Strona główna » Obyczajowe i romanse » Tu jest jakby luksusowo

Tu jest jakby luksusowo

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 9788379899999

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Tu jest jakby luksusowo

Bohaterowie scenariuszy nie znikają, kiedy kończy się film. Oni żyją dalej. Między kolejnymi odcinkami serialu, między poszczególnymi scenami. Coś robią, coś przeżywają, o czymś ze sobą rozmawiają. Tak samo było z bohaterami dwóch kultowych filmów, które weszły na ekrany kin blisko 30 lat temu - „Kogla Mogla” i „Galimatiasu”. Mimo że skończył się drugi film o nich, oni dalej żyli. Co robili przez te trzydzieści lat? Kim są teraz? Jacy są? Odnieśli sukces czy ponieśli porażkę? Są szczęśliwi czy zgorzkniali? Zadowoleni z życia czy przegrani? O tym właśnie jest ta książka. O tym, czego nie zobaczycie w żadnym filmie! Opowieść o nieznanych losach filmowych bohaterów, którzy powracają na ekrany kin w „Miszmaszu, czyli Koglu-moglu 3”, wzbogacają wywiady z aktorami i fotosy ze wszystkich trzech komedii.

Polecane książki

I miejsce w kategorii "najlepsza książka szerząca wiedzę ekonomiczną" w konkursie '"ECONOMICUS" organizowanym przez Dziennik Gazetę Prawną. Polskie Towarzystwo Ekonomiczne oddaje do rąk czytelników książkę przygotowaną wspólnie z Instytutem Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Książka ta stano...
Publikacja zawiera ujednolicony tekst ustawy z 23 kwietnia 1964 r. Kodeks Cywilny (stan prawny na 4 maja 2016 r.). Obowiązujące od 1 maja 2016 r. zmiany w przepisach zostały w tekście wyróżnione pogrubioną czcionką, dzięki czemu łatwo je odnaleźć w tekście ustawy. Zmiany które wejdą w życie 8 wrześn...
Mebratu jest pucybutem, ale jego marzeniem jest zostać najlepszym biegaczem świata. Zdradzi wam jak zamierza tego dokonać. Opowie też, jak wygląda życie dzieci w Etiopii, jednym z najbiedniejszych krajów świata. O tym, że musi pracować, żeby pomóc rodzicom kupić jedzenie, podręczniki do szkoły, czy ...
Książka jest magicznym zbiorem zmysłowych wierszy o filozoficznym brzmieniu. Wiersze zawierają w sobie nutki słowiańskiej kultury. Sacerując po nieodkrytych wzgórzach naszej pradawnej kultury odkrywamy nieznane nam światy, a kiedy spacerujemy po naszych miłosnych drogach docieramy do bram ludzkiego ...
Kompetencje psychospołeczne rozumiane są jako umiejętności warunkujące sprawne zarządzanie sobą, wysoką skuteczność interpersonalną oraz sukces zawodowy. Efektywne ich wykorzystanie ma kluczowy wpływ na organizowanie współpracy zespołowej, rozwój pracownika i jego odnalezienia się w życiu organi...
„Pierwsza miłość” to krótka powieść, w której autor dochodzi do pewnej równowagi i sugeruje, że miłość, podobnie jak przyroda, może być dla człowieka źródłem nie tylko tragizmu, ale też i piękna.   W drugiej części ogrodu przedzielonego parkanem zamiesz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Ilona Łepkowska

Wstęp

Wstęp

Bohaterowie scenariuszy nie znikają, kiedy kończy się film. Oni żyją
dalej. Między kolejnymi odcinkami serialu, między poszczególnymi
scenami. Coś robią, coś przeżywają, o czymś ze sobą rozmawiają.
Najgorszy błąd, jaki robią scenarzyści, to ten, że wydaje im się, że z pisząc kolejną scenę, zawsze na nowo tworzą filmowy świat. A on przecież
istnieje, żyje, nawet jeśli go nie opisujemy!

Tak samo było z bohaterami „Kogla-mogla” i „Galimatiasu”. Mimo że
skończył się drugi film o nich, oni dalej żyli. Tylko poza ekranem,
spokojnie, nie podglądani przez nas. Mieszkali dalej w Grabowie czy
Brzózkach, w Warszawie i gdzie tam ich jeszcze zawiodły losy.

Kiedy więc postanowiłam napisać scenariusz „Miszmasz, czyli Kogel-mogel
3”, musiałam tylko zastanowić się, co Kasia Solska-Zawada, jej mąż
Paweł, jej rodzice i teściowie czy Staszek Kolasa robili przez te
trzydzieści lat? No bo coś przecież robili, prawda? A co działo się
wtedy u państwa Wolańskich? Czy straszny Piotruś stał się grzecznym
nastolatkiem, a potem przykładnym mężem? Czy Barbara Wolańska nadal
trzyma pod pantoflem swojego męża, docenta Mariana Wolańskiego?Kim są
teraz? Jacy są? Odnieśli sukces czy ponieśli porażkę? Są szczęśliwi czy
zgorzkniali? Zadowoleni z życia czy przegrani? Wystarczyło o tym tylko
chwilę pomyśleć. Wyobrazić sobie, jak wyglądał następny dzień po tym,
kiedy Kasia dowiedziała się, że jest w ciąży. Jak się czuła, co myślała
o swojej przyszłości? Potem już lekko poszło dalej samo. No, może jednak
nie tak lekko i nie tak całkiem samo – trochę wysiłku i nieco wyobraźni
jednak włożyć w to trzeba było… Bo praca nad scenariuszem to nie jest
wcale, proszę Państwa, pisanie. To jest myślenie. Pisanie to już tylko
efekt końcowy,a właściwie nawet – poza bólem kręgosłupa i coraz
silniejszymi okularami – łatwizna po prostu! Ale bez dokładnego
wyobrażenia sobie losów bohaterów, bez wiedzy o tym, co działo się u nich przez ostatnie trzydzieści lat, nie byłoby „Miszmaszu”. Bo tak, jak
każdego z nas kształtuje mijający czas, to, co się wydarzyło, kogo
poznaliśmy i co robiliśmy, tak i filmowi bohaterowie zbierają swoje
doświadczenia życiowe. I w tej książce uchylamy właśnie rąbka tajemnicy,
co zdarzyło się w życiu Kasi Solskiej i jej bliskich w ciągu ostatnich
trzydziestu lat. Dzięki temu może łatwiej będzie Wam wejść w filmową
opowieść „Miszmaszu”, czyli trzeciego „Kogla-mogla”.

Przyznam szczerze, że pisałam tę książkę z wielką przyjemnością. Czułam
się tak, jakbym wróciła do miejsca, które kiedyś dobrze znałam, i do
ludzi, którzy byli mi bliscy. Jakbym znowu zanurzyła się w klimat nieco
może zapomniany, ale tak łatwy przecież do przypomnienia… No i do tego
wiedziałam, że mam jedyną i być może niepowtarzalną okazję połączyć trzy
części filmu nietypową, bo książkową klamrą.

A więc przypomnijcie sobie Państwo ostatnią scenę z filmu „Galimatias,
czyli Kogel-mogel 2”. Kasia zapłakana przyjeżdża z Warszawy. Była u lekarze i dowiedziała się, że jest w ciąży. Zrozpaczona mówi o tym
mężowi i rodzicom… No i co było potem?

O tym właśnie jest ta książka… O tym, czego nie zobaczycie w żadnym
filmie. W pierwszym, drugim ani trzecim. No a Wy, w odróżnieniu ode
mnie, nie musicie sobie tego wyobrażać – bo spisałam to specjalnie dla
Was!

Ilona Łepkowska

Od Galimatiasu do Miszmaszu

Od Galimatiasudo Miszmaszu

To było naprawdę pełne zaskoczenie. Totalny szok. Po prostu katastrofa.
Ciąża? To niemożliwe! Niech to będzie fałszywy alarm! – prosiła w myślach Kasia. Ale zaklinanie rzeczywistości nic nie dało – lekarz nie
zostawił miejsca dla najmniejszych nawet wątpliwości. Była w trzecim
miesiącu ciąży…

Kasia miała pretensje przede wszystkim do siebie – choć przecież tak się
pilnowała! Kalendarzyk, w którym miała zaznaczone „bezpieczne” dni,
trzymała zawsze pod poduszką, co wieczór sprawdzała zapiski… Więc jak to
się mogło stać?! I to teraz, właśnie teraz, kiedy miała wrócić na
studia? Czyżby się jednak kiedyś zapomniała… Cholera jasna! Chciała mieć
dzieci, ale jeszcze nie teraz!

Najgorsze jednak było to, że wszyscy wokół byli z tego powodu zachwyceni
i szczęśliwi. Rodzice, teściowie a przede wszystkim Paweł. Chodził
dumny, jak paw, co Kasię dodatkowo wkurzało – było dla niej jasne, że
nie myślał w ogóle o niej, o jej marzeniach i planach, tylko o sobie.
Rozpierała go duma, że będzie ojcem. No i że postawił na swoim! Jego
żona nie pójdzie na studiach, tylko będzie musiała zamknąć się w domu.
Na wieki wieków, amen.

Stałym punktem programu każdego tygodnia był teraz obowiązkowy obiad, na
który Solscy zapraszali Pawła i Kasię w niedzielę, po sumie, do siebie.
Po to, żeby Kasia mogła sobie odpocząć od gotowania. Czasem dołączali do
nich rodzice Pawła. Wtedy trzej panowie zasiadali przy stole i pili za
zdrowie wnuka. No bo oczywiście wszyscy trzej byli pewni, że to będzie
syn!

– Ja bynajmniej i wnuczkę będę kochał, ale wiem, że pierwszy musowo
będzie syn! – informował Solski.

– No chyba nie tak musowo, Józiu, bo u nas to jednak córka się urodziła…
– próbowała polemizować Solska, ale mąż zgromił ją tylko spojrzeniem,
więc już się nie odezwała…

Kasię te rozważania przy wódeczce niepomiernie wkurzały.

– Zobaczysz, zrobię ci na złość i urodzę córkę! – odgrażała się Kasia. –
I do tego nazwę ją Eleonora. Albo Wincenta. Albo Klemensa!

– Proszę bardzo, może być Klemensa. Będę kochał tak samo, jak gdyby
miała na imię Zosia… – i uśmiechnął się serdecznie. Bo Pawła nie można
było teraz niczym zdenerwować – nawet, jeśli bardzo się starała…

Kasia próbowała jeszcze negocjować, że przecież ciąża to nie choroba i może skończyć przynajmniej pierwszy semestr, tym bardziej że miała
zaliczone część przedmiotów, ale tu oczywiście znów odezwał się Kasiny
pech. Lekarz po kolejnym badaniu zalecił jej całkowity spokój i odpoczynek, by chronić zagrożoną, jego zdaniem, ciążę… No, teraz to już
naprawdę nie miała życia! Rodzina kompletnie ją ubezwłasnowolniła! Kasia
czekała tylko na to, aż ją przywiążą pasami do łóżka i będą odwiązywać
tylko po to, żeby wstała do toalety albo na posiłki… Mama gotowała jej
obiady, a Paweł przywoził je od teściów. To było nawet miłe, taka
troska, ale jednak nie poprawiało jej zbytnio nastroju… Bo Kasia nie
miała teraz nic, absolutnie nic do roboty. Czytała, oglądała telewizję,
spała i nudziła się śmiertelnie. I co najgorsze, taka perspektywa
czekała ją przez najbliższe kilka miesięcy…

– Odpoczywaj, córciu, odpoczywaj… – przekonywała ją matka. – Jeszcze się
nabiegasz wokół dzieciaka… I śpij. Dużo śpij. Bo będziesz miała potem
noce nieprzespane…

– Nie można się wyspać na zapas, mamo!

– Może i nie można, ale spanie ci na pewno nie zaszkodzi. I jedz! Za
dwoje jedz!

– Jasne! A potem dziecko będzie ważyło po urodzeniu trzy kilo, a dwadzieścia, które przytyję, zostanie mi do końca życia…

– Kochanego ciała nigdy nie jest za wiele, córciu… – odpowiedziała na to
mama Kasi.

– Pewnie! No i jestem już mężatką, więc nie muszę o siebie dbać… –
dodała Kasia.

– Właśnie! – radośnie potwierdziła Solska.

– Mamo, to było ironiczne stwierdzenie!

– Iro… co?

Kasia tylko machnęła ręką. Nikt jej tu nie rozumiał. Po prostu nikt.
Czasami miała wrażenie, że jedyną osobą na świecie, która ją
kiedykolwiek rozumiała był… docent Wolański!

Zrozpaczona i pozostawiona sama sobie Kasia postanowiła więc zrobić coś,
żeby nie myśleć za wiele o tym, co ją czeka oraz co przez tę
niespodziewaną ciążę straciła. Pod pretekstem kontrolnej wizyty w ośrodku zdrowia poszła na pocztę i wysłała list do docenta Wolańskiego.
Wiedział już o jej ciąży, bo nie zjawiła się pierwszego października na
inauguracji roku akademickiego. Napisała do niego wtedy, że przeprasza i że jest załamana swoją sytuacją. Że tak liczyła na te studia… Odpisał,
że kiedy tylko będzie chciała i mogła, on pomoże jej wrócić na uczelnię.
I że jak chce, to w każdej chwili może do niego napisać albo zadzwonić.
Na docenta Wolańskiego można było liczyć, ale panią docentową po
ostatniej aferze, gdy nakryła męża w ich szklarni podrywającego
roznegliżowaną Paulinę, lepiej było omijać szerokim łukiem… Kasia więc
nie dzwoniła, choć miała ochotę, tylko w drugim liście poprosiła go, by
przysłał książki, które są obowiązkowymi lekturami na pierwszym i drugim
roku pedagogiki. Podała adres swojej koleżanki Wandy (oczywiście
wcześniej ją o tym uprzedzając), prosząc, żeby podręczniki wysłał jej
właśnie tam. Wolała uniknąć niepotrzebnych, a i bez wątpienia
irytujących rozmów z Pawłem na ten temat…

I po tygodniu przyszły pierwsze podręczniki! Kochany docent Wolański!
Kasia aż popłakała się ze wzruszenia. On jedyny rozumiał i doceniał jej
ambicje…

I teraz czytała po kolei opasłe tomiszcza, robiąc z nich dokładne
notatki. Oczywiście w tajemnicy przed rodziną, a szczególnie przed
Pawłem. Chowała książki i bruliony z zapiskami w swojej szafie z ubraniami, pod stertą rzeczy, które robiły się na nią z dnia na dzień za
ciasne…

– Nudzisz się, kochanie? – pytał troskliwy mąż. A Kasia odpowiadała, że
śmiertelnie i prosiła, żeby przywoził jej z biblioteki kolejne grube
powieści.

– Będziesz mogła niedługo startować w „Wielkiej grze” z literatury –
żartował Paweł, wypakowując z torby kilka kolejnych książek w szarych,
papierowych okładkach.

– Nie sądzę, żebyś mi na to pozwolił – ironicznie odpowiadała Kasia. –
Przecież to mogłoby mi zaszkodzić, a najważniejsze jest, żebym urodziła
ci syna i nic mnie od wykonania tej ważnej misji nie może odciągać…

Paweł jednak zdawał się nie zauważać ironii w jej głosie, cmokał ją w policzek i mówił, że ją kocha, po czym wracał do swoich szklarni. Bo
postawił już dwie duże szklarnie na ziemi ojca Kasi i właśnie wybierał
się do Holandii po sadzonki warzyw, które zamierzał w nich posadzić…
Jechał do Holandii oczywiście z Pauliną, co Kasię nastrajało wyjątkowo
źle. Niby była dziewczyną Van Dorna, holenderskiego kooperanta Pawła,
ale jak wszyscy widzieli, nie przeszkodziło jej to we flirtowaniu z docentem Wolańskim. Nie wiadomo więc, co mogło się wydarzyć w drodze do
Amsterdamu… Mama Kasi też była pełna niepokoju.

– Córcia, a czemu Pawełek nie może pojechać sam po te sadzonki? Na co ze
sobą tę latawicę ciągnie?

– Mamusia go o to sama spyta.

– Ty sobie córcia z tego nie żartuj… To jest twój mąż, ojciec twojego
dziecka!

– No to chyba wróci! – odpowiadała Kasia, przykrywając żartami
zdenerwowanie.

– Nie żartuj, nie żartuj, bo sobie jeszcze wyżartujesz jakieś kłopoty… –
krakała Solska.

Za to ojciec Kasi postawił sprawę jasno i zdecydowanie, jak to on.
Posadził Pawła za stołem, nalał mu kieliszek nalewki porzeczkowej na
własnej roboty bimbrze i powiedział groźnie brzmiącym głosem:

– Ja zawsze mówię bez ogródków, tylko na prosto, tak, jak jest. I jemu
też tak powiem. Jak on moją córkę skrzywdzi, to za siebie nie ręczę! Ta
chuda mietła, co do was kiedyś przyjechała…

– O Paulinę tacie chodzi? – dopytał się Paweł.

– Dla mnie ona się może nazywać byle jak, ja tylko wiem, że jej z oczu
nie najlepiej patrzy. Strzela oczami za chłopami, powiem wprost! Za tobą
też! Widziałem!

– Ale tato, co tata mówi, ona ma narzeczonego w Holandii!

– Czyli nie tu, prawda? Jak mówię, to mówię, a jak mówię – to wiem. Jak
dziewucha nie jest leniwa do chłopów, to diabli wiedzą, co jej do głowy
może przyjść, jak jej własnego chłopa nie ma w pobliżu. A ona nie
wygląda mi na leniwą do chłopów… Więc ja uprzedzam go, że jak on moje
dziecko skrzywdzi…

– Może tata być spokojny! Nie skrzywdzę! Ja Kasię kocham i nie wyobrażam
sobie bez niej życia! – zapewniał Paweł, bardziej żarliwie z każdym
kolejnym kieliszkiem.

– No i niech tak trzyma! – zakończył ojciec i łyknął kolejny kieliszek.
– Ma być dobry dla mojej córki, jedną ją mam!

– Ma tata na to moje słowo! – zapewniał coraz bardziej bełkotliwym tonem
Paweł.

– No! To teraz on może do tej Hulandii jechać…

Potem Kasia bardzo często myślała, co by było, gdyby Paweł nie pojechał
wtedy do tej Holandii? Choć przecież wcale nie było powodów, żeby coś
już podejrzewać… Więc nie wiedziała, co się tam wydarzyło… I nie miała
się nigdy dowiedzieć, kiedy to się między jej mężem a Pauliną zaczęło…

* * *

Kiedy minął szósty miesiąc, lekarz pozwolił Kasi wychodzić z domu na
spacery, więc czas mijał jej szybciej, a w bieliźniarce przybywało
kolejnych brulionów… Kasia chodziła często do Wandy, niby na
przechadzkę, odnosiła wtedy przeczytane już podręczniki, a przyjaciółka
odsyłała je Wolańskiemu. Ten przysyłał za to kolejne. I któregoś dnia z grubego tomu podstaw psychologii dziecięcej wypadła kartka pocztowa z różami po jednej, a ręcznym dopiskiem po drugiej stronie: „Pani Kasiu,
myślę często o Pani…”. Obok było dorysowane małe serduszko.

Kasia nie wierzyła w to, co widziała. Docent Wolański? Róże? Serduszko?
Myślę o Pani? Gdyby nie jej imię, byłaby pewna, że było to napisane do
kogoś innego i zupełnym przypadkiem znalazło się w przysłanym
podręczniku. Może jakaś jego asystentka ma na imię tak samo jak ona? Bo
przecież to niemożliwe, żeby napisał to do niej. Nic więc nie odpisała,
no bo niby co miałaby odpisać? Też o nim często myślała, ale tylko, że
tak powiem, naukowo. Był bardzo mądry, wykładał na uniwersytecie… Po
prostu był dla Kasi wielkim zawodowym autorytetem! No, ale musiała
przyznać, że był też bardzo miły… I taki, taki… kulturalny. Pawłowi nie
można było niby niczego zarzucić. W końcu przecież, jak się poznali, to
przez myśl jej nie przeszło, że może być rolnikiem i mieszkać na wsi!
Tak różnił się zachowaniem i strojem od znanych jej mężczyzn z Grabowa i okolic. Bo taki choćby Staszek Kolasa – jak by można porównywać go z Pawłem! I oczywiście nie chodziło o wzrost, choć tym też jej mąż
znacznie górował nad jej niedoszłym mężem… Więc przy każdej bytności w kościele Kasia dziękowała Panu Bogu za to, że znalazła w sobie tyle
odwagi i desperacji, by w noc przed ślubem ze Staszkiem zwiać przez okno
i uciec do Warszawy… Kiedy myślała, że mogłaby być teraz panią Kolasową,
to mrowie przechodziło ją po krzyżu… Kolasa, kiedy ją tylko widział,
demonstracyjnie odwracał głowę.Kasi było trochę przykro z tego powodu,
ale tylko trochę. Może mu z czasem przejdzie? A nawet, jak nie, to
trudno.Mała strata, krótki żal… Bała się trochę, że rodzice będą mieli
jakieś nieprzyjemności za sprawą Staszka Kolasy, ale ojciec nosił głowę
wysoko i mówił głośno i wyraźnie, szczególnie wtedy, gdy Kolasa mógł
słyszeć…

– Mój zięć, znaczy się mąż Kasi ma znajomości za granicą! W obcych
językach mówi! Szanują go! No i zna się na nowoczesnej gospodarce! On
takie warzywa będzie produkował, że wy nawet nie wiecie, jak się
nazywają!

– A na co komu takie warzywo, co nawet nie wiadomo, jak się nazywa?
Przecież człowiek nie będzie wiedział, jak toto jeść… – mówiła za to
mama Kasi, gdy byli sami.

– Ty kobieto całkiem nie myślisz postępowo – grzmiał ojciec, jak zwykle
nerwowy. – Człowiek nauczył się pisać i czytać, to się nie nauczy jeść
tych tam… barakułów?

– Nauczyć to się może człowiek nauczy, tylko po co, ja się pytam? Co to,
ogórki, kapusta i buraki nie starczają? Albo pomidor, jak ktoś już musi
koniecznie być postępowy?

– Kobieto, postępu nie da się zatrzymać! Pomidory to już nie jest żaden
postęp!

– A coś ty się, Zenuś nagle taki postępowy zrobił?

– Przecież miałem z Kolasą dżdżownice hodować, to mnie chyba o brak
postępowości nie można posądzić! – z dumą stwierdził ojciec Kasi.

* * *

No więc Paweł pojechał do Holandii i wrócił z sadzonkami oraz wózkiem
dla dziecka, śpioszkami, butelkami i śliczną sukienką ciążową dla Kasi.
Ale spóźniony nieco wrócił… Kasia zapytała więc, czy droga była taka
ciężka, czy kontrola na granicach szczególnie dokładna? Odpowiedź Pawła
ją nieco zmroziła. Okazało się, że spóźnił się, bo… musiał odwieźć do
Warszawy Paulinę, z którą wracali z Holandii razem. Jednym samochodem!
Paweł oznajmił to Kasi, wypakowując sadzonki z przyczepy. Właściwie to
powiedział to tak mimochodem, w przelocie, bo najwięcej mówił o sadzonkach oczywiście. Jednak Kasia bezbłędnie wychwyciła ten element
opowieści.

– Wróciliście razem? Dziwne… Przecież Paulina ma swój samochód –
dopytywała się zaniepokojona Kasia. – I to dużo lepszy od twojego…

– No widzisz, a tak narzekałaś na naszego starego Golfa… A tymczasem on
jest w świetnej formie, a limuzyna Pauli się zepsuła i musiała ją
zostawić w Holandii, Van Dorn jej go odwiezie przy najbliższej okazji…

– To nie mogła zostać u narzeczonego jakiś czas? Poczekać, aż jej
naprawią auto? – Kasia drążyła temat.

– Nie chciała. Zdaje się, że coś między nimi się psuje. Wiesz, Van Horn
jest od niej starszy, chyba chciałby mieć wreszcie żonę, dzieci, a Paula
jeszcze o tym nie myśli…

– Ja też o tym nie myślałam… – mruknęła ponuro pod nosem Kasia, ale
Paweł tego nie usłyszał.

Może i dobrze, że nie, bo znowu zaczęłaby się niemiła dyskusja o tym, co
jest w życiu ważniejsze – wyższe studia czy macierzyństwo. Tak, jak
gdyby stało to w sprzeczności! W jej wypadku wystarczyło zmienić
kolejność i wszyscy byliby szczęśliwi! A tymczasem teraz ona ugrzęzła w domu, a Paweł podróżował do Holandii i z powrotem i to z Pauliną!

Kasia – może to była wina hormonów – czuła się więc oszukana,
pozostawiona sama sobie, niezrozumiana i ogólnie nieszczęśliwa. Czasami
myślała, że zwyczajnie dała się nabrać – Paweł wyglądał jak miastowy,
mówił jak miastowy, ale okazuje się, nie do końca myślał jak miastowy.
Kobieta według niego miała siedzieć w domu i rodzić dzieci! A on sobie
jeździł do Holandii i Bóg jeden wie, dokąd i z kim!

Zaraz, zaraz! – Kasi coś się skojarzyło…

– No ale wracałeś przecież dwa dni, z noclegiem po drodze… To co,
spaliście oboje w samochodzie? – zapytała męża.

– No co ty! Wyobrażasz sobie Paulinę śpiącą w aucie na parkingu? A jak
się umyć, jak umalować? – zaśmiał się Paweł. – Zatrzymaliśmy się w zajeździe zaraz po przejechaniu polskiej granicy.

– Więc Paulina spała w pokoju, a ty w aucie, jak zwykle?

– Nie, nie… Paulina powiedziała, że za to, że ją zabrałem – funduje mi
nocleg.

– To ładnie z jej strony. Dwa pokoje… To musiało sporo kosztować…

– No pewnie! I dlatego spaliśmy w jednym!

* * *

Kasia siedziała za stołem u Wandy i zanosiła się płaczem.

– Zdradza mnie! Teraz jestem już tego pewna! Będę samotną matką z dzieckiem!

Wanda usiłowała dopytać się, o co chodzi, bo Kaśka przybiegła do niej
tak zaryczana, że nie można było zrozumieć, co wywołało u niej taki
napad rozpaczy.

– Uspokój się i powiedz, co się stało.

– Mówię ci przecież!

– Mówisz! Tylko że cię zrozumieć nie można!

– Ty też mnie nie rozumiesz!

– Ja ciebie rozumiem, tylko nie rozumiem, co mówisz…

– Paweł… Z Pauliną… W jednym pokoju… W jednym łóżku…

– Jezus Maria! Nakryłaś ich?

– No coś ty! On sam mi powiedział!

– Powiedział ci, że się przespał z Pauliną?!

– Tak! Spali w zajeździe przy granicy! W jednym pokoju!

– Spali ze sobą czy spali tylko razem w pokoju?

– Mówił, że tylko w pokoju… Ale czy ja mu mogę wierzyć? Ona jest taka
ładna… Zgrabna… I mają tyle wspólnych tematów… A ja co?

I znowu zaniosła się płaczem. Wanda jednak odetchnęła z ulgą – to tylko
ciążowa histeria, a nie prawdziwa zdrada. Ale oczywiście nie mogła tego
powiedzieć przyjaciółce, bo ta uznałaby, że już na nikogo nie może
liczyć. Musiała to przeprowadzić delikatnie.

– No ale może to rzeczywiście było tylko spanie… No wiesz, normalne
spanie… Zmęczeni pewnie byli drogą… Pogadali i zasnęli…

– A jak nie?

– Kaśka, Paweł cię kocha…

– Może już przestał?

– No co ty! A poza tym pomyśl sama – czy gdyby coś między nimi zaszło,
to by ci tak lekko o tym opowiadał? Szedłby w zaparte! Kłamał! A skoro
sam ci powiedział o tym wspólnym noclegu, to znaczy, że ma czyste
sumienie!

Kasia spojrzała na nią i otarła oczy.

– Tak myślisz? Naprawdę?

– Absolutnie!

Kasia wyjęła chusteczkę, wysmarkała nos i powiedziała spokojniejszym już
tonem.

– Chyba masz rację… Nie byłby taki głupi…

– Pewnie.

Kasia rozejrzała się po pokoju.

– Masz coś słodkiego?

– Lody.

– Jakie?

– Bakaliowe i czekoladowe.

– Dawaj!

– Które?

– Co się pytasz? Oba smaki! Po dwie kulki.

Wanda odetchnęła z ulgą. Kryzys zażegnany. Ale po prawdzie była na Pawła
wściekła. Czy ten baran nie rozumie, że kobieta w ciąży jest szczególnie
wrażliwa i trzeba mieć to na uwadze? Nocleg z Pauliną w jednym pokoju…
No, gdyby mój mąż tak zrobił… Ale na szczęście Wanda nie miała jeszcze
męża, a jedynie narzeczonego, Piotrka, który już przed ślubem był pod
takim pantoflem, że nie odważyłby się spojrzeć na żadną dziewczynę, a co
dopiero spać z nią w hotelu w jednym pokoju…

Wanda patrzyła na Kasię wcinającą z apetytem lody i jakoś tak pomyślała,
że przyjaciółka urodzi syna i będzie miała z nim kłopoty. A potem
zostanie sama. Nie wiedziała, dlaczego tak pomyślała, ale ta wizja była
bardzo, ale to bardzo realistyczna… Próbowała odgonić natrętne myśli,
wyobrazić sobie szczęśliwą Kasię z trójką dzieciaków w różnym wieku, ale
ciągle widziała ją oczyma duszy smutną i siedzącą samą w dużym pokoju,
do którego wpadał jak po ogień ciemnowłosy chłopak, na oko
dziesięciolatek zabłocony i brudny na twarzy, wykrzykujący coś i wybiegający znowu mimo nawoływań matki, żeby się zatrzymał… Ale tego, co
widziała, na pewno nie mogła powiedzieć przyjaciółce, która miała za
miesiąc termin porodu i która musiała przecież wierzyć, że będzie miała
szczęśliwą rodzinę…

* * *

Solska stała przed swoją córką z wyrazem zdumienia na twarzy.

– Córciu, ty tego nie mówisz chyba poważnie?

– Mówię, mamo. I my nawet już to załatwiliśmy, bo dyrektor szpitala jest
dobrym znajomym rodziców Pawła.

– Ale takie załatwienie to można chyba jeszcze odwołać? – zapytała
Solska z nadzieją w głosie.

– Pewnie można, ale my nie zamierzamy niczego odwoływać. Będziemy rodzić
razem.

– Rodzić razem? W życiu nie słyszałam czegoś głupszego! – stwierdziła
Solska. – Tego to nawet twój nowoczesny mąż nie potrafi. Rodzić to ty
będziesz. Sama!

– Ale tak się teraz mówi: „Rodzimy razem”. Czytałam w jednym
miesięczniku dla kobiet.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki