Strona główna » Obyczajowe i romanse » Wiem, że tu jesteś

Wiem, że tu jesteś

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-647-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wiem, że tu jesteś

Po wypadku w górach, który pogrążył ją w śpiączce, Elsa nie czuje już ani zimna, ani głodu, ani strachu. Dla kobiety wszystko jest już skończone. Nigdy się nie obudzi. Tymczasem Thibault nie może się pogodzić ze świadomością, że jego brat potrącił śmiertelnie dwie dziewczynki. Nie potrafi przekroczyć progu sali, w której ten leży. Pewnego dnia po odwiezieniu matki do szpitala Thibault wchodzi przez pomyłkę do sali Elsy. Przysiada na chwilę, żeby się zdrzemnąć. Nie ma obawy, że Elsa w tym stanie go wyda. Milczenie staje się wszakże kłopotliwe, nawet w obecności osoby, która pozostaje w śpiączce. Dlatego mężczyzna zaczyna mówić − nie oczekując odpowiedzi. I chociaż lekarze, przyjaciele i rodzina dawno stracili wiarę, że Elsa kiedykolwiek powróci do żywych, Thibault buduje z nią relację. Czyżby sam był aż w tak silnej rozpaczy? A może dostrzegł w niej coś, czego nikt nie widzi? „Uwielbiam tę prostotę narracji i ogromny ładunek emocjonalny”. Suzie Doore, brytyjski wydawca książki

Polecane książki

Minęło dwadzieścia lat od dnia, kiedy Teodor Lutoborski spisał testament, a podkuchenna Zosia wyruszyła do Krakowa. Teraz dorastają jej dzieci: Klementyna, interesuje się fotografią, Bronek dobrze sobie radzi w szkole, a Staszek na gospodarstwie. Największy niepokój matki budzi jednak najmłodsza...
Opowiadanie z tomu "Dziewczęta i kobiety" Jedyna powieść Munro, „autobiograficzna w formie, choć nie w treści”. Lata czterdzieste, kanadyjska prowincja. Del Jordan, dziewczynka, później dziewczyna, mieszka na farmie swojego ojca, gdzie jej najczęstszymi towarzyszami są ekscentryczny przyjaciel rodzi...
Poradnik do Prince of Persia: Warrior Within, na który składa się kompletny opis przejścia gry poprzedzony cennymi informacjami oraz poradami, mającymi na celu ułatwić prowadzenie rozgrywki. Prince of Persia: Dusza Wojownika - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokacje jak m.i...
W książce szeroko zaprezentowano wykorzystanie rachunku przepływów pieniężnych w analizie finansowej oraz w prognozowaniu upadłości polskich przedsiębiorstw. Zagadnienia te zostały przybliżone zarówno w ujęciu teoretycznym, jak i empirycznym. W części empirycznej przedstawiono m.in. wyniki badań ...
Od czasów prehistorycznych wojna jest nieodłącznym elementem dziejów ludzkości. Człowiek nieustannie poszukuje lepszych, szybszych i skuteczniejszych sposobów zabijania. Od barbarzyńców po wysoko rozwiniętą cywilizację, od miecza do międzykontynentalnych rakiet balistycznych – każda epoka niesie ze ...
Bohaterska obrona Lwowa widziana oczami młodej dziewczyny Piętnastoletnia Tońka jest wielką patriotką. Swój protest przeciwko zawładnięciu polskim Lwowem przez Ukrainę wyraża chęcią przyłączenia się do walczącej młodzieży. Dowództwo uważa jednak, że dziewczyny mogą być co najwyżej san...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Clélie Avit

Tytuł oryginału: JE SUIS LA

Copyright © 2015 by Editions Jean-Claude Lattès

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marcin Grabski i Olga Rutkowska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Magdalena Bargłowska, Aleksandra Mól

ISBN: 978-83-7999-647-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

1.

ELSA

Zimno mi. Jestem głodna. Boję się.

Przynajmniej tak mi się wydaje.

Jestem w śpiączce od dwudziestu tygodni i wyobrażam sobie, że muszę odczuwać zimno, głód i strach. To zupełnie bez sensu, ponieważ jeśli ktoś tutaj ma wiedzieć, co czuję, tym kimś powinnam być przecież ja, ale w tej sytuacji… Mogę sobie tylko wyobrażać.

Wiem, że jestem w śpiączce, ponieważ słyszałam, jak o tym rozmawiali. Niewyraźnie. Musiało minąć sześć tygodni, odkąd „usłyszałam” po raz pierwszy. O ile dobrze policzyłam.

Liczę tak, jak potrafię. Przestałam liczyć odwiedziny lekarza. Już prawie w ogóle nie zagląda. Wolę zliczać wizyty pielęgniarek, chociaż są dość nieregularne. Najprościej jest liczyć odwiedziny salowej. Wchodzi do mojej sali codziennie około pierwszej w nocy. Wiem, ponieważ słyszę wtedy dżingiel w odbiorniku radiowym zawieszonym na jej wózku. A słyszałam go czterdzieści dwa razy.

Sześć tygodni, odkąd się obudziłam.

Sześć tygodni, odkąd nikt nie zdaje sobie z tego sprawy.

Przecież nie będą mnie trzymać w tomografie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Skoro stojący obok mnie pulsoksymetr, który regularnie wydaje z siebie dźwięk „bip!”, nie chciał pokazać, że mój mózg znów jest w stanie uruchomić część odpowiedzialną za słyszenie, nie zaryzykują, żeby ponownie wsunąć mi głowę do pudła wartego osiemset tysięcy euro.

Wszyscy uważają, że już po mnie.

Nawet rodzice zaczynają odpuszczać. Matka rzadziej mnie odwiedza. Ojciec najchętniej przestałby przychodzić po dziesięciu dniach. Jedynie moja młodsza siostra zjawia się regularnie co środę, czasem w towarzystwie aktualnego chłopaka.

Moja siostra zachowuje się jak nastolatka. Ma dwadzieścia pięć lat i niemal co tydzień zmienia faceta. Chętnie natarłabym jej uszu, ale skoro nie mogę, słucham, jak do mnie mówi.

Jest coś, co lekarze potrafią powiedzieć, mianowicie: „Proszę do niej mówić”. Za każdym razem, gdy słyszę to z ust któregoś z nich (rzecz jasna, zdarza się to sporadycznie, ponieważ zjawiają się coraz rzadziej), mam ochotę wepchnąć mu do gardła zielony fartuch. Właściwie do końca nie wiem, czy jest zielony, ale tak go sobie wyobrażam.

Wyobrażam sobie wiele rzeczy.

Prawdę mówiąc, nie mam nic więcej do roboty. Ponieważ męczy mnie ciągłe słuchanie opowieści mojej siostry o jej sercowych kłopotach.

Moja siostra wali prosto z mostu, ale trochę się powtarza. Początek, środek i koniec zawsze są takie same. Zmienia się wyłącznie twarz kochasia. Każdy z nich jest studentem. Każdy z nich jest motocyklistą. Każdy z nich jest w pewien sposób podejrzany, tylko ona nie zdaje sobie z tego sprawy. Nigdy jej nie powiedziałam. Jeśli kiedyś wyjdę ze śpiączki, będę musiała to zrobić. Mogłabym jej tym wyświadczyć przysługę.

Odwiedziny mojej siostry mają jednak swoje dobre strony. Kiedy opisuje mi, co jest wokół mnie. Zajmuje jej to nie więcej niż pięć minut. Pierwszych pięć minut po wejściu do mojej sali. Mówi o kolorze ścian, o pogodzie za oknem, o spódnicy, jaką pielęgniarka nosi pod fartuchem, i o naburmuszonej minie sanitariusza, którego minęła po drodze. Moja młodsza siostra studiuje na Akademii Sztuk Pięknych. Gdy więc opisuje mi to wszystko, odnoszę wrażenie, że czytam poemat w obrazach. Trwa to jednak zaledwie pięć minut. Później jest bita godzina romansu jak z Harlequina.

Dziś jest chyba szary i ponury dzień, przez co mleczne ściany mojej sali wydają się jeszcze okropniejsze niż zwykle. Pielęgniarka dla urozmaicenia nosi beżową spódnicę. Obecny facet mojej siostry ma na imię Adrien. Wyłączyłam się po słowie „Adrien”. Wróciłam, kiedy drzwi się zamknęły.

Znów jestem sama.

Jestem sama od dwudziestu tygodni, ale dopiero od sześciu zdaję sobie z tego sprawę. Mimo to mam wrażenie, że minęła cała wieczność. Pewnie czas płynąłby szybciej, gdybym częściej spała. To znaczy – gdyby mój umysł się wyłączał. Tylko że ja nie lubię spać.

Nie wiem, czy mam jakikolwiek wpływ na własne ciało. Jestem raczej „włączona” albo „w stanie wstrzymania”, jak urządzenie elektryczne. Mój umysł robi, co chce. Jestem lokatorką we własnym ciele. I nie lubię spać.

Nie lubię spać, ponieważ kiedy śpię, nie jestem już nawet lokatorką, tylko widzem. Oglądam wszystkie te przewijające się przede mną obrazy i nie mam żadnego sposobu, żeby je szybko odegnać, budząc się, rzucając się albo się pocąc. Mogę jedynie patrzeć, jak się przewijają, i czekać na koniec.

Co noc jest to samo. Co noc ten sam sen. Co noc przeżywam na nowo zdarzenie, które przywiodło mnie tutaj, do tego szpitala. Najgorsze zaś w tej historii jest to, że sama się doprowadziłam do takiego stanu. Nie zawinił nikt inny, tylko ja. Ja i moja idiotyczna namiętność do lodowców, jak mawiał ojciec. To zresztą dlatego przestał mnie odwiedzać. Pewnie myśli, że sama się o to prosiłam. Nigdy nie rozumiał, dlaczego tak kocham góry. Często powtarzał, że stracę tam życie. Z pewnością jest przekonany, że dzięki mojemu wypadkowi wygrał bitwę. Mnie się nie wydaje, że przegrałam, choć nie mogę przyznać, że wygrałam. W ogóle nic mi się nie wydaje. Chcę tylko wybudzić się ze śpiączki.

Chcę naprawdę odczuwać zimno, głód i strach.

To niesamowite, ile można wyczytać z ludzkiego ciała, kiedy człowiek znajduje się w śpiączce. Można się rzeczywiście przekonać, że strach jest reakcją chemiczną. Mogłabym przecież być przerażona, przeżywając co noc na nowo swój koszmar, ale tak nie jest – ja się przyglądam. Przyglądam się sobie, jak wstaję o trzeciej nad ranem w sypialni w schronisku i budzę moich kolegów z wyprawy. Przyglądam się sobie, jak niezdarnie jem śniadanie, jak zwykle niepewna, czy powinnam wypić herbatę, czy lepiej uniknąć pełnego pęcherza na lodowcu. Przyglądam się sobie, jak metodycznie wkładam każdą warstwę ubrania od stóp aż po czubek głowy. Przyglądam się sobie, jak zapinam wiatrówkę, wsuwam rękawiczki, ustawiam latarkę czołową i mocuję raki. Przyglądam się sobie, jak śmieję się razem z przyjaciółmi, którzy również nie zdążyli się jeszcze całkiem rozbudzić, ale są przepełnieni radością i adrenaliną. Przyglądam się sobie, jak zapinam uprząż, rzucam linę Steve’owi, wiążę ósemkę.

Tę cholerną ósemkę.

Węzeł, który wiązałam niezliczoną ilość razy.

Tamtego poranka nie dałam go Steve’owi do sprawdzenia, ponieważ właśnie opowiadał dowcip.

Węzeł sprawiał przecież wrażenie dobrze zawiązanego.

Nie mogę się jednak ostrzec. Przyglądam się więc sobie, jak zwijam nadmiar liny w dłoni, chwytam czekan w drugą rękę i ruszam w drogę.

Przyglądam się sobie, jak dyszę, uśmiecham się, drżę, idę, idę, idę i jeszcze raz idę. Przyglądam się sobie, jak podążam miarowym krokiem. Przyglądam się sobie, jak mówię do Steve’a, żeby uważał na most śnieżny na szczelinie lodowcowej powyżej. Przyglądam się sobie, jak zaciskam zęby, przechodząc przez wrażliwe miejsce, i oddycham z ulgą po drugiej stronie. Przyglądam się sobie, jak dowcipkuję na temat prostoty tej czynności.

I przyglądam się temu, jak nogi uginają się pode mną.

Resztę znam na pamięć. Most śnieżny okazał się olbrzymią taflą. Tylko ja zostałam na wierzchu. Śnieg osuwa się pode mną, ja zaś spadam wraz z nim. Czuję szarpnięcie napiętej liny, która łączy Steve’a i mnie niczym bliźnięta związane pępowiną. Czuję, jak najpierw ogarnia mnie ulga, następnie strach, gdy lina wydłuża się o kilka centymetrów. Słyszę głos Steve’a, który wczepia się w lód rakami i czekanami. Dobiegają do mnie niewyraźne polecenia, śnieg jednak ciągle mnie przysypuje, przydusza moje ciało. Napięta wokół pasa lina Stopniowo się rozluźnia, węzeł puszcza i lecę w dół.

Nie odjeżdżam zbyt daleko. Może dwieście metrów. Śnieg przykrywa mnie ze wszystkich stron. Potwornie boli mnie prawa noga, ręce w nadgarstkach zdają się zaś wygięte pod dziwnym kątem.

Mam wrażenie, że usnęłam na kilka sekund, po czym budzę się czujniejsza niż kiedykolwiek. Serce wali mi jak oszalałe. Wpadam w panikę. Usiłuję się uspokoić, ale to bardzo trudne. Nie mogę poruszyć żadną częścią ciała. Zbyt mocno mnie przygniotło.

Ledwie oddycham, nawet przy tych kilku centymetrach kwadratowych pustki przede mną. Rozchylam nieco usta i z trudem znajduję siłę, żeby zakasłać. Ślina spada mi na prawy policzek. Zapewne leżę na boku. Zamykam oczy i próbuję sobie wyobrazić, że jestem w łóżku. To akurat niemożliwe.

Słyszę nad sobą kroki. Słyszę głos Steve’a. Mam ochotę krzyczeć. Powiedzieć mu, że jestem tutaj, dokładnie pod jego stopami. Słyszę również inne głosy, z pewnością należące do alpinistów, których wyprzedziliśmy wcześniej. Chciałabym dmuchnąć w gwizdek, ale w tym celu musiałabym móc poruszyć głową, tylko że to nie jest możliwe. Wobec tego czekam zlodowaciała, skamieniała. Stopniowo odgłosy cichną. Nie wiem, czy dlatego, że się oddalają, czy dlatego, że zasypiam, ale wszystko zalewa ciemność.

Później zaś jedyną rzeczą, jaką pamiętam, jest głos lekarza mówiącego do matki, że skoro przeniesiono mnie do innej sali, trzeba jeszcze wypełnić dokumenty, ponieważ „sama pani rozumie, po czternastu tygodniach zespół lekarski już niewiele może zrobić”.

Następnie dotarło do mnie, że mogę jedynie słyszeć. Mój umysł nastawił się na płacz, najwyraźniej jednak mi się nie udało. Nie poczułam nawet smutku. Nadal go nie czuję. Jestem pustym kokonem. Nie. Mieszkam w pustym kokonie.

Poczwarka mieszkająca jako lokatorka w wynajętym kokonie – to być może ładniej brzmi. Bardzo bym chciała z niego wyjść, żeby powiedzieć, że jestem również właścicielką.

2.

THIBAULT

– Mówię ci, daj mi spokój!

– Nigdzie nie pójdziesz, dopóki go nie odwiedzisz.

– Zostaw mnie! Próbowałem już piętnaście razy, ale to niczego nie zmienia. On jest wstrętny, ohydny, wulgarny i ordynarny. Zupełnie jak zła kreskówka. To mnie nie interesuje.

– To twój brat, do cholery!

– To był mój brat, zanim wjechał w tamte dwie dziewczynki. Przynajmniej nie uszło mu to na sucho. Pewnie byłoby lepiej, gdyby zdechł, tak jak one, ale ogólnie dostał niezłą nauczkę.

– Kurwa, Thibault, posłuchaj, co ty mówisz! Wcale tak nie myślisz.

Sztywnieję. Powtarzam wszystkim te słowa od miesiąca, mój kuzyn nadal jednak uważa, że mówię to wyłącznie ze strachu. Ja już przestałem się bać. Bałem się na początku, kiedy zadzwonili ze szpitala, kiedy matka upadła na kuchenną posadzkę i kiedy pędziliśmy starym peugeotem 206 mojego kuzyna, przekraczając dozwoloną prędkość. Bałem się, dopóki nie ujrzałem policjanta w drzwiach szpitalnej sali brata. Od tamtej chwili jestem po prostu wściekły.

– Owszem, myślę dokładnie to, co mówię.

Wypowiedziałem ostatnie zdanie lodowatym tonem. Najwyraźniej kuzyn się tego nie spodziewał. On także przystanął w korytarzu. Wiem, że matka już jest w sali numer pięćdziesiąt pięć.

Mija nas kilka niewzruszonych pielęgniarek. Rzucam spojrzenie kuzynowi. Jest skamieniały ze wstydu.

– Przestań się nakręcać i odwal się ode mnie. Wymyśl coś i powiedz to matce. Spotkamy się przy wyjściu.

Odwracam się, naciskam klamkę drzwi po prawej stronie, prowadzących na schody, i zatrzas­kuję je za sobą. Nikt nigdy nie używa szpitalnych schodów, zamykam więc oczy, opieram się o ścianę, po czym powoli osuwam się na posadzkę.

Czuję przez dżinsy dotyk zimnego woskowanego betonu, w ogóle się tym jednak nie przejmuję. Po jeździe nieogrzewanym samochodem i tak mam już zlodowaciałe stopy, a moje dłonie pewnie są sine. Nie próbuję sobie nawet wyobrazić, jaki będą miały kolor zimą, jeśli ciągle będę zapominał włożyć rękawiczki. Nadal mamy jesień, przynajmniej oficjalnie, ale w powietrzu już czuć zimę. Mnie zaś za każdym razem, gdy przekraczam próg szpitala, po prostu złość podchodzi aż do gardła. Chciałbym wyrzygać brata, wyrzygać wypadek, który spowodował, i wyrzygać alkohol, który mu wywietrzał na drugi dzień po tym, jak rozjechał te dwie dziewczynki. Tylko że moje gardło poprzestaje na kurczowym zaciskaniu się i nic przez nie nie wychodzi. Genialne. Wyrzyguję powietrze.

W nozdrza wciska mi się szpitalny odór. To ciekawe. Na ogół na schodach mniej śmierdzi. Otwieram oczy, żeby sprawdzić, czy któryś z lekarzy czegoś nie upuścił, i klnę pod nosem.

Coś mi się porąbało – jestem w sali. Musiałem pomylić symbol wyjścia ewakuacyjnego z jakąś tabliczką na drzwiach. Lepiej, żebym sobie poszedł, zanim osoba na łóżku się obudzi.

Z miejsca, w którym stoję, widzę tylko stopy. To znaczy, widzę różowe prześcieradło, które je przykrywa. Rzeczywiście w powietrzu unosi się chemiczny odór szpitala, ale moją uwagę przykuwa coś innego. Dodatkowy zapach, coś, co nie ma nic wspólnego z lekarstwami i ciągłym odkażaniem. Zamykam oczy, żeby się skupić.

Jaśmin. Pachnie jaśminem. Zapach nie należy do pospolitych. Jestem jednak tego pewien – pachnie tak samo jak herbata, którą matka pije codziennie rano.

Dziwne… skrzypiące drzwi nie obudziły tej osoby. Pewnie nadal śpi. Nie potrafię stwierdzić, czy to mężczyzna, czy kobieta, ale już po samym zapachu stawiam na kobietę. Nie znam faceta, który skrapiałby się jaśminem.

Zbliżam się powoli, przyczajony jak dzieciak za ścianą małej łazienki. Zapach jaśminu się nasila, wystawiam głowę.

Kobieta. W gruncie rzeczy nie ma w tym nic dziwnego, chociaż wydawało mi się, że potrzebuję potwierdzenia. Śpi. Świetnie. Będę mógł wyjść niepostrzeżenie.

Wycofując się, widzę własne odbicie w małym lustrze wiszącym na ścianie. Mam błędny wzrok i zmierzwione włosy. Matka zawsze powtarza, że mógłbym być bardziej elegancki, gdybym zadał sobie trud i je uczesał. Ja zaś zawsze mówię, że nie mam czasu. Na co ona zawsze odpowiada, że gdybym przygładził swoją ciemną czuprynę, wówczas bardziej podobałbym się kobietom. W tego rodzaju sytuacjach powstrzymuję się od wyjaśnienia, że mam coś lepszego do roboty niż podrywanie dziewczyn, ale ona i tak na ogół odpuszcza sobie dalszą dyskusję.

Od czasu rozstania z Cindy rok temu pochłania mnie praca. Trzeba przyznać, że sześć lat wspólnego życia odciska piętno na osobowości człowieka. Jej odejście zwaliło mnie z nóg i wciąż nie mogę się pozbierać. Fryzura jest więc ostatnią rzeczą, która mnie obchodzi.

Poza tym jestem nieogolony. Ściślej – mam dwudniowy zarost. Wcale tak źle to nie wygląda, choć matka znów powiedziałaby, że mógłbym się bardziej postarać. Z moich słów można by wywnioskować, że mieszkam u niej. Nic z tych rzeczy, mam własne mieszkanie – dwa pokoiki na trzecim piętrze bez windy. Bardzo sympatyczne gniazdko, przede wszystkim w przystępnej cenie. Po prostu matka od miesiąca żyje w ciągłych nerwach, dlatego dość często koczuję w jej salonie. Kiedy ojciec ją zostawił, ona także się przeprowadziła, nie ma więc pokoju gościnnego. W każdym razie to ja kupiłem kanapę. Miałem przeczucie, że kiedyś mi się przyda. Było to dwa dni przed odejściem Cindy.

Pocieram energicznie policzki, dzięki czemu rozgrzeją mi się palce. Wydobywam spod swetra kołnierz koszuli i ciągnę, żeby nadać mu jako taki wygląd. Nie potrafię uwierzyć, że siedziałem w tym stroju w pracy przez cały dzień i nikt mi nic nie powiedział. Pewnie zrozumieli, że jest środa i że to dzień odwiedzin. Pewnie widzieli mój wzrok i zamknęli gęby. Z grzeczności. Z obojętności. Albo dlatego, że czekają tylko na jedno – że zostanę zwolniony, wtedy zaś zajmą moje miejsce.

Rzecz jasna, kiedy obraziłem Cindy na korytarzu, wrzeszcząc, że sypia z szefem, usłyszałem kilka uwag, później jednak ona przeszła do innej filii, ja zaś jestem jednym z ich najlepszych pracowników, więc nie chcą mnie stracić.

Z lustra spoglądają na mnie szare oczy. W porównaniu z czarnymi włosami wydają się bez wyrazu. Kładę dłoń na głowie, jakbym usiłował spełnić życzenie matki, i po chwili przerywam ten gest. Po co? Nikogo nie szukam.

Słyszę odgłos uderzania kropli o szyby i kieruję wzrok w stronę okna. Cholera! Zaczęło padać. A ja nie mam ochoty marznąć na zewnątrz, czekając na matkę i kuzyna. Rozglądam się dokoła. Właściwie w sali jest dość ciepło. Osoba nadal śpi, zważywszy zaś na idealnie czyste meble, najwyraźniej nieczęsto ją ktoś odwiedza. Zastanawiam się przez chwilę nad słusznością całej sprawy.

Jeśli osoba się obudzi, zawsze mogę bąknąć, że niby właśnie wszedłem i pomyliłem drzwi. Jeżeli przyjdzie ktoś w odwiedziny, mogę wyjaśnić, że jestem starym przyjacielem, i się ulotnić. Może powinienem tylko przedtem poznać jej imię.

Na karcie przy łóżku napisano:

Elsa Bilier, dwadzieścia dziewięć lat, uraz czaszki, poważne obrażenia nadgarstków i prawego kolana. Liczne stłuczenia, zrastające się złamanie kości strzałkowej.

Lista ciągnie się w ten sposób aż do jednego z najokropniejszych słów, jakie kiedykolwiek słyszano na tej planecie.

Śpiączka.

Rzeczywiście nie było ryzyka, że ją obudzę. Opuszczam kartę i patrzę na kobietę. Dwadzieścia dziewięć lat. W tej pozycji, przy tylu wlewach i przewodach biegnących we wszystkie strony, wygląda raczej jak czterdziestoletnia mamuśka złapana w pajęczą sieć. Podchodząc jednak trochę bliżej, oddaję jej tych dwadzieścia dziewięć wiosen. Delikatna, ładna twarz, kasztanowe włosy, kilka piegów rozsypanych tu i ówdzie, pieprzyk obok prawego ucha. Jedynie chudość ramion wystających spod pościeli i zapadnięte policzki mogłyby mnie skłonić do zmiany zdania.

Ponownie spoglądam na kartę i brak mi tchu.

Data wypadku: 10 lipca.

Jest w tym stanie od pięciu miesięcy. Powinienem odłożyć kartę, ale zżera mnie ciekawość.

Przyczyna wypadku: lawina podczas wspinaczki.

Wariaci są wszędzie. Nigdy nie mogłem pojąć, dlaczego ludzie pchają się na lodowce – te zamarznięte cholerstwa pełne dziur i szczelin, w których człowiek może umrzeć, jak tylko zrobi krok. Pewnie teraz potwornie tego żałuje. Właściwie tak się tylko mówi. Na bank nie zdaje sobie sprawy z tego, co się z nią dzieje. Przecież na tym polega śpiączka. Człowiek jest gdzie indziej i nikt nie wie gdzie.

Nagle czuję odrażające pragnienie, żeby zamienić miejscami mojego brata i tę kobietę. Ona sama się w to wpakowała. Nikomu nie wyrządziła krzywdy, tak mi się przynajmniej wydaje. Z kolei mój brat za dużo wypił, mimo to usiadł za kierownicą. Zabił dwie czternastoletnie dziewczynki. To on powinien leżeć w śpiączce. Nie ona.

Spoglądam po raz ostatni na kartę i odkładam ją na miejsce.

Elsa. Dwadzieścia dziewięć lat. Urodzona dwudziestego siódmego listopada.

O kurwa! Dziś są jej urodziny.

Nie wiem, dlaczego to robię, ale chwytam przyczepiony do karty ołówek z gumką i wycieram liczbę dwadzieścia dziewięć. Pozostaje brudna smuga, ale to mało istotne.

– Moja ślicznotko, kończysz dzisiaj trzydzieści lat – szepczę, wpisując nową liczbę, i odkładam kartę.

Znów na nią patrzę. Jest coś, co nie daje mi spokoju, i po chwili rozumiem, co to takiego. Całe to ustrojstwo, do którego jest podłączona, ją oszpeca. Gdybym wszystko odłączył, wówczas – przy zapachu, jaki unosi się w sali – wyglądałaby prawie jak kwiat jaśminu. W tej chwili toczy się spór między „odłączamy” a „nie odłączamy”. Do tej pory nie miałem zdania. Teraz chciałbym wszystko odłączyć tylko po to, żeby przywrócić jej naturalny wygląd.

– Jazda! Skoro jesteś taka ładna, zasługujesz na buziaka na urodziny.

Moje słowa zaskakują mnie samego, ale i tak już starannie przemieszczam kilka rurek, które blokują dostęp do jej policzka. Z tak małej odleg­łości zapach jaśminu można wyraźnie odróżnić. Dotykam wargami jej gorącego policzka i czuję, jakby przeszył mnie prąd.

Od roku nie pocałowałem żadnej kobiety, najwyżej cmoknąłem jakąś koleżankę z pracy. Chociaż w tym, co właśnie zrobiłem, nie ma nic zmysłowego ani seksualnego, ale – do diabła! – skradłem kobiecie pocałunek w policzek. Uśmiecham się na tę myśl i się odsuwam.

– Masz szczęście, na zewnątrz pada. Dotrzymam ci przez chwilę towarzystwa, kwiecie jaśminu.

Przyciągam sobie krzesło i siadam. Nie mijają chyba nawet dwie minuty, kiedy zasypiam.

3.

ELSA

Bardzo chciałabym coś poczuć, ale jest tylko pustka. W ogóle nic. Zupełnie nic nie czuję.

Jeśli mnie słuch nie myli, ktoś wszedł do mojej sali dziesięć minut temu. Mężczyzna. Daję mu jakieś trzydzieści lat. Sądząc po głosie, niepalący. To wszystko, co mogę o nim powiedzieć.

I mogę mu jedynie uwierzyć na słowo, gdy mówi, że pocałował mnie w policzek.

Czego się spodziewałam? Że odegram Królewnę Śnieżkę? Zjawia się książę z bajki, całuje mnie i… hop! „Dzień dobry, Elso! Na imię mi X, bla, bla, bla. Obudziłem cię. Chodź, weźmiemy ślub”.

Gdybym w to uwierzyła, doznałabym okrutnego rozczarowania, ponieważ nic takiego się nie wydarzyło. To znacznie mniej interesujące. Streszczę to raczej tak: „Jestem facetem, który pomylił szpitalne sale” – to znaczy, tak przypuszczam, nie wyobrażam sobie bowiem, jak inaczej wylądowałby tutaj, teraz zaś przeczekuje deszcz (zaczęłam go słyszeć kilka chwil temu) i już głęboko oddycha.

Jestem ciekawa. Ciekawość nie jest czymś chemicznym, nadal wiem, co to takiego. Ciekawi mnie więc to, kto siedzi na krześle obok mnie. Nie znam żadnego sposobu, żeby znaleźć odpowiedź, dlatego po prostu puszczam wodze fantazji. Tylko że szybko daję sobie spokój. Jak dotąd, oprócz lekarzy, pielęgniarek i salowej, wchodzili tutaj wyłącznie ludzie, których znam. Musiałam co najwyżej wyobrazić sobie, w co są ubrani, ale nic więcej. Tym razem jestem w kropce – poza jego głosem nie mam żadnej wskazówki.

Głos wydaje mi się zresztą całkiem miły. Choć właściwie to się zmienia. To pierwszy nowy głos od sześciu tygodni, myślę więc, że nawet gdyby był ochrypły albo zupełnie zwyczajny, i tak by mi się spodobał. Kochasie mojej siostry nigdy się nie odzywają – jedyne, co słyszę z ich strony, to ewentualnie wzajemna wymiana śliny – albo zostają na korytarzu. Ten nowy głos ma jednak wyjątkową barwę, pobrzmiewa w nim jakaś mieszanina lekkości i namiętności.

To mi pozwoliło łatwiej ustalić dzisiejszą datę.

Rzeczywiście jestem tutaj od pięciu miesięcy i, jak się zdaje, mam dziś urodziny.

Dziwi mnie jedynie to, że moja siostra nie złożyła mi życzeń. Dlaczego? Może pomyślała, że to się mija z celem. Albo po prostu zapomniała. Chciałabym mieć do niej żal, ale nie potrafię. Człowiek świętuje chyba jednak skończenie trzydziestki, nie?

Na krześle obok mnie coś się porusza. Słyszę szelest materiału i rozpoznaję dźwięk zdejmowanego swetra. Słyszę, jak wstrzymuje oddech, przekładając głowę przez kołnierz. Słyszę lekkie sapanie przy ściąganiu rękawów i uwalnianiu torsu. Słyszę, jak odkłada gdzieś sweter, następnie dobiega do mnie znów jego regularny oddech.

Jestem pod napięciem. Przynajmniej lubię sobie wyobrażać, że jestem. Wszystkie aktywne części ciała, czytaj: wyłącznie słuch, uczepiły się tej nowości niczym koła ratunkowego. Wobec tego słucham, słucham, słucham. I powoli rysuję w głowie.

Jego oddech jest spokojny. Musiał przysnąć. Deszcz lekko bębni o szyby, ja zaś potrafię rozróżnić dźwięk, jaki wydaje jego podkoszulek ocierający się o plastikowe krzesło. Raczej nie jest zbyt korpulentny, inaczej by tak nie oddychał. Usiłuję dokonać porównania z ludźmi, których znam, ale człowiek rzadko przysłuchuje się temu, jak ktoś inny oddycha. Czasem robiłam to z moimi byłymi, kiedy budziłam się pierwsza. Niektórzy mówili, że to śmieszne, i na ogół właśnie oni nie zabawiali zbyt długo. Pamiętam gościa, który oddychał w rytmie na trzy – już miałam ochotę się roześmiać, ale powstrzymałam się, żeby go nie obudzić. On również długo nie zagrzał miejsca.

W każdym razie moje sercowe historie są dość chaotyczne. Znacznie mniej liczne i mniej regularne niż u mojej siostry. Jestem w stanie doliczyć się w pamięci około dziesięciu. Jedne krótkie, inne o wiele dłuższe. W tej chwili jestem singielką. I dobrze, ponieważ nie wiem, jak mój facet zareagowałby na śpiączkę. Zostawiłby mnie już na samym początku? Czekałby? Robiłby swoje, nic mi nie mówiąc? Posłuchałby lekarzy i przyszedłby mi powiedzieć, że to koniec? Nic by go to nie kosztowało, byłby przeświadczony, że nic nie słyszę. I miałby rację co do pierwszych czternastu tygodni śpiączki.

A zatem singielka i zadowolona z takiego stanu rzeczy. Już i tak trudno jest słuchać matki, która płacze przy każdej wizycie – nie mam ochoty powtarzać tego doświadczenia z kimkolwiek innym.

Podczas gdy wszystkie te wspomnienia przebiegają mi przez głowę, pozostaję skoncentrowana na moim zuchwałym gościu. Jego oddech stał się głębszy. Naprawdę zasnął na dobre.

Nadal całą uwagę skupiam na nim. Nie chcę, żeby czas upływał. To jedyna rozrywka, jedyna nowość, niemal jedyna rzecz, która mi przypomina, że ja zwyczajnie i po prostu gdzieś tam żyję.

Nie można bowiem powiedzieć, żeby regularne odwiedziny mojej siostry i pielęgniarek czy powtarzający się płacz matki sprawiały mi radość. W tym wypadku to jest jak kamień rzucony do wody. To całkowicie zmienia postać rzeczy. To by mnie wprawiło w drżenie, gdybym mogła się poruszyć.

Chcę, żeby czas się zatrzymał, tylko że czas się nie zatrzymuje. Mam jedynie tę krótką drzemkę, na którą on pozwala sobie w mojej sali. Jak tylko odejdzie, wszystko znów będzie jak przedtem. Po prostu dostałam prezent na urodziny. Chciałabym móc się uśmiechnąć do własnych myśli.

Wtem rozlega się dźwięk otwieranych drzwi. Słyszę głosy i cała moja istota rozświetla się od wewnątrz. Rozpoznaję Steve’a, Aleksa i Rebekę. Wygląda na to, że są w formie i rozmawiają wesoło. Nagle mam ochotę im powiedzieć, żeby zamilkli, ponieważ obudzą mojego gościa. Bądź co bądź, jak zwykle, nie mogę nic zrobić, ciekawi mnie zresztą, jak mój nieznajomy wytłumaczy swoją obecność.

Dźwięk kroków i natężenie głosów wskazują, że trójka moich przyjaciół się zbliża, po czym znienacka przystaje.

– O, ktoś tu jest! – wykrzykuje Rebeka.

– Znasz go? – pyta Alex.

Przypuszczam, że Rebeka kręci przecząco głową. Słyszę, jak okrążają krzesło, i wyobrażam sobie, jak pochylają się nad moim gościem.

– Dobra, śpi – mówi Rebeka. – Zostawiamy go tak?

– Nie, wywalamy za drzwi! – rzuca Steve.

– Nikomu nie przeszkadza – zauważa Rebeka. – A skoro to przyjaciel Elsy, może świętować razem z nami, nie sądzisz?

– Jasne…

Wyobrażam sobie naburmuszoną minę Steve’a. Wiem, że kilka lat temu czuł do mnie miętę. Dziewczyn uprawiających wspinaczkę wysokogórską nie spotyka się na każdym kroku, nawet jak człowiek mieszka w górach. Rebeka przestała trzy lata temu, zaczynała się za bardzo bać. Pewnie powinnam była posłuchać, gdy próbowała mnie przekonać, żebym poszła w jej ślady. Za bardzo mnie to jednak pasjonowało. Steve szybko zakochał się po uszy, ale w tamtym okresie miałam kogoś, dałam mu więc do zrozumienia, że szukam wyłącznie towarzysza wypraw. Pozostali przyjaciele byli dla mnie za duzi, potrzebowałam kogoś o podobnej budowie ciała. Steve jest świetnie zbudowany. Stanowiliśmy fantastyczny zespół.

Z chwilą gdy moja odmowa stała się jasna, ograniczył się do roli starszego brata. Kiedy zawsze było się tą starszą, przyjemnie poczuć, że ktoś się tobą opiekuje. Zwłaszcza że skoro Alex i Rebeka są razem, Steve się pospieszył.

I teraz przyjął właśnie taką postawę. Starszego brata, który nie chce, żeby ktokolwiek tknął jego młodszą siostrzyczkę.

– Ejże, Steve! – odzywa się Alex. – Co, twoim zdaniem, może się wydarzyć w szpitalu? To pewnie przyjaciel Elsy, i tyle! Przysnął. Nie będziemy z tego robić afery. Pytanie brzmi: budzimy go czy zaczynamy imprezkę bez niego?

– Zdaje się, że podjął decyzję za nas – wtrąca Rebeka.

Istotnie, słyszę, że mój gość się budzi. Wyobrażam sobie jego oczy, które się otwierają, skupiają na otoczeniu, i mam ochotę się roześmiać, wyczuwając jego zaskoczenie na widok trzech przyglądających mu się osób.

– Coś ty za jeden?

Steve nie tracił czasu. Mogę się założyć, że jego twarz znajduje się dziesięć centymetrów od twarzy nieznajomego, a zmrużone oczy wysyłają promienie laserowe jak u Supermana. Liczę do pięciu, zanim mój nieznajomy odpowie. Nadal ma melodyjny głos.

– Przyjaciel.

– Jasne…

– Tak, mówię ci, że jestem przyjacielem.

Zgadza się, musi mieć około trzydziestki. Inaczej nie mówiłby do Steve’a na „ty”.

– Nie wierzę ci.

– Steve! – przerywa Alex. – Przestań.

– Nie znam go i nie rozumiem, dlaczego się tutaj pęta – odpowiada Steve. – Przedostanie się do tego skrzydła szpitala bez dokładnego sprawdzenia i tak już graniczy z cudem, chcę wiedzieć, kim on jest i co tutaj robi!

– Właśnie z tych samych powodów nie może robić nic złego!

– Jasne…

Mój nieznajomy prostuje się i wkłada sweter.

– Nie umiesz powiedzieć nic innego poza „jasne”?

Ho, ho! Nieznajomy nie ma pojęcia, w co się pakuje. Chętnie bym go ostrzegła, ale już za późno. Wnioskuję, że Steve złapał go za kołnierz i podniósł z krzesła.

– Za kogo ty się uważasz?

– Steve, przestań! – krzyczy Rebeka.

– Cholera! Co