliczne kociołki, piarżyska i płaty śniegu – do ścieżki
w Dolinie za Mnichem. Nie spieszy nam się już zresztą. Nie ma
co! Oblecieliśmy kawałek drogi: z Morskiego Oka na Przełęcz pod
Chłopkiem, potem na Mięguszowiecki nad Czarnym, stamtąd granią
poprzez Mięguszowiecki Środkowy i Główny na Hińczową Przełęcz,
a teraz – dokładnie dookoła – przez Dolinę za Mnichem dochodzimy
właśnie w lekko zapadającym mroku z powrotem do Morskiego.

Jeszcześmy nie wstąpili na schodki
wyprowadzające znad stawu na morenę, gdzie stoi schronisko,
gdy jakaś znajoma postać wybiegła nam naprzeciw. Poznajemy już
z daleka naszego przyjaciela, jednego z najśmielszych zdobywców
urwisk skalnych, jacy kiedykolwiek po Tatrach chodzili – no, czyż
trzeba zresztą tłumaczyć, kim był Wiesław Stanisławski[10]?

Wiesiek przyjechał właśnie dziś prosto
z Warszawy, przywiózł ze sobą młodego, doskonale zapowiadającego
się taternika Witolda Wojnara, którego nam zaraz zaprezentował – no
i oczywiście przywiózł również masę planów taternickich. Jego
wyrazista twarz o wydatnych szczękach, znamionujących siłę,
twardy upór i wolę, jego pełne energii oczy promienieją, gdy
opowiada nam o tych planach: to trzeba zrobić, tam „drogę”
na pionowej ścianie „wyprostować”, tu i ówdzie znajdą się
niezdobyte, a godne przejścia urwiska… To przecież jego ostatni
sezon tatrzański! W jesieni służba wojskowa, potem wyjazd za
granicę – też w góry! – ale już inne, wyniosłe, niezdobyte,
niedostępne.

Gdy rozmawiając wyszliśmy na platformę moreny
przed schroniskiem, zjawił się przed nami stale rezydujący w Morskim
delegat Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego – Bohdan M.

– Nie spieszcie się zanadto do
schroniska – wita nas od razu – czeka was niespodzianka. Tylko co
turyści wracający znad Czarnego Stawu donieśli, że w północnej
ścianie Mięguszowieckiego woła ktoś o pomoc. Dzwoniłem już do
Pogotowia, ale skoro tu jesteście, to jazda z powrotem w górę.

Istotnie, zajęci rozmową nie zauważyliśmy
niezwykłego ruchu przed schroniskiem. Tłum ludzi wpatruje się
w doskonale po przeciwnej stronie stawu widoczną ścianę, rozprawia,
gestykuluje. Kilka lornetek pracuje wytrwale, ale w wieczornym
zmierzchu letnim nie sposób wypatrzyć drobnego punktu, jakim jest
sylwetka ludzka z tej odległości. Coraz to ktoś pokazuje jakąś
sterczącą ze ściany skałkę (która w rzeczywistości ma rozmiary
kilkupiętrowej kamienicy), przysięgając na wszystkie świętości,
że – „rusza się”. Jednakże w krótkich chwilach, kiedy udaje
się uciszyć zgromadzenie, dochodzi słabe, ale zupełnie wyraźne
wołanie na pomoc.

Do diabła! Trzeba zaraz pędzić, a tu
dwunastogodzinny kurs czujemy dobrze w nogach.

Podają nam naprędce coś gorącego do
zjedzenia. Popijając kwaśnym mlekiem, jemy tak szybko, jak tylko
pozwalają nam natrętne pytania i „trafne” rady licznych
gapiów.

W dziesięć minut jesteśmy gotowi. Łapiemy
plecaki i cała nasza czwórka biegiem puszcza się dookoła
zachodniego brzegu Morskiego Oka. Na piargach pod północną ścianą
Mięguszowieckiego nie zwalniamy tempa. Nie wiem, czy upłynęło
dwadzieścia minut, a już znaleźliśmy się pod ścianą. Teraz
ocieramy pot obficie płynący z twarzy, łapiemy oddech i robimy
krótką naradę. Krzyków nie słychać – widocznie zagłuszają
je najbliższe formacje skalne. Znając jednak konfigurację ściany,
domyślamy się, że skądkolwiek nieszczęśliwy turysta poleciał,
powinien się znaleźć w niewielkim kociołku w dolnej części
ściany, gdzie zbiegają się wszystkie jej żleby i kominki. Wobec
tego postanawiamy się rozdzielić na dwie partie i zlustrować
partię ścianę poniżej kociołka, który został obrany jako miejsce
spotkania. Bolek Chwaściński rusza z Wojnarem ściankami sporej buli
zamykającej dojście do kociołka, drogą mniej więcej identyczną
ze szlakiem opisanym w przewodniku – my z Wieśkiem próbujemy
zaatakować ściankę na prawo od wspomnianej buli.

Wiesiek wiąże się ze mną liną i pierwszy
atakuje ścianę. Od razu widać, że część zadania przypadająca na
nas jest – przy zupełnej ciemności – nie do wykonania. Wiesiek
wspina się kilka metrów, z trudnością wyszukując na oślep chwyty
i stopnie. Gdy wbił hak, doszedłem i ja do niego, powierzając się
więcej szczęściu niż własnym umiejętnościom, które i tak tu
na nic się nie mogły przydać. Wiesiek szturmuje znowu. W pewnej
chwili o mało nie odleciał od skały; musimy wkrótce uznać całe
przedsięwzięcie za bezcelowe i wycofać się ze wstydem z powrotem
do miejsca, gdzie rozstaliśmy się z naszymi towarzyszami[11]. Ci tymczasem są już wysoko w ściance buli. Nic dziwnego
zresztą – teren mają znacznie łatwiejszy, a przy tym znany
Bolkowi z normalnego dziennego przejścia. Sylwetki ich są zupełnie
niewidoczne w ciemności – słyszymy tylko rozmowy. Nawiązujemy
z nimi kontakt głosowy.

– Halo! – wrzeszczy Wiesiek – jak
tam?!

– Ano – odpowiada z wysoka z czarnej
pustki głos Bolka – ciemno jak licho, nic nie widać, tylko co
przydepnąłem nogą własną rękę.

– A „jego” słyszycie
przynajmniej?

– Owszem, troszkę się odzywa, ale jakoś
z daleka i nie mogę wyłapać kierunku.

Impreza wygląda właściwie dość
szaleńczo. Szanse pomożenia ofierze wypadku – minimalne, szanse
skręcenia karku – bardzo duże. Rozsądek każe wrócić i zaczekać
kilka godzin do świtu. Rozsądek tak, ale…

– Wracaj – krzyczy Wiesiek – nic na
razie nie pomożesz, do rana tylko parę godzin!

– Dobrze, a jak zleci do reszty? –
replikuje Bolek i szamocze się dalej w ciemnościach.

– Wracaj, wariacie, skręcisz łeb i ty,
i Witek – irytuje się już na dobre Wiesiek.

– Nic się nie martw, wyśpij się trochę,
a jutro przyjdziecie do nas – przecina dyskusję Bolek.

Jeszcze parę chwil słychać głosy. Padają
krótkie wskazówki i rozkazy: „lina”, „ściągnij”, „uwaga”,
„idę” – a potem zapada cisza.

Od szosy wiatr przynosi daleki warkot
motoru. Jedzie samochód z Pogotowiem. Siadamy na głazach,
rozmawiamy. Cóż w końcu pozostaje nam do zrobienia! Umawiamy
się z Wieśkiem na sierpień; będziemy chodzić razem, to było
postanowione już w Warszawie. Warkot samochodu jest coraz bliższy,
słychać go wyraźnie poprzez szum wodospadów. Chwilami nagły
błysk reflektorów przebiega po uśpionych lasach pod Żabim. O, teraz
coś błysnęło znowu, na prawo od nas. Ale nie, to nie reflektor. To
księżyc zaświecił rąbkiem przez wrota Żabiej Przełęczy. Schował
się za Żabiego Konia. Znowu rozświecił na chwilę kotlinę Czarnego
Stawu i znowu zniknął za granią, na dłużej tym razem. Za to ostry
blask świateł samochodowych wyłonił się niespodzianie zza ostatniego
zakrętu szosy. Podjechali bliżej, stanęli i skierowali reflektory
na ścianę. Snop światła oślepił nas na chwilę i przesunął
się wyżej na miejsce, gdzie prawdopodobnie wspinali się nasi
przyjaciele. Ach, gdyby tak zatrzymać światło – Bolek z Wojnarem
mogliby iść, prawie jak w dzień! Niestety, lustrują ścianę dalej
i światło przesuwa się w górne jej partie. Wymachujemy latarkami,
pragnąc kierować ruchami reflektora. Nasze światło nie było jednak
z odległości blisko dwóch kilometrów widoczne lub też znaki nie
zostały zrozumiane, dość że po chwili ludzie z auta zaprzestali
swych usiłowań i podjechali pod samo schronisko.

Siedliśmy z powrotem na kamieniach. Niewiele
czasu minęło, gdy ujrzeliśmy cztery nikłe światełka latarek sunące
szybko ku nam. Już wznoszą się po stromym usypisku. Schodzimy kawałek,
zapalamy latarki.

– Kto tam? – słyszymy wołanie.

Mówimy nazwiska i witamy się z przybyłymi. Są
wśród nich dwaj nasi koledzy: Tadek Pawłowski i Tadek Brzoza –
obaj znakomici taternicy, a z nimi dwaj przewodnicy: Stanisław Roj
i Wojtek Wawrytko-Krzeptowski.

– A tamci gdzie? – pada pytanie.

Zdajemy krótką relację.

– Wariaci! – wyrokują wszyscy, ale
tak jakoś z dziwnym szacunkiem.

Po naradzie postanawiamy zabiwakować do
świtu. Każdy z nas wkłada na siebie, co może, i układa się, gdzie
może. Podłożyłem sobie linę pod bok i wygodnie rozciągnąłem
się między głazami.

Na wprost miałem kotlinę Czarnego
Stawu. Księżyc właśnie znowu pokazał rąbek zza Wołowej
Szczerbiny. Powoli, bez pośpiechu wspiął się na grań Wołowego
Grzbietu i począł toczyć się nią – przysiągłbyś –
obniżając się nieco w przełączkach, gramoląc się w górę
na turniczki. Tak jak my w dzień, tak teraz księżyc balansował
wdzięcznie po grani, a jego niebieskawe, zimne światło zalewało
szczyty, żleby i kamienne usypiska. Potok w dole błyszczał jak
srebrna nitka wskroś ciemnego boru.

Tak w pół drzemce, pół marzeniach mijała
krótka noc letnia.

Budzimy się jeszcze po ciemku. Przeciągamy
się, poprawiamy na sobie wymiętoszone ubrania i z rękami
w kieszeniach – skuleni nieco z zimna – czekamy światła
dziennego.

Świt zastaje nas już w żlebie, na lewo od
buli, kędy wiedzie droga poprzez północną ścianę Mięguszowieckiego
Szczytu. Teren wydaje się nam obecnie wprost dziecinnie łatwy. Szybko
pokonujemy próg żlebu i posuwamy się śniegiem ponad nim. Niedługo
potem słyszymy nad sobą okrzyk i w szarym świetle poranku widzimy
sylwetkę Bolka czerniejącą na trawiastym grzbiecie buli.

– Tu chodźcie! – krzyczy Bolek.

Zbliżamy się do niego szybko.

– Wszystko w porządku? – pytamy,
witając się.

– Wszystko w porządku –
odpowiada – udało nam się po ciemku wyjść tu, na grzbiet buli,
a stąd usłyszeliśmy od razu jego krzyki i doszliśmy na miejsce
wypadku. Wyobraźcie sobie, chłop miał niesamowite szczęście. Odpadł,
schodząc tym tu kominem, doleciał na sam dół, śmignął przez ten
stromy śnieg i zatrzymał się tuż nad krawędzią urwiska. Gdyby
„rąbnął” dalej, nie byłoby co zbierać.

Oglądamy miejsce, gdzie Bolek z Wojnarem
znaleźli ofiarę wypadku. Dosłownie metr czy półtora dalej
zaśnieżony żleb urywa się siedemdziesięciometrową ścianką, tą
właśnie, którą daremnie szturmowaliśmy w nocy z Wieśkiem. Miejsce,
w którym leżał, jest mocno nachylone ku przepaści. Gdyby nie odważna
decyzja i szybka interwencja Bolka i jego towarzysza, jest więcej
niż prawdopodobne, że niefortunny turysta – trawiony gorączką
spowodowaną poniesionymi ranami, byłby się stoczył się w ciągu
nocy poza krawędź urwiska. Zimna krew Bolka niewątpliwie ocaliła
mu życie.

– No dobrze – pytamy – ale gdzież
on jest?

Okazuje się, że jeszcze w nocy przenieśli
go na bezpieczniejszy teren i jest w tej chwili pod opieką Witka
Wojnara.

Idziemy grzbietem kilkanaście kroków do
miejsca, gdzie tworzy się olbrzymia trawiasta platforma, porosłą
kosodrzewiną. Tu pod krzakiem kosówki widzimy Witka, a obok
niego… Brrr… Usiadłem szybko tam, gdzie stałem, i z udanym
zainteresowaniem odwróciłem się ku pięknej panoramie Morskiego
Oka. Proszę mi wybaczyć tę słabość – wszakże to był mój
pierwszy autentyczny „umrzyk” górski. Ta twarz sina od potłuczeń
i czerwona od zakrzepłej krwi, ten nos, który mu służył widocznie
za hamulec w czasie zjeżdżania przez śnieg, te ręce jakby ze
skóry obdarte! Wszystko to właściwie powierzchowne skaleczenia,
ale wyglądało okropnie!

Korzystając z krótkiego odpoczynku, wypytujemy
rannego, którym się okazał F. M., Polak, studiujący na uniwersytecie
w Pradze, jakim cudem się tu właściwie znalazł? Widać od razu,
że jest to zupełnie niedoświadczony turysta, i mimo dobrych chęci
nie umiał nam dokładnie wyjaśnić, gdzie chciał iść, którędy
szedł i gdzie go spotkał wypadek. Faktem jest, że zrobił to, co
właśnie robią niedoświadczeni turyści, a mianowicie schodził
do schroniska przy Morskim Oku „na przełaj”… wprost północną
ścianą Mięguszowieckiego Szczytu. Wątpię, żeby zszedł z samego
wierzchołka, bo ściana jest trudna i cały czas bardzo stroma, byłby
to więc dziw nad dziwy, że nie skręcił na niej karku. Czy zaplątał
się na ścianę od strony Hińczowej Przełęczy, czy przedostał się
na nią jakimś sposobem od Kotła Mięguszowieckiego – nie wiem tego
do dzisiaj.

Przewodnicy robią mu prowizoryczny opatrunek,
my tymczasem przygotowujemy się do zejścia. Uwiązujemy rannego
i przewodników na kilku posiadanych linach i rozmieszczamy się po
obu stronach żlebu dla zapewnienia im mocnej asekuracji. Przewodnicy
wzięli rannego silnie pod ramiona i powolutku zaczęli sprowadzać go
żlebem. Tadek Pawłowski chodził luzem bez asekuracji, doglądając
grupy schodzących. To pomagał rannemu, to znów ustawiał stopę
któregoś z przewodników, którym nie wolno się w takiej sytuacji
poślizgnąć ani na centymetr. Podziwiamy pewność Tadka w poruszaniu
się na stromym śniegu, zwłaszcza że biedak miał na nogach jakieś
resztki butów turystycznych, ogołocone ze wszelkich gwoździ[12], rozłażące się jak stare kalosze.

Co pewien czas cała grupa zatrzymywała się,
a wówczas przesuwaliśmy nasze stanowiska asekuracyjne o kilkanaście
metrów niżej. Najwięcej kłopotu sprawił nam kilkumetrowy próg
żlebu, przez który musieliśmy spuszczać rannego na linie, podczas
gdy inni podtrzymywali go z dołu i z boków. Za to poniżej progu,
gdzie zaczynają się już piargi, niefortunny turysta spróbował
stąpać o własnych siłach, a gdyśmy trawersowali wspaniałe
łany paproci, rosnące niemal z podzwrotnikową bujnością u stóp
północnych ścian Mięguszowieckiego – szedł już wcale raźno,
z lekka tylko podtrzymywany przez dwóch z nas. Dalsze zejście po
piargach w dół nad staw odbywało się w nieco żółwim tempie,
ale na ogół dość sprawnie.

Rysy i Niżnie Rysy,
widok sprzed Morskiego Oka

W międzyczasie Tadek Pawłowski zbiegł
szybko nad brzeg Morskiego Oka i dziarskimi okrzykami tak skutecznie
przywoływał stojącą koło schroniska łódź, że gdyśmy
wreszcie znaleźli się nad stawem, łódź dobijała już prawie do
brzegu. Dzięki temu po krótkiej chwili wygodnie rozparci w łodzi
pruliśmy spokojne fale jeziora.

Na przystani przy drugim brzegu witają nas
w komplecie wszyscy mieszkańcy schroniska: goście, turyści i personel
z zarządcą Morskiego Oka, niegdyś czynnym taternikiem, Teofilem
Janikowskim na czele. Pomagamy najpierw rannemu wysiąść z łódki,
po czym krótką relacją zaspokajamy ciekawość obecnych.

Zanim po „dwudziestoczterogodzinnym dniu
pracy” będziemy nadrabiać w wygodnych łóżkach nieprzespaną
noc (jest właśnie szósta rano), trzeba przecież zjeść coś
niecoś. Kawa i bułki to dobre dla wyspanych i wypoczętych –
nie dla nas! Zamawiamy coś solidniejszego. Porcje bigosu i małe piwa
znikają jedne po drugich.

Nie przysięgnę, ile takich porcji zjadł wówczas
Tadek Pawłowski obdarzony z nas wszystkich najlepszym apetytem –
nam go zresztą też nie brakowało. Stwierdzam tylko lojalnie, że
nasz „klient” osobiście doglądał, aby Tadek nie próżnował
ani chwili.

– Choremu nie wolno się
sprzeciwiać – stwierdzał łagodnie Tadek i zamawiał nową porcję
bigosu.

[9] Obecnie te pola piargów noszą nazwę Wielka
Galeria Cubryńska (przyp. red.).

[10] Wiesław
Stanisławski – zdobywca wielu przejść o najwyższej skali
trudności. Zdobyte przez niego ściany: wschodnia Mnicha, północna
Żabiego Konia, zachodnia Łomnicy, drogi na północnej ścianie Galerii
Gankowej i Małego Kieżmarskiego, zimowe drogi na Zadni Gerlach, Lodową
Przełęcz Wyżnią i wiele innych, były największymi osiągnięciami
taternickimi lat międzywojennych (przyp. autora).

[11] Ścianka ta została
pokonana po raz pierwszy dopiero w r. 1949 przez K. Bruna, A. Nunberga
i T. Orłowskiego. Przejście to zostało uznane za bardzo trudne
(przyp. autora).

[12] Dawniej do okucia butów
turystycznych używano specjalnych gwoździ (przyp. red.).

„Udana”
wycieczka

23-24 lipca 1933 r.

– Mam dla ciebie robotę! Jedziemy zaraz
z Pogotowiem w Zachodnie Tatry szukać dwojga ludzi.

Przyjaciel mój, przewodnik Józek Krzeptowski,
zastał mnie w izbie, gdy ze skwaszoną miną patrzyłem przez
okno na mokre mgiełki włóczące się smętnie po reglach. Zimna,
mglista, deszczowa pogoda tatrzańska trzymała już od kilku dni góry
w wilgotnej zasłonie.

– Jedziesz z nami? – pyta Józek,
stojąc jeszcze w progu.

Ożywiłem się natychmiast. Pogoda nie pozwala
na taternicką wycieczkę – na wyprawę ratunkową nie ma złej
pogody.

– Gdzie, co i jak? – pytam.

– Nie gadaj dużo, tylko zbieraj
graty, bo zaraz wychodzimy. Nic ci nie powiem, bo sam nic nie
wiem. Meldunek przyszedł ze schroniska na Pysznej[13], wiec tam na razie pojedziemy.

Pakowanie plecaków zajęło nam najwyżej pięć
minut, a tymczasem przed chałupą już zjawił się fiaker, a w nim
drugi przewodnik – Jasiek Gąsienica-Tomkowy.

Ruszamy w kawalerskim tempie ku Dolinie
Kościeliskiej, wzbudzając sensacje w przydrożnych zagrodach
i wśród ludzi na szosie. Józek nie pomija po drodze żadnej okazji,
żeby popisać się przed znajomymi, niby od niechcenia – emblematami
ratownika: liną, latarnią i ceratową peleryną.

Szybko zbliżamy się do Kościeliskiej. By
oszczędzić sił, dojeżdżamy fiakrem, jak tylko się da najdalej –
aż do Hali Pisanej. Stamtąd – już pieszo – lesistą ścieżką
w zapadającym mroku wychodzimy na Halę Pyszną.

W czyściutkim, niedawno przebudowanym
schronisku gotujemy sobie kolację i usiłujemy się czegoś
dowiedzieć o zaginionych. Nie bardzo nam się to zresztą udaje:
turyści, wałęsający się po okolicy, donieśli, że słychać
wołania o pomoc. Skąd one jednak pochodzą – albo nie wiedzą,
albo określają w sposób tak bałamutny, że nie można tych
informacji brać na serio. Nic dziwnego – wilgotna, siąpiąca
deszczem mgła zakrywa góry i myli kierunek głosu. Wiadomo tylko,
że chodzi tu o dwoje ludzi, których przydługą nieobecność
zauważono w schronisku. Trudno! Trzeba więc przeszukać okolicę,
zdając się tylko na własny nos. Nos ten zresztą okazał się wcale
niezły, przynajmniej u jednego z nas: u Józka Krzeptowskiego. Ale
nie uprzedzajmy wypadków.

Zerwaliśmy się dobrze przed świtem. W zupełnej
jeszcze ciemności, z latarkami w ręku poczęliśmy się piąć
w kierunku Siwej Przełęczy. Uszedłszy nieco, przyjmujemy szyk bojowy:
rozsuwamy się w tyralierę o kilkadziesiąt kroków jeden od drugiego,
a gwizdki zawieszone na szyjach pracują intensywnie.

Metr po metrze przeszukujemy grań i sąsiadujące
z nią stoki: Siwą Przełęcz, Siwe Turnie, Rączkową Przełęcz,
Raczkowe Turnie… Obniżamy się kilkakrotnie niemal do dna doliny –
to po jednej, to po drugiej stronie. Beznadziejna wędrówka, beznadziejne
prawie poszukiwania w mgłach gęstych jak mleko. Tylko ostry dźwięk
naszych gwizdków przeszywa chwilami białą pustkę.

Krótki poryw wichru odsłania nam na chwilę
szałasy pasterskie w Raczkowej Dolinie. Schodzimy do nich za radą
Józka, który ma nadzieję dowiedzieć się od juhasów czegoś
o zaginionych.

Niczegośmy się wprawdzie nie
dowiedzieli, ale chyba nigdy nie zapomnę cudownej żętycy[14], którą tam piliśmy. Wróciły nam od niej siły utracone
w dotychczasowych mozolnych poszukiwaniach.

Wypoczęci ruszamy z powrotem w kierunku
grani – tym razem jednak celujemy gdzieś między Bystrą
a Błyszcz. Józek nadaje kierunek, a my idziemy za nim, zdając się
całkowicie na jego wyczucie.

Początkowe rezultaty nie były zbyt
zachęcające. Głos gwizdków rozwiewał się nadal w pustce
i ciszy. Całkiem już zniechęceni wychodzimy wreszcie na grań. Ileż
to już dzisiaj setek metrów podejścia zrobiliśmy?… – nie mogę
się ani rusz doliczyć.

Józek bierze oddech w płuca i gwiżdże ile
mocy. I nagle… o kilkanaście kroków od nas podnosi się przeraźliwy
wrzask.

Biegniemy co tchu. Są! Kobieta
i mężczyzna. Wyglądają… litości, jakże oni wyglądali! Kobieta
odziana w jakieś nieokreślone resztki strojów damskich – sytuację
ratuje tylko względnie cała wiatrówka. Mężczyzna, okaz co najmniej
stukilowy, w letnim płóciennym ubraniu wyglądającym teraz tak, jakby
w nim odbywał kąpiele błotne w Ciechocinku. Twarze czerwono-sine
z zimna i dokładnie zabłocone. Oboje są na szczęście cali
i zdrowi, tylko ręce trochę podrapane. Nic dziwnego zresztą! Przez
czas pobytu tutaj wyrwali na pewnej przestrzeni trawę, wygrzebali gołymi
rękami płytką jamę i nakrywali się darnią jak kołdrą. Tak
spędzili tu noc, dzień i jeszcze jedną noc, niby borsuki w jamie
lub górskie świstaki. A tymczasem… z doliny oddzielonej od nich
równym jak stół, łagodnym trawiastym stokiem dobiegały dzwonki
pasących się krów i owiec.

Przy prezentacji okazuje się, że są to
rzeczywiście pani dr F. i pan St. G., których nieobecnością
niepokojono się w Zakopanem. Nie trzeba było wielkiej bystrości,
żeby zorientować się, że ci ludzie znaleźli się w górach tylko
przez jakieś grubsze nieporozumienie.

Dajemy im wszystko, co z sobą mamy do
jedzenia, bo są porządnie wygłodzeni, i układamy po cichu plan
zejścia. Najgorzej, że sami nie bardzo się orientujemy, gdzie
jesteśmy, do czego wszakże nie możemy się za żadną cenę głośno
przyznać, aby nie osłabiać i tak już nadwątlonego „morale”
tamtej dwójki. Chcemy w zasadzie znaleźć się na Pyszniańskiej
Przełęczy. Grań, na której stoimy, powinna nas na nią zaprowadzić,
tylko że trzeba by wspinać się poprzez wyniosłe czuby Bystrej
i Błyszcza. Postanawiamy wreszcie trawersować skośnie poprzez
trawiaste zbocza w kierunku przełęczy.