Strona główna » Obyczajowe i romanse » Winne Wzgórze.Wiara

Winne Wzgórze.Wiara

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65684-89-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Winne Wzgórze.Wiara

Poznajcie hygge po polsku!

„Rzucić wszystko i wyjechać” – tą dewizą kierują się ludzie, którzy trafiają do niewielkiej malowniczej miejscowości położonej wśród drawskich jezior. Wyczerpani niepowodzeniem, nieszczęściem, śmiercią bliskiej osoby lub na przymusowym urlopie, marzą o innym życiu i miejscu dla siebie. Czy Winne Wzgórze okaże się przekleństwem, czy zbawieniem?
Pierwszy tom nowego cyklu Doroty Schrammek to barwna opowieść o sile przypadku w naszym życiu, o tym jak brzemienne w skutki są nasze wybory, a przeszłość lubi wracać i burzyć ustalony porządek. To poszukiwanie równowagi pomiędzy pracą a odpoczynkiem, tęsknota za naturą i drugim człowiekiem. Czy bohaterowie potrafią to dostrzec?
W przygotowaniu kolejne tomy: Winne Wzgórze. Nadzieja i Winne Wzgórze. Miłość.

Polecane książki

W Oby cię matka urodziła Vedrana Rudan, zawsze prowokująca i zawsze gotowa swoje intelektualne i pisarskie żądło wbić w najboleśniejsze i zazwyczaj nietykalne miejsca naszej społecznej rzeczywistości, bezlitośnie rozprawia się z mitem o świętości Matki.  W powieści o relacjach m...
Walka z Dhalią trwa. Nie widząc innego wyjścia, Drasan oraz jego towarzysze postanawiają odszukać kryjówkę Altara legendarnego przywódcę grupy najemników zwących się Gildią zabójców. Książę żywi nadzieję, że uda mu się przekonać go do zawarcia sojuszu przeciwko cza...
Genet Gombrowicza to inny Gombrowicz, taki, jakiego dotąd nie było, bo właściwie to nigdy go nie było. Taki, który już wie, że nie jest sam, że tak obok niego, jak w nim jest jeszcze inny Gombrowicz i że jest nim właśnie Genet. Przez tyle lat żyli obok siebie nic o sobie nie wiedząc i nieraz zac...
Świat sprzed wojny, która zdziesiątkowała ludzkość, pamięta już tylko Koślawa – stara zielarka mieszkająca nieopodal mazurskiego Okartowa. Przeczuwając zbliżającą się śmierć, przyjmuje na ucznia syna miejscowego gospodarza, by przekazać mu całą swą wiedzę. Tymczasem do wsi przybywa now...
Jacek Odrowąż (1183-1257) – polski duchowny katolicki, dominikanin, misjonarz, kaznodzieja, święty Kościoła katolickiego oraz historyczny patron Polski. Był pierwszym Polakiem, który wstąpił do nowo utworzonego Zakonu Kaznodziejskiego. Święty Jacek Odrowąż i jego towarzysze byli pierwszymi dominikan...
Przed domem doktor Maury Isles zostają odnalezione zwłoki zastrzelonej bliźniaczo do niej podobnej kobiety - jak się okazuje, o tej samej grupie krwi i dacie urodzenia. Badanie DNA wykazuje, że Anna Leoni jest jej siostrą. Obie zostały kiedyś adoptowane. Śledztwo w sprawie morderstwa prowadzi de...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Dorota Schrammek

Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część ni­niej­szej książ­ki nie może być re­pro­du­ko­wa­na wja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Anna Da­ma­sie­wicz

Zdję­cie na okład­ce

© ol­ly­18 | stock.chro­ma.pl

© Mat­thew Gib­son | De­po­sit­pho­tos.com

Redakcja

Ju­sty­na No­sal-Bart­ni­czuk

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, łamanie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Ni­niej­sza po­wieść to fik­cja li­te­rac­ka. Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń rze­czy­wi­stych jest w tej książ­ce nie­za­mie­rzo­ne i przy­pad­ko­we.

Wy­da­nie I, Ka­to­wi­ce2018

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­ro@sza­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na, 2018

ISBN 978-83-65684-89-9

Wszyst­kim Czy­tel­ni­kom, któ­rzy szu­ka­ją spo­ko­ju i szczę­ścia

Rozdział 1. Po Świętej Dorocie wyschną chusty na płocie

Kiedy Do­ro­ta usły­sza­ła dźwięk pral­ki in­for­mu­ją­cy o za­koń­cze­niu cy­klu, przy­po­mnia­ła so­bie bab­ci­ne po­wie­dze­nie zwią­za­ne z datą swo­ich imie­nin. Przez chwi­lę spo­glą­da­ła na po­dwó­rze oświe­tlo­ne zi­mo­wym słoń­cem, któ­re­go blask po­tę­go­wa­ło bez­chmur­ne nie­bo. Moc­ny wyż. Wy­da­wa­ło się, że zło­ta kula po­win­na da­wać cie­pło, ale na ze­wnątrz było dzie­sięć stop­ni mro­zu. Praw­do­po­dob­nie wie­czo­rem tem­pe­ra­tu­ra spad­nie jesz­cze ni­żej.

Naj­wyż­szy czas za­wo­łać chłop­ców do domu, po­my­śla­ła. Po­zwo­li­ła im przez pół go­dzi­ny ba­wić się na świe­żym po­wie­trzu. Uwa­ża­ła, że to naj­lep­sze le­kar­stwo. Do­brze, że Arka jesz­cze nie było. Zi­ry­to­wał­by się, wi­dząc za­ka­ta­rzo­nych sy­nów bie­ga­ją­cych za pił­ką. Nie krę­po­wał­by się, że sło­wa „Co mat­ka zno­wu wy­my­śli­ła? Je­śli do­sta­nie­cie za­pa­le­nia płuc, to jej po­dzię­kuj­cie!” nie po­win­ny być prze­zna­czo­ne dla ma­łych uszu. Do­ro­ta zbyt wie­le sły­sza­ła w dzie­ciń­stwie, więc do­szła do wnio­sku, że w jej wła­snej ro­dzi­nie ma być kom­plet­nie ina­czej. Na pierw­szym miej­scu mi­łość i sza­cu­nek, od po­cząt­ku trwa­nia związ­ku do sa­me­go koń­ca. I choć wte­dy jesz­cze nie sły­sza­ła sa­kra­men­tal­ne­go „I że cię nie opusz­czę aż do śmier­ci”, to była pew­na, że w jej mał­żeń­stwie tak wła­śnie bę­dzie. W tym roku mi­ja­ło dwa­na­ście lat od ślu­bu, a zwią­zek trwał od pięt­na­stu.

Ko­bie­ta sta­nę­ła na pro­gu domu i osło­ni­ła twarz przed in­ten­syw­nym słoń­cem. Jesz­cze tro­chę i bę­dzie za­cho­dzi­ło w in­nym miej­scu. Ten wyż ma się utrzy­mać przez trzy dni. A co tam! Cof­nę­ła się do bu­dyn­ku. Z po­miesz­cze­nia go­spo­dar­cze­go wy­cią­gnę­ła su­szar­kę na bie­li­znę i roz­sta­wi­ła ją nie­da­le­ko ga­ra­żu. Nogi kon­struk­cji ob­cią­ży­ła dwie­ma ce­głów­ka­mi. Co praw­da pre­zen­ter po­go­dy nie wspo­mi­nał o wie­trze, ale w nocy może być róż­nie. Chwi­lę póź­niej wy­nio­sła z ła­zien­ki pra­nie. Na­rzu­ci­ła na sie­bie ka­mi­zel­kę, aby nie zmar­z­nąć, i za­bra­ła się za roz­wie­sza­nie wil­got­nych ubrań. Do­tyk mo­kre­go i cie­płe­go jesz­cze ma­te­ria­łu spra­wiał jej przy­jem­ność. „Po świę­tej Do­ro­cie wy­schną chu­s­ty na pło­cie” – tak za­wsze po­wta­rza­ła bab­cia. Gdy Do­ro­ta była mała, nie ro­zu­mia­ła tego po­wie­dze­nia. Do­pie­ro wie­le lat póź­niej w gło­wie jej się roz­ja­śni­ło; nie cho­dzi­ło o samo su­sze­nie ubrań. Po szó­stym lu­te­go dzień już był zde­cy­do­wa­nie dłuż­szy, po­wie­trze pach­nia­ło rześ­ko, pta­ki ina­czej śpie­wa­ły w ogro­dzie, za­rów­no ran­kiem, jak i wie­czo­rem. Wśród tra­wy do­strze­ga­ła ran­ni­ki, nie­wiel­kie żół­te kwia­tusz­ki tak in­ten­syw­nej bar­wy, jak­by małe sło­necz­ka ktoś roz­rzu­cił po zie­mi.

Ode­tchnę­ła peł­ną pier­sią. Zim­ne po­wie­trze wdar­ło się do płuc, nie­mal po­wo­du­jąc ból. Wła­śnie tego po­trze­bo­wa­ła.

– Chłop­cy, do domu! – za­wo­ła­ła w stro­nę sy­nów.

Bie­gli do niej na wy­ści­gi. Prze­krzy­wio­ne czap­ki na gło­wach i moc­no za­ru­mie­nio­ne po­licz­ki świad­czy­ły o do­brej za­ba­wie. Ja­nek, dzie­wię­cio­la­tek, spraw­nie wy­tarł nos w chu­s­tecz­kę wy­cią­gnię­tą z kie­sze­ni kurt­ki. Pię­cio­let­ni Pa­we­łek nie był jesz­cze tak by­stry. Roz­ma­zał wy­dzie­li­nę na po­licz­kach i chwi­lę póź­niej przy­tu­lił się do mamy. Do­ro­ta uwiel­bia­ła za­pach dzie­ci. Przy­tknę­ła usta do zmar­z­nię­te­go czo­ła, nie przej­mu­jąc się, że wła­śnie bru­dzi się gi­la­mi.

– Zro­bi­łaś obiad? – za­in­te­re­so­wał się star­szy chło­piec. Pró­bo­wał po­wą­chać, czy ja­kieś za­pa­chy już do­cho­dzą z kuch­ni. – Zro­bi­łaś! Sos po­mi­do­ro­wy z sa­la­mi!

– A bę­dzie ko­lo­ro­wy ma­ka­ron? – spy­tał Pa­we­łek.

– Już ugo­to­wa­ny. – Uśmiech­nę­ła się.

Po­mo­gła im ro­ze­brać się i umyć ręce. Po chwi­li obaj pa­ła­szo­wa­li ulu­bio­ne da­nie. Ko­bie­ta mia­ła czas, aby za­jąć się przed­po­ko­jem, w któ­rym zo­sta­ły wi­docz­ne śla­dy byt­no­ści sy­nów. Arek nie lu­bił, gdy na pod­ło­dze był piach z po­dwó­rza. Szyb­ko od­ku­rzy­ła pa­ne­le i prze­je­cha­ła po nich wil­got­nym mo­pem. Usta­wi­ła rów­no buty i po­pra­wi­ła po­roz­rzu­ca­ne kurt­ki. Wresz­cie pa­no­wał po­rzą­dek.

Po­tem po­my­ła na­czy­nia po chłop­cach i do­pra­wi­ła sa­łat­kę, któ­rą zro­bi­ła dla sie­bie i męża. Upew­ni­ła się, czy wsta­wi­ła do lo­dów­ki bia­łe wino. Rzad­ko piła al­ko­hol, ale pa­mię­ta­ła, jak Arek za­wsze po­wta­rza, że aku­rat bia­łe musi być schło­dzo­ne. Do­sy­pa­ła świe­że­go ko­per­ku do mi­ski z wa­rzy­wa­mi i ło­so­siem. To była ich ulu­bio­na sa­łat­ka. Daw­no jej nie ro­bi­ła. Tym ra­zem jed­nak nada­rzy­ła się świet­na oka­zja – jej imie­ni­ny. Mąż co roku pa­mię­tał i przy­wo­ził ulu­bio­ne tu­li­pa­ny Do­ro­ty. Ona re­wan­żo­wa­ła się sma­ko­wi­to­ścia­mi na sto­le. Czu­ła po­de­ner­wo­wa­nie, bo od­kąd prze­ję­li re­stau­ra­cję w nie­da­le­kim Cza­plin­ku, mę­żo­wi jak­by prze­szka­dza­ło wszyst­ko, co przy­go­to­wy­wa­ła w kuch­ni. Dzi­siaj jed­nak nie po­wi­nien być roz­draż­nio­ny.

Wie­czo­rem zer­k­nę­ła na wy­świe­tlacz ko­mór­ki i po­my­śla­ła, że za­raz po­ło­ży chłop­ców spać i po­cze­ka na Arka. Po­wi­nien zja­wić się oko­ło dwu­dzie­stej pierw­szej. Była zima, śro­dek ty­go­dnia, za­tem w nie­wiel­kim mia­stecz­ku nikt ra­czej nie sie­dział w re­stau­ra­cji do nocy. Wię­cej klien­tów na­le­ży się spo­dzie­wać pod­czas naj­bliż­sze­go – ostat­nie­go w kar­na­wa­le – week­en­du. Wte­dy lo­kal bę­dzie czyn­ny dłu­żej.

Za­sta­na­wia­ła się, czy do­brze zro­bi­li, in­we­stu­jąc w ga­stro­no­mię. Ba, cza­sa­mi roz­my­śla­ła, czy w ogó­le po­win­ni tu – na Win­ne Wzgó­rze – przy­jeż­dżać. Pa­mię­ta­ła, jak w tym domu spę­dza­ła czas pod­czas wa­ka­cji w od­wie­dzi­nach u bab­ci. Jaka wte­dy była bez­tro­ska! Miej­sco­wość, a wła­ści­wie osa­dę z kil­ko­ma do­ma­mi, obec­nie za­miesz­ki­wa­ło rap­tem trzy­dzie­ści osób. Kie­dyś było ich nie­co wię­cej. Naj­star­si zmar­li, a mło­dzi po­wy­jeż­dża­li do więk­szych miast, aby tam pro­wa­dzić inne ży­cie. A co ich tu przy­gna­ło? Ją i Arka?

Wszyst­ko za­czę­ło się psuć, gdy mąż stra­cił do­brze płat­ną pra­cę. Za­gra­nicz­na fir­ma za­my­ka­ła przed­sta­wi­ciel­stwo w Pol­sce, więc do­stał wy­po­wie­dze­nie. Po­cząt­ko­wo był pe­łen za­pa­łu do po­szu­ki­wa­nia ko­lej­ne­go za­ję­cia, ale nikt nie pła­cił tak do­brze jak po­przed­ni­cy. Gdy w koń­cu za­cze­pił się jako kie­row­ca, w dru­gim ty­go­dniu pra­cy zda­rzył się wy­pa­dek. Arek do­znał wie­lu ob­ra­żeń i parę ty­go­dni spę­dził w szpi­ta­lu. Do­ro­ta żyła wte­dy jak w amo­ku. Ja­nek miał pra­wie sie­dem lat, a Pa­we­łek trzy. Z dwój­ką chłop­ców jeź­dzi­ła au­to­bu­sem na dru­gi ko­niec mia­sta, aby od­wie­dzić męża w szpi­ta­lu i do­pil­no­wać jego re­ha­bi­li­ta­cji. Wie­lo­krot­nie ukrad­kiem pła­ci­ła, by miał wszel­kie za­bie­gi na czas i wa­run­ki, jak na­le­ży. To dzię­ki upo­ro­wi żony Arek szyb­ko wró­cił do spraw­no­ści. Co z tego? Byli ze wszyst­kim pod kre­ską; za­dłu­że­ni u każ­de­go w ro­dzi­nie. Kar­ty kre­dy­to­we wy­ko­rzy­sta­ne do cna. Do­ro­ta nie była w sta­nie spła­cać wszyst­kie­go z pen­sji na­uczy­ciel­ki. Nie cią­gnę­ła nad­go­dzin, bo za­raz po za­koń­cze­niu za­jęć jeź­dzi­ła do szpi­ta­la. Chłop­ców albo bra­ła ze sobą, albo pod­rzu­ca­ła do swo­ich ro­dzi­ców. Nie pa­mię­ta­ła, kie­dy w ostat­nim cza­sie ku­pi­ła co­kol­wiek so­bie lub dzie­ciom. Wszyst­ko prze­zna­cza­ła na jak naj­szyb­szy po­wrót męża do zdro­wia. Ode­tchnę­ła, gdy ze szpi­ta­la wró­cił do nie­wiel­kie­go miesz­kan­ka. Pięć­dzie­siąt me­trów kwa­dra­to­wych – na ta­kiej po­ła­ci mie­ścił się świat czte­rech osób. Było im cia­sno już wcze­śniej, ale te­raz gdy na ogra­ni­czo­nej po­wierzch­ni usta­wi­li ro­wer do ćwi­czeń, a co dru­gi dzień przy­cho­dził ma­sa­ży­sta i zaj­mo­wał się Ar­kiem – ży­cie oka­za­ło się zde­cy­do­wa­nie trud­niej­sze. Wszę­dzie wa­la­ły się za­baw­ki, chłop­cy wal­czy­li mię­dzy sobą – wszyst­ko było nie tak! Do tego do­szła ogrom­na fi­nan­so­wa za­paść, któ­rą po­tę­go­wa­ły nie­prze­wi­dzia­ne wy­dat­ki. W jed­nym mie­sią­cu po­psu­ła się pral­ka i piec w ła­zien­ce. Suma, któ­rą trze­ba było za­pła­cić, nor­mal­nie by­ła­by do przy­ję­cia, ale nie wte­dy. Do­ro­ta otar­ła łzy i po­now­nie po­szła do ro­dzi­ców z proś­bą o pie­nią­dze.

– Wiesz, roz­my­śla­li­śmy nad wszyst­kim. – Mat­ka ni­g­dy nie od­ma­wia­ła cór­ce po­mo­cy, jed­nak z nie­po­ko­jem pa­trzy­ła na co­raz więk­sze dłu­gi. – Gnieź­dzi­cie się w ma­leń­kim miesz­ka­niu. Ty za­ra­biasz w szko­le gro­sze, a Arek z ra­cji wy­pad­ku nie przy­no­si do domu nic. Chłop­cy ro­sną, więc po­trze­bu­ją prze­strze­ni, a nie po­ty­ka­nia się o sie­bie w nie­wiel­kim po­ko­iku, któ­ry zaj­mu­ją. Wy też nie ma­cie żad­nej pry­wat­no­ści. Przed Ar­kiem jesz­cze kil­ka ty­go­dni so­lid­nej re­ha­bi­li­ta­cji, a to na pew­no po­cią­gnie za sobą kosz­ty. Za­sta­nów­cie się nad pro­po­zy­cją, któ­rą wam pod­su­nę­li­śmy ja­kiś czas temu.

Do­ro­ta przy­po­mnia­ła so­bie spo­tka­nie z ro­dzi­ca­mi w szpi­ta­lu przy łóż­ku męża. To wte­dy rzu­ci­li po­mysł, aby mło­dzi sprze­da­li swo­je miesz­ka­nie w Szcze­ci­nie.

– Dom po bab­ci prze­pi­sze­my wam jako da­ro­wi­znę – za­pew­niał tata. – Nie trze­ba bę­dzie wte­dy uisz­czać żad­nych po­dat­ków.

– Spła­ci­cie wszyst­kie zo­bo­wią­za­nia, ja­kie ma­cie, a resz­tę prze­zna­czy­cie na to, co trze­ba bę­dzie w bu­dyn­ku po­pra­wić. Stoi pu­sty od kil­ku mie­się­cy. – Mat­ka uro­ni­ła łzę, jak za­wsze gdy wspo­mi­na­ła swo­ją ro­dzi­ciel­kę. – My je­ste­śmy za sta­rzy, by za­jąć się do­mem. Ja w do­dat­ku mam dwa lata do eme­ry­tu­ry, więc nie mogę te­raz zo­sta­wić pra­cy. Ow­szem, chcie­li­śmy go sprze­dać, ale war­to prze­my­śleć, czy to wy nie za­miesz­ka­li­by­ście w Ku­sze­wie.

– Mamo, to jest mała wio­secz­ka, w do­dat­ku po­ło­żo­na sto pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Szcze­ci­na! Jak wy to so­bie wy­obra­ża­cie?! Co z pra­cą dla mnie i dla Arka? – Do­ro­ta krę­ci­ła gło­wą. – A le­ka­rze dla dzie­ci? Do­bra szko­ła?

– Wierz mi, że w ma­łych miej­sco­wo­ściach też wszyst­ko znaj­dziesz. Czy tu­taj tak czę­sto cho­dzisz z dzieć­mi po przy­chod­niach? Nie. Zresz­tą do­oko­ła Ku­sze­wa rów­nież masz więk­sze mia­sta, w któ­rych otrzy­masz po­moc. My­ślę, że pra­cę tak­że znaj­dziesz. Ży­cie w Szcze­ci­nie jest zde­cy­do­wa­nie droż­sze. Tam chłop­cy będą mie­li przede wszyst­kim wię­cej miej­sca. W domu są czte­ry po­ko­je i nie­za­go­spo­da­ro­wa­ne pod­da­sze. Znasz do­brze duży ogród oraz po­dwó­rze, a nade wszyst­ko i wam, i dzie­ciom przy­da się świe­że po­wie­trze.

Mło­da ko­bie­ta mil­cza­ła. W ostat­nim zda­niu mat­ka mia­ła ra­cję. Za ży­cia bab­ci była tam z chłop­ca­mi ja­kieś trzy razy i ogrom­nie im się po­do­ba­ło. Szcze­gól­nie Jan­ko­wi, któ­ry był już wte­dy sa­mo­dziel­nym smy­kiem. Gdy nad­cho­dził czas po­wro­tu, pła­kał i po­wta­rzał, że chce zo­stać na wsi.

Do­ro­ta wra­ca­ła do domu z pie­niędz­mi otrzy­ma­ny­mi od ro­dzi­ców na za­kup no­wej pral­ki, a w jej gło­wie kłę­bi­ły się my­śli. Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru, gdy po­ło­ży­ła sy­nów spać, usia­dła obok Arka i za­czę­ła z nim roz­mo­wę. Spo­koj­nie wy­ło­ży­ła, jak wy­glą­da ich sy­tu­acja fi­nan­so­wa i naj­bliż­sze per­spek­ty­wy. Fak­ty mó­wi­ły same za sie­bie: mąż nie może wró­cić do za­wo­du kie­row­cy. Dłu­go­trwa­łe sie­dze­nie za kie­row­ni­cą w jego przy­pad­ku było za­bro­nio­ne.

– No do­brze, ale co ja tam będę ro­bił? Prze­cież w ta­kiej ma­łej miej­sco­wo­ści nie znaj­dę pra­cy dla sie­bie.

– Je­steś in­ży­nie­rem, by­łeś już kie­row­ni­kiem w fir­mie i po­tra­fisz za­rzą­dzać ludź­mi, a gdy fir­ma za­koń­czy­ła dzia­łal­ność, to na­wet w du­żym Szcze­ci­nie mia­łeś pro­blem ze zna­le­zie­niem pra­cy – przy­po­mnia­ła. – Do­brze, że masz róż­ne ka­te­go­rie pra­wa jaz­dy. Tyl­ko dzię­ki temu za­trud­ni­łeś się jako kie­row­ca.

– I na­wet to nie było mi pi­sa­ne…

Pa­trzy­li na sie­bie, roz­my­śla­jąc o nie­daw­nym wy­pad­ku.

– Po­je­zie­rze Draw­skie to te­ren tu­ry­stycz­ny. Może znaj­dzie­my coś w tej bran­ży? Je­że­li do­sta­li­by­śmy za miesz­ka­nie do­brą cenę, to mo­gli­by­śmy prze­trwać czas do zna­le­zie­nia pra­cy.

Przez pół nocy roz­ma­wia­li o wszyst­kim. W Szcze­ci­nie wła­ści­wie nie było nic, co mo­gło­by ich za­trzy­mać. Na­stęp­ne­go dnia za­dzwo­ni­li do ro­dzi­ców Do­ro­ty, by po­wie­dzieć im o swo­ich po­sta­no­wie­niach.

Wszyst­ko to dzia­ło się pół­to­ra roku temu. Wy­pa­dek Arka wy­da­rzył się na po­cząt­ku wrze­śnia, na­to­miast de­cy­zję o sprze­da­ży miesz­ka­nia pod­ję­li w lu­tym. Nie mu­sie­li dłu­go cze­kać na chęt­ne­go. Atrak­cyj­na lo­ka­li­za­cja spra­wi­ła, że agent nie­ru­cho­mo­ści nie prze­sta­wał dzwo­nić. W kwiet­niu pod­pi­sa­li umo­wę przed­wstęp­ną. Za­raz po za­koń­cze­niu roku szkol­ne­go roz­po­czę­ła się prze­pro­wadz­ka.

Chłop­cy roz­po­czy­na­li wa­ka­cje i ogrom­nie cie­szy­li się na zmia­nę miej­sca za­miesz­ka­nia. Po­mysł, aby wszyst­ko od­by­ło się w tym cza­sie, oka­zał się tra­fio­ny. Dzie­ci spę­dza­ły dni w ogro­dzie, a ro­dzi­ce – ma­jąc ba­cze­nie na sy­nów – zaj­mo­wa­li się urzą­dza­niem domu. Bu­dy­nek był w do­brym sta­nie, choć nie­któ­re rze­czy trze­ba było po­pra­wić. Wy­mie­ni­li okna, drzwi, od­świe­ży­li ścia­ny w każ­dym po­miesz­cze­niu. La­tem wszyst­ko schło bły­ska­wicz­nie.

Po­zby­li się czę­ści rze­czy po bab­ci, choć nie­któ­re za­byt­ko­we me­ble Do­ro­ta scho­wa­ła w po­miesz­cze­niu go­spo­dar­czym. Po­my­śla­ła, że za ja­kiś czas je od­no­wi i znaj­dzie dla nich miej­sce w domu. Nie zro­bi­ła tego do tej pory.

Gdy po­je­cha­ła do Cza­plin­ka, by za­pi­sać chłop­ców do szko­ły i przed­szko­la, na biur­ku se­kre­tar­ki do­strze­gła wy­druk ogło­sze­nia. Szu­ka­no na­uczy­ciel­ki na ćwierć eta­tu do pra­cy w bi­blio­te­ce szkol­nej. Do­ro­ta wró­ci­ła jesz­cze tego sa­me­go dnia z kom­ple­tem wy­ma­ga­nych do­ku­men­tów. Była po­lo­nist­ką. Uda­ło się! Mo­gła roz­po­cząć pra­cę od wrze­śnia. Pa­mię­ta, jak szczę­śli­wa wpa­dła wte­dy do domu, by po­dzie­lić się wia­do­mo­ścia­mi z Ar­kiem. Był za­sko­czo­ny i ucie­szo­ny.

– No! Te­raz tyl­ko ja jesz­cze coś znaj­dę i bę­dzie świet­nie! – Chwy­cił żonę w ra­mio­na i ob­ró­cił kil­ka razy.

Pierw­sze spo­tka­nie w spra­wie pra­cy miał od­być w na­stęp­nym ty­go­dniu. Nie do­tarł na nie. Dwa dni wcze­śniej wy­brał się z Do­ro­tą i chłop­ca­mi na lody do Cza­plin­ka. Przy­jem­nie było za­siąść na ła­wecz­kach usta­wio­nych w cie­niu drzew. Pięk­nie wy­glą­dał ry­nek, na któ­rym wśród zie­le­ni nie­spiesz­nie spa­ce­ro­wa­li lu­dzie. Ro­dzi­na roz­ma­wia­ła lek­ko przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi, jak­by nie chcąc bu­rzyć spo­ko­ju in­nym.

– Mamo, dla­cze­go na Ku­sze­wo mó­wisz Win­ne Wzgó­rze?

– Po­nie­waż przed dru­gą woj­ną świa­to­wą to miej­sce no­si­ło na­zwę We­in­ber­ge. Pa­mię­tasz, że w piw­ni­cy zna­leź­li­śmy daw­ną ta­blicz­kę z na­zwą miej­sco­wo­ści? We­in­ber­ge w tłu­ma­cze­niu na ję­zyk pol­ski ozna­cza Win­ne Góry lub Win­ne Wzgó­rza. Po­do­ba mi się ta na­zwa, więc jej uży­wam.

Jesz­cze za cza­sów bab­ci przy­wy­kli do sta­re­go na­zew­nic­twa. Nic dziw­ne­go, że Do­ro­ta kil­ka­krot­nie w ad­re­sie po­da­ła je za­miast „Ku­sze­wo”. Swo­ją dro­gą, jak moż­na było zre­zy­gno­wać z tak do­brej na­zwy na rzecz dziw­ne­go mia­na. Win­ne Wzgó­rza pa­so­wa­ło­by ide­al­nie! Ich dom po­ło­żo­ny był na po­cząt­ku za­chod­niej czę­ści po­mor­skie­go ma­sy­wu gór­skie­go. Znaj­do­wał się na wy­so­ko­ści stu osiem­dzie­się­ciu trzech me­trów nad po­zio­mem mo­rza. Wy­star­czy­ło, że ode­szli pół ki­lo­me­tra da­lej, aby ich oczom uka­zał się wi­dok na je­zio­ro Ko­mo­rze, bo­daj­że naj­pięk­niej­sze w tym re­gio­nie. Kil­ka­set me­trów w dru­gą stro­nę znaj­do­wa­ła się naj­wyż­sza góra w oko­li­cy – Ku­ków­ka – wzno­szą­ca się po­nad dwie­ście me­trów nad po­zio­mem mo­rza.

– Ja też tak będę mó­wił!

Mat­ka usły­sza­ła de­kla­ra­cję Jan­ka i po­gła­ska­ła go po buj­nej czu­pry­nie. Przy­da­ła­by mu się wi­zy­ta u fry­zje­ra. Choć­by za­raz, sko­ro mają czas. Ro­zej­rza­ła się wo­kół, aby do­strzec męża. Jesz­cze przed chwi­lą tu sie­dział. Wi­dać tak była po­chło­nię­ta roz­my­śla­niem, że nie za­uwa­ży­ła, gdy od­szedł. A to on za­wsze od­wie­dzał za­kład z chłop­ca­mi. Strzy­że­nie na­le­ża­ło do jego obo­wiąz­ków.

Arek stał parę me­trów da­lej przed wi­try­ną re­stau­ra­cji. Wpa­try­wał się w coś uważ­nie. Po­de­szła do męża i za­czę­ła czy­tać:

Przed­mio­tem sprze­da­ży jest no­wo­cze­sna, do­brze pro­spe­ru­ją­ca i świet­nie roz­re­kla­mo­wa­na re­stau­ra­cja. Obiekt po ge­ne­ral­nym re­mon­cie prze­pro­wa­dzo­nym w 2015 roku. Wy­po­sa­że­nie wnę­trza i uży­te ma­te­ria­ły naj­wyż­szej ja­ko­ści. Lo­kal nie wy­ma­ga naj­mniej­sze­go na­kła­du fi­nan­so­we­go. Pro­fe­sjo­nal­ne urzą­dze­nia w kuch­ni i na ba­rze. Sys­tem alar­mo­wy oraz ka­me­ry; czte­ry za­in­sta­lo­wa­ne w środ­ku, a dwie znaj­du­ją się w ogród­ku piw­nym. Licz­ba miejsc sie­dzą­cych: czter­dzie­ści pięć plus dwa­dzie­ścia w ogród­ku.

Dwu­krot­nie otrzy­ma­li­śmy na­gro­dę ufun­do­wa­ną przez lo­kal­ne me­dia. Wraz ze sprze­da­żą lo­ka­lu ofe­ru­je­my rów­nież logo, wszyst­kie prze­pi­sy ku­li­nar­ne oraz bez­in­te­re­sow­ną po­moc w po­cząt­ko­wej fa­zie. Mamy do­sko­na­le roz­bu­do­wa­ne stro­ny na por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych. Na na­szym ryn­ku je­ste­śmy bez­kon­ku­ren­cyj­ni. Po­wód sprze­da­ży: wzglę­dy pry­wat­ne.

Se­zon let­ni za­czy­na się w czerw­cu i trwa do koń­ca sierp­nia. Po­tem moż­na wyjść z ofer­tą dla sta­łych miesz­kań­ców: obia­dy, ca­te­ring. Do­oko­ła są biu­ra i in­sty­tu­cje, któ­rych pra­cow­ni­cy ko­rzy­sta­ją z na­szych usług. Ist­nie­je moż­li­wość prze­ję­cia do­tych­cza­so­we­go per­so­ne­lu. Wię­cej in­for­ma­cji pod nu­me­rem…

Do­ro­ta pa­trzy­ła, jak oczy męża się roz­ja­śnia­ją. Od­kąd się po­zna­li, za­wsze po­wta­rzał, że na eme­ry­tu­rze chciał­by mieć wła­sną re­stau­ra­cyj­kę. Sam nie prze­pa­dał za go­to­wa­niem, ale wy­obra­żał so­bie, że na sta­rość bę­dzie sie­dział przy ba­rze swo­je­go lo­ka­lu, pił piwo i pa­lił cy­ga­ro. Bar­dzo czę­sto o tym przy­po­mi­nał, a Do­ro­ta uśmie­cha­ła się, sły­sząc jego ma­rze­nia. Te­raz jed­nak… Sta­li przed ogło­sze­niem o sprze­da­ży re­stau­ra­cji. Po­da­no śmiesz­nie ni­ską kwo­tę jako sumę wyj­ścio­wą do ne­go­cja­cji. Aku­rat tyle im zo­sta­ło ze sprze­da­ży miesz­ka­nia w Szcze­ci­nie i spła­ce­niu wszyst­kich dłu­gów oraz urzą­dze­niu się w domu po bab­ci. Jed­nak nie zna­li się na pro­wa­dze­niu lo­ka­lu. Ona na pew­no nie bę­dzie się tam ni­czym zaj­mo­wać, bo zwy­czaj­nie nie jest to jej do­me­na. Może poza go­to­wa­niem, bo to uwiel­bia ro­bić, ale pich­ce­nie dla ro­dzi­ny a przy­rzą­dza­nie po­traw w re­stau­ra­cji to dwie róż­ne spra­wy.

Mina męża wska­zy­wa­ła, że ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzi już sie­bie w tym miej­scu.

– To by­ła­by szan­sa dla nas… – po­wie­dział ci­cho.

Tar­ga­ły nią ogrom­ne wąt­pli­wo­ści, ale… Sama nie wie­dzia­ła, dla­cze­go tak szyb­ko dała mu od­po­wiedź. Pew­nie dla­te­go, że po raz pierw­szy od wie­lu mie­się­cy na jego twa­rzy ry­so­wał się uśmiech, a w oczach prze­my­ka­ły ra­do­sne bły­ski. Za nimi mie­sią­ce peł­ne bólu, cięż­kiej pra­cy, wy­rze­czeń, dłu­gów i mało przy­jem­nych chwil, a tu na­gle po­ja­wia się szan­sa.

– Zrób tak, aby było jak naj­le­piej dla na­szej ro­dzi­ny – za­pro­po­no­wa­ła. – Je­że­li je­steś pe­wien, że ta re­stau­ra­cja to coś dla nas, to się zga­dzam. Ale to ty masz być pew­ny. Tyl­ko to­bie ufam.

Przy­po­mnia­ła so­bie te sło­wa dzi­siaj, w dniu Świę­tej Do­ro­ty. Od kil­ku mie­się­cy re­stau­ra­cja była w ich wła­da­niu. Za­ła­twia­nie wszel­kich for­mal­no­ści Arek wziął na sie­bie. Do­ro­ta po­ja­wi­ła się, by sy­gno­wać do­ku­men­ty. Nie czy­ta­ła ich, bo było zde­cy­do­wa­nie zbyt dużo pa­pie­ro­lo­gii, ale ufa­ła mę­żo­wi. Pod­pi­sa­ła we wszyst­kich wska­za­nych przez nie­go miej­scach.

Arek od­żył. Co­dzien­nie rano wsta­wał z uśmie­chem i wy­jeż­dżał do Cza­plin­ka. Ona wpa­da­ła tam cza­sa­mi po pra­cy na obiad i chwi­lę roz­mo­wy z mę­żem. Wy­da­wa­ło się, że wszyst­ko nie­źle funk­cjo­nu­je.

* * *

Mat­ka zer­k­nę­ła do po­ko­ju chłop­ców. Obaj spa­li. Ja­nek z no­ga­mi roz­rzu­co­ny­mi na koł­drze, Pa­we­łek przy­kry­ty po czu­bek gło­wy, obok któ­rej wy­sta­wa­ły kró­li­cze uszy – ele­ment ulu­bio­nej przy­tu­lan­ki chłop­ca. Usły­sza­ła par­ku­ją­cy przed do­mem sa­mo­chód męża. Za­raz bę­dzie ich wie­czór. Co­raz rza­dziej spę­dza­li czas ra­zem, bo Arek sta­rał się by­wać w re­stau­ra­cji do sa­me­go za­mknię­cia. Co­raz mniej mie­li cza­su na roz­mo­wę. Ona nie wtrą­ca­ła się w spra­wy in­te­re­su, a on za­zwy­czaj rzu­cał: „Jak było w szko­le?”, wła­ści­wie nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. By­wa­ło, że za­bie­rał ja­kieś do­ku­men­ty do domu i zaj­mo­wał się nimi do póź­nej nocy. Spraw­dzał fak­tu­ry i za­mó­wie­nia. Li­czy­ła na to, że tego wie­czo­ru bę­dzie ina­czej. W koń­cu to jej imie­ni­ny.

Nie­ste­ty. Dwa se­gre­ga­to­ry, któ­re po­ło­żył na bla­cie ku­chen­ne­go sto­łu, nie po­zo­sta­wia­ły wąt­pli­wo­ści.

– Mam na­dzie­ję, że nie przy­go­to­wa­łaś ni­cze­go do je­dze­nia – ode­zwał się zmę­czo­nym gło­sem. – Ma­rzę o prysz­ni­cu. Cały śmier­dzę. Nie cze­kaj na mnie, bo mu­szę jesz­cze przej­rzeć do­ku­men­ty i po­uzu­peł­niać wszyst­ko. – Od­wró­cił się i wy­szedł z kuch­ni.

Nie przy­tu­lił jej, nie po­ca­ło­wał. Zresz­tą nie ro­bił tego już od ja­kie­goś cza­su. Nie zło­żył na­wet ży­czeń oso­bi­ście. Rano mi­nę­li się, a do­pie­ro oko­ło je­de­na­stej do­sta­ła od męża ese­me­sa. Usi­ło­wa­ła so­bie przy­po­mnieć, jak brzmia­ła wia­do­mość. Na se­gre­ga­to­rach le­ża­ła jego ko­mór­ka, więc się­gnę­ła po nią, bo na pew­no nie ska­so­wał ży­czeń. Szyb­ciut­ko od­na­la­zła:

W dniu imie­nin zdro­wia oraz suk­ce­su…

To wszyst­ko. Na­pi­sa­ne w po­śpie­chu, jak­by na od­czep­ne­go. Pew­nie z bra­ku cza­su.

Już mia­ła odło­żyć te­le­fon, gdy jej uwa­gę przy­ku­ła wia­do­mość znaj­du­ją­ca się po­ni­żej ży­czeń dla niej. Wid­nia­ła przy niej wczo­raj­sza data, pią­ty lu­te­go:

Ko­cha­na Pani Ka­ro­li­no! W dniu uro­dzin ży­czę Pani nie­usta­ją­ce­go uśmie­chu, ra­do­ści i speł­nia­nia się w pra­cy. Po­świę­tu­je­my, gdy tyl­ko wró­ci Pani z wy­jaz­du. Po­zdra­wiam!

Do­ro­ta za­mknę­ła klap­kę te­le­fo­nu i odło­ży­ła go na miej­sce. Pani Ka­ro­li­na… Za­trud­nio­na przed mie­sią­cem jako me­ne­dżer re­stau­ra­cji. Wi­dzia­ły się może ze dwa razy. I choć wła­ści­wie w ży­cze­niach męża do pra­cow­ni­cy nie było nic zdroż­ne­go, Do­ro­ta po­czu­ła, jak pie­ką ją łzy pod po­wie­ka­mi wy­ci­ska­ne ja­kimś ża­lem i smut­kiem. To o jej imie­ni­nach nie pa­mię­tał, a tu w ko­mór­ce dla ob­cej oso­by ta­kie ser­decz­ne ży­cze­nia! Bar­dzo ją to za­bo­la­ło. Po­sta­no­wi­ła, że czym prę­dzej pój­dzie do łóż­ka, żeby Arek ni­cze­go nie za­uwa­żył.

Rozdział 2. Zmiana adresu to zmiana przeznaczenia

Z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła ci­sną­ce się na usta prze­kleń­stwa. Za­rów­no lap­top, jak i te­le­fon ko­mór­ko­wy po­ka­zy­wa­ły cał­ko­wi­ty brak za­się­gu! A tego ma­ila po­win­na wy­słać jesz­cze dzi­siaj!

Li­lia­na zer­k­nę­ła na ze­ga­rek. Zbli­ża­ła się osiem­na­sta. Ku­sze­wo i Cza­pli­nek dzie­li­ło może osiem ki­lo­me­trów, ale iry­tu­ją­ce było, że czę­sto mu­sia­ła jeź­dzić do mia­stecz­ka, aby wy­słać wia­do­mość, bo na wsi – ba! w osa­dzie ra­czej – in­ter­net dzia­łał, jak chciał. Bar­dzo czę­sto nie chciał, i to aku­rat w mo­men­tach, kie­dy był jej po­trzeb­ny. Nie dało się wte­dy prze­pro­wa­dzić roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej, nie wspo­mi­na­jąc o wy­sła­niu waż­nych ma­ili czy do­ku­men­tów do fir­my. Ko­bie­ta nie mo­gła so­bie po­zwo­lić, by zo­sta­wiać bab­cię na dłu­żej i pra­co­wać w Cza­plin­ku. Do­brze, że cho­ciaż mia­ła gdzie tam przy­siąść i w spo­ko­ju po­pra­co­wać. W re­stau­ra­cji w sa­mym cen­trum mia­stecz­ka za­szy­wa­ła się przy ulu­bio­nym sto­li­ku od­gro­dzo­nym prze­pie­rze­niem. Od­cię­ta od resz­ty klien­tów wy­ko­ny­wa­ła swo­je obo­wiąz­ki, nie na­ra­ża­jąc się na prze­szka­dza­nie czy cie­kaw­skie spoj­rze­nia.

Wło­ży­ła kom­pu­ter do tor­by, chwy­ci­ła dwie tecz­ki i ka­len­darz. Za póź­no na biz­ne­so­we roz­mo­wy, ale z ter­mi­na­rzem nie roz­sta­wa­ła się ni­g­dy. Obie­ca­ła to zresz­tą pra­co­daw­cy. To był wa­ru­nek: mimo rocz­ne­go płat­ne­go urlo­pu ma na­dal dzia­łać na rzecz fir­my. Na­tu­ral­nie nie w ta­kim za­kre­sie, jak do tej pory, ale je­że­li chcia­ła mieć gdzie wra­cać, mu­sia­ła po­świę­cić każ­de­go dnia trzy, czte­ry go­dzi­ny na pra­cę. Nie za­ra­bia­ła tyle, co w ostat­nich la­tach, ale nie mia­ła wyj­ścia.

Wie­czór, kie­dy za­dzwo­ni­li do niej ro­dzi­ce, utkwił jej w pa­mię­ci.

– Lila, bab­cia upa­dła i skrę­ci­ła nogę. Trze­ba bę­dzie się nią za­jąć przez ja­kiś czas.

– Ale jak to skrę­ci­ła? Dla­cze­go ja o ni­czym nie wiem? Prze­cież mia­łam być po­wia­da­mia­na od razu!

– Cały dzień nie od­bie­ra­łaś te­le­fo­nów.

Li­lia­na szyb­ko spraw­dzi­ła li­stę po­łą­czeń. Rze­czy­wi­ście, osiem razy pró­bo­wa­no się z nią skon­tak­to­wać z ja­kie­goś nu­me­ru. Nie mo­gła ode­brać, bo mia­ła jed­no ze­bra­nie za dru­gim. Do­pie­ro te­raz ścią­ga­ła szpil­ki z obo­la­łych stóp i roz­pi­na­ła za­mek spód­ni­cy. Ma­rzy­ła o dłu­gim prysz­ni­cu zmy­wa­ją­cym zmę­cze­nie ca­łe­go dnia, ale wi­dać spo­kój nie był jej pi­sa­ny.

– Co z bab­cią? – Spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ła dwu­dzie­sta pierw­sza. W Mo­skwie była pra­wie dwu­dzie­sta trze­cia.

– Upa­dła. Roz­ma­wia­łam z le­ka­rzem. Nie jest to coś po­waż­ne­go, ale w przy­pad­ku dzie­więć­dzie­się­cio­lat­ki le­cze­nie bę­dzie tro­chę trwa­ło. Na pew­no kil­ka dni spę­dzi w szpi­ta­lu, gdzie zro­bią jej kom­plet ba­dań i za­ło­żą usztyw­nie­nie. A po­tem po­trzeb­na bę­dzie re­ha­bi­li­ta­cja i sta­ła po­moc.

Li­lia­nie cięż­ko było we wszyst­ko uwie­rzyć. Bab­cia – nie­zwy­kle ży­wot­na – ni­g­dy nie wy­ma­ga­ła żad­nej opie­ki ani wspar­cia. Wręcz wzbra­nia­ła się przed tym! Całe ży­cie prze­miesz­ka­ła na wsi. Dzie­sięć lat temu, gdy ro­dzi­ce obej­mo­wa­li po­sa­dy w pla­ców­ce dy­plo­ma­tycz­nej w Mo­skwie, pro­po­no­wa­li, by prze­nio­sła się do mia­sta i za­ję­ła ich miesz­ka­nie. Upar­ta sta­rusz­ka twier­dzi­ła jed­nak, że da so­bie radę. Całe ży­cie da­wa­ła!

– Sta­rych drzew się nie prze­sa­dza – zwy­kła ma­wiać.

I rze­czy­wi­ście przez kil­ka lat był spo­kój. Aż do fe­ral­ne­go dnia sprzed mie­sią­ca. Dru­gie­go stycz­nia Li­lia­na mia­ła aku­rat mnó­stwo spo­tkań i kil­ka cięż­kich ty­go­dni za sobą. Pod­su­mo­wy­wa­ła bu­dżet i ro­bi­ła pla­ny na na­stęp­ne mie­sią­ce. Boże Na­ro­dze­nie i syl­we­stra prak­tycz­nie spę­dzi­ła w pra­cy. Ro­dzi­ce nie mo­gli zje­chać z pla­ców­ki, bo świę­ta w Ro­sji wy­pa­da­ją dwa ty­go­dnie póź­niej, a bab­cia była nie­zwy­kle wy­ro­zu­mia­ła dla wnucz­ki, któ­ra nie po­ja­wi­ła się w Wi­gi­lię u niej w domu. Po raz ko­lej­ny od ośmiu lat – bo tyle cza­su pra­co­wa­ła dla tej kor­po­ra­cji – omi­nę­ły ją świę­ta. O ile ro­dzi­ce od po­cząt­ku ro­zu­mie­li, w czym rzecz, choć tego nie po­chwa­la­li, to przez kil­ka lat cięż­ko było prze­ko­nać sta­rusz­kę, że obec­nie żyje się ina­czej niż kie­dyś.

– Nie ro­zu­miem, za czym tak go­ni­cie – mó­wi­ła do słu­chaw­ki. – Szu­ka­cie szczę­ścia, sta­jąc się nie­wol­ni­ka­mi pie­nię­dzy. A prze­cież w ży­ciu po­win­na być rów­no­wa­ga. Jest czas i na pra­cę, i na od­po­czy­nek, na swo­je pa­sje oraz na sie­dze­nie na tra­wie i ob­ser­wo­wa­nie za­cho­du słoń­ca!

Mło­da ko­bie­ta po­cząt­ko­wo pró­bo­wa­ła prze­tłu­ma­czyć bab­ci, że nie może so­bie po­zwo­lić na ja­ką­kol­wiek bez­tro­skę, bo cały świat krę­ci się wo­kół pie­nię­dzy. Opo­wia­da­ła, że za­rzą­dza pręż­nym dzia­łem i ma bar­dzo od­po­wie­dzial­ną funk­cję, a pra­ca przy­no­si jej dużo za­do­wo­le­nia, daje speł­nie­nie, ale sta­rusz­ki nie dało się prze­ko­nać.

– Masz trzy­dzie­ści trzy lata i je­steś sama jak pa­lec. Twoi ro­dzi­ce przy­naj­mniej pra­cu­ją ra­zem. A ty? Nie znaj­du­jesz cza­su na­wet na to, by wyjść do lu­dzi i zna­leźć so­bie ko­goś.

W ta­kich mo­men­tach Li­lia­na szyb­ko że­gna­ła się z bab­cią.

Pa­mię­ta­ła, kie­dy do­sta­ła pra­cę w kor­po­ra­cji, jak­by to było dzi­siaj. Prze­cho­dzi­ła tam wte­dy z ma­łej agen­cji, w któ­rej wię­cej cza­su spę­dza­ło się na plot­kach, ani­że­li na kon­kret­nej ro­bo­cie. Licz­ba osób za­trud­nio­nych w biu­rze nie prze­kra­cza­ła dwu­dzie­stu i każ­dy dużo wie­dział o współ­pra­cow­ni­kach. Ope­ro­wa­ła na ma­łych bu­dże­tach. Struk­tu­ra fir­my była dość pła­ska, a moż­li­wo­ści awan­su… cóż, mi­ni­mal­ne. Gdy w dwa ty­sią­ce dzie­wią­tym roku na­stą­pił wiel­ki kry­zys, źle za­czę­ło się dziać tak­że i u nich. To wte­dy ktoś z dzia­łu ka­dro­we­go mię­dzy­na­ro­do­wej kor­po za­pro­po­no­wał jej zło­że­nie u nich apli­ka­cji.

Roz­mo­wy trwa­ły po­nad dwa mie­sią­ce. Od­by­ła trzy spo­tka­nia z róż­ny­mi oso­ba­mi i zo­sta­ła wy­bra­na do gro­na szczę­śliw­ców. Tak wte­dy o so­bie my­śla­ła. Pierw­sze trzy mie­sią­ce no­wej pra­cy były kosz­ma­rem. Agen­cja re­kla­mo­wa funk­cjo­no­wa­ła zu­peł­nie ina­czej niż jej po­przed­ni pra­co­daw­ca. Li­lia­na nie mo­gła przy­zwy­cza­ić się, że na wszyst­ko jest pro­ce­du­ra i sys­tem, a ak­cep­ta­cja jed­ne­go do­ku­men­tu wy­ma­ga kil­ku pod­pi­sów. Gdzie w tym wszyst­kim zna­leźć czas na płyn­ną, nor­mal­ną pra­cę? Ter­mi­ny go­ni­ły, klient zno­wu wstał lewą nogą, a ko­le­ga z biur­ka obok prze­cho­dził roz­wód i wy­ła­do­wy­wał na wszyst­kich swo­je ner­wy. Lecz mi­ja­ły mie­sią­ce, a mło­da ko­bie­ta po­wo­li sta­wa­ła się ma­łym try­bi­kiem w ogrom­nej ma­szy­nie. Pra­ca za­czę­ła ją wcią­gać. Po­tra­fi­ła sie­dzieć w biu­rze po dwa­na­ście, cza­sa­mi na­wet czter­na­ście go­dzin! Ogrom­nym wy­zwa­niem były nowe pro­jek­ty, a ich re­ali­za­cja i po­chwa­ła otrzy­ma­na od sze­fa do­star­cza­ły jej wiel­kiej sa­tys­fak­cji. Zo­sta­wa­nie po go­dzi­nach nie było żad­nym pro­ble­mem. Nie mia­ła do cze­go wra­cać. W ład­nie urzą­dzo­nym miesz­ka­niu nikt na nią nie cze­kał; ani męż­czy­zna, ani zwie­rzak. Na­wet pa­prot­ki po­zby­ła się ja­kiś czas temu. Ow­szem, Lila chcia­ła za­ło­żyć ro­dzi­nę, mieć męża, dzie­ci, ale za ja­kiś czas. Nim się spo­strze­gła, mi­jał ósmy rok pra­cy w tym ko­ło­wrot­ku. Była nie­za­stą­pio­na w awa­ryj­nych sy­tu­acjach.

– Ana­li­za dla klien­ta? Na kie­dy? Czwar­tek do po­łu­dnia? Nie ma spra­wy! Mam całą dobę na to! – rzu­ca­ła do słu­chaw­ki i bie­gła do swo­je­go ze­spo­łu. – Da­cie radę! Li­czę na wa­sze za­an­ga­żo­wa­nie! Ta spra­wa ma naj­wyż­szy prio­ry­tet! – mo­ty­wo­wa­ła pod­wład­nych.

Te ko­mu­ni­ka­ty tak we­szły jej w na­wyk, że po­wta­rza­ła je na­wet wte­dy, kie­dy nie mu­sia­ła. Wie­dzia­ła, że szef bę­dzie oce­niał ją po wy­ni­kach.

Przez tyle lat pra­cy za­uwa­ży­ła, że na nie­zbyt sil­nych psy­chicz­nie oso­bach stres zwią­za­ny z obo­wiąz­ka­mi od­ci­ska pięt­no. Aby nie wy­paść z obie­gu, się­ga­li po do­pa­la­cze i ener­ge­ty­ki. Nie­któ­rzy gar­ścia­mi ły­ka­li ta­blet­ki na pa­mięć i kon­cen­tra­cję, na­to­miast al­ko­hol trak­to­wa­li jako pod­sta­wo­we le­kar­stwo na stres. By­wa­li i tacy, któ­rzy eks­pe­ry­men­to­wa­li z nar­ko­ty­ka­mi. Li­lia­na cie­szy­ła się w du­chu, że trzy­ma się z da­le­ka od uży­wek. Jej je­dy­nym na­ło­giem była kawa, czę­sto pita w nad­mier­nych ilo­ściach.

Ko­bie­ta do­sko­na­le wi­dzia­ła, co się dzie­je w śro­do­wi­sku ko­le­ża­nek i ko­le­gów. Jak grzy­by po desz­czu po­wsta­wa­ły ga­bi­ne­ty i po­rad­nie te­ra­peu­tycz­ne spe­cja­li­zu­ją­ce się w pra­cy z ofia­ra­mi kor­po­ra­cji. Za­kła­da­ne były – jak­że­by ina­czej – z ini­cja­ty­wy tych, któ­rzy ode­szli z ta­kie­go sys­te­mu pra­cy. Do­łą­cza­ły do nich fir­my spe­cja­li­zu­ją­ce się w warsz­ta­tach dla osób, któ­re chcia­ły odejść z mo­lo­cha i roz­po­cząć wła­sny biz­nes. Wy­pa­le­nie za­wo­do­we ro­bi­ło swo­je. Byli tacy, któ­rzy rzu­ca­li pra­cę w kor­po­ra­cji, a po­tem – znie­chę­ce­ni nie­po­wo­dze­nia­mi na ryn­ku – wra­ca­li, ale na gor­szych wa­run­kach. Gdy po­ję­li, że ha­rów­ka na wła­sny ra­chu­nek jest nie­po­rów­na­nie cięż­sza, bar­dziej wy­ma­ga­ją­ca i przy­no­si nie­pew­ny do­chód, zno­wu przy­wdzie­wa­li bia­łe koł­nie­rzy­ki. A kor­po­mar­no­traw­ni to na­praw­dę cen­ni pra­cow­ni­cy! Zna­ją już fir­mę od pod­szew­ki i nie mu­szą dłu­go wdra­żać się w obo­wiąz­ki. Agen­cja, w któ­rej pra­co­wa­ła Li­lia­na, ro­bi­ła wszyst­ko, aby przy­cią­gnąć daw­nych wy­rob­ni­ków i przy oka­zji wró­cić na li­stę firm, w któ­rych Po­la­cy chcie­li­by pra­co­wać. Ku­szo­no pra­cow­ni­ków, jak tyl­ko się dało. Or­ga­ni­zo­wa­no warsz­ta­ty z in­spi­ru­ją­cy­mi oso­bo­wo­ścia­mi i ce­le­bry­ta­mi, któ­re mia­ły za­chę­cić do więk­szej od­wa­gi i kre­atyw­no­ści. Re­fun­do­wa­no część kosz­tów za­ku­pu eko­lo­gicz­ne­go sa­mo­cho­du. Gdy ktoś cho­ro­wał, dział kadr wy­szu­ki­wał wszel­kie moż­li­we za­sił­ki, te­ra­pie i re­ha­bi­li­ta­cje. Ist­nia­ła jesz­cze jed­na opcja: rocz­ny płat­ny urlop.

Szef naj­pierw par­sk­nął śmie­chem, gdy usły­szał o tym po­my­śle od Li­lia­ny. Jak to? Chce na­gle pójść na dwu­na­sto­mie­sięcz­ne wol­ne?! Jak ona to so­bie wy­obra­ża? I ja­kie przed­sta­wi ku temu po­wo­dy? Prze­cież nie ma ro­dzi­ny, dzie­ci, zo­bo­wią­zań! Bab­cia cho­ru­je?! Cóż, z tym trze­ba się po­go­dzić. Dzie­więć­dzie­się­cio­let­nia sta­rusz­ka nie bę­dzie prze­cież wiecz­nie żyła. Moż­na za­trud­nić opie­kun­kę. Po­świę­cać się dla ja­kiejś sta­rusz­ki?

Jesz­cze ty­dzień wcze­śniej Li­lia­na była tego sa­me­go zda­nia. Ko­cha­ła bab­cię, ale prze­cież nie mo­gła dla niej zre­zy­gno­wać z do­tych­cza­so­we­go ży­cia. Mia­ła swo­je pla­ny, ma­rze­nia i cele! Jed­nak gdy przy­je­cha­ła w od­wie­dzi­ny do szpi­ta­la, wy­ry­wa­jąc się na dwa dni z kor­po­ra­cji i spo­ro go­dzin spę­dza­jąc w dro­dze, i zo­ba­czy­ła wy­chu­dzo­ną bli­ską oso­bę le­żą­cą w wy­kroch­ma­lo­nej po­ście­li, wie­dzia­ła, że nie może jej tak zo­sta­wić. Musi jej po­móc. Przy­naj­mniej na po­cząt­ku. To wte­dy na­ro­dził się po­mysł dwu­na­sto­mie­sięcz­ne­go płat­ne­go urlo­pu. Po ośmiu la­tach pra­cy kwa­li­fi­ko­wa­ła się do tego. Wia­do­mo, że pen­sja by­ła­by ob­ni­żo­na do mi­ni­mum, że ko­bie­ta w prak­ty­ce mu­sia­ła­by być do dys­po­zy­cji sze­fa oraz wy­ko­ny­wać za­da­nia mimo urlo­pu. To wszyst­ko da się zro­bić, po­my­śla­ła. Obie­ca­ła, że gdy tyl­ko stan sta­rusz­ki się po­pra­wi, wró­ci do pra­cy naj­szyb­ciej, jak się da, nie cze­ka­jąc, aż upły­nie cały przy­słu­gu­ją­cy wy­miar wol­ne­go. Zresz­tą w ostat­nim mo­men­cie zde­cy­do­wa­ła się na pół roku poza fir­mą.

Na­wet nie wie­dzia­ła, kie­dy i jak upły­nął sty­czeń. Gdy bab­cia była jesz­cze w szpi­ta­lu, Li­lia­na za­bra­ła się za or­ga­ni­za­cję ich wspól­ne­go ży­cia. Od le­ka­rza wie­dzia­ła, że nie­zbęd­na bę­dzie fi­zjo­te­ra­pia. Pod­py­ta­ła pie­lę­gniar­ki o naj­lep­sze­go spe­cja­li­stę w tej dzie­dzi­nie. Naj­czę­ściej wy­mie­nia­na była pry­wat­na prak­ty­ka z Cza­plin­ka. Li­lia­nę in­te­re­so­wa­ły tak­że wszel­kie me­dy­ka­men­ty, ma­ści i inne spe­cy­fi­ki, któ­re mogą po­móc cho­rej w szyb­kim po­wro­cie do spraw­no­ści. Skru­pu­lat­nie no­to­wa­ła wszyst­ko w swo­im ter­mi­na­rzu.

Ka­len­darz był jej nie­od­łącz­nym atry­bu­tem. Kil­ka lat temu zna­la­zła taki, któ­ry od­po­wia­dał jej po­trze­bom. Gru­by, w któ­rym każ­dy dzień zaj­mo­wał jed­ną stro­nę, jed­no­cze­śnie po­ręcz­ny i da­ją­cy scho­wać się do to­reb­ki. Na po­cząt­ku było miej­sce na wy­pi­sa­nie ce­lów stra­te­gicz­nych w da­nym roku, po­cząw­szy od ka­rie­ry, po­przez cele fi­nan­so­we, umie­jęt­no­ści, po­my­sły i pa­sje, a na ro­dzi­nie i przy­ja­cio­łach skoń­czyw­szy. Tę ostat­nią ru­bry­kę po­mi­ja­ła. Nie była jej do ni­cze­go po­trzeb­na. Ro­dzi­na, mąż, dzie­ci to kom­plet­na abs­trak­cja. Naj­waż­niej­sze po­zo­sta­wa­ło speł­nia­nie się jesz­cze przez ja­kieś dzie­sięć lat w kor­po­ra­cji. Czter­dzie­ści trzy lata – jak wy­ni­ka­ło z wszel­kich sta­ty­styk – tyle wy­no­sił wiek naj­star­sze­go pra­cow­ni­ka tego sys­te­mu, na­tu­ral­nie nie li­cząc pre­ze­sów i człon­ków za­rzą­du, bo ci za­zwy­czaj byli wie­ko­wi.

Li­lia­na mia­ła do tej pory na­praw­dę świet­ne za­rob­ki. Li­czy­ła, że je­że­li przez naj­bliż­sze lata odło­ży na kon­cie od­po­wied­nią sumę, to ja­koś do­cią­gnie do eme­ry­tu­ry, tak­że w przy­pad­ku pod­ję­cia póź­niej in­ne­go za­ję­cia. Nie­ste­ty sy­tu­acja lo­so­wa spra­wi­ła, że obec­ny rok nie bę­dzie sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy fi­nan­so­wo. Ba, pew­nie na­ru­szy tak­że oszczęd­no­ści, cho­ciaż ro­dzi­ce, gdy usły­sze­li jej zgo­dę na po­moc bab­ci, obie­ca­li, że po­kry­ją wszel­kie kosz­ty. Ale co z tego? Ter­mi­narz na naj­bliż­szy rok za­czę­ła za­pi­sy­wać jesz­cze w grud­niu. Skru­pu­lat­nie wy­peł­ni­ła ru­bry­ki z ce­la­mi stra­te­gicz­ny­mi i fi­nan­so­wy­mi. Co te­raz? Prze­cież nie od­ha­czy wy­ko­na­nia żad­ne­go z nich! Żad­ne­go!

Gdy bab­cia wró­ci­ła do domu, było tyl­ko go­rzej. Cały czas na­le­ża­ło coś przy niej ro­bić. Sta­rusz­ka chcia­ła po­ka­zać, że zwich­nię­cie to nic wiel­kie­go, zda­rza się każ­de­mu i szyb­ko się z nie­go wy­cho­dzi. Pró­bo­wa­ła wsta­wać i po­ru­szać się o ku­lach, sta­ra­jąc się nie an­ga­żo­wać wnucz­ki, ale z ust do­by­wał się syk bólu. Li­lia­na w ostat­niej chwi­li do­ska­ki­wa­ła do niej i ra­to­wa­ła przed ko­lej­nym upad­kiem.

– Bab­ciu! Nie mo­żesz wsta­wać sama! Pro­szę, wo­łaj mnie, gdy chcesz pójść do to­a­le­ty albo po­trze­bu­jesz cze­goś.

– I tak ogrom­nie mnie wspie­rasz samą obec­no­ścią, ko­cha­nie.

Upar­ta go­spo­dy­ni jesz­cze kil­ka­krot­nie chcia­ła po­ka­zać, że da so­bie radę, ale na próż­no. Duch sil­ny, cia­ło nie­ko­niecz­nie. Gdy pod­czas pew­nej pró­by za­chwia­ła się nie­bez­piecz­nie i kulą po­trą­ci­ła sto­ją­cą na pod­ło­dze lam­pę, Li­lia­na za­bro­ni­ła jej ja­kie­go­kol­wiek wsta­wa­nia bez po­wia­do­mie­nia o tym.

Wnucz­ka bacz­nie ob­ser­wo­wa­ła ręce fi­zjo­te­ra­peut­ki pod­czas pierw­szej do­mo­wej wi­zy­ty. Na­wyk kon­tro­lo­wa­nia wy­nio­sła z pra­cy. Pań­skie oko ko­nia tu­czy. Do­kład­nie też pa­trzy­ła na ze­ga­rek, czy przy­pad­kiem re­ha­bi­li­tant­ka nie skró­ci cza­su za­bie­gu kosz­tem zdro­wia bab­ci. Nie zro­bi­ła tego. Se­sję prze­dłu­ży­ła na­wet o pięć mi­nut. Li­lia­na była prze­ko­na­na, że to dzię­ki jej obec­no­ści. Gdy­by zo­sta­wi­ła sta­rusz­kę samą, pra­cow­ni­ca przy­chod­ni wy­ko­rzy­sta­ła­by spo­sob­ność i nie prze­pro­wa­dzi­ła fi­zjo­te­ra­pii, jak na­le­ży.

– Na­stęp­na wi­zy­ta za trzy dni – za­ko­mu­ni­ko­wa­ła spe­cja­list­ka i po­da­ła mło­dej ko­bie­cie sko­ro­szyt, w któ­rym wnucz­ka mia­ła pod­pi­sać wy­ko­na­nie ćwi­czeń i ma­sa­żu.

– Do zo­ba­cze­nia w ta­kim ra­zie.

– Nie bę­dzie­my się wi­dzieć. Pra­cu­je­my ro­ta­cyj­nie. Przy­je­dzie ktoś inny.

Li­lia­nie się to nie spodo­ba­ło. Re­ha­bi­li­tant po­wi­nien być przy­pi­sa­ny do pa­cjen­ta od po­cząt­ku do koń­ca! Po chwi­li po­my­śla­ła, że w su­mie może to i do­brze… Ta fi­zjo­te­ra­peut­ka wy­da­ła się jej ja­kaś dziw­na. Nie od­zy­wa­ła się wca­le, za­ci­ska­ła usta, jak­by nie w smak jej było, że ktoś pa­trzy na ręce. Jed­nak je­śli chce się coś uzy­skać, to tak trze­ba, po­wtó­rzy­ła w my­ślach wnucz­ka.

Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru, gdy tyl­ko po­mo­gła bab­ci po­ło­żyć się do łóż­ka, za­sia­dła nad ter­mi­na­rzem. Tym ra­zem po­świę­ci­ła czas ru­bry­ce „Ro­dzi­na”. Na sa­mej gó­rze za­pi­sa­ła: „Bab­cia”, a pod spodem od­no­to­wa­ła:

15 stycz­nia – 28 lu­te­go – in­ten­syw­na fi­zjo­te­ra­pia

1 mar­ca – 31 mar­ca – wi­zy­ty u psy­cho­lo­ga mo­ty­wu­ją­ce­go bab­cię oraz dal­sza fi­zjo­te­ra­pia; pró­by sa­mo­dziel­ne­go cho­dze­nia kil­ka razy w ty­go­dniu; ku­ra­cja wi­ta­mi­no­wa i wap­nio­wa wzmac­nia­ją­ca ko­ści

Kwie­cień – za­ła­twić pry­wat­ne miej­sce w sa­na­to­rium, wy­ko­nać wcze­śniej wszel­kie nie­zbęd­ne ba­da­nia

Maj – bab­cia cały mie­siąc w sa­na­to­rium

Czer­wiec – wra­cam do pra­cy

Ostat­nie zda­nie pod­kre­śli­ła na czer­wo­no.

Przez pierw­sze dni po­by­tu u bab­ci była za­ję­ta róż­ny­mi for­mal­ny­mi spra­wa­mi. Ku­pi­ła jej też prze­ciw­o­dle­ży­no­wy ma­te­rac, by szyb­ciej wra­ca­ła do zdro­wia. W po­bli­skiej miej­sco­wo­ści zna­la­zła ko­bie­tę do po­mo­cy w sprzą­ta­niu, a przy oka­zji w do­pil­no­wa­niu bab­ci wte­dy, gdy sama mu­sia­ła wy­jeż­dżać do Cza­plin­ka. A mu­sia­ła każ­de­go dnia… By­wa­ło, że i dwa razy dzien­nie tam była, choć sta­ra­ła się tego uni­kać, gdyż wte­dy mu­sia­ła zo­sta­wiać sta­rusz­kę wie­czo­rem samą na do­brą go­dzi­nę.

Przy­po­mi­na­jąc so­bie dru­gi ty­dzień po­by­tu u bab­ci i kom­plet­ny brak za­się­gu przez kil­ka dni, do tej pory ogar­nia­ła ją złość. Na po­cząt­ku nic nie za­uwa­ży­ła. Była pew­na, że brak sy­gna­łów dźwię­ko­wych oznaj­mia­ją­cych na­dej­ście ma­ila, ese­me­sa czy roz­mo­wy ozna­cza, że w pra­cy dają jej wy­tchnie­nie. Nic z tych rze­czy! Kie­dy sama chcia­ła gdzieś za­dzwo­nić, oka­za­ło się, że sieć do Ku­sze­wa nie do­cho­dzi! Ko­bie­ta bie­ga­ła jak osza­la­ła po oko­licz­nych po­lach, aby zła­pać za­sięg. Ja­kieś pięć­set me­trów od domu uda­ło jej się chwy­cić dwie kre­ski oraz bar­dzo sła­by in­ter­net. Wte­dy ko­mór­ka osza­la­ła! Wia­do­mo­ści, ma­ile i in­for­ma­cje o nie­uda­nych po­łą­cze­niach przy­cho­dzą­cych wcho­dzi­ły z ol­brzy­mią pręd­ko­ścią. Do wy­ko­na­nia było spo­ro za­dań, w do­dat­ku na wczo­raj. Pra­co­wa­ła cały wie­czór, aby nad­ro­bić za­le­gło­ści z kil­ku dni. Za­sy­pia­ła w po­czu­ciu do­brze wy­ko­na­ne­go obo­wiąz­ku, a na­stęp­ne­go ran­ka, gdy tyl­ko w domu po­ja­wi­ła się pani po­ma­ga­ją­ca w sprzą­ta­niu, po­je­cha­ła do Cza­plin­ka i od­na­la­zła tę uro­czą re­stau­ra­cję w cen­trum mia­sta. Nikt jej nie prze­szka­dzał przez trzy go­dzi­ny, więc spo­koj­nie ro­ze­sła­ła za­le­głe ana­li­zy i ra­por­ty. Żeby ni­g­dy wię­cej nie do­pu­ścić do ta­kich za­nie­dbań, przy­jeż­dża­ła tu­taj co naj­mniej raz dzien­nie. Na­tu­ral­nie, nie mia­ła na­wet jed­nej pią­tej z obo­wiąz­ków, któ­re nor­mal­nie wy­ko­ny­wa­ła w biu­rze, ale pew­ne spra­wy i klien­ci byli przy­pi­sa­ni tyl­ko jej i chcia­ła nad wszyst­kim czu­wać.

Kie­dy już ure­gu­lo­wa­ła rytm dnia, za­czę­ły jej do­ku­czać… wie­czo­ry. Przy­zwy­cza­jo­na, że dłu­go sie­dzi w biu­row­cu, a gdy wra­ca do sie­bie, oglą­da ser­wis in­for­ma­cyj­ny nada­wa­ny na żywo i po­now­nie włą­cza lap­top, w Ku­sze­wie nie mo­gła so­bie zna­leźć za­ję­cia. In­ter­net nie dzia­łał. W te­le­wi­zji tak­że nic cie­ka­we­go nie le­cia­ło. Bab­cia mia­ła tyl­ko trzy ka­na­ły, a na­wet na nie zer­ka­ła bar­dzo rzad­ko. Oglą­da­ła wia­do­mo­ści, a po­tem wy­łą­cza­ła te­le­wi­zor. Słu­cha­ła ra­dia. Chciał nie chciał, Li­lia­na mu­sia­ła ro­bić to samo. Pierw­sze dni były nie do znie­sie­nia. Sta­rusz­ka uwiel­bia­ła ka­nał, na któ­rym to­czy­ły się dys­ku­sje, a mu­zy­kę pusz­cza­no od cza­su do cza­su. Zwa­rio­wać moż­na! Z cza­sem jed­nak, nie­ocze­ki­wa­nie, wnucz­ka za­czę­ła wsłu­chi­wać się w pre­zen­to­wa­ną treść. Za­cie­ka­wi­ły ją au­dy­cje hi­sto­rycz­ne, po­li­tycz­ne, pre­zen­ta­cje cie­ka­wych lu­dzi i re­gio­nów, któ­rych nie zna­ła. Nie wszyst­ko ją in­te­re­so­wa­ło, dla­te­go cza­sa­mi krę­ci­ła się ner­wo­wo po domu. Bo ileż moż­na go­to­wać dla sie­bie i bab­ci? Ni­g­dy nie była spe­cja­list­ką od ku­cha­rze­nia. Za­zwy­czaj przy­go­to­wy­wa­ła pro­ste po­tra­wy, ale bab­ci to nie prze­szka­dza­ło.

– Co moja mama tu ro­bi­ła? – spy­ta­ła któ­re­goś razu skró­to­wo, fir­mo­wym to­nem.

– W two­im wie­ku? Cie­bie ba­wi­ła – od­po­wie­dzia­ła sta­rusz­ka.

– Nie o to mi cho­dzi – żach­nę­ła się wnucz­ka. – Za­sta­na­wiam się, jak wy­ście tu funk­cjo­no­wa­li przed laty. Prze­cież kie­dyś było wam zde­cy­do­wa­nie trud­niej niż dzi­siaj. Ma­leń­ka miej­sco­wość, zimą pew­nie jest kom­plet­nie za­sy­pa­na śnie­giem i od­cię­ta od świa­ta.

– Trud­niej, moja dro­ga… Wy­bacz, pew­nie cię za­nu­dzę, ale mu­szę cof­nąć się pa­mię­cią i coś ci opo­wie­dzieć. To, co ty na­zy­wasz trud­nym, ni­g­dy ta­kim nie było. Za­parz mię­tę i przy­siądź przy mnie.

Nor­mal­nie Li­lia­na nie mia­ła­by cier­pli­wo­ści do słu­cha­nia. Jed­nak co ro­bić wie­czo­rem, kie­dy nie moż­na po­pra­co­wać, a w te­le­wi­zji same nudy? Po­sta­wi­ła dzba­nek na sto­li­ku, na­la­ła zie­lon­ka­we­go na­po­ju do fi­li­ża­nek – bo sta­rusz­ka piła tyl­ko tak po­da­ną her­ba­tę – i za­czę­ła słu­chać.

– Nie wiem, czy co­kol­wiek sły­sza­łaś o na­szej ro­dzi­nie. Wró­cę do cza­sów woj­ny. W mar­cu ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­ste­go czwar­te­go roku moi ro­dzi­ce zo­sta­li wy­wie­zie­ni z ro­dzin­nych ziem na ro­bo­ty przy­mu­so­we do Nie­miec. Wraz z nimi by­łam ja. Za­pa­ko­wa­no też sio­strę mat­ki, Ur­szu­lę, któ­ra mia­ła ze sobą rocz­ne dziec­ko, a z dru­gim była w cią­ży. Pa­mię­tam, jak su­szy­li­śmy pie­lusz­ki tego star­sze­go, przy­kła­da­jąc je do sie­bie. To była wio­sna. Po­dróż oka­za­ła się strasz­nym prze­ży­ciem. Je­cha­li­śmy w by­dlę­cych wa­go­nach. Słab­si nie byli w sta­nie tego prze­trwać. Raz na ja­kiś czas się za­trzy­my­wa­li­śmy. Na po­sto­jach z wa­go­nów wy­no­szo­no zwło­ki.

Li­lia­na się wzdry­gnę­ła. Ni­g­dy nie sły­sza­ła tej opo­wie­ści.

– Wy­wie­zio­no nas aż do Tu­ryn­gii. Tam w maju cio­cia Ur­szu­la uro­dzi­ła. Dziec­ko wa­ży­ło nie­speł­na dwa ki­lo­gra­my. Od­bie­ra­ją­ca po­ród aku­szer­ka żar­to­wa­ła, że gdy­by nie na­lot, ma­luch pew­nie po­cze­kał­by tro­chę i do­rósł kil­ka deko. Prze­trwa­li­śmy u bau­erów aż do koń­ca woj­ny. Gdy w maju czter­dzie­ste­go pią­te­go ogło­szo­no wol­ność, ro­dzi­ce pod­ję­li de­cy­zję o po­wro­cie do Pol­ski.

– A to nie było oczy­wi­ste? – zdzi­wi­ła się wnucz­ka.

– Dla jed­nych było, dla in­nych nie. Tych dru­gich ku­sił świat. Wie­lu zna­jo­mych wy­bra­ło Za­chód, szcze­gól­nie Bel­gię, An­glię i Ka­na­dę. Wszyst­ko dla­te­go, że miej­sco­wość Wan­gen­he­im, w któ­rej by­li­śmy, wy­zwo­li­li Ame­ry­ka­nie, za­tem moż­na było sko­rzy­stać z sy­tu­acji. Moja ro­dzi­na zde­cy­do­wa­ła jed­nak je­chać na Zie­mie Od­zy­ska­ne, bo na Wo­łyń ab­so­lut­nie nie mo­gli­śmy wra­cać. Po­cią­gi wio­zły nas w nie­zna­ne. Tak tra­fi­li­śmy do Cza­plin­ka, a stam­tąd sa­mo­cho­da­mi woj­sko­wy­mi i fur­man­ka­mi do Czar­ne­go Wiel­kie­go, wsi parę ki­lo­me­trów da­lej. Cio­cia Ur­szu­la z ro­dzi­ną po­je­cha­ła na Śląsk. Bar­dzo rzad­ko się od­wie­dza­li­śmy, z cza­sem kon­takt ustał zu­peł­nie. Wiem, że zmar­ła wcze­śniej niż moja mama. Na­to­miast gdy ja wy­szłam za mąż za two­je­go dziad­ka, wy­bu­do­wa­li­śmy się na Win­nym Wzgó­rzu, to zna­czy w Ku­sze­wie. Do­oko­ła nas nie było wte­dy ni­ko­go. Są­siad od są­sia­da od­da­lo­ny był znacz­nie. Ta miej­sco­wość za­wsze li­czy­ła nie­wie­lu miesz­kań­ców, ale dzię­ki temu wszy­scy czu­li­śmy się tu­taj jak ro­dzi­na. Jak wiesz, całe ży­cie pra­co­wa­łam jako księ­go­wa w urzę­dzie w Cza­plin­ku. Dzia­dek zmarł jesz­cze przed two­im uro­dze­niem. – Ko­bie­ta wes­tchnę­ła. – Na­wet w ma­leń­kiej wsi ży­cie to­czy się tak samo jak gdzie­kol­wiek in­dziej. Two­ja mat­ka mia­ła dwie star­sze przy­ja­ciół­ki, któ­re miesz­ka­ły tuż przy wjeź­dzie. Od­wie­dza­ły się i ro­bi­ły to wszyst­ko, co inne na­sto­lat­ki.

Li­lia­na unio­sła brew. Bab­cia chy­ba nie ma po­ję­cia o współ­cze­snym świe­cie, po­my­śla­ła.

– Ow­szem, wte­dy nie było ta­kiej do­stęp­no­ści wszyst­kie­go jak te­raz – cią­gnę­ła sta­rusz­ka, jak­by czy­ta­jąc w jej my­ślach. – Ba, ni­cze­go nie było. Ale czło­wiek miał nie­wie­le i był szczę­śli­wy. A te­raz ma wszyst­ko, tyl­ko szczę­ścia mu brak.

Mło­da ko­bie­ta już mia­ła coś od­po­wie­dzieć, gdy nie­ocze­ki­wa­nie roz­legł się dźwięk jej ko­mór­ki.

– Czyż­by za­sięg wró­cił? – mruk­nę­ła pod no­sem i za­ję­ła się spraw­dza­niem apa­ra­tu. Wia­do­mo­ści ma­ilo­we wcho­dzi­ły jak osza­la­łe. Po po­łu­dniu po­ja­wił się pe­wien pro­blem z jej do­brym klien­tem i wy­ma­gał na­tych­mia­sto­we­go roz­wią­za­nia.

– Bab­ciu, wy­trzy­masz pół­to­rej go­dzi­ny sama? Wię­cej cza­su mi to nie zaj­mie. – Li­lia­na krzą­ta­ła się, pa­ku­jąc sprzęt do tor­by i mó­wiąc do sta­rusz­ki. – Jak nie za­ła­twię tego dzi­siaj, to będę mu­sia­ła ju­tro. A przed po­łu­dniem mamy prze­cież wy­zna­czo­ną wi­zy­tę u or­to­pe­dy. Cho­ciaż może spró­bu­ję wzmoc­nić sy­gnał i uda mi się to zro­bić z ko­mór­ki…

Po pię­ciu mi­nu­tach nie­uda­nych prób pod­da­ła się. Po­wstrzy­ma­ła ci­sną­ce się na usta prze­kleń­stwa i – choć to w za­sa­dzie była pora ko­la­cji – ru­szy­ła spod domu z pi­skiem opon. Bab­cia pa­trzy­ła za nią przez okno, sie­dząc sa­mot­nie przy ku­chen­nym sto­le.