Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Wielki renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje

Wielki renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8002-778-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wielki renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje

Wielki renesans to rewelacyjne studium  na temat Quo Vadis Sina? Bogdan Góralczyk prezentuje  motywy i aspiracje przywódców  Chin w dążeniu do odzyskania  „niekwestionowanej i należnej” pozycji   pierwszego  mocarstwa globu. Wnikliwie omawia ich strategię i taktykę  z określeniem głównych symbolicznych jej  etapów:  2021, 2035 i  docelowego osiągnięcia celu w 2049r. Wyjątkową wartością  są niezwykle bogate oryginalne źródła chińskie. Są one  przedmiotem głębokiej, krytycznej  analizy tego wybitnego  politologa i sinologa, potrafiącego trafnie odczytać wieloznaczny sens słów, pojęć i określeń  powszechnie tam używanych. Atutem  tej pracy  jest konfrontacja  prezentowanych chińskich ocen z opiniami najwybitniejszych światowych   badaczy. Cechą całego wywodu jest obiektywizm. Jestem głęboko przekonany,  że  ta książka  stanie się  wydarzeniem. Wróżę  jej międzynarodowy rozgłos. Zachęcam, aby stała się „obowiązkową lekturą” dla  komentatorów i badaczy  współczesnych Chin
Jan Rowiński,  emerytowany profesor UW (2002-2013). Absolwent Uniwersytetu Pekińskiego i  Instytutu Dyplomatycznego ChRL.  Długoletni pracownik MSZ i PISM. W Chinach spędził 16 lat. Redaktor zbiorów dokumentów i materiałów polityki zagranicznej i wewnętrznej ChRL.  Autor licznych publikacji w językach  polskim, chińskim, angielskim i rosyjskim

 

Opowieść o chińskim sukcesie, jakiej jeszcze nie było: Góralczyk przebija się przez mury propagandy i warstwy ogranych schematów, pokazując wewnętrzne kulisy przemian, wątpliwości, paradoksy i kręte ścieżki decyzyjne chińskich elit władzy. Tym przekrojowym opracowaniem, opartym przede wszystkim na nieznanych szeroko źródłach chińskich, zadaje cios nie tylko miernej publicystyce, ale i całemu pokoleniu badaczy Chin współczesnych. No bo co jeszcze można dodać do takiej analizy?  
dr Marcin Jacoby, sinolog, autor Chin bez makijażu

Bogdan Góralczyk, jeden z najlepszych europejskich sinologów, przyzwyczaił nas już do rzadkiej wśród akademików umiejętności łączenia pogłębionej wiedzy z przystępnością stylu, ale największą zaletą tej monumentalnej pracy jest imponująca perspektywa badawcza – świadoma, naukowa obserwacja Chin od pierwszego pobytu w nich zaraz po śmierci Mao do dziś. Autor ma więc rzadkie kompetencje, by należycie ocenić politykę Chin i czyni to w najlepszy możliwy sposób: patrząc na Państwo Środka od wewnątrz, przez pryzmat chińskich idiomów, kategorii oraz idei przy jednocześnie bardzo europejskim podejściu krytycznym. Jeżeli chce się spróbować zrozumieć Chiny i pojąć implikacje zamierzonego powrotu Państwa Środka do wiodącej roli na świecie, trzeba przeczytać tę książkę.

dr Michał Lubina, Instytut Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, autor m.in. Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja–Chiny 1991–2014

Bogdan Góralczyk – politolog, sinolog, dyplomata, publicysta. Profesor w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego (od 2016 r. dyrektor). Od pierwszej wizyty w Chinach w 1976 r. obserwator i analityk zmian dokonujących się w Państwie Środka oraz w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej (Tajlandia i Birma – Mjanma, gdzie był ambasadorem), śledzonych metodycznie podczas licznych wyjazdów studyjnych. Prezentowana książka stanowi podsumowanie wiedzy na ten temat i ukazuje się w czterdziestą rocznicę zainicjowania chińskiego programu reform, któremu Autor świadomie towarzyszył.
Inne zainteresowania badawcze: procesy, zmiany i kryzysy na terenie UE, ze specjalnym uwzględnieniem regionu Europy Środkowej i Węgier (z uwagi na znajomość języka i długoletnią służbę dyplomatyczną w tym kraju); kształtujący się nowy ład światowy i wpływ nań ze strony wschodzących rynków.

Polecane książki

Rosnące koszty pracy skłaniają wiele osób pracujących na etacie do rozpoczęcia działalności na własny rachunek, a więc założenia działalności gospodarczej. Zjawisko zmiany stosunku pracy na świadczenie usług w ramach samodzielnie prowadzonej działalności gospodarczej przyjęło się nazywać samozatrudn...
Albert Einstein uosabia bezkompromisowy sprzeciw wobec nazizmu. Część niemieckich naukowców przyjęła jednak entuzjastycznie zasady narodowego socjalizmu. Lecz większość  zawarła z nową władzą faustowski pakt, zyskując fundusze, uznanie i możliwość kariery w zamian za poparcie polityki, która znalazł...
PRZEPEŁNIONA NIEZWYKŁYM ŁADUNKIEM EMOCJONALNYM KSIĄŻKA, KTÓRA RZUCA ŚWIATŁO NA TRUDNĄ SYTUACJĘ KOBIET W KULTURZE AFGAŃSKIEJ Autorka Afgańskiej perły i Kiedy księżyc jest nisko powraca z najnowszą powieścią. Chociaż Ziba od lat prowadzi życie kochającej żony, cierpliwej matki i spokojnej mieszkanki w...
Propozycja dla wielbicieli dystopii, mrocznych powieści grozy i zjawisk paranormalnych. Nierealne światy, postaci z pogranicza jawy i snu, duszne tajemnice… Każda opowieść z chirurgiczną precyzją odsłania ciemne zakamarki umysłów bohaterów i prowadzi do zaskakującego finału. W tym świecie rządzą...
„Nigdziegęści” Andrzeja M. Baczewskiego to powieść z kategorii fantastyka. Leżąca na skraju drogi mlecznej planeta Lamustra to w istocie salon gier. Dzięki portalom umożliwiającym wędrówkę między grami - światami można spotkać kobiety ubrane tylko z przodu, czarnodziejów ...
Korzystając z najnowszej technologii, umożliwiającej podróże międzygwiezdne, okręt badawczy „Odyseja” wyrusza w dziewiczy rejs. Lecz kosmos nie jest tak pusty, jak może się wydawać z perspektywy naszej planety. „Odyseja” trafia prosto w środek konfliktu między dwoma rasami. Załoga okrętu staje w obl...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Bogdan Góralczyk

Recenzja naukowa: prof. UW dr hab. Jan Rowiński (emeritus)

Konsultacja sinologiczna: dr Marcin Jacoby

Redakcja i korekta: ADK MEDIA

Skład i łamanie: ROCH Wojciech Ochocki

Projekt okładki: Barbara Ćwik

Na okładce wykorzystano zdjęcia autorstwa Krystyny Żurek-Góralczyk

Publikacja dofinansowana ze środków Prorektora ds. naukowych oraz Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego

Copyright © Bogdan Góralczyk & Wydawnictwo Akademickie DIALOG, 2018

ISBN 978-83-8002-778-7

Wydawnictwo Akademickie DIALOG Sp. z o.o.

00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218

tel./faks: 22 620 87 03

e-mail:redakcja@wydawnictwodialog.pl

http://www.wydawnictwodialog.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Dlaczego Chiny?

Ta książka jest moralnym obowiązkiem: wobec samego siebie, a także Czytelnika, no i wreszcie przedmiotu tych badań, czyli współczesnych Chin i ludzi w nich zamieszkałych. Piszę ten tekst ponad 40 lat po tym, jak po raz pierwszy, późną jesienią 1976 roku, jako osoba już dorosła, student, znalazłem się w Państwie Środka. Jak to w przypadku tej bogatej a odmiennej cywilizacji bywa, zaraziłem się. Po pierwszej eskapadzie, już zainfekowany, trafiłem na studia sinologiczne jako drugi kierunek, w ramach którego rok akademicki 1979/1980 spędziłem w Pekinie. Dziesięć lat później byłem na placu Tiananmen, co po latach opisałem w książce. Gdy los mnie rzucił do Azji Południowo-Wschodniej jako ambasadora, częściej stamtąd jeździłem do Chin, niż do własnego kraju. Albowiem Państwo Środka przez cały ten czas rosło w siłę, stawało się ważne i coraz ważniejsze, najpierw dla regionu, a obecnie już dla całego świata.

Ostatnio nic się nie zmieniło, jeżdżę do Chin minimum raz do roku, a bywa, że i częściej. Co więcej, dzisiejsza technologia pozwala na stały, bieżący kontakt z chińskością, jakkolwiek jest rozumiana, bo i gości z Państwa Środka u nas więcej, a jeśli się chce, to nawet siedząc w Warszawie można oglądać chińską telewizję czy słuchać tamtejszego radia. Natomiast dobra chińska restauracja to już nie sensacja, czy unikat, jak niegdyś słynny „Szanghaj” na Marszałkowskiej. Chiny otworzyły się i są bliżej świata. To już nie jest kraj zamknięty, ale nadal z całą pewnością pozostał tajemniczy, ze względu na trudny, a raczej pracochłonny język, jak też odmienną od naszej mentalność i kulturę.

Tekst niniejszy nie jest więc sprawozdaniem z krótszego czy dłuższego wyjazdu, a nawet solidnym raportem po kilkuletnim programie badawczym. Tu chodzi o coś więcej, o swego rodzaju summa (na tym etapie) wiedzy o współczesnych Chinach i dokonującej się w nich transformacji, przygotowana po wielu latach badań, studiów, wyjazdów, konferencji, rozmów, debat, sporów i różnych tekstów im poświęconych. Piszę o kraju, a raczej cywilizacji, z którą na każdym życiowym etapie byłem bardziej lub mniej związany, chociaż zainteresowany nią byłem zawsze. Narrację prowadzę w duchu naukowej analizy, ale chodzi mi też o formę podania tej wiedzy; w wielu przypadkach u nas nieznanej lub źle czy opacznie rozumianej. Dlatego od ściśle naukowego wywodu będą tu odejścia, czy to w sferę literatury lub filmu i kultury popularnej, czy – rzadziej – osobistych refleksji lub wspomnień.

Podkreślam jednak zawczasu, że nie jest to ani żaden pamiętnik, ani prywatne sprawozdanie, choć osobiste odniesienia do niektórych analizowanych spraw na kartach tej książki się znajdą, bo silić się na obiektywizm w ocenie skomplikowanej chińskiej rzeczywistości po prostu nie ma sensu. Każdy z nas, kto słabiej lub lepiej zna ten kraj, a w istocie kontynent i cywilizację, będzie miał swą własną interpretację tego, co tam się dzieje. W podejściu do Chin jesteśmy na własny subiektywizm skazani, bo jednych Chin po prostu nie ma, a my z natury rzeczy możemy dotrzeć tylko do ich części, czasami narzuconej nam – bo konferencja, wyjazd czy wykład, a jeszcze częściej jednak przez siebie z tych czy innych względów (turystycznych, badawczych, wskazanych przez gospodarzy lub nie) wybranej, co już jest dowodem naszej wybiórczości czy wręcz woluntaryzmu. Nie oczekujmy więc o dzisiejszych Chinach jednej prawdy, bo takiej nie ma. Jednakże wszędzie, gdzie tylko się da, będę starał się przedstawić szeroką paletę poglądów na dany temat, z wewnątrz i z zewnątrz, do wyboru i oceny przez Czytelnika.

W istocie rzeczy przedmiotem tych badań jest Chińska Republika Ludowa (ChRL), proklamowana 1 października 1949 roku, a więc podmiot potocznie zwany Chinami ludowymi lub komunistycznymi, a często też Chinami kontynentalnymi, bo istnieje przecież jeszcze drugi podmiot chiński, czyli wyspa Tajwan, formalnie zwana Republiką Chińską. Przy czym obszar badawczy jest zawężony jeszcze bardziej – do okresu reform i transformacji wewnętrznej, zapoczątkowanych w grudniu 1978 roku.

Chodzi mi o pokazanie dynamiki zmian, a także ich skutków dla Chin, a ze względu na ich rozmiar i wpływ, także dla świata. Albowiem Chiny ostatnich czterech dekad zmieniły się nie do poznania, a te, które poznałem na wstępie, mają się do dzisiejszych tak, jak dwie odmienne planety, nie tylko rzeczywistości. Jak się ta, odmienna od wszystkich innych na globie, transformacja dokonywała i dlaczego, co ze sobą przyniosła i co jeszcze może przynieść? To są najistotniejsze zagadnienia analizowane w tym tomie. Chiny u progu reform to było państwo zapyziałe, odizolowane, autarkiczne, biedne, agrarne, gdzie „realny socjalizm” wymieszał się z wyzwaniami typowymi dla państwa Trzeciego Świata. Przed reformami Deng Xiaopinga były krajem zacofanym, ustrojowo i instytucjonalnie umieszczonym w komunistycznym sztafażu. Kiedy ruszały do reform, nic nie zapowiadało tego, co jest dzisiaj, gdy stały się drugą gospodarką świata, największym państwem handlującym na globie, gdy legitymują się największymi rezerwami walutowymi, a lista ich sukcesów jest wręcz nieskończona. Jak do tego doszły? O tym też, obok opisowej narracji o przebiegu „transformacji o chińskiej specyfice”, traktuje ten tom.

Istota tego przedsięwzięcia jest więc jasna – to próba znalezienia odpowiedzi na kluczowe pytanie: jak to się stało, że przez cztery dekady państwo, a raczej kontynent, o charakterze cywilizacji agrarnej, zacofany i o cechach typowych dla Trzeciego Świata, a zarazem pod totalitarnym komunistycznym reżimem, zamienił się w sprawny organizm coraz bardziej otwarcie i z dużym uzasadnieniem aspirujący do miana globalnego lidera – i to nie tylko w gospodarce?

Natomiast pierwsza stojąca za tymi strategicznymi pytaniami hipoteza badawcza brzmi: państwa wyrastają z biedy i stają na nogi nie na podstawie ideologicznych projektów i teoretycznych konceptów, lecz w wyniku stosowania u siebie zimnej, wyrachowanej praktyki i pragmatyzmu, połączonych z trzeźwym oglądem i rozeznaniem sytuacji własnej, oraz położenia sąsiadów i układu sił na świecie. To nie teoria, lecz praktyka decyduje o sukcesie. A w Chinach pragmatyzm, jak wykazuje wiele studiów, to cecha dziedziczna tamtejszej cywilizacji, wpisana w jej DNA. Owszem, zdarzały się tam rewolucje, nawet znaczące oderwania od rzeczywistości, ale sytuacja stale powracała do głównego nurtu: praktyki, pragmatyzmu, trzeźwego stąpania po ziemi, a przy tym rozwagi i wręcz drobiazgowości w działaniu czy postępowaniu. Chińczycy to nie marzyciele i bujający w obłokach mistycy (może poza taoistami w klasztorach), lecz albo trzeźwi, zdroworozsądkowi chłopi, czerpiący wiedzę z natury, albo wnikliwi i cierpliwi biurokraci, czerpiący wiedzę z arcybogatego dorobku piśmienniczego tej cywilizacji.

Uzupełnia ten punkt wyjściowy hipoteza druga: nie ma sukcesu bez skutecznej adaptacji do zmieniających się warunków oraz właściwych ludzi zmian dokonujących. Odpowiedni impuls musi wyjść od przywódców i liderów myślących w kategoriach długoterminowych i racji stanu, a więc nadrzędnych interesów państwa, a nie partii, grupy czy jakiegokolwiek lobby. ChRL ostatnich dekad, od razu dodam, miała szczęście do wielu przywódców, ale nie odniosłaby takich sukcesów, jakie notuje, bez wizjonera tych reform Deng Xiaopinga, a potem arcyskutecznego w zarządzaniu państwem technokraty Zhu Rongji (czytaj: Czu Żung-ci). Chodzi o polityków, którzy wcześniej zostali upokorzeni i mocno osobiście doświadczeni przez ideologiczne i rewolucyjne eksperymenty „epoki Mao Zedonga” (1949–1976), a nade wszystko okres „lewackiego odchylenia”, za które uznaje się lata po „wielkim skoku”, czyli okres 1958–1976.

Innymi słowy, to hipoteza trzecia, prawdziwie skuteczne reformy mogą przeprowadzić tylko ludzie, którzy doskonale zrozumieli, czym kończy się ekonomiczny woluntaryzm oraz rewolucyjne eksperymenty ideologiczne, pociągające za sobą anarchię, chaos, bezpardonową walkę zwaśnionych ze sobą stron. Efektem rewolucyjnych zakusów, doświadczeń i testów zawsze jest (cywilizacyjny, ekonomiczny, instytucjonalny, często nawet mentalnościowy) regres, zamiast spodziewanego postępu.

W specyficznym przypadku ChRL, to hipoteza czwarta i ostatnia, ważną rolę w programie reform odegrały jeszcze, szczególnie po 1992 roku, tamtejszy odrębny krąg kulturowy oraz samoistna, długotrwała i bogata cywilizacja, która ma duży zasięg i nadal obejmuje terytoria i obszary wychodzące poza Chiny kontynentalne. Przykłady do wprowadzania nowych mechanizmów i rozwiązań były więc po 1978 roku raczej własne, chińskie z natury, a niekoniecznie importowane czy narzucone z dominującego w tym czasie Zachodu, a przede wszystkim USA po rozpadzie układu zimnowojennego.

Chcąc się z Chinami zmagać, sięgam po osobiste doświadczenia, ale też po ogromną literaturę, zarówno dostępną w Polsce (ostatnio robi się u nas pod tym względem lepiej), jak i międzynarodową, a także pochodzącą z Chin, w tym chińskojęzyczną. Gdy trzeba, korzystam oczywiście z Internetu, jak też źródeł multimedialnych. Nie chcąc zakłócać toku wywodu i narracji, przypisy ograniczam do niezbędnego minimum i wyrzucam je na koniec każdego rozdziału. O zapleczu badawczym więcej natomiast powinna powiedzieć wybrana przeze mnie, tematyczna bibliografia, zresztą też dalece niepełna w stosunku do wykorzystanych źródeł i materiałów. Korzystam też, bo taki już dzisiaj wymóg, z oficjalnej transkrypcji chińskich nazw i terminów, zwanej pinyin, co niefachowcom lektury nie ułatwi. Chiny jednak, co chciałbym zaznaczyć i mocno podkreślić, zawsze wymagają wysiłku…

Obok wielu tekstów, analiz, artykułów i raportów stricte naukowych (patrz: Bibliografia), poświęciłem już Państwu Środka trzy książki autorskie, z których najbliższy niniejszemu przedsięwzięciu jest obszerny tom opublikowany w 2010 roku Chiński Feniks. Paradoksy wschodzącego mocarstwa. Tom obecny można traktować jako do pewnego stopnia kontynuację tamtego przedsięwzięcia, chociaż tutaj i zakres tematyki, i obszar badawczy jest szerszy niż poprzednio, a na dodatek, co oczywiste, poprowadzony o kilka lat dalej, gdy Chiny ponownie, jak niemal co dekadę, dość istotnie wewnętrznie się zmieniły, a przy tym wyrosły (a raczej odrodziły się), już bez wątpienia i bez jawnego kwestionowania tej tezy, na nowe mocarstwo. Patrząc z punktu widzenia ich doświadczeń i mentalności, to rzecz niemal oczywista, podczas gdy dla nas na Zachodzie to szok: jak to, na świecie mają dominować Chińczycy, na dodatek pod komunistycznym z nazwy reżimem?

Trzeba jednak już na wstępie zrobić pewne istotne zastrzeżenie. Ujmując najogólniej, można powiedzieć tak: Chiny najpierw na ścieżce reform próbowały udoskonalać komunizm (na siedem lat przed Gorbaczowem, co ważne), potem, po 1992 roku, weszły w globalizację, czyli na światowe, wówczas już tylko kapitalistyczne, rynki oraz przeobraziły się w globalną taśmę produkcyjną. A jeszcze później, korzystając z załamania na globalnych (czytaj: zachodnich) rynkach, po 2008 roku stały się bardziej pewne siebie i asertywne, szczególnie pod rządami obecnej tzw. piątej generacji przywódców z Xi Jinpingiem na czele, rządzącej i panującej nad sytuacją od końca 2012 roku.

Teraz, gdy piszę te słowa, Chiny znowu (a precyzyjniej: jak zawsze od upadku Cesarstwa) marzą o potędze, jaką przez wieki były; znowu chcą być ośrodkiem cywilizacyjnym, emanującym na świat. Uda się im? Będą nową potęgą dyktującą innym swoje warunki? Czy będą optowały za status quo, czy jednak okażą się „mocarstwem rewizjonistycznym”, opowiadającym się za podważeniem pozycji dotychczasowego hegemona – USA oraz dotychczasowego ładu międzynarodowego, przez ostatnie ponad dwieście lat zdominowanego przez Zachód i powszechnie określanego mianem „liberalnego”? Czy grozi nam „ład nieliberalny” i świat wielobiegunowy?

Te z kolei pytania świadczą, że niniejsze przedsięwzięcie jest dość specyficzne jak na pracę autorską. Obejmuje bowiem obszary badawcze penetrowane przez politologię, ekonomię, współczesną historię, stosunki międzynarodowe, geostrategię, socjologię, a nawet kulturoznawstwo. Albowiem tylko takie multidyscyplinarne podejście, w moim głębokim przekonaniu, daje gwarancję lepszego zrozumienia chińskiego fenomenu ostatnich czterech dekad oraz wyjaśnienia źródeł tamtejszych sukcesów, które są nie do zakwestionowania nawet przez oponentów. Tych ostatnich oczywiście nie brak, bowiem zawsze nowo wyłaniające się mocarstwo napotka na opór tych, którzy do tej pory dominowali (to tzw. pułapka Tukidydesa, o której będzie trochę w tej pracy).

Jednakże specyfika chińska jest na tyle silna i mocno zaznaczona, co będę się starał tutaj udowodnić na wiele sposobów, że nie da się ani tamtejszej transformacji, ani źródeł odrodzenia i tytułowego renesansu zrozumieć bez należytego zaplecza i podglebia kulturowego. Tym samym, kwestie czysto sinologiczne też nie są dla tej narracji obojętne, a wręcz przeciwnie, w niektórych przypadkach wręcz kluczowe dla wyjaśnienia zachowań tak tamtejszych polityków i decydentów, jak też całego społeczeństwa.

Kończąc ten wstęp wyrażam nadzieję, że lektura będzie zajmująca, podobnie jak niezmiernie zajmująca – i ważna, nie tylko dla Chin, także dla nas i całego świata – jest tematyka tu podejmowana. Chiny to przecież nadal najludniejsze państwo świata (choć po raz pierwszy w dziejach właśnie wyprzedzają je pod tym względem Indie), które ostatnio nawet nie kryje, że chce być pierwszą potęgą gospodarczą na globie, a ambicje ma jeszcze większe – i w wielu dziedzinach. Chiny dziś to potęga na ustach wszystkich – jednych straszą, drugich przerażają, trzecich zachwycają, chociaż zazwyczaj swe sądy o nich wydajemy nie tyle na podstawie solidnej wiedzy czy autopsji, co własnych projekcji, stereotypów, przekonań czy systemów wartości, do których te wywodzące się z Chin najczęściej nie przystają lub mają się nijak, co utrudnia nam właściwy osąd. Tymczasem taki właśnie zdrowy i osadzony na rzetelnej wiedzy pogląd na ich temat przydałby się nam bardzo, bowiem chodzi o kolosa, który ponownie się obudził, ma swoje wielkie ambicje i plany, które wcale nie są obojętne dla świata zewnętrznego, w tym dla nas. Ten kolos nie tylko „ruszył z posad bryłę świata”, przed czym przestrzegał kiedyś sam Napoleon, ale nawet wkracza w nasze, także polskie progi – chociażby w postaci nowych Jedwabnych Szlaków. On już u nas jest, a my ciągle udajemy, że go nie widzimy.

My tu na Zachodzie i my tu w Polsce chcielibyśmy Chiny i tamtejszą, tak odmienną od naszej, rzeczywistość przekuć i przerobić na własną modłę, tymczasem one ciągle idą swoją drogą, stale odmienną od naszej. W trakcie głębokiej transformacji, reform i otwarcia na świat wypracowały swój własny model rozwojowy, a nawet dwa z nich, o czym będzie tu mowa, ale żaden z nich nie przystaje do wartości i koncepcji świata zachodniego, a jeśli już, to bardziej do modelu „państwa rozwojowego” (developmental state), jakie wcześniej pojawiło się w Japonii, a następnie w „azjatyckich tygrysach” gospodarczych w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej (Hongkong, Singapur, Tajwan i Korea Południowa). Ale nawet i pod tym względem zbieżność jest tylko fasadowa, zresztą ostatnio najbliższa maleńkiemu Singapurowi (gdzie niemal 80 proc. ludności to Chińczycy). A tak naprawdę chodzi o model sui generis chiński i raczej nie do powielenia gdziekolwiek indziej. Ten model w przeważającej mierze wyrastał sam z siebie, brał się z tamtejszego rodowodu cywilizacyjnego i odmiennych od naszych korzeni kulturowych. Dlatego jest tak trudny do pojęcia poza chińskim kręgiem kulturowym.

Zresztą sami Chińczycy, rozumiejąc tę swoją specyfikę i odmienność, wręcz zapewniają zachodnich obserwatorów, że żadnego własnego modelu nie posiadają, a tym bardziej nie chcą go nikomu narzucać. Natomiast w życiu i prowadzonych reformach kierują się – jak starają się przekonać innych – przede wszystkim własnym bogatym doświadczeniem oraz trzeźwą praktyką i pragmatyzmem. W rzeczywistości jednak, co będę starał się tutaj udowodnić, stoi za tym wszystkim misterny plan i zamysł, który jednak należy wśród niezliczonych chińskich znaków i symboli rozszyfrować.

Albowiem Chiny to bezustanna zagadka, a dla nas także pułapka. Niejako wbrew własnej nazwie – Zhongguo, czyli Państwo Środka – one wcale zwykłym państwem nie są. Są natomiast wielką i starą cywilizacją, która przetrwała, a która zawsze rządziła się własnym porządkiem i prawidłami. Owszem, we własnym mniemaniu kiedyś znajdowała się w samym środku świata i cywilizacji i o powrót do tej roli właśnie teraz, przez ostatnie dekady, tak skutecznie walczy. Chiny znów chcą być tym, czym kiedyś przez stulecia były: wielką cywilizacją emanującą na świat i wywierającą nań przemożny wpływ.

Na tym właśnie polega istotna zmiana, jaka w wyniku tamtejszej transformacji się dokonała: u progu reform Chiny (niemal) nic nie znaczyły, co im w sposób oczywisty, ze względu na ogromny potencjał i bogatą historię, w żadnej mierze nie odpowiadało i dlatego na tę trudną ścieżkę głębokiej transformacji wkroczyły. Po czterech dekadach tych eksperymentów i reform okazuje się, że Chiny są – ponownie – mocarstwem o globalnym, a nie tylko podmiotem o regionalnym czy lokalnym, wymiarze. Jak to się stało i co z tego wynika? – o tym właśnie traktuje ta książka. Zapraszam do lektury!

CZĘŚĆ ITransformacja1Źródła modernizacji i reform

SPUŚCIZNA EPOKI MAO

Najlepsza pogoda w Pekinie, „północnej stolicy”, przypada na wrzesień i październik. Jest słonecznie, ciepło, przyjemnie. Nie inaczej było 1 października 1949 roku, gdy o godzinie 15 z tarasu na bramie Tiananmen, u wejścia do Zimowego Pałacu cesarskiego Gugong – Zakazanego Miasta, przywódca Komunistycznej Partii Chin (KPCh; później, wymiennie, w całej pracy zwanej też Partią, bo chodzi o faktycznego zbiorowego władcę) Mao Zedong proklamował utworzenie nowego państwa – Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). W dobrze skrojonym mundurku, zwanym „maoistowskim”, chociaż jego krój w rzeczywistości pochodził od stroju „ojca Chin republikańskich” Sun Zhongshana, u nas i w świecie zachodnim bardziej znanego jako Sun Yat-sen (1866–1925), w otoczeniu najwyższych oficjeli nowego reżimu i kilku przedstawicieli „sił patriotycznych”, Mao zakrzyknął swym trudno rozpoznawalnym dla mieszkańca stolicy hunańskim akcentem do kilku ustawionych przed nim mikrofonów i do ponad 300 tysięcy osób zgromadzonych pod bramą na placu o tej samej nazwie: „Chiny wstały z kolan” – Zhongguo zhanqilai le1.

Oznaczało to nic innego, jak ogłoszenie urbi et orbi, iż długoletnia wojna domowa z Partią Narodową, Guomindangiem (GMD), zakończyła się, a zarazem skończył się zły czas dla Chin – czas obcej interwencji i konfliktów domowych, od „wojen opiumowych” (1839–1860), przez powstania tajpingów (1850–1864) i bokserów (1899–1900), aż po braterskie walki między sobą prywatnych armii po upadku Cesarstwa (1912) i wreszcie interwencję (1931) oraz agresję (1937) japońską na całe Chiny2. A wszystko to zakończone zostało, nie mniej krwawą niż poprzednie, wojną domową między KPCh a GMD w latach 1945–1949 o dominację nad całym państwem i jego wielowiekową spuścizną3. Ten ostatni, brutalny epizod, nie zakończył się – jak wiadomo – pełnym happy endem. Poprzedni reżim z jego przywódcą Czang Kaj-szekiem (Jiang Jieshi) skrył się na Tajwanie i tam przynajmniej formalnie kontynuował rządy i ustrój Republiki Chińskiej z lat 1912–1949, podczas gdy komuniści spod znaku KPCh zajęli Chiny kontynentalne – i tak jest do dziś, co mandarynom w Pekinie w żadnej mierze się nie podoba i nie może podobać, albowiem kraj został podzielony. Ten stan wewnętrznego podziału trwa mimo zakończenia już dawno w świecie porządku zimnowojennego (jeśli nie liczyć Półwyspu Koreańskiego), co przywódcom ChRL tym bardziej nie w smak. Nikt w Pekinie z podziałem kraju nie chciał i nie chce się pogodzić.

Z czasem cały ten burzliwy, krwawy i jednoznacznie źle wspominany okres zyskał miano „stu lat narodowego poniżenia” (bainian guochi). Dziś jest on używany jako jeden z kluczowych terminów w chińskim słowniku politycznym, bowiem pozwala stawiać wyraźną cezurę: to Mao Zedong skończył z wojnami i chaosem, to Mao przyniósł Chinom jedność (z małymi wyjątkami obszarów, które pozostały poza formalną jurysdykcją Pekinu, jak Tajwan, Hongkong czy Makau/Aomen), a tym samym przywrócił im godność i znaczenie. Trudno o lepsze przesłanie z punktu widzenia interesów KPCh, czyli, używając chińskich konotacji kulturowych, a nie międzynarodowego języka politologii, Partii władzy, a nawet nowej dynastii, czy „zbiorowego Cesarza”, rządzącego Imperium.

Uroczystość 1 października zwieńczyło 28 salw armatnich, czyli dokładnie tyle, ile lat liczyła – utworzona formalnie 1 lipca 1921 roku w Szanghaju – KPCh. Blok państw komunistycznych wzbogacił się o jednego, ogromnego partnera, będącego najludniejszym państwem na globie, który dawał wówczas Ziemi niemal jedną czwartą ogółu mieszkańców (ludność ChRL liczyła wówczas około 550 mln)4. Kraj ten, nie bez pewnych wahań, ale w istocie nie mając wyboru, dość szybko zdecydował się na „przechył w jedną stronę” (yi bian dao), czyli sojusz z ZSRR, przypieczętowany po wybuchu wojny koreańskiej (czerwiec 1950–lipiec 1953), w ramach której tzw. ochotnicy chińscy (w rzeczywistości chodziło o regularną armię i kontyngent najpierw 200 tysięcy żołnierzy, których liczba ostatecznie wzrosła do około 1,5 miliona) starli się w boju z wojskami amerykańskimi. Sojusz ten został już wcześniej sformalizowany podczas pierwszej zagranicznej wizyty w życiu Mao, czyli pobytu w Moskwie od 16 grudnia 1949 roku, zwieńczonej dwustronnym układem z ZSRR o przyjaźni, sojuszu i wzajemnej pomocy z 14 lutego 1950 roku5.

Kraj o nowym ustroju i władzach był straszliwie wyniszczony długoletnimi wojnami i potwornie biedny. Fakty mówią same za siebie: przeciętna długość życia mężczyzny przekraczała ledwie 35 lat (oczywiście, poprzednie wojny też się do tego mocno przyczyniły, pod koniec lat 50. było to już 55 lat); na wsi mieszkało aż 91 proc. ludności; jeden lekarz przypadał na 1492 obywateli, a nauczycieli wszelkich szczebli szkół było zaledwie 0,17 proc. populacji; 80 proc. ludności to byli analfabeci; dochody na mieszkańca w skali roku wyniosły zaledwie 27 dolarów (dla porównania wówczas w Indiach – 57, w Japonii – 100, a Wielkiej Brytanii 773 i USA 1453)6.

Mao Zedong dochodził do władzy w kraju z nazwy i jego woli komunistycznym, ale z natury feudalnym, agrarnym, zacofanym i biednym, chociaż oczywiście zarazem legitymującym się bezprecedensową kulturą i cywilizacją, jedną z najstarszych i najbogatszych na globie. Ten styk wielkiej przeszłości i ponurej teraźniejszości nie dawał spokoju chińskim władcom współczesności: twórca Chin republikańskich, Sun Yat-sen, marzył o wielkich projektach, zaporach, portach, kolejach, ale rządził zbyt krótko, by odcisnąć swe piętno na rzeczywistości w kraju7; dyktatorski w zapędach z natury Czang Kaj-szek musiał walczyć z wrogami wewnętrznymi i zewnętrznymi, na modernizację niewiele sił mu pozostało8. Mao przyszedł z wizją Chin ponownie silnych, ale chciał swe cele realizować inaczej – za pomocą rewolucji i siły woli jednostki, politycznego woluntaryzmu, dlatego bezkompromisowo zwalczał wszelkich przeciwników i odstępców od dyktowanej przez niego politycznej linii. Podstawowe wartości w jego koncepcjach to bunt, walka klas, nieprzerwana rewolucja, piętnowanie odstępców (od narzucanej przez KPCh i jego samego ideologii, a raczej nowej wiary). Polityka, bój, zwalczanie politycznych i ideologicznych przeciwników, tępienie kapitalistów i kułaków oraz rewolucyjne idee były jego żywiołem, a nie gospodarka czy produkcja. Na ekonomii się nie znał, a gdy raz, podczas dziś słusznie uznanego za niesławny „wielkiego skoku”, bardziej się nią zainteresował, wywołał katastrofę. Dopiero Deng Xiaoping po dojściu do niepodzielnej władzy zaczął realizować dawne sny i marzenia Sun Yat-sena: o Chinach wielkich, nowoczesnych, wpływowych, znów emanujących na świat swoim gospodarczym blaskiem, splendorem i przykładem.

Oczywiście, Mao Zedong po dojściu do władzy w państwie (w Partii przejął ją podczas głośnej narady w Zunyi podczas nie mniej głośnego „długiego marszu” w początkach 1935 roku), bez zwłoki zaczął je przekształcać na własną modłę, początkowo posługując się modelem stalinowskim, ale dość szybko od niego odchodząc. Natychmiast dała o sobie znać chińska specyfika, a Mao przede wszystkim był Chińczykiem, a dopiero później marksistą czy stalinistą. Jak wykazał wnikliwy badacz jego ideologii i myśli Stuart R. Schram, Mao, który nie znał żadnego języka obcego, znakomicie poruszał się po chińskich dziełach klasycznych, a dzieła marksistów znał pobieżnie, zresztą najwięcej w swych licznych pismach cytował Stalina, a nie Marksa czy Lenina9. Jak wyliczył jeden z badaczy: w Dziełach zebranych Mao tylko 4 proc. cytatów pochodziło od Marksa i Engelsa, 10 proc. od Lenina, 24 proc. ze Stalina, a potem: 22 proc. od konfucjanistów, 12 proc. od taoistów i innych starożytnych filozofów chińskich oraz 13 proc. odniesień do klasycznej literatury chińskiej (nie sumuje się do stu procent, bo trafiały się mu też inne odniesienia)10.

W ten sposób marksizm został schińszczony, zasklepiając się z czasem w formułę stosowaną powszechnie w ChRL do dziś. Tam nazywa się ją „myślami Mao Zedonga” (Mao Zedong sixiang), a na zewnątrz powszechnie pojmuje jako „maoizm”, czyli chiński derywat marksizmu-leninizmu. „Reformę myśli” i „tępienie błędnego stylu myślenia burżuazji i drobnomieszczaństwa” zaproponował Mao już w październiku 1951 roku11. To był dyktat dla wszystkich mieszkańców ChRL, a przede wszystkim intelektualistów, bo w szeregach Partii dokonał takiej czystki jeszcze w latach 40., w jaskiniach Yan’an, w czasach opozycji i wojny domowej12. A potem był w swych przekonaniach konsekwentny aż do śmierci: kto nie myślał tak jak on, był zwalczany i tępiony, a gdy trzeba – likwidowany.

Jednakże bynajmniej nie tylko o idee, koncepty i pomysły chodziło, także, a może nawet przede wszystkim, o polityczną praktykę. A ta też pod rządami Mao i KPCh niemal bezzwłocznie nabrała cech charakterystycznych dla chińskiej cywilizacji: odgórnego sterowania i zarządzania, centralizacji i kultu jednostki. Już w drugiej połowie lat 50. było jasne, że rządzi Chinami nowy cesarz – tym razem z komunistycznego nadania. Jak tego dowodzi w swych pamiętnikach nieżyjący już dysydent Fang Lizhi, Mao „był cesarzem w formie i treści”, choć formalnie ani nie nazwał, ani nie założył nowej dynastii13. Na chińskim firmamencie pojawiło się „czerwone słoneczko”, jak to ujmowała popularna ikonografia i ludowa twórczość. Kolejny władca, już nie Cesarz, za to zwany teraz Wielkim Wodzem (weida de lingxiu), Wielkim Sternikiem czy Wielkim Przywódcą, a potocznie Przewodniczącym Mao (Mao Zhuxi), który to termin małe dzieci w rodzinie zaczęły wypowiadać równie szybko, jak tata i mama. Mao stał się częścią codziennego życia obywateli ChRL, bohaterem folkloru, ale przede wszystkim świadomie kreowanej deifikacji w reżimie z litery i ducha agnostycznym.

Podstawowy problem polegał na tym, że praktyka spod znaku kultu jednostki nie ograniczyła się bynajmniej tylko do ludowej muzyki, pieśni, przypowiastek czy legend, do twórczości literackiej i filmowej, lecz sięgnęła oczywiście samego sedna ustroju politycznego. Tymczasem w jego ramach po niespełna dekadzie bliskiej współpracy doszło do kłótni z Sowietami, a szczególnie z Nikitą Chruszczowem, którego Mao nie szanował i traktował z góry. Uznawał go za grubianina, plebejusza i prostaka, a zwłaszcza miał mu za złe „złe potraktowanie” Stalina (a tym samym i jego własnych praktyk).

Na to nałożyły się turbulencje w obozie socjalistycznym, głównie na Węgrzech i w Polsce jesienią 1956 roku. Chińczycy opowiedzieli się wtedy po stronie Polaków i Gomułki, ale już nie Węgrów i Imre Nagya, szczególnie gdy ten ostatni ogłosił neutralność państwa, co już – w oczach Mao – nie było niczym innym, jak „zdradą” komunistycznych ideałów14. Władysław Gomułka był przez ówczesne władze w Pekinie traktowany jak bohater, bo sprzeciwiał się Sowietom – i dlatego zdecydowanie go bronili, co Mao osobiście wygarnął zaproszonemu do swojej siedziby nad ranem (bo tak jak Stalin pracował po nocach) ambasadorowi Pawłowi Judinowi15. Natomiast Imre Nagy był w jego oczach zdrajcą i „kontrrewolucjonistą”,16 bo sprzeciwił się komunistycznym kanonom.

Potem, jak wiemy, Historia odwróciła wyroki: to Imre Nagy jest uznawany za męczeńskiego bohatera, a Władysław Gomułka przeszedł do annałów jedynie jako jeden z kolejnych komunistycznych kacyków, choć na początku swej władzy potencjał i poparcie miał ogromne. To jednak z punktu widzenia Pekinu (czytaj: Mao) się nie liczyło. Toteż gdy ten historyczny moment minął, między ChRL a ZSRR doszło do wielkiego rozłamu, a Gomułka stanął jednak po stronie bliższego mu (geograficznie i pod względem rachunku sił, a może i ideologicznie) Kremla, a nie odległego Zakazanego Miasta, Chińczycy od ulubionej dotychczas Polski szybko się odwrócili17.

Z naszego punktu widzenia interesujące jest tylko to, że Polska na chwilę zainteresowała Chińczyków, co było pierwszym takim przypadkiem w dziejach. Dodam, że ostatnio Chiny znowu się Polską zainteresowały, teraz już na dłużej i poważniej, wychodząc ze swych geostrategicznych kalkulacji, do czego dojdziemy. Jednakże po wydarzeniach burzliwej jesieni 1956 roku Mao Zedong już do końca życia Europę Środkową i Wschodnią ze swych kalkulacji wykluczył, zajął się czym innym.

W jego planach liczyło się wtedy, jak w całej jego długiej karierze, nie tyle bohaterstwo tego czy innego, krajowego czy obcego przywódcy, lecz, jak zawsze, własne interesy i przekonania. „Obiektywna prawda” dla niego nie istniała, a Historię (tę dużą literą) swego narodu chciał pisać sam, a nie z nadania czy nakazu innych (co w sporym stopniu mu się udało). Dlatego mniej ważne w jego ocenie było to, że Nagy okazał się być faktycznym bohaterem i zginął męczeńską śmiercią na szubienicy za wyznawane przekonania, natomiast Gomułka na zbyt wysokie oceny Historii nie zasłużył i źle zakończył polityczną karierę. Ważne było przede wszystkim to, że to Gomułka przeciwstawiał się wówczas Sowietom, a tego właśnie chciał Mao – i to mu się w polskim przywódcy najbardziej podobało18.

Jesienią 1956 roku chińska perspektywa była i pozostała odmienna: Węgry chciały opuścić komunistyczny blok i zostały za to surowo ukarane. Albowiem tym samym sprzeciwiały się też przyjętym ideałom w ramach „nowego ustroju”, jak go również i w Chinach nazywano. Co gorsza, sprzeciwiły się Centrali, co było sprzeczne z praktyką płynącą z ducha stalinizmu, ale jeszcze bardziej chińskiej tradycji. Przecież w przyjętym po 1949 roku w ChRL modelu nade wszystko liczyło się pełne podporządkowanie Partii i państwa woli jednostki, czyli Mao, a nie jakakolwiek samodzielność. To wszystko razem przyniosło ze sobą własny kurs polityczny Pekinu pod koniec lat 50., a ostatecznie rozłam z ZSRR w 1960 roku, gdy Moskwa odwołała z Chin swoich ekspertów i inżynierów.

W latach następnych dwa komunistyczne kolosy, do niedawna w sojuszu, otwarcie wzięły się za łby i zwalczały na wszelkie możliwe sposoby. Przy czym Pekin, tzn. Mao, uważał, że to on jest uosobieniem prawdziwej komunistycznej wiary, a ZSRR rewizjonistą i jej sprzedawczykiem (jak oni mogli w ten sposób potraktować Stalina, jego „nauczyciela”?!)19. Tak oto narodziła się w ramach reżimu, a w istocie całego bloku komunistycznego, istotna korekta, na świecie określana mianem nurtu maoistowskiego, a w samych Chinach nazywana od 1981 roku, gdy dokonano własnej oceny Mao i jego roli w historii – „lewackim odchyleniem”.

Przede wszystkim składają się nań trzy historyczne fenomeny, z których żaden do dziś w należyty sposób na terenie ChRL nie został rozliczony czy dobrze zbadany: kampania „stu kwiatów”, „wielki skok” oraz ”rewolucja kulturalna”. Pierwszy, najbardziej enigmatyczny, wywołał nie Mao, lecz zawsze mu bliski i mocno oddany premier Zhou Enlai. 14 stycznia 1956 roku niespodziewanie zaapelował on do intelektualistów o współpracę z KPCh, obiecywał im promocję i kariery20. Był to ruch zaskakujący w świetle wielu poprzednich akcji zwalczania niezależnych intelektualistów wewnątrz własnego, lewicowego obozu21. 2 maja 1956 roku ten nowy kurs zatwierdził sam Mao po raz pierwszy nawiązując wtedy do starożytnej tradycji zwalczania się pomiędzy sobą „stu szkół myślenia” (baihua qifang, baijia zhengming). Tak narodziła się kampania zwana w Chinach „podwójną setką” (shuangbai), a poza nimi znana jako „sto kwiatów”.

Intencje Mao do dziś pozostają niejasne. Niektórzy, jak biograf Mao, Australijczyk Ross Terrill twierdzą, że stały za tym motywy ekonomiczne. Inni, jak znany amerykański historyk i badacz Chin, John King Fairbank, uważają, iż Mao doszedł do wniosku, iż bez wsparcia inteligencji nie uda mu się sięgnąć po swe rewolucyjne cele. Cytowany już astrofizyk, a potem dysydent profesor Fang Lizhi, powołując się na poglądy swoich kolegów z ówczesnego Uniwersytetu Pekińskiego, nie pozostawia natomiast żadnych wątpliwości co do tego, że chodziło o „pułapkę” i „otwarty spisek” zawiązany po to, by wychwycić „niezależne głosy”, a potem je brutalnie wytępić22. Podobnie opinię, że chodziło o to, by „wywabić żmije z nor”, wyraża często przywołujący chińskie dokumenty i świadków, od lat zamieszkały w Hongkongu holenderski badacz Frank Dikötter23. Za chwilową odwilżą stała więc albo polityczna prowokacja, albo chytry zamysł i klasyczny fortel, ale skończyło się wszystko szybko i zgodnie z logiką systemu autorytarnego, a od tej chwili po prostu totalitarnego, czyli opartego na strachu, trwodze, okrutnej sile i tępieniu „innowierców”, kimkolwiek by oni w oczach władz (czytaj: Mao) nie byli.

Wiadomo, że kwestia niezależności myślenia i podejścia do intelektualistów nurtowała Mao długo, a jej wyrazem było jedno z ważniejszych jego wystąpień programowych O właściwym traktowaniu sprzeczności wśród ludu z 27 lutego 1957 roku24. Podzielił on wówczas te sprzeczności na „antagonistyczne”, z wrogami ustroju i „nieantagonistyczne”, w ramach których dostrzegał szanse na współpracę z inteligencją i twórcami. Autorzy chińscy, podlegający cenzurze, oczywiście uważają, że „Mao chciał dobrze”. Natomiast wśród niezależnych obserwatorów i badaczy zachodnich przeważa pogląd, iż chodziło mu wtedy o nic innego, jak wyeksponowanie „wrogów ludu”, co oczywiście utożsamiano z wrogami KPCh i jego samego.

Taką tezę postawił w Głównych nurtach marksizmu Leszek Kołakowski, który o Mao jako teoretyku miał wyjątkowo negatywną opinię, pisząc, iż „dokumenty ideologiczne maoizmu i w szczególności pisma teoretyczne Mao, jeśli oceniać je wedle europejskich standardów, muszą wydać się niezmiernie prymitywne i nieudolne, a często wręcz dziecinne; nawet Stalin wydaje się, w tym zestawieniu, tęgim teoretykiem”25. Chińczycy oczywiście nigdy tak nie uważali i nie uważają, konsekwentnie zaliczając Mao do grona jednego z większych myślicieli w całych chińskich dziejach. Można twierdzić, na granicy pewności, iż będzie tak aż do końca rządów „dynastii” spod znaku KPCh. Bo to Mao jest jej twórcą i założycielem. A przy okazji po raz pierwszy ujawnia nam się, potem po wielokroć i w różnych konfiguracjach występujący, zasadniczy rozdźwięk pomiędzy chińskimi i zachodnimi ocenami danego zjawiska, osoby czy procesu.

Po roku otwartych debat i prawdziwych sporów, w czerwcu 1957, znów z osobistego nakazu Mao, kampania „stu kwiatów”, w miarę rozwoju wypadków coraz bardziej krytyczna wobec rządów KPCh, zmieniła swą naturę i przeobraziła się w brutalne zwalczanie „prawicowców”, za co bezpośrednio odpowiadał sekretarz generalny Partii, Deng Xiaoping. To on wyrywał zatrute chwasty i zielsko oraz tępił „elementy antypartyjne”. Jak się szacuje, skazano wówczas i zesłano na wieś od 550 do 700 tysięcy intelektualistów i ludzi niepokornych, a jakieś 110 tysięcy spośród nich trafiło nawet do obozów pracy w ramach świeżo utworzonego systemu laogai, czyli „chińskiego Gułagu”26. Większość z nich rehabilitowano dopiero na fali odwilży pod koniec lat 70. ubiegłego wieku. W ten sposób ukrócono na terenie ChRL wszelkie przejawy niezależnego myślenia. Od tej pory przykład szedł tylko i wyłącznie z góry, należało go ślepo i wiernie naśladować.

Na kaganiec nałożony na umysły wiosną 1958 roku nałożono kolejny woluntarystyczny pomysł Wodza, formalnie zwany polityką „trzech czerwonych sztandarów” (san mian hongqi)27, czyli: „generalną linię” (zong luxian), a więc odgórne dyrektywy Partii i Mao, „komuny ludowe” (remin gongshe), czyli projekt szybkiego skoszarowania rolnictwa oraz „wielki skok” (da yuejin) zawierający pomysł, by szybko, w ciągu kilku czy kilkunastu lat, dogonić Wielką Brytanię, a potem nawet USA w produkcji stali.

Zgodnie z logiką systemu, wszystkie te koncepcje natychmiast zaczęto z wielką werwą wprowadzać w życie, a za politykę najważniejszą, czyli „wielki skok”, ponownie główną osobą odpowiedzialną stał się Deng Xiaoping, jak też szefowie resortów gospodarczych. W ten sposób wiosną 1958 roku całe Chiny zamieniono w wielkie „dymarki świętokrzyskie”, w ramach których wszyscy obywatele zbierali żelazny złom oraz wszelkie rekwirowane po domach przedmioty ze stali i przetapiali w polowych piecach, zwanych tugaolu, bez przestrzegania jakichkolwiek reguł i norm. Jakość tak zdobytej i wytopionej stali łatwo sobie można wyobrazić…

Ta „gorączka stalowa” konkretnie wyglądała tak: w 1957 roku produkcja stali w Chinach wynosiła 5,35 mln ton. W lutym 1958 wyznaczono na ten rok cel 6,2 mln, a już w maju zwiększono go w dokumentach rządowych do 8,5 mln ton. Tymczasem w czerwcu sam Mao podniósł tę liczbę jeszcze bardziej – do 10,7 mln ton, a we wrześniu skorygowano plan na 12 mln28. Tym samym w ciągu roku próbowano więcej niż podwoić produkcję, co byłoby absolutnym i niespotkanym rekordem świata.

Jednak to nie tyle wygórowane liczby czy jakość stali okazała się największym problemem. Chłopów, a oni ciągle stanowili w swej masie o wizerunku Chin, zagoniono do wytapiania stali lub budowy komun. Z tymi drugimi zaczęło się od tego, że gdy pierwszą z nich, w wiosce Qiliying w prowincji Henan, 6 sierpnia 1958 roku odwiedził Mao, odbywający podróż inspekcyjną po kraju, sama nazwa i idea tak mu się spodobały, że je pochwalił, mówiąc: „Komuna ludowa – to brzmi wspaniale”. Oczywiście, zgodnie z obowiązującą już wtedy logiką systemu, natychmiast jego słowa przekształcono w bezwzględną dyrektywę i zamieniono w czyn. Wkrótce rozpoczęto budowę komun ludowych w całym kraju. Dając chłopom „dziesięć gwarancji”, tzn. posiłki, odzież, mieszkanie, edukację, opiekę zdrowotną, pochówek, a nawet usługi fryzjerskie, przedstawienia teatralne, dodatek pieniężny na ogrzewanie oraz zasiłek na ślub,29 wieś nie tylko skomunizowano, ale wprost skoszarowano, zapędzając wszystkich do „jedzenia z jednego kotła” (chi daguo fan), jak też podzielono ją – też zgodnie z wojskową logiką – na komuny, brygady i zespoły produkcyjne. Tym samym chłopów, z ich mentalnością i przywiązaniem do ziemi i upraw, zamieniono w „żołnierzy rewolucji”, podporządkowanych politycznej woli Partii i drylowi spod totalitarnego walca, a nie naturalnym siłom przyrody. Co więcej, chłopów zmuszono wówczas także do zwalczania „czterech plag”, czyli obłąkańczego pomysłu tępienia wróbli, szczurów, much i komarów. Na uprawę roli nie starczyło im czasu, a kraj przecież nadal był potwornie biedny. A wróble poniewczasie trzeba było sprowadzać z ZSRR, bo okazały się dla natury niezbędne, gdyż wiele innych owadów i szkodników pojawiło się na polach.

Na skutki politycznego woluntaryzmu Mao, nieznającego się na gospodarce i jej prawach, nie trzeba było długo czekać. Już na przełomie 1958 i 1959 roku stało się jasne, że do wielu wsi zajrzała bieda, a są regiony, gdzie wkradł się głód. Gdy mimo upiększających raportów płynących do Centrali stało się oczywiste, że pojawił się poważny problem, w Partii narodził się ferment. Zbuntował się bohater wojny koreańskiej, podczas której prowadził do boju chińskich ochotników, marszałek Peng Dehuai (to on podpisywał ze strony chińskiej umowy rozejmowe w Panmundżom, kończące tę wojnę). Podczas plenum KC KPCh w Lushan w lecie 1959 roku osobiście zaatakował on Mao za „nieodpowiedzialność” i fakt ten jest należycie udokumentowany nawet w literaturze polskiej.

Doszło wtedy do brutalnego starcia. Peng przyznał: „w 1958 roku byłem, podobnie jak wielu towarzyszy, oczarowany osiągnięciami Wielkiego Skoku i pasją ruchu masowego”. Przejrzał jednak na oczy, wiele się dowiedział o stanie państwa i gospodarki, więc postawił kierownictwu (czytaj: Mao) szereg oskarżeń: że komuny ludowe „powstały trochę za wcześnie”; że „niektóre projekty inwestycyjne z roku 1958 były zbyt pochopne lub przesadne”; że „wybudowano pewną ilość małych, lokalnych pieców hutniczych, które były niepotrzebne, doprowadzając do zmarnowania części zasobów (materialnych i finansowych) i siły roboczej”. A nad tym wszystkim stał grzech główny, czyli „objęcie przywództwa przez politykę” (czytaj: prywatne zdanie inicjatora tych zmian). Mao, wytrawny gracz, natychmiast wyczuł zagrożenie. Toteż 23 lipca 1959 roku przeszedł do otwartego kontrataku. Zagroził, że gdyby tworzony wobec niego front miał szansę na wygraną, to – jak mówił – „poszedłbym na wieś, stanąłbym na czele chłopów, żeby obalić taki rząd”. Zdobył się więc nawet na groźby i jawny szantaż, byle tylko nie utracić posiadanej władzy i wpływów. A w ich obronie nie przebierał w środkach. Z jednej strony zachęcał, wręcz wulgarnie, do krytyk: „Towarzysze, trzeba przeanalizować swoją odpowiedzialność. Jeśli chcesz zrobić kupę, to trzeba się wypróżnić; jeśli są gazy, to trzeba je wypuścić, wtedy żołądkowi będzie lżej”. Z drugiej jednak jego główne przesłanie było jasne: „nie napastuję nigdy pierwszy, ale napastowany nie pozostaję dłużny”30.

W ten sposób wyrok na marszałka Peng Dehuaia został wydany. Niestety, Peng nie znalazł wielu zwolenników. Nie opowiedzieli się za nim ani premier Zhou Enlai, ani sekretarz generalny Deng Xiaoping, ani przewodniczący ChRL, tytularna głowa państwa Liu Shaoqi, chociaż wszyscy trzej doskonale już wiedzieli, że polityka „trzech czerwonych sztandarów” Mao, a szczególnie „wielki skok”, jest dewastująca i prowadzi do gospodarczej klęski, a przy tym katastrofy państwa i jego mieszkańców.

Najpierw katastrofa spotkała samego Peng Dehuaia, którego usunięto i już nigdy nie pozwolono mu powrócić do życia politycznego. Zmarł w niesławie i odosobnieniu, po ciężkiej chorobie i w szpitalnym łóżku w listopadzie 1974. Pośmiertnie rehabilitowano go w grudniu 1978 roku, już na mocy pierwszych decyzji Deng Xiaopinga o reformach. Dziś o marszałku uczy się dzieci w chińskich szkołach, ale bardziej o jego roli w wojnie koreańskiej i wczesnych latach ruchu komunistycznego, niż o buncie wobec Mao.

Niestety, tragedia jednostki, czyli odważnego marszałka Peng Dehuaia, nie była jedyna. Wręcz odwrotnie, tragedia dotknęła cały naród i weszła do historii powszechnej jako „wielki głód”, ale w podręcznikach chińskich nadal jest eufemistycznie określana jako „trzy lata narodowej tragedii”. Tylko dzięki zasługom odważnych jednostek, jak samodzielny badacz tego zagadnienia, motywowany śmiercią własnego ojca podczas tego głodu, Yang Jisheng, któremu udało się opublikować wyniki swych dociekań w Hongkongu, a potem na Zachodzie, jak też żmudnym studiom kilku badaczy, w tym przede wszystkim zamieszkałego od lat w Hongkongu Holendra, wspominanego już Franka Diköttera, który dotarł do wielu chińskich archiwów prowincjonalnych (w przeciwieństwie do centralnych nie do końca zamkniętych), dziś już wiemy, że doszło wówczas do narodowej tragedii i najpewniej największej klęski głodu w dziejach powszechnych. Ilość jego ofiar szacuje się od 36 mln (Yang Jisheng)31 do nawet 45 mln (Frank Dikötter)32. Niektórzy co odważniejsi chińscy autorzy, jak pochodzący z Kantonu Yuan Longping, zaczynają już napomykać, iż w istocie mieliśmy wówczas do czynienia z „chińskim holokaustem”33.

Znamy wiele relacji, jak to wówczas wyglądało. Znany pisarz Gu Hua w powieści Miasteczko Hibiskus widział to tak:

Nadszedł rok 1958 – rok „wielkiego skoku”. Wszyscy ludzie od świtu wytapiali żelazo i stal. Wystrzelony został propagandowy satelita w ramach „doganiania świata”. Władze okręgu i powiatu ograniczyły wielki handel, skrytykowały kapitalistyczne tendencje na wsi i w mieście. Targ w Hibiskusie odbywał się już nie co trzy dni, lecz tylko raz w tygodniu, potem raz na dziesięć dni, wreszcie dwa razy w miesiącu. W okresie stopniowego zmniejszania ilości targów, aż do całkowitego ich zaniku, głoszono, że zbudowano już socjalizm i wkracza się w raj komunizmu. Lecz mówiło się równocześnie, że stary Lao Wangye – Władca Niebios – spowodował nieurodzaj na polach, z czego skorzystali imperialiści, rewizjoniści i kontrrewolucjoniści. Progi komunizmu, który miał być rajem, okazały się zbyt wysokie. Skok nie był łatwy i szybko spowodował upadek. Do uprawy surowej, nie nazbyt urodzajnej ziemi doszły jeszcze gorzkie dni jedzenia z jednego wielkiego kotła jarzynowej zupy w kantynie komuny. A na targu były już tylko słodkie ciastka, plewy, pędy paproci, korzenie winorośli kudzu, kokosy ziemne – fuling, i nic więcej. Chude szkapy z długą sierścią, chudzi ludzie o ziemistej cerze. Cały kraj wraz z milionami prostych ludzi zapadł na ciężką chorobę34.

Z kolei Li Cunxin, „ostatni tancerz Mao”, wyrwany z biednej wioski do rewolucyjnego zespołu artystycznego bezpośrednio pod egidą pani Jiang Qing (wkrótce negatywnej bohaterki całych Chin), opisywał swoje wczesne dzieciństwo w zapyziałej wiosce tak: „jedzono wszystko, co się ruszało, a czasem nawet gorsze rzeczy. Nieraz brakowało nawet kory drzew do jedzenia”. Wiemy, że bywały nawet przypadki kanibalizmu, do czego świadectw dotarł Frank Dikötter, a bezpośrednio wspomina o tym jedna z rozmówczyń znanego i u nas pisarza, dysydenta i banity Liao Yiwu:

Wkrótce nic nie zostało do jedzenia. Musieliśmy szukać pożywienia w górach. Zbieraliśmy dzikie warzywa, korzonki, mchy, nawet korę drzew. Niektórzy wieśniacy wpadli w taką desperację, że wykopywali trupy i jedli ich mięso. Nawet buddyjscy mnisi polowali na szczury, żeby je zjeść. Wierzcie mi, panował powszechny chaos. Gdyby głód potrwał dłużej, jestem przekonana, że wieśniacy by nas zjedli. Dzięki Bogu przeżyliśmy35.

Podobnie widział to inny interlokutor Liao, który mówił:

To było w lecie 1959 roku, gdy panował powszechny głód. Zjedliśmy wszystko – korę z drzew, trawę i liście, takie rzeczy, których nawet zwierzęta nie chciały tknąć. Wiele osób zmarło na skutek zatrucia pokarmowego. Pewnego dnia trzy osoby z mojej grupy upadły martwe przy drodze. Przechodnie zdarli z nich ubrania. Martwi mieli odsłonięte zęby i wystawione języki, jakby wciąż byli głodni. Musieliśmy głęboko zakopać ich ciała, bo inaczej znów by ich wyciągnięto. Ludzie rzucali się na wszystko36.

Nic dziwnego, że Li Cunxin, któremu później udało się zrobić baletową karierę na Zachodzie, konkluduje:

Moja rodzina była bardzo biedna, ale w komunie trafiały się i biedniejsze. Kiedy przyszedłem na świat, wszędzie panowało ubóstwo, szerzyły się choroby. Trzy lata Wielkiego Skoku Mao i trzy lata niepogody zaowocowały jedną z największych klęsk głodu, jakie widział świat. Zmarło niemal trzydzieści milionów ludzi. A moi rodzice, jak wszyscy inni, rozpaczliwie walczyli o przetrwanie37.

Ofiar było dużo, miliony, a jednak nikt nie poniósł za „wielki skok” ani politycznej, ani prawnej odpowiedzialności. Owszem, polityk, który „skok” wywołał, czyli Mao, został nieco odsunięty na boczny tor, tracąc, na rzecz Liu Shaoqi, stanowisko głowy państwa i zachowując sobie tylko – bardziej honorowy niż faktyczny – tytuł Przewodniczącego KC KPCh. Oczywiście, jako osoba zakochana we władzy nigdy się z tym nie pogodził. Wracając do pełni politycznych wpływów, bo na scenie oczywiście nadal funkcjonował, rozpętał kolejny kataklizm o nazwie „wielka proletariacka rewolucja kulturalna” (wuchan jieji wenhua da geming). Starannie ją przygotował, wyczekał moment i dokonał politycznej zemsty oraz dintojry na przeciwnikach, poczynając od ludzi w kierowniczych gremiach i szeregach KPCh oraz na Liu Shaoqi, który śmiał zająć jego miejsce38. Mao uruchomił wtedy tkwiące w społeczeństwie rezerwy, spuścił ze smyczy młodzież, zapraszając ją do „deptania autorytetów”. Narodziła się Czerwona Gwardia, której chińskie pojęcie hong weibing, weszło do światowej literatury, a nawet języka polskiego jako „hunwejbin”, czyli młodociany, zapalczywy i niepohamowany lewak, gotowy rozdawać ciosy wszystkim wokół, poczynając od własnych rodziców i nauczycieli, gdyż myślą inaczej.

Mao rozprawił się też przy tej okazji z poprzednią polityką „porządkowania” (tiaozheng) po „wielkim skoku”, którą wzięło na siebie trio: Zhou Enlai, Deng Xiaoping i Liu Shaoqi. Ten ostatni przejął odpowiedzialność za Partię i państwo, podczas gdy Mao w tym czasie, jak na cesarza przystało, oddawał się ulubionym rozrywkom, czyli nocnym zabawom z paniami, najczęściej młodymi i nierzadko występującymi w grupie, co jest już dzisiaj faktem dobrze udokumentowanym (choć w samych Chinach skrzętnie ukrywanym), począwszy od ważnych wspomnień jego osobistego lekarza Li Zhisui. Mao pisał też wtedy, z rzadka, ulubione poezje, a najchętniej oddawał się innemu ulubionemu zajęciu – intrygowaniu. Cały czas zastanawiał się nad tym, jak usunąć politycznych rywali i triumfalnie wrócić na piedestał jako niekwestionowane „czerwone słoneczko”. Gdy trzeba – spiskował, cały czas knuł intrygi i zaczytywał się w klasycznej chińskiej literaturze, gdzie pomysłów na pozbywanie się – prawdziwych lub wyimaginowanych – przeciwników znajdował co niemiara.

Inni w tym czasie ciężko pracowali. Szczególnie faktycznie rządzący Chinami po „wielkim skoku” wspomniany triumwirat: Przewodniczący ChRL, czyli głowa państwa (czego Mao nie mógł ścierpieć) Liu Shaoqi, sekretarz generalny KC KPCh Deng Xiaoping oraz premier Zhou Enlai. O tych dwóch ostatnich już wtedy zaczęto przebąkiwać, iż stanowią „frakcję pragmatyczną” w chińskim kierownictwie, są gremium nie tyle ideologów, jak Mao czy nawet Liu, ile trzeźwych i praktycznych administratorów, jak to wielokrotnie w chińskich dziejach przy cesarzach bywało. To wówczas w 1962 roku Deng Xiaoping, korzystając z ludowej mądrości rodzinnej prowincji Sichuan (Syczuan), ukuł swe najbardziej głośne i nośne hasło, będące zarazem przesłaniem jego pragmatycznego podejścia do życia: „nieważne czy kot jest biały czy czarny, ważne, żeby łowił myszy”(w syczuańskim oryginale jeden z tych kotów był żółty). Natomiast premier Zhou Enlai w 1965 roku wyszedł z koncepcją „czterech modernizacji” (rolnictwa, przemysłu, obrony narodowej oraz nauki i oświaty) w państwie39, czego jednak nie zdołał przekuć w prawdziwy program polityczny. Powróci do niego, na krótko, Deng, gdy dojdzie do samodzielnej władzy.

Na przeszkodzie ambitnym celom gospodarczym i modernizacyjnym „pragmatyków” stanął Mao, który owszem, usunął się nieco w cień, ale zarazem nawet nie ukrywał, że ma zupełnie inne cele i wizje dotyczące aktualnych realiów, a tym bardziej przyszłości kraju. Przy pomocy następcy Peng Dehuaia na czele wojska, marszałka Lin Biao, budował jeszcze większy kult jednostki niż w okresie poprzednim, do czego wykorzystano, skompilowany pierwotnie przez Lina na potrzeby wojska, cytatnik z dzieł Mao, ogólnie znany pod nazwą „czerwonej książeczki” (xiao hong shu), która wkrótce została wydana we wszystkich możliwych językach, włącznie z polskim, i osiągnęła największy nakład na świecie obok Biblii. To wówczas dzieci w szkołach skandowały: „Mama jest droga, tata jest drogi, ale najdroższy ze wszystkich jest Przewodniczący Mao”. Albowiem ten ostatni termin – Mao Zhuxi – niedawne niemowlaki, jak wiemy, poznawały równie szybko, jak imiona rodziców.

Wszystko w ramach tej kampanii podporządkowano jednemu celowi: powrotowi Mao do władzy. Przy pomocy osób usłużnych, nie tylko Lin Biao, ale też swej małżonki, pani Jiang Qing, z którą już od dawna nie dzielił łoża, a jeszcze dawniej odsunął w cień, a teraz pozwolił jej, byłej aktorce, zagrać życiową rolę, Mao osiągnął swój cel. Wiosną i latem 1966 roku triumfalnie wrócił na sam środek politycznej sceny, wywołując kolejny wielki ferment w państwie, czyli wspomnianą – barwną, ale okrutną – „rewolucję kulturalną”. Chcąc pozbyć się elit, postawił na lud, a w szczególności na młodzież. Nie tylko wsparł Czerwoną Gwardię, ale sam ostentacyjnie włożył na ramię opaskę hunwejbina, a w okresie od 18 sierpnia do 26 listopada 1966 roku spotykał się na placu Tiananmen z młodzieżą aż osiem razy, w kilku przypadkach sprowadzając na plac do miliona ludzi i wzbudzając masowy ferment i histerię. Hunwejbini oraz ich młodsze wcielenie – caofanowie, czyli młodsi harcerze, tylko bardzo bojowi i „rewolucyjni”, siali odtąd niebywały zamęt na obszarze całego kraju. Strat losowych, ludzkich, materialnych przez nich wywołanych chyba już nikt nie policzy. Spustoszenie, materialne i duchowe, było powszechne.

Tym samym Mao zgotował narodowi chińskiemu kolejne nieszczęście, oczywiście i tym razem poczynając od nieszczęść jednostek. Nie jest bowiem żadnym zaskoczeniem i przypadkiem, że „pierwszą osobą w państwie, kroczącą kapitalistyczną drogą” został Liu Shaoqi, traktowany jako „jednostka antagonistyczna”, a drugą taką osobą Deng Xiaoping, jednak jemu, jako „osobie nieantagonistycznej” Mao chciał jedynie pokazać miejsce w szeregu. Tylko Zhou Enlai, który zgodnie ze swym zwyczajem umiejętnie lawirował, był względem dominującego Mao wręcz służalczy, ale płacił za to wysoką cenę polityczną oraz – jak się później okazało – własnego zdrowia40.

Liu Shaoqi skończył tragicznie, umierając po ciężkiej chorobie i w mękach w więzieniu w Kaifengu w listopadzie 1969 roku. Relacje, jakie na ten temat później do nas dotarły, są wstrząsające: miał ropiejące odleżyny, jego ciało z braku higieny zaczęło gnić, nie pozwalano mu zmieniać bielizny, obcinać włosów, golono pod przymusem, a na koniec – mimo wysokiej gorączki – zamknięto go w betonowym bunkrze, odcinając od wszelkiej opieki. W takich okolicznościach i takim stanie, po niewiarygodnych cierpieniach zmarł. Jego ciało skremowano, urnę z numerem 123 i fałszywym nazwiskiem odstawiono na bok, a w dokumencie zgonu napisano „bezrobotny”41. Jego popularna w okresie sprawowania władzy małżonka Wang Guangmei, a przez to osobisty wróg zaciekłej i zapiekłej Jiang Qing, najpierw była poddawana upokarzającym i brutalnym przesłuchaniom przez Czerwoną Gwardię, a potem spędziła 12 lat w spartańskich warunkach i maleńkiej jednoosobowej celi w pekińskim więzieniu Qincheng, znanym z surowego rygoru. Wyszła stamtąd w 1979 roku (zmarła w 2006).

Młodsze pokolenie Chińczyków tych szczegółów nie zna. Natomiast mnie zastanawia, jak się czują ci, raczej niezbyt liczni, którzy wiedzą, a jednak patrzą, oglądają i nie protestują, gdy w wielkich alejach handlowych, pekińskim Wangfujingu czy szanghajskiej ulicy Nankińskiej oglądają dziś zgodnie wiszące obok siebie portrety Mao, Zhou i właśnie Liu jako „założycieli KPCh”? Wynika stąd wniosek jeden, niepodważalny: prawda Partii stoi wyżej od prawdy obiektywnej. To przesłanie jest jasne – i tak właśnie je się w ChRL czyta. Nieważne ofiary, ważna jest linia Partii (to nic, że często się zmieniająca).

Nieco lepiej ułożyły się losy innej ofiary „rewolucji”, maleńkiego wzrostem (zaledwie 152 cm), ale wielkiego duchem Deng Xiaopinga, a to dlatego, że przeżył. Z opublikowanych w Chinach wspomnień jego córki, dwóch wybitnych jego biografii wydanych na Zachodzie, Ezry F. Vogela (ta, okrojona przede wszystkim o okres 1989 roku, ukazała się ostatnio także w ChRL) oraz Alexandra V. Pantsova i Stevena I. Levine’a, a także cennej pracy po rosyjsku Wiktora Usowa, doskonale wiemy, dlaczego przetrwał, najpierw w areszcie domowym na terenie Zhongnanhai, a potem na zesłaniu na głębokiej prowincji w prowincji Jiangxi. Po pierwsze, bo Mao tak chciał. Przewodniczący wielokrotnie dawał do zrozumienia, że przypadek Liu Shaoqi jest „beznadziejny”, natomiast Dengowi, dotychczas tylekroć wiernie wykonującemu jego polecenia, postanowił „dać nauczkę”. Ten natomiast, jakby czując swoją szansę, pisał do Mao i jemu najbliższych (choć nie do Jiang Qing), upokarzające samokrytyki, co Mao uwielbiał.

Wstrząsająca relacja córki Deng Rong (Deng Maomao), praktycznie jedynego możliwego świadka losów Deng Xiaopinga z tych lat wygnania, pokazuje człowieka całkowicie odizolowanego od świata, niekontaktującego się z nikim, pozbawionego wszelkich luksusów, biednego (gażę partyjną też mu w dużym stopniu odebrano) i żyjącego skromnie (także z uprawy własnego ogródka), ograniczonego do samotnego życia w domu z żoną (dzieci przybyły dopiero później i też nie na stałe), początkowo niemającego nawet radia i utrudniony dostęp do jedynej partyjnej gazety. Osamotniony Deng poprzestawał na pracy w nieodległym zakładzie, dokąd chodził pieszo i bawił się w montera i ślusarza (którym w młodości był). Jego aktywność w domu, oprócz ogródka, ograniczała się do palenia w piecu i palenia papierosów (też je reglamentował), jak też „chodził w kółko po domu robiąc szybkie kroki, cały zamyślony”42. To wówczas, jak wszystko na to wskazuje, dojrzał do decyzji, które przyszło mu wcielić w życie po latach. Zbuntował się przeciwko temu, że ChRL i jej mieszkańcy są tak potwornie biedni, a niedawno ginęli z głodu, podczas gdy Chińczycy poza granicami kraju – w Hongkongu, na Tajwanie, w Singapurze czy diasporze – są tak bogaci. Postanowił ten stan zmienić, a tym samym stał się rewizjonistą negującym idee oraz rewolucyjne pomysły Mao, zawarte w obowiązującym kanonie Mao Zedong sixiang.

Swoją polityczną szansę Deng Xiaoping zwietrzył dopiero po kilku latach odosobnienia i zesłania, a mianowicie wtedy, gdy Mao został zdradzony przez wykreowanego na „oficjalnego zastępcę i następcę” w 1969 roku marszałka Lin Biao. Po bardzo źle przygotowanym i nieudanym zamachu stanu, w do dziś nie w pełni wyjaśnionych okolicznościach, marszałek próbował uciec z żoną i synem pilotującym samolot do ZSRR i zginął w katastrofie lotniczej na terenie Mongolii, jak utrzymuje oficjalna chińska historiografia (chociaż są też spekulacje, iż wcześniej został rozstrzelany, a wypadek lotniczy sfingowano, co jednak wydaje się być scenariuszem mniej wiarygodnym). Wykorzystał ten moment prowadzący sprawy państwa zręczny administrator Zhou Enlai i wzmocnił swoją pozycję. A kiedy wkrótce okazało się, że on sam zachorował na raka, przekonał Mao, że Deng Xiaoping powinien wrócić do polityki i administrowania krajem. W ten sposób, po decyzji Mao przekazanej mu pod koniec stycznia i powrocie pociągiem z Jiangxi do Pekinu 22 lutego oraz wcześniejszych spotkaniach z Zhou Enalaiem 28 marca i samym Mao w dniu następnym43, niespodziewanie dla Chińczyków i świata zewnętrznego, 12 kwietnia 1973 roku na przyjęciu dyplomatycznym na rzecz przebywającego wówczas w Pekinie księcia, potem króla Kambodży, Norodoma Sihanouka, Deng pojawił się – tak jak gdyby nic się nie stało! – wśród zebranych gości, wywołując naturalną sensację. Z uśmiechem na twarzy, jak dowodzą zdjęcia z tego dyplomatycznego rautu, wrócił do życia publicznego i politycznego po prawie siedmiu latach osobistej gehenny.

W miarę postępów choroby Zhou, ale też Mao, któremu – jak jednoznacznie zaświadczają źródła – zdrada Lin Biao najwyraźniej ostatecznie podkopała zdrowie44, Deng ponownie wyrósł na pierwszą osobę zarządzającą w państwie. Pełne obowiązki przejął stopniowo w lutym i marcu 1975 roku. Jako nowy administrator szybko zaproponował szereg rozwiązań reformatorskich w rolnictwie, przemyśle (18 sierpnia przedłożył, głośne wtedy, 20 punktów, mówiących o konieczności wzrostu produkcji i uporządkowania sytuacji w tej dziedzinie), a nade wszystko oświacie i nauce, przywracając, w miarę ówczesnych możliwości, nieco pragmatyzmu i ponownie, jak po „wielkim skoku”, przystosowując Chiny do realiów. Problem polegał na tym, że żył jeszcze Mao, a pod jego kuratelą kwitła grupa przywódców wiernie kontynuująca lewacką linię „rewolucji kulturalnej”, która to grupa z czasem zyskała złośliwe miano „bandy czworga” (si ren bang), z Jiang Qing na czele. Co ciekawe, termin ten ukuł sam Mao, a nie ich przeciwnicy.

To ci przywódcy, pod przykrywką nowej kampanii, nazwanej „krytyką Lina i krytyką Konfucjusza” (pi Lin, pi Kong)45 w istocie uderzali w pragmatycznego i schorowanego Zhou Enlaia, a tym bardziej jego protegowanego, Denga. Zhou zdobył się jedynie na powtórzenie swojego programu sprzed „rewolucji”, czyli koncepcji „czterech modernizacji” (si ge xiandaihua), ogłoszonego w styczniu 1975 roku w dorocznym Raporcie o pracy rządu. Był to jego polityczny testament i ostatnie publiczne wystąpienie. W tym celu wstał ze szpitalnego łóżka, ale odczytał jedynie jedną kartkę, resztę przeczytali inni, bo on już nie miał sił. Potem wrócił do szpitala, gdzie po roku, 8 stycznia 1976, zmarł.

W tym czasie, czyli w 1975 roku, krajem faktycznie administrował Deng Xiaoping, stawiając sobie za cel realizację programu „czterech modernizacji”. Wobec otwartej obstrukcji ze strony lewaków, miał jednak tylko tyle sił, woli i zwolenników, że skoncentrował się wówczas na zaledwie jednej, czwartej modernizacji: nauce i oświacie. Przywracając do życia działalność Chińskiej Akademii Nauk, mówił we właściwy dla siebie, dosadny sposób: „Akademia Nauk jest akademią nauk, a nie akademią produkcji czy edukacji. To nie jest akademia uprawy kapusty, to nie jest akademia uprawy fasoli. To ma być akademia, która zajmuje się nauką, a w szczególności naukami ścisłymi”46.

Postawił na naukę, bo jako przekonany i trzeźwy pragmatyk musiał znać maksymę przypisywaną Konfucjuszowi: „Jeśli planujesz rok do przodu, siej ryż. Jeśli na dziesięć lat, sadź drzewo. Natomiast jeśli myślisz o stu latach i następnych pokoleniach, kształć dzieci”. Deng Konfucjusza i konfucjanizm niejednokroć zwalczał, ale w swoim długim życiu nie raz dał też dowody, że najważniejsze są dla niego realia i rozwój, a nie ideologie. A po długim zesłaniu na wieś miał jasność, że Chiny nie wyjdą z biedy, jeśli nie powrócą do kształcenia młodych i do wysokiej jakości tego kształcenia.

Zamiast więc wysyłać na wieś kolejnych „bosonogich lekarzy”, czyli przyuczonych na szybkich kursach co najwyżej asystentów medycznych, którym kazano pełnić role prawdziwych lekarzy, już wtedy, w 1975 roku Deng kazał wracać do egzaminów wstępnych do szkół i zaprzestać wiązania nauki z pracami w polu. Kiedy jednak w roku następnym znów popadł w niełaskę, efekt był taki, że wspierający go w tych działaniach ówczesny minister edukacji Zhou Rongxin musiał za to zapłacić najwyższą cenę – wiosną 1976 roku nie zdzierżył wymierzonych w niego ataków, podczas partyjnego przesłuchania zasłabł i w wieku 59 lat zmarł47. Albowiem w tym czasie Deng był już ponownie ostro atakowany.

Stało się tak dlatego, że Zhou Enlai, nieformalny, ale faktyczny przywódca „pragmatyków”, zmarł przed Mao, któremu, jak się okazało, pozostało jeszcze zaledwie osiem miesięcy życia. Deng stracił „parasol” i znowu wpadł w sidła lewaków spod znaku „bandy czworga”. Jego sytuacja, podobnie jak całego kraju, zmieniła się dopiero wtedy, gdy 9 września tego samego – burzliwego i newralgicznego 1976 roku – odszedł sam Mao.

Zostawił on za sobą przebogatą spuściznę i z nią, jak się okazuje, ani KPCh, ani ChRL nie potrafią sobie do końca poradzić do dziś. Chodzi przecież o twórcę „dynastii”, który – czego nie ukrywano – w końcówce życia popełnił niemałe błędy. Owszem, Partia, pod osobiste dyktando Deng Xiaopinga, 27 czerwca 1981 roku sformułowała, obowiązującą do dziś i uczoną w szkołach, wersję własnej historii. Podyktowała też własną opinię o Mao, zgodnie z którą: „towarzysz Mao Zedong, jak wiele innych znamienitych osobistości nadających bieg historii, miał niedociągnięcia i popełniał błędy. Szczególnie w ostatnich latach życia, gdy tak długo był podziwiany i kochany przez całą Partię i naród, nadmiernie uwierzył w siebie i coraz bardziej odrywał od rzeczywistości i mas, jak też, w szczególności, od kolektywnego kierownictwa Partii i często odrzucał, a nawet prześladował słuszne poglądy, które różniły się od wyznawanych przez niego”.

Natomiast za największy błąd jego życia uznano „rewolucję kulturalną”, o której napisano w tym – obowiązującym do dziś co do oficjalnych ocen – dokumencie tak:

Rzeczywistość dowiodła, że wielka „rewolucja kulturalna” nie była i nie mogła być w żadnym znaczeniu ani rewolucją, ani postępem społecznym. Nie doprowadziła wcale do chaosu u wrogów, a jedynie wprowadziła chaos we własnych szeregach, dlatego też nie była „wielkim zamętem w państwie”, który doprowadził do „rządów wielkiego ładu”[…] Dokonywanie w warunkach socjalizmu politycznej rewolucji zwanej „obaleniem jednej klasy społecznej przez inną” również nie znajduje ani ekonomicznego, ani politycznego uzasadnienia. Nie może ona wytyczyć żadnego konstruktywnego programu, może tylko spowodować poważny chaos, zniszczenia i regres. Historia już oceniła jasno: „rewolucja kulturalna” była zainicjowana przez błąd kierującego, wykorzystana przez kontrrewolucyjne kliki i przyniosła Partii, państwu i całemu ludowi wszystkich narodowości poważny, katastrofalny chaos48.

Jeszcze zwięźlej ujął kwestie roli Mao w historii i jego poważnych błędów w końcowych latach życia, zawsze dosadny Deng Xiaoping w głośnym wywiadzie udzielonym w sierpniu 1980 roku włoskiej dziennikarce Orianie Fallaci. Nawiązując do słów samego Mao i jego oceny historycznej roli Stalina, ocenił, że Mao „w 70 proc. miał rację, a w 30 proc. popełniał błędy”49. Są jednak przywódcy chińscy, nie mówiąc o tamtejszych ekspertach i analitykach, którzy cały okres od czasu „wielkiego skoku”, a więc ostatnie niemal 20 lat życia Mao uważają za „wielką katastrofę”. Twierdzą, jak na przykład raczej lewicujący wicepremier (w latach 1975–1978) Ji Dengkui, że „lepiej by było, gdyby Mao umarł w 1957, a nie w 1976 roku”50. Trudno tej ocenie odmówić racji.

Zanim jednak przejdziemy do dalszej narracji, spróbujmy sporządzić swego rodzaju inwentarz rządów Mao i jego znaczenia w dotychczasowej historii współczesnych Chin, bo to czynniki ciągle niezmiernie ważne jako punkty wyjścia i odniesienia dla całego procesu chińskich reform i transformacji, będących głównym przedmiotem zainteresowania tej książki. Albowiem czy się to komu podoba, czy nie, to bez uwzględnienia roli Mao i doświadczeń epoki jego rządów w partii (od 1935) i w państwie (1949–1976) niczego należycie także w dzisiejszych Chinach nie da się zrozumieć. Oczywiście, każdy wybór przy tak bogatej spuściźnie musi być skazany na subiektywizm, albowiem o prawdziwą bezstronność przy ocenie postaci tak niejednoznacznej i wielowymiarowej jest niezmiernie trudno.

Jego złożoną osobowość, a przede wszystkim wady kryjące się w skomplikowanej psychice, dobrze uchwycili dwaj jego polscy biografowie, Waldemar J. Dziak i Jerzy Bayer, pisząc, że Mao, szczególnie przy końcu życia, cechowały: „pycha, poleganie tylko na własnym doświadczeniu i intuicji, postępujące indywidualizm i arbitralność, naruszanie zasad kolektywnego kierownictwa, centralizacja władzy, podejmowanie decyzji bez pełnej konsultacji (z innymi członkami kierownictwa), a także tolerowanie i inspirowanie kultu własnej osoby, mylonego z autorytetem”51.

Natomiast w wymiarze historycznym czy dziejowym jest już więcej niż pewne, że Mao odcisnął swe piętno na praktycznie wszystkich dziedzinach chińskiego życia. W ramach krytycznego podsumowania jego dokonań przede wszystkim należy wskazać, jak się wydaje, na następujące kwestie:

Pozycja geostrategiczna Chin. Mao dał państwu poczucie wielkości i samodzielności po klęskach i turbulencjach poprzednich „stu lat narodowego poniżenia”. Sam nadzorował podporządkowanie i podbicie Tybetu, sam prowadził, gdy nadszedł odpowiedni czas, rozmowy z Amerykanami (Henry Kissinger, prezydenci Richard Nixon i Gerald Ford), na wspólnej płaszczyźnie wymierzonej przeciwko ZSRR w ramach „strategicznego trójkąta”, co podnosiło rangę tego ciągle jeszcze zacofanego państwa, a przy okazji pozwoliło wypchnąć Tajwan, czyli kontynuację rządów Republiki Chińskiej (1912–1949), po wojnie koreańskiej reprezentujący Chiny w ONZ i Radzie Bezpieczeństwa, na pozycje politycznego pariasa. Jego sformułowana późno, dopiero w 1974 roku, „teoria trzech światów” (san ge shijie de lilun)52 dowodziła, że Chiny pretendowały też do roli najważniejszego na świecie państwa rozwijającego się. Mao jako mąż stanu dał więc Chinom, poprzednio rozbitym i zdewastowanym, pogrążonym w konfliktach wewnętrznych i poddanym obcej presji, poczucie dumy i rangi – wielkiego państwa o nie mniejszych tradycjach, ambicjach i potencjale. Nic dziwnego, że pod rządami tej „dynastii” spod znaku KPCh jego portret wisi w bramie Tiananmen, u wejścia do Gu Gongu, dawnego Zakazanego Miasta, czyli pałacu cesarskiego, a jego podobizna znajduje się na najpopularniejszym, 100-juanowym banknocie. Pozycja Mao jako założyciela „nowych Chin”, wydaje się być niezagrożona – przynajmniej dopóty, dopóki rządzi KPCh. Jak to ujął jeden z doświadczonych partyjnych aparatczyków, a potem krytyków KPCh, Li Rui: „Dopóki istnieje Partia, będzie trwał wpływ Mao”53.

Ideologia KPCh i ChRL. Do dzisiaj jego koncepcje są nauczane i narzucane uczniom i studentom, z różną mocą w zależności od okresu, jako obowiązujący kanon „myśli Mao Zedonga”. Wszedł on nawet, jako obowiązujący, do chińskiej Konstytucji. Tyle tylko, że za życia Mao kanon ten rozumiano i interpretowano inaczej, niż robią to jego następcy. Dla samego Mao kluczowe były takie pojęcia, jak „nieprzerwana rewolucja” („rewolucja to nie proszony obiad”), walka klasowa jako węzłowe ogniwo, „linia mas” (bo „masy przyzwyczaiły się organizować na modłę wojskową, pracować jak aktywista i żyć kolektywnie”)54, a więc stale przez niego podkreślany ścisły związek z masami, a nie elitami, komunistyczny z ducha egalitaryzm (ale majątkowy, nie duchowy), koncepcja „trwałej wojny” z przeciwnikami wszelkiej maści (wewnątrz i na zewnątrz kraju). Jego następcy eksponują natomiast „chińskość” marksizmu w jego wydaniu, wielki „patriotyzm” zawarty w jego pracach, poświęcenie dla Ojczyzny i jedności państwa. Z kolei eksperci zagraniczni, chociaż podzieleni co do oceny jego roli i znaczenia, na ogół podkreślają, iż „myśli Mao” były z natury lewackie, populistyczne, dogmatyczne, a cała jego twórczość i działalność prowadziły do autokracji i „Orwellowskiej utopii”, chyba najlepiej opisanej przez niedawno zmarłego belgijsko-australijskiego sinologa Simona Leysa (Pierre’a Ryckmansa), który też wskazywał, nie będąc w tej ocenie odosobnionym, że głównym motorem wszelkich działań Mao była nigdy nienasycona żądza władzy55.

Polityka i ustrój państwa. Polityka i władza to były ulubione dziedziny i żywioł Wielkiego Sternika. Kochał (niepodzielną) władzę i nie oddał jej aż do śmierci. Chcąc po nią sięgnąć, nie wahał się przed niczym. Bezpardonowo niszczył politycznych przeciwników, z których dałoby się stworzyć cały legion. Ulubionym jego bohaterem, z czym się nie krył, a nawet tym chełpił, był Qin Shihuang, pierwszy cesarz, który zasłynął z okrucieństwa i spalenia konfucjańskich ksiąg56. Mao postępował podobnie, dlatego pierwszego cesarza jako tyrana niejednokrotnie chwalił, szczególnie w końcowych latach życia, w okresie „rewolucji” naśmiewał się wręcz, że Qin Shihuang spalił żywcem „tylko” 460 uczonych, podczas gdy on skazał na poniewierkę tysiące z nich57. Tym samym trafiał w samo sedno chińskiej cywilizacji politycznej, którą celnie ujął politolog i historyk Yan Jiaqi, po ważnej książce na temat „rewolucji kulturalnej”, napisanej z żoną, traktowany w ChRL jako podejrzany dysydent, choć niewięziony. Stwierdził on, mając na uwadze dzieje swego kraju i cywilizacji, że „w Chinach myśli tylko jeden człowiek”58, tzn. Cesarz lub Wielki Sternik. Ale on też podejmuje decyzje, a gdy trzeba, eliminuje inaczej myślących. Mao przez całą długą polityczną karierę niemiłosiernie tępił przeciwników i wrogów, był w każdym wymiarze woluntarystyczny i autokratyczny, nie znosił sprzeciwu i odmiennych opinii lub poglądów. Pod koniec życia w istocie wywołał anarchię i zdewastował chińską kulturę oraz życie intelektualne, doprowadzając do katastrofy w nauce i oświacie. Odizolował kraj, a na zewnątrz chciał eksportować rewolucję (w jednym przypadku, Kambodży Pol Pota, to się udało…). Model, jaki stworzył za życia, a szczególnie pod jego koniec, to był niebywały kult jednostki, posłuszeństwa i poddaństwa, hierarchii, autorytaryzmu i totalitaryzmu opartego na strachu i donosicielstwie. „Komunizm” to była tylko oficjalna otoczka, w istocie był to nadal klasyczny feudalizm i despotia, nieznosząca sprzeciwu i tępiąca każdą próbę oderwania się od obowiązującego kanonu. Jego biografowie, chińscy i zagraniczni, mocno dzielą się co do jego politycznej oceny. Dobrą dał wspominany Ross Terrill, opisując go tak: „Mao nie był ortodoksyjnym marksistą. Z czasem można było go postrzegać jako populistycznego dyktatora, którego myśli zawierały w sobie różne elementy anarchizmu, konfucjanizmu, marksizmu i faszyzmu”59. Ta myśl, mówiąca o synkretyzmie ideowym Mao, jest trafna. To była postać złożona, niejednoznaczna i na pewno nie jednowymiarowa, a więc nie „masowy morderca”, jakiego próbuje kreślić znana i u nas jego biografka, niestroniąca od emocji w sądach, Jung Chang60.

Gospodarka. Mao