Strona główna » Obyczajowe i romanse » Winne Wzgórze. Nadzieja

Winne Wzgórze. Nadzieja

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66201-55-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Winne Wzgórze. Nadzieja

Na Winnym Wzgórzu zapanował spokój. Niestety tylko przez chwilę.
Dorota niemal całkowicie utraciła zaufanie do męża. Gdyby nie dzieci i wspólna restauracja, z pewnością odeszłaby od niego.
Liliana wspiera Wiktora po śmierci jego żony. Szybko orientuje się, że kobieta nie do końca odeszła. Obecna jest w każdej minucie ich wspólnego życia.
Tadeusz nie wie, jak się zachować wobec odnalezionej po latach rodziny. Radość miesza się z żalem, że przez tyle lat był oszukiwany.
Czy nadzieja pozwoli wyprostować życiowe drogi bohaterów?

Polecane książki

Poradnik, który ma pomóc w lepszym poznaniu i zrozumieniu psów. Zofia Zaniewska i Piotr Wojtków, zawodowi trenerzy i behawioryści psów, pokazują, jak łączyć naukę, trening i jednocześnie zwracać uwagę na emocje i nastroje psa. Dzięki dobrej więzi między opiekunami a psem staje się on mniej podat...
Autorki prezentują zagadnienia dotyczące zarządzania samorządem terytorialnym, jego partnerstwem z otoczeniem, polityką komunikacji i finansowaniem przedsięwzięć. Wskazują na ścisłe powiązanie poruszanych tematów. Zadaniem samorządów jest działanie w obszarze zaspokajania potrzeb społe...
Mateusz Brosman, znany aktor i komik, zostaje wiceministrem kultury. Tym samym wydaje się, że powinien porzucić dotychczasowe, dla wielu ludzi niepoważne życie i stać się odpowiedzialnym człowiekiem. Okazuje się jednak, że z roli komika nie wychodzi się tak łatwo. Tym bardziej że Mateusz zupełni...
Terri i Nick, wieloletni przyjaciele, postanawiają sobie pomóc. Ona marzy o dziecku, on potrzebuje syna – swego spadkobiercy. Ze względów praktycznych biorą ślub, a rozwód mają wziąć dopiero po narodzinach dziecka. Nawet nie podejrzewają, że seks, choćby w celu prokrea...
Ostatni tom znakomicie przyjętej przez czytelników serii „Kroniki Wardstone”. „On jest siódmym synem siódmego syna. Nazywa się Tom Ward i jest moim darem dla Hrabstwa. Kiedy dorośnie, wyślemy wam słowo. Wytrenuj go dobrze. Będzie najlepszym uczniem, jaki kiedykolwiek był, będzie również ostatnim”. B...
Rocznicowa publikacja upamiętniająca stulecie śmierci Manfreda von Richthofena (1892—1918), znanego jako Czerwony Baron najsłynniejszego pilota I wojny światowej. Na książkę składa się sześć tekstów autorstwa polskich i niemieckich historyków oraz biografów Richthofena, ukazujących postać lotnika za...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Dorota Schrammek

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana wjakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Zdjęcie na okładce

© detailblick-foto | stock.adobe.com

Redakcja

Justyna Nosal-Bartniczuk

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji eletronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice2019

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2018

ISBN 978-83-66201-55-2

Powieść dedykuję moim kochanym Czapliniankom

Rozdział 1. Dni złe zwodziły mnie

Dorota zerknęła na budzik i szybkim ruchem go wyłączyła. Od pewnego czasu budziła się parę minut przed dzwonkiem, jakby miała wbudowany wewnętrzny zegar. Były wakacje, więc mogła spać do woli, zamiast pospiesznie wstawać. Nie musiała zawozić synów do szkoły oraz pędzić do pracy, a jednak nie potrafiła bezczynnie wylegiwać się w pościeli i delektować porannym spokojem. Nigdy nie była zwolenniczką długiego spania. Uważała, że traci przez to dzień. Zresztą chłopcy, których w trakcie roku szkolnego ciężko zwlekało się z łóżek, podczas wakacji wstawali zaraz po szóstej, wyspani, wypoczęci, gotowi aktywnie spędzić kolejne godziny na beztroskiej zabawie i braterskich przekomarzaniach. Jakby chcieli wykorzystać cały wolny dzień od rana do nocy. Początkowo Dorota irytowała się, ale doszła do wniosku, że nie ma powodu. Po prostu chcą biegać za piłką, jeździć na rowerze, oglądać filmy i pędzić nad jezioro. Przecież to ich prawo, przywilej beztroskiego dzieciństwa. Gdy ona była w wieku synów, robiła to samo. Coraz częściej tęskniła za tamtymi czasami. Za momentami, w których jej jedynym zmartwieniem było to, czy bawić się lalką czy misiem, być w zabawie mamą czy nauczycielką. To już nie wróci.

Odsunęła kołdrę i wstała z łóżka. Nawet nie spojrzała w kierunku śpiącego Arka. Wiedziała, że zerwie się krótko po siódmej, a to oznaczało ponad godzinne sam na sam ze swoimi myślami. Nawet jeśli zaraz obudzą się chłopcy, prawdopodobnie zajmą się oglądaniem porannych bajek w telewizji. Ona będzie miała czas na niespieszną kawę.

Kroki, a właściwie wyścigi obu usłyszała, gdy opuszczała łazienkę. Weszła do kuchni i nalała wody do czajnika, doskonale wiedząc, ile potrzeba do przygotowania dzbanka herbaty. Od lat robiła to samo: zagotowywała wodę, wrzucała dwie saszetki i przygotowywała litr złocistego napoju. Dzieci i Arek nie wyobrażali sobie poranka bez herbaty. Zazwyczaj dodawała soku z cytryny, jesienią i zimą zamieniając go na malinowy, który nie tylko doskonale smakował, ale przede wszystkim wzmacniał odporność. Zdrowie rodziny było dla niej najważniejsze. Przynajmniej zdrowie chłopców.

Zajęła się czymś, by przypadkiem nie pomyśleć o mężu. Nigdy nie sądziła, że będzie traktować niegdyś bliskiego sobie człowieka z taką obojętnością. Nadal darzyła Arka uczuciem, ale nie było ono tak silne jak kilka miesięcy temu. Nie wiedziała, czy to jest miłość, czy raczej przywiązanie do osoby, z którą spędziło się znaczną część życia. I choć sprawa wypadku w Białogardzie się wyjaśniła, to w Dorocie został ogromny żal. Czuła urazę do męża, że trzymał w tajemnicy ważne kwestie związane z restauracją. Na szczerość zdobył się na szpitalnym łóżku. Los ponownie zatoczył koło.

Arek po wypadku spędził parę dni na obserwacji. Zupełnie jak przed laty. Wtedy tkwiła przy nim cały czas, zatrwożona o jego zdrowie. Poruszyła niebo i ziemię, zrezygnowała z myślenia o sobie, żeby tylko on poczuł się lepiej. Modliła się, zaklinała rzeczywistość, przekonywała Boga, że dzieciom i jej potrzebny jest zdrowy ojciec oraz mąż. Pan wysłuchał, dał im szansę. A tu kolejny wypadek, w dodatku w początkowo niezrozumiałych okolicznościach. Kilka godzin po zdarzeniu, gdy odwiedziła Arka w szpitalu, doznała déjà vu. W tej scenie jednak ona wyglądała zupełnie inaczej: zgasł blask w oczach żony widoczny kilka lat temu, zniknęła wola walki o sprawność męża przejawiająca się w ruchach, gestach oraz słowach. Wszystko to zastąpiła obojętność.

– Jak się czujesz? – pytała Arka. Nie patrzyła mu w oczy.

Starał się odpowiadać tak, jak lubiła. Próbował udobruchać ją słowami, opowiadając wszystko dokładnie, a to – zamiast zainteresowania – zaczynało budzić w niej irytację. Krążyła po pokoju, poprawiała żaluzje w oknie, przerzucała kanały w przymocowanym do ściany telewizorze, jakby to było ważniejsze od poturbowanego męża. Nie rozumiał, skąd jej zachowanie. Przecież powiedział Dorocie, że z Karoliną nic go nie łączy ani nie łączyło. Nawet nie wiedział, że kobieta jest w ciąży.

Menedżerka odzyskała przytomność dwa dni po wypadku. Dorota chciała ją odwiedzić, ale lekarze się nie zgodzili, twierdząc, że pacjentka jest w złym stanie psychicznym, co wyklucza wizyty. Mimo wszystko Dorota kilkakrotnie krążyła pod jej pokojem, wyczekując momentu, kiedy kobieta będzie sama. Chciała zadać Karolinie nurtujące ją pytania. Rozważała, czy ma zagadnąć wprost. Co miałaby powiedzieć? „Proszę o potwierdzenie informacji, że nie była pani kochanką mojego męża. Proszę zapewnić mnie, że dziecko, które pani straciła, nie było jego”. I co? Poczuje wtedy ulgę? Nie! Zadanie tych pytań byłoby niehumanitarne.

Musiała zaufać mężowi. Miała wątpliwości, ale po prostu powinna przyjąć to, co jej powiedział. W dniu, w którym opuszczał szpital, przez trzy kwadranse siedziała w poczekalni, czekając na wypis. Wykonywano ostatnie badania. Siedziała na skraju ławki, tuż za nią korytarz skręcał w lewo. Tam też ciągnęły się gabinety lekarskie i siedzieli pacjenci. Nie było jednak widać ich zza węgła.

Zirytowana długim oczekiwaniem, Dorota mimowolnie słuchała odgłosów dobiegających z drugiej części poczekalni. Ktoś pozwolił sobie na zbyt głośno przeprowadzoną rozmowę telefoniczną.

– Ona nie ma szczęścia… – wzdychała jakaś kobieta. – A już myślałam, że przy tym sportowcu ustatkuje się trochę. Karolinie rodzina nie jest pisana.

Dorota nastawiła uszu, słysząc znajome imię.

– Tymczasem taka tragedia… – kontynuowała nieznajoma do aparatu. – Nawet nie wiedziałam, że była w ciąży! Co? Piąty miesiąc! Nic, naprawdę nic nie było widać. Nie domyślałam się kompletnie. Karolina nie przybrała na wadze i nie wymiotowała. Mam żal, że nie zwierzyła się mnie… matce. O tym sportowcu także dowiedziałam się przypadkiem. Któraś z jej koleżanek spytała o niego. Tak to już jest, że w pewnym wieku mamie nie mówi się wszystkiego. Przyznam, że babcią chętnie już bym została. Karolina nie potrafi jednak zakochać się na dobre. Ciągle wybiera niewłaściwych mężczyzn. Gdy zaczęła pracę w tej restauracji, nieustannie mówiła o szefie. Myślałam, że znowu się w kolejnym zadurzyła. Wiesz, pan Arek to, pan Arek tamto… Suszyłam jej głowę, że w małym miasteczku nie powinna wikłać się w romans. Odpowiadała lekceważąco, że szef nie jest w jej typie. Po co pojechała w tę podróż z nim, nie mam pojęcia.

Dorota drgnęła, gdy drzwi sekretariatu się otworzyły.

– Tu jest wypis pani męża. – Pielęgniarka podała jej dokumenty. – I recepta na leki przeciwbólowe. Proszę po tygodniu przywieźć pacjenta na kontrolne badania do chirurga. W zabiegowym ściągniemy wtedy resztę opatrunków.

Droga do domu minęła małżeństwu w milczeniu. Kolejne dni także upływały niemal w ciszy.

Po wizycie, gdy wszystko okazało się w jak najlepszym porządku, kobieta nalała sobie kieliszek wódki, wypiła go duszkiem i przypuściła lawinę pytań.

– Muszę znać całą prawdę – zażądała. – Chcę wiedzieć, po co jeździłeś do Kołobrzegu i po co brałeś Karolinę. Nie zasługuję na kolejne lawirowanie.

Mierzyła go takim wzrokiem, że Arek drżącym głosem zaczął opowiadać wszystko od początku. Nie patrzył jej w oczy.

– Czyli restauracja nie jest nasza. Dobrze zrozumiałam? – przerywała mu od czasu do czasu, wtrącając pytania.

– Nie jest. Nabyliśmy lokal za odstępne. Oznacza to, że ma właściciela, a my tylko dzierżawimy. Umowa była jednak tak skonstruowana… Byłem przekonany… Wiem, powinienem wziąć prawnika, a nie udawać, że pozjadałem wszystkie rozumy, ale… Wierz mi, chciałem jak najlepiej dla naszej rodziny. Chciałem pokazać, że coś potrafię, że mogę prowadzić własny biznes.

Dorota roześmiała się szyderczo i nalała sobie kolejny kieliszek wódki. Ponownie wypiła duszkiem. Arek nie odważył się zwrócić jej uwagi, że nigdy w taki sposób nie piła alkoholu i za chwilę będzie na sporym rauszu.

– Co dalej? – spytała.

Opowiedział o piśmie, w którym właściciel zapowiadał trzykrotne podniesienie czynszu. Wspomniał o Karolinie, która usłyszawszy o problemie, zaproponowała kontakt z zamożnym znajomym.

– Dlatego tam pojechaliśmy – dodał na zakończenie. – A w drodze powrotnej wydarzył się ten wypadek. Z przeciwka na nasz pas wyskoczył samochód. Kierowca wyprzedzał na trzeciego. Musiałem ratować się, uciekając do rowu. Nie było najmniejszych szans na inną reakcję.

Dorota chwyciła za kieliszek i nalała wódki po raz trzeci. Powoli zaczynało się jej kręcić w głowie. Piła na pusty żołądek.

– Jak to jest, że kompletnie obca kobieta, twoja podwładna, wiedziała o całej sytuacji z restauracją, a ja nie? Jakim prawem z nią konsultowałeś ważne kwestie, pomijając we wszystkim żonę? Rozumiem, że wkład, jaki był z mojej strony, okazał się niewystarczający. To, że zgodziłam się, aby na restaurację poszły całe nasze oszczędności, jest nieistotne. Popatrz mi prosto w oczy i powiedz, dlaczego tyle czasu zatajałeś wszystko przede mną!

Nie mógł spojrzeć. Odwrócił głowę w drugą stronę, by Dorota nie widziała łez. Co miałby powiedzieć? Że wstydził się przed małżonką swojego nieudacznictwa? Że nie zniósłby jej wzroku pełnego zawodu? To dla niego najgorsza kara.

– Od dzisiaj chcę mieć wgląd we wszystko, co dotyczy restauracji – zarządziła, wstając. Zachwiała się lekko. Wypity alkohol zrobił swoje. – Chcę wiedzieć o każdej decyzji, nawet jeżeli chodzi o zakup butelki coca-coli. Od jutra zabieram się za przeglądanie dokumentów. Nie interesuje mnie, co powiedzą pracownicy, bo nie ufam ci za grosz. A teraz dobranoc!

Realizację planu zaczęła już następnego dnia. Dopóki trwał rok szkolny, przyjeżdżała do restauracji zaraz po zamknięciu biblioteki. Obu synów sadzała w rogu niewielkiego gabinetu Arka, a sama pochylała się nad dokumentami. Wertowała zarówno te dotyczące spraw urzędowych i notarialnych, jak i faktury, listy zamówień oraz zrealizowanych zakupów. Pewne rzeczy wynotowywała, dodając przy nich tylko sobie zrozumiałe symbole. Nie rozstawała się z plikiem kartek. Przeglądała je w każdej wolnej chwili, jakby układając w głowie zapisane informacje.

Dla Arka to była droga przez mękę. Dorota niemal nie rozmawiała z nim, ograniczając się do spraw związanych z dziećmi i ewentualnych pytań o restaurację. Nie było wspólnych wieczorów spędzonych na oglądaniu telewizji, bo nawet gdy mąż wracał wcześniej do domu, to wyjeżdżała żona, by sprawdzić coś w restauracji. Naturalnie, że próbował zagajać rozmowę, ale Dorota nie kontynuowała tematu. Spali razem w małżeńskim łóżku w sypialni, jednak na każdą próbę jego dotyku reagowała odsuwaniem się. Miał wrażenie, że robi to ze wstrętem. Ten stan utrzymywał się od kwietnia.

Pewnego czerwcowego ranka Dorota stanęła w oknie, delektując się smakiem gorącej kawy. Spoglądała na ogród, który rozkwitł pełnią barw i aromatów. Pomyślała, że nim słońce będzie wysoko, musi podlać rośliny. Gdy zrobi to zbyt późno, zaparzą się. Teraz jednak ma jeszcze chwilkę dla siebie. Włączyła radio stojące na kuchence mikrofalowej. Przy muzyce zawsze lepiej jej się rozmyślało. Usłyszała głos Zbigniewa Wodeckiego. Uwielbiała go słuchać.

Dni złe zwodziły mnie

Na krętych dróg rozstaje,

We mgle gubiłem się…

Otarła spływającą po policzku łzę. Dość! Najwyższy czas przestać się gubić, a kręte drogi zamienić na dwupasmową autostradę. Najwyższy czas podjąć konkretne decyzje!

Rozdział 2. Malowane na niebiesko okiennice

Liliana z zadowoleniem popatrzyła na efekt porannej pracy. Cieszyło ją, że nie poddała się lenistwu, tylko wyskoczyła z łóżka i zabrała się do tego, co obiecała babci. Dała słowo już dobrych kilka tygodni temu, ale ciągle wynajdywała wymówki, aż nadszedł dzień, w którym nie miała jak wytłumaczyć swojej opieszałości. Wyszła z pościeli i narzuciła roboczy fartuch staruszki używany do prac w obejściu – tak nazywała podwórze i najbliższą okolicę. Chwyciła zardzewiały pojemnik z farbą. Jeszcze niedawno wyszukiwała argumentów, by nie podjąć się tej pracy.

– Babciu, to jest stare! – tłumaczyła, wskazując na puszkę, z której zeszła etykieta. – Nie wiadomo nawet, jaki kolor jest w środku.

– Owszem, kupowane dawno, ale wtedy produkty były lepszej jakości – odpierała atak staruszka.

– Otworzę, a opary mnie zabiją!

– Wątpię. Pewnie wszystko wywietrzało.

– To znaczy, że farba nie nadaje się do użytku. Pojadę do sklepu i kupię nową.

– Takiego odcienia nie znajdziesz. – Babcia popatrzyła na wnuczkę. – Kiedyś nie było wyboru. Kolory komponowało się samodzielnie. W sklepie były podstawowe barwy, a ludzie, którzy chcieli czegoś innego, musieli wysilić się nieco. Tę farbę zmieszać z tą, tu dodać jeszcze trochę innej. Powstawały naprawdę wspaniałe efekty. Teraz mamy wszystko podane na tacy i niemal nie musimy się starać. Po co piec ciasto, skoro można je kupić? No właśnie, jeśli pomalujesz mi w końcu te okiennice, upiekę jabłecznik z papierówek. Susza jest, są maleńkie, ale na ciasto doskonale się nadadzą. Pomożesz nazbierać? Gdy we dwie się do tego zabierzemy, pójdzie szybciej.

Liliana skinęła głową, zgadzając się automatycznie. Jej myśli krążyły wokół czegoś kompletnie innego. Od kilku tygodni zastanawiała się, co począć z własnym życiem. Wiedziała, że nie wróci do korporacji, a żyć za coś musi. Tego, co odłożyła na koncie, wystarczy na kilka miesięcy na tym odludziu, ale co dalej? Nie przyznała się babci, że odwiedziła tutejszy urząd pracy. Poza sezonowymi ofertami w turystyce nie było nic. Rozmyślała, czy nie spróbować szukać pracy w Kołobrzegu lub w Koszalinie. To oznaczałoby jednak rozłąkę z babcią, a przecież z jej powodu trafiła na Winne Wzgórze.

Staruszka pod wpływem wnuczki nabrała więcej sił do życia. Przez kilka zimowych miesięcy była niemal uziemiona z powodu nogi. Teraz, gdy nastały naprawdę długie i piękne dni, wypuszczała się o lasce spory kawał od domu. Odwiedzała sąsiadów, zbierała zioła na łące, chodziła na stary niemiecki cmentarz i pieliła groby. Każdego dnia miała nowy cel i zadanie do wykonania. Lilę to cieszyło.

Wkrótce babcia zaczęła interesować się nowinkami technicznymi. Wnuczka wymusiła na niej obietnicę, że będzie nosiła przy sobie telefon komórkowy i użyje go w razie potrzeby. Gdy udawała się do sąsiadki, dzwoniła, że dotarła na miejsce, a potem że właśnie wychodzi do domu. Liliana zawoziła ją do pani Walentyny i czekała na sygnał, kiedy po babcię przyjechać. Gdy wnuczka wybierała się do sklepu do Czaplinka, staruszka mogła telefonicznie uzupełnić listę zakupów. To srebrne pudełeczko okazało się świetną pomocą.

Kiedyś komórka Liliany rozgrzewała się do czerwoności rozmowami prowadzonymi jedna za drugą. Teraz panowała kompletna cisza. Właścicielka kilka razy w ciągu dnia włączała podświetlenie ekranu i sprawdzała, czy nie przeoczyła jakiegoś połączenia. Niestety nikt nie usiłował skontaktować się z nią, kiedyś niezastąpioną osobą w korporacyjnym świecie, informowaną i bombardowaną o każdej porze dnia i nocy, w święta oraz w weekendy. Wtedy odnosiła wrażenie, że bez jej decyzji zawali się coś, że prezes będzie niezadowolony, a podwładni nie dadzą sobie rady. Praca była jej życiem. Życie stało się pracą. Teraz panowały kompletna pustka i cisza. Jakby w kilka tygodni po jej decyzji o rezygnacji z pracy nagle przestała istnieć. Na początku miała jeszcze nadzieję, że ktoś zreflektuje się, zatęskni za nią, doceni jej profesjonalizm i wkład, jaki włożyła w rozwój firmy, i powie: „Niech pani pracuje na swoich warunkach, a kiedy będzie mogła, wróci do nas”. Ale tak się nie stało. Trybik w korporacyjnej machinie został zastąpiony kolejnym.

Praca pracą, ale najbardziej przykre było jednak to, że Wiktor prawie się nie odzywał. Mieli ze sobą sporadyczny kontakt. Wiedziała, że od śmierci żony minęły zaledwie dwa miesiące i mężczyzna na pewno potrzebuje czasu, by oswoić się z nową sytuacją, ale czy ona rzeczywiście była nowa? Przecież kobieta od miesięcy przebywała w hospicjum. Wiktor wiedział doskonale, że żona nie opuści tego miejsca i tam dokończy żywota. Kontakt z Lilą po tym przykrym zdarzeniu ograniczył niemal do zera. Liliana powstrzymywała się przez ostatnie cztery tygodnie. Pewnie był zajęty pogrzebem, potem porządkowaniem rzeczy po zmarłej, kontaktem z rodziną – tak sobie tłumaczyła to milczenie. Jego gabinet w tym czasie był zamknięty. Przypadkowo w sklepie dowiedziała się, że doktor Matusz zaczął przyjmować pacjentów na nowo. Zadzwonić jednak nie zamierzał. W końcu kobieta wysłała esemesa:

Witaj! Czy wszystko u Ciebie w porządku? Pozdrawiam.

Odpowiedź przyszła po dwóch godzinach:

Tak, jest okej. Zadzwonię do Ciebie za kilka dni.

Zrobił to dopiero po kolejnych dwóch tygodniach. Rozmowa była sztywna.

– Jak sobie radzisz? – spytała Liliana.

– Tak, jak muszę – odparł zdawkowo. – Wstaję, idę do pracy, zajmuję się pacjentami.

– Mogę ci jakoś pomóc? – Zabrzmiało jak tekst z amerykańskiego tasiemca.

– Nie, dziękuję. Kiedyś to wszystko przejdzie, ale na razie emocje są świeże. Jak czuje się twoja babcia? – zmienił temat.

Dalsza część konwersacji dotyczyła staruszki. Wiktor nie zapytał, co u Liliany. Nie interesowała go jej praca, a właściwie brak zajęcia. Pożegnał się szybko, nie obiecując, że zadzwoni, przyjedzie, odwiedzi…

Spotkała go przypadkiem kilka dni później, gdy wybrała się do pralni. Zabijała czas i oczekiwanie na jakiekolwiek zajęcie, zabierając się za solidne porządki w domku babci i obejściu. Umyła wszystkie okna, najęła specjalistów do prania dywanów, wymiotła wszystko z szaf i ciężkie, grube rzeczy zawiozła do pralni w Czaplinku. Tam, stojąc przy ladzie, usłyszała za sobą znajomy głos. Wiktor jej nie zauważył. Podszedł do pracownika zajmującego się przyjmowaniem odzieży i przekazywał coś w szarych, długich workach.

– Dzień dobry. – Liliana podeszła do lekarza.

Drgnął, zaskoczony, słysząc jej głos.

– Dzień dobry! – Podał jej rękę. Nie przytulił, nie pocałował, przywitał się jak z każdym innym człowiekiem.

Patrzyli na siebie, nie wiedząc, jak prowadzić rozmowę.

– Masz czas na kawę? – Odważyła się zapytać.

– Niestety. Muszę biec na wizyty domowe. – Nie patrzył jej w oczy, nie była zatem pewna, czy mówi prawdę, czy po prostu podaje wymówkę. Po chwili odebrał kwitek i bez pożegnania niemal wybiegł z pralni.

Liliana spojrzała na parking, szukając wzrokiem jego samochodu. Po mieście poruszał się autem, a motor zostawiał na dłuższe dystanse. Czerwone audi wypatrzyła od razu. Czekała, aż Wiktor wsiądzie do samochodu i odjedzie. Nieoczekiwanie drzwi pasażera otworzyły się. Wysiadła młoda kobieta. Podeszła do lekarza, uśmiechnęła się, powiedziała coś, a potem go objęła. Wtedy Liliana wszystko zrozumiała. Nie kontaktował się, bo miał kimś innym zajęte myśli. Szybko znalazł pocieszenie po śmierci żony! Dlaczego to nie ona, Lila?! Przecież to jej… No właśnie: co jej? Obiecał cokolwiek? Oświadczył się? Zadeklarował miłość? Nic z tych rzeczy! Zabrał ją kilka razy na przejażdżkę, okazał bliskość, ale nic poza tym. Resztę dopowiedziała sama. Wyobraźnia podsuwała jej, że z tej relacji może wyjść związek. Była naiwna! Jakby niczego nie nauczyła ją sytuacja z pracą w korporacji! Nie powinno się nikomu ufać ani na nikim polegać! Jedynie na sobie!

Liliana z trudem otworzyła puszkę z farbą. Po pomieszczeniu gospodarczym rozszedł się mocny zapach. Podobno babcia kiedyś wynajmowała domek letnikom. Przez kilka lat przyjeżdżały do niej zaprzyjaźnione rodziny ze Śląska, by na lato zmienić otoczenie.

– Ale to było dawno – opowiadała staruszka. – Miałam wtedy krowę, kilka kur, dbałam o sad. Dla miastowych było to coś egzotycznego, gdy mogli napić się ciepłego mleka prosto od krowy, przecedzonego przez pieluchę założoną na wiadro. Dzisiaj, gdyby to zobaczył ktoś z sanepidu, miałabym masę kontroli na głowie.

Liliana rozglądała się po wnętrzu. Poniemieckie mury wydawały się w bardzo dobrym stanie. Wiedziała, że doprowadzono tu kanalizację. W niewielkiej kuchni stały zakurzone sprzęty. Obok była łazienka, z której nikt już nie korzystał. Kobieta weszła tam, aby sprawdzić coś, co przed chwilą zaświtało jej w głowie. Tak, dałoby się to tutaj wstawić… Oczami wyobraźni widziała wszystko nieco inaczej. Z roku na rok wprowadzałaby zmiany. Najpierw musi porozmawiać z babcią, czy w ogóle jest taka możliwość… Spontaniczny pomysł, który właśnie się narodził, domagał się realizacji.

Z malowaniem okiennic babci uporała się w ciągu dwóch godzin. Farba schła bardzo szybko. Jej zapach początkowo przyciągał różne latające stworzenia, ale gdy jedna z much przykleiła się na dobre, reszta jakby wyciągnęła wnioski i omijała z daleka odnawiane elementy. Liliana wyciągnęła z kieszeni telefon i zrobiła kilka zdjęć. Krwistoczerwone malwy posadzone tuż pod oknami prezentowały się uroczo. Cudownie odbijały się na tle niebieskich okiennic. W domku gospodarczym zamontowano identyczne. I tamte warto pomalować, pomyślała, tylko nieco później.

Wnuczka zagadnęła babcię, gdy siedziały na ganku po kolacji. W ciepłe czerwcowe dni wolały jeść na zewnątrz. Dodatkowych wrażeń dostarczały odgłosy natury. Słychać było skrzeczące mewy przelatujące w pobliżu jeziora. Dochodziły też odgłosy żurawi i cykanie świerszczy. Liliana nie wiedziała, jak zacząć rozmowę. Doszła do wniosku, że należy ruszyć temat prosto z mostu.

– Babciu, wiesz, że poszukuję pracy… – zaczęła.

– Wiem, kochanie. To przeze mnie straciłaś posadę.

– Babciu! Przestań mówić takie rzeczy! Nie straciłam, ale zrezygnowałam z niej sama – obruszyła się wnuczka.

– Ja tam swoje wiem… Gdyby nie moja ułomność, nie musiałabyś tu przyjeżdżać. Już jest lepiej, więc będziesz mogła wracać.

– Nie. Nie zostawię cię tutaj samej. Praca dla mnie się znajdzie.

– Tutaj? Ciężko o zajęcie dla osoby z takim wykształceniem!

– Wiem – przyznała Liliana. – Wpadłam na pewien pomysł. Tylko muszę wiedzieć, co ty na to.

Dziewczyna wyłuszczyła ideę, która narodziła się jej w głowie. Z każdą chwilą oczy seniorki robiły się coraz bardziej okrągłe.

– Naprawdę?! Przecież to cudowny pomysł!

– Czyli zgadzasz się?

– Tak! Mam nadzieję, że znajdą się chętni, bo ludzie teraz chcą wygód. Oczekują, że zapewni im się wszelkie atrakcje kulturalne i sportowe. Z tym może być u nas problem.

– Babciu, myślę, że są jeszcze osoby, które łakną ciszy i spokoju. Naprawdę. Jak myślisz, ile pokoi uda się tam przygotować?

Obie popatrzyły na domek od lat używany jako budynek gospodarczy.

– Hm, kuchnia i łazienka byłyby wspólne. Poza tym trzy pokoje na pewno. Z czasem największy możesz podzielić i mieć dodatkowy pokój.

– Babciu, musimy zacząć od formalności… – zawiesiła głos. – Podjedziemy jutro do wydziału budowlanego i zgłosimy roboty. Potem trzeba założyć działalność gospodarczą, spisać umowę dzierżawy pomiędzy nami…

– I tak miałam ci zaproponować, abyśmy spisały testament i miały wszystkie papiery z głowy. Ja już długo nie pożyję, a chciałabym, by wszystko przeszło w twoje ręce.

– Babciu, przestań opowiadać takie głupoty!

– Liluś… – Staruszka rzadko zwracała się do niej tak pieszczotliwie. – Przestań. Wiesz, że mam rację. Trzeba te sprawy uregulować. Po co dochodzić praw po mojej śmierci, skoro możemy to załatwić teraz? Jesteś ekonomistką i wiesz, że to dobre rozwiązanie.

– Ale tak nie można! To moja wina, bo przywołałam temat. Nie chcę, żebyś myślała o śmierci, a mnie postrzegała jako złaknioną twojego majątku wnuczkę.

– To przecież żaden majątek. – Staruszka machnęła ręką.

Przez pół wieczoru omawiały wszystkie istotne sprawy. Liliana kładła się do łóżka z głową pełną marzeń. Przez moment chwyciła za telefon, chcąc się z kimś podzielić emocjami, ale zrezygnowała z tego.

Rankiem obdzwoniła biura notarialne. Wolny termin udało się jej zarezerwować już na popołudnie. Na pierwszym spotkaniu wyznaczono kolejne, na które urzędnik przygotował niezbędne dokumenty. Nim minął tydzień, Liliana oficjalnie stała się właścicielką przekazanych w darowiźnie nieruchomości. Natychmiast zaczęła szukać ekipy do przeprowadzenia niezbędnych prac remontowych. Z tym był większy problem, ale udało się, bo fachowcy potraktowali zlecenie jako dodatkową fuchę. Przez tydzień pojawiali się popołudniami. Wiercili, kuli, wyrzucali gruz, szpachlowali, a potem malowali.

Liliana przejrzała sprzęt zgromadzony w domku. Na pewno należało kupić nowe łóżka, materace i pościel. Z uwagą przyjrzała się kredensowi wystawionemu na czas remontu na zewnątrz. Gdyby go dobrze wyczyścić i odmalować oraz usunąć pewne usterki, byłby niezłym dodatkiem do stylowego wnętrza. Niemal zabytkowym! Bardzo ostrożnie go dotykała, polerując niektóre fragmenty. Babcia miała rację. To, co zostało zrobione kiedyś, służyło przez lata.

Parę dni później Liliana sprzątała po robotnikach. Czyściła wnętrza, pucowała okna, myła podłogi, ścierała pozostałości po farbie, aż pozdzierała paznokcie. Postanowiła, że gdy zarobi pierwsze pieniądze, ponownie zadba o dłonie. No właśnie: gdy zarobi. Były momenty, gdy Lilianę ogarniały nieciekawe myśli. Na przygotowanie domku letniskowego wydała niemal wszystkie oszczędności. Babcia zadeklarowała, że w razie potrzeby dołoży wnuczce odpowiednią sumę, ale ona nie chciała brać nic od staruszki. I tak sporo od niej dostała. Dokupiła jeszcze proste łóżka, szafki nocne, kilka półeczek do powieszenia, aby ustawić na nich książki. Konto po wszystkich niezbędnych zakupach było prawie puste. Przejrzała zatem jeszcze babciny strych, znajdując na nim koszyki, stare patery i jakieś meble. Czyściła wszystko, malowała i zanosiła do domku letniskowego. Zrobiła zdjęcia, zamieściła kilka ogłoszeń i niecierpliwie oczekiwała na pierwszych wczasowiczów.

Po tygodniu nadal nie miała ani jednego telefonu w sprawie wynajmu.

Rozdział 3. Gdzie ta keja, a przy niej ten jacht

Tadeusz rozejrzał się po marinie. Kiedyś nawet nie wiedział o jej istnieniu. Nadal nie lubił długich spacerów, ale mniejsze odległości pokonywał z przyjemnością.

– Idziemy tam! – Dobiegł do niego zdyszany Kacperek. Wcześniej gnał za motylkiem, który uciekał mu na przydrożne klomby. Chłopczyk gonił od jednego do drugiego i niemal łapał kolorowego owada, kiedy ten w ostatnim momencie umykał spod maleńkich paluszków.

Spacerowali po ścieżce. Pół nawierzchni przeznaczono dla pieszych, drugą część dla rowerzystów. Mężczyzna rozglądał się co chwilę, chcąc w porę dostrzec zagrożenie. Niektórzy cykliści pojawiali się z nagła, jadąc niebezpiecznie szybko i narażając siebie oraz spacerowiczów. Kacperek okazał się wyjątkowo niepokorny. Był za mały, by rozumieć, co znaczą przepisy ruchu drogowego, i stosować się do nich. Jeżeli chciał pobiec za czymś, co przykuło jego uwagę, po prostu wyrywał się dziadkowi i pędził, ile sił w małych nóżkach. Każdy spacer z nim wymagał czujności.

Dziadek. Jakże dziwnie brzmiało to słowo. Nie tak dawno nawet w myślach mężczyzny się nie pojawiało. Bo niby dlaczego? To, że ma rodzinę, odkrył niedawno zupełnie przypadkowo. To było jak w filmie. Rozegrały się zdarzenia, w które ciężko uwierzyć w normalnym życiu. Pewnie by nie wierzył komuś, kto opowiadałby mu tę niesamowitą historię. Jak dziś pamiętał tamten wieczór, kiedy stanął w drzwiach mieszkania rodziny Kacperka. I po chwili się okazało: jego rodziny.

Gizelę rozpoznał niemal od razu. Naturalnie zmieniła się przez trzydzieści lat. Ostatni raz widział ją na studiach. Spodobała mu się na czwartym roku ta śliczna Polka z długimi włosami i niebieskimi oczami oraz cudowną figurą. Ubierała się modnie, miała zaraźliwy śmiech i przyciągała uwagę prawie wszystkich mężczyzn. Pamiętał, że uwielbiała aktywnie spędzać czas. Wędrowała po górach, urządzała rajdy i wycieczki dla studenckich grup, wyjścia do kina czy teatru. Ciągle była w ruchu. Jedna z najbardziej lubianych i sympatycznych studentek. Trochę trwało, nim spojrzała na Tadeusza przychylniejszym wzrokiem. Studia się skończyły, a on nie miał zamiaru podtrzymywać znajomości. Zresztą rzucił się w wir odkrywania Europy i świata. Nie w głowie mu były dłuższe związki, a już na pewno nie stały kierat. Używał życia, ile wlezie. Dopiero przy Monice się ustatkował.

Gizela kilka razy pojawiała się w jego wspomnieniach. Nie tylko dlatego, że miała nietypowe imię. Zapamiętał ją jako naprawdę piękną i atrakcyjną kobietę. Nie szukał jednak kontaktu z nią. Ona także nie.

– Dlaczego nie powiadomiłaś mnie, że jesteś w ciąży? – spytał tamtego wieczoru, kiedy po wielu latach zobaczył ją ponownie w Czaplinku. Siedzieli wszyscy na ogromnej rodzinnej kanapie zajmującej niemal pół głównego pokoju. – Przecież już wtedy wiedziałaś, że to ja jestem ojcem.

Gizela dochodziła do siebie po omdleniu. Małymi łykami popijała wodę ze szklanki, którą przyniosła jej wystraszona Sabina. Kacperek tulił się do niej i przerażonymi oczami badał twarze dorosłych. Nie rozumiał, co się dzieje i skąd to nagłe zamieszanie.

– To były czasy, gdy ciąża niezamężnej kobiety była powodem do wstydu – wyznała cicho. – Starannie do samego rozwiązania ukrywałam ją. Rodzice wiedzieli o wszystkim, choć poinformowałam ich dopiero wtedy, gdy brzuch był widoczny. Chciałam oszczędzić im gadaniny.

– Ludzie wiecznie o czymś gadają. – Tadeusz wzruszył ramionami, marszcząc brwi.

– W miasteczkach ludzkie języki skazują na społeczny ostracyzm – wyznała Gizela. – Mój tata piastował szanowane stanowisko. Był kierownikiem szkolnych warsztatów. Mama przez wiele lat pracowała w przedszkolu. Oboje mieli uznaną pozycję. I nagle ich córka po studiach ukończonych z najlepszą lokatą wróciła w ciąży i bez obrączki na palcu. Nawet nie wiedziałam, jakie nazwisko nosił chłopak, z którym zaszłam w ciążę. To pożywka dla społeczeństwa żądnego wrażeń i plotek. Rozumiesz?

Tadeusz przyglądał się jej uważnie.

– Tato przedsięwziął odpowiednie kroki. Wiedział, że od szkoły podstawowej kręcił się przy mnie syn jednego z sąsiadów. Kompletnie nie w moim typie. Ja żywiołowa, on spokojny. Ja nie usiedzę w miejscu, on domator. Ja czynna, on bierny. Był sporo starszy ode mnie. Nigdy nie miał dziewczyny. Odwiedzał tylko mnie. Graliśmy w szachy i w warcaby…

– Mnie też tata tego nauczył! – odezwała się Sabina nieoczekiwanie, ale pod wpływem wzroku matki zamilkła.

– Czyli twój sąsiad stał się ojcem, tak? – Tadeusz powoli wymawiał każde słowo.

– Był we mnie zakochany. Wiedział, że Sabina nie jest jego dzieckiem, ale nie było to dla niego przeszkodą. Z czasem wyznał, że przeszedł zapalenie jąder po niedoleczonej śwince, co spowodowało bezpłodność. Wzięliśmy cichy ślub. Tuż po porodzie sobie przypisał ojcostwo Sabiny. Zawsze się nią zajmował najlepiej, jak potrafił. Wstawał w nocy, żebym ja mogła nabrać sił na opiekowanie się nią w ciągu dnia. Prowadził na spacery, bawił się, z czasem uczył czytania, pomagał w lekcjach…

– Przejął moją rolę, której z powodu niewiedzy nie mogłem się podjąć. – Tadeusz podniósł głos.

Kacperek aż wzdrygnął się i zaczął płakać. Sabina przytuliła go mocno i szeptała do ucha uspokajające słowa. Po chwili zapanował spokój.

– Nie tylko ty tkwiłeś w niewiedzy. – Młoda kobieta spojrzała z wyrzutem na matkę.

Gizela wstała i zaczęła nerwowo krążyć po mieszkaniu.

– Córciu, a jak to sobie wyobrażałaś? Przemysław zajmował się tobą. Byłaś jego oczkiem w głowie, ukochanym dzieckiem. Poświęcał ci każdą chwilę, pamiętasz? Ludzie do dziś pamiętają twój rozdzierający płacz na pogrzebie, gdy niemal rzuciłaś się na trumnę. On towarzyszył ci od urodzenia!

– Bo mnie nie raczyłaś zapytać o zgodę – wtrącił Tadeusz. – Nie pozwoliłaś na to, żebym był ojcem. Ani nawet żebym zdecydował, czy chcę nim być!

– Jak to sobie wyobrażasz? Że jakimś cudem odszukuję cię, staję w drzwiach z brzuchem, z walizką, i mówię: „Od teraz będziemy rodziną”? A ty pewnie podskoczyłbyś z radości, klasnął w dłonie, chwycił koniak i przybiegł do mojego ojca, by ustalić termin ślubu. Zrobiłbyś to?!

Mężczyzna milczał.

– Na studiach zmieniałeś dziewczyny jak rękawiczki. Owszem, ja też uległam twojemu urokowi. Ale nie na tyle, żeby pomyśleć o tobie jak o partnerze do życia. Byłeś wolnym ptakiem, podczas gdy my tkwiliśmy w polskiej, szarej rzeczywistości. Ciebie pociągał świat, a ja nie opuściłabym kraju. Nie zrozumielibyśmy się. Jestem pewna, że nasz związek to byłoby jedno wielkie nieporozumienie.

Tadeusz nieznacznie skinął głową. Musiał przyznać jej rację. Miesiące krótko po zakończeniu studiów nie były dla niego czasem na ustatkowanie się. Zwiedzał, przeżywał, chłonął, sycił się światem. I pewnie nie zrezygnowałby z tego, gdyby Gizela poinformowała go o ciąży.

– Chyba masz rację – powiedział powoli. – Opowiedz mi jeszcze o Przemysławie. Chcę mieć pewność, że moja córka miała najlepszą opiekę.

Potoczyła się opowieść o zwykłym mężczyźnie, który z każdym dniem w towarzystwie dziecka stawał się coraz bardziej radosny i szczęśliwy. Czas niemal całkowicie poświęcał rodzinie.

– Mogłam realizować się w swojej turystycznej pasji. Wędrowałam po górach, organizowałam spływy, a jednocześnie pracowałam w wydziale promocji urzędu miasta. Ciężko mi było, gdy zmarł. To był zawał. Bardzo rozległy. Mój mąż trafił do szpitala za późno i odszedł po kilku godzinach. Pierwsze dni bez niego były dla nas szokiem. W domu panowała cisza. Bałyśmy się śmiać, powiedzieć coś głośniej… Sabina dłużej wychodziła z żałoby. Ja musiałam wrócić do codzienności. Zostałyśmy z jedną pensją, a renta po ojcu była niewielka. Ciągnęłam dwa, a potem trzy etaty, by dziecko miało wszystko. I chyba mi się to udało. Sabinka jeździła na kolonie, trenowała jeździectwo, regularnie uczęszczała na basen. Robiłam wszystko, by nie odczuła braku ojca. Tylko uczyć się zbytnio nie chciała. Jakby po śmierci Przemysława straciła chęć do dalszej edukacji. Z trudem przekonałam ją do sensownej szkoły średniej, bo miała ochotę po prostu iść do zawodówki.

– Nie miałam ochoty – wtrąciła Sabina, chcąc sprostować słowa matki. – Po prostu czułam, że bez opieki i pomocy taty nie poradzę sobie w innej szkole. A teraz okazuje się, że wcale nie był moim ojcem… – Spojrzała na Tadeusza.

Mężczyzna skulił się nieco w sobie, jakby nagle na jego ramiona spadł cały ciężar sytuacji. A to przecież nie jego wina, że przez tyle lat żył w błogiej nieświadomości, że gdzieś żyje jego dziecko. Zerknął na Sabinę. Toż to kobieta, a nie dziecko! Jak może o niej myśleć w takich kategoriach?

– Pójdę już – powiedział, podnosząc się. – Porozmawiajcie spokojnie. Macie sporo do wyjaśnienia.

Obie spojrzały na niego.

– Wolałabym, żebyś przy tym był – odezwała się Gizela. – Przygotuję kolację i porozmawiamy.

– I będziemy zachowywać się jak normalna, odnaleziona po latach rodzina? Usiądziemy przy wspólnym stole i milutką konwersacją zajmiemy sobie czas? Tadeuszku, chcesz pomidorki ze śmietaną? Są z prawdziwej polskiej plantacji! A może trochę miodziku? – Sabina parodiowała matkę, ale łzy, które pojawiły się w jej oczach, wskazywały, że robi to niemal wbrew sobie.

– Córeczko, przestań… – zaczęła Gizela, lecz młoda kobieta nie pozwoliła jej dokończyć. Zerwała się z miejsca i wybiegła do drugiego pokoju.

Kacperek usteczka wyginał w podkówkę, jakby zaraz ponownie miał się rozpłakać.

– Pobawimy się autkami? – zaproponował Tadeusz. Podszedł do pojemnika z zabawkami stojącego niedaleko kanapy. Wyciągnął samochodzik i zaczął naśladować jego dźwięk.

Chłopczyk włożył kciuk do buzi i lekko ssał. Po chwili roześmiał się i dołączył do zabawy. Mężczyzna miał nadzieję, że Gizela wykorzysta moment i pójdzie porozmawiać z córką. Nie pomylił się.

Początkowo z pokoju dobiegały podniesione głosy, które mężczyzna starał się zagłuszyć sygnałem zabawkowej karetki. Z każdą chwilą jednak stawały się cichsze. Do jego uszu dobiegł płacz obu kobiet. Dwadzieścia minut później weszły do salonu. Obie miały napuchnięte powieki i ślady rozmazanego makijażu, ale były spokojne, co oznaczało opanowaną sytuację.

– Zostaniesz na kolacji? – zapytała Sabina.

Tadeusz popatrzył na chłopca.

– Mam z wami zjeść? – spytał malca.

Kacperek tylko pokiwał głową.

– A jeśli zjem wszystkie twoje kanapki? – zażartował mężczyzna. – Zobacz, jaki jestem gruby.

– To ja dostanę czekoladę – odparł Kacperek.

To rozładowało sytuację. Wszyscy się roześmiali. Panowie nadal się bawili, a panie zabrały się do przygotowania jedzenia. Podczas posiłku nie wracano ani słowem do tematu, który wywołał takie poruszenie.

Dwa dni po zaskakującym wieczorze do Tadeusza zadzwoniła Sabina.

– Jak ja mam się teraz do ciebie zwracać? – spytała bezradnie. – Przecież bez sensu będzie, gdy powiem „tato”.

– Mów mi po imieniu, jak do tej pory. Ja też będę tak się do ciebie zwracał.

– A Kacperek?!

– On przecież nie rozumie.

– Ale może będziemy go uczyć, by mówił do ciebie „dziadku”? Zostałeś mu tylko ty.

– Będę szczęśliwy… – W gardle Tadeusza jakby utkwiła gula niedająca słowom się przecisnąć. Rosła z sekundy na sekundę.

– Dziadek Tadziu… – powiedziała Sabina cicho. – Ładnie.

– Co będzie, gdy wasi sąsiedzi usłyszą, że on tak do mnie mówi? – Mężczyzna się zaniepokoił. – Zaczną coś podejrzewać.

– Nie obchodzi mnie to. – Tadeusz był pewien, że córka w tym momencie wzruszyła ramionami. – Ich domysły, ich sprawa.

Dzień po tej rozmowie zadzwoniła Gizela. Początkowo mówiła o wszystkim i o niczym, by w końcu przejść do konkretów.

– Możesz do nas wpadać, kiedy zechcesz – zaczęła. – Ja nie zawsze będę. Wiesz, że mimo emerytury nadal pracuję w biurze informacji turystycznej. W weekendy oprowadzam wycieczki albo organizuję czas wolny seniorom z okolicy. Jeżeli tylko chcesz, możesz do nas dołączyć.

– Uważasz mnie za seniora? – spytał takim tonem, że początkowo nie wiedziała, czy żartuje, czy obrusza się na poważnie.

Rozluźniła się, gdy usłyszała cichy śmiech.

– Myślę, że nadawałbyś się na niektóre wyjścia. Od Sabinki wiem, że lubisz chodzić z kijkami. My też mamy taką grupę.

– Nie nadaję się, bo jestem początkujący i zbyt wolny – powiedział. – Ale jeśli zorganizujesz indywidualne zajęcia, to chętnie skorzystam.

Gizela przez chwilę milczała. W głosie Tadeusza brzmiały dziwne nuty. Gdyby była młodsza, odebrałaby to jako zachętę do flirtu. Ale jak można mówić o zalotach, gdy każde z rozmówców ma na karku po sześć krzyżyków?

– Daj znać, kiedy tylko będziesz miał chęć.

– Chęć… – zawiesił głos.

Roześmiała się.

– Nie łap mnie za słówka.

– A za co?

Tym razem chichotali oboje. Rozmawiali jeszcze parę minut. Gizelę paliły policzki od emocji.

Spotkali się kilka dni później. Sabina miała zaplanowane wyjazdy do kilku klientek wymagających zabiegów upiększających, a dziadkowie zabrali Kacperka na lody. Przysiedli ze słodkimi przysmakami w parku. Przyglądali się wnukowi bawiącemu się w piaskownicy tuż obok nich.

– Chyba puścimy go wcześniej do przedszkola – powiedziała Gizela.

– Przecież i tak ma iść od września. – Tadeusz był zdziwiony.

– Musimy go dać już w czerwcu. Czerwiec, lipiec i sierpień to dla mnie najaktywniejszy czas. Mam wiele wycieczek. Natomiast Sabinka… Kilka dni temu wspomniała, że oglądała w centrum Czaplinka lokal, w którym mogłaby przyjmować swoje klientki. Widzę, jak jej zależy na samodzielności finansowej i zawodowym rozwoju. Jest świetna w tym, co robi, a lato sprzyja dbaniu o siebie.

– Chciałaby otworzyć gabinet już teraz? To świetny pomysł! – Tadeusz naprawdę tak uważał.

– Mam troszeczkę pieniędzy, więc ją wspomogę. Namawiam Sabinkę, by postarała się o dotację z urzędu pracy. Jednak najpierw trzeba wszystko urządzić i zakupić towar, a dopiero potem wnioskować o zwrot pieniędzy.

– Jeżeli czegoś wam potrzeba, to i ja chętnie się dołożę.

– Dziękuję, postaramy się same…

Tadeusz wstał i z góry popatrzył na Gizelę.

– Nie ma teraz „my same” i „ty”. Tworzymy rodzinę, czy to ci się podoba, czy nie. Zacznijcie już dzisiaj planować, a do końca tygodnia chcę mieć listę niezbędnych rzeczy. Kiedy wy będziecie zajmować się zakupami i urządzaniem lokalu, ja przypilnuję Kacperka.

Gizela patrzyła na niego z niedowierzaniem.

– Mówisz serio?!

– Tak. Trzeba przecież pomóc córce.

Nadal to słowo brzmiało nie tak, jak powinno, ale nie było już obce jak na początku.

Sabina, gdy usłyszała o propozycji, rzuciła się ojcu na szyję. Nie czekała do weekendu. Już następnego dnia przyszła z kompletną listą i kalendarzem. Z radością opowiadała, co i w jakim terminie zamierza zrobić.

– Nie ma na co czekać – skwitował Tadeusz. – Od dzisiaj każde popołudnie Kacperek spędza ze mną, a wy działacie. Jutro przekażę ci pieniądze.

Dziadek uwielbiał spacerować z wnukiem w okolicy mariny. Z dnia na dzień przybywało turystów, ale nie byli tak głośni jak w nadbałtyckich miejscowościach. Zachowywali się bardziej leniwie, jakby delektując się obecnością w tym miejscu. Tadeusz uwielbiał chodzić obok jachtów. Czytał chłopcu nazwy poszczególnych jednostek, często zaśmiewali się wspólnie z dziwactwa niektórych. Siadywali na ławeczce i wpatrywali się w promienie pobłyskujące na falach. Czasami zabierali chleb i karmili łabędzie, a gdy żeglarze wpływali do zatoki, obserwowali, jak cumują swoje jachty. Najprzyjemniej było, gdy ktoś wyciągał gitarę i w świat niosły się szanty. Niemal każda pieśń mówiła o tęsknocie. Bywało, że Tadeusz zbyt długo siedział z wnukiem na nabrzeżu, zapominając, że o dwudziestej Kacperek powinien być w łóżku. Maluch wtulał się w dziadka i zasypiał. Mężczyzna zanosił go na rękach do domu i przekazywał Sabinie lub Gizeli. Wracał do siebie nieco przygnębiony, tęskniąc za małym ciałkiem, którego dziecięcy zapach pozostawał na jego koszuli wraz z czekoladową smużką po lodach. Nie przypuszczał, że tak szybko się zżyje z chłopcem, który z każdym dniem stawał mu się coraz bliższy.