Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » W twoim kraju wojna!

W twoim kraju wojna!

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-64476-67-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “W twoim kraju wojna!

Grudzień 1981, stan wojenny. Nie działają telefony, granice są zamknięte, na ulicach stoją czołgi. Małgorzata Niezabitowska i fotograf Tomasz Tomaszewski, wbrew surowym zakazom, dokumentują rzeczywisty obraz tamtych dni. Przemycone zdjęcia i specjalnie redagowany konspiracyjny dziennik Niezabitowskiej błyskawicznie ukazują się m.in. we francuskiej i włoskiej prasie. To dzięki temu materiałowi świat zachodni dowiedział się prawdy o realiach polsko-jaruzelskiej „wojny”.

Publikujemy po raz pierwszy w Polsce ten wyjątkowy tekst, któremu towarzyszą fragmenty ówczesnego osobistego dziennika Autorki oraz, spisane już po 1989 roku, opowieści odsłaniające kulisy często brawurowych, a zawsze ściśle tajnych działań. Narracje te, wraz z fotografiami, tworzą barwną, wielowątkową, dynamiczną całość, którą czyta się niczym przygodowo-szpiegowski thriller.

„Nie pochlebiałam sobie, że zostanę potraktowana niczym Mata Hari i jako superagentka skazana na najsurowszą przewidzianą w kodeksie karę śmierci, ale i najniższa, dziesięć lat więzienia, dostatecznie podnosiła poziom adrenaliny."

Małgorzata Niezabitowska

Polecane książki

„Dzisiaj należy do mnie” to ciepła i napisana z ogromną dozą optymizmu opowieść o prawdziwych miłościach, przyjaźniach, sile i odwadze, która jest w każdym z nas, oraz o ponadczasowej determinacji w poszukiwaniu własnej drogi do szczęścia. Dla każdego innej, w innym miejscu na ziemi. Główna bohate...
Zbiór rozważań o wierze. Autorka dzieli się doświadczeniem przeżywania wiary oraz nawołuje za świętym Pawłem do zawierzenia Bogu w myśl jego słów:"Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia". Prosty, jasny język przyciąga i angażuje uwagę czytelnika, rozbudza pragnienie doświadczenia Boga, zaprasza do ...
„Marcelina i pamięć przodków” to opowieść o jedenastoletniej dziewczynce, która z powodu rodzinnej tajemnicy wplątana zostaje w podróż między światami i walkę z bezwzględnym Władcą Słów, Kolekcjonerem. Marcelina Łobzowska jest tylko pozornie zwykłą dziewczynką. Pochodzi z rodziny ludzi pogodnych i k...
Terapia jednego spotkania to przewrotny i autorski pomysł. Zamiast wielu godzin spędzonych na kozetce, autorka proponuje jedno spotkanie, podczas którego można odkryć sedno problemu i otrzymać konkretne wskazówki i narzędzia, które staną się impulsem do zmian. Autorka na przykładach z życia bohateró...
Posługując się metaforą militarną, autorzy przybliżają problematykę funkcjonowania współczesnej szkoły. Poruszają tematy zarówno gorące i aktualne, jak i trudne oraz niewygodne. Szukają odpowiedzi między innymi na takie pytania: Kto z kim prowadzi wojnę? Gdzie? O co? Za pomocą czego? Z jakim skutkie...
Doskonały samouczek dla chcących poznać podstawy robótek na drutach (przybory dziewiarskie, dobór materiałów, nabieranie, dobieranie i gubienie oczek, wykończenie robótki, rodzaje splotów). Książka przybliży (dzięki licznym schematom, zdjęciom i jasnym opisom), jak samodzielnie i bez problemu wykona...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Małgorzata Niezabitowska

Małgorzata Niezabitowska

W twoim kraju wojna!

Szymonowi, Konstantemu i małej Misi Kasi

Z D J Ę C I A

Tomasz Tomaszewski i Małgorzata Niezabitowska

Stanisław Wałęsa

internowani działacze „Solidarności”

Od Wydawcy

Stan wojenny łamie społeczeństwo, ale wzmacnia determinację jednostek. Para reporterów, używając metod szpiegowskich, przekazuje na Zachód prawdziwy obraz wewnętrznej okupacji. Przedstawiamy niepublikowane dotąd świadectwo, które wyraziście pokazuje, na co stać zdeterminowanego człowieka wobec wszechogarniającej dyktatury.

W kontekście starcia z komunistami pierwszoplanowa rola kobiety-opozycjonistki może zaskakiwać. Do legendy podziemia po 13 grudnia przeszło kilkudziesięciu nadających ton przywódców środowisk niezależnych – do niedawna widziano wśród nich samych mężczyzn. Podobnie, zresztą, jak po zwykłych wojnach, które relacjonują zazwyczaj oficerowie, tak i po tej zostały w przewadze świadectwa męskich wodzów. Trudno byłoby uwierzyć, że ważny anonimowy informator Zachodu, stosujący brawurowe sposoby – to nie mężczyzna-bojownik, lecz właśnie subtelna kobieta.

Małgorzata Niezabitowska dopiero w drugiej połowie lat 80. stała się powszechnie znaną rzeczniczką dwóch historycznych zjawisk: pierwszego niekomunistycznego rządu w bloku sowieckim oraz dialogu polsko-żydowskiego – tu też jako prekursorka. Jesienią 1981 była już wprawdzie rozpoznawalną dziennikarką „Tygodnika Solidarność”, lecz pewnie trudno byłoby wtedy przewidzieć jej zmysł wojowniczy i taką determinację, jak ta potwierdzona wojennymi zapisami. Razem z mężem, Tomaszem Tomaszewskim, stworzyła samodzielną, wysuniętą placówkę, przemycającą na Zachód prawdziwy obraz okupacji. A to miało wpłynąć na sposób traktowania „wojny” przez wolny świat.

Gdy tylko stan wojenny odebrał polskiemu społeczeństwu moc masowej gotowości, a podziemie nie miało sposobu na stawienie fizycznego oporu, odsłanianie prawdy o zakłamanej przez władze rzeczywistości stało się główną bronią. Niepoddające się wojennemu dekretowi słowo pisane i fotograficzne obrazowanie biegu rzeczy mogły osłabić skuteczność ataku. Przedstawione w tej książce rezultaty działania reportersko-wywiadowczej pary mogą uzmysłowić rolę jednostkowej motywacji w historii.

Trzy części przedstawionego zapisu stanowią integralną całość. Pierwszy dziennik, maszynopisowy, wysyłany był do Francji – paradoksalne, że Małgorzata Niezabitowska przyjęła tu męski kamuflaż, wzmacniając tak stereotyp; drugi, rękopiśmienny, miał charakter osobisty i był ukrywany w Warszawie. Oba dotyczą pierwszych miesięcy „wojny” – od 13 grudnia 1981 do 21 marca 1982. Część trzecia to, obejmująca nieco dłuższy okres (do maja 1982), późniejsza relacja o podejmowanych akcjach, których przebieg musiał być na bieżąco ściśle zakonspirowany. Ta pełna opowieść objawia się dopiero dzisiaj – we wcześniejszych etapach III RP Autorzy nie zdecydowali się jej w całości ogłosić. Może trzeba było tego ćwierćwiecza, by tamto spojrzenie na szczególnie paskudną postać Peerelu nabrało uniwersalnych znaczeń.

Przedstawiona tu wojenno-peerelowska rzeczywistość odbiega we wszystkim od życia współczesnego. Dla dwudziesto–trzydziestolatków są to zapewne realia trudne do wyobrażenia. Niemniej przedstawiona relacja zachowuje zaskakującą aktualność. Tak jak po upadku komunizmu możliwe są w naszym pobliżu reżimy Putina czy Łukaszenki, tak postawa nonkonformistyczna, wolna od podległości wobec autorytarnej władzy – pozostaje w cenie. Zagrożenie niesie każda „wojna”, która w miejsce umowy społecznej wprowadza dyktat silniejszych – jednak słowo przeciw wojnie może, jak się okazuje, przywracać pokój w wymiarze duchowym.

Zbigniew Gluza

Od Autorki 35 lat później

Stan wojenny i przygoda – brzmi jak dysonans. Powinno być przecież – dramat, przemoc, groza, utracone nadzieje, zwłaszcza że tak to odczuwała większość Polaków. Ja również. Ale jednocześnie wraz z „nocą generałów” zaczął się w moim życiu czas najbardziej intensywny, o jakim marzy się w młodości, pełen skrajnych emocji, nadzwyczajnych wyzwań, przeżyć, czynów.

Chociaż później nie brakowało mi silnych doznań, dziś piszę te słowa z całkowitym przekonaniem. Reprezentowanie w początkach naszej wolności pierwszego niekomunistycznego rządu było ogromnym zaszczytem i odpowiedzialnością, praca w połowie lat osiemdziesiątych nad materiałem o Ameryce dla najpoczytniejszego wówczas na świecie magazynu „National Geographic” największym zawodowym wyzwaniem, jednak to polsko-jaruzelska „wojna” spowodowała, że urzeczywistnił się mit, w którym wyrosłam.

Konspiracja towarzyszyła mi od wczesnego dzieciństwa, bo w domu zamiast bajek opowiadano mi prawdziwe, rodzinne historie, powtarzając te ulubione, o działaniach tajemnych, sekretnych, zakazanych, o spiskach przeciw zaborcom i okupantom, tak często, że stały się oczywistością. W naszej rodzinie, uznałam, konspirujemy w każdym pokoleniu i moja kolei nastąpi, nastąpić musi. Tylko kiedy, niecierpliwiłam się i żaliłam ojcu, żołnierzowi AK: o, wy to mieliście dobrze, życie na full, podziemne państwo, wielką sprawę, a my, miałkość i małość naszego socrealu. I choć tłumaczył, że owszem, sprawa szlachetna, wielka, lecz cena straszliwa, wojna, zniszczenie, śmierć, ja wiedziałam swoje. Aż przyszedł Sierpień 80, „Solidarność” i wszystko się zmieniło. My, pierwsza generacja urodzonych w Peerelu, mieliśmy swój czas, swoją wielką sprawę. I wtedy, gdy wreszcie przestałam zazdrościć dziadkom i rodzicom konspiry, właśnie jej doczekałam.

Na początku nie było radości, wszak nie zwycięzcy schodzą do podziemia. Niby wiadomo, ale trzeba samemu doświadczyć przegranej, aby zabolało. I bolało, tyle że ból nie osłabiał, przeciwnie, jeszcze bardziej mobilizował do działania na polu, gdzie toczyła się szczególnie zacięta walka. Trzeba było reżimowym kłamstwom przeciwstawiać prawdę, a prawdy totalitarna władza bała się najmocniej i starała się ją wszelkimi sposobami blokować. Od pierwszego więc dnia opisywałam i też fotografowałam najpierw sama, a wkrótce, kiedy z zagranicy wrócił mój mąż, Tomasz Tomaszewski, wspólnie z nim na ulicy przez dziurkę wyciętą w rękawiczce. Potem, gdy dzięki Olivierowi de La Baume uzyskaliśmy stały kanał przerzutowy na Zachód, zaczęłam, obok osobistego, pisać dziennik konspiracyjny.

Narratorem uczyniłam mężczyznę, który mówił moim głosem. W odczuciach i opiniach stanowiliśmy jedność, reszta była przetworzeniem niezbędnym, aby nie narazić nikogo na niebezpieczeństwo i nie zdemaskować autorki. Wybrałam formę dziennika, chciałam bowiem nie tylko pokazać autentyczne wydarzenia, ale i poruszyć czytelników, wstrząsnąć nimi, przez emocjonalny przekaz sprawić, aby gdzieś tam, w dalekiej Europie, współodczuwali nasz dramat. Syci mieli zrozumieć głodnych, wolni wolności pozbawionych, znudzeni rozrywkami gnębionych nudą. Jakoś temu zadaniu sprostałam, sądząc z liczby zagranicznych publikacji. Razem z artykułami zawierającymi nasze zdjęcia dawały nam niebywałą satysfakcję i też równą frajdę z przechytrzenia bezpieki. Tym większą, że do dokumentacji ulicznej doszły akcje fotografowania podziemnej drukarni, internowanych działaczy „Solidarności” i – jako ukoronowanie – trzymanego w odosobnieniu Lecha Wałęsy.

Przekazując obecnie tę potrójną, ilustrowaną opowieść czytelnikom, którzy z powodu wieku czy zacierającego pamięć upływu lat, o tamtym okresie w Polsce wiedzą teraz – jak wtedy ci na Zachodzie – mało lub wcale, mam nadzieję, że dowiedziawszy się, jak było, odczują emocje, tempo, napięcie i gorączkę naszego ówczesnego życia. A zwracając się do młodych, którzy póki co swojego czasu nie przeżyli, życzę – nie, nie dramatu ani, broń Boże, narodowej tragedii – lecz przygody, sprawdzenia siebie, potężnego zastrzyku adrenaliny w słusznej sprawie.

Małgorzata Niezabitowska

Ty złemu nie ustępuj, lecz przeciw idź śmiało.

WergiliuszEneida

Dziennik buntownika z Warszawy

———————

13 XII 1981 – 21 III 1982

———————

Okładka tygodnika „La Vie”, anonsująca publikowany w tym numerze Dziennik buntownika z Warszawy – przemycony z „wojennej” Polski anonimowy tekst.

Rodzaj tekstu: dziennik konspiracyjny – dla kamuflażu autorka wciela się w mężczyznę

Powód powstania tekstu:w sytuacji pełnej blokady informacyjnej możliwość przemycania na Zachód materiałów mówiących prawdę o stanie wojennym w Polsce

Forma tekstu: dziennik pisany „na gorąco”, w taki sposób, aby treść była zrozumiała dla czytelnika na Zachodzie, ze względów bezpieczeństwa ze zmienionymi personaliami bohaterów

Oryginał tekstu: dziennik pisany na maszynie, publikowany tutaj bez zmian, łącznie z oryginalną pisownią dat – obok pierwsza strona maszynopisu

Odbiorca: media zachodnie – m.in. „La Vie” (Francja), „Corriere della Sera” (Włochy)

Pseudonim autora: anonimowego autora media zachodnie nazwały„Buntownikiem z Warszawy”

Prawdziwe nazwisko autora: Małgorzata Niezabitowska

13.XII.1981

Obudził mnie hymn polski. Wstawałem z łóżka, gdy w drzwiach stanęła Anka: „W radiu grają hymn. Co to znaczy?”. Wyjaśnienie przyszło szybko. Zaczął mówić Jaruzelski. Rzuciłem się do telefonu. Był głuchy. Wyłączyli, zaczęło się – pomyślałem. I właśnie wtedy dobiegł mnie głos: „Rada Państwa wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju”. Wróciłem do kuchni. Przy stole Anka siedziała blada, twarz miała ściągniętą, łzy w oczach. Za chwilę przyszedł Kajtek. „Co się stało?” „Cicho, synu.” Przyciągnąłem go do siebie i tak siedząc w trójkę przy nietkniętym śniadaniu, wysłuchaliśmy przemówienia, do końca.

Władzę w kraju przejęła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego z Jaruzelskim na czele. Jej skład jest anonimowy, natomiast rozporządzenia przerażające. Ale o tym dowiedzieliśmy się później. Na razie zacząłem wyciągać wszystko, co nie powinno wpaść im w łapy. Pogoda przepiękna – mróz, śnieg, słońce. Anka stoi przy oknie i patrzy, czy pod nasz dom nie zajeżdża „suka”. Jaruzelski powiedział, że „zostały internowane osoby zagrażające bezpieczeństwu państwa. W tej grupie znajdują się ekstremalni działacze «Solidarności» oraz nielegalnych organizacji antypaństwowych”. Można pod to podciągnąć każdego, kto jest niewygodny. Zresztą dla władzy niewygodny jest cały naród, ale na szczęście trzydziestu sześciu milionów internować się nie da. Na listach proskrypcyjnych, o których mówiło się przy okazji kolejnych kryzysów, miało być około czterdziestu tysięcy ludzi. W tym się mieszczę.

Mimo że tyle razy dopuszczaliśmy możliwość takiej sytuacji, jestem do niej całkowicie nieprzygotowany. Bałagan w papierach, biuletyny z różnego czasu i regionów przemieszane ze sobą, a do tego dziesiątki związkowych gazet i wydawnictw podziemnych oraz biblioteka książek spoza cenzury. Ile się nazbierało! Miotam się między dwoma pokojami. Mała już się obudziła. Anka bierze ją na ręce i wraca do okna. Kajtek nic nie rozumie, plącze się koło mnie. Nie mam czasu tłumaczyć mu teraz, więc bez przerwy go odganiam i to szorstko, czego zaraz żałuję. Przecież za chwilę mogą mnie zabrać i nie zobaczę syna przez nie wiadomo ile czasu.

Szybko, szybko. Rozdzielam wszystko na trzy części – do wyniesienia, ukrycia i zniszczenia. Najpierw pakuję dokumenty i wydawnictwa „Solidarności”. Właściwie wszystko chciałbym ocalić, lecz jest to niemożliwe. Pierwsza walizka zapełnia się błyskawicznie. Teraz plecak. Już widzę, że się nie zamknie, ale upycham jeszcze to i to. Najgorsze, że trzeba będzie nieść w biały dzień, na oczach sąsiadów. Nie ma jednak wyboru.

Przy drzwiach łapie mnie Anka ze swetrem. Kładzie go na wierzch plecaka, by zakrył wystające papiery. Wychodzę. Korytarz pusty, tylko zza kolejnych drzwi dochodzi głos Jaruzelskiego. Przemówienie powtarzają co godzina. Na dole rozglądam się. Nie widać nic podejrzanego, dzieciaki bawią się na ulicy. Oddalam się niespiesznie. Zresztą ciężar wgniata mnie w ziemię. Jak to dobrze, że nie muszę iść daleko. Modlę się, żeby byli w domu. Mogli pójść do kościoła. Mam szczęście. Otwiera pani Maria. Na widok mnie stojącego z plecakiem i walizą nie okazuje najmniejszego zdziwienia.

W korytarzu oboje bez słowa biorą mnie w ramiona. Mówię, z czym przyszedłem. Godzą się od razu. Wkładam walizkę na pawlacz. Plecak pani Maria sama rozpakuje później, a papiery schowa do tapczanu. Potem pijemy herbatę z konfiturami i atmosfera tego domu, mimo koszmaru, jaki przeżywamy, obejmuje mnie swoim ciepłem i urokiem. Wszystko jest tutaj tak, jak powinno być. Na ścianach pamiątki rodzinne, portrety, szabla pana Jana z wojny bolszewickiej 1920 roku, na którą poszedł jako młodziutki człowiek, a obok oprawiony w ramki plakat „Solidarność dziś – sukces jutro”. Mówimy mało. Pan Jan łapał już różne stacje zachodnie, lecz oprócz tego, że wprowadzono stan wojenny, nie wiedzą tam niczego. Wszelka łączność z Polską jest odcięta. Gospodarze dopytują się, czy potrzebuję pomocy. A może chcę się u nich ukryć albo przyprowadzić dzieci? Dziękuję, żegnam się i – kiedy pani Maria kreśli mi palcem znak krzyża na czole, coś ściska mnie w gardle, chociaż obiecałem sobie rano nie dawać się żadnym sentymentom.

Wracam do domu. W oknie firanki zasłonięte. To znak, że wszystko w porządku. Anka z Kajtkiem drą papiery. Mały zagarnął dla siebie pokaźny stos i pracuje z zachwytem. Trzeba wreszcie coś zjeść. Biorę kawałek chleba i herbatę, siadam i od razu dopada mnie. Co z Januszem? A Adam, Rysiek, Ewka? Gdzie oni są? Kogo złapali? Ta niepewność, niemożność porozumienia się męczy najbardziej. No i bezsilność, oczywiście.

W radiu wojskowe marsze. „Oni” jak zawsze cierpią na elementarny brak wyczucia i robią wszystko tak, jakby specjalnie chcieli ludzi rozdrażnić. Nastawiam płytę z Brahmsem, ale mała zaczyna płakać, więc wyłączam adapter. W tym momencie rozlega się dzwonek. Trzy razy szybko, raz dłużej. Wygląda to na sygnał, lecz czas, który upływa, nim Anka otworzy drzwi, dziwnie mi się dłuży. Za drzwiami Andrzej. „Chwała Bogu, jesteś! – woła od progu. – Myślałem, że cię zwinęli.” „Wiesz już o kimś?” – pytam. „Ze znajomych – nie, ale z mojego domu wzięli w nocy przewodniczącego Komisji Zakładowej z Żerania. Przyszli z łomami, myśleli, że będzie stawiał opór, a on spokojnie otworzył i poszedł z nimi.” „A Region?” „Nie wiem. Trzeba tam pojechać.” Pytam jeszcze, jak jest na mieście. Spokojnie. Wojska nie widać. Raczej milicja, lecz też niezbyt dużo. Komunikacja działa normalnie.

Nastawiamy radio w idiotycznej nadziei, że może stamtąd czegoś się dowiemy. Czytają o militaryzacji Radiokomitetu, ponieważ – jak ogłosił jego prezes – „siły kontrrewolucyjne usiłowały przechwycić w swoje ręce radio i telewizję”. Kolejna prymitywna brednia, mająca usprawiedliwić, że jest tylko jeden program radia i jeden telewizji, który ma zacząć się o drugiej. Druga akurat dochodzi i oto w telewizorze ukazuje się spiker Racławicki w mundurze szeregowca. Mimo grozy sytuacji, ten obraz wywołuje w nas histeryczną prawie wesołość.

W godzinę później bez przeszkód docieramy na plac Zbawiciela. Do siedziby Regionu podejść nie można, bo milicja blokuje wejście na Mokotowską. Stoją ciasno jeden obok drugiego, w kaskach, z tarczami i wielkimi pałami przy boku. My naprzeciwko. Trzysta, czterysta osób. Ciągle dochodzą nowi. Mężczyźni, kobiety. Pełny jest także kościół Zbawiciela. Ludzie klną na milicję, partię, rząd i Jaruzelskiego. A przede wszystkim na Sowietów. „Puśćcie nas pod nasz Region!” – krzyczy ktoś z pierwszego szeregu. „Czego tu stoicie? – woła w stronę ZOMO inny. – My nie chcemy zrobić niczego złego!”

Naraz powoli ruszamy do przodu. Bez sygnału, bez znaku, po prostu tak. Idziemy na ścianę nieruchomych, przezroczystych tarcz. Szarówka, która zapada, odbiera ukrytym za nimi twarzom resztki człowieczeństwa. Zaraz będzie gorąco, myślę i czuję narastające we mnie i w innych naokoło napięcie. Ale milicjanci zaczynają się cofać. Napieramy i krok po kroku posuwamy się w stronę budynku Mazowsza. Wreszcie jesteśmy przy nim. Milicja zgrupowała się w głębi ulicy. Nie atakuje. Drzwi Regionu zamknięte. Nie bardzo wiadomo co robić, kiedy nagle na górze otwierają się okna i spada na nas papierowy deszcz. Plakaty i naklejki „Solidarności”. Jest ich dużo i po chwili każdy z nas trzyma w ręku biało-czerwony emblemat Związku.

„Trzymajcie się!”, „Jesteśmy z wami!” – lecą ku górze pojedyncze okrzyki, które szybko zmieniają się we wspólne donośne skandowanie: „Solidarność! Solidarność!”. Lecz zaraz słychać także: „Idą! Idą!”. To ruszyło ZOMO. My także urośliśmy w siłę, ale wiele jest kobiet i dzieci, więc wycofujemy się spokojnie ku placowi Zbawiciela. Odwrotowi towarzyszy „Gestapo! Gestapo!” wykrzykiwane ku milicjantom.

Kto tam mógł być? – zastanawiam się. Przecież mówiono, że Region został już dużo wcześniej opanowany przez milicję i Służbę Bezpieczeństwa. „Widocznie ludzie z Mazowsza dostali się jakoś do środka – mówi Andrzej – i czego nie mogli wynieść, wyrzucili w odpowiednim momencie.”

Rozstajemy się, naznaczając sobie za dwa dni spotkanie w kościele Zbawiciela. Jadę na Mokotów. Na Puławskiej widzę pierwszy czołg. Stoi na skwerze z lufą wymierzoną w ulicę Madalińskiego. Obok żołnierz w skórzanej czapce, zupełnie jak z wojennych filmów, które do niedawna tak lubiłem oglądać.

Dom Jacków to miejsce bezpieczne. „Właśnie chcieliśmy do was jechać” – wita mnie Ewa. „Przyjechałem z piżamą” – odpowiadam. Wypakowuję dwie konserwy, ćwiartkę chleba i szczotkę do zębów. Opowiadam o Mazowszu. Jacek i Ewa są skrajnie przygnębieni. Ewa przepłakała pół dnia. Także słuchając mojej relacji, ma łzy w oczach. Jacek obejmuje ją, przytula mocno, w milczeniu, bo i co tu mówić?…

Po chwili siadamy przed telewizorem, w którym dwaj niezawodni z „Dziennika Telewizyjnego”, dziś w randze szeregowców, odczytują kolejne dokumenty. Teraz one regulują nasze życie. Przede wszystkim dekret o stanie wojennym. Wynika z niego jasno, że mogą z nami zrobić, co zechcą.

Zawieszeniu lub ograniczeniu ulegają podstawowe prawa zagwarantowane w konstytucji i umowach międzynarodowych: nietykalność osobista, nienaruszalność mieszkań i tajemnicy korespondencji, prawo zrzeszania się, wolność słowa, druku, zgromadzeń, wieców, pochodów i manifestacji. Nie wolno zmieniać miejsca pobytu bez zezwolenia, a jeśli to nastąpi, trzeba meldować się przed upływem dwunastu godzin. Zakazane jest organizowanie wszelkich imprez artystycznych, rozrywkowych i sportowych. Zawieszona zostaje działalność związków zawodowych, prawo do strajków i akcji protestacyjnych. Zabrania się używać jakichkolwiek urządzeń poligraficznych. Nie wolno fotografować i filmować. Należy niezwłocznie oddać wszelką broń, amunicję i materiały wybuchowe, a przy sobie nie wolno nosić niczego ostrego, choćby scyzoryka, bo może zostać potraktowany jako broń biała. Likwidacji ulegają wolne soboty. Grozi się wprowadzeniem przymusu pracy dla wszystkich pomiędzy piętnastym a sześćdziesiątym rokiem życia, a także powszechnym obowiązkiem służby wojskowej. Ustala się normę lokalową pięć metrów na osobę i dopuszcza dokwaterowywanie lokatorów do mieszkań prywatnych według tej zasady.

I tak dalej, i tak dalej. Nikt nie zostaje oszczędzony. Chłopi mogą spodziewać się przywrócenia znienawidzonych dostaw obowiązkowych. Studenci mają przymusowe i bezterminowe wakacje i muszą rozjechać się do domów. Obywatele polscy zostają zamknięci w ojczyźnie i nie mogą jej opuszczać. Dziennikarze wszystkich gazet, tygodników i czasopism, poza „Trybuną Ludu” i „Żołnierzem Wolności”, otrzymują urlopy, a redakcje zostają zapieczętowane. Między godzinami dwudziestą drugą a szóstą rano obowiązuje godzina milicyjna. Zakazane jest nawet uprawianie turystyki oraz żeglarstwa i wioślarstwa.

Ta długa wyliczanka przerywana jest przekleństwami Jacka, który także komentuje całość: „Cóż to będzie za koszmarna, sowiecka nuda!”. Ale to jeszcze nie koniec wielkiego straszenia. Zostaje wprowadzony tryb doraźny i to zarówno przed sądami wojskowymi, jak i powszechnymi, przez co bardzo surowemu zaostrzeniu ulega procedura sądowa i sam wymiar kary. Najniższa to trzy lata więzienia, najwyższa – śmierć. Od wyroku nie ma odwołania.

Słuchamy tego jak ogłuszeni. Ruina naszego życia jest zbyt wielka i gwałtowna. Nie można pojąć, że w ciągu kilku godzin zniszczono wszystko, w co wierzyliśmy i o co walczyliśmy przez tyle czasu. To jest po prostu nierealne. Słucham, oglądam, uczestniczę i „zły sen”, myślę, „to tylko zły sen”.

Mijają godziny. Trudno usiedzieć w miejscu. Wyjść nie można ani też nie ma dokąd. Chodzimy z Jackiem po małym mieszkaniu. Z kąta w kąt. Próbujemy odgadnąć, co było, co będzie. Komisja Krajowa została na pewno złapana w stoczni, w czasie obrad, razem z ekspertami i doradcami. Cała „głowa” za jednym zamachem. Jednocześnie aresztowania po regionach, również intelektualistów, działaczy KPN, Komitetu Katyńskiego i innych. Tysiące ludzi. Dziś pewnie nic się nie dzieje, lecz jutro, gdy robotnicy pójdą do fabryk…

Dochodzi dziewiąta trzydzieści. Próbujemy złapać BBC. Zagłuszają strasznie. Mało nie wejdziemy w radioodbiornik, by wyłowić jakiś sens z tych strzępów, które do nas docierają. Dlatego, kiedy wreszcie słyszymy natarczywe pukanie do drzwi, wpadamy w panikę. Kto przychodzi tuż przed godziną milicyjną? Radio zostaje zgaszone, ja wepchnięty do łazienki. Po chwili Jacek wyciąga mnie stamtąd i przedstawia sąsiadom. To młode małżeństwo. Nie mogą wytrzymać sami w domu. Przynieśli napoczętą butelkę wódki, jedyną, jaką mają.

Niespodziewanie trafiamy na „Wolną Europą”. Słychać wyraźnie. Mówią o oburzeniu na świecie, o spontanicznych manifestacjach pod polskimi ambasadami w stolicach krajów zachodnich. W Brukseli protestowało dwa tysiące, ponad tysiąc w Sztokholmie. W Paryżu, pod pomnikiem Mickiewicza, zebrało się – jak przekazuje spiker – „mimo weekendu i niesprzyjającej pogody” pięćset osób.

Generał Wojciech Jaruzelski ogłasza wprowadzenie stanu wojennego, 13 grudnia 1981.

Transporter opancerzony w Alejach Jerozolimskich w Warszawie.

Mój Boże, zdradzono nas, podeptano wszelkie umowy i prawa, przemocą i podstępem próbuje się zdławić naród, a tam z siedmiu milionów zebrało się pięciuset i to z pewnością Polaków. Tak, wiem, że przez te szesnaście miesięcy Zachód popierał nas, że zachowywał się lojalnie, chwilami wręcz entuzjastycznie wobec „Solidarności”, ale wiem również, że „nikt nie będzie umierał za Gdańsk”. Wiem, wiedziałem i niby nie spodziewałem się niczego, lecz ta liczba pięćset u końca tragicznego dnia trafia mnie w serce. Widzę, jak po raz kolejny w historii Polska na oczach całego świata i przy jego współczuciu pogrąża się w czarną dziurę.

„Dajcie wódki!”

14 grudzień 1981, poniedziałek

Zieleński popełnił samobójstwo. Świetny dziennikarz, delegat Mazowsza na Zjazd „Solidarności”, redaktor naczelny tygodnika, który powstawał w Regionie. Wyskoczył przez okno. Okropna, bezsensowna śmierć. Po ataku serca leżał w szpitalu na Hożej. Wczoraj rano przyszli do niego chłopcy z Niezależnego Zrzeszenia Studentów opowiedzieć, co się dzieje. Po ich odejściu Zieleński wszedł na drugie piętro i rzucił się w dół. Zastanawiam się dlaczego. Czy wydawało mu się, że to już ostateczny koniec, że nie mamy żadnych szans? Czy przestraszył się aresztowania i przesłuchań i wolał uprzedzić oprawców? Jaka szkoda. To był prawy, mądry człowiek i mógł się bardzo przydać. To nie czas na samobójstwa. Jeszcze nie.

Całe przedpołudnie u Janki, w centrum miasta. Ciągle ktoś przybiega, przynosi wiadomości. Aresztowano około dwudziestu uczestników przerwanego wczoraj Kongresu Kultury Polskiej. Również wielu innych spośród intelektualnej i naukowej elity. Profesor Szaniawski, którego wypuszczono po kilkunastu godzinach, powiedział, że w celi tłok był taki, iż musieli cały czas stać, ale nigdy w życiu jeszcze nie spędzał nocy w tak dobrym towarzystwie. Rzeczywiście, nazwiska są znakomite. Najlepsi z najlepszych. Profesorowie, rektorzy wyższych uczelni, członkowie PAN, pisarze i dziennikarze. Generalissimus poszedł na całość. Nie zachowuje już żadnych pozorów. Inteligencja musi zapłacić za to, że poparła robotników. Po relacjach Szaniawskiego w Polskiej Akademii Nauk ogłoszono strajk.

Mąż Janki widział na Politechnice listę aresztowanych z naszego Regionu. SB zaczęła akurat wyrzucać wszystkich z gmachu i nie zdążył zapisać. Są na niej na pewno: Onyszkiewicz, Jaworski, Mazowiecki, Geremek, Wujec, Romaszewski, Małachowski. Nie ma natomiast Bujaka. Czyżby uciekł? Zbyt to niepewne, by się cieszyć. Wypytuję o Janusza, lecz nikt nic nie wie. Ewka pojechała do Gdańska na Krajówkę, czyli siedzi. Spotykam za to innych. Antek próbował dotrzeć do Huty Warszawa, ale jest dookoła obstawiona czołgami i wojskiem. O mało go nie złapali. Tak samo jest z Ursusem i fabryką samochodów na Żeraniu. Otoczone, odcięte od świata. A w środku załoga. Bezbronni ludzie naprzeciwko czołgów. Serce mi się ściska, gdy myślę, co oni tam przeżywają.

A Wałęsa? Podobno zawieziony na rozmowy do Warszawy. Jak go muszą naciskać i szantażować. Czego nie wmawiać, czym nie grozić… Przecież na złamaniu Wałęsy zależy im najbardziej. Ale nic z tego, panowie, nie ma takiego sposobu, by go zmusić do kolaboracji. Tego jestem pewien.

Koło trzeciej wyruszam do domu. Na przystanku autobusowym obwieszczenie o stanie wojny. Pośrodku ktoś wymalował wielką, czerwoną swastykę. A swoją drogą, kiedy oni zdążyli nadrukować tyle tego? Całe miasto jest oblepione. Przyglądam się i dostrzegam, że obwieszczenie nie ma żadnej daty! Teraz rozumiem, przygotowali wszystko dawno, może wiele miesięcy temu i schowali w supertajnych magazynach, żeby wyciągnąć we właściwej godzinie. A w tym samym czasie deklarowali, że chcą budować z narodem front porozumienia. „Nie wierz nigdy «czerwonym», w niczym”, powtarzał mi wiele razy ojciec, który przeszedł sowieckie łagry. I jak zawsze miał rację.

Patrol wojskowy na placu Zamkowym.

Mróz okropny. Autobusy i tramwaje jeżdżą rzadko. Po półtorej godziny, przemarznięty, docieram do domu. Anka ogromnie zdenerwowana. Byli wczoraj. Dwóch. Pytali, gdzie jestem, kiedy wrócę. Więc jednak. Siadam, próbuję się skupić i zastanowić nad tym, co robić. Czy ukrywać się, jak czyni w tej chwili wielu, czy stawić temu czoła? Rzecz w tym, na co się liczy. Czy na to, że wszystko szybko się uspokoi? Tylko, że ja nie chcę, żeby się uspokoiło, bo to oznacza naszą klęskę. Czy na to, że „oni” przegrają? Bardzo bym chciał uwierzyć, że można tego doczekać w ukryciu, lecz nie wierzę. A może ukrywać się, aby jeszcze coś zrobić, działać? W tym sens największy, ale jak zostawić dom i to na prawdopodobnie długi czas. Anka nie da sobie rady sama z półrocznym niemowlakiem i Kajtkiem, kiedy zdobycie mleka wymaga parogodzinnych zabiegów. Działać mogę, mieszkając w domu, o ile pozwolą mi w nim pozostać. I to jest podstawowe pytanie: czy przyszli porozmawiać ze mną, czy mnie aresztować? Wiem, że odpowiedź uzyskam jedynie wtedy, jeśli zaryzykuję i poczekam na następną „wizytę”. Rozmawiają z wieloma, aresztują niektórych. „Idź z domu” – mówi Anka. „Nie, zostaję.”

15 grudzień 1981, wtorek

Autobus zatrzymuje milicja. W Nowy Świat nie ma wjazdu. Dalej idziemy pieszo. Na chodnikach gęsto, na jezdni pusto. Naraz od strony Uniwersytetu nadjeżdża na sygnale milicyjny fiat, za nim buda. W budzie szyby powybijane. Przy oknach ludzie. Wczepieni w żelazo krat krzyczą przeraźliwie: „Złapali nas! Wiozą na śmierć! Pamiętajcie!”. Stoję w milczącym tłumie. Kiedy buda mija mnie na pełnym gazie, dostrzegam twarz starszej kobiety i jej otwarte do krzyku usta. „Boże, bądź nam miłosierny”, słyszę za sobą. Odwracam się. Mężczyźni pozdejmowali czapki. Kobiety mają łzy w oczach.

Skąd oni są? Zastanawiam się i prawie biegnę. Mijam Świętokrzyską. Przy budynku PAN zbiegowisko. „Co się dzieje?” „Wyprowadzają profesorów” – odpowiada ktoś obok. To oznacza, że złamali strajk. Przedzieram się do pierwszego szeregu. Z budynku wywlekają kobietę. Milicjant ciągnie ją za włosy, drugi z tyłu wykręca rękę. Czuję… Nie, sam nie wiem, co czuję. Boże! Kary! Kary na nich! Wynoszą mężczyznę. Jest zupełnie sztywny, nieprzytomny. Dostał pałą albo gazem. Wrzucają go do samochodu, który natychmiast odjeżdża.

Z tyłu dobiega mnie: „Faszyści! Mordercy!”. Zaczynam krzyczeć. Krzyczą inni. Milicjanci nie reagują. Nagle z boku wybiegają wprost na nas zomowcy z wielkimi pałami. Rozbiegamy się. Wpadam do kościoła Świętego Krzyża. Za moment jest nas ze sto osób. Trzęsiemy się w bezsilnej złości. Z zakrystii wychodzi ksiądz. Bez słowa idzie do ołtarza. Klęka. Zaczyna mówić: „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami…”. Nie wszyscy go zauważyli. Podchodzę jako jeden z pierwszych. Za sobą słyszę kroki innych. Za moment modlitwa wypełnia kościół.

Pół godziny później na ulicy jest spokojnie. Milicja odjechała. Tylko po drugiej stronie ulicy widzę grupę osób. Podchodzę. Otaczają starą kobietę. Mała, ubrana na czarno, mówi głośno, nieomal krzyczy: „Jestem komunistką, zabijcie mnie, rozdepczcie!”. Młody chłopak odzywa się pojednawczo: „Babciu, jesteś ostatnią komunistką w tym kraju, żyj sobie”. Ale staruszka, jakby w szoku czy ataku histerii, nie przestaje krzyczeć. Odchodzę wolno.

Pada gęsty śnieg. Wszystko wygląda normalnie. Jedynie postrzępione resztki zdartych plakatów „Solidarności” i zamalowane hasła świadczą, że coś się tu zdarzyło. Mijam Uniwersytet, kościół Wizytek, hotel Bristol, miejsca ulubione, przywodzące mnóstwo dobrych wspomnień. A teraz smutek, żal, gorycz i niepewność. Co się dzieje w kraju? Podobno strajkują kopalnie, stocznie. Podobno… Bez łączności jesteśmy bezbronni jak dzieci. Rozwalają nas po kawałku. Widzę znów twarz kobiety w oknie milicyjnej budy. Dlaczego tak się musiało stać? Dlaczego?…

16 grudzień 1981, środa

Czołgi przyjechały w nocy. Zatrzymały się na skrzyżowaniu. Usłyszeli je sąsiedzi i zaalarmowali całe piętro. Stanęliśmy stłoczeni w mieszkaniu pani Zosi, skąd najlepiej widać. Są trzy. Ulica pusta. Żołnierze siedzą w środku. Słychać głuchy pomruk silników. Przy naszym oknie zdenerwowanie. Starsi wspominają wojnę. Nagle ktoś odzywa się: „Żeby tylko były polskie…”. Patrzymy po sobie. Po chwili rozchodzimy się w milczeniu.

Rano idę po mleko. Silniki zgaszone. Żołnierze kręcą się wokół. Mówią polszczyzną nie do podrobienia. Z sąsiednich domów wynoszą im herbatę i chleb. Rozmawiają. Czołgiści żalą się. Od piątku śpią w czołgach i dostają wyłącznie suchy prowiant. Naokoło tłum dzieci. Chcą zobaczyć, dotknąć. Kajtek też żebrze, idziemy zatem i mały aż się wyrywa ku lufom i karabinom. Żołnierze marzną i nudzą się. Niektórzy pucują maszyny. Większość zadaje się z cywilami. Jeden na oczach rozrzewnionej mamy ciągnie sanki z małą dziewczynką. Inny demonstruje działko zachwyconym wyrostkom. Podchodzą także mężczyźni.

Koło południa sceny jak z pacyfistycznych filmów. Kobiety ugotowały żołnierzom zupę. Jedzą, wymieniając się talerzami. A na czołgach królują dzieci. Głowa dziewczynki wystaje z włazu, dwóch chłopców uwiesiło się na potężnej lufie i huśta niczym na gimnastycznym drążku. Patrzę i zastanawiam się, czy to ci sami żołnierze, którzy wczoraj rozbili zaspawaną bramę w Hucie Warszawa? Zmiażdżyli ją swoimi pancernymi maszynami, by utorować drogę do rozprawy ze strajkującymi robotnikami.

Coraz więcej wiadomości. Pewne jest, że na wolności są Bujak, Janas, Kulerski, także Lis z Gdańska i Frasyniuk, przewodniczący Regionu Dolnośląskiego. Wielka radość, a także nadzieja, bo to doświadczeni działacze jeszcze sprzed Sierpnia. Natomiast Rozwalak, szef Poznania, jako jedyny z aresztowanej „góry” solidarnościowej załamał się i podpisał deklarację popierającą stan wojenny. Głupiec i tchórz, a może agent?

Dwie relacje z przeciwnych stron barykady.

Milicjant: O godzinie jedenastej wieczorem 12 grudnia został niespodziewanie wezwany do swojego komisariatu w centrum Warszawy. Zastał tam wszystkich kolegów. Podzielono ich na trzyosobowe grupy. Punkt o północy otrzymali zapieczętowane koperty. W każdej nakaz aresztowania, nazwisko, adres i plan dojazdu. Przed budynkiem czekały samochody. W bagażnikach łomy do wyważania drzwi. Przez następne godziny dowozili tych, których złapali. Zawsze w kajdankach, a często ubranych pospiesznie i zbyt lekko jak na kilkunastostopniowy mróz. Milicjant wiele już przeżył akcji, lecz czegoś takiego nie widział. Schody i korytarze komisariatu były tak wypełnione aresztowanymi i ich strażnikami, że nie można się było przecisnąć. I to pomimo tego, że spisywano tylko dane, brano depozyt i odsyłano do aresztu w Białołęce. Pracę skończyli dopiero późnym rankiem.

Uczestnik ostatniego posiedzenia Komisji Krajowej: Do końca nie przeczuwali niczego, chociaż w sobotę po południu i wieczorem z różnych regionów teleksowano o ruchach wojsk i milicji oraz próbach przerywania łączności. Jedyną reakcją był telefon do wojewody gdańskiego z zapytaniem, co to znaczy. Wojewoda uspokoił, że to jedynie akcja przeciwko spekulantom pod kryptonimem „Pierścień”. I rzeczywiście, kiedy o drugiej w nocy zostali obudzeni, kryptonim potwierdził się. Wokół Grand Hotelu stał pierścień milicji, tarcza przy tarczy, a za tarczami hełmy, pały i broń. Z boku budy.

Akcja odbyła się w spokoju i milczeniu. Jedni nie tłumaczyli się, drudzy nie pytali. Wszystko było zbyt oczywiste. Skutych przewieziono do koszar. Poprzedzielanych milicjantami postawiono twarzą do ściany. Po kolei brano do pokoju, spisywano, rewidowano i odstawiano na dużą salę. Tutaj od razu powstał klub towarzyski. Nie było nic do roboty, poza rozmową. Rozmawiano spokojnie, wręcz pogodnie, na wszystkie możliwe tematy. Przydzieleni do pilnowania milicjanci rozdziawiali gęby ze zdziwienia.

Prędko zostali zabrani członkowie Prezydium KK oraz Kuroń i Modzelewski. Kiedy opuszczali salę, Rulewski zawołał, dość histerycznie, coś w rodzaju: „Proszę koleżeństwa, głodujemy, aż do zwycięstwa!”. Ale nie podjęto ani tego tonu, ani tematyki. Potem jeszcze ktoś położył się na podłodze ze słowami: „Zakładamy głodówkę protestacyjną”, na co drugi replikował: „Tak, do pierwszego posiłku”. Ten posiłek zresztą nie nadchodził, dlatego koło czwartej po południu zredagowali petycję domagającą się odpowiedniego traktowania i wręczyli ją strażnikom. Pół godziny później pojawiły się kanapki i herbata. W tejże sali spędzili noc.

Gdy słuchałem tego opowiadania, to poza szacunkiem dla osobistego męstwa i spokoju, z jakim czołowi działacze przyjęli aresztowanie, ogarniają mnie również inne uczucia: złość i zawód. To najmądrzejsi, najlepsi ludzie w kraju, obdarzeni zaufaniem nas wszystkich, a przecież ich zadufanie i brak przewidywania graniczy z głupotą. Jasne, „czerwoni” oszukiwali, mydlili oczy, lecz także od miesięcy nasilały się z ich strony działania jawnie zmierzające do konfrontacji. Kiedy stoi się na czele dziesięciomilionowego Związku, to nawet jeśli osobiście nie wierzy się w możliwość konfliktu, trzeba się do niego przygotować. Okazało się, że żadnych przygotowań nie było. Ich schwycili pierwszej nocy, a my pozostaliśmy bez planu, środków, maszyn drukarskich. Jak mogli być tak karygodnie naiwni? Płacą za to teraz wysoką cenę, a największą płaci Polska.

17 grudzień 1981, czwartek

Przed rokiem pojednanie narodowe pod pomnikiem Ofiar Grudnia. Razem „Solidarność”, partia i Kościół, transmisja w telewizji, wzruszenie i duma, że udało się tak szybko te pomniki zbudować, a obecnie… Właśnie dzisiejszy dzień stał się pretekstem do ogłoszenia stanu wyjątkowego, by „zapobiec demonstracjom, które zmierzały do przejęcia władzy”. Po czterech dniach „wojny” nawet niektórzy milicjanci przyznają, że nie było żadnych przygotowań ani bojówek, istnienie których próbowano nam wmówić. Nieoceniony telewizor pokazał gumową pałkę – jedną! – i parę kastetów znalezionych podobno w Regionie Mazowsze. Ma to być koronny dowód, że „Solidarność” chciała obalić ustrój siłą. Czy „oni” uważają nas wszystkich za debili?

W rzeczywistości Związek organizował manifestacje, żeby uczcić Grudzień 1970 roku i dać wyraz protestowi przeciw wszelkiej przemocy. Dziś przemoc triumfuje, lecz nie do końca, bo ci, którzy nią sterują, nadal się boją. Od wczoraj nadawane są komunikaty przypominające, że demonstracje są zakazane i będą likwidowane przy użyciu wszystkich niezbędnych środków. Straszą i jak zawsze kłamią, twierdząc, że to elementy kontrrewolucyjne i reakcyjne nawołują młodzież i robotników do udziału w demonstracjach.

W Warszawie, wedle