Strona główna » Poradniki » Wewnętrzne dziecko

Wewnętrzne dziecko

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-63773-48-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wewnętrzne dziecko

Termin Wewnętrzne dziecko nie jest nowy - spotykamy go w wielu terapiach i technikach pracy w wyobraźni. Najczęściej dotyczy on wykonywania doraźnych ćwiczeń, natomiast autorka proponuje wziąć dziecko za rękę i prowadzić je całe życie. To daje inną perspektywę i bardzo ożywia nasze zdolności twórcze i opiekuńcze, a także ułatwia nam planowanie życia – w jego podstawowych zarysach - na wiele lat do przodu. Autorka przybliża ideę pracy z dzieckiem podając przykłady zachowań, jakie możemy dziecku zaproponować, prosząc przy tym by zainteresowani nie trzymali się tych przykładów kurczowo, ale by traktowali je jako jedne z możliwych i wymyślali nowe, własne zachowania. Nie oddawajmy naszego życia w niczyje ręce!!!
Bądźmy zawsze twórczo poszukujący własnych rozwiązań, korzystając z podanych nam pomysłów jako zwrócenia naszej uwagi na nowe możliwości – a tych nigdy nie ma końca.

Polecane książki

  Trzydziestoletnia Maria przylatuje do Irlandii Północnej do pracującego tam narzeczonego. Kobieta zachwycona jest pięknem zielonej wyspy. Na pozór nic jej nie brakuje – ma piękny dom, kochającego mężczyznę u boku, mnóstwo czasu wolnego… czemu więc po kilku u...
Pragniemy osiągać niesamowite rzeczy, wieść życie marzeń i być szczęśliwi. Dla większości ludzi to coś nierealnego. Ograniczeni przez brak wiedzy i strach, są więzieni w murach niepewności, które sami zbudowali. Pogrążeni we śnie, jednak wciąż żywi. Nieświadomi faktu, że skrywają w sercach najpo...
August Bielowski opisuje najdawniejsze dzieje Polski i Polaków, z czasów przedchrześcijańskich i wczesnopiastowskich, analizując najstarsze kroniki średniowieczne, w których można znaleźć informacje dotyczące naszych najdawniejszych dziejów, wierzeń, siedzib, władców. Mimo iż jest to wznowienie mocn...
Znajdziecie tu rzecz o św. Bernardzie, o trębaczu i dziwach na ratuszu, o burakach zamienionych w pieniądze i jeżyckim oporze przeciwko Szwedom, ale też powiastki obyczajowe – o pierdole z Gądek i elegancie z Mosiny czy maciejówce.Niech porwie Was magia opowieści o grodzie Przemysła i życiu jego mie...
Drugi tom gorącej serii o nieprzyzwoitej miłości wśród drapaczy chmur! Sara od lat marzy o karierze profesjonalnej tancerki, ale nieoczekiwana kontuzja kostki sprawia, że zamiast na scenie, musi stanąć za ladą recepcji w luksusowym hotelu. Ian to przystojny pracoholik, który jest w trakcie paskudneg...
Kiedy uświadomimy sobie, że wszystko na świecie jest naszą własną projekcją, jest szansa, że zaczniemy uważniej przyglądać się temu, jak funkcjonujemy w otaczającym nas świecie....

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Aneta Łastik

Re­dak­cja: Jo­lan­ta Kar­bow­ska

Pro­jekt okład­ki: Ar­tur Maj­ka

Re­dak­cja tech­nicz­na: Pa­weł Zuk

Co­py­ri­ght © Ane­ta Ła­stik

© Co­py­ri­ght for the po­lish edi­tion

by Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

War­sza­wa 2008

Wy­da­nie I

Wszel­kich in­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

ul. Kró­lo­wej Al­do­ny 6/2a, 03-928 War­sza­wa

tel./fax 022 628 08 38, 616-00-67

wy­daw­nic­two@stu­dio­em­ka.com.pl

www.stu­dio­em­ka.com.pl

ISBN 978-83-60656-02-0

Wszel­kie pra­wa, włącz­nie z pra­wem do re­pro­duk­cji tek­stów w ca­ło­ści lub w czę­ści, w ja­kiej­kol­wiek for­mie – za­strze­żo­ne.

Skład i ła­ma­nie: AN­TER s.c., ul. Tam­ka 4, War­sza­wa

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Sza­re II

Nie mam przy­ja­ciół nie mam od­wa­gi o nic pro­sić

Czę­sto czu­ję się sa­mot­ny w oświe­tlo­nym po­ko­ju

i cze­kam na ży­cie

Po­god­ne szyb­kie ży­cie

ale moje przed­mio­ty nie uśmie­cha­ją się

może dla­te­go lu­bię po pra­cy spać twa­rzą do ścia­ny

Emil La­ine

Wła­sna nie­moc jest tak nie­bez­piecz­na jak obca prze­moc.

Naj­trud­niej o praw­dę w cza­sach, gdy wszyst­ko może być praw­dą.

S.J. Lec

Geneza

Punk­tem zwrot­nym w moim ży­ciu była śmierć bra­ta. Gdy ne­kro­log oznaj­miał, że żył 35 lat, czu­łam, jak kłam­li­we było to stwier­dze­nie. Praw­dziw­sza by­ła­by in­for­ma­cja, że cier­piał 35 lat (oczy­wi­ście, nic nie jest tyl­ko czar­ne, a więc i w jego ży­ciu były sło­necz­ne dni – choć­by na­ro­dzi­ny syna czy uka­za­nie się pierw­sze­go tomu po­ezji, dru­gi uka­zał się już po jego śmier­ci…). Otóż po utra­cie Emi­ka, do któ­re­go by­łam bar­dzo przy­wią­za­na, za­czę­łam za­da­wać so­bie wie­le py­tań: co może być przy­czy­ną, że czło­wiek swo­je war­to­ścio­we ce­chy cha­rak­te­ru, ta­kie jak wraż­li­wość, de­li­kat­ność, in­te­li­gen­cję, kie­ru­je prze­ciw­ko so­bie, za­miast wy­ko­rzy­stać je dla sie­bie? Dla­cze­go te, tak u in­nych ce­nio­ne, ce­chy dla nie­któ­rych są tru­ci­zną, źró­dłem cier­pień, a nie da­ją­cą siły, zdro­wot­ną i przy­jem­ną „stra­wą”? Po­wró­ci­ło do mnie Ham­le­tow­skie py­ta­nie: Być albo nie być / Kto po­stę­pu­je god­niej: ten, kto bier­nie / Stoi pod gra­dem za­ja­dłych strzał losu, / Czy ten, kto sta­wia opór mo­rzu nie­szczęść / I w wal­ce kła­dzie im kres? (przeł. S. Ba­rań­czak). Tego typu py­ta­nia, poza tym głę­bo­ki sprze­ciw wo­bec cier­pie­nia oraz spo­strze­gaw­czość, cie­ka­wość lu­dzi, umie­jęt­ność udzie­la­nia traf­nych po­rad, spo­wo­do­wa­ły, że za­czę­łam zgłę­biać isto­tę ludz­kich pro­ble­mów i szu­kać po­my­słów, jak im za­ra­dzić. Sta­ło się to moją pa­sją. Jed­no­cze­śnie wie­lo­let­nie ob­ser­wa­cje wy­kształ­ci­ły we mnie kry­tycz­ną po­sta­wę wo­bec wszel­kiej głu­po­ty, szcze­gól­nie tej krzyw­dzą­cej, dla któ­rej – przy­zna­ję – nie mam to­le­ran­cji.

Wprowadzenie

W trzy lata po wy­da­niu książ­ki Po­znaj swój głos (po­win­nam była dać ty­tuł: „Po­znaj swój głos, a po­znasz sie­bie”) po­sta­no­wi­łam, na proś­bę Czy­tel­ni­ków, pod­jąć pró­bę do­kład­niej­sze­go opi­sa­nia spo­so­bów roz­ma­wia­nia z we­wnętrz­nym dziec­kiem, przed­sta­wia­jąc pro­ble­my, z któ­ry­mi naj­czę­ściej się spo­ty­ka­łam w mo­jej pra­cy pe­da­go­gicz­nej. Książ­ka ta jest dru­gą czę­ścią Po­znaj swój głos, z któ­rej Czy­tel­nik znaj­dzie kil­ka cy­ta­tów. Tym ra­zem nie­wie­le bę­dzie o gło­sie, choć tak na­praw­dę nie­mal za­wsze za­czy­na się od gło­su, a ra­czej od pro­ble­mów z gło­sem, i koń­czy się na od­na­le­zio­nym wła­snym gło­sie. Każ­de­go, kto chce wię­cej na ten te­mat prze­czy­tać i po­znać ćwi­cze­nia na uwal­nia­nie gło­su, od­sy­łam do Po­znaj swój głos. Tu zaj­mu­ję się tym, jak dziec­ku dać głos.

Przy­po­mnę, że po­strze­gam sie­bie jako na­uczy­cie­la (life-co­uch), bo tak na­praw­dę uczę, jak stać się do­ro­słym czło­wie­kiem wo­bec we­wnętrz­ne­go dziec­ka. Dla­te­go też oso­by, z któ­ry­mi pra­cu­ję, na­zy­wam ucznia­mi – choć oni sami czę­sto po­strze­ga­ją mnie jako te­ra­peu­tę – bo uczę ich no­wych za­cho­wań.

Za­sad­ni­czo je­stem prze­ciw­na wszel­kim „po­rad­ni­kom te­ra­peu­tycz­nym”, bo są one naj­czę­ściej oma­mem dla szu­ka­ją­cych ra­tun­ku. Wszel­kie­go ro­dza­ju: jak stać się aser­tyw­nym w 10 dni, jak schud­nąć w ty­dzień czy jak od ju­tra być szczę­śli­wą ko­bie­tą, są dla mnie for­mą zwo­dze­nia lu­dzi i spo­so­bem na za­ra­bia­nie pie­nię­dzy przez au­to­rów – te­ra­peu­tów. Oczy­wi­ście z każ­dej książ­ki mo­że­my się cze­goś na­uczyć lub cho­ciaż­by na­zwać nasz pro­blem, ale nie moż­na wma­wiać lu­dziom, że me­to­da ta czy inna jest pa­na­ceum na każ­dy po­waż­ny pro­blem, któ­ry czło­wie­ko­wi za­tru­wa ży­cie. A każ­dy praw­dzi­wie szcze­ry i tro­skli­wy kon­takt z dru­gim czło­wie­kiem jest swo­istą te­ra­pią, na­to­miast tak na­praw­dę tyl­ko my sami mo­że­my so­bie po­móc.

Nic no­we­go na tym świe­cie – wszyst­ko jest albo przy­po­mnie­niem, uzu­peł­nie­niem albo no­wym sfor­mu­ło­wa­niem.

Od za­wsze ist­nia­ły naj­prze­róż­niej­sze tech­ni­ki wy­zwa­la­ją­ce w czło­wie­ku nie­by­wa­łe moce, dzię­ki któ­rym moż­na wie­le w ży­ciu zmie­nić. Wni­ka­nie w na­sze „ja” było tym waż­niej­sze, im wie­dza o czło­wie­ku skrom­niej­sza. Wszyst­kie re­li­gie okre­śla­ją, jak na­le­ży żyć, jak się od­ży­wiać. Wszel­kie „ta­jem­ne” wie­dze, sek­ty i naj­prze­róż­niej­sze wie­rze­nia też to wy­ko­rzy­stu­ją. Ce­chą wspól­ną tych wszyst­kich grup są ini­cja­cje i prak­ty­ki, któ­re naj­pierw wy­ma­ga­ją wy­czysz­cze­nia umy­słu (mo­dli­twa, me­dy­ta­cja), czy­li spo­wo­do­wa­nia stop­nia roz­luź­nie­nia da­ją­ce­go moż­li­wość więk­szej kon­cen­tra­cji po­zwa­la­ją­ce­go od­wo­łać się do na­szych od­wiecz­nych sił wi­tal­nych.

Dzi­siaj, z jed­nej stro­ny, od­da­je­my się w ręce spe­cja­li­stów, a po­nie­waż na­uka nie od­po­wia­da na wszyst­kie pro­ble­my, z ja­ki­mi się spo­ty­ka­my, szu­ka­my in­nych dróg (joga, me­dy­ta­cja, na­tu­ral­ne ży­wie­nie, tao, tai chi) do „spo­tka­nia ze sobą”, z wła­snym sys­te­mem obron­nym, a z dru­giej, wra­ca­my co­raz czę­ściej do re­cept na­szych dziad­ków, do daw­nych tra­dy­cji, kie­dy to sta­ry czło­wiek był – i słusz­nie – po­strze­ga­ny jako mą­drzej­szy, bar­dziej do­świad­czo­ny.

Wie­le współ­cze­snych ksią­żek, po­rad­ni­ków pró­bu­je dać re­cep­ty na lep­sze uży­wa­nie mó­zgu i od­kry­wa­nie za­zwy­czaj nie­zna­nych nam po­kła­dów na­szych moż­li­wo­ści. Praw­dą jest, że wszyst­ko już było na­pi­sa­ne. Je­dy­nie nowy do­bór słów, sko­ja­rzeń, wska­za­nie do­stęp­niej­szych spo­so­bów uży­wa­nia na­sze­go mó­zgu czy­ni jed­ną książ­kę sku­tecz­niej­szą od dru­giej. Każ­dy z nas ma inny za­sób słów, po­jęć, inne do­świad­cze­nia i dla­te­go nie da się do wszyst­kich do­trzeć tą samą me­to­dą.

Każ­dy z nas może osią­gnąć szczę­ście w ży­ciu, i tyl­ko on sam. Po­trze­ba mu cza­sem po­mo­cy w sen­sie po­my­słu, jak to osią­gnąć, resz­ta na­le­ży do nie­go.

I tak na przy­kład w po­da­nym na koń­cu książ­ki cy­ta­cie z Teo­rii i prak­ty­ki Huny – Huna (po ha­waj­sku: se­kret) – to, co tam na­zy­wa się niż­szym, ja na­zy­wać będę dziec­kiem…

Zresz­tą wła­śnie na do­brze do­bra­nym sło­wie wy­mó­wio­nym na głos po­le­ga pra­ca z sobą, któ­rą pro­po­nu­ję. Jest to pra­ca dla osób, któ­re ce­nią so­bie nie­za­leż­ność, czy­li chcą o swo­im ży­ciu de­cy­do­wać sami (ci, któ­rzy szu­ka­ją pi­guł­ki, tech­ni­ki, któ­ra roz­wią­że wszyst­kie ich pro­ble­my, po­win­ni odło­żyć tę książ­kę i udać się na wie­lo­let­nią te­ra­pię lub stać się człon­kiem ja­kiejś sek­ty).

Ter­min we­wnętrz­ne dziec­ko też nie jest nowy – spo­ty­ka­my go w wie­lu te­ra­piach i tech­ni­kach pra­cy w wy­obraź­ni. Naj­czę­ściej do­ty­czy on wy­ko­ny­wa­nia do­raź­nych ćwi­czeń, na­to­miast ja pro­po­nu­ję (i być może w tym no­wość po­my­słu) wziąć dziec­ko za rękę i pro­wa­dzić je całe ży­cie. To daje inną per­spek­ty­wę i bar­dzo oży­wia na­sze zdol­no­ści twór­cze i opie­kuń­cze, a tak­że uła­twia nam pla­no­wa­nie ży­cia – w jego pod­sta­wo­wych za­ry­sach – na wie­le lat do przo­du (jak to czy­ni praw­dzi­wy ro­dzic).

Po­wtó­rzę, że wszyst­ko już było po­wie­dzia­ne i na­pi­sa­ne, je­dy­nie nowe spoj­rze­nie i na­zy­wa­nie pro­ble­mów się zmie­nia. Geo­r­ges Ifrah w swo­jej Hi­sto­rii uni­wer­sal­nej cyfr (patrz:Po­znaj swój glos) pi­sze, jak w tym sa­mym cza­sie w róż­nych miej­scach świa­ta lu­dzie wpa­da­li na te same po­my­sły, nic o so­bie nie wie­dząc. Moż­na z tego wy­wnio­sko­wać, że my­śli po­dró­żu­ją i że po­trze­by roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów są dla wszyst­kich lu­dzi na świe­cie po­dob­ne.

Wra­ca­jąc do licz­nych ksią­żek i po­rad­ni­ków, uwa­żam (i już o tym pi­sa­łam), że ni­cze­go nie na­le­ży brać do­słow­nie, wszyst­ko po­win­no być prze­my­śla­ne i pod­da­ne tłu­ma­cze­niu na wła­sny ję­zyk i na wła­sną wraż­li­wość.

Chodź wła­sny­mi dro­ga­mi na­wet po ob­cych ra­jach.

S.J. Lec

Po­wtó­rzę, że w pra­cy „nad” i „ze” sobą trze­ba być twór­czym, a rola te­ra­peu­ty-na­uczy­cie­la spro­wa­dza się je­dy­nie do:

pro­po­no­wa­nia no­wych – do­ro­słych – roz­wią­zań pro­ble­mów,

wska­za­nia ucznio­wi no­wych ho­ry­zon­tów,

by

po­tem mógł sa­mo­dziel­nie „po­dró­żo­wać po swo­im ży­ciu” o wła­snych si­łach,

zmo­bi­li­zo­wa­nia

do

ob­ser­wa­cji

dziec­ka

to

jest głów­ne za­da­nie na całe ży­cie! To dzię­ki tej ob­ser­wa­cji, czy­li na­bra­niu umie­jęt­no­ści roz­po­zna­wa­nia od­ru­chów, uczy­my się uświa­da­miać so­bie me­cha­ni­zmy (wy­uczo­ne w dzie­ciń­stwie), któ­re są źró­dłem na­szych po­ra­żek. Roz­po­znać je ła­two, bo się czę­sto po­wta­rza­ją i za­wsze na nie re­agu­je­my jak na oczy­wi­stość („wie­dzie­li­śmy, że tak bę­dzie!”),

wie­lo­krot­ne­go za­da­wa­nia py­ta­nia

dziec­ku

:

co w da­nej chwi­li czu­je?

To po­zwa­la le­piej zro­zu­mieć, co się z nami dzie­je w da­nym mo­men­cie, czy­li co się dzie­je z dziec­kiem: czy się nu­dzi, czy boi i nie wie, co zro­bić, czy zno­si „tor­tu­ry” i nie umie za­re­ago­wać itp. To wła­śnie czę­sto spo­ty­ka­ne „tu i te­raz”, na przy­kład w re­li­gii bud­dyj­skiej czy w te­ra­pii Ge­stalt.

Peł­ne po­czu­cia tro­ski i od­po­wie­dzial­no­ści re­je­stro­wa­nie od­czuć dziec­ka i czę­sto­tli­wo­ści wy­stę­po­wa­nia nie­któ­rych za­cho­wań po­zwa­la znaj­do­wać nowe roz­wią­za­nia dla sta­rych sy­tu­acji. Na po­cząt­ku pra­cy z dziec­kiem trze­ba czę­ściej wra­cać do przy­czyn tych za­cho­wań – od­czuć, co z upły­wem cza­su sta­nie się spon­ta­nicz­ne i ła­twiej­sze. Trud­ność po­cząt­ko­wa do­ty­czy pod­wa­że­nia wry­tych w ser­ce i mózg po­jęć o nas sa­mych i o na­szych naj­bliż­szych. In­a­czej mó­wiąc, w pra­cy tej obo­wiąz­ko­we jest po­waż­ne pod­da­nie we­ry­fi­ka­cji wy­obra­żeń o na­szym dzie­ciń­stwie.

Pra­ca z te­ra­peu­tą-na­uczy­cie­lem nie po­win­na trwać dłu­żej niż rok (je­że­li jest in­ten­syw­na – raz w ty­go­dniu) lub dwa lata – w do­wol­nym ryt­mie. Po­tem tyl­ko – a la car­te – do­ryw­cze po­ra­dy lub mo­ty­wo­wa­nie oso­by do po­now­ne­go za­opie­ko­wa­nia się dziec­kiem. Każ­dy z nas ma okre­sy, gdy mówi: już wiem, i wte­dy jest to za­wsze po­czą­tek co­fa­nia się do punk­tu wyj­ścia i in­for­ma­cja, że dziec­ko „prze­bra­ło się” za do­ro­słe­go, pod­czas gdy praw­dzi­wy do­ro­sły „wy­je­chał”, zo­sta­wia­jąc je ze sta­ry­mi na­wy­ka­mi. In­a­czej mó­wiąc, dziec­ko wró­ci­ło do domu ro­dzi­ciel­skie­go. Wte­dy po­wrót na chwi­lę do te­ra­peu­ty-na­uczy­cie­la jest szyb­szym spo­so­bem na od­na­le­zie­nie wła­ści­wej po­sta­wy wo­bec dziec­ka i za­pro­sze­niem do dal­szej twór­czej pra­cy. Tak na­praw­dę po­czu­cie, że już te­raz wszyst­ko wie­my i juz nig­dy się nie damy sta­rym od­ru­chom, jest za­wsze myl­ne i dzie­cin­ne. Na­le­ży zro­zu­mieć, że cho­dzi tu o wpro­wa­dze­nie pod­staw do zbu­do­wa­nia no­wej oso­by. Za­miast tej, któ­rej wszyst­ko szło źle, na taką, któ­ra świet­nie so­bie w ży­ciu ra­dzi i two­rzy z nie­go dzie­ło sztu­ki.

Nic w na­szym ży­ciu nie jest osią­gnię­te raz na za­wsze!

W świe­cie sta­tus quo nie ist­nie­je, wszyst­ko jest w cią­głym ru­chu.

Tak oto spró­bu­ję w tej książ­ce przy­bli­żyć ideę pra­cy z dziec­kiem, po­da­jąc wię­cej niż w po­przed­niej do­kład­nych przy­kła­dów za­cho­wań, ja­kie mo­że­my dziec­ku za­pro­po­no­wać. Pro­szę jed­nak Czy­tel­ni­ków, by nie trzy­ma­li się tych przy­kła­dów kur­czo­wo, ale by trak­to­wa­li je jako jed­ne z moż­li­wych i wy­my­śla­li nowe, wła­sne za­cho­wa­nia. Nie od­da­waj­my na­sze­go ży­cia w ni­czy­je ręce!

Bądź­my za­wsze twór­czy w po­szu­ki­wa­niu wła­snych roz­wią­zań, po­da­ne po­my­sły zaś mogą być po­moc­ne w od­kry­wa­niu no­wych moż­li­wo­ści – a tych nig­dy nie ma koń­ca.

Mu­szę do­dać, że wie­le wy­po­wie­dzi i po­my­słów, któ­re tu przed­sta­wię, zo­sta­ło wy­my­ślo­nych przez mo­ich uczniów. Dzię­ku­ję im za to.

Schemat naszego funkcjonowania

Dom ro­dzin­ny, czy­li wszech­moc­ni do­ro­śli lu­dzie – nasi ro­dzi­ce, opie­ku­no­wie – na­uczy­li nas, kim je­ste­śmy i jaki jest nasz świat. Pa­mię­taj­my, że wie­dzy tej na­by­wa­my w wie­ku, kie­dy pa­trzy­my na świat z dołu, z wy­so­ko­ści ma­łe­go dziec­ka, i je­ste­śmy cał­ko­wi­cie bez­kry­tycz­ni.

Pa­mięć na­szych prze­żyć jest za­pi­sa­na w mó­zgu. I choć wraz z wie­kiem do­ro­śle­je­my i po­zna­je­my inne za­cho­wa­nia – czę­sto cał­kiem od­mien­ne niż te wzię­te z domu – nie zmie­nia to pod­sta­wo­wych wy­obra­żeń, ja­kie mamy o nas sa­mych! A to dla­te­go, że zmia­na jest ści­śle zwią­za­na z in­nym, no­wym spoj­rze­niem na ro­dzi­ców, a to nie jest taka pro­sta spra­wa.

Gdy sły­szę od róż­nych osób, że „naj­ła­twiej jest wszyst­ko zwa­lić na ro­dzi­ców”, pro­po­nu­ję im spró­bo­wać i wte­dy przy­zna­ją ra­cję, że wca­le nie jest to naj­ła­twiej­sze za­da­nie.

Ła­two jest ze­zło­ścić się na ro­dzi­ców za ja­kąś bła­host­kę, ale wy­star­czy, że brat­nia nam du­sza, bę­dą­ca świad­kiem tej sce­ny, po­wie zbyt ostre sło­wa na te­mat na­szych ro­dzi­ców, że­by­śmy za­czę­li ich bro­nić albo by­śmy po­czu­li, że na­gle zro­bi­ło się nam nie­przy­jem­nie.

Tak więc, choć mo­że­my zbu­do­wać lep­szy ob­raz sa­mych sie­bie poza do­mem (bo tam okre­śla­ją nas inni lu­dzie), to jed­nak w każ­dej sy­tu­acji, kie­dy bę­dzie­my mie­li do czy­nie­nia z uczu­cia­mi, za­cho­wa­my się tak, jak jest za­pi­sa­ne w ta­kiej „ru­bry­ce” mó­zgo­wej, w któ­rej za­no­to­wa­ne są na­sze do­świad­cze­nia i re­ak­cje z dzie­ciń­stwa. W tej książ­ce zaj­mu­ję się przede wszyst­kim tymi, u któ­rych ten za­pis jest dra­ma­tycz­ny, któ­rzy są prze­ko­na­ni, że są nie­wie­le war­ci, że nie da się ich ko­chać, do ni­cze­go się nie na­da­ją, są je­dy­nie źró­dłem cier­pień, gdy­by się nie uro­dzi­li, mat­ka nie mu­sia­ła­by re­zy­gno­wać z ka­rie­ry, mąż (oj­ciec) by od niej nie od­szedł; wsty­dzą się: wady wy­mo­wy, wy­glą­du, uwa­ża­ją, że są za mali lub zbyt wy­ro­śnię­ci, cią­gle o coś py­ta­ją, są nie do wy­trzy­ma­nia, nie moż­na na nich po­le­gać itp.

Na­to­miast ci sami lu­dzie w sy­tu­acjach, gdy po­dob­ne uczu­cia do­świad­cza­ne są przez ko­goś in­ne­go, na przy­kład ja­kie­goś bli­skie­go im ko­le­gę, będą umie­li zna­leźć dla nie­go roz­wią­za­nia, któ­rych jed­nak nie mogą (nie umie­ją) za­sto­so­wać do sa­mych sie­bie.

Dzie­je się tak dla­te­go, że w sy­tu­acji do­ty­czą­cej nas sa­mych po­zo­sta­je­my we wła­dzy od­ru­chu wy­uczo­ne­go we wcze­snym dzie­ciń­stwie, któ­ry nie daje nam cza­su na uru­cho­mie­nie spo­so­bu ro­zu­mo­wa­nia, jak to zro­bi­li­by­śmy w sy­tu­acji z przy­ja­cie­lem. Dla­te­go tak waż­ne jest ucze­nie we­wnętrz­ne­go dziec­ka prak­ty­ko­wa­nia za­cho­wań zna­nych nam z sy­tu­acji, gdy po­ma­ga­li­śmy in­nym oso­bom lub o któ­rych czy­ta­li­śmy czy sły­sze­li­śmy, i pil­no­wa­nie go nie­mal na każ­dym kro­ku.

Chwi­la za­po­mnie­nia i już sta­ry pro­gram dzia­ła, tak jak w każ­dej in­nej dzie­dzi­nie ży­cia, nie tyl­ko tej, gdzie kró­lu­ją uczu­cia. Jako przy­kład weź­my prze­me­blo­wa­nie miesz­ka­nia, kie­dy to trze­ba pa­mię­tać przez ja­kiś, cza­sem dłu­gi, czas, że rze­czy, me­ble nie są w tym sa­mym co kie­dyś miej­scu. W każ­dym mo­men­cie, gdy o tym za­po­mi­na­my, idzie­my od­ru­cho­wo tam, gdzie to coś znaj­do­wa­ło się daw­niej.

Do­kład­nie taki sam pro­ces wy­stę­pu­je w spra­wach od­ru­chów zwią­za­nych z uczu­cia­mi i emo­cja­mi. Dla­te­go też ucze­nie tej na­szej wraż­li­wej, uczu­cio­wej czę­ści nas sa­mych, któ­rą na­zy­wam dziec­kiem, jest pro­ce­sem tak samo wy­ma­ga­ją­cym cza­su, za­an­ga­żo­wa­nia i dys­cy­pli­ny – ze stro­ny na­szej lo­gi­ki i po­czu­cia od­po­wie­dzial­no­ści, któ­re na­zy­wam do­ro­słym – jak dzia­ła­nia w in­nych dzie­dzi­nach na­sze­go ży­cia, gdy chce­my coś osią­gnąć.

Od gło­wy do ser­ca dro­ga bywa bar­dzo dłu­ga.

Uczu­cia nie za­le­żą od tego, co się dzie­je na ze­wnątrz nas, na­to­miast ze­wnętrz­ne wy­da­rze­nia po­ru­sza­ją pa­mięć dziec­ka, po­wo­du­ją, że od­wo­łu­je się ono do zna­nych so­bie prze­żyć i stąd czę­sto re­ak­cja jest nie­ade­kwat­na do wy­da­rze­nia. Prze­sa­dzo­na.

In­a­czej mó­wiąc, wy­da­rze­nie, któ­re nas po­ru­sza po­przez po­do­bień­stwo do ja­kiejś daw­nej sy­tu­acji (nie­mal za­wsze z dzie­ciń­stwa), przy­po­mi­na i uze­wnętrz­nia na­sze daw­ne prze­ży­cia.

Każ­da re­ak­cja emo­cjo­nal­na ma swo­je przy­czy­ny i nie­sie wy­ja­śnie­nia – trze­ba tyl­ko chcieć do­trzeć do nich – do dziec­ka, dać mu się wy­po­wie­dzieć, po raz pierw­szy do koń­ca, w tej spra­wie.

Emo­cja – dziec­ko zwra­ca tą re­ak­cją uwa­gę na sie­bie i woła: „Zaj­mij się mną, po­móż mi”…

Zaj­mo­wa­nie się dziec­kiem– emo­cją, dziec­kiem– uczu­ciem zmie­nia cał­ko­wi­cie per­cep­cję ota­cza­ją­ce­go nas świa­ta i po­zwa­la le­piej zro­zu­mieć dru­gie­go czło­wie­ka.

Główne problemy

Brak wia­ry w sie­bie

To jest pro­blem pod­sta­wo­wy i w pew­nym sen­sie je­dy­ny, czy­li dziec­ko „pod­szy­te stra­chem”. Cze­go do­ty­czy ten ro­dem z dzie­ciń­stwa strach?

Ty­ra­ni wią­żą czło­wie­ka i w jego wła­snym wnę­trzu.

S.J. Lec

Strach

przed sa­mot­no­ścią.

Strach

przed ośmie­sze­niem się, oce­ną.

Strach

przed po­raż­ką.

Strach

przed: su­ro­wym opie­ku­nem, ro­dzi­cem, księ­dzem, któ­ry stra­szy: Bo­giem, sobą, pie­kłem – krót­ko mó­wiąc – wszyst­kim.

Strach

przed skrzyw­dze­niem bliź­nie­go jako kon­se­kwen­cja wy­żej wy­mie­nio­ne­go stra­chu, czy­li oba­wa przed od­czu­wa­niem i ujaw­nie­niem nie­na­wi­ści, agre­sji, a to dra­ma­tycz­nie blo­ku­je siły wi­tal­ne czło­wie­ka.

Ge­ne­za wy­żej wy­mie­nio­nych stra­chów i pierw­sze uwa­gi, co z tym zro­bić.

1.

Od pierw­szych dni na­sze­go ży­cia uczy­my się ro­dzi­me­go ję­zy­ka, nie tyl­ko mowy, ale i ję­zy­ka uczu­cio­we­go. Je­że­li jest on ubo­gi i ogra­ni­cza się głów­nie do kon­flik­tów i stra­chu, tak też będą wy­glą­da­ły na­sze re­la­cje uczu­cio­we.

By to zmie­nić, mu­si­my świa­do­mie na­uczyć się in­ne­go ję­zy­ka, róż­ne­go od tego je­dy­ne­go, wy­ssa­ne­go z mle­kiem mat­ki. In­a­czej mó­wiąc, mu­si­my zmie­nić wy­obra­że­nie, ja­kie mamy o nas sa­mych. Za­nim jed­nak do­ko­na­my zmian, po­win­ni­śmy na­uczyć się roz­po­zna­wać, co czu­je i mówi do nas dziec­ko.

Weź­my jako przy­kład dziew­czy­nę, któ­rą w dzie­ciń­stwie opu­ścił oj­ciec. W ta­kiej sy­tu­acji dziec­ko my­śli, że sta­ło się tak z jego po­wo­du, bo nie na­da­je się do ko­cha­nia, a z dru­giej stro­ny od­czu­wa do ojca – może i do mat­ki, któ­ra nie umia­ła ojca za­trzy­mać – złość i żal, któ­rych nie wol­no mu wy­ra­zić. A po­trze­ba wy­ra­że­nia tych uczuć po­zo­sta­je. Jak dłu­go moż­na żyć z za­mknię­tym ser­cem?

Dziew­czy­na tak za­pro­gra­mo­wa­na musi zna­leźć part­ne­ra, któ­ry „po­zwo­li jej” od­na­leźć daw­ne, nig­dy nie­wy­ra­żo­ne uczu­cia.

Żeby to le­piej zro­zu­mieć, wy­ja­śniam, że nie moż­na szu­kać cze­goś, cze­go się nie zna, tak jak nie moż­na po­ro­zu­mie­wać się w ję­zy­ku, któ­re­go się nie zna!

Pod­świa­do­mie dziew­czy­na ta znaj­dzie męż­czy­znę, któ­ry po­zwo­li jej (dziec­ku) na prze­ży­wa­nie uczuć, któ­re te­raz wresz­cie może wy­ar­ty­ku­ło­wać, to zna­czy może mu wy­krzy­czeć, że ją krzyw­dzi, że jest pod­ły, że jej nie sza­nu­je – to wszyst­ko, cze­go nie mo­gła po­wie­dzieć ojcu. Bę­dzie też mo­gła to zro­bić nie­ja­ko per pro­cu­ra, mó­wiąc o tych uczu­ciach przy­ja­ciół­ce, skar­żąc się na part­ne­ra i swój los.

Ży­jąc w ter­ro­rze stra­chu przed sa­mot­no­ścią – opusz­cze­niem, bę­dzie ak­cep­to­wa­ła wszyst­ko i pró­bo­wa­ła wie­rzyć za­pew­nie­niom part­ne­ra, któ­ry, lek­ce­wa­żąc jej uczu­cia, bę­dzie po­wta­rzał (jak to pew­nie sły­sza­ła w domu wie­lo­krot­nie), że to, co robi i mówi, jest po­dyk­to­wa­ne jego mi­ło­ścią do niej. Mi­łość daje mu pra­wo (pew­nie i on tego na­uczył się w swo­im domu) do ter­ro­ry­zo­wa­nia jej na przy­kład za­zdro­ścią (o za­zdro­ści pi­sa­łam wię­cej w Po­znaj swój glos), a ona bę­dzie po­dej­mo­wać da­rem­ne pró­by udo­wod­nie­nia swo­jej nie­win­no­ści. Po­now­nie nie­zro­zu­mia­na, lek­ce­wa­żo­na, bę­dzie cier­pieć. Mimo tego nie zdo­bę­dzie się na ry­zy­ko utra­ty męż­czy­zny – mimo iż ro­zu­mie (ro­zu­mie, czy­li tu mamy do czy­nie­nia z oso­bą do­ro­słą, lo­gicz­nie my­ślą­cą), że to wszyst­ko jest cho­re. Jej we­wnętrz­ne prze­ko­na­nie z dzie­ciń­stwa, że nie jest war­ta mi­ło­ści – zo­sta­nie przez „ży­cie” po­twier­dzo­ne! Za­nim więc nie zmie­ni wy­obra­że­nia o so­bie, za­wsze bę­dzie do­zna­wa­ła (do­cho­dząc do tego róż­ny­mi dro­ga­mi) tych sa­mych uczuć, któ­re sta­no­wią ob­raz jej sa­mej i jej (nie­świa­do­me) wy­obra­że­nie ży­cia. Pa­mię­taj­my, że w pa­mię­ci dziec­ka są za­pi­sa­ne nie tyl­ko jego prze­ży­cia, ale tak­że ob­raz do­ro­słych (wzór – ro­dzi­ce, ro­dzi­na), ich wza­jem­nych re­la­cji i tych ze świa­tem ze­wnętrz­nym.

W ta­kiej sy­tu­acji, by za­cząć zmie­niać, prze­me­blo­wy­wać my­śli i po­ję­cia na swój te­mat, owa dziew­czy­na po­win­na po­roz­ma­wiać z dziec­kiem na głos, py­ta­jąc je: Co czu­jesz?

Dziec­ko: – Smu­tek, bez­sil­ność, złość, roz­pacz.

Do­ro­sły: – A czy kie­dyś już spo­tka­łaś ta­kie uczu­cia?

Dz.: – Tak, jak tata nas opu­ścił.

D.: – Wi­dzisz, te­raz to jest inna sy­tu­acja, bo twój part­ner nie jest two­im tatą, a ty nie je­steś małą, bez­bron­ną dziew­czyn­ką, bo ja je­stem koło cie­bie, a ja je­stem do­ro­słą ko­bie­tą i wię­cej ni­ko­mu nie po­zwo­lę cię skrzyw­dzić!!!

Na­stęp­nie ka­że­my part­ne­ro­wi, by nas na­tych­miast prze­pro­sił (a głos bro­nią­cej dziec­ko mat­ki jest na tyle wy­raź­ny i nie­zno­szą­cy sprze­ci­wu, że part­ner cał­ko­wi­cie zmie­ni swój spo­sób po­stę­po­wa­nia – bo on prze­cież też re­agu­je jak dziec­ko), i uczy­my go, ja­kie za­cho­wa­nie jest do­pusz­czal­ne, a ja­kie nie. Je­że­li ma wąt­pli­wo­ści co do in­ter­pre­ta­cji nie­któ­rych na­szych czy­nów, to, za­miast oskar­żać nas, po­wi­nien naj­pierw za­py­tać, jak ma ro­zu­mieć daną sy­tu­ację, na­sze za­cho­wa­nie! A to już jest ogrom­na zmia­na w sto­sun­kach part­ner­skich. Ro­dzi­ce też mo­gli­by się tego na­uczyć!

Co do stra­chu przed sa­mot­no­ścią, trze­ba zro­zu­mieć, że za­wsze po­wo­du­je on da­le­ko idą­cą ule­głość wo­bec part­ne­ra, sze­fa w pra­cy ze stra­chu przed jej utra­tą – uczu­cie, któ­re tak zna­ko­mi­cie wy­ko­rzy­stu­ją nie­któ­rzy sze­fo­wie, w ten spo­sób re­wan­żu­jąc się – nie­świa­do­mie – za swo­je krzyw­dy i oba­wy.

Strach przed od­rzu­ce­niem jest rów­no­znacz­ny ze stra­chem przed sa­mot­no­ścią, zna­le­zie­niem się poza na­wia­sem, a jego źró­dłem i po­ży­wie­niem jest po­wsta­łe w dzie­ciń­stwie po­czu­cie ni­skiej war­to­ści.

Ko­bie­ta z po­wyż­sze­go przy­kła­du go­dzi się na cier­pie­nie, gdyż jest prze­ko­na­na, że je­że­li od­wa­ży się na wy­ra­że­nie swo­ich po­trzeb, uwag czy pre­ten­sji, spo­tka się na pew­no z od­rzu­ce­niem i zo­sta­nie opusz­czo­na, czy­li sa­mot­na. Tak oto zo­sta­je ona w tej spra­wie dziec­kiem, a part­ner za­mie­nił się w jed­ne­go z ro­dzi­ców. Trze­ba pa­mię­tać, że siła stra­chu przed od­rzu­ce­niem jest dra­ma­tycz­na i moc­na. Dla dziec­ka jest rów­no­znacz­na z wy­ro­kiem śmier­ci. Dziec­ko nie może żyć samo, jest cał­ko­wi­cie za­leż­ne od opie­ku­nów! Mu­si­my do­brze zro­zu­mieć, że małe dziec­ko pa­trzy na świat z per­spek­ty­wy kil­ku­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów, a z tej per­spek­ty­wy do­ro­śli są wszech­po­tęż­ni, i rze­czy­wi­ście są, więc włą­cze­nie się od­ru­chu z daw­nych lat – po­wrót do za­cho­wań dziec­ka – po­wo­du­je pa­nicz­ny strach i żad­ne lo­gicz­ne ar­gu­men­ty nie po­ma­ga­ją, bo tak wła­śnie funk­cjo­nu­je strach.

Pa­mię­taj­my: uczu­cia nie mają lo­gi­ki!

Do­pie­ro roz­mo­wa na głos z dziec­kiem, uprzy­tom­nia­ją­ca mu, że już nie jest dziec­kiem, a part­ner nie jest mamą ani tatą, zmie­nia sy­tu­ację na taką, z któ­rą moż­na so­bie po­ra­dzić. Oczy­wi­ście w tej hi­sto­rii pa­mię­taj­my, że part­ner też re­ali­zu­je swój nie­zwe­ry­fi­ko­wa­ny sce­na­riusz, czy­li też re­agu­je dziec­kiem, więc pew­nie każe nam za coś pła­cić (za mat­kę na przy­kład, któ­ra może nie była do­stęp­na albo mia­ła tak zwa­ne buj­ne ży­cie, albo za ojca, któ­ry był na przy­kład pod pan­to­flem żony i da­rem­nie się skar­żył na swój los; part­ner może też brać przy­kład ze sro­gie­go „nie­prze­ma­kal­ne­go” ojca).

2.

Strach przed ośmie­sze­niem żywi się rów­nież za­pa­mię­ta­ny­mi w dzie­ciń­stwie prze­ży­cia­mi, kie­dy to ro­dzi­ce mie­li zwy­czaj żar­to­wać, kpić z dziec­ka.

Każ­dy ro­dzic po­wi­nien pa­mię­tać, że dzie­ci nie mają po­czu­cia hu­mo­ru! Ro­dzi­com nie wol­no na ich te­mat żar­to­wać! Gdy inni na­śmie­wa­ją się z dziec­ka, ro­dzi­ce po­win­ni sta­nąć w jego obro­nie. Bez­bron­ność dziec­ka nie może być oka­zją do re­gu­lo­wa­nia jego kosz­tem wła­snych nie­za­ła­twio­nych spraw! Dziec­ko ośmie­sza­ne bę­dzie w swo­im do­ro­słym ży­ciu uni­kać wszel­kich sy­tu­acji, w któ­rych nie ma pew­no­ści co do tego, jak wy­pad­nie. Żyje ono w nie­koń­czą­cym się stra­chu i ogra­ni­cza ry­zy­ko do mi­ni­mum, czy­li blo­ku­je swo­je moż­li­wo­ści twór­cze lub sta­je się klau­nem.

By spo­tkać się z tym uczu­ciem i zro­zu­mieć jego ge­ne­zę, pro­szę oso­bę, by zo­ba­czy­ła sie­bie w wie­ku, na przy­kład, 8 lat.

Oto opis roz­mo­wy, któ­rą od­by­łam z jed­ną uczen­ni­cą. Za­da­nie: Ma so­bie wy­obra­zić, że ma 8 lat i opo­wie­dzieć: gdzie sie­bie wi­dzi, co robi, jaka to pora dnia.

Ona: – Wi­dzę sie­bie w po­ko­ju tań­czą­cą i śpie­wa­ją­cą. Na­gle spo­strze­gam, że pod­glą­da mnie oj­ciec i się ze mnie śmie­je (łzy w oczach).

Ja: – Co czu­jesz te­raz, gdy pa­trzysz na tę małą dziew­czyn­kę?

Ona: – Żal mi jej.

Ja: – Co byś dla niej zro­bi­ła te­raz jako do­ro­sła oso­ba, bę­dą­ca świad­kiem tej sce­ny?

Ona: – Nie wiem, chy­ba bym małą przy­tu­li­ła i pró­bo­wa­ła wy­tłu­ma­czyć, że nic wiel­kie­go się nie sta­ło i nie po­win­na pła­kać.

Ja: – Jak to nic się nie sta­ło? Prze­cież dziec­ko ma wra­że­nie, że się ośmie­szy­ło w oczach uko­cha­ne­go taty!

Ona: – Ale może on się nie śmiał, tyl­ko mnie się wy­da­wa­ło – od­po­wia­da.

Ja: – Tu wła­śnie jest pro­blem. Nie ist­nie­je jed­na praw­da tam, gdzie w grę wcho­dzą uczu­cia.

Być może było tak, że oj­ciec pa­trzył na có­recz­kę z za­chwy­tem. Gdy zo­ba­czył jej za­kło­po­ta­nie i smut­ną min­kę, po­wi­nien wziąć dziec­ko w ra­mio­na i po­gra­tu­lo­wać, po­wie­dzieć, że jest ślicz­na, pięk­nie tań­czy, i za­py­tać, czy po­zwo­li mu się jej przy­glą­dać. Gdy­by tak zro­bił, nie mia­ła­by w przy­szło­ści stra­chów zwią­za­nych ze sce­ną (chce być ar­tyst­ką). Gdy­bym to ja te­raz, jako do­ro­sła oso­ba, była świad­kiem ta­kiej sce­ny, oczy­wi­ście naj­pierw uści­ska­ła­bym dziec­ko, mó­wiąc mu, że pięk­nie tań­czy, a jed­no­cze­śnie po­wie­dzia­ła­bym ojcu – w obec­no­ści dziec­ka – że tak się nie robi, że na­le­ży za­py­tać dziec­ko, czy chce dla nas za­tań­czyć, a więc te­raz po­wi­nien małą prze­pro­sić.

W prze­ży­ciach dzie­ci nie ma spraw bła­hych. Na­le­ży tłu­ma­czyć dziec­ku, że gdy od­czy­tu­je za­cho­wa­nia lu­dzi po­przez uczu­cia, może się po­my­lić w ich in­ter­pre­ta­cji. Trze­ba za­chę­cać dziec­ko do za­da­wa­nia py­tań. W wy­żej wy­mie­nio­nym przy­pad­ku dziew­czyn­ka po­win­na była za­py­tać ojca, czy się z niej śmie­je. Praw­do­po­dob­nie unik­nę­ła­by wte­dy bólu i roz­cza­ro­wa­nia. Dom po­wi­nien uczyć dziec­ko re­la­ty­wi­zo­wa­nia i ra­dze­nia so­bie z uczu­cia­mi. Dziec­ko umie je­dy­nie cier­pieć, za­my­kać się w so­bie i, bro­niąc ro­dzi­ców, wi­nić sie­bie.

Oczy­wi­ście, w ży­ciu tej dziew­czy­ny sy­tu­acji, gdy nie li­czo­no się z jej uczu­cia­mi, było na pew­no wię­cej, dla­te­go pro­blem stra­chu przed śmiesz­no­ścią jest u niej taki moc­ny.

3.

Strach przed po­raż­ką po­wsta­je jako re­zul­tat za­cho­wań su­ro­wych ro­dzi­ców, dla któ­rych suk­ces dziec­ka jest spra­wą naj­waż­niej­szą, czę­sto zwią­za­ną z przy­sło­wio­wym „co są­sie­dzi po­wie­dzą”.

Dziec­ko suk­ce­su nie wie, co to ta­kie­go bez­in­te­re­sow­ne, cie­płe uczu­cia ro­dzi­ców, przy­tu­le­nie, po­gła­ska­nie, po­ca­ło­wa­nie. W ta­kiej sy­tu­acji się uczy szyb­ko ono, że na mi­łość ro­dzi­ciel­ską musi za­pra­co­wać. Dla nie­go wszyst­ko, co nie za­li­cza się do wy­ni­ków ab­so­lut­nie wspa­nia­łych, jest głę­bo­ką po­raż­ką. Czło­wiek tak wy­cho­wa­ny musi bu­do­wać ży­cie za­wo­do­we w taki spo­sób, żeby było pa­smem suk­ce­sów. Strach przed po­raż­ką sta­je się już sta­łym to­wa­rzy­szem (z la­ta­mi strach ten do­ty­czy oba­wy, że ktoś inny może oka­zać się lep­szy, że do­bra pas­sa się skoń­czy itp., a to już jest „za­pro­sze­nie” dla cho­rób, ner­wic itp. Daje to czę­sto po­czą­tek nie­na­wi­ści wo­bec tych, któ­rym wszyst­ko „lek­ko” przy­cho­dzi).

Ży­cie pry­wat­ne ta­kiej oso­by (cza­sem buj­ne i peł­ne suk­ce­sów to­wa­rzy­skich) bar­dzo czę­sto or­ga­ni­zo­wa­ne jest rów­nież na ze­wnątrz, poza do­mem, bo suk­ces ma być wi­docz­ny, to ma być suk­ces spo­łecz­ny, a nie oso­bi­sty. Ro­bie­nie cze­goś, na­wet cie­ka­we­go, co nie jest wi­dzia­ne przez wszyst­kich i okla­ski­wa­ne, nie ma sen­su. To­też w ży­ciu oso­bi­stym trud­no jest ta­kiej oso­bie spę­dzać czas w ci­szy do­mo­we­go ogni­ska, gdy nikt (z waż­nych dla niej lu­dzi) nie wi­dzi, jaka jest wspa­nia­ła. To wszyst­ko dla­te­go, że czło­wiek taki (jest to naj­czę­ściej męż­czy­zna) nie wie, co się robi, kie­dy nie jest się w pra­cy lub z przy­ja­ciół­mi, gdy się „nie świe­ci”, kie­dy ma się chwi­lę sam na sam ze sobą lub z kimś bli­skim. Po­dob­nych sy­tu­acji oso­ba taka uni­ka jak ognia, bo nie wie, jak się za­cho­wać, a do tego ma wra­że­nie, że tra­ci czas, gdy spę­dza go na przy­kład tyl­ko z part­ne­rem, po­nie­waż mo­gła­by zro­bić coś po­ży­tecz­niej­sze­go! Boi się ci­szy, spo­tka­nia ze sobą.

Ten typ osób czę­sto cier­pi na bu­li­mię kon­tak­tów. Boją się, że ja­kaś wy­jąt­ko­wa oka­zja „przej­dzie” koło nosa. Z za­par­tym tchem ro­bią wszyst­ko, by ro­dzi­com i ich sub­sty­tu­tom udo­wod­nić, iż są war­ci mi­ło­ści. Part­ner ży­cio­wy też ma być do po­zaz­drosz­cze­nia.

Spo­tka­łam męż­czy­znę, któ­ry w dzie­ciń­stwie nig­dy nie był chwa­lo­ny, a był naj­lep­szym uczniem w kla­sie. Ro­dzi­ce chwa­li­li się sy­nem, ale jego nig­dy nie chwa­lo­no. Spo­ty­ka­ły go je­dy­nie pre­ten­sje, uwa­gi i kary. W do­ro­słym ży­ciu stał się prze­gra­nym czło­wie­kiem, któ­ry z jed­nej stro­ny po­tra­fi w krót­kim cza­sie zdo­być po­zy­cję, dużo pie­nię­dzy, a z dru­giej szyb­ko znisz­czyć to, co osią­gnął. Ma oczy­wi­ście po­waż­ny pro­blem z we­wnętrz­nym dziec­kiem, a że nie ro­zu­miał, co się z nim dzie­je – ucie­kał w al­ko­hol. Ko­bie­tom, z któ­ry­mi wcho­dził w re­la­cje, po pierw­szym (dość krót­kim) okre­sie wza­jem­ne­go za­chwy­tu, za­czy­nał ro­bić wy­mów­ki za brak za­in­te­re­so­wa­nia nim, brak mi­ło­ści, tro­ski, na­tu­ral­nie nie­za­leż­nie od re­al­nej, za­prze­cza­ją­cej temu sy­tu­acji. Jak wy­tłu­ma­czyć ta­kie po­stę­po­wa­nie? Dla we­wnętrz­ne­go dziec­ka ta­kiej oso­by jest to oka­zja do wy­ra­że­nia tego, cze­go nie moż­na było zro­bić, kie­dy było się za­leż­nym od mat­ki. Tak więc „od­da­je” on part­ner­ce za swo­je dzie­ciń­stwo, a prze­cież to wła­śnie mat­ce, a nie part­ner­ce, po­wi­nien po­wie­dzieć: „Nie ko­chasz mnie, nie sza­nu­jesz, nie zaj­mu­jesz się mną, chcesz tyl­ko się mną chwa­lić. Moje suk­ce­sy nie da­wa­ły mi ra­do­ści, bo były jak­by nie­zwią­za­ne ze mną, i te­raz, na­wet gdy od­no­szę suk­ces, nie umiem się nim cie­szyć, bo on ni­cze­go do­bre­go do mo­je­go ży­cia nie wno­si”.

Ta­kie za­cho­wa­nie po­twier­dza też je­dy­ną in­for­ma­cję, jaką nosi on ze sobą od dzie­ciń­stwa, czy­li że jest nie­uda­nym, nie­na­da­ją­cym się do ko­cha­nia i ży­cia czło­wie­kiem – i póki nic nie zmie­ni, bę­dzie to jego je­dy­na praw­da.

Pro­blem ten na­le­ży prze­pra­co­wać tak samo, jak opi­sa­łam to wcze­śniej, gdyż jest to je­den z pod­sta­wo­wych spo­so­bów na spo­tka­nie się z dziec­kiem.

4.

Gdy czło­wie­kiem de­li­kat­nym, wraż­li­wym, uf­nym kie­ru­je, ma­ni­pu­lu­je nie­za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go ży­cia, ogra­ni­czo­ny, nie­na­wist­ny au­to­ry­tet, koń­czy się to za­wsze dra­ma­tem i roz­cza­ro­wa­niem. Szcze­gól­nie gdy au­to­ry­te­tem jest „słu­ga Boży”. Wte­dy wszel­ka przy­jem­ność przez duże „P”, na­wet ta spo­wo­do­wa­na na przy­kład śpie­wem, po­wo­du­je u oso­by we­wnętrz­ny dra­mat. A prze­cież nic nor­mal­niej­sze­go nie ma na świe­cie niż ucze­nie się sie­bie, swo­je­go cia­ła, od­kry­wa­nie swo­jej sek­su­al­no­ści, któ­re do­ra­sta­ją­ce­mu dziec­ku po­zwa­la się okre­ślić i ru­szyć w do­ro­sły świat.

Bru­tal­ne in­ge­ro­wa­nie w tę część ży­cia, za­miast wpro­wa­dze­nia mło­de­go czło­wie­ka mą­drym, tro­skli­wym sło­wem, by po­znał ra­dość eks­cy­ta­cji, jest za­cho­wa­niem krzyw­dzą­cym, nie­mo­ral­nym i czy­stą hi­po­kry­zją, gdyż ci, któ­rzy strze­gą mo­ral­no­ści w ten spo­sób, są naj­czę­ściej naj­więk­szy­mi prak­ty­kan­ta­mi tego, cze­go za­bra­nia­ją. Po­dob­nie jest z ho­mo­fo­ba­mi, któ­rych ukry­te ten­den­cje ho­mo­sek­su­al­ne po­wo­du­ją, że wal­czą oni (czę­sto nie­świa­do­mie) przede wszyst­kim z ten­den­cja­mi ho­mo­sek­su­al­ny­mi w so­bie, ma­jąc na­dzie­ję, że w ten spo­sób od­su­ną od sie­bie wszel­kie po­dej­rze­nia. Ci, któ­rzy zwy­czaj­nie, z po­wo­du ta­kie­go, a nie in­ne­go „roz­da­nia” hor­mo­nów, nie ro­zu­mie­ją, nie lu­bią ho­mo­sek­su­ali­stów, wy­ra­ża­ją to bez nie­na­wi­ści i chę­ci skrzyw­dze­nia „tych in­nych”.

Mam w pa­mię­ci ucznia – śpie­wa­ka, któ­re­mu dom i pry­mi­tyw­ni księ­ża za­trza­snę­li drzwi do mi­ło­ści i spo­wo­do­wa­li cią­gły strach przed ży­ciem, przed sobą. Na do­da­tek mat­ka stra­szy­ła go ze­psu­tym świa­tem ar­ty­stycz­nym (ro­dzą się py­ta­nia: dla­cze­go Jan Pa­weł II tak lu­bił sztu­kę, śpiew i ta­niec – nie ro­zu­miem, może ci „le­piej wie­rzą­cy” spró­bo­wa­li­by to wy­tłu­ma­czyć!).

A prze­cież każ­dy re­li­gij­ny czło­wiek, wcho­dząc do ko­ścio­ła, mo­dląc się przed rzeź­ba­mi Mat­ki Bo­skiej czy Je­zu­sa i śpie­wa­jąc pie­śni re­li­gij­ne, jest w szpo­nach sztu­ki i ar­ty­stów, któ­rzy prze­cież są twór­ca­mi za­rów­no bu­dow­li („domu Boga”), jak i pie­śni, mu­zy­ki li­tur­gicz­nej itd.

Po­nie­waż śpiew jest moją do­me­ną, chcia­ła­bym przy­po­mnieć, że śpiew ma być przy­jem­no­ścią i da­wać przy­jem­ność za­rów­no śpie­wa­ją­ce­mu, jak i jego słu­cha­czom, łącz­nie z eks­cy­ta­cją! Nie może to być grze­chem! Grze­chem ra­czej jest za­bi­cie w so­bie tego, co nam Bóg dał! Wła­śnie ra­dość ży­cia po­le­cał Jan Pa­weł II, ale ilu śmier­tel­nych Go zro­zu­mia­ło? Boję się, że te ry­go­ry wy­ni­ka­ją z chę­ci (pew­nie pod­świa­do­mej) ze­msty na mło­dych za ich moż­li­wo­ści peł­ne­go ży­cia sek­su­al­ne­go, za­bro­nio­ne­go księ­żom. Gdy mamy do czy­nie­nia z du­chow­ny­mi z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, te pro­ble­my nie po­ja­wia­ją się, od­wrot­nie – są to praw­dzi­wi opie­ku­no­wie dusz, lu­dzie umie­ją­cy słu­chać i nieść sko­ła­ta­nej du­szy po­kój.

5.

Nie­jed­no­krot­nie spo­tka­łam lu­dzi, któ­rzy żyli tyl­ko z jed­nym ro­dzi­cem i na któ­rych w dzie­ciń­stwie spo­czy­wa­ły obo­wiąz­ki do­ro­słe­go czło­wie­ka. Bar­dzo czę­sto to dziec­ko, zmu­szo­ne do od­po­wie­dzial­no­ści za ro­dzeń­stwo, nie jest wy­na­gra­dza­ne za swo­je wy­sił­ki, wręcz prze­ciw­nie – co­kol­wiek by zro­bi­ło, nie jest do­sta­tecz­nie do­bre. Dzie­ci te by­wa­ją też bite. Tak oto, ska­za­ne na tego je­dy­ne­go ro­dzi­ca, dzie­ci sta­ra­ją się zro­zu­mieć, co się dzie­je, i choć od­czu­wa­ją, nie mogą przy­znać, że są źle trak­to­wa­ne. Ro­śnie w nich agre­sja, któ­rą naj­czę­ściej kie­ru­ją prze­ciw­ko so­bie. Za­blo­ko­wa­ny czło­wiek, któ­re­mu wy­ra­ża­nie uczuć i po­trzeb jest za­bro­nio­ne, może w pew­nym mo­men­cie wy­buch­nąć. Ku­mu­la­cja agre­sji jest nie­bez­piecz­na, bo może wy­wo­łać „nie­po­czy­tal­ne” za­cho­wa­nia, cho­ro­bę psy­chicz­ną. Jak­że czę­sto sły­szy­my o oso­bach, któ­re na­gle za­czę­ły strze­lać w szko­le do gru­py nie­zna­nych lu­dzi, a prze­cież mó­wio­no o nich, że byli za­wsze mili i spo­koj­ni, uczyn­ni, „bez hi­sto­rii” – jak się ma­wia we Fran­cji. No wła­śnie, lu­dzie tacy naj­praw­do­po­dob­niej scho­wa­li w so­bie wszyst­ko, aż pę­kło. Bywa też, że ta eks­plo­zja zmie­nia się w au­to­de­struk­cję.

Głos jako podstawowy element pracy z dzieckiem

Chcę tu­taj roz­wi­nąć te­mat, któ­ry roz­po­czę­łam w książ­ce Po­znaj swój głos – my­ślę o mó­wie­niu na głos z we­wnętrz­nym dziec­kiem, a tak­że o kwe­stii uży­wa­nia cza­su te­raź­niej­sze­go przy pra­cy w wy­obraź­ni.

W Bi­blii na­pi­sa­ne jest, że sło­wo sta­ło się cia­łem. Wy­ni­ka z tego, że aby sło­wo zdo­by­ło „moc praw­ną”, musi być po­wie­dzia­ne.