Strona główna » Obyczajowe i romanse » W nadziei na lepsze jutro

W nadziei na lepsze jutro

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65684-51-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “W nadziei na lepsze jutro

Młoda kobieta, która bardzo pragnie być szczęśliwa i przeciwności, które ją spotykają. Czy prawdziwa miłość istnieje?
Historia Anny przeplata się z losami dwóch kobiet, których życie również nie układa się tak, jak by sobie tego życzyły. Bohaterowie powieści przechodzą metamorfozy, podejmując różne, nie zawsze słuszne decyzje. Czy w poszukiwaniu miłości wolno wszystko?

Polecane książki

Seria kieszonkowych poradników językowo-biznesowych pomoże Ci poszerzyć słownictwo i wiedzę w różnych dziedzinach. Książeczki zawierają tematycznie zgromadzone pojęcia i zagadnienia, a także ich tłumaczenia. Bądź specjalistą w swojej dziedzinie, również w kręgach obcojęzycznych!...
Książka stanowi zbiór rozproszonych dotąd szkiców i studiów wybitnego historyka dotyczących kilku ważnych problemów historii Polski. Niektóre z tych prac były publikowane za granicą bądź ogłaszane w czasopismach. Wszystkie dotyczą zagadnień polskiej historii nowożytnej, takich jak władza szlachc...
Annabeth jest przerażona. Właśnie gdy ma znowu spotkać się z Percym po sześciu miesiącach rozłąki, na którą skazała ich Hera, Obóz Jupiter szykuje się do wojny. Kiedy dziewczyna i jej przyjaciele Jason, Piper i Leo przylatują tam na pokładzie Argo II, rzymscy półbogowie sądzą, że to inwazja: gre...
"Kiedy rozpada się małżeństwo rodziców szesnastoletniego Aidana Donowana, chłopak traci poczucie bezpieczeństwa. Nastolatek szuka zapomnienia w środkach odurzających i alkoholu, a brak ojca rekompensuje mu znajomość z księdzem Gregiem z miejscowej parafii. To w nim Aidan widzi mentora i jedynego dor...
"Od miłości do nienawiściOd pożądania po namiętnośćBlair ma dziewiętnaście lat, jest niedoświadczona i delikatna. Może polegać wyłącznie na sobie. Tak się złożyło, że zostało jej tylko kilka rzeczy osobistych, stary pikap i broń w schowku – tak na wszelki wypadek. Jej ostatnią deską ratunku je...
Tajemnicza śmierć sześciolatka wstrząsa społecznością małego francuskiego miasteczka. Jednak ofiarą tej tragedii jest także sam morderca, kilkunastoletni chłopak, który już nigdy nie zazna spokoju. Odtąd każdy jego dzień naznaczony będzie piętnem tej niezamierzonej zbrodni. Zrobi wszystko...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Ewa Bauer

Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część ni­niej­szej książ­ki nie może być re­pro­du­ko­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

Redakcja

Ju­sty­na No­sal-Bart­ni­czuk

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, łamanie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Ni­niej­sza po­wieść to fik­cja li­te­rac­ka. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do wy­da­rzeń lub po­sta­ci au­ten­tycz­nych jest zu­peł­nie przy­pad­ko­we.

Wy­da­nie II po­pra­wio­ne i roz­sze­rzo­ne, Ka­to­wi­ce2017

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­ro@sza­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na, 2017

ISBN 978-83-65684-51-6

Bli­skim

Na­dzie­ja przy­cho­dzi do czło­wie­ka wraz z dru­gim czło­wie­kiem.

Dan­te Ali­ghie­ri

Od Autora

Zwiel­ką przy­jem­no­ścią po­wra­cam do Was, Dro­dzy Czy­tel­ni­cy, z no­wym wy­da­niem mo­jej de­biu­tanc­kiej po­wie­ści. Pierw­sza wer­sja wy­da­na była nie­wiel­kim na­kła­dem w 2011 roku, więc bar­dzo ogra­ni­czo­na licz­ba Czy­tel­ni­ków mia­ła szan­sę do niej do­trzeć. Czy­ta­li­ście moje ko­lej­ne po­wie­ści, wie­lo­krot­nie py­ta­jąc o wzno­wie­nie pierw­szej. I wresz­cie jest! Mam na­dzie­ję, że nowa po­sze­rzo­na wer­sjaW na­dziei na lep­sze ju­troprzy­pad­nie Wam do gu­stu i się­gnie­cie tak­że po kon­ty­nu­ację lo­sów Anny. Cały cykl Ko­lo­rów Uczuć skła­da się z trzech czę­ści, a ostat­nia z nich ni­g­dy do­tąd nie była pu­bli­ko­wa­na.

Przy oka­zji chcia­łam po­dzię­ko­wać wszyst­kim, któ­rzy wspie­ra­ją mnie w pi­sa­niu, mo­ty­wu­ją i po­cie­sza­ją w chwi­lach zwąt­pie­nia.

Wy­daw­cy – Panu Ire­ne­uszo­wi Go­da­wie – za to, że za­pro­po­no­wał re­ak­ty­wa­cję po­wie­ści, a tak­że Re­dak­tor­ce – Pani Ju­sty­nie No­sal-Bart­ni­czuk – za to, że po­zor­nie zre­da­go­wa­ne­mu już tek­sto­wi po­tra­fi­ła nadać nową ja­kość.

Wspa­nia­łym pi­sar­kom i do­brym ko­le­żan­kom – Agniesz­ce Wal­czak-Cho­jec­kiej, Agniesz­ce Lin­gas-Ło­niew­skiej, Kry­si Mi­rek, Izie Frą­czyk i Mag­dzie Wit­kie­wicz – za wie­le do­brych słów i cią­głe mo­ty­wo­wa­nie mnie do pra­cy.

Mo­jej ro­dzi­nie – za to, że mi wy­ba­cza­ją, kie­dy krad­nę ich czas, by spo­żyt­ko­wać go na pi­sa­nie, ale też za wspar­cie i dzie­le­nie ra­zem ze mną ra­do­ści na­wet z ma­łych suk­ce­sów.

A przede wszyst­kim Wam, Dro­dzy Czy­tel­ni­cy, bo bez Was i Wa­szych próśb o wzno­wie­nie pierw­szej po­wie­ści przy­krył­by kurz. To dzię­ki Wam hi­sto­ria Anny Ka­li­now­skiej wciąż żyje, a ja mogę po­wę­dro­wać z nią do mo­jej uko­cha­nej Bar­ce­lo­ny.

Rozdział 1

– Paamb to­ma­qu­et i el fuet de Vic, per fa­vor – za­mó­wi­ła chleb z pa­stą po­mi­do­ro­wą i kieł­ba­skę w ma­leń­kiej knajp­ce przy pla­ży, po raz ko­lej­ny cie­sząc się, że zna już co­raz wię­cej słów po ka­ta­loń­sku.

Kie­dy wio­sną tego roku przy­je­cha­ła do Bar­ce­lo­ny, mimo że zna­ła hisz­pań­ski, czu­ła się obco w tym mie­ście. Cho­ciaż ze wzglę­du na dużą licz­bę imi­gran­tów za­rob­ko­wych ję­zyk ka­ta­loń­ski uży­wa­ny jest tu ra­czej rzad­ko, w fir­mie Anny więk­szość pra­cow­ni­ków sta­no­wi­li rdzen­ni miesz­kań­cy pro­win­cji, któ­rzy na co dzień po­ro­zu­mie­wa­li się wła­śnie w tym ję­zy­ku.

Anna – pięk­na bru­net­ka o smu­kłej fi­gu­rze, buj­nych krę­co­nych wło­sach i prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu brą­zo­wych oczu – zwra­ca­ła na sie­bie uwa­gę oto­cze­nia. Wieść o no­wej atrak­cyj­nej pra­cow­ni­cy roz­nio­sła się z pręd­ko­ścią hu­ra­ga­nu. Le­d­wie po­ja­wi­ła się w Or­te­ga Espa­ña, a do jej dzia­łu zaj­mu­ją­ce­go się ana­li­zą ryn­ku nie­ru­cho­mo­ści w Eu­ro­pie Środ­ko­wej i Wschod­niej za­glą­da­ły rze­sze cie­kaw­skich chcą­cych zo­ba­czyć nową ko­le­żan­kę. Nie prze­kła­da­ło się to jed­nak na re­la­cje to­wa­rzy­skie, gdyż wo­kół Anny da­wa­ło się od­czuć aurę nie­do­stęp­no­ści, jak­by wy­ty­czy­ła gra­ni­cę, któ­rej le­piej nie prze­kra­czać. Trud­no po­wie­dzieć, czy było to za­mie­rzo­ne. Być może ko­bie­ta pod­świa­do­mie wy­sy­ła­ła in­for­ma­cję, że nie jest go­to­wa na nowe zna­jo­mo­ści. Przy­cią­ga­ją­ca uwa­gę uro­da fa­scy­no­wa­ła, a jed­no­cze­śnie po­wo­do­wa­ła dy­stans. Mło­da Po­lka nie zna­ła ka­ta­loń­skie­go – ję­zy­ka żar­tów, zwie­rzeń i plo­te­czek po­zo­sta­łych pra­cow­ni­ków. Już to stwa­rza­ło pro­blem. Anna róż­ni­ła się od nich tak­że tem­pe­ra­men­tem. Za­wsze ci­cha, spo­koj­na, sku­pio­na na pra­cy, stro­ni­ła od im­prez. Za­zwy­czaj od­ma­wia­ła, gdy ktoś za­pra­szał ją na wie­czor­ne spo­tka­nie czy dys­ko­te­kę.

Co­dzien­nie punk­tu­al­nie o czter­na­stej pra­cow­ni­cy Or­te­ga Espa­ña opusz­cza­li swo­je biu­ra, któ­re zaj­mo­wa­ły sie­dem­na­ste i osiem­na­ste pię­tro wie­żow­ca Map­fre, i wy­bie­ra­li się do Map­fre Cu­ina – baru znaj­du­ją­ce­go się w tym sa­mym bu­dyn­ku na niż­szej kon­dy­gna­cji, co uła­twia­ło pra­cow­ni­kom kil­ku­na­stu firm do­stęp do po­sił­ku bez ko­niecz­no­ści wy­cho­dze­nia na mia­sto. Mia­ło to swo­je za­le­ty szcze­gól­nie la­tem, kie­dy tem­pe­ra­tu­ra po­wie­trza na ze­wnątrz prze­kra­cza trzy­dzie­ści stop­ni Cel­sju­sza, a w wie­żow­cu dzię­ki kli­ma­ty­za­cji utrzy­mu­je się na zno­śnym po­zio­mie.

Anna nie lu­bi­ła ja­dać w ba­rze pra­cow­ni­czym. Nie ze wzglę­du na ofe­ro­wa­ne po­sił­ki, któ­re bez wąt­pie­nia były bar­dzo smacz­ne, ale wła­śnie z po­wo­du pa­nu­ją­ce­go tam gwa­ru. Wo­la­ła te dwie go­dzi­ny wol­ne­go cza­su spę­dzić na pla­ży, prze­gry­za­jąc spe­cja­ły kuch­ni ka­ta­loń­skiej. Do­pie­ro wie­czo­rem w domu szy­ko­wa­ła so­bie po­tra­wy, do ja­kich była przy­zwy­cza­jo­na. Jak­kol­wiek sma­ko­wa­ła jej hisz­pań­ska kuch­nia, to naj­bar­dziej lu­bi­ła tra­dy­cyj­ne pol­skie zupy, któ­rych nie­ste­ty nie ser­wo­wa­no w żad­nej tu­tej­szej re­stau­ra­cji. Co kil­ka dni go­to­wa­ła w swo­im przy­tul­nym miesz­kan­ku gar­nek po­mi­do­ro­wej, grzy­bo­wej lub ro­so­łu, ma­jąc na­miast­kę tra­dy­cyj­nych pol­skich sma­ków i za­pa­chów. Z ra­cji upa­łów pa­nu­ją­cych w Bar­ce­lo­nie cie­pły po­si­łek ja­da­ła wie­czo­ra­mi, a w cią­gu dnia za­spo­ka­ja­ła głód sa­łat­ką, chle­bem z po­mi­do­rem, kieł­ba­ska­mi czy pa­ta­tas bra­vas.

Do­sko­na­le ra­dzi­ła so­bie w pra­cy. Jej zna­jo­mość hisz­pań­skie­go wy­star­cza­ła do ko­mu­ni­ko­wa­nia się z klien­ta­mi oraz z więk­szo­ścią współ­pra­cow­ni­ków, do spo­rzą­dza­nia do­ku­men­tów i ra­por­tów dla sze­fa. Mia­ła już do­świad­cze­nie w pra­cy z wy­ko­rzy­sta­niem tego ję­zy­ka, bo jej po­przed­nia fir­ma sta­le współ­pra­co­wa­ła z kon­tra­hen­ta­mi z za­gra­ni­cy. Po­mi­mo że ukoń­czy­ła kla­sę hisz­pań­ską, to płyn­ność w mó­wie­niu osią­gnę­ła do­pie­ro dzię­ki re­gu­lar­nym kon­tak­tom za­wo­do­wym.

W biu­rze była lu­bia­na i ce­nio­no ją za pro­fe­sjo­na­lizm, jed­nak z cza­sem ko­le­dzy i ko­le­żan­ki prze­sta­li się nią in­te­re­so­wać, a na­wet za­czę­li jej uni­kać. Jej nie­śmia­łość, brak prze­bo­jo­wo­ści oraz skłon­ność do me­lan­cho­lii, któ­rej pod­da­wa­ła się cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie, nie po­zwa­la­ły na zna­le­zie­nie w Bar­ce­lo­nie praw­dzi­wych przy­ja­ciół. Fakt, że nie zna­ła ka­ta­loń­skie­go, tak­że od­su­nął ją od to­wa­rzy­stwa.

Od cza­su do cza­su któ­raś ko­le­żan­ka pro­po­no­wa­ła An­nie wspól­ne wyj­ście do klu­bu czy do re­stau­ra­cji. Ko­bie­ta kil­ka razy sko­rzy­sta­ła z za­pro­sze­nia, ma­jąc na­dzie­ję, że ode­rwie się od mę­czą­cych ją wspo­mnień i kło­po­tów, któ­re zo­sta­wi­ła w Pol­sce. Nie­ste­ty te spo­tka­nia je­dy­nie uświa­da­mia­ły jej, że w Bar­ce­lo­nie prze­by­wa tym­cza­so­wo i że w koń­cu na­dej­dzie dzień, kie­dy bę­dzie zmu­szo­na roz­li­czyć się z prze­szło­ścią i pod­jąć ja­kieś de­cy­zje. Ko­le­żan­ki Hisz­pan­ki, za­ję­te dys­ku­sja­mi o nad­cho­dzą­cym week­en­dzie lub za­ku­pie no­wej su­kien­ki, nie pró­bo­wa­ły do­cie­kać, z ja­ki­mi pro­ble­ma­mi zma­ga się Anna. Rzecz ja­sna roz­ma­wia­ły po ka­ta­loń­sku, a Po­lka, mimo sta­rań, ro­zu­mia­ła pią­te przez dzie­sią­te z tych kon­wer­sa­cji. Nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na płat­ną na­ukę no­we­go ję­zy­ka, a fir­ma nie za­pew­ni­ła jej tego. Ko­bie­ta dys­po­no­wa­ła je­dy­nie roz­mów­ka­mi i słow­ni­kiem hisz­pań­sko-ka­ta­loń­skim, a to ogra­ni­cza­ło znacz­nie jej moż­li­wo­ści ucze­nia się. Mia­ła wpraw­dzie na­dzie­ję, że im czę­ściej bę­dzie prze­by­wać w to­wa­rzy­stwie ro­dzi­mych miesz­kań­ców tego re­gio­nu, tym szyb­ciej za­ła­pie ję­zyk, jed­nak w prak­ty­ce oka­za­ło się to o wie­le trud­niej­sze, niż my­śla­ła.

Po­nie­waż nie była du­szą to­wa­rzy­stwa, za­pra­sza­no ją co­raz rza­dziej, aż po­go­dzi­ła się z przy­krą praw­dą, że już do koń­ca po­by­tu w Bar­ce­lo­nie po­zo­sta­nie sama. Na­wet Xa­vier – ko­le­ga z dzia­łu mar­ke­tin­gu – zre­zy­gno­wał po kil­ku nie­uda­nych pró­bach umó­wie­nia się z nią na rand­kę. Nie mo­gła za­prze­czyć, po­do­bał się jej. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści tu­tej­szych męż­czyzn Xa­vier był wy­so­ki i szczu­pły, a jego ciem­ne wło­sy kon­tra­sto­wa­ły z nie­zwy­kły­mi u Hisz­pa­na nie­bie­ski­mi ocza­mi. Ostat­nią jed­nak rze­czą, na jaką Anna mia­ła ocho­tę, to wi­kła­nie się w nowy zwią­zek bez przy­szło­ści. Zo­sta­ła okrut­nie zra­nio­na i wąt­pi­ła, by po­tra­fi­ła za­ufać jesz­cze ja­kie­muś męż­czyź­nie. Nie te­raz. Zresz­tą Xa­vier miał opi­nię pod­ry­wa­cza i, jak plot­ko­wa­no, do­tych­czas nie prze­pu­ścił żad­nej no­wej pra­cow­ni­cy. Cóż, wi­docz­nie Anna mia­ła być pierw­szą, z któ­rą mu się nie uda.

Po­lka miesz­ka­ła w Bar­ce­lo­nie już od sze­ściu mie­się­cy i choć po­ko­cha­ła do mia­sto, wciąż czu­ła się w nim obco, co tyl­ko po­głę­bia­ło jej izo­la­cję. Zbyt żywe były wy­wo­łu­ją­ce sprzecz­ne uczu­cia wspo­mnie­nia z Pol­ski. Dla­te­go kie­dy tyl­ko mo­gła, ucie­ka­ła na pla­żę, w ustron­ne miej­sce, gdzie ko­ją­cy szum mo­rza ła­go­dził ból zra­nio­ne­go ser­ca i uspo­ka­jał my­śli.

Tak samo zro­bi­ła dziś. Wy­bie­gła z biu­ra i uda­ła się na po­bli­ską pla­żę, gdzie w ma­łej knajp­ce z ta­pa­sa­mi ku­pi­ła prze­ką­ski i coś do pi­cia. Wo­kół ro­iło się od lu­dzi, bo choć koń­czył się wrze­sień, to po­go­da do­pi­sy­wa­ła, a mo­rze było spo­koj­ne i wy­jąt­ko­wo czy­ste jak na miej­skie wy­brze­że. Jed­nak tu­ry­ści byli dla niej je­dy­nie tłem.

Pla­że w Bar­ce­lo­nie – sze­ro­kie i piasz­czy­ste – przy­po­mi­na­ły jej te w Pol­sce. Nie­ste­ty za­zwy­czaj było tu dużo śmie­ci, nie­do­pał­ków i resz­tek je­dze­nia, co znie­chę­ca­ło do wy­po­czyn­ku. La­tem zna­le­zie­nie miej­sca z na­praw­dę czy­stym pia­skiem gra­ni­czy­ło z cu­dem. Ina­czej było poza mia­stem – na Co­sta Bra­va – gdzie za­rów­no pla­ża, jak i woda były czyst­sze. Anna nie mia­ła cza­su, żeby wy­jeż­dżać z Bar­ce­lo­ny, zwłasz­cza że nie po­sia­da­ła wła­sne­go auta, a po­dróż po­cią­giem, a tym bar­dziej za­tło­czo­ny­mi au­to­bu­sa­mi, w tłu­mie ha­ła­śli­wych tu­ry­stów, nie uśmie­cha­ła się jej i za­bie­ra­ła spo­ro cza­su. Nie wy­bie­ra­ła się więc na sa­mot­ne wy­ciecz­ki do pięk­nych miej­sco­wo­ści Ca­stel­l­de­fels, Tos­sa del Mar, Be­gur czy któ­rej­kol­wiek z ma­leń­kich prze­ślicz­nych za­to­czek na Co­sta Bra­va.

W ta­kich dniach, kie­dy nad mo­rzem ro­iło się od przy­jezd­nych i miej­sco­wych pla­żo­wi­czów, Anna wę­dro­wa­ła nie­co da­lej na wschód, roz­glą­da­jąc się za ka­mien­nym fa­lo­chro­nem, na któ­ry – mimo że obo­wią­zy­wał za­kaz – mo­gła­by wejść. Cza­sem do­cho­dzi­ła aż do koń­ca dłu­giej na ki­lo­metr pla­ży Bo­ga­tell, nie­da­le­ko miej­sca, gdzie za­czy­na­ły się pia­ski Mar Bel­la, naj­pięk­niej­szy we­dług Anny ka­wa­łek wy­brze­ża w ob­rę­bie mia­sta, któ­ry li­czył je­dy­nie dwie­ście me­trów dłu­go­ści i był pla­żą dla nu­dy­stów. Za­trzy­my­wa­ła się na gra­ni­cy Mar Bel­la i Bo­ga­tell. Nie gor­szył jej wi­dok na­go­ści, jed­nak sama nie mia­ła od­wa­gi się ro­ze­brać. Spa­ce­ro­wa­ła wzdłuż Mar Bel­la tyl­ko raz, w maju, kie­dy po­go­da nie za­chę­ca­ła jesz­cze ama­to­rów nu­dy­zmu do wy­stę­po­wa­nia nago.

I tym ra­zem, od­da­liw­szy się od biu­row­ca, na koń­cu pla­ży Nova Ica­ria wspię­ła się na ka­mien­ny mur wy­su­nię­ty w mo­rze na ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów. Oprócz niej prze­by­wał tam tyl­ko star­szy pan ło­wią­cy ryby. Roz­ło­ży­ła na ka­mie­niu ser­wet­kę, któ­rą do­sta­ła wraz z pie­czy­wem i kieł­ba­ską. Usia­dła obok i za­czę­ła jeść, pa­trząc w dal. Mo­rze ko­ły­sa­ło się ła­god­nie, nie­wiel­kie fale ude­rza­ły o fa­lo­chron, de­li­kat­nie zra­sza­jąc An­nie sto­py. Wie­le da­ła­by za to, żeby jej uczu­cia były tak ła­god­ne i cie­płe jak ta woda. Do oczu na­pły­nę­ły jej łzy. Dzia­ło się tak za każ­dym ra­zem, kie­dy wspo­mnie­nia­mi wra­ca­ła do Kra­ko­wa, w któ­rym prze­ży­ła naj­wspa­nial­sze chwi­le swo­je­go trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nie­go ży­cia, do mia­sta, z któ­re­go ucie­kła ze zra­nio­nym ser­cem. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że na­dej­dzie dzień, kie­dy bę­dzie mu­sia­ła wró­cić i spo­tkać się z Ro­ber­tem. Dzień, w któ­rym bę­dzie trze­ba pod­jąć wła­ści­we de­cy­zje. W tej chwi­li jed­nak nie czu­ła się na si­łach, by co­kol­wiek po­sta­no­wić. Nie pa­mię­ta­ła już, kie­dy ostat­nio śmia­ła się szcze­rze, ra­do­śnie. Była jak więd­ną­cy, po­zba­wio­ny wody i ko­rze­ni kwiat. Bez wi­do­ków na to, że kie­dy­kol­wiek się pod­nie­sie. Je­dy­nie kie­dy pa­trzy­ła na mo­rze, bez­kre­sne, o trud­nej do okre­śle­nia, lecz prze­pięk­nej bar­wie, w jej ser­cu tli­ła się iskier­ka na­dziei, że jesz­cze kie­dyś po­czu­je we­wnętrz­ny spo­kój, od­naj­dzie ra­dość w co­dzien­nych czyn­no­ściach, być może zno­wu się za­ko­cha. Czę­ściej jed­nak do­pa­da­ły ją chwi­le me­lan­cho­lii i uwa­ża­ła, że mi­łość nie ist­nie­je, a je­śli na­wet po­ja­wia się ja­kaś che­mia po­mię­dzy ludź­mi, to dzia­ła wy­łącz­nie de­struk­cyj­nie. Po­wta­rza­ła so­bie, że musi być opty­mist­ką i dziel­nie sta­wiać czo­ła prze­ciw­no­ściom losu, że nade wszyst­ko po­win­na wresz­cie skoń­czyć z roz­trzą­sa­niem przy­czyn, dla któ­rych zna­la­zła się w Bar­ce­lo­nie.

Dość roz­pa­mię­ty­wa­nia wszyst­kich ge­stów i słów, ja­kie po­ja­wi­ły się w ich wie­lo­let­nim związ­ku, po­sta­no­wi­ła. Na­de­szła pora, by za­po­mnieć o męż­czyź­nie, któ­re­go ko­cha­ła i nie­na­wi­dzi­ła za­ra­zem. Nie­na­wi­dzi­ła i ko­cha­ła.

Rozdział 2

Te­le­fon za­dźwię­czał w chwi­li, gdy Sa­bi­na pod­cho­dzi­ła do kasy w ap­te­ce, by za­pła­cić za ma­ści na od­pa­rze­nia dla Ar­tu­ra. W po­śpie­chu się­gnę­ła po apa­rat i za­uwa­ży­ła, że dzwo­ni He­le­na, jej młod­sza o dwa­na­ście lat przy­rod­nia sio­stra. Od­rzu­ci­ła po­łą­cze­nie, bo na­po­tka­ła znie­cier­pli­wio­ny wzrok sto­ją­cej za nią oso­by. Nie mo­gła te­raz roz­ma­wiać. Wy­cią­ga­jąc z port­fe­la kar­tę płat­ni­czą, po­my­śla­ła, że skon­tak­tu­je się z sio­strą, gdy tyl­ko wró­ci do domu. Jesz­cze po dro­dze mu­sia­ła wstą­pić do wa­rzyw­nia­ka oraz ku­pić tro­chę mię­sa na pie­czeń, któ­rą jej mąż tak lu­bił. Za­zwy­czaj go­to­wa­ła opie­ku­ją­ca się Ar­tu­rem pani Ma­rie-Lu­ise. Nie­ste­ty ko­bie­ta wy­je­cha­ła w waż­nych spra­wach ro­dzin­nych do Ber­li­na i Sa­bi­na zo­sta­ła ze wszyst­kim sama. Zmu­szo­na była wziąć w szpi­ta­lu, w któ­rym pra­co­wa­ła, bez­płat­ny urlop i prze­jąć do­mo­we obo­wiąz­ki do­pó­ty, do­pó­ki nie znaj­dzie god­nej na­stęp­czy­ni po­przed­niej opie­kun­ki.

Im dłu­żej opie­ko­wa­ła się mę­żem, tym mniej pil­nie szu­ka­ła po­mo­cy. Była pie­lę­gniar­ką, dla­te­go opie­ka nad cho­rym wy­da­wa­ła się jej na­tu­ral­na. To ona naj­le­piej zna­ła jego po­trze­by i była do­sko­na­le wy­szko­lo­na, by fa­cho­wo się nim za­jąć.

Tego dnia za­pla­no­wa­ła, że przy­go­tu­je pie­czeń z cze­ski­mi kne­dla­mi i za­sma­ża­ną ka­pu­stą, ulu­bio­ne da­nie Ar­tu­ra. Sta­ra­ła się. Cho­ciaż re­la­cje mię­dzy nimi po­lep­szy­ły się, to cią­gle bra­ko­wa­ło w ich związ­ku czu­ło­ści i praw­dzi­wej mi­ło­ści.

Kie­dy się po­zna­li, Ar­tur był pra­cow­ni­kiem bu­dow­la­nym w re­no­mo­wa­nym nie­miec­kim przed­się­bior­stwie zaj­mu­ją­cym się głów­nie sta­wia­niem biu­row­ców. Po­cho­dził z pol­sko-nie­miec­kiej ro­dzi­ny miesz­ka­ją­cej nie­gdyś w oko­li­cach Olsz­ty­na. Oj­ciec Ar­tu­ra, ce­nio­ny le­karz we­te­ry­na­rii, tuż po za­koń­cze­niu spe­cja­li­za­cji przy­je­chał na War­mię, któ­ra w tym cza­sie była ulu­bio­nym miej­scem wy­po­czyn­ku mniej za­moż­nych Niem­ców. Miesz­kał tam w go­spo­dar­stwie agro­tu­ry­stycz­nym, któ­re pro­wa­dzi­ły dwie sio­stry. Dziew­czy­ny bar­dzo dba­ły o wcza­so­wi­czów, a jed­nej z nich – Do­rot­ce – szcze­gól­nie przy­padł do gu­stu przy­stoj­ny Die­ter. Spę­dza­li ra­zem dużo cza­su, spa­ce­ru­jąc nad brze­giem je­zio­ra w bla­sku księ­ży­ca. Wcza­sy Die­te­ra szyb­ko do­bie­gły koń­ca. Mło­dzi ko­re­spon­do­wa­li, aż któ­re­goś dnia kon­takt się urwał. Nie na­de­szły od­po­wie­dzi na dwa ko­lej­ne li­sty z Nie­miec. Mło­dy męż­czy­zna po­my­ślał, że jego urok za­pew­ne już zbladł, a na ho­ry­zon­cie po­ja­wił się ja­kiś nowy wcza­so­wicz. Nie miał wy­bo­ru, mu­siał się z tym po­go­dzić. Zbyt duża od­le­głość ich dzie­li­ła, by po­je­chać i spraw­dzić po­wód bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia uko­cha­nej. Kil­ka mie­się­cy póź­niej spo­tkał zna­jo­me­go, któ­re­go po­znał w Pol­sce. Ko­le­ga opo­wie­dział mu, że pod­czas te­go­rocz­ne­go po­by­tu na War­mii był świad­kiem wiel­kie­go po­ża­ru, w któ­rym spło­nę­ło go­spo­dar­stwo Do­rot­ki. Dziew­czy­na za­miesz­ka­ła ką­tem u dal­szych krew­nych, nie ma­jąc ani pra­cy, ani wła­sne­go domu. Jej sio­stra wy­je­cha­ła do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w po­szu­ki­wa­niu za­rob­ku, a Do­rot­ka zo­sta­ła, bo oba­wia­ła się, że w ob­cym kra­ju so­bie nie po­ra­dzi. Die­ter upew­nił się co do no­we­go ad­re­su i czym prę­dzej na­pi­sał list, w któ­rym za­pro­po­no­wał, żeby przy­je­cha­ła do nie­go do Nie­miec i po­mo­gła mu w nowo otwar­tym ga­bi­ne­cie we­te­ry­na­ryj­nym, przy któ­rym mo­gła­by rów­nież za­miesz­kać.

Nie­cier­pli­wie cze­kał na od­po­wiedź. W koń­cu mi­nę­ło spo­ro cza­su od ostat­nie­go spo­tka­nia. Ucie­szył się, gdy prze­czy­tał, że dziew­czy­na – nie bez obaw – po­sta­no­wi­ła sko­rzy­stać z szan­sy, któ­rą jej dał. Wy­słał do Pol­ski pie­nią­dze na bi­let i mie­siąc póź­niej ode­brał ją z dwor­ca au­to­bu­so­we­go w Ber­li­nie. Szyb­ko prze­ko­na­li się, że jej przy­jazd był wła­ści­wą de­cy­zją. Do­rot­ka oka­za­ła się do­brą pra­cow­ni­cą i wspa­nia­łą to­wa­rzysz­ką ży­cia.

Nie­dłu­go po­tem na świe­cie po­ja­wił się Ar­tur. Kie­dy syn stał się sa­mo­dziel­ny i nie po­trze­bo­wał już opie­ki ro­dzi­ców, Die­ter i Do­ro­ta po­sta­no­wi­li wy­je­chać na kon­trakt do Re­pu­bli­ki Po­łu­dnio­wej Afry­ki, gdzie na rok przed ślu­bem syna zgi­nę­li w za­miesz­kach ulicz­nych. Tuż przed wi­try­ną ich ga­bi­ne­tu we­te­ry­na­ryj­ne­go wy­buchł gra­nat.

Ar­tur po­zo­stał w miesz­ka­niu ro­dzi­ców, skoń­czył szko­łę i za­trud­nił się w przed­się­bior­stwie bu­dow­la­nym. Jed­nym z pra­co­daw­ców był oj­ciec Sa­bi­ny. Kie­dy cór­ka skoń­czy­ła dwa­dzie­ścia osiem lat i wciąż nie mia­ła chło­pa­ka, oj­ciec po­sta­no­wił sam zna­leźć god­ne­go kan­dy­da­ta na zię­cia. Ar­tur do­sko­na­le się do tego nada­wał. Do­brze się do­ga­dy­wa­li. Pan Ko­nec­ki szyb­ko prze­ko­nał się, że mło­dy Nie­miec ma duże moż­li­wo­ści roz­wo­ju, jest bar­dzo am­bit­ny i zdol­ny. Róż­nił się od in­nych pra­cow­ni­ków bu­dow­la­nych umie­jęt­no­ścią kon­struk­tyw­ne­go my­śle­nia, ta­len­tem do or­ga­ni­zo­wa­nia prac oraz ko­or­dy­na­cji ze­spo­łu w nie­prze­wi­dzia­nych sy­tu­acjach. Oj­ciec Sa­bi­ny nie­jed­no­krot­nie kon­sul­to­wał z nim po­my­sły, a po ja­kimś cza­sie zży­li się tak, że trak­to­wał go nie­mal jak syna. Ar­tur czę­sto od­wie­dzał dom Ko­nec­kich. Znał do­brze cór­kę sze­fa, ta jed­nak nie była nim za­in­te­re­so­wa­na.

Oj­ciec wie­lo­krot­nie po­wta­rzał Sa­bi­nie, że w jej wie­ku on już daw­no miał żonę i pla­no­wał po­więk­sze­nie ro­dzi­ny. Kie­dyś cór­ka w zło­ści wy­krzy­cza­ła, że to przez nie­go zo­sta­nie sta­rą pan­ną, bo zmu­sił ją do wy­jaz­du z Pol­ski, gdzie zo­sta­wi­ła mi­łość swo­je­go ży­cia. Ko­ja­rzył, że mia­ła tam ja­kie­goś chło­pa­ka, ale już daw­no nie pa­mię­tał jego imie­nia. Zresz­tą wy­szedł z za­ło­że­nia, że byli jesz­cze za mło­dzi, by my­śleć o po­waż­nym uczu­ciu.

Kłót­nie po­mię­dzy Sa­bi­ną a jej oj­cem zda­rza­ły się co­raz czę­ściej. Czu­ła się źle z tym, że nie speł­nia jego ży­cze­nia, ale nic nie mo­gła po­ra­dzić, że od cza­su wy­jaz­du z Pol­ski nie na­tra­fi­ła na ni­ko­go in­te­re­su­ją­ce­go. Nie wy­obra­ża­ła so­bie, że wy­bór part­ne­ra mógł­by na­le­żeć nie do niej, a do jej ojca. Wszyst­ko zmie­ni­ło się, gdy ten za­cho­ro­wał. Dia­gno­za była okrut­na. Zo­sta­ło mu nie wię­cej niż pół roku ży­cia. Sa­bi­na mia­ła wte­dy trzy­dzie­ści lat. Wie­dzia­ła, jak bar­dzo oj­ciec pra­gnie po­pro­wa­dzić ją do oł­ta­rza i w ak­cie roz­pa­czy obie­ca­ła mu, że zdą­ży to zro­bić.

Z Ar­tu­rem do­ga­dy­wa­ła się co­raz le­piej. Był dla niej jak brat, wspie­rał ją, zwłasz­cza w chwi­lach gdy oj­ciec czuł się źle. Któ­re­goś dnia zwie­rzy­ła się, jak bar­dzo boli ją to, że nie zdą­ży speł­nić ży­cze­nia ro­dzi­ca. Ar­tur za­żar­to­wał, że osta­tecz­nie może wyjść za nie­go. Za­re­ago­wa­ła śmie­chem, bo prze­cież ślub chcia­ła wziąć z męż­czy­zną, któ­re­go po­ko­cha, któ­ry zo­sta­nie oj­cem jej dzie­ci, z któ­rym bę­dzie chcia­ła się ze­sta­rzeć. Z Ar­tu­rem łą­czy­ła ją bra­ter­ska więź. Nie było mowy o mi­ło­ści. Sko­ro jed­nak bra­ko­wa­ło in­ne­go kan­dy­da­ta, a czas mi­jał nie­ubła­ga­nie, Sa­bi­na pod­ję­ła de­cy­zję, że wyj­dzie za Ar­tu­ra. Jego pro­po­zy­cja zda­wa­ła się ak­tu­al­na.

Pan Ko­nec­ki ucie­szył się ogrom­nie, kie­dy mło­dzi po­in­for­mo­wa­li go o swo­im za­mie­rze­niu. Był szczę­śli­wy, my­śląc, że jego cór­ka na­resz­cie przej­rza­ła na oczy i wy­bra­ła Ar­tu­ra, któ­re­go sam jej su­ge­ro­wał. Lep­sze­go kan­dy­da­ta nie mógł so­bie wy­ma­rzyć.

Skrom­ny ślub od­był się w ma­łym ko­ściół­ku pod Mo­na­chium. Za­miast we­se­la zde­cy­do­wa­no się na przy­ję­cie w re­stau­ra­cji, na któ­re za­pro­szo­no za­le­d­wie pięt­na­ście osób. Oj­ciec osta­tecz­nie nie po­pro­wa­dził Sa­bi­ny do oł­ta­rza, bo­wiem cho­ro­ba wy­cień­czy­ła jego or­ga­nizm na tyle, że po­ru­szał się na wóz­ku in­wa­lidz­kim. Po­mi­mo to wi­dząc, jak mło­dzi skła­da­ją so­bie przy­się­gę, na jego twa­rzy ma­lo­wa­ło się szczę­ście. Sa­bi­na i Ar­tur od­no­si­li się do sie­bie uprzej­mie, ale bez wy­lew­no­ści, co nie uszło uwa­dze za­pro­szo­nych go­ści, któ­rzy szep­ta­li, pró­bu­jąc od­gad­nąć, dla­cze­go para mło­da jest tak zdy­stan­so­wa­na. Jed­ni upa­try­wa­li przy­czy­nę w cho­ro­bie Ko­nec­kie­go, inni kła­dli to na karb su­ro­we­go nie­miec­kie­go wy­cho­wa­nia Ar­tu­ra. Pod­czas gra­tu­la­cji wszy­scy ży­czy­li mło­dej pa­rze licz­ne­go po­tom­stwa i wie­lu lat go­rą­cej mi­ło­ści. Kie­dy Sa­bi­na sta­ła na ślub­nym ko­bier­cu, wie­rzy­ła, że może kie­dyś przy­jaźń za­mie­ni się w coś wię­cej.

Je­dy­ną oso­bą, któ­ra wie­dzia­ła, że mał­żon­ko­wie się nie ko­cha­ją, była He­le­na, przy­rod­nia sio­stra pan­ny mło­dej, któ­ra, choć po­ja­wi­ła się w jej ży­ciu do­syć nie­spo­dzie­wa­nie, szyb­ko zo­sta­ła jej przy­ja­ciół­ką i po­wier­ni­cą naj­skryt­szych ta­jem­nic.

Kie­dy Sa­bi­na mia­ła dzie­sięć lat, jej ro­dzi­ce się roz­wie­dli. Mat­ka po­tem dużo po­dró­żo­wa­ła po świe­cie, nie­zbyt in­te­re­su­jąc się dziec­kiem, dla­te­go dziew­czy­na wy­cho­wy­wa­ła się głów­nie u uko­cha­nej bab­ci Mi­cha­si. Z mat­ką wi­dy­wa­ła się spo­ra­dycz­nie, kie­dy ta kil­ka­krot­nie pró­bo­wa­ła roz­krę­cać w War­sza­wie ko­lej­ny świet­ny in­te­res. Pod­czas po­by­tu w Gre­cji po­zna­ła przy­stoj­ne­go, młod­sze­go o kil­ka lat Chri­sto­phe­ro­sa, z któ­rym za­szła w cią­żę. He­len­ka uro­dzi­ła się w War­sza­wie, a póź­niej miesz­ka­ła w Ate­nach. O ist­nie­niu młod­szej sio­stry Sa­bi­na do­wie­dzia­ła się, bę­dąc już od kil­ku lat w Niem­czech, do­kąd oj­ciec za­brał ją, gdy dziew­czy­na zda­ła ma­tu­rę. He­len­ka mia­ła wte­dy dzie­sięć lat i przy­je­cha­ła do nich z mamą na świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Dla Sa­bi­ny były to trze­cie „nie­miec­kie” świę­ta.

Ro­dzi­ce po­mi­mo roz­wo­du na­dal się lu­bi­li. Choć wi­dy­wa­li się nie­zwy­kle rzad­ko, kie­dy już do­cho­dzi­ło do spo­tka­nia, od­no­si­li się do sie­bie przy­jaź­nie, wy­cho­dzi­li ra­zem do re­stau­ra­cji czy do kina i dłu­go wspo­mi­na­li daw­ne do­bre cza­sy. Sa­bi­na nie mo­gła się na­dzi­wić, jak to jest, że lu­dzie, któ­rzy nie po­tra­fi­li żyć ra­zem pod jed­nym da­chem, bo nie umie­li się do­ga­dać w co­dzien­nych spra­wach, wra­ca­ją do sie­bie jak bu­me­rang, raz na kil­ka lat, po to, żeby po dwóch wspól­nych dniach znów roz­stać się bez żalu, wręcz z ra­do­ścią. Tak też było w trak­cie tych świąt.

Pod­czas roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej z mat­ką za­pro­po­no­wa­ła jej, by spę­dzi­ła z nimi Gwiazd­kę, sko­ro nie pla­nu­je w tym cza­sie żad­nych da­le­kich wy­jaz­dów w in­te­re­sach. Iwo­na przy­ję­ła pro­po­zy­cję z ocho­tą, za­po­wia­da­jąc, że przy­wie­zie do Mo­na­chium nie­spo­dzian­kę. Nie­spo­dzian­ka to za mało po­wie­dzia­ne! Sa­bi­nie i jej ojcu ode­bra­ło mowę, kie­dy się do­wie­dzie­li, że dziew­czyn­ka, z któ­rą przy­je­cha­ła, to jej cór­ka. Mat­ka była oso­bą dość roz­trze­pa­ną, wiecz­nie gu­bią­cą róż­ne przed­mio­ty, spóź­nia­ją­cą się na spo­tka­nia czy my­lą­cą dni ty­go­dnia, ale żeby za­po­mnia­ła wspo­mnieć, że ma dru­gie dziec­ko, wy­da­wa­ło się nie do po­my­śle­nia. A może z ja­kichś po­wo­dów nie chcia­ła o tym mó­wić? Nie był to jed­nak czas na do­py­ty­wa­nia. Fak­tem się sta­ło, że w ży­ciu Sa­bi­ny po­ja­wi­ła się młod­sza sio­strzycz­ka i wszyst­ko inne prze­sta­ło mieć zna­cze­nie.

Od tego cza­su Sa­bi­na, któ­ra za­wsze na­rze­ka­ła na brak ro­dzeń­stwa, sta­ra­ła się utrzy­my­wać kon­takt z He­len­ką. Za­pra­sza­ła ją do sie­bie na wa­ka­cje, na fe­rie zi­mo­we, sama też od­wie­dza­ła sio­strę w Pol­sce, do­kąd ta wró­ci­ła wraz z mat­ką. W dniu ślu­bu Sa­bi­ny He­len­ka mia­ła już osiem­na­ście lat. Wy­ro­sła na pięk­ną, smu­kłą i cza­ru­ją­cą dziew­czy­nę, za któ­rą wszy­scy męż­czyź­ni wo­dzi­li ocza­mi. Sio­stry sta­ły się so­bie bar­dzo bli­skie. Bez wzglę­du na to, gdzie ak­tu­al­nie miesz­ka­ła He­le­na, po­zo­sta­wa­ły w sta­łym kon­tak­cie te­le­fo­nicz­nym i ma­ilo­wym.

Nie­ca­łe dwa lata po ślu­bie Ar­tur do­znał po­waż­ne­go ura­zu krę­go­słu­pa. Inny mło­dy pra­cow­nik po­peł­nił błąd przy mon­ta­żu rusz­to­wa­nia i kon­struk­cja się za­wa­li­ła. Ar­tur spadł z wy­so­ko­ści czwar­te­go pię­tra. De­ski za­mor­ty­zo­wa­ły ude­rze­nie. Na szczę­ście kask ochro­nił mu gło­wę, ale krę­go­słup nie­ste­ty ucier­piał. Do­szło do prze­rwa­nia rdze­nia krę­go­we­go. Le­ka­rze orze­kli, że ten typ uszko­dze­nia jest nie­od­wra­cal­ny i Ar­tur bę­dzie do koń­ca ży­cia jeź­dził na wóz­ku in­wa­lidz­kim.

Męż­czy­zna po­cząt­ko­wo się za­ła­mał. Prze­ra­ża­ło go to, że nie bę­dzie mógł cho­dzić. Stra­cił czu­cie w no­gach, a do­dat­ko­wo na­stą­pi­ły za­bu­rze­nia spraw­no­ści sek­su­al­nej. Sa­bi­na, któ­ra ukoń­czy­ła szko­łę pie­lę­gniar­ską i mia­ła kil­ku­let­nią prak­ty­kę w szpi­ta­lu, tro­skli­wie opie­ko­wa­ła się mę­żem, dba­ła o jego kon­dy­cję psy­chicz­ną i stan emo­cjo­nal­ny. Było dla niej oczy­wi­ste, że w ta­kiej sy­tu­acji zo­sta­nie przy nim na za­wsze, bo choć ich mał­żeń­stwo moc­no od­bie­ga­ło od ide­ału, czu­ła się za nie­go od­po­wie­dzial­na. Przy­się­ga­ła przed Bo­giem i swo­im oj­cem, że go nie opu­ści.

Ar­tur cięż­ko zno­sił ka­lec­two. Stał się zgryź­li­wy, ma­rud­ny, na­wet płacz­li­wy. W chwi­lach gor­sze­go na­stro­ju Sa­bi­na sta­ra­ła się zor­ga­ni­zo­wać ja­kiś wy­jazd, wy­pad do kina lub choć­by wy­kwint­ną ko­la­cję. Po­ka­zy­wa­ła mu, że wy­star­czy odro­bi­na sta­rań, a na­dal mogą żyć jak nor­mal­na para. Ar­tur, choć nie przy­zna­wał się do tego, wdzięcz­ny był żo­nie za jej do­broć, tro­skę i po­świę­ce­nie. Jed­no­cze­śnie zda­wał so­bie spra­wę, że sko­ro ni­g­dy go nie ko­cha­ła, to za­pew­ne już nie po­ko­cha, zwłasz­cza że nie mógł dać jej tego, o czym ma­rzy­ła – dziec­ka. Nie za­mie­rzał jej ogra­ni­czać. Chciał, by czu­ła się wol­na, żeby nie od­ma­wia­ła so­bie z jego po­wo­du żad­nych roz­ry­wek. Go­dził się więc na jej wy­jaz­dy z He­le­ną lub na sa­mot­ne wa­ka­cje. Bez nie­go.

Tyl­ko to mógł jej za­ofe­ro­wać.

Sa­bi­na ni­g­dy nie skar­ży­ła się na swo­je ży­cie. Dziel­nie zno­si­ła wszel­kie prze­ciw­no­ści: roz­wód ro­dzi­ców, brak za­in­te­re­so­wa­nia ze stro­ny mat­ki, dla któ­rej po­dró­że i in­te­re­sy były waż­niej­sze niż cór­ka, roz­sta­nie z pierw­szą mi­ło­ścią, prze­pro­wadz­kę do ob­ce­go kra­ju, cho­ro­bę i śmierć ojca, wresz­cie ka­lec­two Ar­tu­ra. Taki los. Przy­wy­kła.

Od­sta­wi­ła za­ku­py na ku­chen­ny blat i się­gnę­ła po te­le­fon. Wy­bra­ła nu­mer sio­stry i spo­koj­nie ocze­ki­wa­ła na po­łą­cze­nie. Tym ra­zem to He­le­na nie od­bie­ra­ła. Sa­bi­na zmarsz­czy­ła brwi. Cze­go mo­gła od niej chcieć? Prze­cież roz­ma­wia­ły dwa dni wcze­śniej i umó­wi­ły się na te­le­fon do­pie­ro w przy­szłą so­bo­tę. Po­sta­wi­ła wodę na her­ba­tę i włą­czy­ła małe ku­chen­ne ra­dio. W po­miesz­cze­niu roz­le­gły się zna­jo­me dźwię­ki pio­sen­ki Tori Amos. Za­my­śli­ła się, roz­pa­mię­tu­jąc wy­da­rze­nia sprzed kil­ku mie­się­cy. Za­sta­na­wia­ła się, jak po­stą­pi­ła­by, gdy­by czas się cof­nął i znów sta­nę­ła­by w drzwiach domu Ro­ber­ta. Czy po­win­na była po­wstrzy­mać to, co się wte­dy wy­da­rzy­ło? A może do­brze zro­bi­ła, bio­rąc od ży­cia tę chwi­lę przy­jem­no­ści? Czy mia­ła pra­wo wy­wró­cić do góry no­ga­mi ży­cie in­nych osób, sko­ro dla niej – poza chwi­lą unie­sie­nia i sen­ty­men­tal­nej po­dró­ży do wspo­mnień – wła­ści­wie nic się nie zmie­ni­ło?

Rozdział 3

Jaka ja je­stem głu­pia, bez­myśl­na i nie­od­po­wie­dzial­na. Przez dur­ne za­uro­cze­nie wpa­ko­wa­łam się w okrop­ne kło­po­ty i prze­kre­śli­łam ka­rie­rę, któ­ra tak do­brze się za­po­wia­da­ła. Po co w ogó­le tam po­szłam? Sa­bi­na mnie prze­strze­ga­ła przed ta­ki­mi ty­pa­mi! Je­stem nie­do­ro­zwi­nię­ta, bo nie za­uwa­ży­łam, co się świę­ci.

Mu­szę się ko­muś wy­pła­kać, wy­ga­dać, ale nie mam komu. Sa­bi­na nie od­bie­ra te­le­fo­nu. Po­zo­sta­je mi tyl­ko ten pa­pier. Po­szłam wczo­raj do Mar­ka na im­pre­zę. On mi się tak po­do­bał, a oka­za­ło się, że to skoń­czo­ny drań. My­śla­łam, że spo­tka­łam wresz­cie fa­ce­ta, z któ­rym mo­gła­bym stwo­rzyć praw­dzi­wy zwią­zek. Z uczu­ciem. On jest taki przy­stoj­ny! Spra­wiał wra­że­nie czu­łe­go i de­li­kat­ne­go, więc po­szłam do nie­go na dzie­więt­na­stą. Oprócz nie­go było jesz­cze dwóch ko­le­gów z bran­ży i ma­ki­ja­żyst­ka Jo­an­na. Są­dzi­łam, że to bę­dzie ja­kaś więk­sza im­pre­za i że przyj­dą jesz­cze inne mo­del­ki. Ma­rek zro­bił drin­ka, któ­ry bar­dzo mi sma­ko­wał, więc wy­pi­łam go szyb­ko. Cze­ka­łam na po­zo­sta­łych go­ści, bo czu­łam się tro­chę głu­pio, że przy­szłam sama. Po ja­kiejś go­dzi­nie Jo­an­na po­wie­dzia­ła, że wy­cho­dzi na chwi­lę, ale nie pa­mię­tam, żeby póź­niej wró­ci­ła. Po­tem wy­pi­łam ko­lej­ne­go drin­ka, któ­ry sma­ko­wał, jak­by w ogó­le nie było w nim al­ko­ho­lu, ale po­czu­łam się bar­dzo źle. Ma­rek za­pro­wa­dził mnie do sy­pial­ni, gdzie po­ło­ży­łam się na mo­ment. Po chwi­li przy­szedł zno­wu i po­wie­dział, że Kaś­ka i Ane­ta dzwo­ni­ły z in­for­ma­cją, że nie przyj­dą, ale to do­brze, bo bę­dzie­my mie­li tro­chę cza­su dla sie­bie. Krę­ci­ło mi się w gło­wie.

Chcia­łam się z nim bli­żej po­znać, ale nie tak szyb­ko. Tam­te cza­sy się skoń­czy­ły. Zresz­tą trak­to­wa­łam go ina­czej niż tych fa­ce­tów na jed­ną noc. Na nim mi za­le­ża­ło. Tam­ci byli mi obo­jęt­ni. Ot, seks dla spor­tu. A Ma­rek… No więc za­czął mnie pie­ścić. Po­my­śla­łam, że w su­mie co mi szko­dzi, tyl­ko żeby się za­bez­pie­czył. Ma­rek za­ło­żył gum­kę i się ko­cha­li­śmy. Tro­chę mnie bo­la­ło. Nie był de­li­kat­ny. Kie­dy skoń­czył, po­wie­dział: „Śpij, mała” i po­szedł. Nie mia­łam siły wstać i szyb­ko za­snę­łam. Prze­bu­dzi­łam się, gdy ktoś wpy­chał mi rękę do maj­tek. My­śla­łam, że to Ma­rek, ale to nie był on, tyl­ko je­den z jego ko­le­gów, któ­rzy przy­szli na im­pre­zę. Usły­sza­łam: „No co ty? Ma­rek mó­wił, że je­steś za­wsze chęt­na. Chodź, po­ka­żę ci mój od­rzu­to­wiec. Ni­g­dy tego nie za­po­mnisz”.

Chcia­łam wstać i uciec, ale by­łam tak sła­ba i tak moc­no krę­ci­ło mi się w gło­wie, że upa­dłam na pod­ło­gę. Fa­cet po­wie­dział: „Do­bra, in­nym ra­zem, ma­leń­ka”. Wy­szedł. Za­snę­łam. Obu­dzi­łam się rano. Bez maj­tek.

Nie wiem, co się dzia­ło, gdy spa­łam, i czy coś się w ogó­le dzia­ło. Je­stem prze­ra­żo­na, że ten fa­cet jed­nak nie od­pu­ścił. A je­śli je­stem w cią­ży? Ta­blet­ki od­sta­wi­łam trzy mie­sią­ce temu po wy­pad­ku Dia­ny, gdy po­sta­no­wi­łam za­koń­czyć z przy­god­ny­mi fa­ce­ta­mi. Ko­niec sek­su bez mi­ło­ści.

Kie­dy wsta­łam, Ma­rek ro­bił w kuch­ni kawę, a przy bu­fe­cie sie­dzia­ła ja­kaś nie­zna­na mi dziew­czy­na. Była w szla­fro­ku i mia­ła mo­kre wło­sy, jak­by przed chwi­lą bra­ła prysz­nic. Przy­wi­ta­ła mnie tek­stem: „Cześć, la­ska. Nie wie­dzia­łam, że taka mło­da je­steś. Nie­złe z cie­bie ziół­ko. Adam się na­pa­lił. Do­brze, że przy­naj­mniej nie je­steś w ty­pie mo­je­go Ma­recz­ka”. I za­śmia­ła się gło­śno.

Ma­rek ka­zał mi się szyb­ko ubrać. Wsu­nął mi do kie­sze­ni pie­nią­dze na tak­sów­kę i wy­pchnął za drzwi. Wi­dzia­łam przez otwar­te okno, jak ca­łu­je się z tam­tą ko­bie­tą.

Po­czu­łam się jak szma­ta. Jaka ja by­łam głu­pia! My­śla­łam, że po­do­bam mu się tak na po­waż­nie, że chce być moim chło­pa­kiem. Za­ko­cha­łam się w nim. A on mnie po­trak­to­wał jak ła­twą la­skę i jesz­cze przy­słał ko­le­gę. Nic nie pa­mię­tam, nie wiem, czy on mnie zgwał­cił, czy w ogó­le do cze­goś do­szło!

Mam na­dzie­ję, że jed­nak się wy­co­fał. Prze­cież chy­ba bym coś po­czu­ła?! Tyl­ko dla­cze­go obu­dzi­łam się bez maj­tek? Może sama je zdję­łam? Nie­na­wi­dzę się za swo­ją głu­po­tę!

Je­stem dziw­ką!

I w do­dat­ku je­stem spa­lo­na w agen­cji. Je­śli Ma­rek, któ­ry jest na­szym fo­to­gra­fem, roz­po­wie, co się wczo­raj dzia­ło na im­pre­zie, to wszyst­kie dziew­czy­ny będą plot­ko­wać. Jej­ku, może po­win­nam zro­bić test cią­żo­wy?! Jak mam, do cho­le­ry, spraw­dzić, czy ten fa­cet mnie zgwał­cił?!

He­le­na prze­rwa­ła pi­sa­nie, bo za­dzwo­nił te­le­fon. W słu­chaw­ce usły­sza­ła głos Kaś­ki:

– Cześć, Lena, wy­po­czę­łaś? Sły­sza­łam, że nie­zły czad był wczo­raj u Mar­ka. Ten nowy sty­li­sta Adam, wiesz któ­ry, no ja­sne, że wiesz – Kaś­ka za­śmia­ła się, su­ge­ru­jąc, że jest zo­rien­to­wa­na w tym, co dzia­ło się na im­pre­zie – no więc Adam opo­wia­dał, że z cie­bie dra­pież­na kot­ka. Przy­znaj się, co­ście tam wy­pra­wia­li, hę?

He­le­nie za­szkli­ły się oczy.

– Kaś­ka, nie mam ocho­ty o tym roz­ma­wiać – od­par­ła sta­now­czo. Po chwi­li zde­ner­wo­wa­na krzyk­nę­ła: – To nie­praw­da, co oni mó­wią! Daj­cie mi wszy­scy świę­ty spo­kój! – Rzu­ci­ła słu­chaw­ką.

Po po­licz­kach po­pły­nę­ły jej łzy. Od kil­ku mie­się­cy ży­cie nie ukła­da­ło się tak, jak po­win­no. Była pięk­ną, dłu­go­no­gą dziew­czy­ną o ide­al­nych kształ­tach i wzro­ście w sam raz, żeby zro­bić ka­rie­rę mo­del­ki w naj­więk­szych agen­cjach mo­de­lin­gu na świe­cie. Jako dzie­więt­na­sto­lat­ka wy­gra­ła kon­kurs Eli­te Mo­del Look i pro­fe­sjo­nal­ną se­sję zdję­cio­wą w Pa­ry­żu. Wte­dy sta­wia­ła pierw­sze kro­ki na wy­bie­gach, po­zna­wa­ła śro­do­wi­sko mo­de­li i mo­de­lek, sty­li­stów i fo­to­gra­fów. Po­cząt­ko­wo była za­fa­scy­no­wa­na tym świa­tem, im­po­no­wał jej, a wra­że­nie, ja­kie ro­bi­ła na in­nych, wbi­ja­ło ją w dumę.

He­le­na, pół Gre­czyn­ka, pół Po­lka, mia­ła re­gu­lar­ne rysy twa­rzy, śnia­dą cerę, kru­czo­czar­ne wło­sy i za­ska­ku­ją­co nie­bie­skie oczy. Sa­bi­na też odzie­dzi­czy­ła po ich ma­mie błę­kit­ne tę­czów­ki. Było to wła­ści­wie je­dy­ne fi­zycz­ne po­do­bień­stwo mię­dzy nimi. He­le­na róż­ni­ła się rów­nież cha­rak­te­rem od star­szej przy­rod­niej sio­stry. W prze­ci­wień­stwie do Sa­bi­ny wy­ro­sła na dziew­czy­nę prze­bo­jo­wą, świa­do­mą swo­jej uro­dy, ma­ją­cą ja­sno wy­ty­czo­ne cele i re­ali­zu­ją­cą za­mie­rze­nia bez wzglę­du na środ­ki. Pla­no­wa­ła, że zo­sta­nie top mo­del­ką, za­ro­bi górę pie­nię­dzy, a na trzy­dzie­ste uro­dzi­ny zor­ga­ni­zu­je wiel­ką po­że­gnal­ną fetę, na któ­rej oznaj­mi, że od­cho­dzi z za­wo­du, by za­ło­żyć ro­dzi­nę z uko­cha­nym męż­czy­zną dziel­nie trwa­ją­cym u jej boku przez te wszyst­kie lata. Za­kła­da­ła oczy­wi­ście, że ta­kie­go spo­tka i fak­tycz­nie po­czu­je in­stynkt ma­cie­rzyń­ski, bo póki co myśl o dziec­ku ją prze­ra­ża­ła. Po­tem za­mie­rza­ła za­jąć się fo­to­gra­fią lub fil­mem. He­le­na do nie­daw­na wie­rzy­ła, że ży­cie nie tyl­ko moż­na za­pla­no­wać, ale tak­że punkt po punk­cie re­ali­zo­wać cele. Nie­for­tun­ny wy­jazd do Kra­ko­wa kil­ka mie­się­cy temu zbu­rzył świat jej wy­obra­żeń. Kie­dy wra­ca­ła do Mo­na­chium, gdzie ostat­nio miesz­ka­ła, łu­dzi­ła się jesz­cze, że to, co się wy­da­rzy­ło, sta­no­wi część jej wiel­kie­go pla­nu, a ona na­dal pa­nu­je nad swo­im ży­ciem. Do­pie­ro ko­lej­ne mie­sią­ce po­ka­za­ły, że się my­li­ła. Uświa­do­mi­ła so­bie, jak wie­le rze­czy wy­my­ka się spod kon­tro­li, jak wie­le dzie­je się poza nią, a na­wet wbrew jej woli.

Otar­ła łzy, za­bra­ła pa­mięt­nik i wy­bie­gła z domu, zo­sta­wia­jąc ko­mór­kę na sto­li­ku. Nie chcia­ła jej mieć przy so­bie. Bała się ko­lej­nych te­le­fo­nów od ko­le­ża­nek żąd­nych sen­sa­cji. W świe­cie mo­de­lin­gu nie ist­nie­ją praw­dzi­we przy­jaź­nie, a li­czą się tyl­ko te kon­tak­ty, któ­re mogą przy­nieść ko­rzyść. Sym­pa­tie i mi­łost­ki trwa­ją nie­zwy­kle krót­ko. Za­czy­na­ją się wraz z per­spek­ty­wą po­zna­nia in­nych wpły­wo­wych osób lub szan­są za­ła­twie­nia do­dat­ko­wej se­sji zdję­cio­wej, a koń­czą, gdy się oka­zu­je, że da­nej zna­jo­mo­ści nie da się już w ża­den spo­sób wy­ko­rzy­stać. Dziew­czy­ny pra­cu­ją­ce w jed­nej agen­cji czę­sto w wy­wia­dach de­kla­ro­wa­ły wza­jem­ną przy­jaźń i lo­jal­ność ko­le­żeń­ską, w rze­czy­wi­sto­ści jed­na dru­giej chęt­nie pod­sta­wi­ła­by nogę na wy­bie­gu.

He­le­na wie­lo­krot­nie prze­ko­na­ła się, że w śro­do­wi­sku mo­de­lek bra­ku­je szcze­ro­ści. Nie­rzad­ko sama