Strona główna » Humanistyka » Wiek skrajności. 1914-1991. Spojrzenie na krótkie XX stulecie

Wiek skrajności. 1914-1991. Spojrzenie na krótkie XX stulecie

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66232-04-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wiek skrajności. 1914-1991. Spojrzenie na krótkie XX stulecie

 

Czwarty, dopełniający monumentalny cykl poświęcony historii XIX wieku, tom fundamentalnego dzieła brytyjskiego historyka, pozwalający zrozumieć destrukcyjną i zarazem twórczą naturę ostatniego stulecia. Osobisty i erudycyjny wykład historii od początku I wojny światowej do rozpadu Związku Radzieckiego w roku 1991.

 

Wielowymiarową narrację historyczną wzmacniają wyraziste poglądy autora i perspektywa zarazem świadka jak i uczestnika wydarzeń oraz szczególny dar syntezy, pokazujący wydarzenia polityczne w związku z przemianami gospodarczymi, rozwój nauki i kultury na tle dziejów postępu cywilizacyjnego, wojen i ludobójstwa. Całość tworzy potoczyście opowiedzianą historię, w której Hobsbawm stawia trudne pytania i udziela nieoczywistych odpowiedzi.

 

Takich intelektualistów już nie ma. Hobsbawm zjednywał szerokością horyzontów, wielojęzycznością, erudycją i przede wszystkim niezależnością.

Józef Pinior

Polecane książki

Constance jedzie przeprowadzić audyt w New Dawn, kompleksie złożonym z kasyna i luksusowego hotelu. Jeśli odkryje jakieś nieprawidłowości, może otrzyma awans. Ku jej zdumieniu właściciel kasyna niemal od pierwszej chwili ją uwodzi. Constance nie potrafi oprzeć się pokusie, choć jest świadoma kon...
  Na wstępie sporządź listę rzeczy, których wykonanie zajmuje ci 59 sekund. Następnie skreśl je i w czasie, który zyskasz dzięki temu śmiałemu posunięciu, przeczytaj książkę 59 sekund. Masz wciąż za mało czasu? Skoncentruj się na krótkich streszczeniach najistotniejszych wątków, które znajdziesz w k...
Teksas, 1902. Nora Marlowe, świetnie wykształcona panna z dobrego domu, zawsze chciała zobaczyć Dziki Zachód. Przeczytała wiele romansów o przystojnych i dzielnych kowbojach. Romantyczne wizje w zetknięciu z rzeczywistością rozsypują się jak domek z kart. Tutejszym mężczyznom dalek...
Niepokojąca wizja dwudziestego trzeciego wieku – światem zawładnęły systemy policyjne i wielkie korporacje. W futurystycznym Vancouver znikają ludzie. W sprawę uwikłani zostają: obdarzony zdolnościami paranormalnymi terapeuta Max i komandos sił specjalnych Alla. Oboje z genetyczną ułomnością prz...
Przedmiotem książki jest, najogólniej rzecz biorąc, wpływ rozwoju nowych technologii na sposób prowadzenia wojny. Ponieważ w literaturze przedmiotu brakuje teoretycznego podejścia, które całościowo ujmowałoby analizowane kwestie, wykorzystuję teoretyczny model rewolucji w sprawach wojskowych. (....
Pełna optymizmu opowieść o miłości i szczęściu, które mogą nas spotkać w każdej chwili i w każdym wieku, nawet gdy porzuciliśmy już marzenia i nie oczekujemy czegoś lepszego od losu. Pola i Joluśka – mimo skrajnie różnych charakterów – to przyjaciółki na dobre i na złe. Pierwsza permanentnie wikła s...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Eric Hobsbawm

Eric Hobsbawm, Wiek skrajności 1914–1991.

Spojrzenie na krótkie dwudzieste stulecie

Tytuł oryginału: The Age of Extremes. The Short Twentieth Century. 1914–1991

Warszawa 2018

Copyright © by Bruce Hunter and Christopher Wrigley, 1994

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2018

Wydanie pierwsze w tej edycji

ISBN 978-83-66232-04-4

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Seria Historyczna [34]

Warszawa 2018

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

WSTĘP ORAZ PODZIĘKOWANIA

Nikt nie może opisać dziejów XX stulecia w taki sposób, w jaki pisze się historię innych epok, nikt nie jest bowiem w stanie traktować epoki, w której żył, jak okresu widzianego wyłącznie z zewnątrz, o którym wiadomości czerpie się z drugiej czy trzeciej ręki, z materiałów źródłowych z danej epoki czy też prac żyjących później historyków. Większa część mego życia pokrywa się z okresem, o którym jest mowa w niniejszej książce. Gdy miałem kilkanaście lat, interesowałem się już sprawami publicznymi, zbierając na ich temat poglądy i uprzedzenia człowieka żyjącego współcześnie. Z tego właśnie powodu jako zawodowy historyk unikałem pisania o okresie po roku 1914. „Moją epoką” – jak to się mówi w naszym zawodzie – jest wiek XIX. Sądzę, że obecnie jest jednak możliwe przyjrzenie się Krótkiemu Dwudziestemu Stuleciu, to znaczy okresowi od roku 1914 do końca epoki sowieckiej, z pewnej historycznej perspektywy. Podejmuję się tego zadania bez znajomości literatury naukowej i z niewielką wiedzą na temat archiwów.

Oczywiście poznanie całego niezwykle obszernego naukowego piśmiennictwa tyczącego obecnego stulecia (a nawet literatury naukowej opublikowanej w jednym z głównych języków) jest właściwie niemożliwe dla badacza w odróżnieniu od, powiedzmy, historyka zajmującego się klasyczną epoką starożytną czy imperium bizantyjskim, który przeczytał wszystko, co zostało napisane na ten temat. Zatem moja wiedza jest przypadkowa i wyrywkowa, jeśli traktować ją wedle standardów historycznej erudycji. Mogłem jedynie zagłębić się w literaturze dotyczącej szczególnie trudnych i kontrowersyjnych zagadnień, na przykład historii zimnej wojny czy lat trzydziestych, na tyle, aby przekonać się, że poglądy wyrażane w mojej książce dadzą się obronić w naukowy sposób. Oczywiście są tu liczne wątki ujawniające moją ignorancję oraz kontrowersyjne oceny.

Niniejsza książka jest zatem oparta na zadziwiająco niesymetrycznych podstawach. Oprócz rozległych i różnorodnych lektur prowadzonych przez wiele lat i uzupełnionych niezbędną kwerendą do przygotowania wykładów na temat historii XX wieku dla doktorantów New School for Social Research wykorzystałem również wspomnienia i opinie uważnego świadka wydarzeń, człowieka żyjącego i podróżującego po wielu krajach, którego antropologowie społeczni określają mianem „obserwatora uczestniczącego”, a moi przodkowie nazwaliby kibbitzer. Historyczna wartość tego rodzaju doświadczeń nie zależy od tego, czy uczestniczy się samemu w wielkich wydarzeniach albo czy spotyka ludzi tworzących historię. W gruncie rzeczy moje doświadczenia jako dziennikarza poznającego ten czy inny kraj, głównie w Ameryce Południowej, polegały na robieniu wywiadów z prezydentami i politykami, wywiadów, które zwykle wnosiły niewiele z oczywistego powodu, wiadomo bowiem, co tego rodzaju ludzie mówią na użytek publiczny. Więcej można dowiedzieć się od tych, którzy chcą i mogą mówić otwarcie i szczerze, zwłaszcza gdy sami nie ponoszą odpowiedzialności za wydarzenia. Mimo że znajomość ludzi czy miejsc z oczywistych powodów daje wiedzę cząstkową i niekiedy błędną, muszę przyznać, że w moim przypadku stanowiły ogromną pomoc. Jedynie pamięć panoramy tego samego miasta, Walencji czy Palermo, zachowana sprzed trzydziestu lat i ich widok obecny pozwalają na uświadomienie tempa i skali zmian społecznych w trzecim ćwierćwieczu dwudziestego wieku. Jeśli badacz może nadać jakiś sens obecnemu stuleciu, to w znacznej mierze zależy to od tego, czy dokładnie je obserwował i przysłuchiwał się odgłosom historii. Mam nadzieję, że przekażę czytelnikom coś, czego nauczyłem się w ten sposób.

Niniejsza książka opiera się oczywiście również na informacjach, które uzyskałem od moich kolegów, studentów i każdego, z kim się zetknąłem w czasie pracy nad nią. W niektórych przypadkach informacje, które im zawdzięczam, mają kluczowy charakter. Rozdział poświęcony naukom przedstawiłem moim przyjaciołom: Alanowi Mackayowi, który jest nie tylko krystalografem, ale posiada także encyklopedyczną wiedzę, oraz Johnowi Maddoksowi. Niektóre fragmenty dotyczące rozwoju gospodarczego zostały zaopiniowane przez Lance’a Taylora, mego kolegę z New School, a byłego wykładowcę Massachusetts Institute of Technology. We wspomnianych rozdziałach w znacznej mierze wykorzystuję lektury i materiały z konferencji organizowanych na tematy makroekonomiczne przez World Institute for Development Economic Research uniwersytetu ONZ w Helsinkach kierowany przez doktora Lala Jayawardenę. Z kolei miesiące, które miałem możliwość spędzić jako visiting scholar wspaniałej fundacji, jaką jest McDonnell Douglas, były dla mnie bezcenne z powodu jej zainteresowań ZSRR w końcowych latach istnienia tego państwa.

Nie zawsze zgadzałem się z radami tych, z którymi odbywałem konsultacje, a jeśli to nawet czyniłem, błędy należy przypisywać wyłącznie mnie. Wiele wyniosłem z konferencji i kolokwiów, na których uczeni spędzają większość czasu głównie po to, by wymienić poglądy z kolegami. Nie jestem w stanie podziękować wszystkim, od których uzyskałem różne informacje, a nawet nie mogę w wielu wypadkach ustalić ich źródła. Przypadkowo miałem szczęście, że uczyłem w New School wyjątkową grupę studentów pochodzących z różnych krajów. Sądzę, że muszę szczególnie podziękować za dane na temat rewolucji tureckiej i charakteru migracji oraz społecznej ruchliwości w Trzecim Świecie, jakie uzyskałem z prac seminaryjnych Ferdana Erguta oraz Aleksa Julca. Wiele zawdzięczam także doktorskiej dysertacji dotyczącej APRA (Amerykański Sojusz Ludowo-Rewolucyjny) i powstaniu Trujillo w roku 1932 pióra mojej uczennicy Margerity Gisecke.

HistorykXX wieku, będąc tak blisko związany ze współczesnością, staje się uzależniony od dwóch rodzajów źródeł: codziennej i periodycznej prasy oraz od okresowych raportów, statystyk i innych publikacji ogłaszanych przez rządy i międzynarodowe instytucje. Sam wiele zawdzięczam lekturze londyńskiego „Guardiana”, także „Financial Times” oraz „New York Times”. Bezcenne publikacje ONZ i jej różnych agencji oraz Banku Światowego wymieniam w bibliografii. Nie zapominam także o poprzedniczce ONZ, czyli o Lidze Narodów. Aczkolwiek w praktycznym działaniu okazała się niemal bezradna, to jednak prowadzone przez nią badania oraz analizy, które znalazły się w pionierskim pod tym względem tomie Industrialisation and World Trade wydanym w 1945 roku, zasługują na wdzięczność. Nie można by napisać niczego na temat gospodarczych, społecznych czy kulturowych zmian w naszym stuleciu, nie dysponując takim właśnie źródłem informacji.

Większość z tego, co napisałem w niniejszej książce, wyjąwszy oczywiście moje osobiste sądy, czytelnik musi po prostu przyjąć na wiarę. Nie ma powodu, by tego rodzaju książkę przeciążać całym aparatem naukowych przypisów czy też innych oznak erudycji. Próbowałem ograniczyć odnośniki do źródeł cytowanych, podają one bowiem niekiedy odmienne dane. Stosowałem je czasem, by uwiarygodnić opinie, które mogłyby się wydać czytelnikowi dość niezwykłe, nieznane czy nieoczekiwane, a także wtedy, kiedy moje być może kontrowersyjne poglądy domagały się takiego wsparcia. Te odnośniki znajdują się w książce w nawiasach. Są one czymś odrębnym od przypisów, których zadaniem było jedynie uzupełnienie czy uszczegółowienie tekstu głównego. Bibliografia, znajdująca się na końcu książki, jest jedynie pełną listą wszystkich pozycji cytowanych czy omawianych w tekście. Nie jest zatem usystematyzowanym przewodnikiem do dalszych lektur. Skrótową listę literatury uzupełniającej zamieszczam osobno.

Mimo wszystko należy wskazać prace, z których szczególnie wiele skorzystałem. Chciałbym, żeby ich autorzy nie poczuli się niedocenieni. Są to przede wszystkim książki dwóch moich przyjaciół: historyka ekonomii i niestrudzonego zbieracza danych liczbowych Paula Bairocha oraz byłego prezesa Węgierskiej Akademii Nauk Ivána Berenda, któremu zawdzięczam samo pojęcie Krótkiego Dwudziestego Stulecia. Przewodnikiem po ogólnej historii politycznej od czasu drugiej wojny światowej był Peter Calvocoressi i jego książka World Politics Since 1945, która ze zrozumiałych powodów była czasami lekturą gorzką. Jeśli chodzi o dzieje drugiej wojny światowej, to wiele nauczyłem się ze wspaniałej książki Alana Milwarda War, Economy and Society 1939–1945. Co tyczy się gospodarki po 1945 roku, to skorzystałem z pracy Hermana Van der Wee Prosperity and Upheaval: The World Economy 1945–1980 oraz z książki Philipa Armstronga, Andrew Glyna i Johna Hamsona Capitalism Since 1945. Bardziej doceniona powinna być The Cold War Martina Walkera, potraktowano ją bowiem dotąd nazbyt krytycznie. Jeśli idzie o historię ruchu lewicowego od drugiej wojny światowej, to bardzo wiele zawdzięczam doktorowi Donaldowi Sassoonowi z Queen Mary and Westfield College z University of London, który uprzejmie zgodził się, bym przeczytał jego obszerne i jeszcze nieukończone studium na ten temat. Jeśli chodzi o historię ZSRR, to jestem szczególnie zobowiązany pracom Moshe Lewina, Aleca Nove, R.W. Daviesa oraz Sheili Fitzpatrick. Kwestie związane z Chinami studiowałem na podstawie prac Benjamina Schwartza oraz Stuarta Schrama, problemy świata muzułmańskiego z książek Iry Lapidusa i Nikki Keddie. Moje poglądy na temat sztuki w znacznym stopniu oparte są na rozprawach dotyczących kultury w okresie republiki weimarskiej Francisa Haskella oraz Johna Willetta (a także na prowadzonych z nim rozmowach). Rozdział szósty wiele zawdzięcza książce Lynn Garafoli Diaghilev.

Szczególne podziękowania należą się tym, którzy pomogli mi w przygotowaniu tej pracy. Przede wszystkim były to moje asystentki Joanna Bedford w Londynie i Lise Grande w Nowym Jorku. Muszę podkreślić, jak wielki jest mój dług wobec Lisy Grande, bez niej nie potrafiłbym zapełnić olbrzymich luk w mojej wiedzy ani sprawdzić faktów, które pamiętałem niezbyt dokładnie. Podziękowania należą się także Ruth Syers, która przepisała moje notatki, i Marlene Hobsbawm, która czytała książkę z punktu widzenia przeciętnego czytelnika zainteresowanego współczesnością.

Wspomniałem już o moim długu wobec studentów z New School uczestniczących w moich wykładach, w których próbowałem formułować moje idee i interpretacje. Im tę książkę dedykuję.

Eric Hobsbawm

Londyn–Nowy Jork, 1993–1994

Wiek dwudziesty w ocenie

Isaiah Berlin (filozof, Wielka Brytania):

Moje życie obejmuje większą część XX stulecia i muszę zaznaczyć, iż osobiście nie doświadczyłem większych cierpień. Jednak wspominam to stulecie jako najokropniejsze w historii Zachodu.

Julio Caro Baroja (antropolog, Hiszpania):

Istnieje oczywista sprzeczność między jednostkowym doświadczeniem życia, w którym dzieciństwo, młodość i wiek dojrzały mijają spokojnie i bez większych przygód, a tym, co się stało w XX wieku […] straszliwymi doświadczeniami, przez które przeszła ludzkość.

Primo Levi (pisarz, Włochy):

My, którzy przetrwaliśmy świat obozów, nie jesteśmy prawdziwymi świadkami. Stopniowo, czytając to, co napisali wszyscy ci, którzy ocaleli, a także ponownie przeglądając po latach swoje własne zapiski, zdałem sobie z tego sprawę. My, którzy ocaleliśmy, stanowimy nie tylko niewielką, ale i niereprezentatywną mniejszość. Tylko dzięki kłamstwu, sprytowi i szczęściu nie dosięgnęliśmy dna. Ci, którzy się tam znaleźli i ujrzeli oblicze Gorgony, nigdy już nie powrócili, a jeśli wrócili – milczeli.

René Dumont (agronom, ekolog, Francja):

Według mnie jest to wyłącznie stulecie zbrodni i wojen.

Rita Levi-Montalcini (laureatka Nagrody Nobla, Stany Zjednoczone)

Mimo wszystko w tym stuleciu dokonały się zmiany na lepsze […] powstanie czwartej władzy i wyzwolenie kobiet po wiekach opresji.

William Golding (laureat Nagrody Nobla, pisarz, Wielka Brytania):

Jestem przekonany, że było to najokrutniejsze stulecie w historii ludzkości.

dwunastu ludzi

Ernst Gombrich (historyk sztuki, Wielka Brytania):

Najważniejszą cechą XX wieku jest niezwykłe zwiększenie populacji na świecie. To jest prawdziwa klęska i katastrofa. My zaś nie wiemy, co z tym zrobić.

Yehudi Menuhin (muzyk, Wielka Brytania):

Próbując podsumować XX wiek, muszę stwierdzić, że wzbudził największe nadzieje, jakie ludzkość kiedykolwiek żywiła, oraz zniszczył wszelkie złudzenia i ideały.

Severo Ochoa (laureat Nagrody Nobla, Stany Zjednoczone):

Najbardziej podstawową sprawą jest postęp nauki, który istotnie był niezwykły […]. To najlepiej charakteryzuje nasze stulecie.

Raymond Firth (antropolog, Wielka Brytania):

W dziedzinie technologii wyróżniłbym, jako najbardziej znaczący, rozwój elektroniki, natomiast w dziedzinie idei – odejście od racjonalnego i naukowego podejścia do świata na rzecz nieracjonalnego i mniej naukowego.

Leo Valiani (historyk, Włochy):

Nasze stulecie ukazuje, że zwycięstwo ideałów sprawiedliwości i równości jest zawsze efemeryczne, ale zarazem ujawnia fakt, że jeśli tylko uda się nam zachować wolność, to w każdej chwili możemy zaczynać wszystko od nowa […]. Nie należy popadać w rozpacz nawet w najbardziej rozpaczliwych sytuacjach.

Franco Venturi (historyk, Włochy):

Historycy nie mogą udzielić odpowiedzi na takie pytanie. Dla mnie XX wiek to stale powracający wysiłek zrozumienia go.

(Agosti i Borgese, 1992, s. 42, 210, 154, 76, 4, 8, 204, 2, 62, 80, 140, 160)

I

28 czerwca 1992 roku prezydent Francji Mitterrand nagle i bez zapowiedzi złożył nieoczekiwaną wizytę w Sarajewie, które już wówczas stanowiło centrum wojny na Bałkanach, wojny, która pochłonęła do końca owego roku jeszcze tysiące ludzkich istnień. Mitterrand pragnął zwrócić uwagę świata na to, jak poważną sprawą jest kryzys bośniacki. Rzeczywiście, obecność wybitnego, podeszłego wiekiem i wyraźnie już schorowanego męża stanu w czasie artyleryjskiego i karabinowego ostrzału została zauważona i wzbudziła podziw. Jednakże jeden aspekt wizyty prezydenta Mitterranda pozostał właściwie bez komentarza, chociaż miał niewątpliwie znaczenie zasadnicze – data wizyty. Dlaczego prezydent Francji odwiedził Sarajewo właśnie tego dnia? Dzień 28 czerwca jest bowiem rocznicą zamachu dokonanego tam w 1914 roku na austro-węgierskim arcyksięciu Franciszku Ferdynandzie. Zamachu, który kilka tygodni później doprowadził do wybuchu pierwszej wojny światowej. Dla każdego wykształconego Europejczyka w wieku Mitterranda skojarzenie daty, miejsca oraz pamięć historycznej katastrofy, przyspieszonej politycznymi błędami i chybionymi kalkulacjami, było uderzające. Czyż można było bardziej udramatyzować potencjalne skutki kryzysu bośniackiego niż właśnie przez wybranie tak symbolicznej daty? Prócz kilku zawodowych historyków i bardzo starych ludzi nikt jednak nie zrozumiał tej aluzji. Nie istniała już pamięć historyczna.

Destrukcja przeszłości, a właściwie zniszczenie społecznych mechanizmów łączących nasze współczesne doświadczenie z doświadczeniem poprzednich pokoleń, jest jednym z najbardziej charakterystycznych zjawisk końca XX wieku. Większość młodych ludzi końca XX wieku wychowała się w swego rodzaju permanentnej teraźniejszości, wyzutej z podstawowych odniesień do społecznej przeszłości. Taki stan rzeczy powoduje, że rola historyków, których zadaniem jest pamiętanie tego, o czym zapominają inni, staje się pod koniec drugiego milenium o wiele istotniejsza niż dawniej. Jednakże właśnie dlatego nie mogą pozostać tylko kronikarzami, kompilatorami czy dokumentalistami, chociaż wszystkie te zadania są ich podstawowymi obowiązkami. Gdyby w 1989 roku odbyło się seminarium dotyczące traktatów pokojowych zawartych po obu wojnach światowych, to korzyść z niego odniosłyby wszystkie rządy na świecie, zwłaszcza zaś ich Ministerstwa Spraw Zagranicznych, dyplomaci zapomnieli już bowiem o owych traktatach.

Celem tej książki nie jest dokładne opisywanie Krótkiego Dwudziestego Stulecia obejmującego okres od 1914 do 1991 roku. Fakt, że inteligentny amerykański student zadaje pytanie, czy określenie „druga wojna światowa” oznacza, że wcześniej była pierwsza wojna, zmusza do zdania sobie sprawy z tego, że znajomość nawet najbardziej podstawowych faktów dotyczących naszego stulecia nie jest powszechna. Moim celem jest zrozumienie i wyjaśnienie, dlaczego rzeczy potoczyły się tak, jak się potoczyły, i jaki był związek między nimi. Dla każdego człowieka z mojego pokolenia, człowieka, który przeżył większość swego życia w tym właśnie czasie między rokiem 1914 a 1991, książka niniejsza będzie nieuchronnie zapisem autobiograficznym. Mówimy tu o naszych wspomnieniach, rozszerzając je i korygując. Przemawiamy jako ludzie żyjący w określonym czasie i w określonym miejscu, wplątani na różne sposoby w historię jako aktorzy jej dramatu. Choć nasze role nie miały znaczenia, to przemawiamy także jako świadkowie naszych czasów, a również – co nie jest bez znaczenia – jako ludzie, których poglądy zostały ukształtowane przez to, co musieliśmy przeżyć, a co stanowiło najbardziej przełomowe wydarzenia tego stulecia. Jesteśmy częścią tego wieku i jest on częścią nas. Powinni o tym pamiętać czytelnicy, którzy należą już do innej epoki, na przykład studenci rozpoczynający naukę w chwili, kiedy książka ta jest pisana, i dla których nawet wojna w Wietnamie jest prehistorią.

Dla historyków mojej generacji przeszłość jest niezniszczalna i to nie tylko dlatego, że należymy do pokolenia, które żyło w czasach, kiedy to jeszcze ulicom i placom nadawano imiona znanych ludzi i znanych wydarzeń (stacja Wilsona w przedwojennej Pradze, stacja Stalingrad w paryskim metrze), kiedy podpisywano traktaty pokojowe i utożsamiano je z konkretnymi miejscami (traktat wersalski), a pomniki ku czci ofiar wojen przywoływały nie tak odległą przeszłość, ale i dlatego że wydarzenia publiczne stanowiły dla nas materię życia. Nie były tylko epizodami naszych biografii, ale ukształtowały je zarówno pod względem prywatnym, jak i publicznym. Dla mnie data 30 stycznia 1933 roku nie jest tylko datą objęcia przez Hitlera urzędu kanclerza Niemiec, ale też wspomnieniem zimowego popołudnia w Berlinie, kiedy to, wówczas piętnastolatek, wracałem z młodszą siostrą ze szkoły w Wilmersdorfie do Halensee i gdzieś po drodze zobaczyłem nagłówki gazet. I nadal widzę je jak we śnie.

Jednakże nie tylko stary historyk traktuje przeszłość jako część swojej teraźniejszości. Na całym globie ludzie w pewnym wieku, niezależnie od pochodzenia i osobistych losów, przeszli przez te same istotne doświadczenia. To do pewnego stopnia naznaczyło nas wszystkich. Świat, który rozpadł się w końcu lat osiemdziesiątych, był światem ukształtowanym przez rosyjską rewolucję w roku 1917. Wszyscy zostaliśmy naznaczeni jej wpływem, bo zaczęliśmy na przykład postrzegać współczesną ekonomię przemysłu w binarnych kategoriach „kapitalizmu” i „socjalizmu”. W tej alternatywie jedna kategoria miała stopniowo wykluczyć drugą. Jeden system gospodarczy utożsamiany był z modelem ZSRR, drugi zaś ze wszystkimi innymi. Teraz powinno stawać się coraz jaśniejsze, że była to arbitralna i do pewnego stopnia sztuczna konstrukcja, którą można pojąć jedynie jako element szczególnego kontekstu historycznego. Nawet dzisiaj, kiedy piszę te słowa, nie jest łatwo znaleźć inne racjonalne zasady klasyfikacji niż te, które umieszczały w jednej grupie Stany Zjednoczone, Japonię, Szwecję, Brazylię, Niemiecką Republikę Federalną i Koreę Południową, w drugiej zaś – system i gospodarkę państwową przyjętą w sferze wpływów radzieckich – włączając do tej drugiej państwa Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej, których gospodarka najwyraźniej nie uległa rozkładowi po upadku systemu socjalistycznego w ZSRR.

Powtórzmy raz jeszcze, że nawet świat, który przeżył finał rewolucji październikowej, jest światem, gdzie instytucje i założenia ukształtowali ci, którzy po drugiej wojnie światowej znaleźli się po stronie zwycięzców. Przegrani w tej wojnie oraz ci, którzy byli ich sprzymierzeńcami, nie tylko milczeli i byli uciszani, ale faktycznie zostali wykreśleni z historii i z życia intelektualnego. Pozostawiono im tylko rolę „wroga” w moralnym światowym dramacie walki Dobra ze Złem. (Obecnie może to samo zdarzyć się tym, którzy w drugiej połowie stulecia przegrali zimną wojnę, chociaż nie do takiego stopnia i nie na tak długo). Oto jedna z kar za życie w stuleciu wojen religijnych. Główną cechą tych wojen jest nietolerancja. Nawet ci, którzy głosili pluralizm własnych postaw, nie sądzili, aby świat był dostatecznie duży, by mogły w nim trwale współistnieć konkurujące ze sobą świeckie religie. Konfrontacje religijne czy ideologiczne, których było wiele w tym stuleciu, stworzyły historykowi bariery, bo przecież jego głównym zadaniem nie jest osądzanie, ale zrozumienie nawet tego, co jest trudne do pojęcia. Jednakże zrozumienie utrudniają nie tylko nasze emocje, ale również historyczne doświadczenie, które owe emocje ukształtowało. Emocje łatwiej przezwyciężyć i dlatego błędne jest znane francuskie powiedzenie tout comprendre c’est tout pardonner (zrozumieć wszystko, to wszystko przebaczyć). Zrozumienie epoki nazistowskiej w historii Niemiec oraz umieszczenie jej w historycznym kontekście nie oznacza wybaczenia ludobójstwa. W każdym razie nikt, kto żył w tym wyjątkowym stuleciu, nie może powstrzymać się od formułowania sądów. Natomiast zrozumienie stało się bardzo trudne.

II

Jak można zrozumieć Krótkie Dwudzieste Stulecie, to znaczy okres od wybuchu pierwszej wojny światowej do upadku Związku Radzieckiego? Z perspektywy widzimy bowiem, że ów okres stanowił spójną historycznie epokę, która właśnie się kończy. Nie wiemy, jak będzie wyglądało trzecie milenium, mimo że zdajemy sobie sprawę, iż to właśnie Krótkie Dwudzieste Stulecie odciśnie na nim swe piętno. Nie można mieć właściwie żadnych wątpliwości, że koniec lat osiemdziesiątych i początek lat dziewięćdziesiątych zakończyły pewien etap w historii, a zarazem dały początek nowemu. I to jest najistotniejszy fakt dla historyków obecnego stulecia. Jakkolwiek mogą snuć przypuszczenia dotyczące przyszłości, rozumiejąc już przeszłość, to jednak ich zajęcie nie przypomina pracy eksperta podpowiadającego, na którego konia stawiać w wyścigach. Historycy mogą owe wyścigi, które już się odbyły, jedynie opisywać i analizować. W każdym razie proroctwa ogłoszone w ostatnich trzydziestu czy czterdziestu latach, niezależnie od zawodowych kwalifikacji ich autorów, okazały się wyjątkowo mało trafne i tylko rządy oraz instytuty badawcze zajmujące się ekonomią nadal pokładają zaufanie, a może udają, że je pokładają, w owych prognozach.

W niniejszej książce struktura Krótkiego Dwudziestego Stulecia przedstawiona jest w formie tryptyku czy też swoistego historycznego kolażu. Po Wieku Katastrofy, to znaczy po okresie od 1914 roku aż do zakończenia drugiej wojny światowej, nastąpiło od dwudziestu pięciu do trzydziestu lat niebywałego wzrostu gospodarczego i głębokich przemian społecznych, które prawdopodobnie znacznie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i to w tak krótkim czasie zmieniły społeczeństwo. Oceniając, z perspektywy, można uznać okres ten za coś w rodzaju Złotego Wieku. Zresztą oceniono go tak zaraz na początku lat siedemdziesiątych, kiedy to doba dobrobytu się zakończyła. Ostatnia część stulecia stała się czasem rozkładu, kryzysu, niepewności i prawdziwej katastrofy dla znacznej części świata – Afryki, byłego Związku Radzieckiego i byłych socjalistycznych krajów Europy. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nastroje wszystkich, którzy snuli rozważania nad przeszłością i przyszłością stulecia, zaczęły przypominać nastroje z czasów fin de siècle’u. Z punktu widzenia przełomowych lat dziewięćdziesiątych w naszym Krótkim Dwudziestym Stuleciu istniał niedługi okres Złotego Wieku, resztę zaś zajmowały kryzysy i perspektywa nieznanej i wątpliwej, choć wcale niekoniecznie apokaliptycznej przyszłości. I – chociaż niektórzy historycy pragnęliby naśladować metafizycznych spekulantów wieszczących „Koniec Historii” – to jednak przyszłość istnieje. Jedynym niewątpliwym uogólnieniem dotyczącym historii jest to, że dopóki istnieje rodzaj ludzki, dopóty będzie istniała historia.

Właśnie na tym przekonaniu zasadza się niniejsza książka. Rozpoczyna się od pierwszej wojny światowej, która oznaczała załamanie się zachodniej cywilizacji XIX wieku. Była to cywilizacja, w której gospodarka opierała się na zasadach kapitalistycznych, system prawny i polityczny oparty był na zasadach liberalizmu, burżuazja zaś była klasą panującą. Cywilizacja ta sławiła również postęp w zakresie nauki, wiedzy, edukacji oraz postęp materialny i moralny. Cechowało ją głębokie przeświadczenie o centralnym znaczeniu Europy, kolebki rewolucji naukowej, przemysłowej, artystycznej i politycznej. Gospodarka tej cywilizacji podporządkowała sobie świat, a jej żołnierze podbili większą jego część. Nastąpił taki przyrost ludności (włączając w to olbrzymią liczbę emigrantów z Europy oraz ich potomków), że cywilizacja ta stanowiła jedną trzecią całej ludzkości, a jej największe państwa tworzyły światowy system polityczny1.

Dziesięciolecia od wybuchu pierwszej wojny światowej do zakończenia drugiej wojny były Wiekiem Katastrofy dla społeczeństwa ukształtowanego przez tę cywilizację. Przez czterdzieści lat trapione było kolejnymi nieszczęściami. W owym czasie nawet mądrzy konserwatyści nie daliby głowy, że społeczeństwo to w ogóle przetrwa. Przeżyło wstrząs dwóch wojen światowych, po których nastąpiły dwie fale światowych rewolucji. Doprowadziły do władzy system roszczący sobie pretensje do tego, że stanowi historyczną konkurencję dla społeczeństwa burżuazyjnego i kapitalistycznego. System ów ogarnął jedną szóstą powierzchni Ziemi, a po drugiej wojnie władał już jedną trzecią ludności świata. Olbrzymie imperia kolonialne, które powstały w XIX wieku, upadły i rozsypały się w pył. Cała historia współczesnego imperializmu, tak niezachwianego i zadufanego w sobie jeszcze po śmierci królowej Wiktorii, trwała nie dłużej niż życie jednego człowieka, na przykład Winstona Churchilla (1874–1965).

I co więcej: bezprecedensowo głęboki kryzys gospodarczy powalił na kolana nawet najsilniejsze ekonomicznie państwa kapitalistyczne i zahamował proces tworzenia uniwersalnej gospodarki światowej, która była przecież tak znaczącym osiągnięciem dziewiętnastowiecznego kapitalizmu liberalnego. Nawet Stany Zjednoczone, których nie dotknęła wojna i rewolucja, zdawały się bliskie upadku. W momencie kiedy gospodarka się chwiała, a faszyzm i podobne do niego reżimy autorytarne dochodziły do władzy, instytucje demokracji liberalnej właściwie zanikły. Wyjątkiem były nieliczne państwa Europy, część Ameryki Północnej oraz Australazja w okresie 1917–1942.

Tylko krótkotrwały i dość dziwaczny sojusz liberalnego kapitalizmu i komunizmu w obronie przed takim przeciwnikiem uratował demokrację, albowiem zwycięstwo nad hitlerowskimi Niemcami było w istocie zwycięstwem Armii Czerwonej i tylko dzięki niej stało się możliwe. Ten okres przymierza kapitalizmu i komunizmu przeciwko faszyzmowi, w latach trzydziestych i czterdziestych, w różnoraki sposób wpłynął na kształt historii dwudziestego wieku i stanowi kluczowy jej moment. Był to swoisty historyczny paradoks w stosunkach kapitalizmu i komunizmu, które przez większą część stulecia znajdowały się w stanie nieprzejednanego antagonizmu. Zwycięstwo Związku Radzieckiego nad Hitlerem było osiągnięciem reżimu wprowadzonego w Rosji przez rewolucję październikową, reżimu, który udowodnił swą efektywność poprzez porównanie systemu gospodarczego carskiej Rosji w czasie pierwszej wojny światowej do gospodarki radzieckiej podczas drugiej wojny (Gatrell/Harrison, 1993). Bez tego zwycięstwa świat zachodni najprawdopodobniej składałby się (poza Stanami Zjednoczonymi) z najrozmaitszych odmian autorytaryzmu i faszyzmu, nie zaś z rozmaitych odmian liberalnego parlamentaryzmu. Jednym z ironicznych paradoksów tego dziwnego stulecia jest fakt, iż najtrwalszym rezultatem rewolucji październikowej, której celem było przecież obalenie kapitalizmu na całym świecie, stało się ocalenie przeciwnika. Dokonało się to zarówno w czasie wojny, jak i pokoju – świat zachodni bowiem po drugiej wojnie światowej otrzymał silny bodziec do przeprowadzenia reform oraz do wprowadzenia wyposażonego w pewne procedury samoregulacji planowania gospodarczego.

Kapitalizm liberalny, który z trudem przetrwał trzy zagrożenia: kryzysu, faszyzmu i wojny, stał jednak w obliczu światowego rozwoju rewolucji wspieranej przez Związek Radziecki, który z drugiej wojny światowej wyszedł jako supermocarstwo.

Z perspektywy widać, że siłę socjalizmu wobec kapitalizmu stanowiła słabość przeciwnika. Bez upadku dziewiętnastowiecznego społeczeństwa burżuazyjnego nie byłoby rewolucji październikowej i nie byłoby ZSRR. System gospodarczy wprowadzony na zrujnowanych rolniczych terenach eurazjatyckiego kolosa, byłego imperium carskiego, nazwany systemem socjalistycznym, nie zostałby uznany za rzeczywistą alternatywę dla gospodarki kapitalistycznej. To Wielki Kryzys lat trzydziestych przyczynił się do tego, a zagrożenie faszyzmem spowodowało, że ZSRR stał się niezastąpiony w walce z Hitlerem i dlatego ZSRR został jednym z supermocarstw, z którym konfrontacja napawała strachem i zdominowała drugą część Krótkiego Dwudziestego Stulecia. Dzisiaj dopiero dostrzegamy, że pod wieloma względami przyczyniło się to do politycznej stabilizacji tego okresu.

Prawdopodobnie historycy XX wieku stoją przed bardzo istotnym zagadnieniem: w jaki sposób i z jakiego powodu kapitalizm po drugiej wojnie światowej osiągnął – ku zdumieniu wszystkich, nie wyłączając swego własnego – stan bezprecedensowej prosperity – Złoty Wiek lat 1947–1973, który był zapewne swoistą anomalią.

Dotychczas nie ma zgodnej odpowiedzi na to pytanie i ja również jej nie potrafię udzielić. Zapewne przyjdzie zaczekać na bardziej przekonującą analizę do czasu, kiedy całą „długą falę” drugiej połowy XX wieku można będzie rozpatrywać z dalszej perspektywy. Jednakże pomimo to możemy przypatrzeć się Złotemu Wiekowi jako całości, albowiem Dziesięciolecia Kryzysu, które po nim przeżywał świat, nie skończyły się jeszcze do chwili, kiedy piszę te słowa. Jednakże już teraz można z dużą dozą pewnością stwierdzić, jak niesłychanie rozległa była skala gospodarczych i kulturowych przemian. Były to największe, najszybsze i najbardziej fundamentalne przemiany w dotychczasowej historii. Różnorodne aspekty tego problemu przedstawię w drugiej części niniejszej książki. W trzecim milenium historycy XX wieku prawdopodobnie dostrzegą wpływ, który na historię wywarł właśnie ów zadziwiający okres. Zmiany w ludzkim życiu, które nastąpiły niemal na całym globie, były bowiem głębokie i nieodwracalne. Co więcej, nadal się dokonują. Dziennikarze i eseiści, którzy doszukiwali się „Końca Historii” w upadku imperium sowieckiego, byli w błędzie. Już lepiej można by dowodzić, że trzecia ćwierć naszego wieku oznaczała koniec siedmiu czy ośmiu tysiącleci ludzkiej historii, która rozpoczęła się wraz z wprowadzeniem rolnictwa w epoce kamiennej, zakończyła się bowiem długa era, kiedy to większa część ludzkości żyła z uprawy roślin i hodowli zwierząt.

W porównaniu z tym historia konfrontacji „kapitalizmu” i „socjalizmu” z interwencją, lub bez niej, państw i rządów uznających się za reprezentantów jednej z tendencji – to znaczy Stanów Zjednoczonych i ZSRR – najpewniej będzie kiedyś przedmiotem ograniczonego zainteresowania historyków. Dzisiaj analogicznie patrzymy na wojny religijne w XVI i XVII wieku czy też wyprawy krzyżowe. Dla tych, którzy jakąś część swego życia przeżyli w Krótkim Dwudziestym Stuleciu, owe konfrontacje mają naturalnie wielkie znaczenie i tak też są ukazane w niniejszej książce, pisanej przecież przez dwudziestowiecznego pisarza dla czytelników końca XX wieku. W całej rozciągłości omówione zostaną: rewolucje społeczne, okres zimnej wojny, natura i ograniczenia oraz tragiczne błędy „realnego socjalizmu”, a także jego upadek. Mimo to należy pamiętać, że wielki i długotrwały wpływ reżimów inspirowanych rewolucją październikową polegał na ogromnym przyspieszeniu modernizacji zacofanych krajów rolniczych. Natomiast największe sukcesy modernizacyjne zbiegły się z kapitalistycznym Złotym Wiekiem. Nie ma potrzeby rozważać tu, na ile skutecznie czy nawet świadomie podtrzymywano strategie mające na celu zniszczenie świata naszych przodków. Przekonamy się później, że aż do początku lat sześćdziesiątych owe strategie zdawały się do siebie pasować, co wobec upadku socjalizmu w ZSRR wydaje się rzeczą monstrualną. Jednakże brytyjski premier w rozmowie z amerykańskim prezydentem nadal widział wtedy w ZSRR państwo, które ze swą „dynamiczną gospodarką” może wkrótce prześcignąć społeczeństwo kapitalistyczne w wyścigu o materialne bogactwa (Home, 1989, s. 303). Należy jednakże odnotować fakt, iż socjalistyczna Bułgaria lat osiemdziesiątych miała znacznie więcej wspólnego z niesocjalistycznym Ekwadorem niż obydwa te państwa ze swą przeszłością – z Bułgarią i Ekwadorem z roku 1939.

Chociaż upadek radzieckiego socjalizmu oraz olbrzymie, jeszcze nie w pełni możliwe do przewidzenia, choć głównie negatywne konsekwencje tego faktu stanowiły najbardziej dramatyczne wydarzenie w Dziesięcioleciach Kryzysu, które nastąpiły po okresie Złotego Wieku, dziesięciolecia te są i tak epoką globalnego czy też powszechnego kryzysu. Kryzys objął różne części świata na różne sposoby i w różnym stopniu, ale dotknął wszystkie kraje niezależnie od ich politycznych, społecznych czy gospodarczych konfiguracji, Złoty Wiek stworzył bowiem, po raz pierwszy w historii, jedną coraz bardziej integrującą się, powszechną gospodarkę światową, działającą ponadnarodowo, a zatem także ponad granicami państw ideologicznych. W wyniku tego podważone zostały przyjęte wcześniej idee stojące u podstaw instytucji wszystkich ustrojów. Początkowo kłopoty w latach siedemdziesiątych wydawały się jedynie krótkotrwałą przerwą w Wielkim Skoku światowej gospodarki. Państwa o różnych systemach politycznych i gospodarczych poszukiwały doraźnych rozwiązań. Stopniowo stawało się jednak oczywiste, że nadeszła era długotrwałych trudności, dla których rozwiązania kraje kapitalistyczne zaczęły chwytać się radykalnych środków. Często naśladowano świeckich teologów totalnie wolnego rynku, którzy całkowicie odrzucali politykę – tak przecież dobrze służącą światowej gospodarce w okresie Złotego Wieku, a teraz niezdającą już egzaminu. Dogmatycy doktryny laissez faire nie byli bardziej skuteczni niż ktokolwiek inny. W latach osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych świat kapitalistyczny znalazł się w kłopotach podobnych do tych z okresu międzywojennego, które, zdawało się, Złoty Wiek już odsunął – takich jak masowe bezrobocie, cykliczne kryzysy rozwoju, bardziej niż kiedykolwiek wyraziste przeciwstawienie bezdomnych żebraków przepychowi i luksusowi oraz ograniczonych dochodów państwa jego nieograniczonym wydatkom. Państwa socjalistyczne, w których gospodarka już upadała, były zmuszone do podobnego, a niekiedy bardziej radykalnego zerwania z własną przeszłością, co doprowadziło – jak wiemy – do ich załamania. Właśnie to załamanie może wyznaczać koniec Krótkiego Dwudziestego Stulecia, tak jak pierwsza wojna światowa wyznaczyła jego początek. I na tym zakończy się moja opowieść.

Zakończy się tak, jak musi się zakończyć każda książka napisana na początku lat dziewięćdziesiątych – spojrzeniem w nieznane. Upadek jednej z części świata ujawnił zarazem niezadowalający stan całej reszty. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych stało się jasne, że kryzys światowy był powszechny nie tylko w sensie gospodarczym, ale również i politycznym. Upadek komunistycznych reżimów od Istrii po Władywostok prócz tego, że przyczynił się do powstania olbrzymiego niestabilnego i niepewnego pod względem politycznym obszaru, strefy chaosu i wojny domowej, spowodował również zniszczenie dotychczasowego międzynarodowego systemu stabilizującego stosunki międzynarodowe od czterdziestu lat. Upadek komunizmu ujawnił również słabość wewnętrznych systemów politycznych, które opierały się na międzynarodowej stabilności. Napięcia związane z kłopotami gospodarczymi nadszarpnęły systemy demokracji liberalnej, parlamentarnej czy też prezydenckiej, które tak dobrze funkcjonowały w rozwiniętych krajach kapitalistycznych od końca drugiej wojny światowej. Nadszarpnęły także polityczne systemy, niezależnie od tego, jakie to były systemy, w krajach Trzeciego Świata. Podstawowe organizmy polityczne, to znaczy terytorialnie niepodległe i suwerenne „państwa narodowe”, również te najstarsze i najbardziej stabilne, poczęły być rozdzierane przez ponadnarodowe siły ekonomiczne oraz wewnętrzne naciski secesjonistów i grup etnicznych. Niektóre z tych grup – i to jest ironia historii – domagały się suwerenności dla iście miniaturowych państw narodowych, co było żądaniem nierealistycznym i opartym na anachronicznych podstawach. Przyszłość polityki była niejasna, jednakże kryzys w końcu Krótkiego Dwudziestego Stulecia oczywisty.

Jeszcze bardziej oczywisty niż niepewność polityczna i gospodarcza okazał się kryzys społeczny i moralny, stanowiący odzwierciedlenie zamętu, jaki pojawił się w życiu ludzi w latach pięćdziesiątych i znalazł swój powszechny, choć niejasny wyraz w czasie Dekad Kryzysu. Był to kryzys przekonań i założeń, na których zbudowano nowoczesne społeczeństwo już na początku XVIII wieku, kiedy to moderniści wygrali słynną batalię ze starożytnikami, batalię, w której opierali się na założeniach humanistycznych i racjonalistycznych. Założenia te podzielał zarówno liberalny kapitalizm, jak i komunizm. I to właśnie umożliwiło ich krótkotrwały, ale skuteczny sojusz przeciwko faszyzmowi, który odrzucał takie założenie. Konserwatywny niemiecki publicysta Michael Stürmer słusznie zauważył w 1993 roku, iż:

„Istnieje dziwna paralela między Wschodem a Zachodem. Na Wschodzie doktryna państwowa kładła nacisk na to, iż człowiek jest panem swego losu. Jednakże również my, choć nie w tak oficjalny i nie tak skrajny sposób, wierzyliśmy w ów slogan, że ludzkość znajduje się na drodze do opanowania swego losu. Chociaż roszczenie do osiągnięcia wszechmocy zupełnie zanikło na Wschodzie, i tylko częściowo chez nous – jednakże obie strony odczuły smak zawodu” (Bergedorf, 98, s. 95).

Paradoksem jest, iż epoka, której jedyna uprawniona pretensja do przysłużenia się ludzkości polegała na tryumfie postępu materialnego, opartego na nauce i technologu, zakończyła się odrzuceniem tej zasady przez większą część opinii społecznej oraz ludzi uznających się za myślicieli Zachodu.

Jednakże kryzys moralny legł nie tylko u podstaw współczesnej cywilizacji, ale został odziedziczony przez historyczne struktury ludzkich stosunków z czasów przedindustrialnych i przedkapitalistycznych, co – jak to widzimy obecnie – uniemożliwiało funkcjonowanie tej cywilizacji. Był to kryzys nie tylko jednej formy organizacji społecznej, ale wszystkich jej form. Takie dziwne nazwy, jak „społeczeństwo obywatelskie”, „wspólnota”, były głosem zagubionych i zbłąkanych pokoleń. Posługiwano się nimi w okresie, kiedy straciły już swe tradycyjne znaczenie i stały się czczymi frazesami. Nie było innego sposobu na określenie społecznej tożsamości oprócz wskazania na tych, którzy znajdowali się poza obrębem danej społeczności.

Według poety Thomasa Stearnsa Eliota koniec świata następuje bez huku, ale przy wtórze skomlenia. Krótkie Dwudzieste Stulecie skończyło się na obydwa te sposoby.

III

Jak wypada porównanie świata lat dziewięćdziesiątych ze światem roku 1914? Dzisiejszy świat zamieszkuje pięć czy sześć miliardów ludzi, co stanowi trzykrotność populacji z początku pierwszej wojny światowej, mimo że w czasie owego Krótkiego Stulecia poległo, zginęło lub zmarło tylu ludzi, ilu nigdy przedtem w dziejach. Ostatnie szacunki podają liczbę 187 milionów ludzi (Brzeziński, 1993). Można zakładać, że zginął jeden człowiek na dziesięciu w porównaniu do całej ludności świata w roku 1900. W latach dziewięćdziesiątych większość ludzi była wyższa i ważyła więcej niż ich rodzice, była lepiej odżywiona i żyła dłużej, choć trudno w to uwierzyć, zważywszy na katastrofy lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w Afryce, Ameryce Południowej i w byłym ZSRR. Świat był nieporównanie bogatszy w możliwości produkowania dóbr i świadczenia najrozmaitszych usług. W innym przypadku nie byłby w stanie utrzymać ludności kilkakroć większej niż kiedykolwiek w historii. Większości ludzi aż do lat osiemdziesiątych działo się lepiej niż ich rodzicom, a w krajach rozwiniętych gospodarczo żyli na takim poziomie, którego nie oczekiwali i nawet sobie nie wyobrażali. Przez jakiś czas w połowie stulecia zdawało się, że znaleziono sposoby na w miarę sprawiedliwą dystrybucję przynajmniej części owego olbrzymiego bogactwa pośród ludzi pracy w krajach zamożniejszych, jednakże pod koniec stulecia ponownie górę wzięła nierówność. Masowo też pojawiła się w byłych krajach „socjalistycznych”, w których poprzednio panowało swoiste zrównanie w niedostatku. Ludzkość była nieporównanie lepiej wykształcona niż w roku 1914. Po raz pierwszy w historii (choćby tylko na podstawie oficjalnych statystyk) większość populacji stanowili umiejący czytać i pisać. Znaczenie tego osiągnięcia było jednak pod koniec wieku znacznie mniej oczywiste niż w roku 1914. Powiększa się bowiem dystans między oficjalnym minimum umiejętności niezbędnych do uznania kogoś za osobę piśmienną (często wielu ludzi znajduje się w grupie określanej jako „funkcjonalni analfabeci”) a wymaganiami w zakresie umiejętności pisania i czytania, nadal oczekiwanymi od elit.

W świecie dokonuje się nieustannie rewolucyjny postęp technologiczny dzięki tryumfowi nauk przyrodniczych. Postęp taki można było przewidzieć już w 1914 roku, ale nie można go było jeszcze wtedy realizować. Najważniejszą praktyczną konsekwencją była rewolucja w dziedzinie transportu i komunikacji, rewolucja, która w istocie spowodowała „unicestwienie” czasu i odległości. Świat jest teraz w stanie dostarczać do każdego domu codziennie, a nawet co godzinę, więcej informacji i rozrywki niż mieli cesarze w roku 1914. Ludzie mogą porozumiewać się ze sobą poprzez oceany i kontynenty po naciśnięciu kilku przycisków, co w zasadzie zniosło kulturalną przewagę miasta nad wsią.

Dlaczego zatem wiek ten nie kończy się celebrowaniem owego nieporównywalnego z niczym i fantastycznego postępu, ale nastrojem niepewności? Dlaczego tak wielu myślicieli, co widoczne jest w przytoczonych na początku rozdziału cytatach, spogląda na to stulecie bez satysfakcji i najwyraźniej bez ufności w przyszłość? Nie tylko dlatego, że było to bez wątpienia stulecie najbardziej z dotychczasowych mordercze pod względem skali, częstotliwości i długotrwałości wojen, z krótkim wyjątkiem w latach dwudziestych, ale także dlatego że w tym wieku wydarzyły się katastrofy na nieporównywalną wcześniej skalę, największe w dziejach plagi głodu i największe ludobójstwo. Różniło się od „długiego dziewiętnastego stulecia”, które wydawało się, i w istocie było, okresem niemal nieprzerwanego postępu materialnego, intelektualnego oraz moralnego, czyli polepszania cywilizacyjnych warunków życia. Począwszy od 1914 roku, poziom życia ulegał regresji i odbiegał od standardów niegdyś traktowanych jako normalne w krajach rozwiniętych oraz wśród klas średnich, standardów, które – w co z przekonaniem wierzono – zostaną wprowadzone w bardziej zacofane rejony i wśród mniej oświeconych warstw ludności.

Ponieważ obecne stulecie nauczyło nas i nadal uczy, że człowiek może przywyknąć do życia w warunkach najbardziej brutalnych i teoretycznie nie do zniesienia, nie jest łatwo ogarnąć rozmiary powrotu czegoś, co nasi dziewiętnastowieczni przodkowie nazywali barbarzyństwem, a co niestety powraca w coraz szybszym tempie. Zapomnieliśmy już, że wielki rewolucjonista Fryderyk Engels był przerażony faktem wybuchu bomby podłożonej przez Irlandczyków w Westminster Hall, ponieważ jako stary żołnierz był przekonany, iż ofiarami wojen powinni być żołnierze, a nie cywile. Zapomnieliśmy już, że pogromy w carskiej Rosji, słusznie potępiane przez opinię światową, które spowodowały, że miliony rosyjskich Żydów wyemigrowały do Ameryki w okresie od roku 1881 do 1914, miały marginalny wymiar liczbowy, jeśli weźmiemy pod uwagę współczesne standardy zbrodni. Wówczas ofiary śmiertelne liczyło się na dziesiątki, a nie tysiące, nie mówiąc już o milionach. Zapomnieliśmy, że kiedyś konwencja międzynarodowa wprowadziła zasadę, że wojna „nie może zostać rozpoczęta bez uprzedniego i wyraźnego ostrzeżenia w postaci deklaracji wojny lub też ultimatum oznajmiającego warunki ewentualnej deklaracji wojny”. Czyż ostatnia wojna zaczęła się od podobnie wyrażonej deklaracji? Czy zakończyła się formalnym traktatem pokojowym wynegocjowanym przez walczące państwa? W ciągu XX stulecia wojny w coraz większym stopniu były wymierzane przeciwko gospodarce, infrastrukturze oraz ludności cywilnej poszczególnych państw. W pierwszej wojnie światowej liczba ofiar wśród ludności cywilnej była znacznie wyższa niż wśród żołnierzy walczących stron, z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych. Iluż z nas pamięta, że w 1914 roku traktowano za oczywiste słowa:

„Cywilizowana wojna, jak określają to podręczniki, powinna być, jeśli to tylko możliwe, ograniczona do uniemożliwienia dalszego działania zbrojnego strony przeciwnej, gdyż w przeciwnym razie wojna mogłaby być kontynuowana aż do całkowitego wyniszczenia którejś ze stron. Zrozumiałe jest […] że owa zasada stała się zwyczajem pośród narodów Europy” (Encyclopedia Britannica, wyd. XI, 1911, hasło: War).

Zaobserwowaliśmy powrót tortur, a nawet morderstw, jako elementu działania służb specjalnych w nowoczesnych państwach, jednakże nie zdaliśmy sobie chyba sprawy z tego, jak dramatyczny stał się powrót tych metod po długim okresie, kiedy zniesiono je formalnie w krajach zachodnich, to znaczy od 1780 roku.

Świat z końca Krótkiego Dwudziestego Stulecia nie może być w kategoriach historycznej księgowości „bardziej” lub „mniej” porównywalny z tym, jaki był na jego początku. Był to jakościowo zupełnie inny świat przynajmniej pod trzema względami.

Po pierwsze świat ten nie był już europocentryczny. Pojawiło się widmo upadku Europy, w początku stulecia niekwestionowanego centrum potęgi, bogactwa i intelektualnych wartości „cywilizacji zachodniej”. Europejczycy oraz ich potomkowie zostali obecnie zredukowani z jednej trzeciej ogółu ludności świata do najwyżej jednej szóstej, mniejszości żyjącej w krajach, które ledwo reprodukują liczbę swej ludności, krajach w większości przypadków (z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych do lat dziewięćdziesiątych) rozpaczliwie broniących się przed naciskiem imigracji z biedniejszych regionów. Przemysł, którego Europa była pionierem, został przeniesiony w inne rejony. Kraje niegdyś zza oceanów podziwiające Europę zaczęły spoglądać w innym kierunku. Australia, Nowa Zelandia, a nawet otoczone dwoma oceanami Stany Zjednoczone widzą przyszłość w strefie Pacyfiku, jakiekolwiek miałoby to mieć skutki.

Zniknęły wszystkie europejskie „wielkie mocarstwa” z 1914 roku, zniknął także Związek Radziecki, dziedzic carskiej Rosji. Inne państwa uległy redukcji do poziomu regionalnego czy nawet prowincjonalnego, może z wyjątkiem Niemiec. Sam wysiłek stworzenia jednej ponadnarodowej „Wspólnoty Europejskiej” oraz wysiłek wynalezienia współgrającego z ową Wspólnotą poczucia europejskiej tożsamości, zastępującego dawne poczucie lojalności wobec historycznych państw i narodów, ukazuje, jak głęboki jest ten upadek.

Czy była to ważna zmiana, pominąwszy jej znaczenie dla historii politycznej? Wydaje się, że nie, odzwierciedla bowiem jedynie pomniejsze przemiany w gospodarce, w życiu intelektualnym oraz w kulturowej konfiguracji świata. Już w 1914 roku Stany Zjednoczone były największą i pionierską potęgą gospodarczą, modelowym przykładem potęgi produkcji masowej oraz kultury masowej, która w trakcie Krótkiego Dwudziestego Stulecia zawojowała cały glob. Mimo wielu szczególnych cech stanowiły zamorskie przedłużenie Europy i włączały się, podobnie jak Stary Kontynent, w formułę „zachodniej cywilizacji”. Niezależnie od tego, co będzie w przyszłości, Stany Zjednoczone z perspektywy lat dziewięćdziesiątych traktują „Amerykańskie Stulecie” jako wiek swego wzrostu i tryumfu. Wszystkie kraje, w których w XIX wieku dokonało się uprzemysłowienie, pozostały obszarem największego skupienia bogactwa, gospodarki oraz potęgi naukowo-technologicznej, jak również terytorium, na którym ludzie żyją na najwyższym poziomie. Pod koniec stulecia wszystko to co najmniej kompensuje proces redukcji uprzemysłowienia oraz przenoszenia produkcji na inne kontynenty. Pod tym względem wrażenie, że dawny europocentryczny lub „zachodni” świat znajduje się w stanie głębokiego upadku, jest powierzchowne.

Druga transformacja miała większe znaczenie. Między rokiem 1914 a latami dziewięćdziesiątymi świat stał się w znacznym stopniu wspólnie działającym organizmem, co nie miało i nie mogło mieć miejsca w roku 1914. „Gospodarki narodowe” określone przez politykę państw terytorialnych okazują się przeszkodą w działalności ponadnarodowej. Stopień osiągnięcia w latach dziewięćdziesiątych stanu „globalnej wioski” – wyrażenie zostało ukute w latach sześćdziesiątych (McLuhan, 1962) – wyda się może niezbyt wysoki obserwatorowi z połowy dwudziestego pierwszego stulecia, jednakże dokonały się przekształcenia nie tylko gospodarcze, techniczne oraz naukowe, ale również zmiany obejmujące inne aspekty, głównie związane z niewyobrażalnym wprost przyspieszeniem w dziedzinie komunikacji i transportu. Możliwe, że najbardziej uderzającą cechą końca XX wieku jest napięcie między coraz szybszym procesem globalizacji a niezdolnością zarówno instytucji, jak i ludzi do przystosowania się do tego procesu. Zadziwiające, że w prywatnym życiu ludzie mają znacznie mniej trudności z dostosowaniem się do świata telewizji satelitarnej, e-mailu, wakacji na Seszelach i transkontynentalnych dojazdów do pracy.

Trzecie przekształcenie jest pod pewnymi względami bardziej niepokojące. Dotyczy rozbicia starych wzorców stosunków międzyludzkich, a wraz z tym zerwania więzi międzypokoleniowej, to znaczy zerwania więzi między przeszłością a teraźniejszością. Proces ten jest szczególnie wyraźny w najbardziej rozwiniętych krajach reprezentujących zachodnią wersję kapitalizmu, gdzie dominuje bezwzględny aspołeczny indywidualizm i to zarówno w oficjalnych, jak i nieoficjalnych ideologiach, choć wyznawcy takich poglądów często narzekają na ich społeczne konsekwencje. Podobne tendencje można odnaleźć również w innych krajach, gdzie wzmagają się z powodu osłabienia tradycyjnego społeczeństwa i religii, jak również zniszczenia czy też samozniszczenia społeczeństw „realnego socjalizmu”.

Społeczeństwo złożone ze zbiorowiska pochłoniętych wyłącznie sobą jednostek, które dążą jedynie do samozadowolenia (może ono nosić miano dochodu czy przyjemności), zawsze tkwiło implicite w teorii gospodarki kapitalistycznej. Począwszy od Wieku Rewolucji, obserwatorzy reprezentujący najróżnorodniejsze ideologie przepowiadali praktyczne konsekwencje zniszczenia starych więzi społecznych i przyglądali się uważnie postępującemu zniszczeniu. Wymowna danina złożona rewolucyjnej roli kapitalizmu w Manifeście komunistycznym jest dobrze znana. („Burżuazja […] pozrywała bezlitośnie wielorakie węzły feudalne, które przykuwały człowieka do jego «naturalnego zwierzchnika», i nie pozostawiała między ludźmi żadnej innej więzi, prócz nagiego interesu, prócz wyzutej z wszelkiego sentymentu «zapłaty gotówką»”). Jednakże teza ta nie jest prawdziwa w odniesieniu do funkcjonowania w praktyce nowego społeczeństwa kapitalistycznego.

W praktyce nowe społeczeństwo funkcjonowało nie przez całkowite zniszczenie wszystkiego, co odziedziczyło, ale przez wybiórcze dostosowywanie dziedzictwa przeszłości na własny użytek. Nie ma żadnej socjologicznej zagadki dotyczącej gotowości społeczeństwa burżuazyjnego do wprowadzania „skrajnego” indywidualizmu w gospodarce i wszystkich tradycyjnych związków społecznych w trakcie tego procesu przy jednoczesnej obawie przed radykalnym eksperymentalnym indywidualizmem w kulturze (czy też w sferze zachowań i moralności) (Daniel Bell, 1976). Najbardziej efektywny sposób na zbudowanie gospodarki przemysłowej opartej na prywatnej przedsiębiorczości polegał na połączeniu jej z motywacjami, które nie miały nic wspólnego z logiką wolnego rynku – na przykład z etyką protestancką; z powstrzymaniem się od natychmiastowego wykorzystania zysku; z etyką ciężkiej pracy; z poczuciem rodzinnego obowiązku i zaufaniem, ale z całą pewnością nie z przeciwstawną wszelkim normom rebelią jednostki.

Jednakże Marks i inni prorocy rozpadu starych wartości oraz więzi społecznych mieli rację. Kapitalizm stanowił permanentną i bezustanną siłę rewolucjonizującą. Z logicznego punktu widzenia kapitalizm powinien zniszczyć nawet te elementy przedkapitalistycznej przeszłości, które okazały się dlań przydatne, a może najistotniejsze. Skończyłby się, podcinając co najmniej jedną z gałęzi, na których się opierał. Zaczęło się tak dziać od połowy stulecia. Wpływ niebywałej eksplozji gospodarczej Złotego Wieku oraz jej skutki, to znaczy społeczne i kulturowe zmiany stanowiące najdonioślejszą rewolucję społeczną od czasów epoki kamiennej, spowodowały, iż owa gałąź zaczęła trzeszczeć i wreszcie się złamała. Pod koniec stulecia można po raz pierwszy zobaczyć, jaki będzie świat, w którym przeszłość, łącznie z przeszłością obecną w teraźniejszości, utraciła rolę, jaką odgrywała; świat, w którym stare mapy nawigacyjne służące ludziom, i to zarówno jednostkom, jak i społecznościom, w wędrówce przez życie przestały być odbiciem krajobrazu, w jakim się poruszamy, oceanu, po którym żeglujemy. Świat, w którym nie wiemy, dokąd wiedzie nasza podróż, a nawet nie wiemy, dokąd powinna nas wieść.

Jest to sytuacja, z którą pod koniec stulecia część ludzkości musiała się już częściowo pogodzić, a reszta będzie musiała pogodzić się w trzecim milenium. Jednakże może dzięki temu bardziej wyraźne niż obecnie stanie się widoczne, dokąd zmierza ludzkość. Możemy obejrzeć się na drogę, która przywiodła nas aż do obecnego punktu. Będę próbował uczynić to w niniejszej książce. Nie wiemy, co będzie kształtowało przyszłość, jednak nie mogę oprzeć się pokusie rozważenia pewnych problemów związanych z przyszłością, jeśli powstały na rumowisku epoki, która właśnie dobiega końca. Miejmy nadzieję, że przyszły świat będzie lepszy, sprawiedliwszy i lepiej nadający się do życia. Stare stulecie nie skończyło się dobrze.

CZĘŚĆ PIERWSZAWIEK KATASTROFY

Wyszarzałe twarze, zamaskowane strachem,

Wyłaniają z okopów,

Postaci przeskakują okopy,

A czas odbija godziny na ich przegubach.

Nadzieja zaś, której oczy są bojaźliwe,

Topi się w błocie. Jezu, spraw, by to się skończyło!

Siegfrid Sassoon (1947, s. 71)

Wobec oskarżenia ataków lotniczych o „barbarzyństwo” należy lepiej zachowywać pozory przez sformułowanie łagodniejszych reguł oraz dalsze formalne ograniczanie bombardowań do celów, które mają wyłącznie charakter militarny […] by uniknąć podkreślania faktu, że wojna powietrzna uniemożliwia zachowanie tego rodzaju ograniczeń. Upłynie zapewne jakiś czas, zanim wybuchnie następna wojna, a tymczasem społeczeństwo zrozumie może znaczenie wojny lotniczej.

Rules as to bombardment by Aircraft, 1921 (Townshend, 1986, s. 161)

(Sarajewo, 1946) Tutaj, podobnie jak w Belgradzie, widzę na ulicach wiele młodych kobiet siwiejących lub całkowicie siwych. Twarze ich są pełne bólu, chociaż wciąż młode, a kształt ich ciał jeszcze bardziej podkreśla tę młodość. Wydaje mi się, że widzę, jak wojna zaciążyła nad tymi delikatnymi stworzeniami…

Widok ten nie przetrwa. Włosy staną się jeszcze bardziej siwe albo znikną. Szkoda. Nic nie wyjaśni lepiej naszych czasów przyszłym pokoleniom jak te młode siwiejące głowy, które zostały okradzione z nonszalancji młodości.

Niech ta notatka sprawi, że pozostaną w naszej pamięci.

Signs by the Road (Andrić, 1992, s. 50)

ROZDZIAŁ 1 WIEK WOJNY TOTALNEJ

I

Edward Grey, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, patrząc na oświetlony gmach Whitehallu w noc 1914 roku, kiedy Wielka Brytania i Niemcy wypowiedziały sobie wojnę, powiedział: „Lampy pogasną w całej Europie i za naszego życia już nie zobaczymy ponownie ich światła”. Wielki satyryk Karl Kraus sporządził w Wiedniu dokument Ostatnie dni ludzkości, w którym na 792 stronach wykazywał, że wojna jest nadzwyczajnym tematem dla reportażu i zarazem dramatem. Zarówno Grey, jak i Kraus traktowali wojnę jako koniec świata i nie byli w tym przekonaniu odosobnieni. Koniec ludzkości jednak nie nastąpił, aczkolwiek w ciągu trzydziestojednoletniego światowego kryzysu trwającego od wypowiedzenia wojny Serbii przez Austrię 28 lipca 1914 roku aż po bezwarunkową kapitulację Japonii 14 sierpnia 1945 roku – cztery dni po wybuchu pierwszej bomby atomowej – zdarzały się momenty, kiedy znaczna część ludzkości była bliska zagłady. Niewątpliwie był to czas, kiedy Bóg (czy też bogowie), który, jak wierzą pobożni ludzie, stworzył świat i wszystko, co na nim jest, mógł żałować tego, co uczynił.

Rodzaj ludzki ocalał, mimo to olbrzymi gmach dziewiętnastowiecznej cywilizacji rozpadł się, po tym jak w płomieniach wojny światowej załamały się jego filary. Nie pamiętając o tym, nie można zrozumieć Krótkiego Dwudziestego Stulecia. Zostało naznaczone przez wojnę. Żyło się w nim i myślało w kategoriach wojny światowej nawet wtedy, kiedy zamilkły wystrzały i nie wybuchały bomby. Historia owego stulecia, a zwłaszcza historia jego początkowego załamania i katastrofy, musi zacząć się od wspomnianego okresu trzydziestojednoletniej wojny światowej.

Dla tych, którzy dorośli przed rokiem 1914, kontrast był tak kolosalny, że wielu z nich nie zgadzało się dostrzegać jakiejkolwiek ciągłości z przeszłością. Do takich należało pokolenie rodziców piszącego te słowa, a w każdym razie ludzie tej generacji wywodzący się z Europy Środkowej. „Pokój” oznaczało „przed 1914 rokiem”. Wszystko, co nastąpiło potem, nie zasługiwało na miano pokoju. Można to zrozumieć. W roku 1914 od stu lat nie było żadnej większej wojny, to znaczy wojny, w którą zaangażowane byłyby wszystkie czy choćby większość mocarstw. W owym czasie najważniejszą rolę międzynarodową odgrywało sześć „potęg” europejskich (Wielka Brytania, Francja, Rosja, Austro-Węgry, Prusy, które po 1871 przekształciły się w Cesarstwo Niemieckie, a po zjednoczeniu – Włochy) oraz Stany Zjednoczone i Japonia. Tylko w jedną krótką wojnę zaangażowały się więcej niż dwa mocarstwa, była to wojna krymska (1854–1856), w której z jednej strony uczestniczyła Rosja, po drugiej zaś stronie stały Wielka Brytania i Francja. Ponadto większość wojen, w które w ogóle zaangażowały się wielkie mocarstwa, trwała stosunkowo krótko. Wyjątek stanowił nie konflikt międzynarodowy, ale wojna secesyjna w Stanach Zjednoczonych (1861–1865). Czas trwania wojny odmierzano w miesiącach, a nawet (jak to było w przypadku Prus i Austrii) w tygodniach. W okresie od 1871 do 1914 roku w ogóle nie było w Europie wojen, w których armie mocarstw stanęłyby naprzeciw siebie, jedynie na Dalekim Wschodzie Japonia pokonała Rosję w latach 1904–1905, co spowodowało przyspieszenie wybuchu rosyjskiej rewolucji.

Nie było wojen światowych. W XVIII wieku Wielka Brytania i Francja zaangażowały się w serię konfliktów, które toczyły się w Indiach, w Europie, Ameryce Północnej i na morzach. W latach 1815–1914 żadne z mocarstw nie walczyło z innym na własnym terytorium, chociaż powszechne były agresywne wyprawy potęg imperialnych, czy też mających stać się imperialnymi, przeciwko słabszym przeciwnikom daleko poza granicami kraju. Większość z tych ekspedycji była wybitnie jednostronna, tak jak w przypadku wojen Stanów Zjednoczonych przeciwko Meksykowi (1846–1848) i Hiszpanii (1898). Odbywały się też kampanie mające na celu rozszerzenie kolonialnych imperiów Wielkiej Brytanii i Francji, choć kilka razy podobne wyprawy zakończyły się fiaskiem: Francuzi musieli wycofać się z Meksyku w latach sześćdziesiątych XIX wieku, a Włosi z Etiopii w roku 1896. Owe egzotyczne konflikty stanowiły raczej materiał dla literatury przygodowej czy reportaży korespondentów wojennych, którzy pojawili się po raz pierwszy w XIX wieku, i nie miały znaczenia dla większości mieszkańców państw prowadzących je i wygrywających.

Wszystko to uległo zmianie w roku 1914. W pierwszą wojnę światową zaangażowały się wszystkie główne potęgi, w istocie wszystkie państwa europejskie z wyjątkiem Hiszpanii, Holandii, krajów skandynawskich oraz Szwajcarii. Co więcej, wysłano kontyngenty z całego świata, często po raz pierwszy, aby walczyły na dalekiej obczyźnie. Kanadyjczycy bili się we Francji, Australijczycy i Nowozelandczycy kształtowali swą świadomość narodową w Turcji – Gallipoli stało się ich narodowym mitem – i co bardziej znaczące, Stany Zjednoczone zlekceważyły przestrogę Waszyngtona dotyczącą „włączania się w sprawy europejskie” i wysłały swój korpus ekspedycyjny, by walczył w Europie. Fakt ten zdeterminował kształt historii XX wieku. Hindusów wysłano do Europy i na Środkowy Wschód, na Zachód przybyły chińskie bataliony pracy, Afrykanie walczyli w armii francuskiej. I choć militarne akcje poza Europą nie miały większego znaczenia, z wyjątkiem Środkowego Wschodu, to wojna na morzu miała charakter globalny. Pierwsza jej bitwa odbyła się w 1914 roku w pobliżu Wysp Falklandzkich, najważniejsza zaś kampania toczyła się na północnym i środkowym Atlantyku między niemieckimi okrętami podwodnymi i eskortami konwojów alianckich.

To, że druga wojna światowa miała globalny charakter, nie wymaga wyjaśnienia. Niemal wszystkie niepodległe kraje były zaangażowane w wojnę, czy tego chciały czy nie, aczkolwiek republiki Ameryki Łacińskiej uczestniczyły w niej jedynie w czysto formalny sposób. Kolonie należące do imperialnych potęg nie miały w tej kwestii wyboru. Wyjąwszy Republikę Irlandii, Szwecję, Szwajcarię, Portugalię, Turcję i Hiszpanię – w Europie, oraz, może Afganistan poza Europą, cały świat był zaangażowany w wojnę lub podlegał okupacji. Zarówno nazwy wysp melanezyjskich i miejscowości położonych na pustyni północnoafrykańskiej, w Birmie oraz na Filipinach, jak i topografia Arktyki czy Kaukazu i Normandii stały się znane czytelnikom gazet i słuchaczom radia jako tereny starć – była to zaiste wojna radiowych doniesień z frontu. Druga wojna światowa stanowiła lekcję światowej geografii.

Wojny XX stulecia, zarówno lokalne, regionalne, jak i globalne, odbywały się na znacznie szerszą skalę niż kiedykolwiek przedtem. Analizując siedemdziesiąt cztery wojny, które toczyły się w okresie od 1816 do 1965 roku, amerykańscy statystycy, którzy lubią czynić takie zestawienia, ocenili, że pod względem liczby zabitych cztery największe wojny odbyły się w dwudziestym wieku: były to dwie wojny światowe, wojna japońsko-chińska w latach 1937–1939 oraz wojna koreańska. W sumie w działaniach wojennych zginęło kilkadziesiąt milionów osób. Największa z udokumentowanych wojen XIX wieku od czasów napoleońskich to wojna fracusko-niemiecka w latach 1870–1871, w której zginęło prawdopodobnie 150 000 osób, co można porównać z liczbą zabitych w wojnie Chaco w latach 1932–1935 pomiędzy Boliwią (populacja około 3 milionów) a Paragwajem (ludność około 1,4 miliona). Krótko mówiąc, rok 1914 rozpoczął wiek masakry (Singer, 1972, s. 66, 131).

W niniejszej książce nie będą rozważane przyczyny wybuchu pierwszej wojny światowej, albowiem autor już spróbował je nakreślić w książce Wiek imperium. Wojna ta rozpoczęła się jako wojna europejska pomiędzy Ententą (Francją, Wielką Brytanią i Rosją) oraz tzw. państwami centralnymi (Niemcy i Austro-Węgry). Serbia i Belgia zostały wciągnięte do konfliktu natychmiast po ataku Austriaków na pierwsze z tych państw (który w istocie rozpoczął wojnę) oraz napaści Niemców na drugie z nich (co stanowiło część strategii wojennej Rzeszy). Niebawem do państw centralnych przyłączyły się Turcja i Bułgaria, natomiast Ententa stopniowo budowała szeroką koalicję. Włochy przekupiono, do sojuszniczego bloku włączyły się Grecja i Rumunia oraz (nominalnie) Portugalia. Co więcej, niemal natychmiast do wojny przystąpiła Japonia po to jedynie, żeby przejąć posiadłości niemieckie na Dalekim Wschodzie i zachodnim Pacyfiku. I – co znamienne – w 1917 roku do wojny przystąpiły Stany Zjednoczone. Interwencja tego mocarstwa miała w istocie kluczowe znaczenie.

Niemcy, podobnie jak podczas drugiej wojny światowej, stanęły w obliczu wojny na dwa fronty, nie licząc Bałkanów, gdzie do działań zmusił je sojusz z Austro-Węgrami. (Jednakże ponieważ w tym regionie skupiali siły ich sojusznicy Turcja i Bułgaria, zagrożenie strategiczne nie było tam aż tak dotkliwe). Niemiecki plan wojny polegał na szybkim wyłączeniu z działań Francji na zachodzie, a potem na równie szybkim wyeliminowaniu Rosji na wschodzie, zanim carskie imperium zdoła zmobilizować do działań całą swą olbrzymią armię. Zatem Niemcy planowały kampanię błyskawiczną (w czasie drugiej wojny światowej taki sposób prowadzenia działań nazwano Blitzkriegiem). Plan ten niemal się powiódł. Armia niemiecka wkroczyła do Francji, między innymi poprzez neutralną Belgię, i zatrzymała się kilkadziesiąt mil na wschód od Paryża nad rzeką Marną w pięć lub sześć tygodni po wypowiedzeniu wojny. (W 1940 roku podobny atak się powiódł). Gdy jednak Niemcy zostali zmuszeni do częściowego wycofania, obydwie strony ustanowiły ciągłe linie obronne złożone z okopów i fortyfikacji polowych. Francję wspomagały resztki armii belgijskiej oraz Brytyjskie Siły Ekspedycyjne, które miały wkrótce zostać poważnie wzmocnione. Nieprzerwana linia okopów bardzo szybko rozciągnęła się od wybrzeża kanału La Manche we Flandrii aż po granicę szwajcarską, a znaczna część wschodniej Francji i Belgii pozostała pod okupacją niemiecką. Przez następne trzy i pół roku Niemcy nie zdołali odnotować poważniejszych zdobyczy terytorialnych.

Był to front zachodni, który stał się areną masakry niespotykanej nigdy dotąd w dziejach wojen. Miliony mężczyzn patrzyło na siebie z osłoniętych workami z piaskiem okopów, w których żyli jak szczury – i ze szczurami i wszami. Od czasu do czasu generałowie próbowali przełamać impas. Całe dni, a nawet tygodnie nieustannego artyleryjskiego ostrzału, które niemiecki pisarz nazwał później „stalowymi huraganami” (Ernst Jünger, 1921), miały na celu zmiękczenie przeciwnika, aby przydusić go w okopach. Wtedy, w odpowiednim momencie, tyraliery żołnierzy przeskakiwały osłony z worków wypełnionych piaskiem, zazwyczaj dodatkowo chronionych przez kłęby drutu kolczastego, i wkraczały na „ziemię niczyją” – pełną błota, wypełnionych wodą lejów po pociskach, pni drzew i rozkładających się zwłok poległych. Tutaj zaś dosięgał ich ogień kładącej pokotem broni maszynowej. Wiedzieli, że tak się właśnie stanie. Niemiecka nieudana próba przełamania frontu pod Verdun w 1916 roku (luty–lipiec) była bitwą, w której brały udział dwa miliony żołnierzy, milion zaś poległo. Ofensywa nad Sommą, mająca na celu strategiczne powstrzymanie niemieckiego natarcia pod Verdun, kosztowała Brytyjczyków 420 000 zabitych (pierwszego dnia ataku poległo ich 60 000). Nie dziwi zatem, że w pamięci Anglików i Francuzów, którzy w pierwszej wojnie walczyli głównie na froncie zachodnim, pozostała ona Wielką Wojną, okropniejszą i bardziej traumatyczną niż druga. Francuzi stracili prawie 20 procent mężczyzn w wieku poborowym, a jeśli włączymy jeńców wojennych, rannych oraz inwalidów i trwale okaleczonych – gueules cassées, którzy stali się żywym wizerunkiem wojny – to okaże się, że nie więcej niż jeden na trzech żołnierzy francuskich wyszedł z wojny bez szwanku. Lepsze szanse na przeżycie wojny bez okaleczeń mieli żołnierze pięciomilionowej armii brytyjskiej. Było to brytyjskie stracone pokolenie – pół miliona mężczyzn w wieku poniżej trzydziestu lat zabitych i poszkodowanych (Winter, 1986, s. 83). Znaczna część spośród nich wywodziła się z klas wyższych. Jako dżentelmeni wychowywani byli na oficerów mających świecić przykładem dla innych, zatem w czasie bitwy maszerowali na czele swych oddziałów i w rezultacie padali pierwsi pod ostrzałem. Poległa jedna czwarta studentów Oksfordu i Cambridge w wieku poniżej dwudziestu pięciu lat, którzy służyli w armii w 1914 roku (Winter, 1986, s. 98). Chociaż liczba poległych Niemców przewyższała nawet liczbę poległych Francuzów, to ludniejsze Niemcy straciły proporcjonalnie mniej – tylko 13% stanu armii. Nawet wyraźnie mniejsze straty amerykańskie (116 000 wobec prawie 800 000 Brytyjczyków, 1 600 000 Francuzów i 1 800 000 Niemców) ukazują morderczy charakter frontu zachodniego, jedynego, na którym walczyli Amerykanie. Stany Zjednoczone utraciły od 2,5 do 3 razy więcej żołnierzy w czasie drugiej wojny światowej niż pierwszej, ale amerykańskie oddziały w latach 1917–1918 znajdowały się w akcji zaledwie półtora roku, a w czasie drugiej wojny – trzy i pół roku, i to na wąskim odcinku, nie zaś na całym świecie.

Okropności wojny na froncie zachodnim wywołały również ponure skutki w przyszłości. Doświadczenia te w oczywisty sposób przyczyniły się do zbrutalizowania zarówno wojny, jak i polityki. Ci, którzy służyli w armii w czasie pierwszej wojny światowej – byli do tego w większości zmuszeni – wyszli z niej jako zdeklarowani pacyfiści. Jednakże ci kombatanci, którzy nie zostali apostołami pacyfizmu, z owego doświadczenia męstwa i bezustannego obcowania ze śmiercią dochodzili do postawy brutalnej wyższości wobec wszystkich, którzy nie brali udziału w wojnie, co powodowało, że w okresie powojennym szybko włączali się w grupy skrajnie prawicowe. Adolf Hitler był jednym z tych, dla których bycie Frontsoldat stanowiło doświadczenie kształtujące całe życie. Jednakże i odmienna reakcja na wojnę miała swoje negatywne skutki. Po roku 1918 stało się jasne dla polityków, przynajmniej z krajów demokratycznych, że podobna krwawa łaźnia nie będzie tolerowana przez wyborców. Na tym założeniu opierała się strategia Wielkiej Brytanii i Francji po roku 1918, podobnie jak strategia Stanów Zjednoczonych po wojnie wietnamskiej. Pomogło to Niemcom w 1940 roku wygrać wojnę przeciwko Francji, która postanowiła ukryć się za swymi niekompletnymi fortyfikacjami, a kiedy została wymanewrowana, odmówiła prowadzenia dalszej walki. Wielka Brytania była zdecydowana nie włączać się w żadną wielką wojnę lądową, która w latach 1914–1918 zdziesiątkowała jej armię. Pod koniec drugiej wojny światowej rządy państw demokratycznych nie oparły się pokusie ocalenia życia własnych obywateli kosztem nieprzyjacielskich cywili. Zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki w 1945 roku nie może usprawiedliwiać militarna konieczność, gdyż zwycięstwo było wówczas absolutnie pewne. Stanowiło za to gwarancję oszczędzenia życia żołnierzy sojuszniczych. Możliwe również, że administracji amerykańskiej nieobca była myśl, iż zrzucenie bomby powstrzyma ZSRR od przypisywania sobie znaczącej roli w pobiciu Japonii.

Podczas gdy front zachodni utknął w krwawym martwym punkcie, front wschodni znajdował się w ruchu. Niemcy rozbili w proch nieporadnie dowodzoną armię rosyjską pod Tannenbergiem w pierwszym miesiącu wojny. Następnie, przy mizernej pomocy Austriaków, wyparli nieprzyjaciół z terytorium Polski. Było oczywiste, że państwa centralne mają przewagę, Rosja zaś, pomimo podejmowanych od czasu do czasu kontrataków, prowadzi jedynie działania dywersyjne na tyłach silniejszego przeciwnika. Bałkany znajdowały się pod kontrolą państw centralnych mimo małej skuteczności armii chwiejącego się imperium Habsburgów. Serbia i Rumunia, które prowadziły wojnę na swym terytorium, poniosły proporcjonalnie największe straty. Alianci, mimo że okupowali Grecję, nie mogli się posunąć naprzód aż do upadku państw centralnych w 1918 roku. Włoski plan utworzenia drugiego frontu przeciwko Austro-Węgrom w Alpach nie powiódł się głównie dlatego, że wielu włoskich żołnierzy nie widziało powodu, by walczyć w imieniu państwa, którego nie uważali za swoje. Po wielkiej klęsce pod Caporetto w 1917 roku, którą utrwalił Ernest Hemingway w powieści Pożegnanie z bronią, Włochów musiano wzmocnić posiłkami alianckimi. W tym czasie Francja, Wielka Brytania i Niemcy wykrwawiały się na froncie zachodnim, Rosja ulegała dalszej destabilizacji z powodu wyraźnie przegrywanej wojny, a imperium austro-węgierskie chyliło się ku upadkowi, o którym marzyli przywódcy narodowych mniejszości znajdujących się w jego obrębie, co politycy Ententy przyjmowali bez entuzjazmu, słusznie przewidując, że spowoduje brak stabilizacji w tym regionie Europy.

Kluczowym problemem dla obydwu stron stało się przełamanie frontu zachodniego, bez zwycięstwa na Zachodzie nikt bowiem nie mógł wygrać wojny, tym bardziej że wojna morska również utknęła w martwym punkcie. Choć pancerniki brytyjskie i niemieckie blokowały się wzajemnie na Morzu Północnym, Royal Navy, wyjąwszy odosobnione rajdy niemieckich okrętów, w pełni kontrolowała oceany. Jedyna próba wydania walnej bitwy (Skagerrak, 1916) nie przyniosła rozstrzygającego wyniku, co w tej sytuacji strategicznej było korzystne dla aliantów.

Obydwie strony próbowały uzyskać przewagę za pomocą nowych technologii. Niemcy – zawsze przodujący w dziedzinie chemii – zastosowali gazy bojowe. Okazało się, że jest to broń nie tylko barbarzyńska, ale i obosieczna. W rezultacie nastąpiło odrzucenie takiego sposobu prowadzenia wojny i w konwencji genewskiej z 1925 roku świat zobowiązał się do niestosowania broni chemicznej, jakkolwiek wszystkie państwa nadal przygotowywały się do jej użycia i jednocześnie spodziewały się, że może użyć jej przeciwnik, to podczas drugiej wojny światowej gazów bojowych i innych chemicznych środków walki nie zastosowała żadna ze stron. Uczucia humanitarne nie powstrzymały jednak Włochów od stosowania gazów w wojnach kolonialnych, gdzie nie istniało ryzyko odwetu. (Gwałtowny upadek wartości po drugiej wojnie światowej doprowadził w końcu do ponownego zastosowania gazów bojowych. W czasie wojny Iraku z Iranem w latach osiemdziesiątych, Irak, wówczas entuzjastycznie popierany przez państwa zachodnie, swobodnie używał gazów bojowych zarówno przeciwko żołnierzom, jak i ludności cywilnej). Brytyjczycy stali się pionierami w dziedzinie uzbrojonych pojazdów gąsienicowych, do dziś znanych pod prototypową nazwą tanks, jednakże niezbyt bystrzy generałowie brytyjscy nie bardzo jeszcze wiedzieli, w jaki sposób je wykorzystać. Obydwie strony używały nowych, ale wciąż jeszcze prymitywnych samolotów oraz przypominających kształtem cygara sterowców wypełnionych wodorem (Niemcy), wykorzystywanych do bombardowania z powietrza, co na szczęście nie było zbyt skuteczne. Wojna powietrzna stała się skutecznym środkiem terroryzowania ludności cywilnej dopiero w czasie drugiej wojny światowej.