Strona główna » Obyczajowe i romanse » Wangowie kontra świat

Wangowie kontra świat

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-198-1

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wangowie kontra świat

Niezwykle zabawny debiut powieściowy o zamożnej, acz rozbitej rodzinie chińskich emigrantów, którzy mieli wszystko, ale pewnego dnia stracili majątek do ostatniego centa, oraz o podróży przez Amerykę, która ich połączyła. Charles Wang jest wściekły na Amerykę. Krzykliwy i sympatyczny biznesmen zbudował imperium kosmetyczne, ale kryzys finansowy doprowadził go do ruiny. Teraz Charles pragnie tylko umieścić dzieci w bezpiecznym miejscu, a samemu pojechać do Chin, by odzyskać ziemię przodków – i własną dumę. Charles zabiera Andrew, aspirującego do zostania stand–upowcem, i opętaną modą Grace ze szkół, na które go dłużej nie stać. Razem z Barbrą, swą kolejną żoną, wyruszają w podróż z zajętego przez bank domu w Bel–Air na drugi koniec kraju do stanu Nowy Jork, gdzie przed światem kryje się jego najstarsza córka Saina, okryta niesławą piękna plastyczka. Wziąwszy jednak pod uwagę uwiedzenie syna przez kusicielkę w Nowym Orleanie, gotowość do ucieczki żony zwabionej pościelą najlepszej jakości i spektakularną katastrofę w Karolinie Północnej, Charles przypuszczalnie będzie musiał wybrać pomiędzy starym a nowym światem, pomiędzy utrzymaniem rodziny a spełnieniem swojego marzenia o nowym początku w Chinach.

Polecane książki

Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz czyli ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem Wstęp i opracowanie Stanisław Pigoń, aneks Julian Maślanka Poetycka wizja Litwy lat 1811 i 1812, spisana przez Adama Mickiewicza dwie dekady później, na emigracji w Pary...
Focusing jest naturalną umiejętnością, którą odkryto, przyglądając się temu, co robią ludzie, kiedy doświadczają korzystnej zmiany.  Jest to skupienie na własnym ciele i uświadamianie sobie tego, co czujemy w danej chwili. Wielu ludzi nie ma kontaktu ze swoimi uczuciami i pragnieniami. Często mężczy...
Publikacja omawia najważniejsze kwestie związane z przekształceniami spółek, jakie uregulowano w Kodeksie spółek handlowych, w tym przekształcenie spółki cywilnej w spółkę prawa handlowego oraz przekształcenie przedsiębiorcy prowadzącego jednoosobową działalność gospodarczą w jednoosobową spółkę kap...
Książka prezentuje aktualne zagadnienia dotyczące funkcjonowania placówek ochrony zdrowia i ich zespołów pielęgniarskich w odniesieniu do współczesnych problemów organizacji ochrony zdrowia. Wielopłaszczyznowe ujęcie tematu bazujące na doświadczeniach zawodowych autorów pozwala na zapoznanie się z k...
Geniusz i destrukcja. Biografia Erica Claptona, jednego z najwybitniejszych gitarzystów w historii, żywej legendy, twórcy takich przebojów jak Layla czy Tears in Heaven. Historia człowieka, który przez lata dążył do autodestrukcji, stając się jednocześnie niezwykłym, charyzmatycznym muzykiem, prawdz...
Emily prowadzi sklep z ubraniami vintage. Burzliwe życie matki nauczyło ją, że nie ma czegoś takiego, jak „I żyli długo i szczęśliwie”.Jackson jest milionerem i właścicielem wielkiego koncernu. Kilka rozwodów i ponownych małżeństw rodziców nauczyło go, że nie ma związku, który by się szybko nie rozp...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jade Chang

Tytuł oryginału:

THE WANGS V. THE WORLD

Copyright © 2016 by Jade Chang Inc.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autorki: © Teresa Flowers

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Iwona Wyrwisz, Anna Just, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-8110-198-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Changów (wszystkich trojga)!

W przyszłości bije starożytne serce.

CARLO LEVI

Rzeczą cudowną jest zdobycie bogactwa.

DENG XIAOPING

一Bel Air, Kalifornia

Charles Wang był wściekły na Amerykę.

Ściślej rzecz biorąc, Charles Wang był wściekły na historię.

Gdyby pałający śmiertelną żądzą Japończycy nie najechali kiedyś na Chiny, gdyby milion – miliard – oszukanych studentów i niewolników nie czciło bałwochwalczo łysiejącego akademika, który papugował rosyjskiego szaleńca i nie był w stanie zapłacić za swoje obietnice, to Charles nie stałby tutaj z aspiryną w dłoni, wypatrując z okna swojego ukochanego domu w Bel Air tych wyrachowanych dupków z banku (tego samego, który przed laty padł przed Charlesem na kolana i całował go po tyłku), żeby przyszli i odebrali mu życie.

Bez historii wcale by go tu nie było.

Byłby tam, mieszkałby na przynależnych mu z urodzenia ziemiach przodków, rozpieszczony książę w jedwabnych szatach, pisałby pikantne, błyskotliwe wiersze, uwodził służące, pobierał dziesięcinę od swoich chłopów i zaskarbiał sobie ich głęboką wdzięczność za to, że w zrujnowanych domach zostawia im tyle ziarna, żeby wystarczyło na spłodzenie kolejnych głodnych dzieci.

Ale świat, który powinien istnieć, rozpadł się na kawałki, potężny brzuch Azji wzdął się od trującej obcej niestrawności i wypluł Charlesa, boleśnie nim obijając, na Tajwan, ten tropikalny żart, a kiedy udało mu się stanąć na nogi, smrodliwymi wyziewami posłał go przez rozległy Pacyfik i rozsmarował na powierzchni bezosobowej zielonej krainy pełnej łapczywych przybyszów, w tym jego pozostawionych samym sobie rodaków: biednych, niepiśmiennych, drapiących się po jajach kulisów z Kantonu i Fujianu, których szczytem marzeń był fartuch kucharza i ruchanko od tyłu w jakimś zaułku.

Och, nie powinien być wulgarny.

Charles Wang nie powinien nawet wiedzieć, co się dzieje w lepkich od brudu pokojach i pod poplamioną pościelą. Pokolenia wspaniałych przodków, uczonych, mężów stanu i posiadaczy ziemskich przysposobiły go do aromatycznych herbat rozwijających płatki w świeżej źródlanej wodzie, do kaligraficznych muśnięć pędzelkiem z sierści białego wilka zanurzonym w czarnym tuszu z klejem z jelenich rogów, do niefrasobliwych gier hazardowych rozgrywanych pomiędzy prawdziwymi przyjaciółmi.

A nie do tego. Do tego nie. Nie dla niego skundlona kaczka po pekińsku zjadana w restauracji pana Chow przy stoliku sąsiadującym ze stolikiem aspirujących do sławy raperów i ich niskich, pulchnych, noszących kolorowe szkła kontaktowe filipińskich dziewczyn. Nie dla niego zatłoczone wernisaże, na których cienki jak papier kołnierz jego kaszmirowego swetra przesiąkał potem, a on wpatrywał się w jakieś unoszące się w formaldehydzie przecięte na pół zwierzę z flakami nieraczącymi nawet wypłynąć. Nie dla niego białe kobiety ze srebrnymi pałeczkami we włosach, uśmiechem dopraszające się pochwały. Absolutnie nic w jego długiej linii genealogicznej nie przygotowało go na uwielbienie Zachodu dla Dalajlamy, na gwiazdy pop noszące jadeitowe paciorki modlitewne i na powszechne popijanie cholernych boba chai.

Wcale nie powinno go tu być. Nigdy nie powinien z własnej woli postawić stopy w Nowym Świecie, to nie ulegało wątpliwości. Historia zaczęła ruchać Charlesa Wanga, a Ameryka dokończyła robotę.

I to było najgorsze, ponieważ Ameryka, ta kapryśna suka, w przeszłości kochała Charlesa Wanga.

Dała mu ten dom, piękną posiadłość w stylu georgiańskim, niegdyś należącą do pomniejszej gwiazdki MGM, która wyszła za prawnika studia, a ten prawdziwe pieniądze zarabiał na handlu bronią u Mickeya Cohena. W każdym razie tak mówił Charles swoim gościom, kiedy oprowadzając ich po domu, wskazywał ukryty tunel w piwniczce z winem oraz dziurę po kuli w oknie salonu.

– Włosi żydowskim gangsterom nie podskoczą! – mawiał, gładząc mezuzę, którą pozostawił na framudze drzwi. – W Starym Testamencie nie ma piekła!

Potem zapraszał gości na zewnątrz, prowadził ich wzdłuż symetrycznych rzędów ozdobnie przystrzyżonych krzewów i układających się w wiry płatków róż Madame Louis Lévêque, by wreszcie zatrzymać się przed statuetką kłaniającego się dżokeja, którego uśmiechniętą czarną twarz dawno temu taktownie pomalowano na lśniący róż. Z uniesioną brwią Charles mówił gościom, że dom, którego przeznaczeniem było stać się siedzibą Wangów, zaprojektował Paul Williams, pierwszy czarny architekt w mieście. Facet zbudował też dom Franka Sinatry, tę dziwaczną restaurację na lotnisku w Los Angeles z gwiazdami i statkami kosmicznymi, wyglądającą, jakby przeniesiono ją żywcem z Jetsonów, oraz zamek dla Charlesa Wanga.

Martha Stewart rozpływała się wręcz w pochwałach domu. Nazwała go skarbem, położyła Charlesowi Wangowi bladą, zgrabną dłoń na rękawie letniej marynarki z granatowego jedwabiu z polerowanymi mosiężnymi guzikami, uszytą przez krawca, który miał apartament w hotelu Peninsula Hong Kong i także nosił nazwisko Wang, choć dzięki Bogu nie był krewnym. Martha Stewart chwyciła rękaw Charlesowej marynarki, spojrzała na niego z niebywałą szczerością i wyrzuciła z siebie:

– To niezwykle ważne, Charles, naprawdę istotne, że utrzymujemy ducha tych domów.

W gruncie rzeczy Ameryka dała mu też troje dzieci, uroczych i cudownych, chociaż żadne nie nauczyło się mówić po mandaryńsku bez akcentu i wszystkie mieszkały osobno, odmawiając mu podstawowej godności bycia głową rodziny. Niejaką rolę odegrała w tym pierwsza żona Charlesa, aczkolwiek to on przyjechał do Ameryki i poprosił tę kobietę o rękę, to on padał na kolana na wieść o każdej ciąży, to on kucał przy szpitalnym łóżku i kibicował kolejnym dzieciom wkraczającym w świat niczym wojownicy.

Tak, Ameryka niegdyś go kochała. Dała mu jaja, żeby przekształcić w imperium kosmetyczne nędzną fabryczkę ojca na obrzeżach Tajpej, trzykominowy biznes dostarczający mocznik producentom nawozów sztucznych. Mocznik. Jego ojciec handlował sikami! W dodatku nie prawdziwymi, tylko sztucznymi. Fałszywymi. Substytutem związku amoniaku i azotu, który można wyprodukować z materiałów nieorganicznych i po zabiegach reklamowych nazwać mocznikiem, choć w gruncie rzeczy to tylko manewr, który sprawia, że siki przestają być tak strasznie sikowate.

Świadomość, że jego ojciec, wysoki i dumny ojciec, lekko mrużący oczy jak uczony, noszący zapięte pod szyję pikowane kamizelki, spokojnie przeszedł od zarządzania akrami żyznej chińskiej ziemi do prowadzenia fabryki sików na Tajwanie – cóż, to było upokorzenie tak wielkie, że nikt nie potrafi nawet o nim wspomnieć.

Ojciec chciał, żeby Charles studiował na tutejszym uniwersytecie i został mężem stanu nowego państwa, młodym człowiekiem w zachodnim garniturze, który przejmie dziedzictwo Sun Yat Sena, ale Charles ułożył inny plan – zamierzał odzyskać dla rodziny dawne życie. Armia dobrze mu życzących (z której nikogo nie miał więcej spotkać) zapakowała go do samolotu z dwoma zwojami z zaklęciami na szczęście, pokruszonym wieńcem z orchidei oraz listą amerykańskich producentów nawozów sztucznych – ewentualnych odbiorców taniego mocznika.

Charles połowę lotu spędził zamknięty w toalecie, pozbywając się pozostałości po bankiecie pożegnalnym: zupy z ptasiego gniazda oraz tłustej wieprzowiny duszonej w wijącej się masie strzykiew. Kiedy uznał, że ani sekundy dłużej nie zniesie widoku własnej wypranej z kolorów twarzy, wziął do ręki miniaturowe mydełko w woskowanym papierze i zajął się lekturą etykietki, ćwicząc przy okazji swój angielski. Opakowanie było śliczne, pachnące liliami i ozdobione fioletowymi kwiatami. „Nawilżające”, obiecywał napis na froncie. „Skóra tak miękka, że to musi być Glow”. Z drugiej strony widniała stłoczona gęsto lista składników, która Charlesa zaskoczyła. Działo się to w czasach, gdy na Tajwanie nie istniał nakaz podawania składu produktu i żaden nieprzekupny wydział zdrowia nie monitorował przechwałek w rodzaju, że opakowanie suszonych fig nie zawiera nic ponad, dajmy na to, „najświeższe figi suszone na zdrowym złotym słońcu”.

Charles stał, kołysząc się w przód i w tył na obcasach wyglansowanych, ręcznie robionych butów, i zezował na mydełko, usiłując odczytać maleńki druk. Słodki olej migdałowy, stearynian sodu, olej jojoby, hydrolizat protein pszenicy i to: MOCZNIK. Hydroksyetylomocznik, wciśnięty pomiędzy masło shea a kokoiloizetionian sodowy.

Mocznik!

Mocznik na ślicznym amerykańskim mydełku!

Charles się wyprostował, ochlapał twarz zimną wodą i wrócił na swoje miejsce z mydełkiem w zaciśniętej dłoni. Z luku nad głową wyciągnął kraciastą marynarkę, wyjął z kieszeni listę producentów nawozów sztucznych i wepchnął ją do kieszeni na fotelu tuż za pomarszczoną torebkę na wymioty. Kiedy wysiadł z samolotu, nie miał przy sobie także zwojów z zaklęciami i wieńca z orchidei. Wsunął mydełko do kieszonki koszuli, przewiesił marynarkę przez ramię i przełknął resztki żółci. Charles Wang zamierzał z Ameryki wycisnąć słodycz. Nie wątpił w to.

– Czekolada z gówna – powiedział do siebie na głos, powtarzając jedną ze swoich ulubionych amerykańskich kwestii filmowych.

I udało mu się.

Zamienił gówno w wartą dwieście milionów dolarów czekoladę. Stał się królem kosmetyków z ośmioma fabrykami w Los Angeles, fabrykami, do których najpierw dostarczał mocznik, a potem przejął je na własność i każdą przekształcił w połyskliwe, pachnące tęczą morze kremów, pudrów, szminek i tuszów do rzęs.

Na początku fabrykami zarządzał oddzielnie, wysyłał klientów jednej w ramiona drugiej, kiedy się skarżyli na stale rosnące ceny. Wciąż od nowa dawali się złapać na haczyk – „Oferta specjalna! Tylko dla ciebie tak obniżamy ceny!” – po czym się przekonywali, że raz jeszcze rachunki tajemniczo się powiększają, odrobinę, lecz na tyle, by poczuli się niewygodnie. Później, gdy stało się jasne, że kobiety są gotowe płacić dwadzieścia, dwadzieścia pięć, trzydzieści dolarów za pomadkę do ust, tego rodzaju podstępy stały się zbędne, niezliczona ilość sieci hotelowych chciała mieć swoją markę szamponów, a wizażyści pragnęli wypuścić własną linię produktów.

Jedna z wizażystek, drobna młoda Japonka, która spoglądała na świat oczami postaci z anime, przyszła do niego z pustymi kieszeniami i listą celebryckich klientów. Przyjął jej pierwsze zamówienie na KoKo, zestaw wściekle jaskrawych cieni do powiek w okrągłych białych pojemnikach z wytłoczoną na froncie jej twarzą otoczoną idealnie przyciętymi włosami; półprzezroczyste źrenice żarzyły się barwami cyklamenu, żółci, błękitu. Linia momentalnie podbiła rynek, z wybiegów i łamów czasopism trafiła prosto do drogerii oraz do zamszowych torebek miliona nastolatek. A Charles jakimś sposobem zyskał sławę wizjonera, ryzykanta, pełnoprawnego członka nowej generacji utalentowanych biznesmenów, którzy zarabiają fortunę na masowej indywidualizacji, na otaczaniu splendorem roli pośrednika, na handlowaniu cudzym talentem.

Tak, Ameryka go kochała. Ameryka była wobec niego na tyle uczciwa, że włączyła chemiczne siki do listy składników produktów upiększających; Ameryka rozumiała, że piękno tworzy się z groteski.

Makijaż był amerykański, a Charles rozumiał makijaż. Podstęp i uczciwość. Nauka, psychologia i moda, przede wszystkim jednak chodziło o poczucie, że się jest bogatym. Nie o pieniądze, ale o bogactwo. Związane z nim nieskończone możliwości i przyjemną pewność. Połyskliwe egejskie lazury, gładkie wilgotne czerwienie i soczyste czernie, ciężkie pudełka z satysfakcjonująco płynnie działającymi zawiasami i dobrymi zamknięciami.

Podstęp, myślał Charles, jest prawdziwą uczciwością. Przyznanie się do pragnienia zmiany, gotowość do wysiłków – to miało sens. Prawdziwymi oszustami byli ci, którzy wypierali naturalne impulsy. Kochająca koty uczona niedbająca o niesfornie kręcące się włosy i niepróbująca ukryć śladów po trądziku należy do najbardziej podstępnego rodzaju kłamców, wkłada fałszywą maskę obojętności, chociaż na dnie serca musi, po prostu musi chować pragnienie bycia piękną. Przecież każdy tego pragnie. Tłusta dziewczyna niezaprzątająca sobie głowy wyskubywaniem brwi grubych jak dżdżownice? Gdyby życie było baśnią, jej zadarty nos urósłby taki długi, jak ogromny jest jej potężny brzuch. Przez wiele zyskownych lat dobrzy Amerykanie się z tym zgadzali.

Na przełomie tysiącleci był już bogaty. Przypuszczalnie dostatecznie bogaty, by odkupić w Chinach całą utraconą przez rodzinę ziemię; jego ojciec umarł, nie postawiwszy ponownie na niej stopy. Co tam, że komuniści nigdy by się nie zgodzili, żeby ziemia ta trafiła w prywatne ręce, wystarczała świadomość, że Charlesa było na to stać. Nie zrobiłby nic z tymi nieużytkami, wsunąłby tylko akt własności do kieszeni, przyjął korne pokłony swoich wieśniaków i kazał kierowcy jechać do Suzhou, gdzie podobno kobiety są tak piękne, że ich arogancja i nieposłuszeństwo przestają mieć znaczenie.

W sumie jednak Charles Wang za dobrze bawił się w Ameryce, żeby snuć rozważania o Chinach, które mogłyby do niego należeć.

Zaledwie cztery lata temu kazał pomalować kadłub swojej zgrabnej motorówki stu dwoma litrami Suicide Blonde, najlepiej sprzedającym się kolorem lakieru do paznokci w jego ofercie, idealną czerwienią z niebieską nutą, która podkreśliła mahoniowe wykończenia i białe skórzane siedzenia. Gdy tylko lakier wysechł, łódź pomknęła z Marina del Rey do Costa Careyes z uroczym ładunkiem modelek na fotograficzną sesję reklamową, cztery dni, które Charles zapamiętał głównie jako paradę młodych ciał w najróżniejszych odcieniach brązu i różu, przetykanych tylko tu i tam nieistotnymi plamami jaskrawego neoprenu.

Teraz łodzi nie było. Jakiś okrutny urzędnik z podkładką na dokumenty i urazą w sercu przykleił zapewne zawiadomienie na wejściu do jego hangaru albo przysłał brzydki holownik i powlókł biedną Dragon Lady (jak bardzo Charles się śmiał, kiedy kapitan mariny zapytał, czy wie, że to rasistowskie określenie) do lodowatego magazynu, żeby tam drżała z zimna.

Popełnił błąd, zakochując się w Ameryce.

Powinien o tym wiedzieć w chwili, gdy radosny, grający na gitarze chrześcijański misjonarz, który uczył go angielskiego, zapisał nazwisko Charlesa i przeliterował jako W-A-N-G.

Trzeba było trzymać się z daleka od każdego kraju, w którym może dojść do takiej niesprawiedliwości, który na całym globie rozprzestrzenia tego krtaniowego językowego bękarta z samogłoskami i podstępnym „r”.

W Chinach, w ustach każdego Chińczyka, Wang to nazwisko rodowe będące przedmiotem dumy. Oznacza „króla”, zapisuje się je znakiem prostym i silnym, a wypowiada z leniwym podwojonym „o”, sugerującym wygodne życie w letnich pałacach i łowienie z pozłacanych barek słodkich krewetek rzecznych. Ale człowiek przenosi się do Ameryki i to dumne „Wang” staje się nosowym żartem słownym; człowiek się przeprowadza i zmienia z „króla” w „fiuta”1.

Nie ma łodzi. Nie ma samochodu. Nie ma fabryk. Nie ma modelek. Nie ma szminek. Nie ma KoKo. Nie ma kraju. Nie ma królestwa. Nie ma przeszłości. Nie ma perspektyw. Nie ma szacunku. Nie ma ziemi. Nie ma ziemi. Nie ma ziemi.

Teraz, gdy stracił cały dobytek w Ameryce, Charles mógł myśleć wyłącznie o ziemi w Chinach.

O życiu, które powinno być jego.

O Chinach, gdzie Wangowie przynależeli.

Nie Ameryka. Nigdy Tajwan.

Gdyby mieszkali w Chinach, jego niewdzięczne dzieci nie rozpierzchłyby się po całym kontynencie. Gdyby mieszkali w Chinach, jego rozczarowana żona reagowałaby na każde słowo męża wyłącznie uwielbieniem. Znowu rozgniewany Charles odwrócił się od okna i podszedł do pustego biurka. Prawie pustego. Na środku, pomniejszona w zestawieniu z rozległym mahoniowym blatem, leżała ciężka pieczęć wyrzeźbiona z kwadratowego bloku cennego jasnego nefrytu.

Na większości pieczęci władzę podkreślał nadmiar, kwieciste zwroty tłoczące się na rzeźbionej podstawie, ta jednak, niegdyś należąca do dziadka Charlesa, miała w tym miejscu tylko jeden znak.

Tylko nazwisko. Wang.

Pieczęć wykonano ponad sto lat temu i wtedy jej dno było kremowobiałe, teraz czerwone od cynobrowej pasty. Pieczęcią tą dziadek sygnował dokumenty wymagające jego aprobaty, w tym akty własności ziemi, niegdyś stanowiące dowód stałego wzrostu stanu posiadania rodziny Wangów. Charles był wdzięczny losowi, że dziadek umarł, zanim ziemię utracono, zanim Chiny bez reszty uległy propagandzie i kłamstwom. Mężczyźni z rodu Wangów czasami żyli krótko, ale zawsze z rozmachem.

Ziemia, która kotwiczyła i wynosiła Wangów ponad inne rody, ziemia, która dawała im miejsce i cel, przestała do nich należeć. Charles jednak nadal miał pieczęć i akty własności, wszystko, co potwierdzało jego prawa do niej.

Po kilku gorączkowych godzinach spędzonych na poszukiwaniach w internecie odkrył historie, dość mgliste, o działających z dala od centralnych kręgów partii lokalnych radach, które oddawały kontrolę dawnym właścicielom, o potomkach, którym po latach uwięzienia w obozach reedukacyjnych udawało się zamieszkać w siedzibach rodowych porzuconych na pastwę losu, z całymi skrzydłami zajętymi przez dziki, ponieważ wieśniaków przekonano do wyparcia się własnej przeszłości i nigdy nie umieliby docenić poezji i wspaniałości tych domów. Charles każdą taką opowieść z nadzieją magazynował w sekretnej komorze swego serca i układał plan. Upewni się, że trójka jego dzieci jest bezpieczna, że jego bojaźliwej, ukochanej drugiej żonie niczego nie brakuje, że cała rodzina znajduje się pod jednym dachem, a potem on, Charles Wang, upomni się o ziemię w Chinach.

Wrzucił aspirynę do ust, odpychając to nowe stare wrażenie więżącego go w sobie tunelu, mrocznego i niemal nie do uniknięcia, po czym rozgryzł tabletkę i sięgnął po telefon.

二Helios, Nowy Jork

Saina Wang wygładziła „Catskills Chronicler” rozmiarów tabloidu i zaczęła przerzucać stronice, pomijając felietony na odwrocie strony tytułowej oraz listę nowych absolwentów liceum i ślizgając się wzrokiem po fotografiach z grilla urządzonego przez burmistrza w Święto Pracy oraz zdjęciu Zwierzaka Tygodnia, zależało jej bowiem na horoskopie. Zwykle czytywała „New York Timesa” (zmuszała się do tej lektury, to było przypomnienie o życiu, które mogła, a nawet powinna prowadzić), ale tamta gazeta nigdy nie zamieściłaby czegoś równie frywolnego i pożytecznego jak horoskopy.

Tutaj. Tu są. Upchnięte na stronie z przepisami pod fotografią śmietankowego purée z kukurydzy i fasoli z kruchą szynką prosciutto.

Waga (23 września – 22 października)

Współbrzmisz z rzeczami i ludźmi, których kochasz. Im silniej pozwalasz sobie kochać, tym lepiej się czujesz. Im lepiej się czujesz, tym jesteś zdrowszy. Miłość jest uzdrowicielem, tak samo jak ty.

Zawsze się obawiała, że coś takiego jest prawdą.

Od najwcześniejszego dzieciństwa Saina martwiła się, że zawsze będzie tą, która kocha, i nigdy tą, która jest kochana.

Potem dorosła i sprawy się skomplikowały. Teraz uważała, że zawsze będzie tą, która ratuje zranioną na wieki duszę jakiegoś artysty – niechętną boginią, obiektem czci i uwielbienia, ale nigdy, przenigdy przedmiotem troski i opieki. Nikomu nie przychodzi do głowy zrobić bogini herbatę, nieustannie zasypują ją bezużytecznymi perfumowanymi olejkami i nieprzydatnymi rzeźbionymi fetyszami.

Gigantyczne płótna wychwalające jej nagie piersi i półuśmiech, piosenki rymujące Saina i upragniona panna, nieukończone powieści o tajemniczej dziewczynie ze snu – nic z tego (a dostała wszystko) nie było nawet w przybliżeniu tak romantyczne jak chłopak, który zauważyłby, że żarówka w korytarzu się spaliła, i zmieniłby ją, nie czekając, aż poprosi go o tę przysługę.

Czasami, kiedy kochasz artystę, możesz w porę nie dostrzec, że wcale nie chodzi tu o ciebie. Pogrążasz się w okazywanej ci uwadze, głębokich, wypełnionych emocjami spojrzeniach i sondującym poważaniu. A potem stopniowo zaczynasz sobie uświadamiać, że nie tyle jesteś kobietą, co posągiem. Posągiem na piedestale, który on wyrzeźbił i upozował, pomniejszoną postacią, którą on widzi jedynie przez zmrużone oko. Kiedy kochasz artystę, przestajesz właściwie być sobą, jesteś kochającym i wielkodusznym uosobieniem kobiecości, ze swojego życia zręcznie splatasz fundamenty dla jego pracy.

I nie ma znaczenia, jeśli ty też jesteś artystką. Na Whitney Biennial zajmujesz całą salę – może i małą, ale całą. Galeria w Berlinie do tego stopnia popada w paranoję na myśl o twojej potencjalnej ucieczce do konkurencji, że musisz wymyślić ekscentryczne żądanie cotygodniowych dostaw robionych na zamówienie żelków Haribo w kształcie ośmiornic po to tylko, żeby przestali cię pytać, czym jeszcze mogliby cię uszczęśliwić; twoja marszandka w Nowym Jorku odpiera ataki na listę oczekujących wypełnioną tłumnie wymagającymi milionerami i jesteś stałym gościem na stronach plotkarskich „Artforum” oraz NewYorkSocialDiary.com, ale twój piękny chłopak z wiecznie brudnymi paznokciami nadal pozostaje bez reszty opętany własną twórczością i wszystko to przyjmuje, całując cię z roztargnieniem, a potem pyta raz, drugi i piętnasty, czy usłyszałaś różnicę pomiędzy niemal identycznymi pętlami dźwiękowymi na ścieżce towarzyszącej jego najnowszej instalacji.

A później cię porzuca. Uczyniwszy z ciebie swoje dzieło sztuki, przekształciwszy twoją miłość do niego w swój symbol i temat, ofiarowawszy ci ciężką, ręcznie robioną złotą obrączkę wyłożoną od środka nieoszlifowanym czarnym diamentem (pierścionek zasłużył na wzmiankę w „Vogue”), po tym wszystkim on nadal zmienia twoje życie w materiał do kolumny plotkarskiej, zostawiając cię dla dziedziczki firmy produkującej materace i projektantki biżuterii – dla Sabriny z brzydkimi kolanami i doprowadzającą do szału grzywą jedwabistych włosów barwy kukurydzy. I tak, owszem, to ta sama dziedziczka i projektantka, która zrobiła twój olśniewający, rozdzierający serce, głupi, łamiący prawa człowieka pierścionek.

Tego rodzaju rzeczy już nie zaskakiwały Sainy. Miała dwadzieścia osiem lat i nic nie było w stanie jej zszokować. Kiedy więc zadzwonił telefon i w słuchawce usłyszała płaczącego ojca, jej serce pozostało spokojne.

– Skończyło się – wykrztusił, kaszlem maskując gniewne drżenie w głosie.

– Co się skończyło?

– Całe nasze życie.

Saina rozejrzała się po pokoju. Moje życie już się skończyło, pomyślała. Została zmyta, porzucona, zrujnowana, ośmieszona i wygnana z magicznej wyspy Manhattan. Co gorszego może się stać?

– Baba, nie dramatyzuj. Co się dzieje?

– Wyjeżdżamy.

– Co to znaczy?

– Skończyło się. Przegrałem. Jiejie, przegrałem.

– Co? – zapytała Saina. Teraz serce zaczęło jej szybciej bić. – Co straciłeś? Powiedz mi. Musisz mi powiedzieć. Nie możesz mówić tak, jakby chodziło o… o wszystko.

Z ust ojca słowa popłynęły strumieniem, jakby pękła gigantyczna tama.

– Wszystko. Baba stracił wszystko. Wan le. Rozumiesz, co to znaczy? Wszystko się skończyło.

– Sklepy. Mówisz o sklepach, tak? To straciłeś? Już o tym rozmawialiśmy. – Czyżby zaczynał zapominać? Był za młody na alzheimera.

– Wszystko.

– Wszystko?

– Wszystko. Teraz jedziemy do Nowego Jorku.

Angielszczyzna ojca była bardziej łamana niż zwykle. Co nie znaczy, że kiedykolwiek zaprzątał sobie głowę doskonaleniem tego języka – był ponad zasady gramatyki, uważał je za reguły obowiązujące w jakimś głupim klubie, do którego wcale nie zamierzał wstępować. Jak pewnego dnia wyjaśnił, po co miałby marnować siły na angielski, skoro niedługo cały świat będzie mówił po chińsku? Teraz jednak brzmiał jak dostawca kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, który przegapił Amerykę i zamieszkał w nowym państwie o nazwie Chinatown.

– Jak to, przyjeżdżacie do Nowego Jorku?

– Nie mamy domu, Jiejie. Teraz mieszkamy z tobą.

– Dom? Ale dlaczego był związany z całą resztą? Ja… Baba, nie rozumiem. Jak mogło nic nie zostać? A twoje oszczędności? Inni klienci?

Nastąpiło długie, ciężkie milczenie. W końcu ojciec powiedział:

– Tatuś popełnia błąd. Myślę, że jak dam radę wytrzymać dostatecznie długo, sprawy znowu są okay. Więc wszystko w to wrzucam, jak do dziury.

– Och, tatusiu, tak mi przykro.

– Teraz przykro jest bez sensu.

– Okay. – Co powinna zrobić? Co mogłaby zrobić?

– Ile zajmuje jazda przez kraj? Może osiem dni? Dziesięć? – Mówił cicho, zranionym głosem.

Saina znowu rozejrzała się po swoim domu, czując, jak ogarnia ją panika. Właściwie trudno nawet nazwać go domem. Nie w sensie, jaki ojciec by zrozumiał albo zaaprobował. Nie jest to dwór w stylu georgiańskim w Bel Air ani odrestaurowany modernistyczny klejnot, ani nawet loft na Manhattanie, tylko wiejski dom w Catskills trzy pokolenia oddalony od jakiejkolwiek szacowności, który przysiadł na skraju miasteczka porzuconego przez chasydów i dopiero od niedawna zajmowanego na nowo przez gejowskie pary spędzające tu weekendy oraz trzeciofalowych farmerów noszących błękitnookie niemowlęta w batikowych chustach.

Kiedy Saina sprzedała nowojorski apartament, wydostawszy się spod władzy zdradzieckiego narzeczonego, mogła myśleć wyłącznie o ucieczce. Cały jaskrawobiały loft został urządzony wokół pary nieco histerycznych krzeseł w stylu biedermeier, którą kupili na aukcji w czasach, gdy dla niego nadal były ważne sugestie, że jego rodzina ma tyle samo gotówki pod ręką co jej. Obite aksamitem krzesła z półokrągłymi wykończeniami królowały przed wysoką na prawie siedem metrów pustą ścianą, stanowiącą tło dla jego wyznania dotyczącego Sabriny. Uroczej ciężarnej Sabriny. Wyszeptał to Sainie, wyszeptał, po czym wyszedł na palcach jak złodziej.

Jej pierwszą myślą było, że zawsze nienawidziła tych krzeseł. Drugą – że litery jej imienia co do jednej zawierają się w imieniu Sabrina, jakby Sabrina obejmowała wszystko, co było Sainą, a potem w całej swojej złocistości oferowała jeszcze więcej.

Saina nie mogła nic zrobić Sabrinie i potencjalnemu dziecku, dlatego pozbyła się krzeseł. Po prostu wyniosła je na chodnik i tam zostawiła, bo dzięki temu przynajmniej miały szansę stać się częścią cudzej szczęśliwej historii. Wkrótce jednak nie była w stanie znieść widoku pustej ściany, przed którą stały krzesła; zapragnęła, by wróciły, by on wrócił. Nie wystarczyło wyrzucenie jedynych mebli, które razem kupili, musiała zniszczyć plan, na którym przeżywali swoje życie. Tak więc Saina sprzedała cholerny loft i teraz była tutaj, tworząc domową rozkosz w pojedynkę. Tylko że… No cóż, tylko że.

– Baba, naprawdę? Wszyscy? A co z Meimei genDidi?

– Tatuś po nich jedzie.

– Chcesz ich zabrać ze szkół? Nie możesz tego zrobić!

– A czego oni się uczą w tych szkołach? Stanowy w Arizonie. To nawet nie jest szkoła… same imprezy. A Gracie może pójść do liceum w twoim mieście. Mają tam liceum?

– Ale co z czesnym? Do końca semestru nic im nie grozi, prawda?

Ojciec milczał.

Sainie do głowy wpadła straszna myśl.

– Wszystkie pieniądze przepadły?

– Ty nie – odparł ojciec. – Jesteś dość dorosła, żeby być oddzielna.

Przynajmniej tyle. Ale wraz z tym pojawiło się nieoczekiwane poczucie: odpowiedzialność. Instynkt nakazywał Sainie nie brać tego brzemienia na swoje barki.

– Oddam ci wszystkie pieniądze! Zresztą i tak nie są moje, ty je zarobiłeś! Weź je i kup dom!

Ojciec się roześmiał.

– Jesteś dość dorosła, by być oddzielna, ale to wszystko jest już jia de Wangów. Wszystkich nas. Rodzina, Jiejie.

Saina wyobraziła sobie ojca, bliskiego śmierci z powodu miliona maleńkich ranek, z których sączy się połyskliwa rtęciowa krew. Nie chciała, żeby przyjeżdżali, ale nie istniała kwestia, czy ich przyjmie, czy nie, czy znajdzie miejsce na ich rzeczy, kupi dość jedzenia dla piątki i będzie stawiała świeże kwiaty we wszystkich łazienkach dla gości. W tym domu były cztery sypialnie. Akurat wystarczy dla ojca, macochy, brata, siostry i dla niej. Jakby zawsze wiedziała, że to będzie schronienie dla całej rodziny Wangów.

三Santa Barbara, Kalifornia

– Naprawdę, tato?

– Grace, nie możesz tak mówić do Baby.

– Ale oni wykopują mnie ze szkoły! – syknęła zakłopotana do telefonu. – Mówiłam ci, że powinieneś kupić mi samochód!

– Gracie, dzisiaj wieczorem po ciebie jedziemy, okay?

– Kto my?

– Z twoją ah yi.

– A, z nią. Okay. Ale co się stało? Tato, wyrzucili mnie ze szkoły! Jakby sądzili, że jestem kryminalistką albo coś w tym rodzaju.

– Grace, z całą pewnością nie uważamy cię za kryminalistkę – powiedziała Brownie, kierowniczka szkoły, która nawet nie udawała, że nie podsłuchuje. – Wręcz przeciwnie, mówiłam twojemu ojcu, że pewnie udałoby się nam coś wymyślić. Może…

– Nie zmusicie mnie do pracy w stołówce – przerwała przerażona Grace. – Wykluczone. Już raczej pójdę do szkoły publicznej, tato. Tatusiu! – Mogłaby przysiąc, że słyszy w słuchawce płacz ojca, ale nie chciała o tym wspominać, na wypadek gdyby to okazało się prawdą.

– Okay, xiao Meimei, nie martw się, dobrze? Jest okay. Jedziemy po ciebie, potem po Andrew i ruszamy do Jiejie jia.

– Tato. Baba. – Grace zrozumiała, że teraz to ona musi być tutaj dorosła. – O czym ty mówisz? Nie pojadę z wami na drugi koniec kraju. Kto się wybiera na rodzinne wyprawy przez całe Stany? A poza tym muszę zdać egzaminy. Zostanę w domu, dobrze?

Uch. Dyrektorka nie przestawała na nią patrzeć. Po raz ostatni Grace była w tym gabinecie dwa semestry temu, kiedy zakablowała na nią nauczycielka plastyki. Ta sama, która zażądała, by uczniowie zwracali się do niej per Julie. To strasznie żenujące, gdy dorośli próbują się zachowywać jak ludzie.

Problemem nie był malejący zapas środków zwiotczających mięśnie w podszewce portmonetki Louisa Vuittona ani butelka wódki Belvedere upchnięta pod tęczowym stosem kaszmirowych sweterków. Nie, ta wredna nauczycielka, tak bardzo w stylu lat dziewięćdziesiątych, z brzydką ciemną szminką i feministycznymi nalepkami na zderzak Riot Grrrl, weszła do sali komputerowej i przyłapała Grace na zamieszczaniu w sieci swojego zdjęcia. Grace miała na sobie jedną z najlepszych porannych kreacji, jakie w życiu wykombinowała: czarne koronkowe rajstopy, granatowa spódniczka z mundurka szkolnego (wysoko podniesiona), zniszczone kowbojskie buty po Sainie, nowa koszula marki Surface to Air z kołnierzykiem zapinanym na guziki i starą ojcowską muszką Hermèsa w turecki wzór z lat osiemdziesiątych, okulary w grubej szylkretowej oprawce z normalnymi szkłami (o czym nikt nie musiał wiedzieć) oraz jaskrawożółty jedwabny szal przytrzymujący rozmyślnie rozwichrzone włosy. Bardziej czadowe niż zestawy tej pozerki VainJane.com. Jane mieszkała na Florydzie. Jak coś naprawdę stylowego może w ogóle tam powstać? I jak to możliwe, że każda propozycja Jane dostaje tyle komentarzy? Ta dziewucha myśli, że do stworzenia stylizacji wystarczą buty Louboutina – ależ to nudne. Grace nie potrafiła tego zrozumieć.

Tak czy owak, była przekonana, że ten zestaw okaże się hitem, i już miała zamieścić zdjęcie na blogu, przewidując reakcję swoich wyznawczyń, kiedy na palcach podkradła się do niej Julie. Nauczycielka nie była nawet na tyle bystra, żeby wiedzieć, że nie da się zaskoczyć kogoś przy komputerze, ponieważ osoba, która przed nim siedzi, widzi odbicie głupiej twarzy intruza w ekranie.

Gdy wyciągnęła rękę, żeby stuknąć Grace w ramię pomalowanym na wiśniowo paznokciem, ta odwróciła się i uśmiechnęła.

Za to właśnie dostała naganę: za nieposłuszeństwo.

Komisja etyki uznała, że blog Grace koncentruje się na modzie i nie dotyczy „wykorzystywania samej siebie jako młodej kobiety i podkopywania własnej pozycji” – innymi słowy nie jest o seksie – Grace jednak okazała niechęć do przyjęcia wskazówek. Totalnie idiotyczny powód kłopotów, ale co tam. Teraz to i tak nie miało znaczenia.

– Gracie, pakuj swoje rzeczy, tylko te najważniejsze, okay? Będziemy za kilka godzin – powiedział ojciec.

– Grace – wtrąciła dyrektorka – jeśli chcesz, żeby ktoś pomógł ci posprzątać pokój, zwyczajnie poproś. Nie bałabyś się poprosić o pomoc, prawda, kochanie?

Grace nacisnęła czerwoną słuchawkę na komórce.

– Niech pani nie nazywa mnie kochaniem – powiedziała. Przynajmniej teraz nikt nie mógł dać jej punktów za złe zachowanie. Uch.

Czasami nienawidziła rozmów z ojcem. Czy to możliwe kochać kogoś, a równocześnie go nienawidzić? Albo kochać kogoś, kogo w gruncie rzeczy nawet się nie lubi? Sprawy wyglądałyby inaczej, gdyby żyła mama. Wszyscy znajomi Grace dogadywali się z matkami i nienawidzili ojców, ale ona nie dysponowała luksusem zapasowego rodzica.

– Więc… teraz jesteśmy biedni.

Współlokatorka gapiła się na Grace.

– To prawda, Rachel. Nie mamy pieniędzy. Ani grosza. Muszę zrezygnować ze szkoły, tata i macocha mnie odbiorą i wszyscy jedziemy do domu mojej siostry w jakimś zapyziałym miasteczku w stanie Nowy Jork. Jedziemy! Nie wiem nawet, czy zostały nam jakieś rzeczy. Chyba bankrutom wszystko zabierają?

– Jesteś bankrutem? Jak… całkowicie?

– Tata powiedział, że on jest, więc przypuszczam, że ja też.

– Hej, dobrze się czujesz?

– A tak wyglądam?

– Chyba tak… bo wiesz, nikt nie umarł, no nie?

– Z wyjątkiem mojego domu. Właściwie się w nim urodziłam i nawet długo tam nie pomieszkałam, bo się przeniosłam tutaj. A teraz nigdy więcej go nie zobaczę.

Rachel słyszała o rodzinnej posiadłości Grace, chociaż nigdy nie zaproszono jej tam na ferie. W domu były tajemne przejścia i dzieła sztuki współczesnej, a raz Johnny Delahari wziął odjechaną kombinację ecstasy i heroiny (przez wszystkich w szkole nazywaną Canadian Special, choć nikt nie był na tyle szalony, żeby ją brać), po czym stracił przytomność w garderobie macochy Grace i spędził tam wiele godzin z twarzą wtuloną w krótką jedwabną haleczkę.

– Pachniała cipką – zwierzył się Rachel.

– Ale mówiłeś, że to była haleczka, czyli raczej bluzka.

– Dobra, pachniała jak damskie cycki – odparł Johnny, szczerząc zęby, i próbował wsunąć dłoń pod jej bluzkę.

Teraz żałowała, że mu na to nie pozwoliła, ponieważ po wyjeździe Grace Johnny przypuszczalnie nigdy więcej nie odwiedzi jej pokoju.

Grace przysunęła krzesło na kółkach do szafy i weszła na nie, żeby ściągnąć walizkę z górnej półki. Zeskoczyła z krzesła, a ono potoczyło się w stronę Rachel, która zatrzymała je fioletową balerinką.

– Może będziesz miała pokój tylko dla siebie – rzuciła Grace.

– Współlokatorka musiałaby się chyba zabić, żeby pozwolili komuś mieszkać w pojedynkę.

– Jak sądzisz, będzie się liczyło, jeśli to się stanie po odejściu ze szkoły?

– Zamknij się, Grace. Nie zabijesz się.

– Nigdy nie wiadomo – powiedziała Grace, zdejmując dżinsy z wieszaków. Może wszyscy popełnią zbiorowe samobójstwo. A może tata zjedzie samochodem z klifu. Boże, niewykluczone, że powinna wszystko zostawić. Skoro będą biedni albo martwi, to czy ma sens posiadanie dokładnie takiej samej kamizelki z króliczego futra, jaką nosiła Kate Moss w sesji dla zeszłomiesięcznego numeru „Elle”? A z drugiej strony istnieje ewentualność, że bycie biednym też może okazać się na swój sposób olśniewające: dziurawe stare T-shirty, faceci zmuszeni do pracy za barem, posiłki złożone wyłącznie z frytek, i jej garderoba wyglądałaby super w takich miejscach. Grace byłaby jak członkini rodu Romanowów albo coś w tym rodzaju, zdetronizowana i ukrywająca się przed wszystkimi liczącymi się światami.

Ojciec powiedział: „Tylko najważniejsze rzeczy”. Co to niby miało znaczyć? Grace spojrzała na stos dżinsów na podłodze i kopnęła go w stronę Rachel.

– Proszę, weź je. Mnie i tak już się znudziły.

– Poważnie?

Grace nie odpowiedziała, tylko ponownie kopnęła stos, po czym zdjęła znad biurka korkową tablicę z wycinkami. Położyła ją na łóżku i zaczęła wyjmować pinezki, gromadząc je na lewej dłoni. Rozmyślała przy tym o zeszłorocznym Weekendzie Rodziców w szkole. Poszła wtedy do pokoju i zobaczyła Rachel leżącą na łóżku z głową na kolanach mamy. Drzwi były uchylone, Grace stała tam długą chwilę i patrzyła, jak mama odgarnia córce włosy z czoła i spogląda na nią z miłością, lekko się uśmiechając. Do tamtego dnia nigdy nawet przez sekundę nie zazdrościła niczego Rachel.

– Naprawdę zabierasz wszystko z tablicy? Fotografie i tak dalej? – zapytała Rachel.

– Oczywiście.

– A nie jest to trochę… chorobliwe?

– Co w tym chorobliwego?

– No wiesz, to wszystko są fotografie umarłych ludzi.

– Ludzie umierają. Pogódź się z tym.

– Owszem, umierają, ale to jeszcze nie znaczy, że musisz nimi oklejać nasze ściany.

– Teraz to twoje ściany, co?

– Mówię tylko, że wiem, dlaczego przypięłaś te fotki, i według mnie to przerażające. Możesz przestać udawać, że robisz to bez powodu. – Rachel wszystko odbierała strasznie poważnie. Tak się dzieje, kiedy człowiek ma bzika na punkcie dramatu.

– Dlaczego ty w końcu komuś nie dasz, Rachel? Co, Rachie? Och, czekaj, zapomniałam. Oszczędzasz się dla kogoś w rodzaju Andrew Lloyda Webbera. Jesteś za dobra, żeby uprawiać s-e-k-s.

– Wcale nie o to chodzi! Dlaczego dla ciebie wszystko musi się wiązać z seksem?

– Myślałam, że dla mnie wszystko się wiąże ze śmiercią.

Przez chwilę patrzyły na siebie, potem Rachel powiedziała:

– Ja… ci współczuję. Potrzebujesz czegoś? Mogę ci jakoś pomóc? Na przykład pożyczyć pieniądze albo coś? Albo… hm… mogłybyśmy ukraść jedzenie ze stołówki? Żebyś je ze sobą zabrała?

Grace wpatrywała się w koleżankę, która klęczała na podłodze i łakomie przesuwała dłońmi po dżinsach. Mogłaby kopnąć Rachel w twarz i nie musiałaby ponosić konsekwencji. Satysfakcjonujący trzask w tej jej irytującej, okolonej kręconymi włosami twarzy. Grace wycelowałaby prosto w syfki, które zawsze gromadnie wyskakiwały Rachel na czole, tworząc bąbelkową konstelację, i głowa koleżanki odskoczyłaby w tył, a ta musiałaby się zamknąć, Grace zaś nawet nie wpadłaby w kłopoty. A może musiałaby pójść do więzienia, choć jakie to ma znaczenie?

Odwróciła się do tablicy.

– Isabella Blow – powiedziała, odpinając fotografię rozedrganej szczupłej kobiety z profilu w kapeluszu pełnym zwariowanych ozdób na ciemnym koku. – Elliot Smith. – Zdjęła kolejne podarte zdjęcie, piosenkarz z twarzą monstrum Frankensteina, z niewyretuszowanymi dziobami po ospie, wpatrywał się prosto w obiektyw, pięść przyciskał do piersi. – Theresa Duncan i Jeremy Blake. – Dwie fotki z automatu wiszące obok siebie, kobieta z przymrużonymi oczami, mężczyzna ze słodkimi, smutnymi ustami, oboje zadzierają brody i patrzą z lekceważeniem jak zbuntowani bankowi rabusie.

Grace spojrzała na Rachel.

– Wszyscy są niesamowici.

Rachel na ugiętych nogach podeszła do tablicy, usiłując zapiąć w pasie dżinsy Grace.

– Okładka Szklanego klosza. Kurt Cobain i Courtney Love w czasopiśmie „Sassy”. A to? Para nastolatków na Hudson Street w Nowym Jorku, 1963 r. – powiedziała, zrywając z pinezki fotografię Diane Arbus i czytając na głos podpis. – Martwi, martwi, martwi. Jak umarli? A tak, racja, samobójstwo, samobójstwo, samobójstwo.

Grace wzruszyła ramionami.

– Boże, Rachel, aleś ty nudna. – Wyciągnęła rękę i ze stosu wyrwała spłowiałe dżinsy: w stylu lat siedemdziesiątych, z wysokim pasem, z warkoczem z dżinsu przeciągniętym przez szlufki. – Tych ci nie dam.

Włożyła je razem ze starą koszulką, z której zrobiła obcisłą bluzeczkę, stopy wsunęła w sznurowane trzewiki z cholewką na niskich obcasach. Na koniec narzuciła kamizelkę. Z króliczego futra.

Grace wychowano w przekonaniu, że pozory mają znaczenie. Jeśli przesypiesz tabletki xanaxu do fiolki po tylenolu, nikogo nie obejdzie, gdy połkniesz cztery naraz, i nikt nie będzie cię oceniał, jeżeli chwilę potem po ledwo dwóch wódkach z red bullem zaśniesz na ramieniu chłopaka. Co nie znaczy, że Grace popełniłaby w taki sposób samobójstwo.

Tabletki są dla tchórzy. W gruncie rzeczy nic nie robisz, nie ma w nich zdecydowania, rozstrzygnięcia, ktoś może zadzwonić z internatu i ani się obejrzysz, a jedziesz do szpitala z rurą w gardle, przez którą wypompowują ci zawartość żołądka.

Podcięcie nadgarstków to dobry sposób, wzdłuż żył, nie w poprzek, stalowy nóż wędrujący po sinofioletowej mapie podniesionej ręki. Gdyby Grace podcięła sobie nadgarstki, użyłaby długiego, cienkiego ostrza, którym przesunęłaby po delikatnym V na lewej ręce – ale to dałoby się zrobić tylko w domu, ponieważ w szkole nie ma wanien. Wykrwawianie się na łóżku w internacie byłoby zbyt przygnębiające. Wolałaby leżeć w mlecznej kąpieli z migoczącą świecą i stosem książek pod ręką. Strumienie krwi zabarwiłyby wodę na różowo, a ona przewiesiłaby się przez krawędź wanny, wyglądając jak kobieta na obrazie Śmierć Marata, o którym się niedawno uczyli.

Wieszanie jest brzydkie. Zanim ktoś cię znajdzie, będziesz miał twarz pokrytą fioletowymi plamami i wybałuszone oczy. Strzał z broni palnej za bardzo zależy od celności, skok pod pociąg wiązałby się z poczuciem winy maszynisty, a wypatroszenie sobie flaków jest po prostu średniowieczne. Wypłynięcie w morze byłoby miłe, gdyby mózg pozwolił ci się poddać, zamiast walczyć o oceaniczne powietrze. Zamarznięcie na śmierć brzmiało nawet lepiej, mógłbyś zamknąć oczy i ulec snowi, w którym panuje ciepło. W dodatku zwłoki świetnie by się zakonserwowały, nawet gdyby nikt nigdy ich nie znalazł, ponieważ trzeba by pojechać aż na Arktykę albo gdzieś, gdzie jest dostatecznie zimno, żeby to cię zabiło.

Przedstawiła wszystkie te metody Rachel, kiedy się poznały. Wtedy Rachel nadal wyglądała na wyluzowaną, jakby należała do osób, które zarywają noce i pakują się w kłopoty, lecz Grace dość szybko zrozumiała, że pierwsze wrażenia zawsze są fałszywe.

– Może i zwłoki będą piękne po zamarznięciu, ale i tak skończysz w brzuchu żebraka – powiedziała Rachel, wpatrując się w Grace małymi, okrągłymi oczkami jak przerażony królik. Przerażony królik pragnący rozpaczliwie udowodnić, że jest szybszy i sprytniejszy niż tygrys, który zaraz go połknie, dziewczęca wersja białego królika z Alicji w krainie czarów. Może w takiej samej kamizelce. Boże, Rachel strasznie głupio się ubierała.

– W brzuchu żebraka?

– Szekspir. Rybak może wsadzić na wędę robaka, który jego królewską mość pożywał, i spożyć rybę, która tego robaka zjadła2.

– Robaki też byłyby zamrożone – odparła Grace. Uświadomiła sobie, że zupełnie zapomniała o truciźnie. Może przedawkowanie heroiny czy czegoś tam byłoby najlepszym sposobem? Przed śmiercią musiałaby przynajmniej raz wziąć narkotyk.

W takim samym stopniu, w jakim Rachel się myliła w kwestii chłopców, muzyki i zrozumienia czegokolwiek poza całowaniem pana Taylora w tyłek, dzięki czemu obsadzał ją w każdej sztuce, miała rację co do samobójstwa.

Nie chodziło o to, że Grace rzeczywiście chciała się rzucać na wszystkie strony, tracić panowanie nad jelitami i leżeć z wytrzeszczonymi oczami, aż w końcu wywiozą ją i skremują – wcale nie chciała tego robić. Pragnęła umrzeć młoda i piękna, nie w takim bałaganie. Sęk tylko w tym, że przy samobójstwie trzeba podjąć wiele decyzji: w co się ubierzesz, jaki list zostawisz, jak wszystko się potoczy, kiedy zapadniesz w śmiertelny sen. Skoro życie polega na dokonywaniu wyborów i braniu za nie odpowiedzialności, co dorośli powtarzali jak mantrę, to dlaczego śmierć musi być czymś, co po prostu ci się przytrafia?

四Bel Air, Kalifornia

Lata temu Barbra wytypowała Charlesa spośród wszystkich młodych mężczyzn z jego roku jako tego, który osiągnie największy sukces. To było w czasach, zanim przyjęła angielskie imię, zanim się nauczyła wyskubywać brwi i przygładzać włosy, zanim wyrwała się z Tajwanu i wyruszyła do Ameryki.

Wówczas jeszcze nazywali się Wang Da Qian i Hu Yue Ling, dwoje w kampusie zamieszkanym przez dwa tysiące studentów. Połowa rocznika Charlesa urodziła się w Chinach, synowie i córki handlarzy herbatą z Guangdongu oraz urzędników państwowych z Pekinu. A druga połowa? W większości także dzieci z kontynentu, które jednak ze ściągniętymi buziami, piszczące, pokryte lepką warstwą krwi i wnętrzności głową do przodu wpadały w objęcia tajwańskich akuszerek rozpływających się mimo wszystko nad nimi z zachwytu.

Ale nie Barbra. W jej krwi nie było Chin. Matka była potomkinią tajwańskich górali, jeżdżących do miasta zaprzężonym w woły wozem załadowanym rzodkwiami, które japońscy okupanci piklowali, tarli i dodawali do niemal każdej potrawy. Poznała ojca Barbry, kiedy ten dowoził warzywa i świeżo oskubane kurczaki do kuchni Narodowego Uniwersytetu Tajwańskiego. Przeszedł od pedałowania po targach na rozklekotanym rowerze przez czuwanie przy wiecznie bulgoczącym saganie do prezydowania na studenckich lunchach, które z czasem także uległy zmianie, bo gdy Japończyków pokonano i władzę przejął nowy rząd Republiki Chińskiej, trujące potrawki oden zostały zastąpione przez solidne ryżowe puddingi.

Barbra dorastała w części kampusu przeznaczonej dla personelu, zbyt bystra dziewczyna ze zbyt okrągłą twarzą, która pod nosem klęła w hokkien, ojczystym dialekcie rodziców, ale nauczyła się też biegle posługiwać mandaryńskim z taką łatwością, z jaką opanowała kierowanie starym uniwersyteckim datsunem i uśmiechanie się do studentów college’u na tyle znacząco, by pomimo jej śmiesznego noska nie przestawali zwracać na nią uwagi. Umiała krytykować marksizm, parodiować egzaltowane piosenki miłosne Teresy Teng, wykonywać większość beatnikowych tańców Audrey Hepburn, jeździć na rowerze bez trzymanki i zaciągać się papierosem, nie kaszląc przy tym – czyli to wszystko, co było ważne dla biednej, acz ambitnej licealistki w Tajpej w 1973 roku. Jednego tylko nie zdołała osiągnąć: nie zawróciła w głowie Charlesowi Wangowi.

Barbra spędziła lato, pracując jako sekretarka w fabryce konserw, gdzie jej wujek był kierownikiem; w tamto lato zachowała cerę bladą i uroczą, ponieważ chodziła do pracy owinięta w bawełnianą bluzę i ukryta pod słomianym daszkiem. Ani razu w upalne popołudnie nie wybrała się na plażę, chociaż nauczyła się pływać właśnie tam, gdzie na piasku zawsze tłoczyli się młodzi ludzie. Na kolację nigdy nie jadła ryżu, mimo że żona wujka wmuszała w nią kopiaste łyżki. Ograniczała się do jednego jajka wbitego do filiżanki wrzącej wody na śniadanie i puszki sardynek z fabryki na lunch, a przez lato zarobiła dość pieniędzy, żeby zamówić qipao bez rękawów, bo teraz była dość szczupła, żeby się w nie zmieścić.

Kiedy jesienią studenci wrócili do kampusu, Barbra weszła do biblioteki przy przecznicy Zhoushan Road z włosami ułożonymi w fale, dumna z wyglądu nóg w nowych spodniach dzwonach (qipao było zbyt oficjalne na cudzy początek roku akademickiego); serce jej waliło na myśl, że znowu zobaczy Wanga Da Qiana. Tylko że go nie zobaczyła. Ani zaglądając przez okno na zajęcia ekonomii, w których powinien brać udział, żeby zrobić magisterium, ani w stołówce, gdzie jej ojciec krzyczał na pomocników pośpiesznie wycierających rozlaną zupę ze słodkiej fasoli mung. Nigdzie.

Wszyscy mówili, że pojechał do Ameryki – nie na studia, lecz do pracy. To sprawiło, że Barbra pokochała go jeszcze mocniej; ta miłość trwała, chociaż on nigdy nie odpowiedział na jej zbyt ostrożnie formułowane listy, wysyłane za pośrednictwem jego matki, w których życzyła mu dziesięciu tysięcy lat szczęścia i chwaliła za odwagę, równocześnie się zastanawiając, czy wróci, by ze swymi szacownymi rodzicami uczcić Nowy Rok. Nie dostała od niego nawet pocztówki z mostem Golden Gate.

Nie miała o nim żadnych wiadomości, chociaż przez wiele tygodni umawiała się z jednym z jego dawnych bliskich przyjaciół, dyskretnie próbując czegoś się dowiedzieć o Wang gege i w odpowiedzi uzyskując tylko długie wywody o możliwościach praxis w społeczeństwie demokratycznym oraz niekończące się powtórki A Hard Day’s Night, które oglądali, siedząc obok siebie na brązowej sztruksowej narzucie sztywnej jak deska od suszenia na słońcu.

Dopiero w ostatnim tygodniu semestru odpychający chłopak Barbry pojawił się pewnego dnia z jasnoniebieską kopertą poczty lotniczej oklejoną amerykańskimi znaczkami przedstawiającymi portret Einsteina. W tamtych czasach filatelistyka była popularnym hobby, kilku kolegów, z którymi siedziała Barbra, próbowało zdobyć znaczki, ale chłopak wszystkich uciszył, rozkładając list i pokazując fotografię dziewczyny wyciętą z czasopisma. Podpisano ją po angielsku, ale dziewczyna bez cienia wątpliwości była Chinką. Uśmiechała się prosto do Barbry z głową zwróconą do obiektywu, rękami podnosząc kołnierz bluzki w tureckie wzory i rozstawiając nogi jak do skoku.

– Wang Da Qian pisze, że się z nią żeni. Jest modelką. Wah, tylko na nią popatrzcie! Ja też powinienem przeprowadzić się do Ameryki!

– Myślałam, że masz lepszy gust – odparła Barbra, wpychając mu w rękę fotografię.

– To prawda. – Mały Tuan, mól książkowy, który później zaskoczył wszystkich, zostając burmistrzem Taizhongu, pochylił się nad kartką. – Długie skośne oczy i maleńkie usta… to typ dziewczyny, która podoba się lao wai.

– Może Ming-Ming jest teraz jak cudzoziemiec. Pije herbatę z mlekiem i sypia w skarpetkach.

– A ty chyba chciałabyś wiedzieć, jak on się ubiera do łóżka – powiedział Xiao Jong, unosząc znacząco brew. Jong zawsze był za głupi jak na swoją inteligencję. Kilka miesięcy po tym, jak ci wszyscy chłopcy skończyli college, został złapany podczas nalotu Kuomintangu na studenckich przywódców podejrzewanych o sympatie komunistyczne i nawet jego mała potulna żona nigdy więcej nie miała od niego wiadomości. Dobrze mu tak.

Barbra nacisnęła wyłącznik światła przy drzwiach garderoby i weszła do środka, wypuszczając z płuc powietrze, gdy jej bose stopy ze świeżo pomalowanymi paznokciami zapadły się w gołębim jedwabnym dywanie.

To był jej ulubiony pokój w domu.

Niech Charles bez końca opowiada o ukrytej piwniczce z winem, którą zaadaptował na whisky. Niech jego przyjaciele podziwiają Ai Wei Weia rozbijającego urnę z dynastii Han na trzech fotografiach wiszących na ścianie nad znacznie mniej cenną wazą z dynastii Ming. Niech pozostałe pomieszczenia są obfotografowywane dla tego nowego kalifornijskiego czasopisma z jego protekcjonalnym redaktorem, który opisał Charlesa jako „małego, acz pełnego wdzięku człowieka”. Jedynym zakątkiem liczącym się dla Barbry była ta garderoba.

Posiadanie romantycznego sanktuarium w samym sercu tego wytwornego, olśniewającego domu budziło w Barbrze to samo wrażenie – coś pośredniego między żądzą a władzą – co noszenie halki z czerwonego jedwabiu pod ascetyczną suknią jednego z tych japońskich minimalistów, których Charles tak gorąco nienawidził.

Powinna się pakować – „Szybko!”, powiedział Charles, klaszcząc w pulchne dłonie. „Szybko!” – ale Barbra wcale nie miała na to ochoty. Wysunęła mały tapicerowany taboret, który uwielbiała z powodu jego nóg zakończonych mosiężnymi łapami, i usiadła przed lustrem. Zamknęła oczy i pozwoliła, by rześkie powietrze o temperaturze dwudziestu stopni Celsjusza osiadło na jej skórze, następnie uniosła powieki i długo patrzyła sobie w oczy.

Najpierw czoło.

Dobre, nadal dobre. Przecinała je ledwo widoczna cienka zmarszczka, dość, by udowodnić, że Barbra nie używa botoksu.

Oczy. Zawsze były zbyt okrągłe, ale teraz o tym nie myślała. Powieki zaczynały wyglądać na obwisłe, nie na tyle jednak, by cienie zbierały się w zmarszczkach. Kilka kurzych łapek w kącikach i jedna zakręcona linia pod prawym okiem, bo choć od lat podejmowała próby, po prostu nie była w stanie zasnąć, jeśli nie leżała na prawym boku. Kości policzkowe nadal wysokie. Nos bez zmian, mały i zadarty. Śmieszyły ją wszystkie te starsze o pokolenie białe kobiety, które zrobiły sobie operację i skończyły z nosami dokładnie takimi jak jej, gorzko opłakany. Jak to możliwe, że z własnej woli wybrały taki kształt? Mały i perkaty?

Usta bez wątpienia zaczynały się robić cienkie, szminka spływała do otaczających je ze wszystkich stron cieniutkich zmarszczek niczym maleńkie dopływy, pozbawiając ją najlepszego pozoru młodości.

I te bruzdy nosowo-wargowe biegnące od nosa i po króciutkim wahaniu ciągnące się koło kącików ust, obniżające je i zamieniające w pełen dezaprobaty wyraz pyska buldoga.

– Co robicie na mojej twarzy? – szepnęła do nich.

Delikatnie położyła palce na linii włosów, okrążyła czoło i podniosła je do góry. Potem przesunęła kciuki na policzki i łagodnie, powoli odciągnęła skórę na boki, zatrzymując się w chwili, gdy nosowi groziło rozpłaszczenie. Proszę. Na taką twarz powinna patrzeć. W ten sposób wyglądała lepiej niż w młodości – bo wyglądała na pozbawioną wieku.

– Ah bao! Jesteś gotowa? – zawołał z progu sypialni Charles. Barbra opuściła ręce i lata pędem wróciły, pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, aż znowu była pięćdziesięcioletnią kobietą, żoną człowieka zrujnowanego, siedzącą w świecie, który tak starannie poskładała w całość, by teraz go odrzucić. Patrzenie, jak na nowo pojawia się nierówna linia szczęki, utrata obrazu swego prawdziwego, bezczasowego wcielenia – to było niemal gorsze od świadomości, że jej życie nieodwołalnie się zmienia. Przekupny optymizm, który pchnął ją do Ameryki i umożliwił „przejęcie” Charlesa wraz z jego tworzącym się imperium w momencie, gdy usłyszała o katastrofie helikoptera, w której zginęła jego pierwsza żona, był domeną dziewcząt z wyspy, zdesperowanych, wyzbytych strachu i niemających pojęcia o świecie.

Głupi. Jak Charles mógł być taki głupi? Jak człowiek, który zdobył nieprzebrane bogactwo, mógł tak idiotycznie się zachować w sprawach finansowych? O to jedno nigdy by go nie podejrzewała. O wszystko inne, ale nie o to. Od lat wiedziała, że nie jest jej wierny, dopóki jednak nie zdradziła się przed nim z tą wiedzą, nie było powodu, dla którego mieliby rozbijać dom i małżeństwo. Przypuszczała, że fabryki nie są tak bezwzględnie bezpieczne, jak zawsze twierdził, ale to jej nie obchodziło. Znała jego uprzedzenia, wiedziała, że obejmują więcej spraw, niż Charles jest skłonny przyznać – zwłaszcza te dotyczące rodowitych Tajwańczyków, szczególnie jej rodziców – łatwo było jednak w tej kwestii ustąpić. Pieniądze sprawiają, że we wszystkich sprawach łatwo ustąpić.

– Wang tai-tai, kuai yi dian la! Ni je me hai mei you kai shi shou yi fu? Mei shi jien le! – krzyknęła teatralnym szeptem Ama, pojawiając się w lustrze nad prawym ramieniem Barbry. Miała trwałą zrobioną w salonie fryzjerskim i usta pomalowane koralową szminką.

– Tak, wiem – odparła Barbra, patrząc na jej odbicie. – Będę gotowa za minutę.

Ama, która była mamką Charlesa, utrzymywała, że doskonały mandaryński Barbry jest za bardzo przesiąknięty gęganiem z wybrzeża, żeby go zrozumieć, w odwecie więc Barbra mówiła do niej wyłącznie po angielsku, a ten język starsza kobieta ledwo rozumiała. Układ działał idealnie, ponieważ Ama i tak nigdy nie chciała słuchać odpowiedzi Barbry na swoje fałszywe grzeczności i polecenia.

– Ah bao. – To był Charles. Mówił tym mgliście rozczarowanym tonem, którego używał od momentu, gdy wrócił do domu i poinformował ją, co się stało.

– Nie musicie mi oboje mówić, co mam robić. Wiem, wiem, tylko najważniejsze rzeczy.

– Ah bao, niedługo wyjeżdżamy.

– Wo nu er zai deng wo men.

Barbra się zagotowała. Guzik ją obchodziło, że czeka na nich córka Amy. To ostatnie chwile w garderobie, a oni nie chcą dać jej sekundy spokoju. Wzięła do ręki fotografię przedstawiającą ją i Charlesa na kolacji sponsorowanej przez Hermèsa z okazji ostatniej wystawy Sainy w Nowym Jorku, tej z uchodźczyniami i chustami, przyczyny tylu kłopotów pasierbicy. Oboje z uśmiechem na siebie patrzyli, oczy Charlesa kryły się do połowy za olbrzymimi oprawkami Porsche Carrera, przy których noszeniu się uparł, kiedy zaczął cierpieć na kataraktę (jakie to niesprawiedliwe, że teraz każdy Azjata w średnim wieku w okularach mgliście przypominał Kim Dzong Ila), jej oczy były szeroko otwarte, nadal po wszystkich tych latach spoglądały na niego zalotnie. No cóż. Może znowu tak się poczuje, choć wątpiła, czy zdarzy się to w nie najnowszym samochodzie z Amą, Grace i głupim jak osioł Andrew.

五Bel Air, Kalifornia

Rozmowa Charlesa z Amą była upokarzająca.

Po mandaryńsku mówili do siebie tak:

– Rong-rong. – Ama nazwała go zdrobnieniem, które mu nadała, kiedy był bobaskiem zawiniętym w futrzany kocyk. – Dobrze, że mamy córki, a one mają domy. Pojadę do domu swojej córki.

– Amo, to nic takiego. Wszystko się ułoży. Może jednak rzeczywiście będzie najlepiej, jeśli na jakiś czas przeniesiesz się do Kathy. Dopóki sprawy się nie uspokoją.

– Ale jestem stara i nie dostanę się tam na własną rękę. Mam samochód, który mi dałeś, tylko że już nim nie jeżdżę.

– Może Kathy…

– Nie, nie, Kathy ma za dużo pracy. Zawieziesz mnie, skoro i tak jedziesz do córki.

W taki oto sposób dała mu niebieskoszarego mercedesa kombi, którego kupił pierwszej żonie, gdy była w ciąży z Sainą. Tylko tego samochodu bank nie przejął, ponieważ szesnaście lat temu Charles sprzedał go Amie za dolara; jeździła nim raz na dwa tygodnie na madżonga do San Gabriel Valley.

I w taki oto sposób powiedziała mu, że wie, iż wszystko stracił i ucieka w niechętne ramiona córki. Najgorsza była jego pewność, że Ama odda mu starego merca, Charles na to właśnie liczył.

Nie mógłby być bardziej zakłopotany, gdyby po przebudzeniu stwierdził, że cofnął się o pół wieku i znowu ssie jej sutka, dorosły mężczyzna w garniturze od Armaniego próbujący wycisnąć mleko z jej pomarszczonej piersi.

六Bel Air, Kalifornia

Byli więc tutaj we troje. Barbra, Charles i jego Ama. Już nie taka młoda.

I był samochód, model z 1980 roku, z nietkniętymi zderzakami, wciąż lśniący od cotygodniowego mycia i woskowania, które wszystkim samochodom Wangów aplikował Jeffie, syn ogrodnika.

Czyszczone częściej niż uruchamiane, to auto było damą. Kremowe siedzenia i błękitne wykładziny sprawiały, że nie nadawało się do niczego innego poza uprzejmym okrążeniem kwartału albo przejażdżki na zebranie stowarzyszenia sąsiadów cztery domy dalej. Co najwyżej mogło zgodzić się na weekendową podróż wzdłuż wybrzeża, pod warunkiem że na drugim końcu w willi w La Jolli czekał na nie klimatyzowany garaż. Po prawie trzydziestu latach wykończenie z perforowanej skóry nie popękało, a drewno wzdłuż deski rozdzielczej nadal połyskiwało. W gruncie rzeczy jedyną skazą była mała plamka w zdecydowanym różowym kolorze, bo May Lee, pierwsza żona Charlesa, zostawiła na dywaniku otwartą szminkę, która się rozpłynęła w gorącym słońcu Los Angeles.

Nigdy, ani razu, nie proszono biegów precyzyjnego jak zegarek niemieckiego silnika, by rozważyły możliwość jazdy przez cały kraj z bagażnikiem wyładowanym po brzegi, z przewodami olejowymi zatykającymi się od taniego valvoline’a. Ale podobnie jak rodzina, samochód też dostosował się do okoliczności.

Barbra zwlokła swoje torby ze schodów i czekała, aż Charles otworzy bagażnik. Stał za nią i sapał z wysiłku, przymierzając się do podniesienia ostatniej walizki Amy (miała dwie pasujące do siebie klasyczne walizki na kółkach Vuittona, które także w przeszłości należały do May Lee). Barbra nie miała zamiaru mu pomóc. Amy nie powinno z nimi być. Ciekawe, ile wciąż jej płaci i za co, pomyślała.

Było jeszcze wcześnie, wpół do ósmej. Spokojny okres między powrotem porannych biegaczy z treningu a długą wędrówką gromady gospoś z przystanków autobusowych na Sunset i Beverly Glen. Ulicą przejechał poobijany biały pick-up z ogrodnikami i kosiarkami do trawy, plując spalinami na te same żywopłoty, które jego pasażerowie codziennie podlewali i przycinali.

Gosposie i ogrodnicy, ci, którzy wyprowadzają psy i czyściciele basenów byli pierwszą linią frontu, piechotą. Później pojawią się instruktorzy pilatesu, szefowie kuchni, asystenci przysłani z biur po zapomnianą spinkę do mankietów albo scenariusz. Prywatny doradca teatralny, specjalista od piwniczki z winem, opiekun akwarium ze słoną wodą – wszyscy oni byli artykułami pierwszej potrzeby.

Charles i Barbra nigdy nie potrafili pojąć obsesji sąsiadów na punkcie sprowadzania usług do domu. Dlaczego masażysta ma wnosić do środka stół, skoro można pojechać do Four Seasons? Po co odsłaniać swoje życie przed większą liczbą nieznajomych, niż to konieczne? Teraz oczywiście nie musiała się nad tym zastanawiać. Luisa, Big Pano, Gordon i Rainie zostali zwolnieni wiele tygodni temu. Barbra nie podała im powodów. Niech sobie myślą, że w końcu zmieniła się w typową żonę z Westside z wygórowanymi wymaganiami, niezadowoloną z perfekcyjnie wyprasowanej przez Luisę pościeli i bujnie kwitnących roślin Gordona, może nawet żałośnie przekonaną, że mąż wpatruje się w rozkołysane piersi Rainie. Była pewna, że pomimo trudnych czasów od razu znajdą nowe zatrudnienie. Równie pewna była tego, że jej dawna służba już wspólnymi siłami ułożyła teorię o upadku Wangów, skandaliczną i mało pochlebną, którą bez wątpienia nowi pracodawcy z nich wyciągną.

Najgorszą chwilą dla Barbry i Charlesa było Ujawnienie. W późniejszych dniach tak o tym myślała, dużą literą – jakby brali udział w programie o renowacji, ale kiedy prowadzący zdjął im opaski z oczu, okazało się, że ich dom nie przeszedł cudownej metamorfozy, tylko całe ich zaczarowane życie zniknęło.

– Dlaczego? – zapytała wtedy Barbra.

– Co dlaczego?

– Dlaczego wszystko nasze?

W tamtej chwili to słowo zazgrzytało. Charles zawsze miał hojną rękę, zanim jeszcze zarobił pierwszy milion, często płacił za innych, ale sposób, w jaki jego żona powiedziała „nasze”, wywołało w nim coś małostkowego i nieprzyjemnego i Charles zmusił się, by to przełknąć razem z prawdziwym słowem: „moje”. Barbra nie wniosła nic do rodziny poza swym optymistycznym urokiem – nie zarabiała, nie urodziła dzieci, nawet nie urządziła domu ani nie gotowała. On zrobił pierwsze, zmarła żona drugie, a do reszty mieli wynajętych ludzi. Nic nie było „nasze”.

– Tak – potwierdził. – Wszystko.

– Ale jak? Jak mogłeś? Nic się nie uratowało? Przecież mieliśmy…

– Tak dużo. A teraz nie mamy.

Powiedział to, a potem ciężko rozpostarł ręce jak podstarzała tancerka. Ten gest przeciął coś pomiędzy nimi. Charles w całym swoim życiu nie zrobił nic niezgrabnego ani niepewnego. Nie w obecności Barbry. Nie w jej oczach. Teraz jednak jej złamane serce dostrzegało każde jego fałszywe posunięcie.

– Jak to się mogło stać?

– Stało się!

– Ale jak?

– Jak, jak, jak! Nigdy nie pytasz, jak jest dobrze, jak zarabiam tyle pieniędzy, skąd wiem, czego inni chcą, tylko teraz, jak nic nie ma! Żadnych jak!

Czy on zawsze brzmiał tak dziecinnie i sztucznie? Po szesnastu latach pobytu w Ameryce, w czasie których porozumiewała się po angielsku z dziećmi i amerykańskimi przyjaciółkami (wolała ich towarzystwo i zasady madżonga od zasad i towarzystwa żon chińskich przyjaciół Charlesa), jej angielszczyzna osiągnęła gładką perfekcję, ale łapała się na tym, że kiedy rozmawiała z Charlesem, przejmowała jego łamaną gramatykę, i oboje stopniowo porzucili swój niegdyś prywatny chiński.

– Okay – powiedziała. – Żadnych jak!

I od tamtej chwili tak było. Żadnych więcej jak. Żadnych jak i żadnego domu.

Charles nie mógł. Nie mógł powiedzieć Barbrze, jak do tego doszło, dlaczego bankructwo objęło także ich majątek osobisty – dom! Do czegoś takiego prawdziwy biznesmen nigdy by nie dopuścił, i to było najgorsze. A teraz pod osłoną świtu ukradkiem opuszczali podjazd z mizernym dobytkiem upchanym w bagażniku niczym chińska wersja bohaterów Gron gniewu uciekająca przed newage’ową wielką suszą. Charles zawsze szanował dom, jego mury były dla niego święte. Może i zdradzał żony cieleśnie, ale nigdy pod wspólnym dachem.

Teraz miał ochotę przekląć posesję, na której stał, wylać gorzko-słone łzy, które zwarzyłyby glebę i zabiły gęsty rząd bugenwilli osłaniający trawnik. Każde dziecko w przyszłości poczęte w tych pokojach będzie zniewagą dla jego dzieci, każda miłość odnaleziona na tej ziemi jego miłość zamieni w kłamstwo. Kiedy wprowadzi się tu inna rodzina, rodzina dysponująca szerokim zielonym strumieniem dolarów, z gruntu powinny wystrzelić ciemne kolczaste pnącza, opleść żeliwną bramę, popełznąć po trawie, dusząc magnolię z rozłożystymi gałęziami i słodko pachnącymi kwiatami, podkraść się pod dom, zasłonić wszystkie okna, wziąć do niewoli wszystkie drzwi. Galony przesadnie turkusowej wody niechaj się wzburzą i wyleją na grafitowe płytki otaczające basen, a potem drążą nieprzenikniony kamień, aż się skruszy i zapadnie, usuwając fundamenty spod domu.

Charles zamknął oczy i w myślach gwałtownymi zamachami wymazał dom od dachu do piwnicy, zostawiając białą plamę pomiędzy należącym do Leventhalów domem w stylu Spanish Mission z pięcioma sypialniami i garażem na sześć samochodów a domem Okafurów w stylu Cape Cod z siedmioma sypialniami i kortem tenisowym. W to puste miejsce wkleił posiadłość na zboczu góry w Chinach, o której tak wiele słyszał w dzieciństwie.

Wyczuwał siedzącą obok Barbrę i bez patrzenia wiedział, że ciaśniej otula się kaszmirowym swetrem, chociaż poranek był ciepły jak na wrzesień w Los Angeles. Trzasnęły drzwi i Ama z sapaniem usadowiła się na tylnym siedzeniu.

Nie otwierając oczu, żeby chińska posiadłość pozostała na miejscu, Charles przekręcił kluczyk w stacyjce i skierował samochód na podjazd. Na skraju ciemności pod powiekami było urwisko czyhające od chwili, kiedy lekarz go ostrzegł, że powtarzające się mikrowylewy mogą być przepowiednią czegoś większego i o wiele bardziej pustoszącego. Ale Charles się nie bał. Potrafił pokonać podjazd na wyczucie – leniwy zakręt o sto osiemdziesiąt stopni wokół frontowego trawnika, potem dwieście siedemdziesiąt pięć metrów po betonie i postój przed automatyczną bramą, zanim opony wjadą na asfalt.

Ostatnio brama otwierała się wolno. Mechanizm jęczał i co chwila się zacinał. Charles siedział z zamkniętymi oczami i rozmyślał o czasach, kiedy w takiej sytuacji sam jechał po puszkę WD-40 i w ten sposób wypełniał sobie część niedzieli, zamiast czekać, aż Pano się zorientuje.

Barbra i Ama milczały. Charles zdjął nogę z hamulca i samochód potoczył się do przodu. Jeszcze dwanaście metrów i wjedzie na chodnik, mimo to Charles mocniej zacisnął powieki. O tej porze nikt tu nie spacerował. Przed większością domów na tej przecznicy nawet nie było chodnika, trawnik graniczył z ulicą. Kombi wyjechało z podjazdu na drogę. Jeśli Charles dostatecznie długo będzie miał zamknięte oczy, nie będzie musiał patrzeć na czarny jak karawan samochód rzeczoznawcy zaparkowany byle jak przy krawężniku. Może nawet dopisze mu szczęście i zderzy się z nim. W ostatniej chwili jednak instynkt samozachowawczy zadziałał i oczy Charlesa otworzyły się szeroko, w samą porę, by przyłapać Amę i Barbrę patrzące na siebie w lusterku wstecznym.