Strona główna » Obyczajowe i romanse » Więźniowie nocy

Więźniowie nocy

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 9788375516227

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Więźniowie nocy

Cykl Rozpustnicy 2

Kiedy ojciec nastoletniej Leili zostaje zamordowany, dziewczynie przychodzi z pomocą szarmancki Francis Beaumont. Dziesięć lat później Leila, utalentowana malarka, tkwi w nieudanym małżeństwie z zapitym rozpustnikiem, w którego przemienił się jej wybawca. Mimo to znajduje szczęście i spokój w pracy – do czasu, gdy w życie jej i jej męża wkracza przystojny hrabia d’Esmond, wyraźnie zauroczony Leilą. Hrabia nie jest do końca tym, za kogo się podaje, a Leila będzie zmuszona zmierzyć się z zagadką tego mężczyzny, sekretami z przeszłości i własnymi pragnieniami, kiedy w jej otoczeniu zostanie popełnione kolejne morderstwo.

Polecane książki

Minister Finansów uznał, że czynności wykonywane przez komorników sądowych, to działalność gospodarcza podlegająca opodatkowaniu VAT. W ten sposób zmienił swoje dotychczasowe stanowisko w tej sprawie. W konsekwencji tej zmiany od 1 października 2015 r. komornicy sądowi są uznawani za podatników VAT ...
OSOBISTA OPOWIEŚĆ O GRECJI. Rozszerzone wydanie książki nominowanej do nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Polski reporter z greckimi korzeniami, wychowane w Polsce trzecie dziecko Polki i Greka, szuka odpowiedzi na pytania o kryzys w kraju swoich przodków. Szuka też czegoś jeszcze – własnej tożsam...
„Martwe sezony” to zbiór ośmiu opowiadań subtelnie połączonych motywami śmierci oraz relacji międzyludzkich. Zebrane teksty traktują przede wszystkim o rozpadzie: wartości, związku, rodziny i podskórnego, niemal nienamacalnego lęku, jaki temu towarzyszy. Bohaterowie pozornie podejmują decyzje, l...
"Wojna i pokój" to 9-tomowa klasyka uznana za rosyjską epopeje narodową. Niezwykła opowieść o Rosji z czasów wojen napoleońskich. Zawiera szczegółowy obraz społeczeństwa tamtych lat, wyższe sfery i ich majątki, tradycyjny model rodziny oraz przedstawienie motywu wojny i pokoju o...
Publikacja "Mechanizmy i źródła wzrostu gospodarczego" jest próbą nawiązania do wielowątkowej dyskusji, jaka toczy się w literaturze światowej oraz polskiej na temat uwarunkowań wzrostu gospodarczego. Znaczenie polityki ekonomicznej państwo, jako czynnika wpływającego na wzrost gospodarczy w krótkim...
Wykorzystaj potencjał swojego umysłu! W dzisiejszym dynamicznie zmieniającym się świecie sukces wymaga błyskotliwości. Przeciętny człowiek wykorzystuje tymczasem zaledwie około 2 procent swoich kompetencji intelektualnych. Co możemy zrobić, aby w pełni wykorzystywać potencjał naszego mózgu i zapewni...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Loretta Chase

Tytuł oryginału: Captives of the Night

Zdjęcie na okładce: Subbotina © 123RF.com

Copyright © 1994 by Loretta Chekani

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition Wydawnictwo BIS, 2019

ISBN 978-83-7551-622-7

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22-877-27-05, 22-877-40-33

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

PODZIĘKOWANIA

Część wątków tej historii, zarówno artystycznych, jak i detektywistycznych, zaczerpnęłam z moich studiów licencjackich z zakresu sztuk pięknych pod kierunkiem profesora Donalda Kruegera, który podsunął mi także kilka spośród najbardziej użytecznych źródeł historycznych na temat przestępczości i wymiaru sprawiedliwości epoki regencji, a ponadto liczne szczegóły dotyczące artystycznych metod i materiałów z tego okresu. Od Leslie Cohen, asystentki administracyjnej na tym samym wydziale Clark University, otrzymałam dodatkowe wskazówki techniczne oraz typowe dla niej hojne i pełne entuzjazmu wsparcie moralne. Zarazem żadne z nich nie ponosi winy za jakiekolwiek błędy, przesadę lub nieścisłości, merytoryczne czy literackie.

Prolog

Styczeń 1819 roku

Zmierzch zapadł nad Wenecją, zatapiając w mroku marmurowe korytarze palazza. Usłyszawszy nieznane męskie głosy, siedemnastoletnia Leila przystanęła u szczytu schodów. Mężczyzn było trzech, a chociaż dziewczyna nie rozróżniała słów, melodia ich cichej rozmowy podpowiedziała jej, że nie są Anglikami.

Popatrzyła w dół ponad misternie rzeźbioną balustradą. Kiedy z gabinetu wyłonił się jej ojciec, jeden z mężczyzn podszedł do niego. Ze swego stanowiska wysoko w górze Leila widziała tylko czubek głowy nieznajomego, połyskujący złotem w świetle, które padało przez otwarte drzwi gabinetu. Jego głos brzmiał swobodnie, przyjazny pomruk, gładki i miękki niczym jedwab. W przeciwieństwie do głosu papy. Podenerwowanie, jakie w nim usłyszała, napełniło ją niepokojem. Prędko wycofała się za róg i pospieszyła korytarzem do swojej bawialni.

Drżącymi dłońmi wyjęła szkicownik i zmusiła się do koncentracji na kopiowaniu misternych rzeźbień biureczka. Jedyny sposób, żeby odwrócić myśli od tego, co działo się piętro niżej. Z całą pewnością nie zdołałaby pomóc ojcu – gdyby potrzebował pomocy, a nie musiało tak być. Może po prostu zirytował go fakt, że przeszkodzono mu w porze podwieczorku. Tak czy owak, wiedziała doskonale, że nie powinna się pokazywać. Praca papy dla rządu była wystarczająco skomplikowana. Martwienie się o Leilę dodatkowo by ją utrudniło.

Tak tedy, za całe towarzystwo mając, jak zwykle, szkicownik i ołówek, Leila Bridgeburton oczekiwała na pojawienie się tacy z herbatą, smutnie świadoma faktu, że dzisiaj, podobnie jak wczoraj i przedwczoraj, znajdzie się na niej nakrycie tylko dla jednej osoby.

* * *

Mężczyzną o lśniących włosach był dwudziestodwuletni Ismal Delvina. Przybył do Wenecji niedawno, po wielce nieprzyjemnej podróży z Albanii. Ponieważ większą część tej drogi spędził, odzyskując siły po otruciu, humor nieszczególnie mu dopisywał. Jego anielska twarz wyrażała jednakże wyłącznie serdeczną życzliwość.

Nie zauważył dziewczyny na górze, ale jego sługa, Risto, usłyszał szelest spódnic i podniósł wzrok na moment przed tym, jak się wycofała.

Kiedy wchodzili do gabinetu za Jonasem Bridgeburtonem, Risto cicho napomknął panu o swoim odkryciu. Resztę załatwił nieomylny instynkt Ismala.

Mężczyzna uśmiechnął się do niechętnego gospodarza.

– Mam posłać na górę służącego, żeby ustalił tożsamość dziewczyny? – zapytał, na co Bridgeburton drgnął. – Czy też byłby pan tak uprzejmy i oszczędził mu kłopotu?

– Nie mam najmniejszego pojęcia…

– Błagam, niechże pan nie wystawia na próbę naszej cierpliwości, udając, że nie ma żadnej dziewczyny albo że to jedynie służąca – gładko wszedł mu w słowo Ismal. – Kiedy moi ludzie się niecierpliwią, zapominają o manierach, tak czy owak nie zanadto eleganckich.

Bridgeburton przeniósł wzrok z ogromnego Mehmeta, uśmiechającego się pożądliwie z wyżyn swych blisko dwóch metrów wzrostu, na ciemną twarz mniejszego, lecz złowrogiego Rista. Krew odpływała mu z twarzy, kiedy ponownie zwrócił się do ich pana.

– Na litość boską – wychrypiał – to jeszcze dziecko. Nie możecie… nie skrzywdzicie…

– Mówiąc krótko, to pańskie dziecko – stwierdził Ismal. Z westchnieniem opadł na fotel za zabałaganionym biurkiem Bridgeburtona. – Cóż za nierozsądny ojciec. Biorąc pod uwagę, czym się pan zajmuje, powinien był pan trzymać dziewczynę jak najdalej od siebie.

– Tak było… trzymałem… ale skończyły się pieniądze. Musiałem zabrać ją ze szkoły. Nie rozumie pan. Ona o niczym nie wie. Myśli… – Bridgeburton wodził spanikowanym spojrzeniem po bezlitosnych twarzach przybyszy. Wreszcie spiorunował Ismala wzrokiem. – Niech was szlag, ona sądzi, że jestem agentem rządowym, bohaterem! Na nic się wam nie przyda. Jeśli pozwoli pan tym brudnym łajdakom zbliżyć się do niej, nic panu nie powiem.

Ismal zerknął na Rista. Kiedy sługa ruszył ku drzwiom, Bridgeburton rzucił się na niego – ale Mehmet zareagował w tej samej chwili i odciągnął Anglika.

Delvina podniósł list ze stosu na biurku Bridgeburtona.

– Bez obaw – powiedział. – Risto idzie zaaplikować jej laudanum, to wszystko… chodzi o to, żeby nikt nam nie przerywał, kiedy będziemy dobijać interesu. Mam nadzieję, że nie będzie pan sprawiał trudności. Wolałbym nie pozbawiać pana dziecka ani nie robić z dziewczynki sieroty, ale Risto i Mehmet… – Westchnął ponownie. – Przykro mówić, ale to barbarzyńcy. Jeśli szybka i pełna współpraca okaże się niemożliwa, obawiam się, że nie uda mi się poskromić ich awanturniczej natury.

Nadal studiując list, Ismal ze smutkiem pokręcił głową.

– Córki bywają szalenie kłopotliwe. Lecz zarazem jakże cenne, nieprawdaż?

* * *

Leila pamiętała, że się obudziła – lub przyśniło jej się, że się budzi – i natychmiast dopadły ją mdłości. Jakiś ruch, męski głos. Pokrzepiający, lecz nie należał do papy. I nie uspokoił kotłowaniny w jej żołądku. Dlatego właśnie powóz się zatrzymał, a Leila wysiadła chwiejnie i opadła na kolana. Później, gdy nudności minęły, nie chciała wstawać. Pragnęła zostać tam i umrzeć.

Nie wiedziała, jak dostała się z powrotem do powozu, ale było jasne, że jakoś musiała sobie z tym poradzić, kiedy bowiem obudziła się po raz kolejny, znowu trzęsło i kołysało, aż bolały ją wszystkie kości i skręcało ją w żołądku. Zaczęła wierzyć, że istotnie odzyskała przytomność, ponieważ pomyślała: włoskie drogi nie mogą się równać z gładkimi makadamowymi drogami Anglii, koła powozu wykonano z kamieni lub żelaza, a do tego Włosi nie wynaleźli jeszcze resorów.

Leila uśmiechnęła się słabo do swych myśli. W odpowiedzi usłyszała cichy śmiech, jakby opowiedziała żart. Potem rozległ się męski głos:

– Wreszcie dochodzimy do siebie?

Dziewczyna dociskała policzek do wełny. Kiedy otworzyła oczy, przekonała się, że nie jest to koc, lecz męska peleryna. Podniosła wzrok, przy czym już tak nieznaczny ruch wystarczył, by zakręciło jej się w głowie, toteż uczepiła się peleryny, żeby nie spaść. Z opóźnieniem dotarło do niej, że nie groził jej upadek. Siedziała na kolanach tego mężczyzny, bezpiecznie otulona jego ramionami.

Mgliście zdawała sobie sprawę, że nie powinno jej tu być, ale w ogóle wszystko było nie tak. Ponieważ nie miała pojęcia, co zrobić, rozpłakała się.

Wepchnął w jej trzęsące się dłonie dużą, nakrochmaloną chustkę.

– U osób nieprzyzwyczajonych laudanum może wywoływać bardzo silne mdłości.

Pomiędzy łkaniami z trudem wykrztusiła przeprosiny.

Przytulił ją mocniej i poklepywał po plecach, dając jej płakać, jak długo chciała. Kiedy wreszcie przestała, było za późno, żeby się bać, mimo że nie znała tego mężczyzny.

– L-laudanum – wyjąkała, gdy znów udało jej się wydobyć głos. – A-ale ja n-nic nie z-zażywałam. N-nigdy…

– To nie będzie trwać wiecznie, proszę mi wierzyć. – Odgarnął jej z twarzy wilgotne włosy. – Wkrótce zatrzymamy się w gospodzie, panienka umyje twarz i napije się herbaty, a wtedy poczuje się lepiej.

Nie chciała zadawać tego pytania. Bała się odpowiedzi. Napomniała się jednak, że strach w niczym nie pomoże ani niczego nie zmieni.

– G-gdzie jest p-papa?

Jego uśmiech zgasł.

– Obawiam się, że ojciec panienki wpakował się w poważne kłopoty.

Chciała zamknąć oczy, na powrót złożyć głowę na jego ramieniu i udawać, że to zły sen. Ale nudności ustępowały, a w umyśle Leili pojawiły się przyprawiające o dreszcz wspomnienia: trzej obcokrajowcy w holu na dole… podenerwowany głos ojca… rozdygotana służąca, która przyniosła herbatę… dziwny smak napoju. A potem zawroty głowy… i spadanie.

I wszystko zrozumiała, choć nikt jej o tym nie powiedział. Ci mężczyźni zabili papę. Z jakiego innego powodu znajdowałaby się w pędzącym powozie z Anglikiem, którego nigdy wcześniej nie widziała?

Tymczasem on trzymał ją za rękę i mówił, żeby była dzielna. Leila zmusiła się do słuchania jego słów.

Miał dostarczyć papie liścik w imieniu przyjaciela i przybył akurat w chwili, gdy z palazza wytoczył się chwiejnie ciężko pobity służący. Ledwie skończył opowiadać o tym, jak do domu wdarli się jacyś obcokrajowcy i zabili pana, kiedy spostrzegł, że jeden z szubrawców wraca.

– Udało nam się wziąć bydlaka z zaskoczenia – ciągnął mężczyzna – i dowiedzieliśmy się, że posłano go z powrotem po panienkę.

– Ponieważ ich widziałam.

Serce Leili łomotało. Wrócili, żeby ją zabić.

Ścisnął jej dłoń.

– Już w porządku. Wyjeżdżamy. Nigdy panienki nie znajdą.

– Ale policja… ktoś musi…

– Lepiej nie.

Pod wpływem ostrej nuty w jego głosie podniosła wzrok.

– Prawie nie znałem ojca panienki – wyjaśnił. – Wygląda jednak na to, że wmieszał się w sprawy z bardzo niebezpiecznymi ludźmi. Mocno wątpię, by lokalna policja zadawała sobie trud chronienia młodej Angielki. – Umilkł na chwilę. – Powiedziano mi, że nie ma panienka w pobliżu innych krewnych.

Przełknęła ślinę.

– Ani nigdzie indziej. Był tylko… papa. – Głos jej się łamał.

Nie żył, zabity na służbie. Panicznie się tego bała, odkąd powiedział jej o swej sekretnej pracy dla Anglii. Chciała być dzielna i dumna z niego, ponieważ zginął za słuszną sprawę, lecz łzy popłynęły mimo wszystko. Nie potrafiła pohamować żalu ani zapanować nad poczuciem, że została dokumentnie, rozpaczliwie sama. Nie miała teraz nikogo.

– Proszę się nie martwić – odezwał się mężczyzna. – Zajmę się panienką. – Uniósł brodę Leili i spojrzał w jej zalaną łzami twarz. – Jak by się panience podobał wyjazd do Paryża?

Choć we wnętrzu pojazdu panował mrok, światła wystarczyło, by dziewczyna dostrzegła twarz mężczyzny. Był młodszy, niż założyła w pierwszej chwili, i bardzo przystojny, a pod wpływem jego błyszczących ciemnych oczu zrobiło jej się gorąco i ogarnęła ją dezorientacja. Leila miała nadzieję, że nie pochoruje się ponownie.

– P-Paryż – powtórzyła. – T-teraz? D-dlaczego?

– Nie całkiem teraz, za kilka tygodni. Tam będzie panienka bezpieczna.

– Bezpieczna. Och! – Uwolniła brodę z jego gładkich palców. – Dlaczego? Dlaczego pan to robi?

– Ponieważ jest panienka damą w opałach. – Miał kamienny wyraz twarzy, ale słyszała w jego głosie uśmiech. – Francis Beaumont nigdy nie porzuciłby damy w opałach. Zwłaszcza tak ładnej.

– Francis Beaumont – powtórzyła, ocierając oczy.

– Tak. I nigdy panienki nie opuszczę. Może panienka na to liczyć.

Nie miała nikogo ani niczego innego, na co mogłaby liczyć. Pozostawało jej żywić nadzieję, że mężczyzna mówił szczerze.

* * *

Dopiero kiedy dotarli do Paryża, Francis Beaumont wyjawił jej pozostałe informacje, które przekazał mu służący: ubóstwiany przez nią ojciec handlował kradzioną bronią i najwyraźniej zginął z rąk niezadowolonych klientów. Leila z krzykiem nazwała służącego kłamcą i łkała histerycznie w ramionach swego wybawcy.

Jednakże kilka tygodni później przybył prawnik, Andrew Herriard, który zgodnie z testamentem miał zostać jej prawnym opiekunem. Mężczyzna przywiózł również prywatne papiery ojca oraz kopie policyjnych dokumentów, a te w stopniu większym niż wystarczający potwierdzały słowa pana Beaumonta. O zniknięcie Leili władze Wenecji obwiniły zabójców jej ojca. W zaistniałych okolicznościach pan Herriard uważał, że bezpieczniej będzie nie wyprowadzać ich z błędu. W jego mądrych i łagodnych radach Leila nie znajdowała niczego, czemu mogłaby się sprzeciwić, nawet gdyby miała do tego serce. A nie miała. Słuchała i godziła się na wszystko, zwiesiwszy głowę, z twarzą płonącą ze wstydu, świadoma, że jest więcej niż samotna. Stała się wyrzutkiem.

Jednakże pan Herriard szybko przystąpił do tworzenia dla niej nowej tożsamości i odbudowy jej życia, a pan Beaumont – choć nie ciążyło na nim prawne zobowiązanie – pomógł zaaranżować jej studia u paryskiego mistrza sztuk pięknych. Mimo że była córką zdrajcy, ci dwaj mężczyźni trwali przy jej boku i opiekowali się nią. W zamian podarowała im całą wdzięczność swego młodego serca.

Z czasem zaś, w swej niewinności, podarowała Francisowi Beaumontowi znacznie więcej.

Rozdział 1

Paryż, marzec 1828 roku

– Nie chcę go poznawać. – Leila wyrwała ramię z uchwytu męża. – Muszę skończyć obraz, nie mam czasu na czcze pogaduszki z kolejnym zdegenerowanym arystokratą, kiedy ty będziesz się upijał.

Francis wzruszył ramionami.

– Portret madame Vraisses może poczekać kilka minut. Hrabia d’Esmond usycha z pragnienia, żeby cię poznać, skarbie. Podziwia twoje prace. – Wziął ją za rękę. – No chodź, nie denerwuj się. Tylko dziesięć minut. Potem możesz uciec i ukryć się u siebie w studiu.

Wbiła chłodne spojrzenie w zaciśniętą na jej ręce dłoń. Zaśmiawszy się krótko, Francis ją puścił.

Odwróciła się od jego rozpustnej twarzy i przeszła do lustra w korytarzu – po czym zmarszczyła brwi na widok swojego odbicia. Planowała pracę w studiu, toteż jedynie odgarnęła z twarzy gęste, przetykane złotem włosy i związała je z tyłu postrzępioną wstążką.

– Jeśli mam wywrzeć dobre wrażenie, lepiej doprowadzę się do porządku – stwierdziła.

Kiedy jednak ruszyła ku schodom, Francis zagrodził jej drogę.

– Jesteś piękna – powiedział. – Niczego nie musisz doprowadzać do porządku. Lubię cię rozczochraną.

– Ponieważ jesteś absolutnie niewybredny.

– Ponieważ doskonale oddaje to twoją naturę. Gwałtowna. Namiętna. – W jego głosie pobrzmiewała kpina. Prześlizgnął się wzrokiem po obfitym biuście Leili i utkwił go w jej, niestety, równie pełnych biodrach. – Którejś z nadchodzących nocy… może nawet dzisiaj, kochana… przypomnę ci o tym.

Zdusiła gwałtowny przypływ odrazy i irracjonalnego, jak sobie mówiła, strachu. Od lat nie pozwalała, żeby jej dotykał. Kiedy ostatnim razem siłą próbował ją objąć, rozbiła mu na głowie jego ulubioną orientalną urnę. Prędzej walczyłaby z nim na śmierć i życie – a on o tym wiedział – niż uległa kiedykolwiek jeszcze ciału, które dzielił z niezliczonymi kobietami, i upokorzeniu, nazywanemu przezeń „uprawianiem miłości”.

– Nie pożyłbyś na tyle długo, żeby o tym opowiedzieć. – Zatknęła za ucho zbłąkany kosmyk i uśmiechnęła się zimno do męża. – Czy wiesz, Francisie, z jaką życzliwością francuskie ławy przysięgłych podchodzą do w miarę atrakcyjnych morderczyń?

Mężczyzna jedynie szeroko się uśmiechnął.

– Co za bezwzględne stworzenie się z ciebie zrobiło. A byłaś takim słodkim kociątkiem. Ale postępujesz twardo z każdym, nieprawdaż? Ktokolwiek wejdzie ci w drogę, tratujesz go. Najlepszy sposób, zgadzam się. Niemniej i tak szkoda. Taka z ciebie śliczna bałamutka.

Nachylił się ku niej.

Zakołatano do drzwi.

Francis cofnął się z przekleństwem na ustach. Wpychając poluzowaną szpilkę do włosów z powrotem na miejsce, Leila pospieszyła do saloniku, z mężem depczącym jej po piętach. Nim zaanonsowano hrabiego, byli już całkowicie opanowani, wzór przykładnej brytyjskiej pary: Leila, wyprostowana, w fotelu, Francis stojący sumiennie u jej boku.

Wprowadzono gościa.

I Leila zapomniała o wszystkim, z oddychaniem włącznie.

Hrabia d’Esmond okazał się najpiękniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała. To znaczy w prawdziwym życiu. Napotykała jemu podobnych na obrazach, ale nawet Botticelli załkałby, ujrzawszy takiego modela.

Ponad jej głową, w której trybiki chwilowo przestały się obracać, wymieniono powitania.

– Madame.

Szturchnięcie Francisa przywołało ją z powrotem do rzeczywistości. Leila w otępieniu wyciągnęła rękę.

– Monsieur.

Hrabia ukłonił się nisko nad jej dłonią. Musnął wargami jej knykcie.

Włosy miał jasne, jedwabiście złote, minimalnie dłuższe, niż nakazywała moda.

Jej dłoń także przytrzymał cokolwiek dłużej, wbrew etykiecie – na tyle długo, że nakłonił Leilę, by zerknęła na niego, i przykuł całą jej uwagę.

Oczy miał barwy ciemnego szafiru, paląco intensywne. Uwolnił jej rękę, ale nie spojrzenie.

– Wielki to dla mnie honor, madame Beaumont. Widziałem w Rosji pani dzieło: portret kuzynki księżnej Lieven. Usiłowałem go kupić, lecz właściciel wiedział, co posiada, i odmówił sprzedaży. „Musi pan jechać do Paryża”, powiedział, „i sprawić sobie własny”. Toteż przyjechałem.

– Z Rosji? – Leila oparła się potrzebie przyłożenia dłoni do walącego serca. Dobry Boże! Przybył tutaj aż z Rosji, ten mężczyzna, który zapewne musiał opędzać się od setki zdesperowanych malarzy, ilekroć przechodził przez ulicę w Sankt Petersburgu. Artyści sprzedaliby swoich pierworodnych za możliwość namalowania jego twarzy. – Z pewnością nie tylko z powodu portretu.

Wygiął zmysłowe usta w leniwym uśmiechu.

– Ach, cóż, miałem w Paryżu pewną sprawę. Nie wolno pani myśleć, że sprowadza mnie tu wyłącznie próżność. Zarazem pragnienie trwałości jest wpisane w ludzką naturę. Człowiek szuka artystów w tym samym celu, w jakim poszukuje bogów: dla nieśmiertelności.

– Jakże prawdziwe – rzekł Francis. – Nawet teraz postępuje w nas powolny proces rozkładu. W jednej chwili lustro ukazuje przystojnego dżentelmena w kwiecie wieku. W następnej jest on pokrytą starczymi plamami ropuchą.

Leila wychwyciła w głosie męża nieznaczną wrogość, ale to na hrabim skupiała się cała jej uwaga. W dziko niebieskich oczach dostrzegła jakiś błysk, a za sprawą tego mignięcia zmieniła się nie tylko twarz mężczyzny, lecz również atmosfera w pokoju. Na krótki, dziwny moment oblicze anioła stało się swoim przeciwieństwem, a cichy śmiech gościa przywiódł na myśl demoniczny chichot.

– A w kolejnej chwili – powiedział d’Esmond, uwalniając spojrzenie Leili, żeby popatrzeć na Francisa – ucztują na nim robaki.

Nadal się uśmiechał, ze szczerym rozbawieniem w oczach, a diabelski wyraz twarzy zniknął bez śladu. A jednak napięcie w saloniku wzrosło jeszcze odrobinę.

– Nawet portrety nie są wieczne – stwierdziła. – Ponieważ niewiele istnieje materiałów absolutnie trwałych, rozkład jest nieunikniony.

– Malowidła w egipskich grobowcach liczą tysiące lat – zauważył. – Ale to bez znaczenia. Nie będzie nam dane odkryć, ile wieków przetrwają pani dzieła. Dla nas liczy się teraźniejszość i żywię nadzieję, madame, że w tej jakże ulotnej teraźniejszości znajdzie pani czas, by wyświadczyć mi taką uprzejmość.

– Obawiam się, że będzie pan musiał uzbroić się w cierpliwość – przestrzegł Francis, przechodząc do stołu, gdzie na tacy prężyły się karafki. – Leila kończy właśnie jedno zlecenie, a dwa następne czekają już w kolejce.

– Słynę z cierpliwości – zapewnił hrabia. – Car obwieścił mnie najcierpliwszym ze znanych mu ludzi.

Kryształ brzęknął o kryształ i na moment zapadła cisza, nim Francis zareagował.

– Obraca się pan w wytwornych kręgach, monsieur. Bliski przyjaciel cara Mikołaja?

– Rozmawiamy od czasu do czasu. Nie określiłbym tego mianem bliskości. – Znów utkwił w Leili sugestywne niebieskie spojrzenie. – Moja definicja tego stanu jest niezwykle precyzyjna i konkretna.

Wydawało się, że temperatura w pokoju błyskawicznie wzrasta. Leila uznała, że pora się oddalić, nieważne, czy minęło już wyznaczone dziesięć minut. Kiedy hrabia przyjął od Francisa kieliszek z winem, wstała.

– Powinnam wracać do pracy – oznajmiła.

– Oczywiście, kochana – rzekł Francis. – Hrabia na pewno to rozumie.

– Rozumiem, lecz mimo to żałuję straty. – Uważne spojrzenie d’Esmonda dla odmiany omiotło ją od stóp do głów.

Kobieta stanowczo zbyt wiele razy znosiła takie oględziny, żeby teraz błędnie odczytać ich znaczenie. Mówił jej o nim każdy mięsień ciała. Gorzej, czuła pociąg, który wystawiał na próbę jej wolę.

Niemniej na zewnątrz zareagowała tak jak zwykle: lodowato uprzejmy wyraz twarzy, wyzywająca postawa.

– Niestety, żal madame Vraisses z powodu opóźnienia w wykonaniu jej portretu będzie jeszcze większy – powiedziała. – A zalicza się ona  d o   n a j m n i e j  cierpliwych kobiet na świecie.

– Pani zaś, jak podejrzewam, jest kolejną z tego grona. – Podszedł bliżej, a puls Leili przyspieszył. Hrabia był wyższy i potężniej zbudowany, niż początkowo sądziła. – Ma pani oczy tygrysicy, madame. Doprawdy niezwykłe… i nie nawiązuję jedynie do ich złotej barwy. Ale jest pani artystką, dostrzega zatem więcej niż inni.

– Jestem przekonany, że moja żona całkiem wyraźnie dostrzega, że pan z nią flirtuje – wtrącił Francis, zajmując miejsce u jej boku.

– Ależ oczywiście. Jakiż inny uprzejmy hołd można złożyć mężatce? Mam nadzieję, że państwa nie uraziłem. – Hrabia posłał Francisowi spojrzenie wyrażające krystaliczną niewinność.

– Nikt nie czuje się w najmniejszym stopniu urażony – zapewniła energicznie Leila. – Choć jesteśmy Anglikami, mieszkamy w Paryżu od prawie dziewięciu lat. Mimo to jestem kobietą pracującą, monsieur…

– D’Esmondzie – poprawił.

– Monsieur – rzekła stanowczo. – I dlatego muszę panów przeprosić.

Tym razem nie podała mu ręki. Zamiast tego dygnęła przed nim jak najwynioślej.

Odpowiedział wdzięcznym ukłonem.

Kiedy zmierzała ku drzwiom, które Francis, uśmiechając się z przymusem, pospieszył dla niej otworzyć, dogonił ją cichy głos d’Esmonda:

– Do następnego spotkania, madame Beaumont.

Z tyłu głowy rozbrzmiało jakieś echo, aż kobieta przystanęła w progu. Wspomnienie. Czyjś głos. Ale nie. Gdyby spotkała go wcześniej, pamiętałaby. Takiego mężczyzny się nie zapomina. Ledwie dostrzegalnie skinęła głową i wyszła z pokoju.

* * *

O czwartej nad ranem niebieskooki dżentelmen wyciągnął się w pozycji półleżącej na suto obitej brokatem sofie w swoim saloniku. W bardzo podobny sposób, wiele lat wcześniej, zalegał często na otomanie, by knuć przeciw swemu przebiegłemu kuzynowi, Alemu Paszy. W tamtych dniach mężczyzna przedstawiał się jako Ismal Delvina. Teraz zmieniał nazwiska w zależności od swych celów.

Aktualnie znano go jako hrabiego d’Esmonda.

Jego brytyjscy pracodawcy, przy wsparciu współpracowników we Francji, wyczerpująco udokumentowali jego rodowód i tytuł. Francuszczyzna Ismala była bezbłędna, podobnie jak większość z pozostałych jedenastu języków, którymi się posługiwał. Mówienie po angielsku z francuskim akcentem nie nastręczało mu trudności. Sprawność w mowie stanowiła zresztą jeden z jego licznych talentów.

Poza rodzimym albańskim Ismal najbardziej lubił angielski. Był to język niesystematyczny, lecz fenomenalnie giętki. Mężczyzna chętnie bawił się w nim słowami. Wielką przyjemność sprawiło mu igranie ze słowem „bliskość”. Doprowadził tym madame Beaumont do cudownej pasji.

Uśmiechając się na wspomnienie ich nazbyt krótkiego spotkania, Ismal skosztował gęstej kawy po turecku, zaparzonej przez służącego, Nicka.

– Doskonała – pochwalił.

– Oczywiście, że doskonała. Sporo praktykowałem, prawda?

Mimo to Nick wyraźnie się rozluźnił. Chociaż młodszy od Ismala mężczyzna służył mu od sześciu lat, nadal z determinacją starał się go zadowolić. Dwudziestojednoletniemu Nickowi brakowało nieco cierpliwości i nie odnosił się do swego pana z przesadnym szacunkiem, chyba że publicznie. Z drugiej strony, był jedynie w połowie Anglikiem, a poza tym Ismalowi obrzydli uniżeni słudzy.

– Praktykę miałeś, to na pewno – przyznał Ismal. – Ale i tak jestem pod wrażeniem. Dopiero co zakończyłeś długą i żmudną nocną włóczęgę po paryskich spelunkach w ślad za mną i moim nowym przyjacielem.

Nick wzruszył ramionami.

– Jeśli tylko uważa pan, że było warto.

– Było. Sądzę, że usuniemy Beaumonta w ciągu miesiąca. Gdyby sprawa nie była tak pilna, pozostawiłbym wszystko naturalnemu biegowi, ponieważ monsieur dziarsko zmierza na skraj przepaści. Dziś w nocy spożył tyle opium, że wystarczyłoby do zabicia trzech mężczyzn jego postury.

Ciemne oczy Nicka rozbłysły.

– Pali je czy zjada?

– Jedno i drugie.

– To ułatwia sprawę. Doda pan kilka granulek strychniny albo kwas pruski… do diaska! załatwiłby pan to zmielonymi pestkami brzoskwini albo morelami, albo jabłkami, albo…

– Owszem, ale to nie jest konieczne. Przejawiam nieprzezwyciężoną awersję do zabijania, chyba że okazuje się absolutnie niezbędne. Nawet wówczas wyjątkowo tego nie lubię. Poza tym czuję jeszcze większą niechęć do trucizn. To niesportowa metoda.

– No, on też nie gra sportowo, zgadza się? Poza tym pozbyłby się go pan bez wielkiego zamieszania.

– Chcę, żeby cierpiał.

– A, to co innego.

Ismal wyciągnął w jego stronę filiżankę, a Nick sumiennie ją napełnił.

– Wytropienie tego człowieka zajęło wiele miesięcy – powiedział Ismal. – Teraz, kiedy przez jego chciwość mam go jak na dłoni, chcę się z nim trochę zabawić.

Wszystko zaczęło się w Rosji. Ismal prowadził kolejne śledztwo, kiedy car zwierzył mu się z bardziej niepokojącego problemu. Rosyjsko-tureckie negocjacje pokojowe były zagrożone, ponieważ sułtan pozyskał pewne listy, które do niego nie należały. Car chciał wiedzieć, jak i dlaczego listy te trafiły do Konstantynopola.

Ismal miał pełną świadomość, że jak imperium osmańskie długie i szerokie, szpiedzy rutynowo przechwytują korespondencję. Jednakże akurat te dokumenty nie znajdowały się na terytorium sułtana, lecz w Paryżu, zamknięte bezpiecznie w kasetce pewnego brytyjskiego dyplomaty. Jeden z asystentów owego dyplomaty zastrzelił się, nim udało się go przesłuchać.

W następnych miesiącach, podróżując między Londynem a Paryżem, Ismal usłyszał wiele podobnych historii – o kradzieżach, zagadkowych bankructwach i nagłych, znaczących stratach.

Okazało się, że coś łączy te zdarzenia. Zamieszane w nie osoby miały jedną cechę wspólną: wszystkie, w takim lub innym okresie, regularnie gościły w pewnym niepozornym budynku w cichym zakątku Paryża.

Miejsce to znano po prostu jako Vingt-Huit – numer dwadzieścia osiem. W jego murach można było, za określoną cenę, oddawać się pełnej gamie ludzkich nałogów, od najbardziej przyziemnych po wielce oryginalne. Ismal doskonale rozumiał, że istnieją ludzie, którzy za określoną cenę zrobią wszystko – oraz inni, na tyle zdesperowani lub zdeprawowani, żeby tę cenę zapłacić.

Płacili Francisowi Beaumontowi.

Nie wiedzieli o tym, oczywiście, a sam Ismal nie miał na to mocnego dowodu. Nic, czego mógłby użyć w sądzie, innymi słowy. Ale postawienie Francisa Beaumonta przed obliczem sprawiedliwości nie wchodziło w rachubę, żadna z jego ofiar nie zechciałaby bowiem świadczyć przeciwko niemu. Wszyscy, podobnie jak ów młody asystent dyplomaty, wybraliby raczej samobójstwo niż publiczne wywlekanie brudnych sekretów.

W konsekwencji to Ismalowi przypadło załatwienie sprawy Beaumonta – po cichu, tak jak uporał się z tyloma innymi sprawami nękającymi króla Jerzego IV, jego ministrów i sojuszników.

W jego rozważania wdarł się głos Nicka.

– Jak zamierza pan to rozegrać?

Ismal studiował zawartość delikatnej filiżanki.

– Żona jest wierna.

– Dyskretna, chce pan powiedzieć. Musiałaby być szalona, żeby dochowywać wierności tej zdeprawowanej świni.

– Sądzę, że może być odrobinę szalona. – Ismal podniósł wzrok. – To wielka artystka, a geniusz nie zawsze bywa racjonalny. Beaumontowi się poszczęściło, że jest tak oddana sztuce. Praca niemal całkowicie absorbuje jej myśli i czas. W rezultacie praktycznie nie zauważa licznych mężczyzn, którzy zabiegają o jej uwagę.

Nick zrobił wielkie oczy.

– Nie mówi pan chyba, że nie zauważyła  p a n a?

W cichym śmiechu Ismala pobrzmiewała rezygnacja.

– Byłem zmuszony się wysilić.

– No, no, a niech mnie! Wiele bym dał, żeby to zobaczyć.

– Niezwykle żenujące doświadczenie. Jakbym był posągiem z marmuru albo portretem olejnym. Forma, linia, kolor. – Ismal wykonał zamaszysty gest. – Zaglądam w jej piękną twarz i dostrzegam wyłącznie żądzę… żądzę artystki. Robi ze mnie obiekt. To nie do zniesienia. No i w efekcie stałem się trochę… nietaktowny.

Nick pokręcił głową.

– Pan nie bywa nietaktowny, chyba że w określonym celu. Obstawiam, że pański cel nie sprowadzał się do tego, by zwróciła na pana stosowną uwagę.

– Zapewne chodzi ci o „niestosowną” uwagę. Dama jest zamężna, przypominam, a mąż był obecny. Kiedy więc uzyskałem reakcję nie tylko artystyczną, sprowokowałem i jego. Jest próżny i zaborczy. Co za tym idzie, okazał niezadowolenie.

– Ma tupet. Stary cap przeleciał połowę mężatek w Paryżu.

Ismal zbył komentarz machnięciem ręki.

– Co mnie zainteresowało, to fakt, że ten mój jakże przecież skromny sukces u jego żony zaskoczył Beaumonta. Najwyraźniej nie przywykł martwić się o nią. Zasiałem ziarenko wątpliwości, które zamierzam pielęgnować. To zaledwie jeden ze sposobów, na jakie odbiorę mu spokój nocami i za dnia.

– Tak można połączyć interes z przyjemnością. – Nick wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Ismal odstawił filiżankę i zamykając oczy, oparł się o miękkie poduszki.

– Większą część interesu pozostawię chyba tobie. Na wyższych szczeblach paryskich władz są osoby opłacane przez Beaumonta. Zaaranżujesz serię incydentów, wskutek których będzie zmuszony płacić więcej za ochronę. To odstraszy także część bardziej wrażliwych klientów. Płacą mnóstwo pieniędzy za dyskrecję. Jeśli poczują się zagrożeni, przestaną odwiedzać Vingt-Huit. Nasunęło mi się jeszcze kilka innych pomysłów, które omówimy jutro.

– Rozumiem. Mam odwalać brudną robotę, kiedy pan będzie się zabawiał z artystką.

– Ależ oczywiście. Nie mogę powierzyć madame tobie. Jesteś w połowie Anglikiem. Nie rozumiesz kobiet o gwałtownym temperamencie, toteż ich nie doceniasz. Nie miałbyś pojęcia, co z nią począć. A nawet gdybyś miał, brakuje ci niezbędnej cierpliwości. Ja natomiast jestem najcierpliwszym człowiekiem na świecie. Sam car to przyznaje. – Ismal otworzył oczy. – Mówiłem ci, że Beaumont prawie upuścił karafkę, kiedy napomknąłem o carze? To wtedy ustaliłem ponad wszelką wątpliwość, że znalazłem właściwego człowieka.

– Nie, nie wspomniał pan o tym. Co mnie nie dziwi. Gdybym nie znał pana lepiej, pomyślałbym, że interesowała pana wyłącznie ta kobieta.

– I to właśnie, mam nadzieję, pomyśli sobie monsieur Beaumont – mruknął Ismal, ponownie zamykając oczy.

* * *

Fiona, wicehrabina Carroll, była zaintrygowana.

– D’Esmond i zły wpływ? Mówisz poważnie, Leilo? – Czarnowłosa wdowa odwróciła się, żeby przyjrzeć się hrabiemu, który rozmawiał z grupką gości przy odsłoniętym niedawno portrecie madame Vraisses. – Nie sposób w to uwierzyć.

– Lucyfer i jego poplecznicy też bez wątpienia byli piękni – zauważyła Leila. – Jeśli dobrze pamiętam, wszyscy byli aniołami.

– Zawsze wyobrażałam sobie Lucyfera jako mroczną postać, bardziej w stylu Francisa. – Z błyskiem w zielonych oczach Fiona odwróciła się do przyjaciółki. – Dzisiaj wygląda wyjątkowo mrocznie. Szczerze mówiąc, od mojego ostatniego pobytu w Paryżu postarzał się o dziesięć lat.

– Postarzał się o dziesięć lat w trzy tygodnie – odparła cierpko Leila. – Nie sądziłam, że to możliwe, odkąd jednak hrabia d’Esmond stał się jego najlepszym przyjacielem, Francis stanowczo poczyna sobie coraz śmielej. Nie spał w domu od blisko tygodnia. Dzisiaj wrócił… czy raczej wniesiono go… o czwartej nad ranem. O siódmej wieczorem nadal był w łóżku i skłaniałam się ku temu, żeby iść na przyjęcie bez niego.

– Dziwię się, czemu tego nie zrobiłaś.

Ponieważ się nie odważyła. Jednak tego Leila nie wyznałaby nawet swojej jedynej przyjaciółce. Ignorując pytanie, ciągnęła beznamiętnym tonem:

– Potrzeba było kolejnych dwudziestu minut, żeby zwlec go z łóżka i nakłonić do wzięcia kąpieli. Szczerze mnie dziwi, jak te jego kokoty to wytrzymują. Ta mieszanka opium, alkoholu i perfum dosłownie zwala z nóg. A on, oczywiście, niczego nie zauważa.

– Nie pojmuję, dlaczego go nie wyrzucisz – skomentowała Fiona. – Przecież nie zależysz od niego finansowo. Nie macie dzieci, zabraniem których mógłby ci zagrozić. No i jest zbyt leniwy, żeby uciec się do przemocy.

Leila mogłaby jej powiedzieć, że istnieją konsekwencje gorsze aniżeli fizyczna udręka.

– Nie opowiadaj bzdur – zganiła przyjaciółkę, biorąc od przechodzącego służącego kieliszek szampana. Zwykle raczyła się nim nieco później, ale tego wieczoru czuła się spięta. – Ostatnie, czego mi trzeba, to zamieszkać osobno. Mężczyźni już teraz dostatecznie mnie nękają. Gdyby zabrakło przy mnie Francisa w roli zaborczego małżonka, musiałabym opędzać się od nich sama. A wówczas mogłabym zapomnieć o pracy.

Fiona się roześmiała. Ściśle mówiąc, nie była piękna, sprawiała jednak takie wrażenie, kiedy się śmiała, po części dlatego, że cała wtedy lśniła: równe białe zęby, rozmigotane zielone oczy, owalna twarz barwy kości słoniowej, okolona połyskliwymi kruczoczarnymi lokami.

– Większość kobiet wolałaby układnego męża, szczególnie w Paryżu – stwierdziła. – Zwłaszcza kiedy na scenie pojawia się ktoś taki jak hrabia d’Esmond. Chyba nie miałabym nic przeciwko temu, żeby to na mnie wywierał zły wpływ. Najpierw jednak chciałabym dobrze mu się przyjrzeć. – Psotny błysk w jej oczach zintensywniał. – Mam przyciągnąć jego uwagę?

Serce Leili gwałtownie załomotało.

– Wykluczone.

Ale Fiona znowu patrzyła na hrabiego, trzymając w pogotowiu wachlarz.

– Fiono, nie możesz… naprawdę, zostawię cię tutaj…

W tej samej chwili d’Esmond odwrócił się i najwidoczniej pochwycił wzrok Fiony, gdyż ta skinęła nań wachlarzem. Bez wahania ruszył ku nim przez salę.

Leila rzadko się rumieniła. Teraz poczuła na twarzy nietypowe ciepło.

– Jesteś szokująco bezpośrednia – poinformowała przyjaciółkę, zaczynając się odsuwać.

Fiona złapała ją za ramię.

– Wyjdę na znacznie bardziej bezwstydną, jeśli będę zmuszona sama mu się przedstawić. Nie uciekaj, Leilo. To nie Belzebub, wiesz… przynajmniej nie z zewnątrz. – Zniżyła głos, kiedy hrabia się zbliżył. – O Panie, ależ on oszałamiający! Zaraz zemdleję.

Doskonale wiedząc, że Fiona prędzej stanie na głowie, niż zemdleje, Leila zacisnęła zęby i ze sztywną uprzejmością przedstawiła hrabiego d’Esmonda swej niepoprawnej przyjaciółce.

Niecałe dziesięć minut później Leila tańczyła z nim walca. Tymczasem Fiona – której tak ogromnie zależało na tym, żeby przyjrzeć się d’Esmondowi z bliska – wirowała na parkiecie z roześmianym Francisem.

Malarka nadal usiłowała rozgryźć, kto właściwie wyreżyserował ten układ, kiedy znad jej głowy dobiegł cichy głos hrabiego.

– Jaśmin. I coś jeszcze. Coś nieoczekiwanego. Ach, tak: mirra. Intrygujące połączenie, madame. Komponuje pani zapachy w równie charakterystyczny sposób, w jaki miesza kolory.

Leila używała perfum z umiarem, przy czym minęło kilka godzin, odkąd je nałożyła. Aby je zidentyfikować, mężczyzna powinien znajdować się znacznie bliżej, on wszakże trzymał ją na odległość niespełna pół kroku. Odrobinę za blisko jak na angielskie standardy przyzwoitości, ale bez wątpienia mieścił się w granicach francuskich. Tak czy inaczej, w jej odczuciu znalazł się o wiele za blisko. Odkąd się poznali, nigdy jej nie dotknął, poza składanym na knykciach pocałunkiem. Teraz miała pełną napięcia świadomość ciepłej dłoni przytrzymującej ją w talii, delikatnego tarcia rękawiczki o jedwab, kiedy z wdziękiem wiódł ją wkoło po sali balowej.

– W przypadku zapachu nie muszę przynajmniej zadowalać nikogo poza sobą – powiedziała.

– I pani mężem, oczywiście.

– To mijałoby się z celem. Francis jest praktycznie pozbawiony zmysłu węchu.

– W pewnych okolicznościach taka cecha może uchodzić za dar: na przykład kiedy przemierza się ulice Paryża w gorący letni dzień. Ale przy innych okazjach niewątpliwie odbiera ją jako dotkliwą stratę. Tak wiele go omija.

Słowa były dosyć nieszkodliwe. Ton to zupełnie inna kwestia. Ostatni i jedyny raz d’Esmond flirtował z nią otwarcie w dniu, gdy się poznali. Leila nie była pewna, czy później robił to ukradkiem. Być może nuty, które w jej uszach brzmiały uwodzicielsko, w zamierzeniu nie miały takie być. Niemniej, zamierzył to czy nie, poczuła ten sam wewnętrzny chaos, jaki raz po raz wywoływał w niej jego głos, nawet w trakcie najkrótszych spotkań. Później jak zwykle nadeszło pełne niepokoju rozedrganie.

– Nie wiem, na ile jest dotkliwa – odparła chłodno – ale wpływa na jego apetyt. Coraz słabiej mu dopisuje. W minionym miesiącu stracił chyba ponad pięć kilogramów.

– Też to zauważyłem.

Podniosła wzrok i natychmiast tego pożałowała. Patrzyła w te oczy już wiele razy, lecz nieodmiennie chwytały ją w sidła i fascynowały. Mówiła sobie, że chodzi o ów niespotykany kolor. Odcień niebieskiego był tak głęboki, że aż nieludzki. Kiedy – jeśli – namaluje te oczy, każdy, patrząc na nie, będzie przekonany, że przekłamała ich barwę.

Uśmiechnął się.

– Łatwo panią przejrzeć. Nieomal widzę, jak dobiera pani i miesza farby.

Odwróciła wzrok.

– Mówiłam panu, że jestem kobietą pracującą.

– Nie myśli pani o niczym innym?

– Kobieta-artystka musi pracować dwa razy ciężej niż mężczyzna, żeby osiągnąć połowę jego sukcesów – odparła. – Gdybym nie była w pełni skoncentrowana na tym jednym celu, nie miałabym najmniejszej szansy namalować portretu madame Vraisses. Z okazji jego odsłonięcia bito by dzisiaj brawo jakiemuś mężczyźnie.

– Świat jest głupi, zgadzam się. I, być może, ja także jestem odrobinę głupi.

Podobnie jak ona, że znów spojrzała w te oczy. I bez tego brakowało jej tchu i wirowało w głowie – efekt łączenia rozmowy z tańcem.

– Myśli pan, że kobiety nie powinny być artystkami? – spytała.

– Niestety, w głowie mam tylko jedną niemądrą myśl: że tańczę z piękną kobietą, która nie odróżnia mężczyzny od sztalugi.

Zanim zdążyła dać ciętą ripostę, porwał ją do obrotu – tak szybko, że zmyliła krok i potknęła się o jego stopę. Niemalże w tej samej chwili ramię hrabiego oplotło ją w talii niczym bicz i podciągnęło w górę, dociskając do grotmasztu zwartych mięśni.

I zaraz było po wszystkim. Mężczyzna nawet nie zgubił rytmu, dalej z łatwością prowadził ją w tłumie tańczących, jakby nic się nie wydarzyło.

Tymczasem między piersiami Leili ściekała obfita strużka potu, a jej serce tłukło się tak głośno, że nie słyszała muzyki. Nie żeby musiała ją słyszeć albo zastanawiać się nad tym, co robi. Jej partner w pełni sprawował kontrolę, równie opanowany i pewny siebie jak na początku.

Znajdował się również, co odkryła z opóźnieniem, o szerokość dłoni bliżej niż poprzednio.

Jej rozkołysany umysł się rozjaśnił, mgła wirujących kolorów rozproszyła na poszczególne osoby. Leila zobaczyła wpatrującego się w nią Francisa, który już się nie śmiał. Nawet się nie uśmiechał.

Stała się świadoma delikatnego nacisku w talii, nakłaniającego ją, żeby zbliżyła się jeszcze odrobinę. Zdała sobie sprawę, że odczuwała ten nacisk już wcześniej i najwidoczniej bezwiednie na niego odpowiedziała – jak dobrze wyszkolony koń, reagujący na najlżejsze napięcie lejców, najdelikatniejszy nacisk kolan na boki.

Żar wspiął się po jej szyi. Nie była jakąś przeklętą klaczą! Usiłowała się cofnąć, lecz przytrzymująca ją w talii dłoń nie ustąpiła.

– Monsieur – odezwała się.

– Madame?

– Upadek już mi nie grozi.

– Z ulgą to słyszę. Przez chwilę obawiałem się, że nie dobraliśmy się jako partnerzy. Jednak, jak właśnie pani odkryła, to absurd. Dobraliśmy się idealnie.

– Czułabym się idealniej w większej odległości.

– Bez wątpienia, gdyż wtedy mogłaby pani do woli myśleć o swoich zieleniach i indygach, i surowej umbrze. Poduma pani nad nimi, ile dusza zapragnie, ale później.

Podniosła nań niedowierzające spojrzenie.

– Ach, nareszcie pozyskałem pani niepodzielną uwagę – skomentował.

* * *

Tej nocy Francis nie udał się nigdzie z hrabią d’Esmondem, lecz towarzyszył Leili w drodze do domu i do jej sypialni. Przez chwilę stał w progu, jakby podejmował decyzję, a później wszedł do pokoju i usiadł na skraju materaca.

– Nie zostajesz tutaj – zastrzegła, odwieszając do szafy wieczorową pelerynę. – A jeśli zamierzasz zrobić mi wykład…

– Wiedziałem, że cię chce – wszedł jej w słowo. – Udaje, że nie, ale wiedziałem, od pierwszego dnia. Boże, ta jego niewinna twarz. Miałem już do czynienia z różnymi typami, ale on… Chryste, zastanawiam się niekiedy, czy jest człowiekiem.

– Jesteś pijany.

– Trucizna. Rozumiesz, kochana? On jest trucizną. Jest jak… – Wykonał nieokreślony gest. – Ludzka wersja laudanum. Takie miłe… takie słodkie… żadnych trosk… sama przyjemność. Jeśli weźmiesz odpowiednią dawkę. Ale w jego przypadku nie znasz odpowiedniej dawki… a w złej dawce to trucizna. Pamiętasz, jaka się czułaś chora przed laty, tamtej nocy, kiedy opuściliśmy Wenecję? Tak właśnie ja się czuję… wewnątrz, na zewnątrz.

Francis od lat nie wspominał Wenecji. Niespokojnie zmierzyła go wzrokiem. Zdarzało mu się już wracać do domu, majacząc, ale nigdy nie widziała go w tak podłym stanie. Zwykle przebywał w świecie własnych fantazji. Paplał bez ładu i składu, niemniej ze szczęściem w głosie. Przyjemność, jak powiedział. Teraz był przygnębiony, płaczliwy i chory. Szare zapadnięte policzki, nabiegłe krwią, opuchnięte oczy. Wyglądał na sześćdziesiąt, nie na czterdzieści lat. Z obrzydzeniem pomyślała, że niegdyś był taki przystojny.

Nie kochała go. Z dziewczęcego zadurzenia otrząsnęła się lata temu, a niewiele dłużej zajęło Francisowi zabicie tych drobnych ciepłych uczuć, jakie w niej pozostały. Zarazem pamiętała, jaki był kiedyś, i wyobrażała sobie, jaki mógłby się stać, dzięki czemu potrafiła ubolewać nad tą stratą i słabością, która przywiodła go do zguby, i litować się nad nim. Niemniej, na miłość boską, groziło jej, że zatonie wraz z nim! Szczęśliwie opatrzność obdarzyła ją talentem i wolą, by ów talent rozwijać. Pobłogosławiła jej również mądrym i cierpliwym opiekunem. Gdyby nie Andrew Herriard, Leila, pomimo talentu i woli, znalazłaby się w pożałowania godnej sytuacji.

Podeszła do męża i odgarnęła mu z czoła wilgotne włosy.

– Umyj twarz – powiedziała. – Zrobię ci herbaty.

Docisnął sobie jej dłoń do czoła. Był rozpalony.

– Nie d’Esmond, Leilo. Na litość boską, każdy, byle nie on!

Nie wiedział, co mówi. Nie wyprowadzi jej z równowagi.

– Francisie, nie ma nikogo – powiedziała cierpliwie, jak do dziecka. – Żadnych kochanków, nawet flirtu. Nie będę niczyją dziwką, z tobą włącznie. – Zabrała rękę. – Więc nie wygaduj bzdur.

Pokręcił głową.

– Nie rozumiesz i nie ma sensu tego tłumaczyć, bo mi nie uwierzysz. Nie wiem, czy sam w to wierzę… ale to bez znaczenia. Jedno jest dostatecznie jasne: wyjeżdżamy z Paryża.

Oddalała się właśnie, żeby napełnić dla niego umywalkę. Na te słowa odwróciła się z walącym sercem.

– Opuścić Paryż? Ponieważ przesadziłeś dzisiaj ze środkami odurzającymi? Doprawdy, Francisie…

– Możesz zostać, jeśli chcesz, ja nie zostanę. Pomyśl o tym, moja słodka, jeśli już nie o innych kwestiach. Nie będzie mnie w pobliżu, żeby trzymać na dystans twoich adoratorów… bo wiem, że do tego mniej więcej sprowadza się ostatnio moja rola: cholerny ochroniarz. Ale może uznałaś, że już go nie potrzebujesz. Dziś wieczorem ewidentnie nie życzyłaś sobie niczyjej pomocy. I kto tu mówi o dziwkach – wymamrotał. – Tym właśnie będziesz. Jedną z setek. Powinnaś widzieć te kokoty, kiedy tylko spostrzegą pięknego hrabiego d’Esmonda. Jak czerwie, kłębiące się na kawałku dojrzałego sera. Cokolwiek zechce, którąkolwiek zechce, ile zechce, i nigdy nie płaci choćby jednego sou. Nawet ty, skarbie. – Podniósł na nią wzrok. – Wykonałabyś jego portret za darmo, mam rację?

Odmalowany przez Francisa obraz był odrażający. A także, w co Leila nie wątpiła, precyzyjny. Podobnie jak wygłoszona przezeń ocena jej osoby. Francis nie był głupi, a przy tym bardzo dobrze ją znał. Popatrzyła mu w oczy.

– Nie sądzisz chyba, że coś mi grozi.

– Ja to wiem. Ale nie oczekuję, że dostrzeżesz, jaki jest niebezpieczny… albo to przyznasz. – Wstał. – Twój wybór. Nie mogę cię do niczego zmusić. Wyjeżdżam do Londynu. Chcę, żebyś pojechała ze mną. – Uśmiechnął się do niej gorzko. – Żebym tak wiedział dlaczego. Może ty także jesteś moją trucizną.

Leila również z chęcią poznałaby odpowiedź na to pytanie, ale już lata temu zrezygnowała z prób zrozumienia męża. Popełniła błąd, poślubiając go, ale znalazła na to sposób. Niewykluczone zresztą, że spotkałyby ją o wiele, wiele gorsze rzeczy, gdyby Francis nie uratował jej w Wenecji. Aktualnie, dzięki Andrew Herriardowi, miała zapewnione finansowe bezpieczeństwo. Choć była kobietą, zdobywała szacunek jako artystka. Znalazła przyjaciółkę w Fionie. Praca sprawiała jej prawdziwą przyjemność. Ogólnie rzecz biorąc, była szczęśliwsza niż większość znanych jej dam, mimo małżeństwa z beznadziejnym rozpustnikiem. On zaś… no cóż, był dla niej tak dobry, jak tylko potrafił.

Tak czy owak, nie ośmieliłaby się mieszkać w Paryżu, czy w ogóle gdziekolwiek, bez męża. Wiedziała też, że on, bez względu na to, co twierdził, nigdy nie zgodziłby się, by została tu sama.

– Jeśli naprawdę zdecydowałeś się jechać – odezwała się ostrożnie – oczywiście pojadę z tobą.

Jego uśmiech złagodniał.

– To nie jakiś kaprys, wiesz? Mówię poważnie. Londyn. Do końca tygodnia.

Zdławiła okrzyk. Koniec tygodnia – trzy porzucone zlecenia… powiedziała sobie jednak, że zdobędzie nowe.

Nie będzie następnego hrabiego d’Esmonda. Nigdy nie będzie już takiej twarzy. Zarazem wyłącznie o to chodziło – obiekt do namalowania. I tak wątpiła, czy oddałaby mu sprawiedliwość.

Pomyślała, że bezpieczniej chyba nie próbować.

– Potrzebujesz więcej czasu? – zapytał Francis.

Pokręciła głową.

– Spakuję studio w dwa dni – powiedziała. – Jeden, jeśli mi pomożesz.

– Wobec tego pomogę. Im szybciej wyjedziemy, tym lepiej.

Rozdział 2

Londyn, 1828 rok

Jak się okazało, nie tylko francuscy arystokraci pragnęli uwieczniać swoje oblicza. Tydzień po tym, jak Beaumontowie ulokowali się w skromnej miejskiej rezydencji przy Queen’s Square, Leila znów pracowała i przez całą wiosnę, lato i jesień zlecenia napływały wartkim strumieniem. Praca nie zostawiała jej czasu na życie towarzyskie, ale kobieta i tak wątpiła, czy mogłaby na jakieś liczyć. Jej londyńscy klienci i znajomi obracali się w bardziej wyrafinowanych kręgach niż paryscy. Tutaj pozycja burżuazyjnej artystki była znacznie wątlejsza, a narastająca rozwiązłość Francisa bynajmniej nie służyła jej wzmocnieniu.

On miał mnóstwo przyjaciół. Angielskie klasy wyższe również produkowały rozpustników w nadmiarze. Aczkolwiek ci coraz mniej chętnie zapraszali Francisa do swoich domów oraz szacownych sal spotkań, by zasiadał do stołu i tańczył z ich kobietami. Skoro zaś towarzystwo nie zapraszało męża, nie mogło, z bardzo nielicznymi wyjątkami, zapraszać żony.

Leila była wszakże zbyt zajęta, żeby przejmować się samotnością, a trapienie się coraz gorszym zachowaniem Francisa uznała za próżny trud. Zresztą dzięki odcięciu od świata łatwiej przychodziło jej odseparować się od jego nałogów i podłości.

Myślała tak w każdym razie aż do dnia na tydzień przed Bożym Narodzeniem, kiedy to do jej studia wkroczył hrabia Sherburne, jeden ze stałych kompanów Francisa i mąż modelki do jej najnowszego portretu.

Portret lady Sherburne jeszcze nie wysechł. Leila ukończyła go tego ranka. Mimo to hrabia nalegał, że zapłaci za niego od razu – w złocie. Po tym obraz stał się jego własnością, z którą mógł zrobić, co zechce. Toteż Leili pozostało jedynie przyglądać się w niemym przerażeniu, kiedy zaczął z zimną furią kiereszować wizerunek żony szpilką do halsztuka.

Malarka szybko zrozumiała, że hrabia nie atakuje jej pracy, lecz swoją najwyraźniej niewierną żonę. Bez trudu wydedukowała, że to Francis przyprawił mu rogi, i nie musiała poznawać szczegółów romansu, by zdać sobie sprawę, że tym razem jej mąż przekroczył niebezpieczną granicę.

Pojęła także, z druzgoczącą jasnością, że mur między jej życiem a życiem jej męża również uległ naruszeniu. Zrażając do siebie Sherburne’a, Francis wystawił ją na niebezpieczeństwo… i znalazła się w pułapce. Jeśli z nim zostanie, jego skandale narażą na szwank jej karierę; gdyby wszakże od niego uciekła, mężczyzna gotów był ją zniszczyć. Wystarczyło, żeby wyjawił prawdę o jej ojcu, a byłaby zrujnowana.

Nigdy nie groził jej otwarcie. Nie było takiej potrzeby. Leila rozumiała jego zasady dostatecznie dobrze. Nie zmuszał jej, żeby z nim sypiała, ponieważ walkę z nią uważał za piekielną dokuczliwość. Mimo to stanowiła jego wyłączną własność; nie wolno jej było sypiać z kimkolwiek innym – i nie wolno jej było odejść.

Mogła jedynie wycofać się jak najdalej.

Nie wspomniała słowem o incydencie, licząc na to, że Sherburne’a z kolei nakłoni do milczenia duma.

Przestała malować portrety, wymawiając się przepracowaniem i potrzebą odpoczynku.

Francis, zagubiony w swoim zasnutym oparem alkoholu i opiatów świecie, niczego nie zauważył.

Na Boże Narodzenie podarował jej kolczyki z rubinami i diamentami. Posłusznie założyła je na godzinę, którą spędził w domu, po czym wrzuciła do szkatułki na biżuterię, gdzie dołączyły do kolekcji drogich, pozbawionych znaczenia świecidełek z poprzednich dziewięciu lat.

Sylwestra spędziła z Fioną w posiadłości w Kent, należącej do Philipa Woodleigha, jednego z dziesięciorga rodzeństwa przyjaciółki.

Wróciwszy do domu pierwszego dnia nowego roku, Leila usłyszała, jak Francis gniewnymi krzykami wzywa służbę, która dostała wychodne. Kiedy weszła na górę do jego pokoju, by mu o tym przypomnieć, bez wielkiego zaskoczenia odkryła, że jej mąż również hucznie świętował sylwestra – wnosząc z odoru zwietrzałych perfum, dymu i wina, który zaatakował ją od progu.

Przepełniona odrazą, opuściła dom i wybrała się na spacer, ulicą Great Ormond, następnie Conduit i dalej, mijając Foundling Hospital, przytułek dla sierot. Za jego rozległym ogrodem leżały obok siebie dwa cmentarze, przyznane odpowiednio parafii Świętego Jerzego Męczennika i parafii Świętego Jerzego w Bloomsbury. Nie znała ani jednej spośród spoczywających tu duszyczek. Dlatego właśnie przyszła. Ci mieszkańcy Londynu nie mogli jej niepokoić, choćby wspomnieniami. W minionych miesiącach uciekała tu wielokrotnie.

Wędrowała wzburzona między nagrobkami przez godzinę lub dłużej, kiedy odnalazł ją David. David Ives, markiz Avory, był dziedzicem księcia Langforda. Dwudziestoczteroletni, przystojny, bogaty i inteligentny, ku irytacji Leili należał do najbardziej oddanych popleczników Francisa.

– Żywię nadzieję, że nie ma mi pani za złe – zagaił, kiedy wymienili uprzejme powitania. – Gdy Francis powiedział, że poszła pani na spacer, odgadłem, że udała się pani tutaj. To z panią chciałem się zobaczyć. – Umknął spojrzeniem szarych oczu. – Żeby przeprosić. Obiecałem, że pojadę do Philipa Woodleigha, wiem.

Pojmowała, że była głupia, wierząc w tę bezwartościową obietnicę, łudząc się, że nowy rok sprawi, iż David również zacznie od nowa, wśród przyzwoitych ludzi… może pozna odpowiednią młodą damę lub chociaż mniej rozwiązłych przyjaciół.

– Pańska nieobecność mnie nie zaskoczyła – odparła sztywno. – Zabawa, jak na pańskie standardy, była mdła.

– Ja… źle się czułem – wyjaśnił. – Spędziłem wieczór w domu.

Poleciła sobie nie marnować współczucia na młodego próżniaka, głupca uparcie zmierzającego do autodestrukcji, ale serce i tak jej zmiękło, a co za tym idzie, złagodniało zachowanie.

– Przykro mi, że był pan chory – powiedziała. – Z drugiej strony, mojemu życzeniu mimo wszystko stało się zadość: przynajmniej raz nie spędził pan nocy z Francisem.

– Wobec tego życzyłaby pani sobie, żebym częściej niedomagał. Muszę pomówić z kucharką, żeby gotowała niestrawne posiłki.

Przeszła kilka kroków, potrząsając głową.

– Jest pan dla mnie ogromnym utrapieniem, Davidzie. Budzi pan we mnie instynkty macierzyńskie, a zawsze chlubiłam się tym, że ich nie posiadam.

– Proszę je zatem nazwać siostrzanymi. – Dołączył do niej z uśmiechem. – O wiele bardziej by mi to odpowiadało. Mniej rani męską dumę, rozumie pani.

– Zależy, jak na to spojrzeć. Nigdy na przykład nie widziałam, żeby Fiona dbała o męską dumę swoich braci. Dyryguje nimi, nawet lordem Norburym, najstarszym, podczas gdy matki nie słuchają ani trochę. – Posłała Davidowi spojrzenie pełne przygany. – W tym ujęciu wyraźnie bliżej mi do matki.

Jego uśmiech przygasł.

– Woodleighowie to nie przykład, lecz wyjątek. Wszyscy wiedzą, że lady Carroll jest faktyczną głową rodziny.

– A pan jest zanadto mężczyzną, żeby pochwalać taki stan rzeczy.

– Skądże znowu. – Zaśmiał się krótko. – Nie pochwalam jedynie tego, że mówi pani o Woodleighach, podczas gdy powinna ze mną flirtować. Znajdujemy się na cmentarzu. Czy istnieje miejsce, które odznaczałoby się bardziej chorobliwym romantyzmem?

Należał do tych nielicznych mężczyzn, z którymi gotowa była flirtować, ponieważ nic jej z ich strony nie groziło. Ani razu nie dostrzegła w tej przystojnej młodej twarzy najdrobniejszej choćby sugestii żądzy.

– Powinien pan już zdawać sobie sprawę, że artyści są najmniej romantycznymi ludźmi na świecie – stwierdziła. – Nie wolno mylić twórcy z dziełem.

– Rozumiem. Muszę zmienić się w kleks farby… albo, lepiej, w czyste płótno. Wówczas ukształtuje mnie pani, jak tylko zechce.

Tańczę z piękną kobietą, która nie odróżnia mężczyzny od sztalugi.

Zesztywniała, przypominając sobie ów niski, sugestywny głos, zderzenie, druzgoczącą świadomość męskiej siły… przytłaczającej… żar.

– Pani Beaumont? – dobiegł ją zmartwiony głos Davida. – Źle się pani czuje?

Odepchnęła od siebie tamto wspomnienie.

– Nie, nie, skądże. Po prostu zmarzłam. Nie zdawałam sobie sprawy, jak jest późno. Lepiej wrócę do domu.

* * *

Surrey, Anglia, połowa stycznia 1829 roku

Ismal zatrzymał się w wejściu do zatłoczonej sali balowej lorda Norbury’ego jedynie na moment. Tyle mu wystarczyło. Szybki rzut oka, żeby zlokalizować zwierzynę. Leila Beaumont stała niedaleko drzwi prowadzących na taras.

Nosiła suknię w kolorze rdzy, obrębioną ciemnym granatem. Przetykane złotem włosy, zebrane niedbale na czubku głowy, bez wątpienia właśnie się rozsypywały.

Ismal zastanawiał się, czy kobieta nadal używa tych samych perfum, czy skomponowała nowy zapach.

Nie był pewien, które rozwiązanie bardziej by mu odpowiadało. Kiedy chodziło o nią, nie potrafił się zdecydować, a to budziło w nim irytację.

Przynajmniej nie było jej odpychającego męża. Beaumont prawdopodobnie wił się w ramionach przesadnie wypacykowanej, nadmiernie wyperfumowanej ulicznicy – lub tonął w opiumowych snach w jakiejś londyńskiej spelunie. Wedle ostatnich raportów od czasu przenosin do Londynu jego gusta, podobnie jak ciało i intelekt, gwałtownie podupadły.

W pełni odpowiadało to oczekiwaniom Ismala. Odcięty od swojego brudnego małego imperium, Beaumont szybko się pogrążał. Nie miał już sprytu ani woli, żeby zbudować kolejne przedsięwzięcie w rodzaju Vingt-Huit. Nie od zera – a, za sprawą Ismala, jedynie takie rozwiązanie wchodziło w rachubę.

Delvina dyskretnie i doszczętnie zdemontował paryską organizację, którą Beaumont porzucił w takim pośpiechu. Rozmaite rządy nie musiały dłużej przejmować się tym zawikłanym problemem, a zwyrodnialec niech sobie gnije na śmierć.

Biorąc pod uwagę zrujnowane przez Beaumonta życia, cierpienie i strach, które spowodował, Ismal uważał za stosowne, żeby łajdak umierał wolno i boleśnie. Równie właściwe było, żeby skończył w ten sam sposób, w jaki zniszczył wielu innych ludzi – wskutek nałogu i związanych z nim chorób, pod wpływem trucizn trawiących umysł i ciało.

Żona to inna sprawa. Ismal nie spodziewał się, że opuści Paryż razem z mężem.

Ostatecznie małżeństwo to było jedynie formalnością. Beaumont sam przyznał, że nie spał z żoną od pięciu lat. Reagowała gwałtownie, wyjaśnił, kiedy jej dotykał. Zagroziła nawet, że go zabije. Traktował sprawę jako żart, mówiąc, że jeżeli mężczyzna nie potrafi zaciągnąć do łóżka jednej kobiety, wystarczy, że znajdzie inną.

Ismal skłonny był się z tym zgodzić, gdy mowa o pospolitym sorcie kobiet. Ale Leila Beaumont… ach, cóż, to ciekawa kwestia.

Podczas gdy Ismal dumał nad rzeczonym zagadnieniem, gospodarz prowadził go od jednej grupki gości do kolejnej. Poznawszy, jak się zdawało, kilkaset osób, Ismal pozwolił sobie na ponowne spojrzenie w kierunku drzwi na taras. Mignął mu rdzawy kolor, ale madame Beaumont była niemal niewidoczna. Otaczali ją mężczyźni. Jak zwykle.

Jedyną kobietą, którą kiedykolwiek widział dłużej u jej boku, była lady Carroll, ta zaś, jak poinformował go lord Norbury, nie przyjechała jeszcze z Londynu. Leila Beaumont dotarła poprzedniego dnia, z kuzynką lady Carroll.

Ismal zastanawiał się, czy madame już go wytropiła. Ale nie. Na drodze tkwił wielki czarnowłosy dureń.

Akurat kiedy Ismal życzył mu wizyty w Hadesie, potężny mężczyzna odwrócił się, żeby porozmawiać ze stojącym z boku znajomym, a wtedy spojrzenie Leili Beaumont powędrowało leniwie po sali balowej, minęło Ismala… cofnęło się… i dama zesztywniała.

Ismal się nie uśmiechnął. Nie zdołałby, choćby od tego zależało jego życie. Był zanadto świadom owego wstrząsu rozpoznania, który poczuł przez pół długości sali, oraz tumultu, jaki wywołało to w nim samym.

Opuścił swoją grupkę tak gładko, że prawie nie zauważono jego odejścia. Równie zręcznie poradził sobie z otaczającymi madame mężczyznami. Schlebiał im, nawet o tym nie myśląc, gawędził z tym i owym, aż przedostał się do środka grupki, gdzie stała Leila Beaumont, sztywno wyprostowana, z zadartą brodą.

Ukłonił się.

– Madame.

Odwzajemniła się szybkim, wściekłym dygnięciem.

– Monsieur.

Jej głos pulsował tłumionymi emocjami, kiedy przedstawiała go osobom stojącym najbliżej. Obfity biust również zaczął pulsować, gdy jej wielbiciele stopniowo, jeden po drugim, się wykruszali. Ona nie mogła uciec. Ismal przytrzymywał ją czczą towarzyską paplaniną, dopóki nie zostali we dwoje.

– Mam nadzieję, że nie odstraszyłem pani przyjaciół – powiedział, rozglądając się z udawanym zaskoczeniem. – Niekiedy zdarza się, że nieumyślnie kogoś obrażę. Chyba przez moją pożałowania godną angielszczyznę.

– Doprawdy?

Gwałtownie wrócił do niej spojrzeniem. Lustrowała jego twarz z przenikliwą koncentracją malarki.

Zrobiło mu się nieswojo, co go zirytowało. Nie powinien pozwalać sobie na takie odczucia, ale drażniła go od tak dawna, że ścierpł mu od tego umysł. W odpowiedzi także zmierzył ją wzrokiem, leniwym i palącym.

Na jej policzkach pojawiły się blade smugi różu.

– Mam nadzieję, że monsieur Beaumont miewa się dobrze? – zapytał.

– Tak.

– A pani praca rozwija się pomyślnie?

– Bardzo.

– Zadomowiła się już pani w Londynie?

– Tak.

Wściekłe monosylaby obwieszczały, że całkowicie wygonił z jej myśli malarstwo. Wystarczy, powiedział sobie. Uśmiechnął się.

– Życzy pani sobie, żebym poszedł do diabła?

Róż nabrał głębi.

– Oczywiście, że nie.

Powędrował spojrzeniem w dół, na jej dłonie w rękawiczkach. Kciuk prawej ręki niespokojnie gładził nadgarstek lewej.

Podążyła za jego wzrokiem. Jej dłoń natychmiast znieruchomiała.

– Myślę, że życzy pani sobie, żebym poszedł do diabła, od chwili naszego pierwszego spotkania – stwierdził. – Zastanawiałem się nawet, czy to nie z mojego powodu uciekli państwo z Paryża.

– Nie uciekliśmy.

– A jednak niewątpliwie czymś państwa obraziłem. Wyjechali państwo bez słowa, choćby zwykłego adieu.

– Nie było czasu na pożegnania z kimkolwiek. Francis bardzo się… – W jej oczach zagościła nieufność. – Zdecydował się na wyjazd, a kiedy podejmie decyzję, nie znosi opóźnień.

– Obiecała mi pani portret – wyrzucił jej cicho Ismal. – Spotkało mnie ogromne rozczarowanie.

– Spodziewałabym się, że otrząśnie się pan z niego do tej pory.

Przystąpił o krok bliżej. Nie poruszyła się. Splótł dłonie za plecami i nachylił głowę.

Znalazł się na tyle blisko, by wychwycić jej zapach. Ten sam. Nie zmieniło się również napięcie między nimi: pociąg… i opór.

– Mimo to portret, śmiem twierdzić, wystarczy za powód mojego przybycia do Anglii – rzekł. – Tak w każdym razie powiedziałem pani czarującej przyjaciółce, lady Carroll. Ona zaś ulitowała się nade mną, jak pani widzi. Nie tylko zaprosiła mnie, żebym dołączył do jej rodziny i gości w tym malowniczym miasteczku, ale poleciła też jednemu z braci towarzyszyć mi, bym nie zgubił drogi.

Uniósł głowę. W jej złotawobrązowych oczach dojrzał kotłowaninę emocji – złość, niepokój, wątpliwości… i coś jeszcze, nie tak prostego do odczytania.

– Tak. Cóż. Wygląda na to, że Fionie nie udała się ta sztuka. Powinna tu być od wielu godzin.

– Istotnie szkoda, gdyż ominą ją tańce. Już zaczynają grać. – Rozejrzał się. – Oczekiwałem najazdu angielskich dżentelmenów poszukujących partnerki do pierwszego tańca. Jednakże nikt nie nadciąga. – Odwrócił się znów ku niej. – Z pewnością ktoś panią poprosił?

– Znam swoje ograniczenia. Jeśli zacznę teraz, nie dotrwam do końca wieczoru. Zarezerwowałam tylko cztery tańce.

– Pięć – powiedział, wyciągając rękę.

Wbiła w nią wzrok.

– Później… może.

– Później mnie pani zbędzie. Będą panią bolały stopy. Będzie się pani czuła zmęczona. Poza tym mnie także może dopaść zmęczenie, wtedy zaś… a nuż pomylę krok. Raz mi się to przydarzyło, jak pamiętam… i nigdy więcej z panią nie zatańczyłem. – Zniżył głos. – Chyba nie każe mi pani się do niej przymilać?

Przyjęła jego dłoń.

* * *

– Dziś rano? – powtórzyła Fiona. – Nie mówisz poważnie. Nie spędziłaś tu nawet dwóch dni. A ja dopiero co przyjechałam.

– Trzeba było zjawić się wcześniej. – Leila wrzuciła do walizki suknię w kolorze rdzy.

Znajdowały się w przydzielonej jej sypialni. Minęła dopiero ósma rano, a przyjęcie trwało nieomal do świtu, ale Leila czuła się wypoczęta. Spała jak zabita. Żadne zaskoczenie. Kładła się tak wyczerpana, jakby spędziła pięć lat na ciężkich robotach – z d’Esmondem jako bezwzględnym nadzorcą. Cały wieczór przypominał bitwę. Prawdę mówiąc, wolałaby otwartą walkę, prawdziwą broń. Jak mierzyć się z cieniem, insynuacją, sugestią? Jak on to robi, że na pozór zachowuje się jak dżentelmen, a jednak wydaje się to dziwnie nieprzyzwoite?

Fiona usiadła na łóżku.

– Uciekasz przed d’Esmondem, zgadza się?

– Tak się składa, że owszem.

– Jesteś głupia.

– Nie radzę sobie z nim, Fiono. On mnie przerasta. Przerasta wszystko. Francis miał rację.

– Francis to zapity degenerat.

Leila zwinęła halkę w kulkę i upchnęła w rogu walizki.

– Nie jest głupi, zwłaszcza gdy chodzi o ludzi.

– Zżera go zazdrość, ponieważ d’Esmond reprezentuje wszystko, czym Francis nie jest… a na pewno już nie będzie. Ten łajdak na ciebie nie zasługuje, nigdy nie zasługiwał. Nie musisz być wobec niego lojalna. Już dawno powinnaś była wziąć sobie kochanka.

Leila rzuciła przyjaciółce zabójcze spojrzenie.

– A ty wzięłaś?

– Nie, ale tylko dlatego, że nikogo odpowiedniego nie znalazłam. Nie przesądziła o tym żadna idiotyczna zasada.

– Nie będę niczyją dziwką.

– Dziwka to słowo wynalezione przez mężczyzn – orzekła Fiona. – Zastrzeżone dla kobiet. Mężczyzna jest lwem salonowym, libertynem. Jakże chwacko to brzmi. Ale kobieta, która zachowuje się w taki sam sposób, staje się dziwką, kokotą, ladacznicą… do licha, lista ciągnie się bez końca! Kiedyś policzyłam. Wiesz, że angielski zawiera dziesięć razy więcej przykrych określeń na gustującą w przyjemnościach kobietę niż na jej męski odpowiednik? To daje do myślenia.

– Nie mam potrzeby o tym myśleć. Nie życzę sobie o tym myśleć. Nie obchodzą mnie te słowa. Nie zniżę się do poziomu Francisa.

Fiona westchnęła.

– Ze swym uroczym hrabią nie dotarłaś nawet do etapu flirtu – tłumaczyła cierpliwie. – A on nie zaciągnie cię do łóżka siłą, kochana. Zapewniam cię, że mój brat prowadzi szacowny dom i możesz zostać tu zgodnie z planem cały tydzień bez najmniejszych obaw, że ktoś zrobi z ciebie białą niewolnicę.

– Nie. Rzecz w tym…. On jest podstępny. Nie umiem… och, jak mam to wytłumaczyć? – Leila odgarnęła włosy z twarzy. – Nie widzisz tego? Francis miał rację, jak zwykle. D’Esmond robi coś ludziom. Coś jak… och, nie wiem. Mesmeryzm.

Fiona uniosła brwi.

Leila nie mogła jej winić. Oczywiście, że brzmiało to jak szaleństwo. Usiadła na łóżku obok przyjaciółki.

– Postanowiłam, że z nim nie zatańczę – wyjaśniła. – Była to ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę. A potem… och, wiem, że wydaje się to śmieszne, ale takie nie było. Zagroził, że… że zacznie się do mnie przymilać.

– Przymilać – powtórzyła Fiona głosem bez wyrazu.

Leila przytaknęła.

– I natychmiast właśnie to stało się ostatnim, na co miałam ochotę.

Opuściwszy wzrok, odkryła, że pociera nadgarstek kciukiem. Zmarszczyła brwi. Zauważył nawet ten szczegół. Nic mu nie umykało, nie miała co do tego wątpliwości. Najmniejszy drobiazg. Wywnioskował z niego, że Leila czuje się niepewnie, co zresztą wykorzystał. Zagroził, że będzie się do niej przymilał, ponieważ wiedział – ten drań  w i e d z i a ł  – że obawiała się, iż otumani ją jeszcze bardziej.

– Moim zdaniem wcale nie chodzi o d’Esmonda – orzekła Fiona. – Masz zszargane nerwy, a to wina Francisa, w większej części, no i przepracowania, jak sama przyznałaś parę tygodni temu.

– Poczynania Francisa nie dotykają mnie w najmniejszym stopniu. Gdybym zważała na jego nastroje, oszalałabym. Wiem jednak, że to wina opiatów i alkoholu, toteż je ignoruję. To on ma zszargane nerwy. Dopóki trzyma się z dala od mojego studia, może sobie demolować dom do woli. Praktycznie go nie widuję, a służba jest dobrze opłacana, żeby po nim sprzątać.

– Mimo to wolisz tam wrócić? Kiedy mogłabyś mieć hrabiego d’Esmonda na jedno skinienie małym palcem?

– Mocno wątpię, czy monsieur przychodzi na wezwanie jakiejkolwiek kobiety. Raczej odwrotnie, podejrzewam. Robi tylko to, co zechce.

Leila wstała i wróciła do pakowania.

Pomimo nieustających protestów Fiony uporała się z zadaniem w pół godziny. Niewiele później wsiadła do wynajętego powozu i ruszyła do Londynu.

Do domu dotarła wczesnym popołudniem. Przebrała się w starą suknię dzienną, założyła fartuch i wkroczyła do studia. Dopiero wtedy dała upust zamętowi, który szalał w niej od chwili, gdy wytropiła d’Esmonda w sali balowej Norbury House.

Na szczęście nie musiała podejmować decyzji, czym się zająć. Przed wyjazdem skomponowała martwą naturę, której pod jej nieobecność nikt nie dotykał. Dwoje służących wchodziło do studia posprzątać wyłącznie na wyraźne polecenie.

Stos butelek, słojów i kieliszków sprawiał wrażenie przypadkowego bałaganu, ale stanowił idealne ćwiczenie malarskie. Należało spojrzeć, całkowicie się skoncentrować i malować tylko to, co się widzi.

Spojrzała, skoncentrowała się, wymieszała kolory i namalowała… twarz.

Znieruchomiała, z niedowierzaniem wpatrując się w płótno. Widniała na nim twarz mężczyzny, przed którym uciekła.

Z łomoczącym sercem zdrapała farbę szpachelką i zaczęła od nowa. Raz jeszcze skoncentrowała się na temacie – i raz jeszcze pojawiła się twarz.

Wiedziała dlaczego. Twarz d’Esmonda prześladowała ją, ponieważ mężczyzna stanowił zagadkę. Intuicyjnie czytała z twarzy, lecz nie w jego przypadku.