
Ulica cioci Oli. Z dziejów jednej rewolucjonistki
- Wydawca:
- Krytyka Polityczna
- Kategoria:
- Literatura faktu, reportaże, biografie
- Język:
- polski
- ISBN:
- 978-83-63855-41-3
- Rok wydania:
- 2013
- Słowa kluczowe:
- cioci
- czerniakowie
- dygnitarzem
- dziejów
- dziurkę
- imię
- jednej
- osób
- przez
- rewolucjonistki
- ulica
- zagmatwane
- zaledwie
- zrozumienia
- mobi
- kindle
- azw3
- epub
Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).
Kilka słów o książce pt. “Ulica cioci Oli. Z dziejów jednej rewolucjonistki”
Helena Kozłowska „Ola” była członkinią Komunistycznej Partii Polski, aktywistką podziemia komunistycznego, a w końcu wysokiej rangi dygnitarzem partyjnym. Należała do grona osób współtworzących najnowsze dzieje Polski. Dziś ich działania postrzegane są w sposób jednoznacznie negatywny.
Ulica cioci Oli jest próbą zrozumienia motywów babki przez wnuczkę, która nigdy nie podzielała jej przekonań. Punktem wyjścia jest „dekomunizacja” skromnej, liczącej zaledwie jeden numer ulicy na warszawskim Czerniakowie, która nosi imię Heleny Kozłowskiej „Oli”. Zagmatwane i mroczne dzieje XX wieku oglądamy przez dziurkę od klucza.
Polecane książki
Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Aleksandra Domańska
Aleksandra Domańska
ULICA CIOCI OLI
z dziejów jednej rewolucjonistki
WYDAWNICTWO KRYTYKI POLITYCZNEJ
Dzieciństwo sielskie, anielskie
I otworzysz księgę pamięci.I z niej będzie czytane,a w niej jest pieczęć ręki każdego człowieka.I zatrąbi wielki szofari słyszalny będzie cichy szept.
(Z modlitwy na święto Rosz ha-Szana)
Kozłowskiej 1
To było 5 maja 2007, gdy w prasie ukazała się informacja, że prezes Instytutu Pamięci Narodowej skierował do Rady Warszawy pismo w sprawie „dekomunizacji” kilkunastu warszawskich ulic. Zaapelował w nim do władz miasta o „podjęcie niezwłocznych działań ukierunkowanych na jak najszybsze dokonanie zmian nazw, które nie licują z szacunkiem dla pamięci o ofiarach komunizmu”. Z doniesień prasowych wynikało też, że jest przygotowywana ustawa, przewidująca między innymi „unieważnienie orderów, odznaczeń i tytułów honorowych przyznanych przez władze komunistyczne za zasługi na rzecz komunizmu”.
Na liście ulic wskazanych do dekomunizacji znalazła się też ulica imienia Heleny Kozłowskiej – mojej babki.
Mijała wtedy czterdziesta rocznica jej śmierci.
Wkrótce potem pojawiły się też wnioski o konieczności przeprowadzenia ekshumacji zwłok działaczy komunistycznych, których groby znajdują się w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach. Tam spoczywa też i moja babka, „dekomunizacja grobów” musiałaby więc i jej dotyczyć. Wszystkie te działania miały służyć – jak mówił projektodawca tej ustawy sejmowej, senator Piotr Andrzejewski – „uzdrowieniu historycznej pamięci Polaków”. Wydało mi się wówczas, że najlepszym sposobem na „uzdrawianie historycznej pamięci” jest podjęcie próby odpowiedzi na pytanie, czy moja babka zasłużyła najpierw na ulicę swego imienia i grób w Alei Zasłużonych, a potem na dekomunizację tej ulicy i ekshumację.
Pierwszą czynnością było zwrócenie się doIPN-u z prośbą o umożliwienie dostępu do dokumentów, na mocy których powstał ów projekt. Po pięciu miesiącach (i po dwóch ponagleniach) prośbę „rozpoznano w trybie określonym w art. 30 ust. 1 w zw. z art. 35a ust. 4 ustawy o IPN”, nadając jej numer 479. I to wszystko. Na to, aby dostarczono dokumentację sprawy, trzeba było poczekać jeszcze czas jakiś.
Po kolejnych czterech miesiącach „w związku ze sprawą opatrzoną kryptonimem SP-074-6(2)08” Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN udostępniła mnie i mojej matce „biogram Heleny Kozłowskiej opracowany na podstawie opublikowanych, ogólnodostępnych wydawnictw”. Tu wyliczono trzy źródła, z których korzystano. Ironią losu jest, że najwięcej informacji zawierało encyklopedyczne hasło stworzone przez… jej partyjną koleżankę, Celinę Budzyńską, która z tych samych powodów co Helena Kozłowska mogłaby być zlustrowana, gdyby wcześniej trafił się jej ten zaszczyt i została patronem ulicy. Z informacji tu zawartych wynika jasno – co nie było dla nikogo tajemnicą – że moja babka była po wojnie wysokiej rangi dygnitarzem komunistycznym. Ale czy była zbrodniarzem, którego imię i cześć należy zbrukać, zerwać odznaczenia i sponiewierać szczątki? Takiego uzasadnienia w biogramie nie ma.
Natomiast retoryka w dokumentacji IPN-u jest jednoznaczna: „Wnioski o likwidację ul. Heleny Kozłowskiej, jako przejawu gloryfikacji stalinizmu i działalności wymierzonej w suwerenność Polski, są niewątpliwie zasadne”. Warto tu dodać, że mowa o ulicy, na której znajduje się jeden dom: Kozłowskiej 1. A że ten malutki punkt na mapie Warszawy, obarczony aż tak gromkim zarzutem, to fragment mojego intymnego pejzażu, więc postanowiłam powiedzieć: „sprawdzam”.
Imię
Jak wiele razy w swoim nielegalnym często życiu, tak i teraz – nie żyjąc od lat czterdziestu – moja babka, tym razem w relacji z IPN-em, znów zmyliła tropy. Oto występując z publicznymi oskarżeniami o zbrodniczą działalność, lustratorzy posłużyli się jej fałszywymi danymi osobowymi. Na stronie internetowej IPN można przeczytać:
Imię: Helena – a to nieprawda;
Nazwisko: Kozłowska – a to nieprawda;
Nazwisko rodowe: Lewecka – a to nieprawda;
Data urodzenia: 24.09.1910 – a to nieprawda częściowa, bo dzień i miesiąc narodzin się zgadzają;
Imiona rodziców: Szymon, Tekla – to też nieprawda, nieco do prawdy zbliżona;
Miejsce urodzenia: Grabów – zupełna nieprawda.
Jak na tych, którzy gotowi są publicznie ferować wyroki, odbierając ludziom d o b r e i m i ę, za dużo nierzetelności. Jeszcze raz zatriumfował konspirator…
Na koniec jest jeszcze rubryka występująca także w kartotekach policyjnych: „znany też jako”. I tu pojawia się miano: Bela Frisz. Mnie ono nie było wcześniej znane. A to jest właśnie prawdziwe żydowsko-galicyjskie imię i nazwisko mojej babki.
Można by kpić, że dekomunizując patronkę ulicy „Heleny Kozłowskiej”, ekshumując szczątki „Heleny Kozłowskiej” na Powązkach, ukarano by niesławą nie tego, kogo trzeba. Zamiast „imienia” karę poniósłby „kryptonim”. Jeszcze raz komunista wywinąłby się od odpowiedzialności. Oskarżona „Helena Kozłowska” ochroniłaby przed publicznym pręgierzem Belę Frisz.
Przyczyną tego zamieszania jest oczywiście fakt, że babka – wzorem wielu, niekoniecznie komunistycznych, bojowników – od pewnego momentu zaczęła żyć na fałszywych papierach. Należy rozumieć, że przejęła imię i nazwisko niepotrzebne już z jakichś nieznanych względów jakiejś „Helenie Kozłowskiej, z domu Leweckiej, urodzonej w Grabowie”.
A swoją drogą, kto to był, kto dał nową tożsamość mojej babce, a teraz „obrywa” za jej życiowe wybory?!
Grabów, jak wyczytałam, słynie z tradycji gry w palanta.
Nie ma cudów – nie uda się dziś rozstrzygnąć, w jakim momencie (i dlaczego akurat w tym) moja babka, Bela Frisz, została „Heleną Kozłowską z Grabowa”. Tyle w XX wieku było dobrych okazji, aby ukryć, zataić, przekłamać swoją tożsamość! A co dopiero w przypadku wszelkiej maści rewolucjonistów, których istnienie opierało się na zasadzie: „tajne przez poufne”.
W wypadku mojej babki sprawę dodatkowo jeszcze komplikuje fakt, że ona tą „Heleną Kozłowską z Grabowa” była tylko urzędowo i od święta. Nie sądzę, aby ktokolwiek kiedykolwiek zwrócił się do niej per „Heleno”. Wszyscy bowiem, którzy ją znali jako „Kozłowską”, używali imienia „Ola”, będącego jej okupacyjnym pseudonimem. A więc nie „Helena”, ale „Ola”. To jeszcze jedna „garda”, za którą ukrywa się moja tajemnicza babka. Helena nie jest Heleną z jednej strony dlatego, że jest Belą, a z drugiej dlatego, że jest „Olą”.
Nie dość tego. I ja, wchodząc w rolę obrońcy „dobrego imienia” mojej babki (choć tę rolę w istocie nie tak pojmuję), też mam swój udział w zagmatwaniu tego obrazu jej tożsamości. Oto bowiem – co trudno może zrozumieć, ale tak właśnie było – od dzieciństwa nie nazywałam jej „babcią”, lecz „ciocią”. Jak chce tego anegdota rodzinna, miałam kiedyś, pod bramą przedszkola na ulicy Sandomierskiej, oznajmić, że jest ona za młoda na babcię, więc będę ją nazywała ciocią. I przyjęło się to potem w naszej rodzinie, że nie mówiło się o niej inaczej, jak „ciocia Ola”. Dość że ta, o której – w zgodzie z papierami – powinnam mówić „babcia Helenka”, została „Ciocią Olą”, a ulica jej imienia, zamiast „ulicą Heleny Kozłowskiej”, będzie w mej opowieści „ulicą Cioci Oli”.
I prawie nic tu nie będzie na pewno…
„Prawdziwe życiorysy komunistów nigdy nie będą napisane” – powie Czesław Miłosz w Roku myśliwego…
„Pod dziurawym niebem mglistej i złudnej pamięci”
(Milan Kundera Spotkanie)
To, co dotąd o niej wiedziałam, spisane zapełniłoby raptem pół kartki papieru:
Że Ciocia Ola urodziła się Żydówką, ale od swego żydostwa uciekła.
Że zanim uciekła, miała inne nazwisko, ale jakie – nie wiedziałam.
Że urodziła się w Oświęcimiu. Uciekając więc od żydostwa, uciekła być może od swego żydowskiego przeznaczenia.
Że była Żydówka stała się rychło potem komunistką. Funkcjonariuszką KPP.
Że mój dziadek też był komunistą i miał na imię Aleksander.
Że moja mama urodziła się w więzieniu – na Pawiaku (w żeńskiej części – na Serbii).
I że przez znaczną część okupacji były rozdzielone.
I że cudem było ich ponowne spotkanie.
Tak jak cudem jest moje istnienie.
Że podczas okupacji Ciocia Ola była oficerem politycznym w batalionie im. Czwartaków AL – a więc także i o niej opowiada Pokolenie Czeszki i Wajdy.
Że po wojnie została wysokiej rangi dygnitarzem komunistycznym i że to z takimi jak ona kojarzą się mroczne określenia: „żydokomuna” i „stalinowiec”.
I że kochała mnie i rozpieszczała.
I że dawała pozyskane z zagranicy, gdzie schroniły się resztki jej rodziny, grejpfruty, bo są luksusowe i zdrowe. A ja ich nienawidziłam, bo gorzkie.
Że trzykrotnie woziła mnie po kurortach Bułgarii i Rumunii.
I że na kilka miesięcy przed śmiercią, w lecie 1967 roku (i na kolejne kilka przed marcem 1968), oznajmiła mi, że płynie we mnie krew żydowska.
A potem – 23 listopada – umarła.
Była wtedy młodsza od siebie samej, bo „Helena Kozłowska z Grabowa” pomogła jej odjąć sobie cztery lata. I tak już zostanie „na wieki wieków amen”, o ile nie rozkopią jej grobu.
Tak było dotąd.
Teraz zaś, wraz z podjęciem tej pracy, jej życie zamieniło się dla mnie w zbiór pytań. O komunistyczne przewiny, ale także o przyczyny, dla których do tych przewin doszło. Przy czym nie moją rolą jest stawiać własną babkę przed trybunałem historii, a pamięć o niej opatrywać paragrafami (nie wątpię, że będą mieli taką pokusę inni). Ja chciałabym pytać nie po to, aby osądzić, ale aby zrozumieć.
Biogramy
Nie ułatwia mi zadania fakt, że śladów jej obecności jest niezwykle mało. Wszystkie dokumenty potwierdzające jej istnienie mieszczą się w skromnej plastikowej teczce formatu A-5 – książeczka ubezpieczeniowa, nekrologi i telegramy kondolencyjne, dwa artykuły prasowe z informacjami o niej i trochę zdjęć, w większości z ostatniego, emeryckiego fragmentu życia, takie typu „Zakopane zimą”.
Do tego garść wspomnień rozproszonych w jakichś okolicznościowych drukach i jeszcze w maszynopisach próbki literackie jej autorstwa.
Oficjalne biogramy znalazłam dwa. Jeden, na który powołuje się IPN w swych działaniach dekomunizacyjnych, został wydrukowany w Słowniku Biograficznym Działaczy Polskiego Ruchu Rewolucyjnego (to ten autorstwa Celiny Budzyńskiej – gdyby ona wiedziała, że jej świadectwo posłuży oskarżycielom…). Powstał on już po śmierci Cioci Oli, ale z pewnością zawiera wiedzę zaczerpniętą jeszcze od niej samej. I nie ma innego dokumentu, który by pełniej ilustrował biografię mej babki. Ale i tu wszystko zaczyna się od określenia: „Helena Kozłowska, córka Szymona, rzemieślnika”. A to nieprawda…
Drugi zaś biogram został opublikowany jeszcze za życia Cioci Oli – w 1963 roku – w książce wspomnieniowej o Czwartakach. Mogła więc mieć wpływ na jego brzmienie. A tam pierwsze zdanie brzmi: „Kozłowska Helena «Ola», ur. 24 IX 1910 r. w pow. Ostrów Mazowiecka, w rodzinie robotniczej”. A to nieprawda…
Księga Yizkor
Nie ma dokumentów, a gdy się trafią, każą w siebie wątpić. Nie ma takiej księgi, która by mówiła, jak było naprawdę. Zresztą, nawet gdyby była, nie przeżyłaby dwudziestego wieku, którego specjalnością były płonące archiwa. W przypadku Cioci Oli dokumenty płonąć mogły zarówno przed wojną, w jej trakcie, jak i po wojnie. A jeśli dodać do tego manewry z pamięcią, które każą zaprzeczać nawet własnemu losowi, wiedzy „obiektywnej” uzyskać niepodobna.
Symbolicznym obrazem tego braku jest żydowska Księga Yizkor (hebr. „pamiętaj”). W miejsce objawionej Księgi, która niegdyś jednoczyła ich lud, gromadzi się dziś zbiór relacji tych, którzy ocaleli z pożogi. Tak, aby świadectwa jednostkowych losów mogły na powrót zsumować się w obraz świata. Ale że – jak pisze Kundera w Zasłonie – „człowieka oddzielają od przeszłości dwie siły, które natychmiast biorą się do wspólnego dzieła: siła zapomnienia (która zaciera) i siła pamięci (która przeinacza)” – to świat, który się rodzi ze świadectw, jest światem migotliwym, niemogącym uzyskać trwałej formy, wewnętrznie sprzecznym. Jak w kalejdoskopie – z mnóstwa drobnych elementów układa się wciąż inny obraz. A jednak świat ten istnieje, żyje, mieszka, także w domu na Kozłowskiej 1.
Nie inaczej jest z losami ludzi, których nie ma. Aby znów można było się z nimi spotkać, trzeba poskładać wiedzę o nich z fragmentów, strzępów. I pozwolić przemówić świadkom.
Kartoteki
Świadków (prawie) nie ma już wśród żywych. Muszą więc przemówić umarli. Nie jest to proste, zwłaszcza jeśli dotyczy żydowskich przodków. Takich częściej niż na cmentarzu znajduje się w kartotekach, gdzie tkwią w postaci fiszek, niejednokrotnie będących jedynymi dowodami na ich istnienie. A teraz potrzebni mi są oni, żeby spróbować odpowiedzieć na pierwsze z fundamentalnych pytań – od czego i dlaczego bohaterka tej opowieści, moja babka – Ciocia Ola – uciekła w komunizm?
Opowieść wysnuwa się prawie z niczego: najpierw jest wieść z biogramu Celiny Budzyńskiej o prawdziwym, rodowym nazwisku Cioci Oli – Bela Frisch. Potem informacja o prawdziwym miejscu urodzenia – Oświęcim (co by było, gdyby Ciocia Ola nie przekazała tych informacji tej, która stała się potem jedynym kronikarzem jej życia! Zostałaby pewnie na zawsze „Heleną Kozłowską z Grabowa” – nawet dla mnie…). A skoro dysponuje się tymi dwoma faktami, można już, przy pomocy niezwykle mi pomocnej Anny Przybyszewskiej z ŻIH-u, otworzyć jedną z kart Księgi Yizkor – kartotekę Yad Vashem.
Yad Vashem zaświadcza nie tyle o życiu ludzi, ale o ich śmierci. A że w przypadku żydowskich losów często ani życie, ani śmierć nie są do udowodnienia, dowodów istnienia szuka się przez dedukcję. Informatorzy piszą to, co pamiętają, a potem porównuje się różne świadectwa: imię ojca to samo (lub podobne), data i miejsce urodzenia wskazać mogą charakter więzi rodzinnych. Tak powoli przed moimi oczyma pojawiła się rodzina Friszów (Frischów) z Oświęcimia: ojciec – Szymszon, późniejszy Szymon, matka – Tilla, Cila, późniejsza Tekla, z Lauferów i siódemka ich dzieci: Ryfka (Regina), Izrael, Mati, Salla, Bear, Lejbisz (Leon), no i Bela, moja babka.
Zdobycie tych informacji byłoby zapewne trudniejsze, gdyby nie dość wyjątkowy jak na żydowskie losy traf – jedna ze śmierci w tej rodzinie jest znana „z imienia i nazwiska”. Oto zanim doszło do anonimowego, najczęściej „ostatecznego rozwiązania”, jednego z Friszów – Izraela powieszono podczas publicznej egzekucji na rynku w Chrzanowie. Ta „zobiektywizowana” śmierć doczekała się większej niż zwykle ilości świadectw, było więc więcej materiału do dedukcji.
Ale oprócz tego, że moi umarli przedstawili mi się z tej kartoteki z i m i e n i a (poza tym niewiele więcej po nich pozostało), to jeszcze wyswatali nas żywych – mnie poszukującą informacji i tych, którzy informacje zgłosili do katalogu zgładzonych.
I tak po jakimś czasie, dzięki pośrednictwu różnych osób, otrzymałam list od Haliny – ponadosiemdziesięcioletniej dziś córki najstarszej siostry Cioci Oli – Reginy, powiem wprost: od ciotki Haliny. Mieszka w Stanach i ma trzydzieścioro wnuków (naraz bardzo mi się powiększyła rodzina…). A w liście kolejne świadectwo żydowskiego rodowodu mojej babki. Że prowadzili handel zasłonami i serwetami, że dzieci było siedmioro, że na komunizm zachorowała w tej rodzinie tylko Bela, inni zaś się pożenili, powychodzili za mąż, porodzili dzieci, nieświadomi swego przyszłego losu…
Sam fakt, że miałam do czynienia z pamięcią kogoś, kto znał przedwojenną Ciocię Olę, był wydarzeniem. A świadectwo wydawało się pewne…
Towa
W znacznym stopniu potwierdziła to inna relacja, która też była darem od losu. Tym razem pośrednikami byli żywi: Artur Szyndler z oświęcimskiego centrum żydowskiego i Andrzej Niziołek. Dzięki nim dnia pewnego po stu trzech latach od narodzin mej babki, 3 lutego 2010 roku, odebrałam komunikat telefoniczny następującej treści: „Nazywam się Towa Berlinski i znałam pani babcię”.
Głos energiczny, polszczyzna wyśmienita. Pani Towa (w tamtych czasach Gusta Wolf) ma dziś dziewięćdziesiąt pięć lat (ur. 1915), mieszka w Izraelu, jest malarką. A dla mnie głównie „arką przymierza między dawnymi i młodszymi laty”. Pamięta zwłaszcza młodsze siostry Beli – Mati i Sallę, z którą chodziła do szkoły powszechnej i śpiewała w szkolnym chórze („Salla miała piękny głos”).
Mieszkali blisko kina przy nowym czy małym rynku (dziś plac Kościuszki). To było mieszkanie czynszowe, a nie własny dom. Dobrze im się powodziło. Senior był kupcem. Rodzina Friszów była bardzo tradycyjna, bardzo pobożna, chasydzka – czarne ubiory, kapelusze (w Oświęcimiu wówczas 80 procent Żydów było pobożnych). Więc i dzieci (w tym Bela) musiały być bardzo pobożne. Mężczyźni trzy razy dziennie w bóżnicy albo przynajmniej modlili się w domu. W piątek wieczorem i w sobotę przed południem w synagodze. Potem obiad.
Gdzie jest Szymszon?
Wieść od dwóch osób, będących choćby w części świadkami tamtego świata, mogłaby uchodzić za pewnik. Cóż więc zrobić z oficjalną wersją życiorysu, sporządzonego w latach sześćdziesiątych przez Celinę Budzyńską, skoro w niej znajduje się informacja przecząca poprzednim. „W dzieciństwie straciła ojca, który pozostawił siedmioro dzieci. Matka utrzymywała rodzinę z pracy chałupniczej. K. [Kozłowska] od 14. roku życia pomagała matce, udzielając korepetycji, jednocześnie uczyła się w gimnazjum jako eksternistka”.
Wersję Budzyńskiej potwierdzałoby najdziwniejsze znalezisko w teczce akt osobowych Cioci Oli zachowanej w innej niż ipeenowska kartotece – w archiwach Zakładu Historii Partii, zgromadzonych dziś w Archiwum Akt Nowych. Są tam teksty wspomnieniowe Cioci Oli (swoją drogą dziwne na to miejsce), a także opowieść o jakiejś Eli, która w pewien październikowy wieczór opiekuje się chorym na gruźlicę ojcem. Nie jest to ojciec żydowski, a sceneria nie wskazuje na Oświęcim, ale występuje tu również – jak w biogramie Budzyńskiej – zajmująca się drobnym handlem matka, której trzeba pomóc w opiece nad rodzeństwem, mimo że samemu jest się jeszcze dzieckiem. Wydaje się oczywiste, że Ela (Bela?) jest jeszcze jednym z wielu kryptonimów Cioci Oli, a narracja dotyczy jej życia.
„Bo też naprawdę zezowate szczęście miał ten tata – pisze Ciocia Ola na kartce w jedną linię – Czegokolwiek by się w życiu imał – wszystko było nie tak. Podejmował różne roboty – nie kleiły się; próbował szczęścia w handlu, ale że sprytu nie miał za grosz, zawsze go oszukiwano”.
A jeśli tak, to nie ma tu sklepu z zasłonami i firanami, nie ma statecznej żydowskiej rodziny, jest za to bieda i znój. Ktoś tu zatem (mimowolnie, rzecz jasna) mija się z prawdą. A dla mnie o tyle ma to znaczenie, że nie pozwala z całkowitą pewnością odpowiedzieć na pytanie, jaki był ten świat, w którym żyła i z którego potem postanowiła uciec moja mała wtedy Ciocia Ola?
Mówiłam, że nic tu nie będzie na pewno…
Umarła klasa
Ale bieda nie wykluczała wierności tradycji, trzeba więc założyć, że tak czy inaczej Bela (inni mówią – Bejla) była żydowskim dzieckiem z chasydzkiej (jak twierdzi Towa Berlinski) rodziny. A to znaczy, że w piątkowy wieczór przystępowała wraz z innymi do szabasowego stołu, oświetlonego szabasowymi świecami i słuchała wyjątku z Księgi Rodzaju: „I stał się wieczór i stał się poranek szóstego dnia. I zakończone zostało niebo i ziemia i cały ich zastęp”, co tydzień odnawiając pamięć o Boskim początku i o Boskim porządku.
W jakim języku mówiła i w jakim języku myślała wówczas? W jidysz, którym z pewnością porozumiewali się jej rodzice? A może po niemiecku, bo to przecież był zabór austriacki? A gdy poszła do szkoły, to w jakim języku mogła być uczona? I czego tam uczono? W jakim stopniu to było polskie, a w jakim żydowskie nauczanie? A na przerwach jakim językiem się posługiwano? Jakie książki czytała obowiązkowo, a jakie dla przyjemności (bo że czytała dużo, wydaje się pewne). A jak z religią? Z jakim wizerunkiem Boga obcowała, zanim tak kategorycznie (bo komunistycznie) oprotestowała Jego istnienie? Towa Berlinski twierdzi, że dziewczynki z pobożnych domów uczęszczały do siedmioklasowej szkoły powszechnej, która znajdowała się przy kościele i nie była tylko żydowska, ale „mieszana”. Ale potem do gimnazjum już nie wolno im było iść, bo tam koedukacja. „A poza tym bez przesady z tą edukacją dla dziewcząt…” – mówi Towa (absolwentka dwóch artystycznych wyższych uczelni).
O pobycie w szkole powszechnej zaświadcza też bohaterka wspomnianego już opowiadania Cioci Oli – Ela. A Ela to prawie Bela… („Ela-Bela-Ola” – to brzmi jak refren jakiejś żydowskiej piosenki): „Ela siada w kuchni i w kąciku cicho odrabia lekcje. To już 7. klasa”. „Szkoła, porządki w domu, pilnować rodzeństwa – opowiada dalej Ela-Bela-Ola w swej kryptobiografii z zeszytu w jedną linię – opiekować się chorym ojcem i jeszcze pilnować, by mama miała obiad w porze kolacji. Koleżanki miały czas na zabawę, kino, wycieczki. Ela tego wszystkiego nie znała […] Noc w tym domu szybko zapadała”.
Żydowska narzeczona
„Kończy się szkoła powszechna, a nadziei na gimnazjum nie ma. Jedno jest w miasteczku gimnazjum i czesne drogie” – potwierdza Ela-Bela słowa Towy. Dziewczynie takiej jak ona pisany był więc najprawdopodobniej los żydowskiej narzeczonej. Taki, jak wspomniany w tym opowiadaniu los jej matki: „Mamę, jak wszystkie panny pod koniec XIX wieku, starano się wydać «dobrze» za mąż. Rodzice niewiele jej mogli dać w posagu. Znaleźli sprytnego swata, który wynalazł skromnego młodzieńca bez wielkich pretensji, i małżeństwo gotowe”.
Taka żydowska narzeczona z żydowskiego zaułka, w oczekiwaniu na jakiegoś „skromnego młodzieńca bez wielkich pretensji”, mogła robić różne hafty, które – jak wyczytałam w książce z 1935 roku – były obowiązkowymi pracami młodych bogobojnych panien, respektujących tradycję i wiarę. A były to: „filakterie dla narzeczonego, hafty na tałesie, jarmułka, nakrycie na sobotnie kołacze, przechowek na mace paschalne, ozdobne mizrachy”.
A gdy wyprawka była przygotowana, a kawaler wyswatany, stosownym drukiem powiadamiano, iż: „Niniejszym mamy zaszczyt zaprosić naszych krewnych i znajomych, by przybyli wziąć udział w naszej radości w dniu zawarcia ślubu narzeczonej, przesławnej dziewicy, panny… ze znakomitym młodzieńcem… na zaślubiny, które odbędą się pod szczęśliwą gwiazdą, w pomyślnej godzinie dnia… Za przybycie na tę radosną uroczystość odwdzięczymy się”.
A potem było życie żydowskiej żony. Takie, jak to życie matki Eli-Beli: „Przychodziły na świat dzieci, jedno po drugim. No cóż! Wola Boska. I zrodziła się niemała gromadka. A tu jeść wołają, a do szkoły posłać trzeba. Coś tam się zarobiło, ale co starczyło przy dwóch, nie starczyło przy siódemce. Mama zawodu nie miała. Zwerbował ją domokrążca. Nosiła ciężki kosz na plecach, chodziła od mieszkania do mieszkania, ofiarowując sznurowadła, pastę do obuwia, mydełka, itp. Wracała do domu wymęczona ze spuchniętymi nogami i kilkoma złotówkami, które ledwie wystarczyły. […] A ile zniewag musiała znosić. Kiedy Ela kiedyś poszła z mamą, żeby jej w czymś pomóc, zauważyła tabliczki na domach bogatych ludzi «żebrakom i domokrążcom wstęp wzbroniony» […] A ileż razy szczuto ją psami. Płakać się chce”.
I tak by było, lub mogłoby tak być, gdyby Ela-Bela nie zbuntowała się przeciwko swemu losowi i gdyby równocześnie tradycyjny żydowski świat, do którego była sposobiona, nie wypadł z kolein.
A tak go jeszcze w 1935 roku opisywał Stanisław Machniewicz, kustosz kultury żydowskiej: „Żydzi ortodoksyjni w Polsce, tworzący od wieków bardzo liczne i wielkie skupienia, żyją w kulcie swojej tradycji, z dala od wszystkiego, co niesie postęp. Bez najmniejszej przesady rzec można, że nie wychodzą poza krąg myśli swych przodków. Żyją tak, jak żyli ich przodkowie sprzed stuleci – i podobnie zamknięty horyzont życiowy dzisiejsze pokolenia przekażą swoim następcom. I tak z pokolenia w pokolenie. Tak będzie w przyszłości, jak było w przeszłości”.
Żydowska polszczyzna
Za pierwszy symboliczny gest sprzeciwu wobec nieuchronności losu „żydowskiej narzeczonej” można zapewne uznać moment sięgnięcia po pierwszą nieobowiązkową lekturę. „Czytała, co w rękę popadło – melduje w swym opowiadaniu Ela-Bela. – Nikt nią nie kierował. Tato ledwie czytać umie. Regę [starszą siostrę, imię się zgadza!] interesowały powieści, romanse”. Czytała pomimo wady wzroku. „Ela sobie z tego sprawy nie zdawała, mrużyła oczy, a w domu nikt nie zwracał na to uwagi. Mama tylko zrzędziła, gdy Ela czytała o zmroku (szkoda światła) lub przy ogarku świecy przylepionym do krzesła obok łóżka, żeby nie świecić dzieciom w oczy i nie budzić. A kiedy indziej można było czytać?”.
Ale co czytała? Co to mogło być, „co popadło”? „Dziewczynki żydowskie z Oświęcimia czytały nie Talmud i inne święte księgi, lecz polskie tłumaczenia literatury amerykańskiej czy rosyjskiej, a wcześniej polskie baśnie, a nie Midrasze” – mówi Towa Berlinski w rozmowie z Andrzejem Niziołkiem, której fragmenty dzięki jego uprzejmości dane mi było poznać, i dodaje: „Polszczyzna to była ojczyzna tych dziewczyn. Dlatego że wokół mówiło się po polsku; dlatego że mówiąc po polsku, przynależało się do świata, z którym się identyfikowano; dlatego że dzięki polszczyźnie można było uniknąć identyfikacji żydowskiej, a więc także perypetii antysemickich (choć w Galicji było wyjątkowo łagodnie i antysemityzmu nie cierpieliśmy). Poza tym – to był ten pejzaż – język polski jak uroda krajobrazu: Soła, widoki wzgórz i widoczne z dala pasmo Babiej Góry. A mówiący po żydowsku lub niemiecku rodzice chcieli, aby ich dzieci bez przeszkód funkcjonowały w społeczeństwie”.
Czy tak było w przypadku Eli-Beli? Trudno powiedzieć. Trzeba pamiętać, że Towa była od Cioci Oli młodsza o całe dziewięć lat, a świat wtedy bardzo przyspieszył, a ponadto żyła już w innym otoczeniu jako córka zamożnych rodziców o liberalniejszych poglądach (była nawet uczona gry na pianinie). Wreszcie, gdy jedne żydowskie dziewczynki stosowały zasady mimikry, aby się upodobnić do otoczenia, inne dorastały do buntu.
„Ostatnie pokolenie”
Jest taki bezcenny dla mnie dokument – relacje rówieśników Cioci Oli spisywane przez nich na konkurs w latach trzydziestych, a zgromadzone dziś w publikacji: Ostatnie pokolenie. Autobiografie polskiej młodzieży żydowskiej okresu międzywojennego. Wszyscy autorzy tych relacji szukali dla siebie atrakcyjnego projektu na życie, które się właśnie zaczynało (i dla większości miało trwać nie dłużej niż lat kilka). Może pod niektórymi z tych opowieści podpisałaby się młodziutka Bela Frisz?
„Dlaczego mam tkwić w ciasnocie ograniczeń – napisała na przykład „Ester” z Grójca – kiedy wszystko we mnie wyrywa się ku szerszym horyzontom? Dlaczego muszę poprzestać na małym, kiedy czuję, że mogłabym dokonać czegoś większego, gdyby mi to umożliwiono?”.
A wokół wrzało. Skończyła się pierwsza wojna światowa, zniknęły zabory, Polska odzyskała niepodległość, a świat, nawet ten małomiasteczkowy, odmienił się i zaroiło się od pomysłów. Światopoglądowe menu dla młodych ludzi pochodzenia żydowskiego było obfite. Do woli można było przebierać w politycznych ofertach: zostać żydowskim socjalistą (Bund), syjonistą marzącym o własnym państwie dla Żydów (tu jeszcze można było wybierać między socjalistyczną a konserwatywną wizją owego państwa – „i do zobaczenia w przyszłym roku w Palestynie”), można było się opowiadać za autonomią w obrębie starej ojczyzny. Theo Richmond, rekonstruując żydowskie życie w mieście podobnej jak Oświęcim wielkości (Uporczywe echo. Sztetl Konin), pisze, jak to w sobotnie popołudnia mały rynek „stawał się forum dla toczonych debat: bundowcy spierali się z lewicowymi syjonistami, którzy spierali się z komunistami, którzy spierali się z prawicowymi rewizjonistami, którzy spierali się z syjonistami religijnymi. Jeśli spotkali się zwolennicy tej samej ideologii, spierali się między sobą”.
Początek końca świata żydowskiej diaspory przepełniony był pomysłami na przyszłość!
Więc i małe „żydowskie narzeczone” szukały pomysłów dla siebie. W przypadku Sary Kopyto z Ostatniego pokolenia było tak: „Pewnego dnia przyszła do mnie koleżanka z pewną propozycją: Wiesz, Salu, może zapiszemy się do jakiejś organizacji – i zaczęłyśmy się zastanawiać, jaka będzie odpowiednia dla nas; i na ten temat rozprawiałyśmy cały wieczór. Koleżanka żaliła się, że nie ma gdzie wieczorami spędzać czasu. Kręcić się stale na mieście już jej się znudziło. I chce spróbować w większym gronie koleżanek i kolegów. Ja też chętnie bym chciała pracować dla jakiejś idei i być w większym towarzystwie”.
Nie trzeba było nawet specjalnie się natrudzić – organizacje społeczne i polityczne kusiły ofertami, organizując spotkania i zbiórki. „Radość, wesołość, wspólne kolonie, wycieczki, spacery, plaża, gry sportowe – wspomina ktoś z Ostatniego pokolenia – a wszystko było objęte organizacyjnym śmiechem i kolektywem”. To pozwalało choć na chwilę znaleźć się poza codziennością. Zwłaszcza wspólne wyjazdy musiały być nie lada gratką. To dzięki nim – pisze dziewczyna ukryta pod pseudonimem „Bronka” – „pojęłam, że dalej już tak jak dotąd być nie może… dusić się w ścianach pokojów, wiecznie zależną być od kogoś, wiedzieć już z góry, jak spędzę następny miesiąc, stale czuć się jak w klatce […]. Wolność! Wolność! Oto było nowe, władcze słowo, którego nauczył mię rytm potoku, wschód słońca nad Babią Górą, zarys daleki Tatr”.
„Człowiek przywykły do ciemności dopóty nie wie, w jakim mroku się znajduje, dopóki nie wróci do tego mroku z jasności – pisze rozpoetyzowany jej rówieśnik. – Dopóty nie wiedziałem, w jaki labirynt wąskich ulic wpasowana jest moja młodość, dopóki nie wróciłem z rozległych, nieograniczonych obszarów. […] Spostrzegłem to, co mieszkając, nigdy nie zauważyłem: brud, zaduch, ciemnotę, oberwane ściany – dopiero ujrzałem wielką moją biedę”.
Żydowska tożsamość
Znalazły się świadectwa dowodzące, że Ela-Bela z tego menu politycznego, które ofiarował jej tamten czas, najpierw wybrała harcerstwo organizowane przez lewicujących syjonistów. Pamięta o tym Towa Berlinski, nazywając tę instytucję „żydowską organizacją socjalistyczną”. I potwierdza się to w innym źródle – w tej części żydowskiej Księgi Yizkor, którą piszą byli mieszkańcy miasta Oświęcim. Yisrael Fertig wspomina tam działaczy organizacji syjonistycznej Hashomer Hatza’ir, aby w pewnym momencie napisać tekst dla mnie bezcenny: „Uczenie się hebrajskiego było jednym z najważniejszych zadań, do których nawoływał swoich członków Ruch Hashomer Hatza’ir. Przedsięwzięciem tym zajęła się dziewczyna, która jako pierwsza z wszystkich kobiet w tym mieście znała hebrajski znakomicie – Bella Frisch. Dziewczyna o żelaznej woli i niespokojnej duszy. Wychowana w konserwatywnej pobożnej rodzinie, a jednak wstąpiła do Hashomer Hatza’ir i z poświęceniem wypełniała wszystkie powierzone jej zadania” (Żydowskie organizacje młodzieżowe 1923–1930).
To znaczy, że Ciocia Ola w pierwszej fazie swych ideowych poszukiwań (zanim została „internacjonalną” komunistką) identyfikowała się ze swym żydowskim pochodzeniem (i to jeszcze jak, skoro uczyła się hebrajskiego!). Relacja Yisraela Fertiga jest też potwierdzeniem opinii Towy Berlinski, że Bela (Bella, Bejla, Bila, Bihla – różnie się ją pisało) pochodziła z pobożnej rodziny. Co znaczy, że oddalała się od tej pobożności etapami.
Śmierć żydowskiego Boga
Ale w końcu i do niej, podobnie jak do wielu innych „żydowskich narzeczonych”, dojść musiały pogłoski o tym, że „Bóg umarł”. Jego śmierć ogłosił wprawdzie Nietzsche już dawno, bo w 1882 roku, ale trochę czasu przeszło, zanim wieść ta dotarła do Oświęcimia, aby narobić wiele bałaganu w głowach dzieci z pobożnych małomiasteczkowych rodzin, w każdy piątek gromadzących się przy szabasowym stole.
Pisał o tym w swych wspomnieniach „Zyg.Hor” z Ostatniego pokolenia: „I w owe «górne i chmurne» dnie stałem się ateistą. Miałem 16 lat i zwątpienia za całe wieki. Kiedy na zimno roztrząsałem sam z sobą lub w najbliższym otoczeniu zagadnienia Boga i rytuałów religijnych, wtedy zawsze dochodziłem do przeczenia, do negacji istnienia jakowejś siły, która przedstawiana mi była od najmłodszych, dziecięcych lat”.
Jakie to musiało być wewnętrzne spustoszenie! Groziła epidemia nihilizmu.
„Ktoś wyjechał ze swojego domu i młodzi chuligani zajęli ten dom – tłumaczył ten stan ducha Aleksander Wat, cytując w Moim wieku Grahama Greene’a. – I wyjęli cały środek, rozebrali schody wewnątrz, wszystko wynieśli, zostały tylko ściany. Kiedy ten ktoś wrócił potem, zobaczył z daleka swój dom zupełnie w porządku, taki jaki był. I znalazł wyjedzoną wewnątrz pustą przestrzeń”.
Osierocone dzieci Boże nerwowo zaczęły poszukiwać jakichś instrukcji, jak żyć.
„Przyjdzie inny człowiek, szczęśliwy i dumny – interpretował ten stan rzeczy Kiryłłow w Biesach Dostojewskiego. – Będzie mu wszystko jedno: żyć czy umierać – ten będzie nowym człowiekiem, kto zwycięży ból i strach, sam stanie się bogiem. A tamtego Boga już nie będzie. […] A wtedy nowe życie, nowy człowiek, wszystko nowe…”.
A z oddali do niektórych dochodziły już pierwsze dźwięki Międzynarodówki:
Nie nam wyglądać zmiłowaniaZ wyroków bożych, z pańskich spraw.Z własnego prawa bierz nadaniaI z własnej woli sam się zbaw!
Radosny nihilizm
Wspominając w Moim wieku klimat tamtych czasów, Wat uważa, że panowało przekonanie o końcu starego świata, zamieniającego się w ruiny, ale że to był „przedmiot wesela duchowego, bo tu można właśnie coś nowego zbudować, to jest wielka niewiadoma, podróż w niewiadome, wielkie nadzieje, że z tego, z tych ruin właśnie… […] To była radość właśnie z tego, że coś się gruntownie łamie, że właściwie jest miejsce na wszystko, że wszystko wolno”.
A po kataklizmie pierwszej wojny światowej w ruinie było wszystko, poza tym, co zyskiwać właśnie zaczęło jakiś jeszcze nieodgadniony, całkiem nowy kształt: rewolucja bolszewicka w Rosji… „Czym będzie komunizm, jeszcze nie było wiadomo! Na razie przedstawiał nam się jako wielki nihilizm” – pisze Wat.
A w innym miejscu dodaje: „Rosja – olbrzymi kraj, który jest dziki, są w nim zaniedbania setek lat, w którym ma się budować nowe życie ludzkości i organizacja ludzkości na idealnych podstawach. Sto kilkadziesiąt milionów ludzi, w gruncie rzeczy upośledzonych, nieszczęśliwych, ale półdzikich […] I jest garstka ludzi, którzy tę wielką masę zorganizują, ożywią i z nich uczynią drożdże dla przyszłości, dla ludzkości”.
Fascynacja czymś absolutnie nowym i olbrzymim!
W