Strona główna » Obyczajowe i romanse » W cieniu starych drzew

W cieniu starych drzew

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-276-1366-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “W cieniu starych drzew

Sara Browning od lat pracowała jako sekretarka w londyńskiej firmie. Od dawna kochała się w swoim szefie. Jednak gdy on zabawił się jej kosztem i celowo ją zranił, rzuciła pracę w stolicy i uciekła w rodzinne strony. Zagubiona nie mogła znaleźć sobie miejsca. Pomocną dłoń wyciąga do niej Stuart Delaney, który niedawno kupił w sąsiedztwie stary dwór. Stuart proponuje Sarze pracę i przyjaźń. Otacza ją opieką i ma nadzieję, że ona kiedyś odwzajemni jego uczucie. Jednak przeszłość Sary nie pozwala o sobie tak łatwo zapomnieć…

Polecane książki

„Sprawa Dantona” to pięcioaktowy dramat stanowiący kronikę wybranych wydarzeń rewolucji francuskiej – od momentu aresztowania i egzekucji hebertystów aż po proces i śmierć Dantona. Wiązało się to z zainteresowaniami Stanisławy Przybyszewskiej, którą historia rewolucji francuskiej zafascynowała j...
Publikacja zawiera odpowiedzi na najtrudniejsze pytania dotyczące zmian w prawie pracy, które zostaną wprowadzone w 2015 r. Wyjaśnienia będą dotyczyły zmian m.in.: w zakresie przeprowadzania wstępnych badań lekarskich, udzielania urlopów macierzyńskich, zawierania i rozwiązywania umów terminowyc...
Agezylausz to jeden z najmniej znanych, ale równiej jeden z najbardziej niezwykłych dramatów Juliusza Słowackiego. Opublikowany dopiero po jego śmierci, do dziś fascynuje badaczy i ludzi teatru. W intensywności wydarzeń i emocji przypomina świat szekspirowski, ale napisany w okresie mistycznym t...
Postawy zawodowe informatyków: jednostka, zespół, organizacja to książka interesująca z trzech perspektyw. W perspektywie publikacji naukowej jest przykładem szeroko zakrojonych badań z zakresu zachowań organizacyjnych – przynosi odpowiedzi na temat indywidualnego funkcjonowania informatyków w or...
[color=rgb(18, 18, 18)][font=arial, helvetica, sans-serif]Oddajemy w Państwa ręce książkę z przepisami kulinarnymi charakterystycznymi dla kuchni polskiej. Korzystając z tych przepisów będziecie Państwo mogli poznać i posmakować potraw stanowiących zarówno część historii i kultury polskiej, jak i ...
Książka zawiera rozważania na temat pedagogicznego znaczenia praktyk, sposobu pojmowania wiedzy, procesu kształcenia w trakcie praktyk oraz zasad budowania programu, który traktować można jako proces przyczyniający się do konstruowania wiedzy. Kształcenie to polega na tworzeniu warunków, w których d...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Penny Jordan

Penny JordanW cieniu starych drzew

Tłumaczenie:
Katarzyna Ciążyńska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Więc jednak to zrobiłaś? Złożyłaś wymówienie i odeszłaś?

– Tak – przyznała cicho Sara, otrząsając się, jakby te słowa sprawiły jej ból.

Margaret, jej przyjaciółka i sąsiadka, patrzyła na nią z życzliwym uśmiechem. Była dziesięć lat starsza od Sary, a poznała ją przed czterema laty, kiedy to Sara kupiła dom w sąsiedztwie. Teraz miała ochotę urządzić głośną owację. Ian Saunders, szef Sary, postawny przystojny blondyn, choć na zewnątrz reprezentował sam męski urok, w środku był zimny i bezwzględny. Ilekroć jednak w przeszłości Margaret wyrażała tę opinię, przyjaciółka była na nią głucha. Nie przyjmowała do wiadomości ani jednego złego słowa na temat mężczyzny, dla którego pracowała i którego kochała.

– No cóż, znasz moje zdanie. Uważam, że nic lepszego nie mogłaś zrobić.

Na twarzy Sary pojawił się wyraz smutku. Skończyła dwadzieścia dziewięć lat, była wysoka i szczupła. Za jej cichym i opanowanym sposobem bycia kryła się błyskotliwa inteligencja i przenikliwy umysł. Typ urody, który reprezentowała – klasyczne proporcjonalne rysy – stanowił odbicie jej osobowości. Jedyny wyjątek od tej reguły tworzyły zaskakująco pełne wargi, które dawały do zrozumienia, że owa zewnętrzna samokontrola maskuje silne namiętności.

– To nie była wcale całkiem spokojna, przemyślana i dobrowolnie podjęta decyzja.

Sara powiedziała to tak zbolałym głosem, że Margaret odwróciła głowę z pełnym irytacji współczuciem.

Jak Ian Saunders miał czelność potraktować przyjaciółkę w taki sposób po tym wszystkim, co dla niego zrobiła? Harowała jak niewolnik, wydatnie przyczyniła się do sukcesu jego firmy, i jeszcze cały ten czas kochała się w nim z nadzieją na…?

Sara nigdy nie ukrywała, że Ian nie odwzajemnia jej miłości. W głębi duszy Margaret podejrzewała, że świetnie zdawał sobie sprawę z uczuć Sary. A skoro tak, już dawno powinien był, choćby z litości, zasugerować, żeby zmieniła pracę. Tymczasem on pozwolił, by połączyła ich pewna zażyłość, chociaż nigdy nie rozmawiali o seksie. W ten sposób mamił Sarę niewypowiedzianą obietnicą, pozwalał jej żyć złudzeniem, że być może któregoś dnia stanie się cud i on zwróci się do niej… zapragnie jej… będzie jej potrzebował… już nie w roli asystentki, lecz jako kobiety, jego kobiety.

Zamiast tego przed tygodniem wszedł do biura i chłodnym tonem powiadomił ją o swoich zaręczynach i rychłym ślubie. Sara była zdruzgotana. Kiedy przyjaciółka nakłaniała ją wówczas, by złożyła wymówienie i rozpoczęła nowe życie, ona, bezinteresowna jak zawsze, zaprotestowała. Pokręciła głową i zauważyła, że jej odejście fatalnie wpłynęłoby na firmę, którą Ian budował z takim trudem.

– Miałaś rację – stwierdziła w tej chwili ponuro. – Trzeba było odejść, jak tylko Ian poinformował mnie o ślubie z Anną. Ale ja byłam ślepa i głupia. Do głowy mi nie przyszło, że Anna poluje też na moją posadę, nie tylko na… – Urwała i otarła oczy.

Użalanie się nad sobą nie było w jej stylu, ale miniony dzień tak bardzo ją zdenerwował…

Jak zwykle rano udała się do pracy. Ian miał spotkanie z klientem poza firmą. Gdy tylko Anna przekroczyła próg sekretariatu, Sara poczuła się nieswojo, chociaż nie znała celu wizyty tej kobiety.

Poznała go, gdy Anna wygłosiła mowę, która miała uświadomić Sarze, że dla swojego własnego dobra powinna opuścić Iana i zacząć nowe życie gdzieś daleko.

– A co konkretnie powiedziała? – podpytywała Margaret. Czuła, że przyjaciółka chce zrzucić z serca ciężar tej wiadomości.

Siedziały w nieskazitelnie czystej kuchni Sary. Margaret chwilę wcześniej zobaczyła, że sąsiadka wróciła do domu wczesnym popołudniem, zostawiła samochód przed domem i niemal wbiegła do środka.

Margaret natychmiast pobiegła za nią, gotowa do ewentualnej pomocy.

Sara wzruszyła ramionami i pochyliła głowę nad kubkiem z kawą, który ściskała w dłoniach. Jej włosy sięgały ramion, były proste i jedwabiste, dość jasne z natury. Zawsze starannie je czesała. Zyskiwał na tym jej wizerunek osoby operatywnej i kompetentnej.

Margaret miała okazję widzieć przyjaciółkę w domowych pieleszach, zajętą porządkami, z włosami związanymi w koński ogon i bez śladu makijażu. Ze zdumieniem odkryła, że Sara wygląda wówczas na osobę bardzo młodą, delikatną i o wiele bardziej przystępną.

– Bardziej seksowną – poprawił Ben z uśmiechem.

Margaret spojrzała krzywo na męża, ale musiała przyznać mu rację. Sara potrafiła zaprezentować się jako osoba skuteczna i profesjonalna, jednak gdy chodzi o pokazanie się w sposób działający na mężczyzn…

Westchnęła cicho. Nowoczesnej kobiecie po prostu nie wypada podpowiadać innej przedstawicielce swojej płci, by wyglądała i postępowała jak istota niesamodzielna i całkiem niezaradna. A przecież Sara, pomimo swoich kompetencji zawodowych, chciała mieć dzieci i założyć rodzinę. Kiedy opowiadała o swojej starszej siostrze, dwójce siostrzeńców i trzecim w drodze, jej rysy miękły, a niebieskie oczy nabierały fiołkowego odcienia.

Wlepiając teraz bezmyślnie wzrok w kubek z kawą, Sara lekko się wzdrygnęła.

Margaret pyta, co powiedziała Anna. Jeszcze w tej chwili owo wspomnienie było trudne do zniesienia, nadal bolały słowa wypowiedziane przez Annę Thomas, która wkroczyła do biura, wydymając karminowe usta i potrząsając burzą platynowych loków, ubrana w spódnicę, która była wyraźnie za krótka i zbyt obcisła. A mimo to podobała się Ianowi.

Sara siłą woli próbowała pohamować negatywne emocje i skupić się na pytaniu Margaret.

– Mówiąc zwięźle, dała mi znać, że oboje z Ianem wiedzą, co do niego… czuję, że nieźle ich ubawiła moja pewność, że zdołam to ukryć. Stwierdziła, że nie ma nic bardziej żałosnego niż sekretarka zakochana w szefie, zwłaszcza kiedy nie ma cienia szansy, że on tę miłość odwzajemni.

Zamilkła na chwilę, a Margaret mruknęła coś ze złością i pokręciła głową.

– To wszystko prawda, chociaż pochlebiałam sobie, że w pracy jesteśmy raczej partnerami, a nie szefem i sekretarką.

– Partnerami! – wybuchnęła Margaret, która nie potrafiła dłużej nad sobą zapanować. – Przecież ty w zasadzie prowadziłaś tę firmę za niego. Bez ciebie…

Sara posłała jej smutny uśmiech.

– Chciałabym, żeby tak było, ale uczciwie mówiąc, firma kręci się dzięki handlowemu talentowi Iana. Ja tylko działałam na tyłach tego frontu. Ale wracając do twojego pytania, Anna wytłumaczyła mi, że w sytuacji, kiedy oni biorą ślub, w moim interesie jest opuścić firmę, no a ona bez problemu mnie zastąpi. Oboje doszli do wniosku, że powinnam rozejrzeć się za inną pracą. Powiedziała, że mogę zostać do końca miesiąca, jeżeli chcę.

Sara mówiła z taką cierpką pogardą dla własnej osoby, że przyjaciółce zrobiło się przykro.

– Co miałam zrobić? Oczywiście odparłam, że odchodzę. To było wczoraj. Dziś pojechałam tylko po to, żeby sprzątnąć biurko, dokończyć kilka spraw i…

Przygryzła wargi. Robiła, co w jej mocy, by się nie załamać. Tamta rozmowa była tak niezwykła, tak niespodziewana i tak nieprzyjemna…

A doszło do niej w momencie, kiedy Sara sądziła, że ma już za sobą wszelkie możliwe cierpienia.

Była jednak świadoma faktu, że Ian spotyka się z Anną, podobnie jak wiedziała o wszystkich innych kobietach, z którymi umawiał się podczas dziesięciu wspólnie przepracowanych lat.

Pomimo to wiadomość o jego ślubie wstrząsnęła nią do głębi. Była przekonana, że nie okazała tego, uważała również, że przez te wszystkie lata, gdy pracowali razem, Ian nie miał pojęcia o nadziejach, które tak hołubiła, ani o jej skrywanej miłości.

Szczerze ufała, iż Margaret jest jedyną osobą, która poznała tajemnicę jej serca. Zresztą doszło do tego przez przypadek. Któregoś wieczoru, rok od zamieszkania Sary w nowym domu, Margaret wpadła do niej bez zapowiedzi i znalazła ją we łzach. Chwilę wcześniej Ian odwołał kolację, która miała być także – przy okazji świąt Bożego Narodzenia – podziękowaniem za rok ciężkiej pracy Sary. Ostatecznie wybrał jednak przyjęcie w towarzystwie nowej przyjaciółki.

Ani rodzice, ani siostra Sary nie mieli o niczym pojęcia. W każdym razie zakładała, że taki jest stan rzeczy. A teraz dumała, czy przypadkiem i oni się nie domyślili, i czy to nie dlatego zachowali na ten temat milczenie, kierowani litością i współczuciem.

Sara uznała z goryczą, że zasłużyła sobie na pogardę, którą wylała jej na głowę Anna. Okazała się najbardziej żałosnym stereotypem, nudną, przeciętną kobietą do szaleństwa zakochaną w swoim czarującym szefie…

Na szczęście zdobyła się na to, by wręczyć wymówienie i wyzwolić się z tego koszmaru.

– Moim zdaniem dobrze, że masz to za sobą – oznajmiła stanowczo Margaret, dodając z równą otwartością: – Tak, wiem, że nie znosisz, kiedy ktokolwiek krytykuje Iana, ale powiem ci teraz, co o nim sądzę. On cię wykorzystał, wykorzystał twoje umiejętności, a teraz…

– A teraz zakochał się w Annie i nie ma już dla mnie miejsca w jego życiu – wtrąciła cicho Sara. – I pomyśleć, że przez cały czas wierzyłam, że nikt nie widzi, co się ze mną dzieje. Na początku, kiedy dostałam tę pracę… miałam dziewiętnaście lat i głowę nabitą marzeniami…

Sara mówiła chyba bardziej do siebie niż do przyjaciółki.

– Przyjechałam z Shropshire do Londynu, ponieważ chciałam się uczyć, zdobyć dobrą pracę. Rodzice nie byli zadowoleni z tego wyjazdu, ale też nie zatrzymywali mnie. Pamiętam, że najpierw czułam się okropnie i potwornie tęskniłam za domem. Mieszkałam z trzema dziewczynami, w ciągu dnia pracowałam dorywczo, a wieczorem chodziłam do college’u, uczyłam się języków i programów komputerowych. A potem poznałam Iana. Chodziliśmy razem na kurs komputerowy. Miał wtedy dwadzieścia pięć lat, zaczął rozkręcać własny biznes. Był handlowcem, tak mi mówił, i bardzo potrzebował kogoś, kto mu poprowadzi biuro. W końcu zaproponował mi tę pracę, a ja nie wahałam się ani chwili. Zawsze był hojny, jeśli chodzi o płacę… a potem, kiedy zmarła babcia, za odziedziczone po niej pieniądze kupiłam ten dom. Już nie tęskniłam za domem rodzinnym, poznałam nowych ludzi, żyłam swoim życiem, i chociaż nikomu tego nie zdradziłam, musiałam przyznać sama przed sobą, że pracuję z Ianem nie tylko dlatego, że lubię tę pracę, ale w również dlatego, że go kocham. Jak głupia, nigdy nie porzuciłam nadziei…

A on pozwolił ci ją mieć, pomyślała trafnie Margaret, lecz zachowała to spostrzeżenie dla siebie. Czuła, że Sara i tak dźwiga już na barkach zbyt duży ciężar.

– Jakie masz teraz plany? – zapytała.

– Pojadę do domu – odparła Sara, uśmiechając się na widok miny Margaret. – Wiem, to głupie, prawda? Jestem dorosła, od dziesięciu lat mieszkam w Londynie, a mimo to z jakiegoś powodu wciąż, myśląc o domu, mam przed oczami Shropshire. Zdołałam trochę zaoszczędzić, mogę w razie czego wynająć ten dom… Stać mnie na kilka miesięcy lenistwa, chcę dać sobie czas.

Pokręciła głową z zażenowaniem. Miała świadomość, że jednym z powodów, dla których tak obstaje przy wyjeździe z Londynu, jest strach, że kiedy minie szok i związana z nim złość, stanie się bezbronna… i znajdzie pretekst, by szukać kontaktu z Ianem. Choćby jakieś zaległe sprawy w biurze, drobne fakty, których nikt prócz niej nie zna. Nie chciała ulec tego rodzaju przymusowi. Jej sytuacja była wystarczająco zła, więc po co ją pogarszać. Nie ma sensu kurczowo czepiać się rękawa Iana, skoro on jej nie chce. To żenujące. To zasługuje jedynie na wzgardę i drwiny.

Zamknęła oczy, łzy przesłoniły jej wzrok, zamazały w jej wyobraźni obraz Iana i Anny, którzy się z niej śmieją. Ian odrzuca do tyłu głowę, nawet jego oczy z niej kpią, a jego mina wyraża bezlitosne lekceważenie. Sara wzdrygnęła się. Zdumiało ją, że z taką łatwością przywołała ów obraz. Bo przecież, gdyby ktokolwiek choćby zasugerował, że Ian potrafi być bezduszny i okrutny, że jest umyślnie nikczemny, złośliwy i nieuprzejmy, natychmiast odrzuciłaby podobne oskarżenia. Chociaż… w ciągu tych wszystkich lat bywały takie chwile, kiedy i jej lojalność ulegała zachwianiu, gdy Ian podejmował decyzję, wygłaszał jakiś komentarz czy oświadczenie, które ona, pobłażliwa z natury, uważała za nie dość szlachetne.

Od zawsze wiedziała, że Ian jest egoistą, a mimo to na własny użytek przyjęła, że to tylko egotyzm rozpuszczonego chłopca, który nie wie, że można zachować się inaczej, i który nigdy świadomie nikogo by nie skrzywdził. Czyżby nie miała racji? Czyżby tak długo uparcie zamykała oczy na prawdę? Ponownie zadrżała, a Margaret objęła ją zatroskanym spojrzeniem.

Margaret zawsze w duchu podejrzewała, że pod otoczką pewności siebie i niezależności jej sąsiadka ukrywa wrażliwość i bezbronność, że tak naprawdę jest kruchą kobietką. I właśnie za brak zrozumienia tego faktu i współczucia dla przyjaciółki jeszcze bardziej nie znosiła Iana Saundersa.

– Tak, chyba rzeczywiście powinnaś pojechać do domu – rzekła zdecydowanie. – Mówię tak, chociaż będzie mi ciebie bardzo brakowało, zwłaszcza teraz, kiedy szukam opiekunki do moich dwóch bachorów.

Sara zaśmiała się niepewnie.

– Przecież ich uwielbiasz – zauważyła.

– Hm… ale robię, co mogę, żeby tego nie odgadli. Czasami bardzo ciężko jest być jedyną kobietą w domu z trzema facetami. – Urwała, po czym dodała spokojnie: – Wiem, że to pewnie niedobra pora, żeby poruszać ten temat, ale powiem ci coś, z czym noszę się już od dłuższego czasu. Jestem od ciebie starsza, wiele w życiu widziałam. Wiem, co czujesz do Iana Saundersa, albo przynajmniej co ci się wydaje, że czujesz. Musisz jednak szczerze przyznać, że nigdy dotąd nie próbowałaś nawet zainteresować się innym mężczyzną, nigdy nie dałaś sobie takiej szansy, prawda?

– Nie dałam sobie szansy… – zaczęła Sara, ale Margaret jej przerwała.

– Łatwo jest być zakochanym, ale kochać dużo trudniej, a jeszcze trudniej trwać przy tej miłości w szarej przyziemnej codzienności. To o wiele trudniejsze, a zarazem właśnie to jest coś warte. Obserwowałam cię z moimi urwisami, sama zresztą mówiłaś, że chcesz mieć dzieci. Wiesz, co powinnaś teraz zrobić? Wyrzucić z głowy Iana i rozejrzeć się za jakimś sympatycznym facetem, którego mogłabyś poślubić i z którym miałabyś dzieci.

Sara odebrała to jak atak i oblała się rumieńcem, którego nie potrafiła powstrzymać.

– Nie umiem tego zrobić, uczucia nie da się tak nagle przekreślić. Nie potrafiłabym poślubić mężczyzny, którego nie kocham, i to niezależnie od tego, jak bardzo pragnę założyć rodzinę.

Oczywiście, Margaret miała rację. Oczywiście Sara pragnęła zostać matką. Prawdę powiedziawszy, czasami tak bardzo za tym tęskniła, że aż budziła się w środku nocy… A jednak przyjaciółka oczekuje od niej rzeczy niemożliwych.

– Kiedy wychodziłam za Bena, nie kochałam go – wyznała Margaret ku zaskoczeniu Sary.

Prócz swoich rodziców nie spotkała tak oddanej sobie i tak szczęśliwej ze wspólnego życia pary jak właśnie jej sąsiedzi, zakładała zatem, że pobrali się z miłości.

– Co więcej, on też mnie nie kochał – ciągnęła Margaret. – Oboje byliśmy po przejściach, od pewnego czasu widywaliśmy się na gruncie towarzyskim. Któregoś wieczoru zaczęliśmy rozmawiać… i odkryliśmy, że mamy mnóstwo wspólnych zainteresowań i pragnień. Należała do nich także chęć założenia rodziny, której nie podzielał mój poprzedni partner ani poprzednia partnerka Bena, ludzie, w których byliśmy tak bardzo zakochani. I tak kontynuowaliśmy rozmowy, zaczęliśmy razem gdzieś wychodzić, żeby przekonać się, czy… czy coś nam z tego wyjdzie, a potem, kiedy stwierdziliśmy, że układa nam się dobrze, podjęliśmy decyzję o ślubie. Nie z powodu szalonej miłości, tylko dlatego, że oboje szczerze wierzyliśmy, że stworzymy udany związek. Ani przez chwilę nie żałowałam tamtej decyzji, Ben chyba też nie. I wiesz co? – Posłała Sarze promienny, niemal zawstydzony uśmiech. – Nie wiem, jak do tego doszło, ale obojgu nam zdarzył się taki mały cud i teraz bardzo się kochamy.

– Zazdroszczę ci, Margaret, ale nie sądzę…

– Posłuchaj mnie. Naprawdę w wielu sprawach jesteśmy do siebie podobne. Nie marnuj dłużej życia dla mężczyzny, z którym nie możesz być, a gdybyś była, tylko by cię ranił. Nie trać czasu, wylewając łzy żalu. Rozważ, czego naprawdę pragniesz. Kiedy będziesz w domu z rodzicami, przemyśl, co jest dla ciebie ważne. Być może dojdziesz do wniosku, że się mylę, że mąż, dom, rodzina nie są dla ciebie dość istotne, żeby odsunąć na bok marzenia o wielkiej miłości. Ale może się też zdarzyć, że odkryjesz taką prawdę na temat samej siebie i własnych potrzeb, która nawet ciebie zaskoczy.

Kiedy Sara skręciła z autostrady w znaną drogę do domu, wciąż myślała o słowach Margaret. Dom… dzieci…

Tak, zawsze tego pragnęła. Niezależnie od przeprowadzki do Londynu, która miała na celu pomóc jej w zrobieniu kariery zawodowej i zdobyciu samodzielności,w głębi serca pozostała dziewczyną z prowincji. Lata spędzone w Londynie spełniły jej oczekiwania, a mimo to uważała ów pracowity okres jedynie za interludium pomiędzy dzieciństwem a późniejszą rolą żony i matki.

Ilekroć odwiedzała rodziców albo siostrę, uświadamiała sobie swoje podstawowe potrzeby, a przy okazji fakt, że tłumi je swoim dotychczasowym trybem życia. A jednak zerwanie znajomości z Ianem przekraczało jej siły. Nie chciała spojrzeć prawdzie w oczy i zobaczyć, że nigdy nie nadejdzie taki dzień, kiedy Ian odwzajemni jej uczucia, popatrzy na nią inaczej… weźmie ją w ramiona.

Skończyła dwadzieścia dziewięć lat. To absolutnie nie starość, ale też już nie pierwsza młodość. Ma zdecydowanie zbyt wiele lat, by oszukiwać się takimi głupimi marzeniami. Przypomniała sobie mężczyzn, którzy chcieli umówić się z nią na randkę, miłych i sympatycznych. Nie wytrzymywali porównania z Ianem, z jej miłością do niego, jej adoracją… jej niepoprawnym nałogowym uwielbieniem. Odmawiała tamtym mężczyznom, ignorowała ich, zapominała…

A przecież, zgodnie z tym, co mówiła Margaret, mogła dzięki nim osiągnąć szczęście i spełnienie… doczekać z którymś z nich dzieci, które dałyby jej moc radości i pozwoliły zapomnieć o Ianie.

Czy zapomniałaby? Nie, to wykluczone. A może chodzi o to, że nie chce zapomnieć? Że duma i upór nie pozwalają jej przyznać się do błędu, choć jest świadoma faktu, iż zmarnowała tyle lat, zrezygnowała dla niego z wielu rzeczy. Nie chciała uznać, że postępowała tak idiotycznie, jakby miała klapki na oczach. Teraz, kiedy została zmuszona do opuszczenia Iana… teraz, kiedy…

Poprawiła się nerwowo na siedzeniu, plecy rozbolały ją od wielogodzinnej jazdy. Dobrze choć, że lato jest blisko i dzień dość długi, by dotrzeć do celu przed zmrokiem.

Na myśl o rodzicach jej twarz pojaśniała. Ojciec był już na emeryturze, mieszkali nadal z matką w tym samym domu, w którym dorastały Sara i jej siostra. Dom stał na odludziu, dwie mile za wsią, w połowie wąskiej drogi prowadzącej do jakobickiego dworu, do którego niegdyś należał.

Dwór przez lata był niezamieszkany – od śmierci ostatniego właściciela, który zmarł, nie zostawiwszy bezpośredniego spadkobiercy. Wyglądało też na to, że nikt nie jest zainteresowany kupnem owego zapuszczonego, położonego na uboczu budynku.

W czasie ostatnich świąt Bożego Narodzenia, które Sara spędziła u rodziców – Ian wyjechał na narty do Kolorado na święta i Nowy Rok, a zatem nic nie zatrzymywało jej w Londynie, nawet gdyby miała sumienie sprawić zawód rodzicom i zerwać z rodzinną tradycją – matka oświadczyła jej wielce poruszona, że dwór został sprzedany. Kupił go jakiś ekspert z Zarządu Lasów, który postanowił założyć własny interes: sadzić i sprzedawać rzadkie gatunki drzew, a także miejscowe drzewa liściaste, dla których widać otworzył się rynek zarówno w kraju, jak i za granicą.

Rodzice tylko przelotnie spotkali nowego sąsiada, ale Sara odniosła wrażenie, że to wystarczyło, aby matka poczuła do niego sympatię.

– Mieszka zupełnie sam w tym wielkim, pełnym przeciągów domu – oznajmiła, dodając, że zaprosiła go na pierwszy dzień świąt, ale okazało się, że wcześniej umówił się z przyjaciółmi mieszkającymi na północnym wschodzie kraju. – Jest kawalerem, nie ma żadnych bliskich. Oboje rodzice nie żyją, a brat przeniósł się do Australii.

Jakież to podobne do matki, że w tak krótkim czasie wyciągnęła od nieznajomego tyle wiadomości, pomyślała z czułością Sara. Matka bynajmniej nie była wścibska, po prostu należała do osób, które mają w naturze troskę o bliźnich.

Ciekawe, co pomyślałaby o Ianie, gdyby Sara zaprosiła go do rodzinnego domu? Z niezbyt miłym zdziwieniem uprzytomniła sobie, że z góry wie, bez głębszego zastanowienia, że Ian nie przypadłby rodzicom do gustu. Oraz że traktowałby ich z owym lekkim lekceważeniem, którym tak skutecznie posługiwał się w kontaktach z ludźmi mało ważnymi lub nie dość interesującymi, aby zasłużyli na jego uwagę.

Sara, zdenerwowana, nieświadomie przygryzła wargi. Przecież Ian wcale nie jest taki zły. Jest dowcipny, inteligentny, zdolny… a nie pusty, próżny i zadufany. A może jednak się myli? Może miłość ją zaślepiła, działając niczym różowe okulary? Czyżby widziała w nim tylko te cechy, które chciała widzieć, i nie dostrzegała innych, które źle o nim świadczyły?

Gdyby Ian rzeczywiście był takim człowiekiem, jakiego ona pragnie w nim widzieć, to czy zainteresowałby się taką kobietą jak Anna? Atrakcyjnym, aczkolwiek dość pospolitym i przesadnie ozdobnym opakowaniem, które w środku kryje…

Ponownie przygryzła wargi. Nie ma prawa krytykować Anny tylko dlatego, że… Ian niewątpliwie ujrzał w niej coś, co jest niezauważalne dla drugiej kobiety… na dodatek kobiety, która jest w nim zakochana. Zazdrość nie należy do emocji, które ułatwiają ocenę, i Sara nie jest w tym wypadku bezstronnym sędzią. A zresztą, jakie to ma znaczenie, co ona sądzi o Annie? Dość, że Ian ją kocha, sam tak powiedział.

Na wspomnienie tamtego okropnego dnia Sara zdrętwiała. Był poniedziałkowy ranek po weekendzie, który Ian spędził poza Londynem z przyjaciółmi. To znaczy z Anną, jak Sara sobie potem uświadomiła. Późnym rankiem wpadł do biura rozpromieniony i pełen entuzjazmu.

W euforii poinformował swoją asystentkę, że nareszcie go to spotkało. Nareszcie poznał kobietę, z którą chce spędzić resztę życia, kobietę niepodobną do innych…

Słuchała owych wynurzeń z obolałym sercem i zesztywniałymi mięśniami, bała się ruszyć, żeby nie zdradzić, jak bardzo cierpi, słuchała z odwróconą twarzą i ze wszystkich sił próbowała opanować ten szok i ból.

A potem, kiedy po raz pierwszy zobaczyła Annę, zrozumiała, jaka była głupia, żyjąc złudzeniem, że Ian mógłby ją pokochać. Anna w niczym jej nie przypominała. Sara była wysoka i szczupła, niemal chuda, Anna niższa i o pełniejszych kształtach. W przeciwieństwie do Sary, nieśmiałej, w zasadzie zamkniętej w sobie, cichej i zdystansowanej, Anna bez żadnych zahamowań wyśpiewywała peany na swoją cześć, wychwalając swe talenty.

Podczas gdy Sara wolała skromne stroje o klasycznym kroju i stonowanych kolorach, Anna nosiła kosztowne modne ciuchy, dzięki którym zwracała na siebie uwagę.

Widząc, w jaki sposób Ian na nią patrzy, z jakim podziwem i pożądaniem śledzi każdy ruch Anny, Sara uprzytomniła sobie, jak nierozsądne i beznadziejne jest jej ufne oczekiwanie na dzień, gdy to na nią Ian będzie patrzył i za nią wodził wzrokiem.

Po prostu ona nie jest w jego typie. Och, cóż, Ian ją lubi, docenia jej pracę, nawet ją chwali, robił tak przez lata… a ona była tak naiwna, że na bazie tych pochwał zbudowała sobie wieżę nadziei. Każda kobieta, która ma choć odrobinę zdrowego rozsądku, spostrzegłaby od razu, że tej budowli brak fundamentów. Bo niezależnie od tego, czy Anna pojawiłaby się w życiu Iana, on nigdy nie zainteresowałby się Sarą.

Spójrz prawdzie w oczy, mówiła sobie gorzko. Nie jesteś typem kobiety, która wzbudza w mężczyznach pożądanie.

Siostra często żartowała z jej powściągliwości, powtarzała, że powinna się odprężyć, zabawić…

– Zawsze jesteś taka sztywna i poprawna – mówiła jej Jacqui. – Taka wymuskana i doskonała, że żaden facet nie śmie potargać ci włosów ani rozmazać szminki.

Sara chciała zaprzeczyć, ale słowa siostry mocno ją dotknęły. To nie jej wina, że nie jest ładna ani żywiołowa i nie ma burzy loków. Z zażenowaniem przypominała sobie, jak Anna z niej kpiła, mówiąc:

– Jest pani niewiarygodna, słowo daję. Archetyp sfrustrowanej starej panny, która zadurza się w nieosiągalnym mężczyźnie. Przypuszczam, że wciąż jest pani dziewicą. Ian uważa, że to śmiechu warte, kobieta w pani wieku, która nie miała do tej pory kochanka! Ale z drugiej strony czy chciałby panią jakiś prawdziwy facet?

Rzucając jej w twarz obelgi lekkim tonem, Anna przyglądała się jej z szyderczym uśmiechem. Jej jasnoniebieskie oczy patrzyły złośliwie na blade, znieruchomiałe oblicze Sary.

Wspominając te chwile, tak mocno zacisnęła dłonie na kierownicy, aż knykcie jej zbielały. Do tej pory nie dopuszczała do siebie owych wspomnień, nie myślała o Annie i Ianie, jak z niej drwią i bawią się jej kosztem.

Skurczyła się z bólu i napięcia, a jednak w tej udręce znalazło się miejsce na cichy głos, który spytał chłodno: Dlaczego? Dlaczego, skoro ma tak dobre zdanie na temat Iana, natychmiast nie odrzuca informacji, że ten sam człowiek może być wobec kogokolwiek tak nieludzki i podły? Bo nie chodzi nawet o nią, osobę, którą znał od lat, którą, wedle jego własnych słów, podziwiał i o której dobro się troszczył.

Mogła pogodzić się z tym, że Ian jej nie kocha, bo niby czym sobie na to zasłużyła? Miłość ani nie przychodzi na zawołanie, ani nie da się łatwo odegnać, o czym akurat Sara doskonale wiedziała. Ale ten Ian, którego tak wielbiła, ten Ian, którego jej zdaniem dobrze znała, a więc człowiek ów nigdy, przenigdy nie wyśmiewałby się z niej w tak okrutny sposób. Tak szyderczo. I to na domiar złego z drugą osobą, choćby była to jego przyszła żona.

Z całą pewnością ten Ian, którego znała, okazałby życzliwość, współczucie, nawet wobec obcych sobie ludzi, i wstrętna by mu była taka małostkowość.

Ten Ian, którego znała, nawet gdyby wiedział o jej miłości, przenigdy nie zachowałby się tak, jak opisała to Anna. A jednak, gdy Anna kpiła z niej w żywe oczy, zamiast niezwłocznie odrzucić wszelkie kalumnie, do których Ian nie byłby przecież zdolny, które absolutnie nie mogły wyjść z ust człowieka takiego kalibru, Sara potrafiła jedynie stać i słuchać z przykrą świadomością ogromu własnej głupoty i tego, jak bardzo oszukiwała samą siebie.

Niemniej to nie Ian był teraz obiektem jej nienawiści, to nie dla niego czuła pogardę.

Nie, te gorzkie, zjadliwe emocje zarezerwowała dla siebie. I to właśnie z ich powodu musiała wyjechać z Londynu. Nie mogła dopuścić do tego, aby zasłużyć na jeszcze większą pogardę. W Londynie tak łatwo jest znaleźć jakiś fatalny w skutkach pretekst do spotkania z Ianem, jakikolwiek pretekst, jakikolwiek nieuzasadniony powód… Nie chciała doprowadzić od podobnej sytuacji. Nie śmiała wystawiać się na takie pokusy.

Dzięki Bogu są rodzice, do których może pojechać, i którzy nie mają bladego pojęcia o jej uczuciowych perypetiach. Matka za każdym razem wypytywała ją o londyńskie życie, na przykład, czy spotkała już „kogoś specjalnego’’. Sara wiedziała, że matka jest bardzo rozczarowana, że jej druga córka nie wyszła dotąd za mąż i nie urodziła dzieci, i to nie dlatego, że pragnęła mieć więcej wnuków. Matka wiedziała po prostu, że Sara kocha dzieci.

Zerknęła na zegarek. Jeszcze chwila i znajdzie się w domu. Od Wrexall, wsi, gdzie dorastała, dzieli ją tylko kilka mil. Bardzo lubiła ten pofałdowany krajobraz, te widoki na odległą granicę Walii. Niedaleko znajdowało się historyczne Ludlow. Dzieciństwu Sary towarzyszyły mity i legendy związane z krwawą przeszłością okolicy.

Jej ojciec, zanim przeszedł na emeryturę, był współwłaścicielem kancelarii adwokackiej w Ludlow. W czasie wakacji pomagała mu w pracach biurowych i to wtedy właśnie postanowiła zostać wykwalifikowaną sekretarką. Zamierzała nauczyć się języków obcych, a następnie przez jakiś czas pracować za granicą, może nawet w Brukseli, ale potem poznała Iana i jej plany uległy zmianie.

Teraz było już za późno na roztrząsanie tego, co by było, gdyby ich ścieżki nigdy się nie skrzyżowały.

Kiedy jechała przez cichą wieś, zapadał z wolna zmierzch i zapalały się światła w oknach domów stojących wzdłuż drogi. Sara cieszyła się na spotkanie z bliskimi, a ta przyjemność oczekiwania grzała jej serce i odsuwała bolesny chłód, który je zaatakował. Powrót do domu zawsze budził w niej dziecięcą radość, niezależnie od upływu lat.

Nawet praca u boku Iana nie rekompensowała jej całkowicie rzadkich wizyt u rodziców, spotkań z siostrą i starymi przyjaciółmi – chociaż większość jej szkolnych kolegów zmieniła miejsce zamieszkania. W tej części kraju nie byli w stanie znaleźć satysfakcjonującej pod względem finansowym pracy. Także siostra Sary wyniosła się z rodzinnych stron i mieszkała teraz z mężem w Dorset.

Zjechała z autostrady na drogę prowadzącą do domu i lekko zapiekły ją oczy. O nieba, ostatnia rzecz, jakiej by sobie życzyła, to zalać się łzami. Gdyby tak się stało, matka od razu odgadłaby, że coś jest nie tak. Owszem, Sara jechała do domu, by wylizać się z ran, ale nie zamierzała tego wszem i wobec okazywać.

Minęła otwartą bramę i zajechała przed dom. Zmarszczyła czoło na widok ciemnych okien, po czym wzruszyła ramionami. Rodzice są zapewne w kuchni, pomyślała. Matka szykuje kolację, a ojciec siedzi przy stole i czyta popołudniową gazetę.

Uśmiechnęła się pod nosem, zaparkowała samochód i wysiadła, po czym szybkim krokiem ruszyła w stronę tylnego wejścia. Jednakże gdy minęła róg domu, zobaczyła, że i w kuchni jest ciemno. Nigdzie nie dostrzegła żywej duszy, a co gorsza, drzwi garażu stały otworem, a jego wnętrze było puste.

Czy to możliwe, żeby wybrali się na zakupy? – zastanowiła się, przygryzając wargi. Nie, to mało prawdopodobne…

Rozważała właśnie, gdzie na Boga podziali się rodzice, kiedy do jej uszu dobiegł dźwięk silnika.

Kiedy jednak obiegła dom i stanęła od frontu, stwierdziła, że samochód, który zatrzymał się na końcu podjazdu, to nie stateczny sedan rodziców, tylko jakiś zdezelowany land-rover.

Z samochodu wyskoczył nieznany jej mężczyzna, wysoki i dobrze zbudowany, z gęstymi ciemnymi włosami, które aż prosiły się o fryzjera, i spojrzał na nią ze ściągniętymi brwiami.

Miał na sobie spłowiałe dżinsy z dziurą na jednym kolanie, i równie starą kraciastą koszulę. Kalosze i ręce miał uwalane błotem, jak zauważyła, kiedy do niej podszedł ze słowami:

– Jeżeli szuka pani Browningów, to obawiam się, że nie ma pani szczęścia. Wyjechali do Dorset. Ich córka zaczęła wczoraj niespodziewanie rodzić i zięć prosił, żeby przyjechali im pomóc…

Urwał nagle i zapytał, ściągając mocniej brwi:

– Słabo pani? Chyba pani nie zemdleje?

Ona miałaby zemdleć? Sara obrzuciła go lodowatym spojrzeniem. Nigdy dotąd nikt nie powiedział jej, że wygląda na słabą kobietę, która mdleje.

W innych okolicznościach ta kompletnie mylna ocena być może by ją rozbawiła. Sara zazwyczaj zrażała do siebie mężczyzn swoją niezależnością. Fakt, że nieznajomy zobaczył w niej istotę słabą i bezbronną, która niczym wiktoriańska panna mdleje na wieść, że rodziców nie ma w domu, powiedział jej, że ten mężczyzna nie zna się na kobietach, choćby i był ekspertem w wielu innych dziedzinach.

– Nie, nie zamierzam zemdleć – oznajmiła. – Po prostu zdziwiłam się mocno, że nie zastałam rodziców w domu.

– To pani rodzice! – Już miał zawrócić, ale na tę wiadomość spojrzał na nią z nieskrywanym zainteresowaniem. – To pani jest Sara – rzekł w końcu, patrząc na nią z tak oczywistym zdumieniem, że zaczęła się zastanawiać, co mu o niej naopowiadano.

– Tak, jestem Sara – przyznała chłodno, po czym, przypominając sobie, że jest w domu, a nie w Londynie, i że nie musi zachowywać wielkomiejskiej rezerwy, a na dodatek, że ów mężczyzna to zapewne znajomy rodziców, dodała: – A pan to pewnie…

– Stuart Delaney – przedstawił się i wyciągnął do niej rękę. Szybko ją jednak cofnął, kiedy oboje uprzytomnili sobie, że jest cała w błocie. – Właśnie dołowałem sadzonki drzew. Wracałem do domu, żeby się umyć, kiedy zobaczyłem pani samochód. Wiem, że pani rodzice wyjechali, więc pomyślałem: zobaczę, o co chodzi. Czy oni spodziewali się…

Sara pokręciła głową.

– Nie, ja… – Zamilkła. Nie miała chęci wyjaśniać mu, że przyjechała pod wpływem impulsu.

A więc to jest ten nowy sąsiad rodziców, który kupił stary dwór. Był młodszy niż się spodziewała, tuż po trzydziestce, jej zdaniem. Na pierwszy rzut oka twardy gość, który niewątpliwie ma w sobie o wiele więcej dobrosąsiedzkiej życzliwości, niż sugerowałaby to jego powierzchowność. Na to przynajmniej wskazywało jego zainteresowanie gościem, który przybył do domu sąsiadów.

– To ja już lecę. Ma pani klucze, prawda? Pani rodzice zostawili mi też klucz…

– Tak, mam swój klucz – zapewniła, myśląc ponownie, jak łatwo popełnić błąd, osądzając ludzi po pozorach.

Patrząc na niego, do głowy by jej nie przyszło, że może się o nią martwić, o nią czy o kogokolwiek innego. Miał taki surowy i nieobecny wyraz twarzy… zupełnie inny niż Ian, w którym było o wiele więcej ciepła i otwartości. A jednak czy Ian w podobnej sytuacji zawracałby sobie głowę losem obcej osoby?

Czując, że do jej oczu napływają łzy, odwróciła twarz od mężczyzny. Co za pech, jechała taki kawał drogi, żeby nie zastać rodziców w domu. Teraz musiała przyznać, że bardzo na nich liczyła… na łagodzący balsam ich miłości, ich pozbawione wścibstwa zainteresowanie… na samą ich obecność. No cóż, już za późno, by zawracać do Londynu, choć przemknęło jej to przez myśl. Z drugiej strony perspektywa samotnej nocy w pustym domu, kiedy nie pozostaje nic do roboty prócz roztrząsania tego, co się stało… Ruszyła do drzwi.

I wtedy nagle ziemia pod jej stopami zafalowała w dość szczególny sposób, zupełnie jakby szła po wodzie, a nie po twardym gruncie. Sara zamrugała powiekami, zakręciło jej się w głowie, jakiś męski głos wołał ją po imieniu, ale ten głos płynął z tak daleka, że odbierała go jedynie jako cichy pomruk, jak szum w przystawionej do ucha muszli. Pomimo to usiłowała mu odpowiedzieć, spojrzeć w stronę, z której dochodził, ale wszystko ogarniała ciemność… czerń…

Zbyt późno zdała sobie sprawę, że zachowała się bardzo nierozsądnie, nie jedząc nic przed wyjazdem, ale tak bardzo spieszyła się do domu, a poza tym i tak przez ostatnie dni apetyt jej nie dopisywał.

Próbowała coś powiedzieć, zapewnić tę zamgloną postać, która się do niej zbliżała, że nic jej nie jest, ale słowa nie przechodziły jej przez gardło, a ona sama zapadała w czarny wir ciemności, który nie chciał jej wypuścić.

A jednak, pomimo stanowczych zapewnień, że jej się to nie zdarza, właśnie mdlała.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Ja nie mdleję!

Zmarszczyła czoło, rozpoznając własny głos. Otworzyła oczy i przekonała się, że leży na tylnym siedzeniu land-rovera, a co więcej, że pod plecami ma coś twardego i guzowatego. Próbowała zmienić pozycję, ale powstrzymały ją duże męskie dłonie.

– Nie tak szybko, bo znowu straci pani przytomność. Proszę chwilę spokojnie poleżeć.

– Znowu stracę przytomność…

Co on o niej myśli, do diabła? – oburzyła się.

– Ja nigdy nie mdleję – powtórzyła kategorycznie. – Proszę mnie puścić…

Chciała usiąść, szarpała się z mężczyzną, i aż jęknęła ze zdumienia, kiedy po podniesieniu głowy poczuła się jak na karuzeli.

– Spokojnie. Niech pani poleży, to pani dobrze zrobi.

Ten niski głos, taki opanowany i stanowczy, powinien ją zdenerwować, a tymczasem z jakiegoś powodu odniósł wręcz przeciwny skutek. Rozluźnił jej napięte mięśnie, ukoił jej ciało i umysł. Została na miejscu, opuściła powieki, poczuła, że mężczyzna obejmuje mocno jej nadgarstek i mierzy tętno.

– A teraz proszę oddychać powoli i głęboko. Tylko nie za głęboko…