Strona główna » Kryminał » Wszystkie świństwa świata

Wszystkie świństwa świata

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-240-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wszystkie świństwa świata

"Brutalne morderstwo, części poćwiartowanego ciała pojawiające się w stołecznych parkach, strach w mieście. Policja czy telewizja - kto pierwszy poinformuje o postępach śledztwa? Znany prezenter stacji telewizyjnej nie zjawia się w pracy. Atmosfera robi się coraz bardziej nerwowa jednak nikt nie podejrzewa najgorszego. Kilka dni po zaginięciu Aleksandra Rawskiego przypadkowi przechodnie w warszawskich parkach dokonują makabrycznych odkryć – jakiś szaleniec rozrzuca po mieście kawałki ludzkiego ciała. Kryminalistyczne ekspertyzy dowodzą, że są to szczątki zaginionej gwiazdy telewizji informacyjnej. Kiedy śledztwo przenosi się za kulisy telewizji, okazuje się, że po drugiej stronie ekranu znajdziemy dosłownie Wszystkie świństwa świata… Znakomity polski kryminał, z mocnymi elementami thrillera, bogatą warstwą psychologiczną i obyczajową."

Polecane książki

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej Version bilingue: polonaise et française. Carmen – nowela autorstwa Prospera Mériméego, opublikowana po raz pierwszy w 1845 roku. Główny bohater, żołnierz José, poznaje piękną Cygankę o imieniu Carmen. Zakochuje się w niej bez pamięci. Pod ...
Małe miasteczko, zwykły poniedziałek, wieczór. Grupa nastolatek spotyka się na opuszczonym poddaszu. Jedna z nich przechodzi inicjację, która ma być jej przepustką do tego zamkniętego klubu. Trochę dziwnych rytuałów, wymiana fantów i… po wszystkim. Dziewczyna jednak nie wraca do domu. I życie żad...
Nowy bestseller nr 1 i nowy bohater, jakiego jeszcze w tym gatunku nie było!Jak zwykle u Fitzka: zwyczajny człowiek postawiony wobec NIEWYOBRAŻALNEGO… musi wytropić mordercę i uratować życie dziecka. Tyle, że nie umie czytać ani pisać…Milan Berg stoi na światłach, kiedy nagle obok niego zatrzymuje s...
Nie ma tutaj porad, jak przebudować miasto ani nawet – jak to bywa w publikacjach Rema Koolhaasa czy Roberta Venturiego – jak je lepiej zrozumieć. Nie jest to książka o tym, co robić, ale o tym, czego unikać. Nie stanowi ona katalogu dobrych praktyk, jest raczej przewodnikiem po polu min...
Okazuje się, że istnieją dziesiątki dowodów, poszlak, odkryć archeologicznych, relacji naocznych i niemych świadków, a nawet bardzo obrazowych opisów wizji wybitnych mistyków, dzięki którym 2000 lat po najgłośniejszej zbrodni w dziejach można dokonać jej rekonstrukcji. Autorka z dużą wprawą zbiera j...
Trisha marzy o lepszej przyszłości, a przede wszystkim o lepszej pracy - najchętniej we własnej fi rmie. Gdy kolejny bank odmawia jej kredytu, zaczyna tracić wiarę w siebie. Z kłopotu wybawia ją przypadkowo poznany mężczyzna, który proponuje jej korzystną pożyczkę. W zamian żąda przysługi… Zadaniem ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jolanta Mokrzyńska

WSZYSTKIE ŚWIŃSTWA ŚWIATA

Copyright © 2014 by Jolanta Mokrzyńska

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-240-9

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Niuńka i Madzi,

którzy pomagali mi zobaczyć rzeczy

i ludzi takimi, jacy są naprawdę

Aleksander Rawski nie był niezastąpiony, ale zrobiło się już za późno, by znaleźć kogoś na jego miejsce.

– I co my teraz, kurwa, zrobimy?

Redaktor wydania spojrzał na realizatora, tak jakby ten mógł mu pomóc. Zegar wyświetlony na jednym z ekranów nieubłaganie wskazywał dwudziestą drugą piętnaście. Studio naszykowane, reflektory włączone, reżyserka w gotowości. Za kwadrans startował „Przegląd Dnia” – flagowy serwis informacyjny wieczornego pasma. Podsumowanie wydarzeń, rozmowa z gościem, dzień z bliska i w detalach. Wszystko czekało – scenariusz napisany i zamknięty, materiały zmontowane, nawet operatorzy kamer w studiu stali grzecznie na swoich stanowiskach. Brakowało tylko prezentera. Wydawca szalał w reżyserce.

– Ja pierdolę! Jak to jest w ogóle możliwe: nie przyjść na program? Co on sobie, kurwa, myśli?!

Pewnie nie bez wpływu na tę wściekłość pozostawało jego własne zaniedbanie. Był czas, kiedy dało się jeszcze coś przedsięwziąć. Zwerbować kogoś w zastępstwie, zażądać od poprzedniej zmiany, by została dłużej, skorzystać z dość natrętnie oferowanych i zawsze aktualnych usług ambitnego reportera działu zagranicznego, który za wszelką cenę chciał zaistnieć jako prezenter. Tymczasem czujność wydawcy – skądinąd zasłużonego i doświadczonego na wielu medialnych frontach – zmyliło to, że „Przegląd” był programem prowadzonym w parach. Współprowadząca Rawskiego – jak zawsze obowiązkowa i skrupulatna Izabela Kalicka – już po południu stawiła się na miejscu i swoim zwyczajem grzecznie i cichutko pisała zapowiedzi materiałów, czytała depesze, przygotowywała się do programu. To właśnie stworzyło złudne wrażenie, że sytuacja nie wymyka się spod kontroli. Tymczasem wymknęła się, i to na tyle poważnie, że Jerzy Blajer zaczynał się zastanawiać, czy nie przyjdzie mu za to zapłacić własną, pieczołowicie pielęgnowaną karierą. Wydawca to człowiek, którego nie widać podczas programu, ale który odpowiada za jego całość – Blajer pracował w telewizji zbyt długo, by nie wiedzieć, że to on może zostać rozliczony za zaniedbanie, niefrasobliwość, a może kaprys Rawskiego.

Prowadzący wieczorny program powinien był pojawić się w pracy najpóźniej o osiemnastej. Kiedy tego nie zrobił, Blajer – podobnie jak cała reszta redakcji – zbagatelizował sprawę. Rawskiego nie ma? No nie ma, ale cóż… Bez stresu, jeszcze wcześnie, może się po prostu spóźni. Nieobecność połowy duetu prezenterskiego nie zatrzymywała prac nad programem; wszystko szło tak, jak powinno – Blajer jako wydawca decydował o tym, co jest godne wzmianki na antenie, a co można pominąć, sprawdzał reporterom materiały, przekomarzał się z autorką nagłówków do tematów.

– Jak tam po urodzinach, pani Joanno? Główka boli? – Dziewczyna wprawdzie nie wyglądała na cierpiącą, ale na niewyspaną na pewno.

– Nie jest tak źle – starała się, by uśmiech choć trochę rozjaśnił sińce pod oczami, ale Blajer i tak wiedział swoje. W kwestii nieobecności Rawskiego również. Kiedy minęła dwudziesta, a jego nadal nie było, wciąż jeszcze nie widział powodu do paniki. Ważniejsze było zaproszenie do studia odpowiedniego gościa – takiego, który będzie umiał opowiedzieć o skutkach użycia sarinu, ale bez nadmiernego epatowania nazbyt dokładnymi opisami; widzowie mogą przecież właśnie jeść późną kolację przed telewizorem. Użycie gazu bojowego na przedmieściach Damaszku – to był temat dnia, a nie jakieś nieeleganckie spóźnienie prowadzącego.

Poza tym Blajer był dobrym obserwatorem – przez prawie półtora roku wspólnej pracy z Kalicką i Rawskim zdołał się zorientować, jak między tym dwojgiem rozkłada się podział obowiązków. Mimo późnej pory był spokojny; wiedział, że Kalicka jak zwykle wykona całą robotę, a jej kolega będzie mógł po prostu przyjść na gotowe; wystarczy, że pojawi się o godzinie niezakrawającej na nieprzyzwoitość. Dwudziesta pierwsza nadeszła szybko w ferworze szykowania materiałów o Syrii. Rawskiego nie ma? No nie ma, ale cóż… Przecież przyjdzie, to oczywiste. To było oczywiste aż do momentu, w którym nieco bardziej zaniepokojony kierownik produkcji postanowił do spóźnionego zadzwonić. Niestety bez efektów. Pięć sygnałów i „Tu Aleksander Rawski, zostaw wiadomość”. I tak raz, drugi, trzeci.

– Nie chcę cię martwić, Jurek, ale telefon Aleksandra nie odpowiada.

Kierownik produkcji w stacji informacyjnej to człowiek, który musi radzić sobie z wieloma przeciwnościami losu. Niestraszny mu leniwy montażysta, pomylone felietony, reporter, który pojechał na zdjęcia nie tam, gdzie trzeba. Tomasz Migota z całą pewnością nie chciał więc siać paniki, ale jakoś tak wyszło, że zdenerwowanie w jego głosie było słyszalne bardzo wyraźnie. Wtedy trudniej już było powiedzieć: „Rawskiego nie ma? No nie ma, ale cóż…”, lecz mimo to Blajer raz jeszcze spróbował. Zaniepokoił się na serio dopiero, kiedy stało się jasne, że to absolutnie ostatni moment, w którym niesolidny prezenter powinien się odnaleźć. I tak całym jego przygotowaniem do programu byłby już teraz tylko makijaż podczas szybkiej wizyty w charakteryzatorni. Rzecz jasna lepiej, by pojawił się nieprzygotowany – a nawet nieumalowany – niż by nie pojawił się wcale. Dochodziła dwudziesta druga – pół godziny do wejścia na antenę. Nie zdarzyło się jeszcze nigdy, by prezenter tak po prostu się nie pojawił. Dwadzieścia lat pracy w mediach nauczyło Blajera, że w każdej chwili może mu grozić trzęsienie ziemi, katastrofa samolotu, upadek rządu – ale nie to, że prezenter nie przyjdzie na program.

– Może coś mu się stało? – Migota powiedział na głos to, o czym Blajer nawet nie pomyślał. Chociaż właściwie powinien. I na pewno by to zrobił, gdyby tylko nie wsiąkł w obrazy martwych ciał syryjskich kobiet i dzieci. Rzędy zwłok okrytych białymi prześcieradłami i ułożonych pokotem na gołej ziemi robiły wstrząsające wrażenie. Ile można pokazać, nie narażając widzów na szok?

– Jurek, słyszysz mnie? – Migota nie dawał za wygraną. – Jest już strasznie późno, musiało mu się coś stać. Inaczej przecież by przyszedł.

– Ciągle liczę na to, że to zrobi – Blajer uważał, że trzeba mieć naprawdę dobry powód, by zaryzykować wyrzucenie z pracy. Nie podejrzewał Rawskiego ani o dobry powód, ani tym bardziej o skłonność do ryzyka, więc spektakularne entrée tuż przed programem wciąż wydawało mu się najbardziej prawdopodobne. Aż do momentu, w którym z końca newsroomu odezwał się jakiś nieśmiały głos.

– Słuchajcie, czyj to telefon? Bo wibruje tu i wibruje.

Tomasz Migota był sprawnym kierownikiem produkcji, nie potrzebował dużo czasu, by rozeznać się w sytuacji. Służbowy telefon, typowy model, jedenaście nieodebranych połączeń, ostatnie od kogoś o imieniu Justyna, a trzy poprzednie od rozmówcy wpisanego do książki telefonicznej jako „firma”.

– Cholera, to telefon Rawskiego. – Godziny nieodebranych połączeń zgadzały się idealnie; Migota dostrzegł to od razu, sam przecież dzwonił.

– To bardzo dziwne. – Izabela Kalicka oderwała się od poprawiania felietonu o możliwych reakcjach społeczności międzynarodowej na atak gazowy w Syrii. Może bezczynność ONZ skojarzyła jej się z postawą Jerzego? – Zazwyczaj Aleksander ma telefon przy sobie. Musiał zapomnieć. Ale od wczoraj? Zapomniałby go wczoraj po dyżurze i nie wrócił po niego?

– Nie, to jakieś głupie. – Kierownik produkcji był zadowolony, że znalazł kogoś, kto podziela jego niepokój. – Nie zrobiłby tak.

Rawski pracował na wieczornych zmianach – to znaczy, że wczoraj skończył dyżur o dwudziestej trzeciej. Nie chciało się wierzyć, że od tamtej pory nie zauważyłby braku telefonu i nie wróciłby po niego. Czy więc był tutaj dzisiaj w ciągu dnia i zniknął gdzieś na terenie firmy?

– Znajdzie się, mówię wam. Tym bardziej że skoro leży tu jego telefon, to on sam musi być gdzieś w budynku. – Blajer nie tracił optymizmu nawet wtedy, gdy zrobiło się na tyle późno, że musiał przejść z newsroomu na stanowisko dowodzenia w reżyserce. A później został już tylko zegar nieubłaganie odmierzający kolejne minuty i widok z czterech kamer na wciąż pusty fotel prezentera w studiu.

– Kurwa mać, co za kretyn! – Jerzy Blajer zrozumiał, że na jego dyżurze stało się coś, co teoretycznie nie miało prawa się zdarzyć. Choć nie było jeszcze najgorzej. Miał Izabelę; gdyby nie ona, musiałby pewnie sam podjąć desperacką próbę debiutu w nowej roli albo zmusić prezentera pogody, by odczytał kwestie z promptera. – Nie ma rady, Izabela będzie musiała sama poprowadzić ten program.

I poprowadziła. Dzielnie i za dwoje. Tuż przed startem obsługa planu wyniosła ze studia fotel przeznaczony dla Rawskiego. Upchnięty gdzieś w kącie ciemnego korytarza stał zbędny i niepotrzebny – pusty fotel prowadzącego jak wyrzut sumienia.

*

– Piękna sukienka. Ale twoje nogi jeszcze piękniejsze. – Usłyszałam, kiedy nasz nowy prezenter mijał mnie na schodach.

To był pierwszy raz, kiedy się do mnie odezwał. Pracował u nas już kilka tygodni, ale jak dotąd wymienialiśmy tylko zdawkowe „dzień dobry” i „do widzenia”. Aleksander Rawski – nasz najnowszy nabytek, znany dziennikarz z Opola, dawna gwiazda powracająca po latach zesłania na prowincję i wiarołomnym romansie z konkurencją. Spojrzałam na niego – po raz pierwszy uważnie, po raz pierwszy z tak bliska. Ostre kości policzkowe, idealna siateczka zmarszczek w kącikach zimnych, niebieskich oczu, delikatny cień zepsucia w linii ust nieskorych do uśmiechu i kapryśnych. Nie musiałam patrzeć długo, by to dostrzec – ten błysk w oku, to głodne spojrzenie poszukiwacza przygód, tę iskrę, która aż nazbyt wyraźnie mówiła „chcę się zabawić”.

Istnieje taki gatunek mężczyzn, obok których kobieta nie umie przejść obojętnie. Wcale nie muszą być wysocy, nie zawsze są przystojni, rzadko kiedy bywają sympatyczni. To specyficzny gatunek, którego nie można pomylić z żadnym innym – starzy myśliwi spragnieni nowych zdobyczy, niestrudzeni poławiacze pereł, którzy do perfekcji opanowali sztukę gestu i spojrzenia, amatorzy niespiesznych romansów i szybkiego seksu w windzie. To fascynowało i ostrzegało jednocześnie, przyciągało i mówiło „uważaj”. Aleksander Rawski był właśnie takim mężczyzną. Nie było tego widać na ekranie – wtedy chłodny profesjonalizm przykrywał płomień; nie zauważałam tego, gdy siedział za biurkiem w redakcji i pilnie patrzył w monitor. Czasami można było wyczuć ten prąd, gdy widziało się go w palarni. Kiedy powoli zapalał papierosa, a potem mrużył oczy, leniwie wydmuchując dym w kierunku sufitu, dało się wyczytać w jego gestach zaproszenie do przygody, obietnicę wrażeń, ledwie zarysowaną zapowiedź przyjemności.

Jednak w pełni dostrzegłam to wszystko, kiedy spojrzał z całą mocą wprost na mnie – dopiero wtedy, gdy staliśmy naprzeciw siebie na ciemnych schodach, wszystko stało się jasne. Patrzył tak, jakby nie tyle rozbierał mnie wzrokiem, co już rozkoszował się moją nagością. Miał w oczach obietnicę wszystkich świństw świata, a to nie jest obietnica, której dziewczyna potrafi się oprzeć.

*

– Nie pojawił się. I co teraz? – Migota czekał w newsroo­mie, aż Blajer wróci z reżyserki po programie.

– Nie wiem, kurwa. Wiem za to, że będę musiał tłumaczyć się przed dyrektorem.

Kalicka rzuciła mu zaskoczone spojrzenie.

– No tak, ale co się stało z Aleksandrem?

– Nie mam pojęcia. Może gdzieś pije – Blajer wcale nie był o tym przekonany, ale to tłumaczenie wydawało mu się najłatwiejsze. Poza tym był już bardzo zmęczony. – Mam dość na dziś. Idę do domu. Zostawcie ten jego telefon u paskowego, musi przecież prędzej czy później po niego przyjść.

Paskowy – niezgrabne określenie na bardzo użytecznego pracownika. Tego, który czuwa nieustająco, pilnując literek przesuwających się w dole ekranu, depesz i nowości. Wszystkie najważniejsze informacje, wiecznie żywe centrum redakcji. Nawet w nocy na stanowisku paskowego musiał ktoś dyżurować. Ktoś, kto nie spał i w razie czego oddałby Rawskiemu jego zapomniany telefon.

– No nie wiem, może powinniśmy to gdzieś zgłosić… – Migota nie wydawał się przekonany.

– Pomyślimy o tym jutro. – Blajer nie miał w sobie nic ze Scarlett O’Hary, ale tym razem postanowił być wierny jej dewizie. Kiedy zamykały się za nim ciężkie, szklane drzwi newsroomu, Kalicka i Migota wymienili ze sobą spojrzenia.

– No dobra, niech będzie. – Migota pomyślał o tłumaczeniu Blajera; ostatecznie wiadomo było przecież, że Rawski nie należy do abstynentów. – Tak się składa, że mam dyżur jutro od rana, jeśli Aleksander się nie znajdzie, to zacznę coś robić.

To przekonało Kalicką; to, a może raczej fakt, że w domu czekał na nią mąż z butelką naprawdę dobrego wina – miał dziś imieniny i Izabela chciała spędzić z nim chociaż tę resztkę wieczoru, jaka jej została.

– Waldek, to pilnuj tu interesu – powiedziała do młodego reportera, który zostawał na noc jako władca paska informacyjnego. – Rawski może się pojawić w każdej chwili.

– Jasne, jasne.

Telefon bez właściciela poruszył kartki na biurku wściekłą wibracją.

*

Kolejne dni nie przyniosły spełnienia obietnicy, którą wyczytałam w oczach Aleksandra. Nie spotykałam go tak często, jak bym chciała – pracowałam w reżyserce, oddzielona od reszty redakcji rezydującej w newsroomie piętro niżej. W mojej pracy byłam tylko ja i słowa – mozół łączenia słów w zgrabne nagłówki, zdań w trafne cytaty, tysiąca szczegółów w jeden zwarty opis. Oglądając telewizję, ludzie rzadko zdają sobie sprawę, że za mniej lub bardziej zgrabnymi napisami, które zajmują niekiedy pół ekranu, jest żywy człowiek – ktoś, kto to wszystko obmyśla, tworzy, pisze. Ktoś, kto filtruje informacje przez swój język i styl, ktoś, kto wszystko, co rozwlekłe i niezrozumiałe, przeistacza w zwięzłe i jasne. Kto krzyczy z ekranu pilnymi informacjami albo wprost przeciwnie – łagodnym kolorem napisów zapewnia, że spokojnie, dziś nic się nie stało. Tym kimś byłam ja. Każdy efekt pracy widoczny od razu, bezpośrednia łączność z widzami za pomocą słów czytanych w jednej chwili w tysiącach domów na tysiącach telewizorów. Wcześniej składanie słów cieszyło mnie, bawiła przewrotna zabawa znaczeniem i rytmem frazy, tempo – zawsze na żywo i zawsze pod presją – gwarantowało dobre samopoczucie na adrenalinowym haju. Ale od pamiętnego dnia na schodach to wszystko jakby zblakło.

Odtąd każdy dzień w pracy miał sens tylko wtedy, jeśli spotkałam Aleksandra. Sukienki na wieczorne dyżury wybierałam ze szczególną pieczołowitością, makijaż robiłam z wyjątkową uwagą. Kiedy wymienialiśmy spojrzenia albo gdy mówił „pięknie pachniesz”, mijając mnie na korytarzu, za każdym razem żyłam tylko myślą o ciągu dalszym. Jednak ciągu dalszego nie było. Nie było go aż do pewnego styczniowego wieczoru, kiedy to śnieg przesłaniał jasność widzenia, a wszechobecny lód pozwalał bezkarnie tracić równowagę.

Wieczorny dyżur oznaczał koniec pracy o dwudziestej trzeciej, tymczasem zanosiło się na to, że już w ogóle nie opuścimy firmy. Zaczęło sypać po południu i nie przestawało aż do nocy. Za oknami była tylko ciemność spowita ciężkimi płatami mokrego śniegu. Śniegu, który nie chciał przestać padać, tak jakby świat miał się skończyć pod zaspami. Oblodzone i kompletnie białe drogi wyglądały bardziej jak szlaki zaprzęgów psów husky niż jak ulice centrum miasta z rekordową liczbą samochodów. Nie byłam dobrym kierowcą, więc bałam się jazdy do domu przez zaspy i ślizgawki. Liczyłam się z tym, że przyjdzie mi porzucić samochód i wrócić z pracy pieszo. Nie mieszkałam daleko, a wizja brnięcia przez śnieg po kolana i tak wydawała się lepsza niż upiorna jazda przez biel i śliską gładkość dróg zamienionych w lodowe tory przeszkód.

Kiedy wychodziłam z pracy, czyjś parasol osłonił mnie od śniegu.

– Wracasz do domu samochodem? – zapytał Aleksander.

– Nie, boję się jechać w taką pogodę.

– Zamierzasz iść pieszo w taką zawieję? Daleko mieszkasz? – Troska w jego głosie była dokładnie tym, co chciałam słyszeć.

– Niedaleko, ale mimo wszystko boję się jechać.

– Daj spokój, odwiozę cię.

Propozycja kusząca nie tylko ze względu na trudne warunki na drodze. Także – a może raczej przede wszystkim – ze względu na możliwy ciąg dalszy. Choć uprzedzał, że nie jest wytrawnym kierowcą, jechał pewnie, spokojnie, płynnie. Dziwnie się czułam zamknięta z nim w ciasnej przestrzeni samochodu. Był tak blisko mnie, a wciąż nie mogłam go dotknąć. Ciepło naszych oddechów splatało się gdzieś pod sufitem i powracało abstrakcyjnymi wzorami na zaparowanych szybach. Jechaliśmy tak przez noc – sami w klaustrofobicznie bezpiecznym i nieco nierzeczywistym wnętrzu samochodu, oddzieleni od mrozu i lodu, a jednocześnie tak doskonale wtopieni w zimowy krajobraz. Puste drogi, biel za zmrożonymi szybami, płatki śniegu wirujące w świetle samochodowych reflektorów. Jakbyśmy na świecie byli tylko my, śnieg i mrok.

– Masz fajny samochód – odezwał się. Widać sportowe czerwone auto może się podobać niezależnie od wieku i rys. – Nogi też masz fajne.

To było wszystko, co powiedział przez całą drogę, ale wystarczyło, bym nabrała apetytu na więcej. Kiedy przyjechaliśmy pod mój dom, szarmancko otworzył przede mną drzwi. Mokry śnieg uderzył mnie w twarz.

– Bardzo ci dziękuję. Nie wiem, jak wróciłabym do domu bez ciebie. Jeśli mogę się jakoś odwdzięczyć… – ta propozycja wydała mi się absolutnie oczywista. – Wejdziesz na górę? Może jakieś wino?

– Nie, dziękuję. – Głos miał miękki i aksamitny, ale to zabrzmiało naprawdę stanowczo. Śnieg na mojej twarzy od razu stał się bardziej mokry i zimny. – Śpij dobrze – życzył mi, rozkładając wielki czarny parasol, którego cień padł również na mnie. Kiedy odchodził, stałam wciąż jeszcze przy samochodzie. Sylwetka Aleksandra niknęła wśród gęstniejących płatków śniegu.

Nie, to się nie może tak skończyć – pomyślałam, wybierając numer na pasek. Pasek w stacji informacyjnej – nigdy niezasypiające centrum, całodobowe ogniwo łączące wieczorne serwisy z porankiem, wiecznie działający punkt dowodzenia. Najświeższe informacje przesuwające się na pasku w dole ekranu: niezależnie od pory dnia i nocy ktoś zawsze pełnił tam dyżur. Tej nocy był to akurat mój dobry znajomy.

– Cześć, Robert, moje ty biedactwo skazane na pracę nocną. Mam prośbę: podaj mi numer do Rawskiego.

To było naprawdę bardzo proste. Wystukanie esemesa z podziękowaniem za rycerskie zachowanie i posłanie go w tajemniczą przestrzeń cyfrowych sygnałów – jeszcze prostsze. „Zawsze do usług” – odpisał. – „Teraz mam już Twój numer telefonu i zamierzam zrobić z niego użytek”. To było więcej, niż się spodziewałam. Skąd miałam wiedzieć, że na spełnienie tej zapowiedzi przyjdzie mi czekać tak nieznośnie długo?

*

– Halo? Aleksander? To ty? – Głos w słuchawce brzmiał nieco niepewnie. A może była to mieszanina niepewności i zdenerwowania?

– Przykro mi, ale nie. Ja… odebrałem ten telefon, bo…

– Proszę pana, Rawska z tej strony. Od czwartku wieczorem poszukuję mojego męża i od czwartku wieczorem ten telefon nie odpowiada. Czy pan wie, gdzie on jest?

Tomasz Migota nie miał o tym pojęcia, tak samo teraz, w sobotni poranek, jak i poprzedniego wieczoru. Ale dziś już przynajmniej wiedział, kim jest „Justyna” z telefonu Rawskiego.

– Niestety, nie wiem. I nikt z nas nie wie. My tutaj…

– Kim pan w ogóle jest? – W głosie Justyny Rawskiej nie było już teraz niepewności; była tylko złość.

– Nazywam się Migota, jestem kierownikiem produkcji Kanału Szóstego.

– Ach, więc pracuje pan z moim mężem? – usłyszał w jej głosie coś na kształt ulgi. Kogo się w takim razie spodziewała? Porywacza, który zażąda okupu?

– Tak, owszem. Tylko…

– Czy może mi pan powiedzieć, co się dzieje z moim mężem? Nie było go wczoraj w programie, który powinien był prowadzić.

Zabrzmiało to dość dziwnie. Migota spodziewał się raczej usłyszeć „mąż nie wrócił do domu na noc”, ale po chwili zdał sobie sprawę, że obecność na ekranie była jedynym kryterium, którym mogła posłużyć się żona Rawskiego. Mieszkali w Opolu, choć Rawski pracował w Warszawie i spędzał tu całkiem dużo czasu. Bez żony.

– Ja… nie wiem, co się dzieje.

Migota nie był specjalistą od konwersacji z rozedrganymi kobietami. Zwłaszcza z kobietami, które poszukiwały zaginionych małżonków.

– Pani Justyno, proszę się uspokoić.

– Jestem spokojna, do cholery.

Migota wolałby nie brnąć dalej, ale już wiedział, że to na niego – poniekąd na życzenie – spadł przykry obowiązek poinformowania Rawskiej, że jej mąż zapadł się pod ziemię. Albo pod kontuar w jakimś barze.

– Widzi pani, Aleksandra nie ma od wczoraj. A właściwie od czwartku wieczorem. Nie przyszedł wczoraj do pracy; nie wiemy, co się stało. Po prostu go nie ma.

– Jak to go nie ma? A ten telefon?

– Zostawił go, wychodząc w czwartek wieczorem. Nie pojawił się po niego do tej pory. – Migota poczuł potrzebę złagodzenia tych słów, które nawet w jego uszach zabrzmiały trochę nazbyt złowróżbnie. – Niech się pani nie martwi, na pewno wszystko będzie dobrze.

Chciał być miły, ale to nie był strzał w dziesiątkę.

– Mam się nie martwić?! Mojego męża nie ma drugi dzień, a pan mi mówi, że mam się nie martwić!

– Pani Justyno…

– Jadę tam do was. – Musiała podjąć decyzję w tej chwili; Migota nie sądził, by wcześniej w ogóle to rozważała.

– Dobrze, oczywiście. – Tego Rawska już nie usłyszała, bo zdążyła odłożyć słuchawkę. Czekała ją długa droga z Opola.

*

Zima powoli przechodziła w wiosnę, cała redakcja żyła przygotowaniami do Euro 2012. Piłka, stadiony, kibice. Szanse na wyjście z grupy, taktyka na rywali, polskie trio z Borussii. Do tego rzecz jasna autostrady, lotniska i hotele – sakramentalne i do znudzenia powtarzane pytanie „Czy zdążymy?”. Wozy transmisyjne przemieszczały się po całej Polsce, dokumentując kolejne fragmenty wylanego asfaltu lub kolejne opóźnienia w dostawie kruszywa. Niestrudzeni reporterzy relacjonowali przygotowania hoteli do przyjęcia reprezentacji piłkarskich i ze straceńczym optymizmem wyliczali ogromne, pewne już niemal, szanse Polski na ćwierćfinał. Napisy „Stan przygotowań do Euro” i „Wielkie odliczanie do piłkarskiego święta” były już jak do cna zużyte klisze, ale wciąż jednak serwowałam je widzom. Tamtej wiosny Euro przysłaniało nam wszystko. Prawie wszystko.

Pewnego majowego wieczoru odżyły wszystkie moje oczekiwania – wobec ewidentnego braku zainteresowania ze strony Aleksandra odsunięte gdzieś na bok, przytłumione, zepchnięte w sferę mało realnych nadziei.

– Może mnie podwieziesz? – zapytał, kiedy oboje wyszliśmy z pracy po wieczornym dyżurze. To był czas, kiedy po miesiącach tułania się po hotelowych pokojach wynajął mieszkanie gdzieś na jednym z bezbarwnych, betonowych osiedli na obrzeżach miasta. Nie miałam pojęcia, jak tam dojechać, ani tym bardziej jak stamtąd później wrócić, ale i tak byłam gotowa zaryzykować.

– Właściwie nie mogę ci odmówić, powinnam odwdzięczyć się za twoją pomoc z czasów śniegu…

Na szczęście zmienił zdanie.

– Jeśli o to chodzi, to w rewanżu za tamto pozwól się po prostu zaprosić na dobre wino. – Patrzył wprost na mnie, a jego wzrok był mieszanką pewności siebie, obietnicy i zainteresowania. Może było w nim też wyzwanie?

– Chętnie. Kiedy?

– Niestety najwcześniej dopiero w środę. I niestety o tak samo późnej porze jak dziś. Za to z ogromną przyjemnością. – Pora była doskonała, i to wcale nie tylko ze względu na to, że cały tydzień pracowałam wieczorami.

– Świetnie. W takim razie do środy – powiedziałam, zatrzaskując za sobą drzwi samochodu.

Noc była piękna i ciepła, a ja pełna emocji i na nowo rozbudzonych nadziei. Zimne białe wino na balkonie smakowało lepiej niż kiedykolwiek – wyczułam w nim zapowiedź słodyczy i wyrazistości, które już niedługo miały stać się moim udziałem.

Aleksander, jak się okazało, nie był pozbawiony zmysłu praktycznego. „Co zrobisz z samochodem?” – przeczytałam na ekranie telefonu. „Porzucę” – odpisałam. – „Lubię swój samochód, ale nie jestem do niego przesadnie przywiązana”. „Już Cię uwielbiam” – odpisał, a to, jak na deklarację rozpoczynającą naszą znajomość, wydało mi się nader obiecujące.

*

– Co tam, Tomek? – Szefowa podniosła głowę znad sterty dokumentów. W jej przestronnym gabinecie zapach tytoniu był równie wszechobecny jak jednostajny szmer kilku telewizorów nastawionych na wszystkie kanały informacyjne. Cóż, trzeba na bieżąco śledzić konkurencję, a to bywa stresujące.

– Jest taka sprawa, że nie ma Rawskiego. – Jako doświadczony kierownik produkcji Migota postanowił przejść od razu do konkretów. Żadnego owijania w bawełnę, trzeba działać.

– No wiem. Blajer się tłumaczył. Poza tym musiałam przecież odebrać telefon od dyrektora i wysłuchać litanii pretensji. To naprawdę skandal, że nie przyszedł wczoraj do roboty.

– Skandal albo i coś gorszego.

W oczach Anny Ślęzak, szefowej Kanału Szóstego, pojawił się cień obawy. Ale doprawiony małym błyskiem zainteresowania.

– To znaczy? – Nie tylko Migota cenił konkret.

– Znaczy, że chyba zniknął. – To nie był chyba najtrafniejszy dobór słów, zważywszy na minę, jaka pojawiła się na twarzy jego rozmówczyni.

– Jak to zniknął? Co ty mi tu, Migota, opowiadasz? UFO go porwało czy co? – Szefowa nie była kobietą, która ma w swoim repertuarze niedopowiedzenia.

– No bo nie ma go do tej pory…

– Tak… właśnie się dziwiłam, że nie przyszedł przepraszać – przerwała mu, ale tylko na chwilę.

– Nie ma go do tej pory, jest tylko jego telefon i właśnie rozmawiałem z jego żoną…

– Żartujesz. Jego telefon był tu cały czas? – Opowieść Migoty zaczynała chyba wreszcie wywierać na szefowej jakieś wrażenie.

– No tak, od czwartku wieczorem. Dzwonił i dzwonił, więc wreszcie odebrałem. To była jego żona. Ona też nie ma pojęcia, gdzie on się podziewa. Zamierza przyjechać tu do nas. – Był bardzo zadowolony, że udało mu się podać wszystkie te szczegóły za jednym zamachem. I nawet uniknąć przy tym spekulacji.

– Ha! Aż tak? Przyjechać do nas? No dobrze, skoro musi… Chociaż spodziewałabym się, że jest bardziej przyzwyczajona do takich numerów z jego strony.

Anna Ślęzak była jedną z nielicznych kobiet, którym udało się posiąść wysokie stanowisko w Twoich Mediach – kombinacie medialnym, do którego należał Kanał Szósty. Na razie kierowała tylko redakcją, ale fotel dyrektorski wydawał się być w jej dalszych planach. A także w jej zasięgu, co stanowiło dobitny dowód na to, że znajomość ludzkiej natury – i czynienie z tej znajomości odpowiedniego użytku – nie było jej obce. Nie gardziła plotkami, ale ufała przede wszystkim swojej własnej obserwacji. Intuicji, jak mówili jej zwolennicy, albo uprzedzeniom, co podkreślali jej wrogowie.

– No nie wiem… ja jej nie znam. Ale robiła wrażenie naprawdę zaniepokojonej.

– I przyjeżdża?

– I przyjeżdża – potwierdził Migota.

– Cóż… miejmy nadzieję, że piękny pan prezenter znajdzie się do tego czasu. – Ślęzak sięgnęła do paczki papierosów. Nigdy nie uległa modzie nas delikatne slimy czy łagodne mentole, na palenie kobiece, aromatyczne i oszukańcze. Pełnowymiarowy, męski lucky strike wyglądał w jej palcach jak właściwy przedmiot na właściwym miejscu. – Nie chciałabym tu żadnej chryi. A już na pewno nie z niewiernym, pijanym małżonkiem w roli głównej.

Migota nigdy nie sądził, że aż tak jednoznacznie oceniała Rawskiego. A Anna Ślęzak była kobietą, z której ocenami należało się liczyć.

– Tomek? – zawołała za nim, kiedy już prawie zamykał drzwi z drugiej strony. – Poproś tu do mnie Koniuszek, jak tylko się pojawi, dobrze?

*

W środę długo wybierałam sukienkę. Czerwona, niezawodnie przyciągająca spojrzenia, czy może kusząco krótka niebieska? Wreszcie zdecydowałam, że czarna ze sporym dekoltem będzie w sam raz. Pończochy, szpilki, makijaż – to było jak rytuał poprzedzający święto, jak tradycyjny obrzęd, mający zapewnić pomyślność, jak magiczna formuła przejścia od tego, co zwyczajne, do niecodziennych doznań. Zestaw dobrze znanych, uspokajających gestów, kobiecy ceremoniał kolorowania, wygładzania, cieniowania. Tym razem z myślą o konkretnym adresacie przekazu – absolutnie czytelnego przekazu czerwonych ust, krótkiej sukienki, obcasów tak wysokich i cienkich, że aż nogi drżą w kostkach.

Myślałam o nim, kiedy szłam do pracy, a głowy mężczyzn odwracały się za mną na ulicy, myślałam o nim, kiedy czułam na sobie dziesiątki spojrzeń, myślałam o nim, kiedy odliczałam godziny pozostałe do końca dyżuru. A te dłużyły się niemiłosiernie, zwłaszcza że oczekiwania nie skracała mi żadna wiadomość od Aleksandra. Widziałam go w firmie, choć nie prowadził tego dnia „Przeglądu”, a tylko „Arenę” – wieczorny program publicystyczny. Widziałam go na ekranie, kiedy przez godzinę cytowałam przekrzykujących się gości zaproszonych do studia. Widziałam go, gdy wychodził o dwudziestej pierwszej – po to, by jak miałam nadzieję – wrócić po mnie za dwie godziny. Mimo wszystko już wtedy czułam, że coś jednak jest nie tak. Mocno nie tak. Zupełnie nie tak.

Kiedy skończył się „Przegląd Dnia” – ostatni program, dziś nie z Aleksandrem, ale z jego zmiennikiem – wiedziałam już, że nie będzie ani wina, ani spotkania, ani żadnej z tych wszystkich rzeczy, na które miałam nadzieję. Nie było ani Aleksandra, ani nawet wiadomości od niego – żadnego wytłumaczenia, żadnych wymówek, żadnych usprawiedliwień. Po prostu nie przyszedł na randkę, którą sam zaproponował, i nawet nie był w stanie wcześniej jej odwołać. Jakoś, jakkolwiek, byleby tylko nie zostawiać mnie z tym nieznośnym poczuciem absolutnego lekceważenia. Kiedy wyszłam w ciepłą, majową noc – w noc, w której nikt na mnie nie czekał – czułam się tak zbędna jak mój dzisiejszy makijaż, tak porzucona jak sukienka, którą uznałam za niewystarczająco dobrą na dziś, tak dalece nic nieznacząca jak zapomniana puderniczka. Po dzisiejszym wieczorze spodziewałam się wszystkiego, ale akurat nie tego. Nie goryczy tak bolesnego poczucia nieważności. Byłam dla niego aż tak dalece nieistotna, że zapomniał o umówionym spotkaniu? Czy może jeszcze mniej znacząca – tak zupełnie nieważna, że mógł po prostu nie przyjść, pamiętając, ale nie uważając za stosowne tłumaczyć mi się ze zmiany swoich planów? Którakolwiek z tych opcji była prawdziwa – obie bolały.

Zawsze wierzyłam w znaczenie słów, w ich moc i potęgę. Skoro powiedział, stworzył rzeczywistość, a nie można uznać za niebyłe czegoś, co zostało stworzone. Stworzył moje nadzieje, emocje i iskry w moich oczach, a teraz uważał, że po prostu zgasną, że rozwieją się z wiatrem – tak jak jego słowa. Jeśli uważał, że tak można – był w błędzie.

„Nigdy więcej” – powiedziałam sobie, gasząc papierosa w popielniczce przed firmą i ruszając w samotny spacer do domu. Niezależnie od tego, jak wiele obiecywałam sobie po tej znajomości, czas o tym wszystkim zapomnieć. Raz na zawsze zapomnieć o Aleksandrze Rawskim i o fałszu jego słów.

– Joanna? Dopiero wracasz do domu? – usłyszałam głos Hanki, mojej najbliższej koleżanki z pracy, która właśnie wyłoniła się zza drzwi do firmy. Musiała trochę zamarudzić po wieczornym dyżurze. Kiedy zobaczyła moją twarz, nie czekała już na odpowiedź.

– Co się, kurwa, stało? – Rozczarowanie, które zobaczyła w moich oczach, musiało być naprawdę wyraźne. Porażająco wyraźne. – Ktoś ci coś zrobił?

– Tak. Obawiam się, że tak. – I opowiedziałam jej wszystko o obróconych wniwecz wielkich nadziejach i o bólu zawiedzionych oczekiwań. O słodyczy budzącego się pożądania i o odrzuceniu gorzkim jak piołun. O słowach, które miały być początkiem, a stały się końcem.

– To nic niewarty drań. Właściwie dobrze, że się tak stało: od razu pokazał swoją prawdziwą twarz. – Hanka, rodowita warszawianka z Pragi, była wcieleniem zdrowego rozsądku i trzeźwego podejścia do życia. Nigdy się nie zdarzyło, by Hanka Chaberek nie nazwała czegoś, lub kogoś, po imieniu. – Głupi chuj z niego, spójrz prawdzie w oczy. Przynajmniej od razu to wiesz. Gdybyś dowiedziała się o tym później, bolałoby jeszcze bardziej. – Jej słowom nie sposób było odmówić logiki. – Po ostatnich przejściach zasługujesz na kogoś porządnego. Albo chociaż na porządną rozrywkę.

Hanka mówiła o mojej zeszłorocznej decyzji: nieprzespane noce, zerwane zaręczyny, odwołany ślub. Zrobiłam to w ostatnim możliwym momencie, który pozwalał uniknąć tragifarsy w postaci ucieczki sprzed ołtarza czy raczej, gwoli ścisłości, z urzędu stanu cywilnego. Nie chodziło o to, że tamten mężczyzna był zły. Po prostu letniość temperatury tego związku była nie do zniesienia już w narzeczeństwie, jakież więc mogło być małżeństwo? Nigdy nie żałowałam swojej decyzji, chociaż niewykluczone, że wpłynęła ona na to, jacy mężczyźni – z Aleksandrem Rawskim na czele – znaleźli się w kręgu moich zainteresowań. Może płaciłam właśnie cenę za rezygnację z łagodnej czułości, stuprocentowej przewidywalności i bezbrzeżnej nudy? Porażająco konkretna konkluzja Hanki wyrwała mnie z tych rozważań.

– Tak czy inaczej, zapomnij o tym całym Rawskim, to jakaś pomyłka.

– Postaram się. Postaram się, obiecuję. – Zabrzmiało to raczej niepewnie. Tak jakbym już wtedy wiedziała, jak bardzo będzie to trudne.

*

Rawska do nas jedzie. Niosło się po firmie coraz głośniej i śmielej. Mówiło się o tym w bufecie, szeptało w palarni, słyszało się tę wieść na korytarzach. Rawska do nas jedzie – prawie jak „jedzie do nas rewizor”. A może nawet lepiej, bo nie o kontrolę, ale o zagadkę chodziło. Zagadkę z nieuchronnym posmakiem sensacji. Na prawie dwie setki ludzi pracujących dla Kanału Szóstego ponad połowa była dziennikarzami. A ci są jak posokowcy – gdy zwietrzą sensację, nic ich nie zatrzyma. W tym przypadku nie dało się już uspokoić fali plotek, lawiny ekscytacji, bezmiaru poruszenia.

– Rawska do nas jedzie. No nieźle, naprawdę nieźle.

– Ciekawe, gdzie jest Aleksander.

– Może szlag go trafił.

– No co ty, diabli swego nie biorą. Pewnie gdzieś pije.

– Kurwa, ale się narobiło.

Wąskie i ciemne korytarze huczały od domniemań, przypuszczeń, spekulacji. Kanał Szósty mieścił się na całości pierwszego i połowie drugiego piętra w starym, ponurym budynku w centrum miasta. Pozostałe z pięciu kondygnacji zajmowały inne kanały i redakcje należące do Twoich Mediów – potężnego telewizyjnego konglomeratu. Wieści rozchodziły się więc lotem błyskawicy: zahaczały o kolejne piętra, omiatały coraz to nowe redakcje, niosły się po pokojach i pomieszczeniach technicznych. Zwłaszcza że Tomasz Migota – jak na dobrego kierownika produkcji przystało – nie zachowywał informacji dla siebie. W sobotnie przedpołudnie cała stacja żyła już tylko zaginięciem Rawskiego. Byli tacy, których przyjazd żony prezentera frapował dużo bardziej niż sama jego nieobecność.

– Ktoś ją w ogóle kiedyś widział? – zapytała Emilia, jedna z czołowych wydawców Kanału Szóstego. Stała w zakładowej palarni z sekretarką szefowej. Szklane ściany głuszyły ich rozmowę, a sinawy dym spowijał słowa.

– Zdaje się, że nikt nigdy. W ogóle nikt nic o niej nie wie. – Żona Rawskiego spędzała życie w Opolu, z daleka od telewizji, a jej mąż nie był typem, który trzyma zdjęcie małżonki w portfelu. A tym bardziej opowiada o niej współpracownikom.

– Nie ukrywam, że chętnie ją obejrzę. Chociaż na pewno nie będzie w formie. Współczuję jej – dodała po chwili, chociaż i tak wiedziała, która część jej wypowiedzi jest tą istotną. Sekretarka szefowej też nie miała wątpliwości.

– Odwoziłaś go w czwartek po programie?

Oczy Emilii zrobiły się wielkie i okrągłe. Prawie takie, jakie miała, gdy była młoda. Nie przypuszczała, że nawet sekretarka spędzająca dnie w dusznym przedsionku gabinetu wie tyle o jej zwyczajach. Niestety, były to zwyczaje dające doskonały asumpt do plotek – zdarzało się bowiem, że po zakończeniu wieczornego programu Aleksander Rawski wsiadał do taksówki razem z Emilią Miłkowską.

Ale nie tamtym razem.

– Żartujesz? Przecież ja miałam w czwartek wolne, „Przegląd” wydawał Jerzy.

– Ach… – sekretarce nie udało się ukryć rozczarowania. Słyszała wprawdzie coś niecoś, że wspólne odjazdy Miłkowskiej i Rawskiego sprzed firmy służą tylko odwożeniu tego ostatniego na dworzec autobusowy, skąd podróżował do Opola, ale i tak była zawiedziona. Wyglądało na to, że Rawski zapadł się pod ziemię i nikt nie wie, w którym miejscu ta ziemia mogła się rozstąpić.

*

To był jeden z tych długich, zimowych wieczorów w pracy. Serwisy ciągnące się daleko w noc, Aleksander Rawski w studiu i Joanna Madecka tuż za moimi plecami. Nie znałem jej, dopóki nie zaczęła przychodzić tu do nas, do reżyserki. Redakcja oddelegowała ją do niewdzięcznego i wymagającego zadania pisania nagłówków, sprawdzania wizytówek, uważnego słuchania i redagowania cytatów. To wymagało absolutnej koncentracji, a jej udawała się ta sztuka mimo całego hałasu i rozedrgania reżyserki. Rzecz jasna widywałem ją wcześniej na korytarzach – takiej kobiety nie dało się przeoczyć, ale jakoś nigdy nie zdarzyła się nam okazja do rozmowy. Może działała stara zasada, która nam, pracownikom technicznym, kazała mimo wszystkich uśmiechów i kurtuazyjnych „dzień dobry” trzymać się z dala od dziennikarzy. A może nigdy nie miałem śmiałości, by ją zaczepić? Albo po prostu nie interesowała mnie, dopóki nie zacząłem codziennie jej widywać? Dopóki nie zacząłem codziennie patrzeć na jej skupioną twarz, na palce biegające po klawiaturze, na usta zawsze pociągnięte czerwoną szminką.

Na początku łatwo można było popełnić błąd – wygodna oczywistość tego, co powierzchowne, pozwalała automatycznie zaklasyfikować ją do grupy laleczek. Zawsze elegancko ubrana, zawsze na szpilkach, zawsze świadoma urody swoich nóg. Jednak mimo całego tego entoura­ge’u czerwonych paznokci, krótkich sukienek i starannego makijażu było w niej coś, co nie pozwalało na prostą redukcję. Coś, co opierało się uproszczeniom i wychodziło poza ramki. Coś, co nie dawało spokoju. Na początku niewiele miałem z nią wspólnego. Mówiłem „zabierz napis” albo „teraz możesz podpisać gościa”, czasem nawet nie odwracając się do niej – nic nieznaczące, czysto profesjonalne kwestie. Rzecz jasna, to wydawca był jej przełożonym, ale ode mnie zależał ostateczny kształt obrazka, który widzowie oglądali w swoich telewizorach, musiałem więc czasem ograniczać ją w jej zapędach mnożenia napisów. Wizualna czystość, harmonia obrazu, przemyślana całość, którą czasami musiałem pozwolić jej psuć – telewizja informacyjna ma przecież swoje wymogi; krzyczące napisy są jednym z nich. Choć – muszę przyznać – akurat jej napisy nie wszystkie krzyczały, a niektóre wręcz intrygowały. Może nawet budziły ciekawość, ciekawość autorki. Pewnego dnia zacząłem przyglądać się Joannie Madeckiej. I dostrzegać coraz więcej szczegółów – zaszyfrowanych w gestach, ukrytych w uśmiechach, schowanych gdzieś pod rzęsami. Nawet jeśli była laleczką – jej porcelanowa cera i drobne rozmiary czyniły takie porównanie uprawnionym – to na pewno nie lalunią. Nie umiałem nazwać tego, co czyniło ją interesującą. Może sposób, w jaki mówiła, a może fakt, że nie mówiła wiele; nie była jedną z tych kobiet, które szczebiocą, gaworzą i rzucają słowa na wiatr. Była za to jedną z tych, których bardzo chce się dotknąć; miała w sobie nieustające napięcie, tajemniczy prąd, jakiś płomień, który tlił się cały czas i kusił nieodparcie. Byłem pewien, że jeśli dotknę jej skóry, oparzę się, a co najmniej poczuję gorąco. Im dłuższe były mroźne wieczory, tym wyraźniej wyobrażałem sobie, jak to robię.

Któregoś dnia zacząłem z nią rozmawiać o pogodzie i pracy, następnego poszedłem z nią na papierosa, jeszcze innego odśnieżyłem jej samochód. Spojrzała wtedy na mnie, jakbym zrobił coś naprawdę wielkiego. Wówczas już coraz bardziej chciałem się przekonać, jaką temperaturę ma w rzeczywistości jej skóra. Chciałem wyczuć źródło jej napięcia, pogłaskać je palcami, złagodzić. Wyglądała, jakby tego właśnie było jej trzeba, choć może sama nie do końca zdawała sobie z tego sprawę. Nie wiedziałem o niej wiele aż do pewnego wieczoru w środku stycznia. Wówczas dowiedziałem się o tym, co najważniejsze. Dowiedziałem się, jak kobieta może patrzeć na mężczyznę. Śnieg uderzający w okna, dziesiątki światełek migoczących na konsolecie i pełne skupienie podczas programu na żywo. Zamiast pisać swoje bon moty i błyskotliwe nagłówki, Joanna patrzyła na niego. Patrzyła na Aleksandra Rawskiego prowadzącego z Izabelą Kalicką „Przegląd Dnia”, miała go cyfrowego i zmultiplikowanego na dziesiątkach ekranów w reżyserce. Patrzyła tak, że bolało. Mnie, ją, Bóg wie kogo jeszcze. Napięcie nie było już częścią jej, ona cała była napięciem. Mały płomień stał się ogniem; nie takim, który ogrzewa, tylko takim, który spopiela. Była jak struna naciągnięta do granic; jeden nieostrożny ruch – i pęknie. Jestem mężczyzną, więc impuls pragnienia był niekontrolowany, chciałem, aby to na mnie tak patrzyła. Ale to był tylko moment, chwila słabości, jedno mgnienie. Zbyt wiele ją to kosztowało, bym mógł chcieć czegoś takiego dla siebie. Mnie chodziło o coś innego – chciałem uspokoić jej puls niezdrowy i stanowczo za szybki, chciałem wejść do środka i popłynąć z jej krwią wzburzoną i gorącą. Chciałem ugasić, złagodzić, ukoić. To była kobieta, którą mogłem się zaopiekować. Kobieta, która źle wybiera mężczyzn i woła o ulgę w gorączce. Kobieta, która mnie potrzebuje.

Odtąd to ja zacząłem patrzeć na nią. W przerwach między serwisami, podczas serwisów, gdy tylko mogłem oderwać się od konsolety, w każdej chwili. A później już nie mogłem przestać. Niepostrzeżone momenty, które przesądzają o wszystkim, decydujące chwile, które mijają tak naturalnie, że nawet nie potrafimy ich wskazać. Sam nie wiedziałem, jak to wszystko się stało. Jak stało się tak bardzo i tak dalece. Jak stało się aż tak. Nie wiedziałem, od kiedy nie mogłem skupić się na pracy, czekając tylko na jej przyjście. Od kiedy zacząłem tropić tajemnice na dnie jej oczu w kolorze gorzkiej czekolady. Od kiedy zaczęła mi się śnić.

*

Lato minęło pod znakiem unikania Aleksandra. Ciepłe wieczory, sukienki na ramiączkach, bose stopy w sandałach na szpilce płynnie przeszły w chłodne zmierzchy, skórzane kurtki i jesienne sweterki. Przeszły bez niego. Jakoś udawało mi się nie zwracać na niego uwagi, nie interpretować jego spojrzeń, nie mijać się z nim w ciemnym, wąskim korytarzu. Czasem tylko, zupełnie bez ostrzeżenia, nadpływał żal – jak fala, która unosiła ze sobą kolory i zabierała blask. W takich chwilach widziałam to wszystko, co mogło być, a nigdy nie było. To, co nigdy nie było, choć mogło być wszystkim.

– Słyszałaś o najsłynniejszym ostatnio firmowym romansie? – spytała mnie Hanka, gdy któregoś dnia kupowałyśmy razem kawę w podziemnych czeluściach zakładowego bufetu.

– Nie. A powinnam?

– Chyba tak. – Już wiedziałam, co usłyszę.

– Z kim? – Zapytałam tylko.

– Z kimś, kto jest dowodem na to, jak mało jest wybredny. Z Paulinką.

Tego akurat się nie spodziewałam. Paulinka Koniuszek – młoda, ładna, tandetna jak różowe boa z piór. Wybuchowa mieszanka nadużywanych wulgaryzmów, dużych piersi i skłonności do łatwych wzruszeń. Dziewczyna, która intrygowała swoją urodą dopóty, dopóki nie otworzyła ust. Frenetycznie rozedrgana histeryczka ze skłonnością do ataków płaczu i nader szybkich pocieszeń w męskich ramionach. Czyichkolwiek męskich ramionach. To nie był wybór, którego spodziewałam się akurat po Rawskim. Mimo to jednak od tamtej pory nie mogłam już odegnać od siebie wizji Aleksandra i Paulinki. Razem. Ich obraz przykleił się do mnie i nie chciał mnie opuścić – jak jedna z tych uciążliwych melodyjek, które raz zasłyszane lubią pozostać w głowie i prześladować człowieka swoim opętańczym rytmem.

Myślałam, że to najgorsze, co spotkało mnie tamtego chłodnego i deszczowego września. Tymczasem czekało mnie coś jeszcze. Zawsze wiedziałam, że jestem słabym kierowcą, ale nie sądziłam, że moja jazda samochodem będzie miała aż tak nieszczęśliwy – a jednocześnie spektakularny – finał. Wieczorny dyżur, deszcz zacinający od kilku godzin, kałuże głębokie jak małe jeziorka. Wsiadłam do samochodu – wszystko było zapłakane deszczem, strugi wody płynęły po szybach, nic sobie nie robiąc z daremnych wysiłków wycieraczek. Kątem oka, przez którąś z kropli, dostrzegłam rozmazany obraz wychodzącego z pracy Aleksandra. Chciałam odjechać jak najszybciej. Kilka metrów na parkingu przed firmą, kawałek jazdy pod prąd i ostry zakręt, tak by oszczędzić sobie uciążliwych objazdów. A później już prosta droga do domu – bylebym zdążyła odjechać, zanim do skrzyżowania zbliży się Aleksander, bylebym nie musiała patrzeć, w którą stronę idzie, bylebym nie musiała wiedzieć – wiedzieć na pewno – że idzie do Paulinki.

Już kiedy ruszyłam, czułam, że robię to za szybko. Zbyt ostry skręt kierownicy, za dużo gazu, rozbryzg wody z kałuży i poślizg. Wiedziałam, że to się źle skończy, ale już w żaden sposób nie mogłam temu zapobiec. Nie potrafiłam zapanować nad autem, które zniosło nagle w zupełnie odwrotną stronę niż ta, w którą chciałam jechać. Hamulec nie działał, wszystko wydarzyło się zbyt szybko, zatrzymała mnie dopiero solidna, betonowa ściana. Ściana firmy. Huk oderwał nocnych montażystów od mozołu komputerowego sklejania klatek filmowych i kazał im podejść do okien. Czułam, jak moja głowa niepowstrzymanie leci do przodu, a czoło uderza w kierownicę. Potem już cisza.

Przypominało to scenę z filmu, kiedy Aleksander otworzył drzwi od mojej strony.

– Nic ci się nie stało? – zapytał.

– Nie, chyba nic – zapewniłam go, a po chwili wiedziałam już, że było to mniej więcej zgodne z prawdą. Rzecz jasna, o ile uznać, że szok i kompletna dezorientacja to również nic.

Co za koszmarny pech sprawił, że musiałam zrobić coś takiego akurat na jego oczach?! Cisza była nieznośna – tym wyraźniej było w niej słychać złowrogie posykiwanie pogiętych przewodów wyglądających spod roztłuczonej maski mojego samochodu. Cały przód zamienił się w kłębowisko pogiętej blachy i wystających części sterczących pod mniej lub bardziej dziwnym kątem. Mimo to udało mi się odpalić silnik i bardzo powoli, w towarzystwie dziwnych charkotów i postukiwań, przetoczyć się na drugą stronę chodnika – tam, gdzie mój nieszczęsny rozbity samochód mógł czekać do rana na litościwe przybycie mechanika.

Kiedy Aleksander otworzył drzwi mojego auta, przypominało to scenę z filmu. Ale gdyby to był film, bohater nie powinien podczas kulminacyjnego momentu pokrzykiwać do telefonu:

– Ty wiesz, co się stało? Joanna wpierdoliła się na ścianę firmy. Nie mam pojęcia, jak to zrobiła, ale rozpieprzyła się kompletnie. Co? Nie, nic jej się nie stało. Chyba. Tak, akurat wtedy, gdy szedłem. Mówię ci, miała największe oczy, jakie w życiu widziałem.

Wzięłam trzy głębokie oddechy, zanim wysiadłam z samochodu, a raczej z tego, co z niego zostało. Wydawało mi się, że wszystko jest w porządku, że już dobrze, że najgorsze minęło, ale mimo to ledwie stałam na nogach. Ruchy miałam wolniejsze niż zawsze, kiedy chwiejnym krokiem obchodziłam auto dookoła, by obejrzeć rozmiar zniszczeń, zabrać torebkę, przekręcić kluczyk w drzwiach. Pomyślałam, że droga do domu – w deszczu i na nogach jak z waty – nie będzie łatwa. Miałam nadzieję, że Aleksander zapyta, czy mnie odprowadzić. I nawet nie chodziło o to, że to był on i ja, tylko po prostu o sytuację. On tymczasem nie zapytał nawet, jak się czuję. Ani co zamierzam teraz zrobić. Ani nawet czy chcę papierosa. Nie zapytał o to – ani o żadną z setki innych rzeczy, o którą mógłby w tamtej chwili zapytać – bo po prostu już go tam nie było.

*

Ściszenie radia – to było pierwsza rzecz, jaką sekretarka Anny Ślęzak zrobiła po powrocie z palarni. W gabinecie szefowej siedziała Paulinka Koniuszek; wprawdzie ściany były grube i niewiele można było przez nie usłyszeć, ale kiedy stanęło się tuż przy drzwiach… Sekretarka nie chciała uronić ani jednego słówka.

– Posłuchaj, Paulinka – głos szefowej brzmiał stanowczo i zdecydowanie. Tak jakby doskonale wiedziała, co chce powiedzieć młodej pracownicy. I że zamierza to powiedzieć, niezależnie od protestów, uwag i oporu, jaki jej słowa mogą napotkać. – Jak zapewne już słyszałaś, przyjeżdża do nas żona Rawskiego. – Anna Ślęzak wiedziała aż za dobrze, że zachować cokolwiek w sekrecie jest w tej firmie prawie niemożliwe. – Pojawi się lada chwila, jak sądzę. Ciebie ma tutaj wtedy nie być. Czy to jasne?

– Ale…

– Żadnego ale. Ma cię tu nie być i już.

– Ale ja jestem dziś asystentem wydawcy… – Asystent wydawcy, choć brzmiał dość szumnie, zajmował się najmniej twórczą bieżącą pracą: wycinaniem kilku zdań z przydługich wypowiedzi polityków, montowaniem obrazków, słuchaniem konferencji prasowych. – Jak mogę tak po prostu wyjść z pracy?

– Tym to się akurat najmniej powinnaś martwić. Na dyżurze jest was czwórka, wydawca da sobie radę bez ciebie, ręczę ci. – Szefowa uśmiechnęła się na poły złośliwie, a na poły pobłażliwie. Paulinka Koniuszek miała problem z określeniem tych proporcji. Miała też problem ze słowami.

– Sama chyba rozumiesz, że spotkanie z Rawską to nie jest coś, o co powinnaś w swojej sytuacji zabiegać. Drugi raz ratowanie twojego tyłka może mi nie pójść tak łatwo. Nie chcę cię tu widzieć, kiedy ona przyjedzie, jasne?

– Jasne. – Anna Ślęzak nie przyjmowała Paulinki Koniuszek do pracy. Robił to poprzedni kierownik, z racji płci, a może po prostu upodobań, dużo bardziej czuły na walory jej dużych oczu i jeszcze większego biustu. Ale to Ślęzak mogła ją zwolnić. I raz już mało brakowało, by to uczyniła.

– Dobra, zabieraj się stąd. – Palce przebierające w paczce papierosów na chwilę znieruchomiały. – I jeszcze jedno. – Anna Ślęzak spojrzała wprost w rozbiegane oczy swojej młodej rozmówczyni. – Jeśli wiesz, gdzie podziewa się Rawski, to lepiej mi o tym powiedz.

– Nie wiem! Nie mam pojęcia! Od ponad miesiąca zupełnie nic o nim nie wiem! – Koniuszek pochyliła się cała do przodu, jej ręce zacisnęły się w pięści, w zieleni oczu błysnęło coś bardzo wyraźnie. To mogło być oburzenie, to mogła być wściekłość. A może nawet desperacja? Ten wybuch sprawiał wrażenie autentycznego. Jednak nie na tyle, by całkowicie przekonać kogoś tak doświadczonego na różnych życiowych poletkach jak Ślęzak.

– Ty i Rawski dość już nawywijaliście. Jeśli siedzi u ciebie w mieszkaniu i trzeźwieje, to lepiej, żeby się tu pojawił, zanim przyjedzie jego żona. Lepiej dla wszystkich, a w szczególności dla ciebie.

– Nie ma go u mnie w mieszkaniu. – Zniknęły zaciśnięte pięści, zostały dłonie oparte całą powierzchnią na poręczach krzesła. Niezbyt zadbane dłonie ze sterczącymi skórkami i pobielałymi paznokciami. – Może mi pani wierzyć albo nie, ale to prawda.

Ślęzak była zaskoczona. Nie spodziewała się, że w głosie Koniuszek usłyszy tyle godności. Niestety, nie miała czasu głębiej się nad tym zastanowić, bo jej wzrok przykuł jaskrawy kolor pilnej informacji u konkurencji. „Makabryczne znalezisko – ludzka noga w stołecznym Parku Skaryszewskim”.

– Kurwa, dlaczego my nic o tym nie wiemy? – Wycelowała pilotem w telewizor, aby zrobić głośniej. – Ja się tu zajmuję jakimiś pierdołami, a konkurencja ma takie newsy!

Nieco pobladła prezenterka stacji rywalizującej z Kanałem Szóstym starała się swoją beznamiętnością choć trochę złagodzić sensacyjny wymiar wiadomości.

– Podczas spaceru w Parku Skaryszewskim pani Halina zobaczyła wypchaną reklamówkę wystającą z kosza na śmieci. Nieforemny pakunek zwrócił jej uwagę.

Jak zwykle jakaś nadgorliwa emerytka – pomyślała Ślęzak, patrząc na babcię z trwałą à la baranek. Kobieta wykrzykiwała właśnie na antenie konkurencji: „Pani, ale żem się przestraszyła!”.

– Przeżyła szok, kiedy okazało się, że w plastikowej torbie znajduje się zgięta w kolanie ludzka noga.

„Patrzę ja, otwieram tę siatkę, a tam stopa wystaje. Normalnie jak żywa, z paznokciami takimi sinymi już trochę!” – babcia przed kamerą była w swoim żywiole.

– Policja odmawia na razie komentarza w tej sprawie, ale w dalszej części programu będziemy próbowali połączyć się z komisarzem Baniakiem z biura prasowego stołecznej policji. Informację o tym makabrycznym zdarzeniu otrzymaliśmy na naszą platformę do kontaktu z widzami.

Nie dość, że nadgorliwa emerytka, to jeszcze wydzwania do konkurencji – pomyślała Ślęzak. Zaraz, a może do nas też zadzwoniła, a ktoś to zbagatelizował? I znów jesteśmy w tyle za Network TV. Szlag by to trafił! Anna Ślęzak wiedziała, że nic nie przyciąga ludzi przed telewizory tak jak sensacja. Najlepiej z odrobiną makabreski. Podniosła się zza biurka, by pójść do newsroomu i znaleźć tego, kto odpowiadał dziś za odbieranie połączeń od widzów. Już ja mu, kurwa, pokażę – pomyślała. Cała historia z Rawskim była ostatnią rzeczą, o której w tej chwili pamiętała, ale nagle zobaczyła, że Paulinka Koniuszek wciąż jeszcze jest w jej gabinecie. Tuż przy drzwiach, z ręką na klamce, w kolorze ściany.

– Paulinka, co z tobą? – Ślęzak przeraziła się nie na żarty, kiedy biel twarzy dziewczyny zaczęła przechodzić w zieleń, a zieleń w fiolet. – Dobrze się czujesz?

– Nie!

Sekretarka podsłuchująca po drugiej stronie zdołała odskoczyć w ostatniej chwili. Impet, z jakim Paulinka popchnęła drzwi i wypadła z gabinetu, podniósł kartki na biurku i poruszył firanki. Kurczowo przyciskała dłoń do ust, na wypadek gdyby jednak nie udało jej się zdążyć do toalety.

– Jezu, nie sądziłam, że jest aż tak wrażliwa. Ostatecznie przecież nie pracuje tu od wczoraj – Ślęzak pokręciła głową z niedowierzaniem. Sekretarka była wdzięczna Paulince, że jej sensacyjne zachowanie odwróciło uwagę szefowej od tego, kto stał pod drzwiami, choć wcale nie powinien. Tymczasem Paulince Koniuszek udało się dobiec do łazienki; wymiotowała jeszcze długo po tym, jak szefowa znalazła redaktora odpowiedzialnego za kontakt z widzami i potrąciła mu wynagrodzenie za to, że zlekceważył telefon od pani Haliny.

– No dzwoniła, dzwoniła, ale… Noga w śmietniku, w parku?! Litości, pomyślałem, że babcia coś pieprzy. Takie rzeczy się przecież nie zdarzają. – Jego nieudolne tłumaczenia tylko dodatkowo zdenerwowały szefową.

– Jak widzisz, się, kurwa, zdarzają. I mówi o tym konkurencja, a nie my. Dzwoń na policję i coś od nich wyduś, ale już!

Anna Ślęzak pracowała w Kanale Szóstym dopiero od kilku miesięcy. Już miała dość.

*

Aleksander miał mój numer telefonu, ale ani w noc mojego wypadku, ani następnego dnia, ani nigdy później nie zrobił z niego użytku, by zapytać, jak sobie radzę. Nie dość, że tak po prostu mnie tam zostawił – roztrzęsioną i samą w środku deszczowej nocy – to na dodatek moje samopoczucie nie interesowało go ani trochę. Chyba że pytał o nie w pracy. Wtedy robił to głośno, wyraźnie i wcale nie licząc na odpowiedź, ale za to tak, by wszyscy słyszeli. Wieści o moim nieszczęsnym bliskim spotkaniu ze ścianą firmy rozeszły się bowiem bardzo szybko. Przy jego wydatnym udziale, jak sądzę.

– Przecież to paranoja. – Mówiła Hanka, a w jej głosie tym razem pobrzmiewały tony autentycznej złości. – Facet opowiedział wszystkim, co zrobiłaś, a to, czy nic ci się nie stało, w ogóle go nie obchodzi. Za to gdy ma wystarczające audytorium, o tak, wtedy go to interesuje. Nawet bardzo. Ostatnio wpadł do gabinetu szefowej, by spytać ją, jak się czujesz. Patrzcie go, jaki to on troskliwy! Gdyby naprawdę chciał wiedzieć, pytałby ciebie, a nie szefową, to jest przecież, kurwa, oczywiste.

Byłam w stanie dużo znieść, ale tym razem nawet ja uważałam, że to przesada. Nie mogłam darować mu tej lodowatej obojętności, jaką okazał mi tamtej, naprawdę trudnej, nocy. I tych pytań o mnie, których cel – skądinąd ewidentny – nie miał zupełnie nic wspólnego ze mną. Już od wiosny wiedziałam, że Aleksander nie jest dla mnie – że muszę zapomnieć, że nic z tego, że nie warto. Teraz jednak moje przekonanie nabrało twardego waloru definitywności – nie chciałam mieć nic wspólnego z Aleksandrem Rawskim. Właściwie przestałam się do niego odzywać – nie było już spojrzeń przechwytywanych w locie, nie było mniej lub bardziej znaczących zerknięć, nie było dyskretnych uśmiechów. Kilka razy próbował mówić coś do mnie – ładne sukienki, piękne oczy, jakieś boleśnie typowe zaczepki, na które przestałam reagować. Widziałam, że nie jest z tego zadowolony, choć może nie chodziło wcale o mnie; to raczej nagła utrata zainteresowania mogła go zaboleć. Należał do specyficznego gatunku mężczyzn przyzwyczajonych do tego, że to oni mogą przestać zwracać uwagę na kobietę – nigdy zaś odwrotnie. Hanka przynosiła mi niespodziewane wieści, które tylko potwierdzały moje podejrzenia.

– Mówią, że wypytuje o ciebie. Różnych ludzi, Paulinkę też. Zobaczysz, niedługo będzie chciała się z tobą zaprzyjaźnić. Skoro z nim nie chcesz rozmawiać, myśli, że może przez nią uda mu się coś zdziałać.

Wiedziałam, że nie mogę na to pozwolić. Wierzyłam nie tylko w słowa, wierzyłam też w znaki. W kwestii Aleksandra bezsprzecznie dostałam ich wiele, wręcz zastanawiająco wiele. Wszystkie mówiły to samo i składały się na jeden, nader spójny przekaz, którego zadaniem było utrzymać mnie od niego z daleka. Odczytanie znaków, które dostawałam, było dziecinnie proste – tym gorzej dla mnie. Nigdy później nie mogłam powiedzieć, że nie zostałam ostrzeżona. Tym razem – naprawdę i solennie – postanowiłam zrobić z tych ostrzeżeń użytek. Niestety, nie na zawsze.

*

Nie znałem rozkładu pracy dziennikarzy. Nie wiedziałem, kto kiedy dyżuruje, a kiedy ma wolne. Słowem, nigdy nie wiedziałem, kiedy przyjdzie ona, choć zawsze tylko na nią czekałem. Dziesiątego kwietnia też. Ważna data, trzecia rocznica, dużo pracy. Miałem tego dnia pierwszą zmianę, czyli od wschodu słońca do popołudnia. Zaczęli bladym świtem – składanie wieńców, egzekwie, obrządki cmentarne. W Kanale Szóstym pełna mobilizacja; od tygodnia wiadomo było, który wóz transmisyjny stoi przed jakim miejscem smoleńskiego kultu. Wysłano ekipy nawet do Rosji – Katyń, lotnisko Siewiernyj, brzoza. To tam miały się odbyć oficjalne obchody państwowe, kontrowane rzecz jasna przez „społecznych” wielbicieli teorii spiskowych i alternatywnych wersji historii, którzy na potrzeby swoich obrzędów postanowili sparaliżować Warszawę. Reporterzy w stosownej żałobie, zamówione w nadmiarze łącza satelitarne, wszystkie newralgiczne punkty miasta obstawione – byle tylko przypadkiem nie przeoczyć VIP-a przy grobie albo którejś z konkurencyjnych delegacji oficjalnych przed pomnikiem. Wyścig na wiązanki żałobne i wizyty na cmentarzu; kto uczci bardziej, lepiej i godniej. Przy okazji – kto poważniej się obrazi i bardziej sugestywnie swą obrazę uzasadni. Prezes PiS z pretorianami w szarych oparach świtu na Powązkach ustawił wszystko na określonym poziomie – na poziomie wysokiego C z lekkim fałszem. Później już nie sposób było zmienić tonacji ani nawet zejść z diapazonu, oficjalna rządowa delegacja wyglądała więc jak ubogi krewny. Zmarznięty premier w kłębach pary ulatującej z ust obwieścił, że składa kwiaty o poranku, by ruszyć w ogromnie ważną wizytę do Nigerii. Ucieczka z wygodnictwa, żałosna rejterada, a może zwykły zdrowy rozsądek. W każdym razie pole zostało oddane, a harcownicy wypuszczeni do boju nie zamierzali się zatrzymać. Najazd klubów „Gazety Polskiej”, przemarsze przez miasto, pielgrzymka pod samozwańcze sanktuarium Pałacu Prezydenckiego. Apogeum miało zostać osiągnięte wieczorem, kiedy mnie już tu nie będzie. Na szczęście nie będę musiał miksować obrazków falujących tłumów i płonących pochodni.

Przyszła akurat na finał w Smoleńsku. Składanie wieńców, asysta wojskowa, trzeci garnitur urzędników wśród szczerego pola scenerii nieszczęścia sprzed trzech lat. I ona. Nareszcie ona. To nie był poranny dyżur, ale wyglądała na zmęczoną. Bluzka zsuwająca się z ramienia, artystyczny nieład rozrzuconych włosów, głośne westchnienie – pozory nonszalancji miały ukryć złą kondycję. Niestety, bez skutku. Cienie pod jej oczami przebijały przez warstwę makijażu, w wygięciu ust było więcej ze smutku niż ze zmęczenia. Tym razem czerwona szminka nie pomogła. Jej twarz mówiła o nieprzespanej nocy, ale przyczyną braku snu zdawała się być raczej zgryzota niż ekstaza. Ciekawe, czy była z nim. Ciekawe, co on jej zrobił.

– Wiesz, że sporo cię czeka – powiedział do niej kolega, którego zmieniała. Kiwnęła głową ze zrozumieniem, ale i z rezygnacją. – I jak, udała się wczoraj impreza?

Czyżby ten facet wiedział o niej więcej niż ja? Może prosiła go, by został dziś na dyżurze chwilę dłużej, może uprzedzała, że się spóźni?

– Nieszczególnie.

Wiedziałem. Na pewno „impreza” oznaczała noc z Rawskim, a to przecież nie mogło się udać. On nie był mężczyzną dla niej. Co mógł jej dać z żoną ukrytą w innym mieście, ze swoją zszarganą reputacją, z historią dawnych romansów ciągnącą się za nim jak kula u nogi. „Bezwzględny gracz”, powiedział o nim Darek, mój przyjaciel ze studiów – jeden z prezenterów Kanału Szóstego, skądinąd ofiara intryg Rawskiego. Miał na myśli życie zawodowe, ale pewnie i w osobistym ta przybłęda z Opola nie postępowała inaczej. Arogant, egoista, megaloman. Czy możliwe, by Joanna tego nie dostrzegała, by pomijała to, co oczywiste, by nie rozpoznawała tego, co widać? Nie wyglądała na kobietę, która nie zna się na ludziach, ale łudziłem się, że może jednak. Chociaż w głębi ducha przeczuwałem coś, co było jeszcze gorsze niż naiwność czy niewiedza; podejrzewałem, że ona dobrze wie, z kim ma do czynienia, a mimo to wciąż go chce. Tego bałem się najbardziej.

Była skupiona, aczkolwiek pisała z mniejszym polotem niż zwykle. Zresztą może to temat dnia nie pozwalał jej na rozwinięcie skrzydeł. Nie mogła przecież napisać o zawłaszczonym Krakowskim Przedmieściu, o żenującym poziomie występów na zaimprowizowanej scenie, o reaktywowanym fanatyzmie „obrońców krzyża”. Ale musiała być w tym wszystkim – na żywo, bez chwili przerwy, pośród przekazu z kilku kamer jednocześnie. Mnie było trochę łatwiej – realizatorów wizji zawsze jest na dyżurze dwóch, mogłem więc zrobić użytek z paru minut przerwy, kiedy to kolega przejął stery.

– Nie możesz stąd wyjść, więc pomyślałem o tobie.

Wyglądała na naprawdę wdzięczną, kiedy postawiłem przed nią kubek kawy. Czarnej z jedną łyżeczką cukru trzcinowego – przez te wszystkie dni zdążyłem zauważyć, że taką właśnie zawsze kupuje w bufecie.

– To bardzo miło z twojej strony. – Miała oczy mniejsze niż zwykle, ale tak samo lśniące. Dziś były w kolorze kasztanów.

Chciałem powiedzieć jej, że to tylko kawa, że to nic, że chciałbym dać jej o wiele więcej.

– Na zdrowie – powiedziałem.

Czułem jej wzrok na plecach, kiedy się odwróciłem, by podejść do konsolety. Był ciepły jak te kasztany na gorąco, które sprzedają z rusztu na ulicach francuskich miast.

– No dobrze, koniec z tym Krakowskim Przedmieściem. Przenosimy się do Sejmu. – Głos wydawcy zabrzmiał jak niemiły przerywnik w bardzo miłych rozmyślaniach. Nacisnąłem odpowiednie guziki na konsolecie.

– A teraz, proszę państwa, prezentacja wyników badań zespołu parlamentarnego do spraw wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. – Na chwilę przemiksowałem na studio, by Alicja Mrozek, której przypadł wątpliwy zaszczyt prowadzenia rocznicowych serwisów, mogła zapowiedzieć zmianę scenografii. Jedna z większych sal w Sejmie, liczna publiczność, lider zespołu o wzroku tyleż sokolim, co kompletnie oszalałym.

– „Na pokładzie prezydenckiego tupolewa doszło do trzech wybuchów”.

Pozornie sensacyjne enuncjacje, które w rzeczywistości były odgrzewanym kotletem wymysłów powtarzanych od kilkunastu miesięcy. Prymitywne prezentacje w Power Poincie, opinie ekspertów, o których nikt nigdy nie słyszał, argumenty rodem z Wahadła Foucaulta. Nie ma dowodów na zamach? To znaczy, że je ukryli. Nie ma śladów wybuchu? To znaczy, że je zatarli. Mdły zakalec niestworzonych historii podawany jako pyszne ciasto prawdy objawionej, wszechobecny spisek, powietrze ciężkie od gęstniejącej obsesji. Biedna Joanna – musiała tego wszystkiego słuchać i cytować te brednie tak, jakby były coś warte. Po godzinie była blada, po półtorej godziny przezroczysta, po dwóch wysunęła się z krzesłem, odepchnęła klawiaturę i położyła głowę na biurku. Jej plecy wraz z pośladkami okrytymi ściśle przylegającym materiałem spódnicy tworzyły miękką linię pięknego łuku.

– Mogę coś dla ciebie zrobić? – zapytałem. To był już koniec mojego dyżuru, stałem z ręką na klamce drzwi reżyserki.

– Tak. – Wysiliła się na uśmiech, ale wciąż było widać, jak bardzo ma dość. – Zabierz mnie stąd.

Nawet nie wiedziała, jak bardzo chciałbym to zrobić. Jak bardzo chciałbym zabrać ją od tej pracy żmudnej i uciążliwej, od tego dnia zimowego mimo wiosny, od tego umęczenia i niewyspania. Jak bardzo chciałbym zabrać ją od wszystkich źródeł jej zmartwień, od tej szarości, która psuła porcelanową czystość jej rysów, od tego bólu, który ściągał jej usta. Jak bardzo chciałbym zabrać ją od Aleksandra Rawskiego.

– Chodź. – Uśmiechnąłem się do niej. Widziałem już, jak jedzie ze mną do mojego domu pod Warszawą. Jak siedzi ze mną przed kominkiem, jak idzie ze mną na długi spacer z psem, jak pije ze mną domową nalewkę, której w długie, mroźne wieczory z precyzją alchemika nadawałem idealne proporcje słodyczy miodu i ostrości spirytusu.

– Chciałabym. – Żartobliwy ton, lekki uśmiech, całkiem poważne spojrzenie.

– W każdej chwili.

Została tam, uwięziona wśród teorii spiskowych i żałobnych obchodów, wśród rozczarowania i przygniatającego ją ciężaru wczorajszej nocy. A ja po raz kolejny miałem pojechać sam do domu. Do domu, który był stanowczo za duży dla mnie jednego.

*

Zima przyszła tego roku w sam czas – na początku grudnia, dokładnie wtedy, kiedy wszyscy byliśmy już znużeni jesiennymi wichrami, deszczem i błotem. Śnieg przykrył nagie gałęzie, lód ściął kałuże, biel rozjaśniła nieznośną szarość – świat od razu stał się piękniejszy. Piękny był zwłaszcza ten pierwszy śnieg – świeży i lśniący, czysty i dziewiczy. Taki właśnie śnieg padał w dniu, w którym poszłam na imprezę do Paulinki.

Pracowałam tego dnia na porannym dyżurze – pobudka w mrokach grudniowej nocy, pierwsza kawa jeszcze przed świtem, droga przez zaspy pod niebem niskim i ponurym. A później szalone tempo gości, serwisów i relacji na żywo o drogowcach tradycyjnie zaskoczonych nadejściem zimy. Poranne pasmo w telewizji informacyjnej ma swój nieco perwersyjny urok, zwłaszcza zimą – ta atmosfera oblężonej twierdzy, jedynego – i pierwszego zarazem – bastionu przytomności wśród królestwa snu, wyspy pracującej na najwyższych obrotach wśród morza świata ledwie budzącego się do życia. I to uczucie, kiedy wychodzi się z pracy przed jedenastą – dla wszystkich innych mozół właśnie się zaczyna, a ty masz cały dzień przed sobą. Choćby po to, by schować się pod kołdrą, nie dać mrozowi dostępu do swojej duszy i spać.

Tego dnia, kiedy poranne pasmo dobiegło końca, zamiast od razu pójść do domu i zakopać się pod kocem, zeszłam na chwilę do newsroomu. Paulinka jakby czekała tam tylko na mnie.

– Joanna, będziesz dzisiaj, prawda?

Jak dotąd skutecznie opierałam się jej mniej lub bardziej natarczywym próbom zbliżenia się do mnie, odrzucałam zaproszenia na piwo, udawałam, że nie słyszę propozycji wspólnych zakupów. Ostatnio jednak nie odmówiłam jej jednoznacznie – już kilka dni temu zapraszała na parapetówkę w swoim nowo wynajętym mieszkaniu. Raczej nic podejrzanego, zanosiło się po prostu na picie ubrane w skromne szaty damskiej imprezy. Oprócz mnie zaprosiła kilka dziewczyn z firmy, w tym i Hankę. Wiadomo było, co nas czeka: ploteczki, rozmowy o pracy podlane alkoholem, mniej lub bardziej złośliwa obmowa. Pomyślałam, że może lepiej będzie się tam pojawić, by nie paść ofiarą tego ostatniego – nieobecni bowiem zawsze stają się tematem, a ja ze wszech miar nie chciałam się nim stać akurat w jej ustach. Zestaw gości gwarantował raczej, że impreza nie będzie źródłem jakichkolwiek problemów z Aleksandrem w tle, tym bardziej że on pracował do dwudziestej trzeciej, a zaproszenie Paulinki opiewało na jakąś bezpieczną popołudniową porę.

– Tak, będę – odpowiedziałam i aż się zdziwiłam ulgą w jej napiętej twarzy. Ewidentnie nie mogło chodzić o nagłą sympatię, której dowody składała mi od pewnego czasu, co już samo w sobie było dość intrygujące. Tak jakby Hanka miała całkowitą rację i Aleksander postanowił użyć swojej kochanki do ponownego nawiązania kontaktu ze mną. Wiedziałam, że Paulinka nie jest dziewczyną, która w locie dostrzega prawdziwy kontekst rzeczy, ale jej nowa rola wydawała się na tyle dwuznaczna, że dziwiłam się, iż się na nią godzi. Nie miałam żadnych dowodów na to, że robi to dla niego, ale jeśli tak było, to władza, jaką miał nad nią, była przerażająca. Myślałam o tym w drodze do domu przez zaspy, myślałam o tym pod gorącym prysznicem, myślałam o tym, kładąc się pod koc. Nawet zasypiając, nie mogłam przestać o tym myśleć.

Zawsze jest coś dziwnego w budzeniu się w środku dnia ze snu głębokiego jak mroki nocy. Własny pokój, doskonale znane łóżko i znajoma pościel, a i tak uczucie obcości jest przez moment nie do przezwyciężenia. Chwila zagubienia na granicy światów, sen ciężki i odurzający jak narkotyk, przebudzenie nie w porę i nie w czas. I ta sceneria zimowego popołudnia, niepasująca do jawy ani do snu, do dnia ani do nocy. I wreszcie ta ulga, ta jasność, to nagłe rozeznanie, kiedy już wiesz, gdzie jesteś i która jest godzina. Wyjrzałam przez okno – śnieg wciąż padał, dzieci na podwórku lepiły bałwana, psy dość niepewnie stawiały łapy w tym czymś mokrym i zimnym, co od zeszłego roku zdążyły już zapomnieć. Kubek gorącej kawy pomagał mi zebrać siły do wyjścia. Uznałam, że impreza w damskim gronie nie jest czymś, co wymaga specjalnych przygotowań – długi, miodowy sweter z futrzanym kołnierzem powinien wystarczyć, zwłaszcza włożony do rajstop jako sukienka. Niezależnie od okazji, nie chciałam, by Paulinka oglądała mnie nieumalowaną, zrobiłam więc porządny makijaż, odpowiedni na zimę, taki, który wytrzyma napór wiatru niosącego śnieg i czerwienią ust ożywi biały krajobraz.

Przed imprezą byłam umówiona z Hanką na niezbędne zakupy.

– Dobrze, że idziesz. Niech ta mała kurewka wie, że jej nie unikasz. Niezależnie od tego, z którym facetem z firmy aktualnie sypia. – Mówiła z właściwą sobie pewnością sądów i utwierdzała mnie w tym przekonaniu podczas kupowania butelek i ciasteczek, a także w drodze, kiedy już odpowiednio zaopatrzone na świętowanie nowego mieszkania Paulinki zmierzałyśmy razem w jego kierunku. Jej nowe lokum mieściło się w wieżowcu-molochu w samym centrum miasta, w jednym z tych podłużnych, betonowych pudeł, w których latem praży słońce, zimą mróz przenika przez okna, a podczas wietrznych nocy cała konstrukcja kolebie się na boki. Obok nieustannego hałasu dochodzącego ze skrzyżowania głównych arterii miasta oraz szeregu wad oczywistych dla budownictwa apogeum PRL, jej nowe mieszkanie miało jedną niezaprzeczalną zaletę – znajdowało się bardzo blisko miejsca pracy; na tyle blisko, na ile mogła tego potrzebować dziewczyna chwytająca dzienne i nocne dyżury, bez różnicy, jak popadnie, byle więcej. Właściwie nikt nie wiedział, na co wydaje zarobione pieniądze – nie miała zobowiązań rodzinnych ani kredytów, a jej szafa składała się z kilku par dżinsów i sukienek pamiętających triumfy święcone w sklepach sieciowych co najmniej kilka sezonów temu. Czasem jej błędny, szklisty wzrok, zaczerwienione nozdrza i zdolność do wytężonej pracy kilkanaście godzin bez przerwy wskazywały na możliwą naturę jej wydatków, ale ona sama nie zwykła się z tego zwierzać. Nawet jeśli naprawdę najbardziej lubiła koks, dziś akurat postawiła na alkohol.

– Cześć, dziewczyny, jak dobrze, że jesteście. I to z wódką, doskonale. Jakby co, mam jeszcze kilka butelek wina, tak że co kto woli.

Paulinka miała na sobie krótką sukienkę z koronki, której długość i brak talii wskazywały raczej na koszulkę do spania. Poza tym nie była już ruda, miała ciemnobrązowe włosy w kolorze bardzo podobnym do mojego. Trochę za bardzo podobnym do mojego, by mógł to być przypadkowy efekt. Chyba zauważyła, jak na nią patrzę, bo wyjaśniła bez pytania:

– No tak, zmieniłam kolor włosów. Ktoś bardzo mnie prosił, żebym miała akurat taki. Chyba mi ładnie, co?

– Bardzo ładnie – powiedziałam, ale poczułam zimno pełznące wzdłuż kręgosłupa. To był mój kolor. Mój kolor włosów na jej głowie, w dodatku na czyjąś prośbę. Rzecz jasna, nie musiałam pytać na czyją. To było coś na kształt satysfakcji, ale i bolesnego ukłucia, kiedy pomyślałam: „Więc jednak myśli o mnie. Sypia z Paulinką, ale myśli jednak o mnie”. Mina Hanki walczącej w mikroskopijnym przedpokoju z zimową kurtką mówiła jednak jasno: „Może i myśli, ale nie ma to już żadnego znaczenia”. „Oczywiście, że nie ma” – odpowiedziałam jej wzrokiem, a ukłucie minęło.

W jedynym pokoju, z którego składało się mieszkanie