Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Wygadane o Wschodzie 1

Wygadane o Wschodzie 1

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-955844-7-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wygadane o Wschodzie 1

Co łączy Małgorzatę Szejnert z Marcinem Mellerem, Annę Dziewit-Meller z Mateuszem Marczewskim, a Ilonę Wiśniewską z Wojciechem Jagielskim?

Miejsce, w którym byli ostatnio, czyli Buda Ruska nad Czarną Hańczą, na Suwalszczyźnie, gdzie od kilku lat odbywa się festiwal literacki Patrząc na Wschód.

Zamieszczone w tej książce rozmowy, to pokłosie spotkań autorskich z wyżej wymienionymi, jakie miały miejsce w ramach festiwalu. A ponieważ miejsce, w jakim odbywa się festiwal, czyli północno-wschodnia Polska, zobowiązuje, to nie mogło być inaczej i rozmowy te dotyczą głównie Wschodu i Północy: Rosji, Kaukazu, Gruzji, Białorusi, Spitsbergenu i paru innych, nie mniej ciekawych miejsc na świecie.

Czy jest coś, co łączy Afrykę i Kaukaz, Australię z Białorusią, a Aborygenów z Białorusinami? Na te pytania także znaleźć można odpowiedź w tej książce…

Niespieszne rozmowy ze znakomitymi reporterami, to okazja, by poznać ich sposób patrzenia na świat, reporterski warsztat i by poznać powody, dla których wydeptują właśnie te, a nie inne reporterskie ścieżki...

Polecane książki

Jak zaczynając od 0 współtworzyć firmy warte ponad 5 miliardów euro? To główne pytanie, na które znajdziecie odpowiedź w tej książce. Autor opowiada liczne historie ze swojej działalności i dzięki nim w praktyczny sposób pokazuje, jak myśli i działa przedsiębiorca...
Koncepcja Time Driven Activity Based Costing (TDABC) to modyfikacja koncepcji rachunku kosztów działań. Jest ona mniej pracochłonna we wdrożeniu i nie posiada większości wad ABC. Dowiedz się: czym się kierować przy wyborze metody obliczania kosztów, na czym polega metoda ABC i jakie ma wady i zalety...
Od 1 stycznia 2013 r. obowiązuje nowe rozporządzenie w sprawie zwolnień z obowiązku prowadzenia ewidencji przy zastosowaniu kas rejestrujących, które wprowadziło istotne zmiany w stosunku do dotychczas obowiązujących regulacji. Najistotniejszą zmianę stanowi obniżenie o połowę limitu zwolnienia podm...
Trzy kobiety: Dorota, Jagna i Irena. Dorota – mama, wiek 53+. Niezbyt zaradna życiowo, trochę eko, trochę hippie, bałaganiara. Jagna – córka, wiek 27+, bardzo zaradna pracowniczka korporacji. Mieszka sama, a właściwie z wielkim ślimakiem. Irena – „babka”. Przyszywana ciotka Doroty. Świeża wdowa. Kry...
Modernizacja środków trwałych ma swoje konsekwencje podatkowe. Z tej publikacji dowiesz się, jakie to skutki oraz - jak uniknąć ich negatywnych konsekwencji....
„W kraju totalitarnym tak już jest, że polityką jest właściwie wszystko, nawet koncert rockowy” – powiedział kiedyś Václav Havel. Polityczna była też moda, szczególnie młodzieżowa, przybyła do krajów socjalistycznych z Zachodu. Nie inaczej było w NRD i w PRL. Władze komunistyczne starały się z n...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Piotr Brysacz, Małgorzata Szejnert, Ilona Wiśniewska, Marcin Meller, Wojciech Jagielski

Nie chcę już pisać, uporządkuję listy…Małgorzata Szejnert

(ur. w 1936 r.) – dziennikarka, współzałożycielka „Gazety Wyborczej” i przez prawie piętnaście lat szefowa działu reportażu w tym dzienniku,
opiekunka i mentorka najwybitniejszych polskich reporterów – Mariusza
Szczygła, Wojciecha Tochmana, Jacka Hugo-Badera. Autorka wielu książek,
m.in. Czarny ogród, Wyspa klucz, Dom żółwia. Zanzibar, Usypać góry.
Historie z Polesia, Wyspa Węży. Czarny ogród został uhonorowany Nagrodą
Mediów Publicznych COGITO oraz znalazł się w finałach Nagrody
Literackiej Nike, Nagrody Literackiej Gdynia oraz Literackiej Nagrody
Europy Środkowej Angelus.

Jak rodzi się temat na reportaż? Ciekawych historii i opowieści wokół
nas jest mnóstwo, ale nie każda z nich nadaje się na temat reportażu. W którym momencie wiesz, że dana opowieść będzie, rozpisanym na kilkaset
stron, reportażem? Co o tym decyduje?

Nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi, tak jak i nie ma jednej
recepty na reportaż. Te tematy wcale tak łatwo nie przychodzą,
najczęściej objawiają się znienacka. Może być tak, że jakiś temat na
reportaż tkwi w nas od dzieciństwa i nawet nie zdajemy sobie z tego
sprawy. I nagle doznajesz małego olśnienia, widzisz coś w innym świetle
niż dotychczas, bardziej ostro, wyraźnie i okazuje się, że właśnie
chcesz o tym pisać.

Tak było właściwie ze wszystkimi moimi tematami. Książka Czarny ogród
– o Śląsku, o dzielnicy Katowic, która nazywa się Giszowiec – wzięła się
w pewnym stopniu z poczucia winy: bo przez całe swoje reporterskie życie
w czasach PRL-u nie miałam odwagi pisać o Śląsku. Bałam się tego Śląska,
bo był on wówczas bardzo pilnowany przez propagandę, pisanie o nim było
niebezpieczne, trzeba było poddać się jakimś regułom gry narzuconym
przez cenzurę.

Ale, poza poczuciem winy, zadziałał też przypadek. Gdy w stanie wojennym
straciłam pracę w „Literaturze”, dostałam po znajomości kawałek etatu w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Wysłano mnie wówczas na
Śląsk do ośrodka dla dzieci z chorobami neurologicznymi, żeby o tym
ośrodku – na potrzeby instytutu – napisać takie doniesienie (nie mylić z donosem), jak powstał i co się w nim dzieje. Ten ośrodek był właśnie w Giszowcu, a jego powstanie i sposób działania były dla mnie
zdumiewające. Został stworzony przez miejscową lekarkę – prawdziwą
siłaczkę i mieszkańców Giszowca, rodziców chorych dzieci, którym udało
się przekonać kierownictwo kopalni i lokalne władze, by dały pieniądze
na jego funkcjonowanie i pomogły w tym organizacyjnie. Powstał ośrodek
niezwykle nowoczesny, sprawny, wspomagany przez całą społeczność na
różne sposoby. To było wówczas tak nieprawdopodobne społeczne
osiągnięcie, że chciałam się temu bliżej przyjrzeć. Zaczęłam więc
rozmawiać z ludźmi, którzy – jak to zwykle bywa – znajdując we mnie
wiernego słuchacza, opowiadali mi nie tylko o ośrodku, ale także o Giszowcu, o swoim życiu tutaj… To było niezwykle ciekawe, ale nie
myślałam wtedy o tym jako o temacie dla siebie. Poprzestałam na
informacji dla instytutu. Potem wyjechałam do Ameryki z zamiarem
emigracji, bo stan wojenny dał mi się mocno we znaki, a kiedy w 1986
roku wróciłam, bo do emigracji się nie nadawałam, w Polsce i całym
obozie socjalistycznym można już było spodziewać się zmian.

W 1989 roku powstała „Gazeta Wyborcza” i przez piętnaście lat
prowadziłam w niej dział reportażu. Na własne pisanie nie miałam wtedy
czasu i sił. Dopiero kiedy przeszłam na emeryturę, pomyślałam – czas
napisać książkę i przypomniałam sobie o Giszowcu.

Nie wiem, czy ja mam Państwu opowiadać o kolejnych tematach, o kolejnych
moich książkach?

Tak!

Kolejną książką była Wyspa klucz – opowieść o Ellis Island położonej w Zatoce Nowojorskiej, gdzie mieściła się otwarta w 1892 roku, a ostatecznie zamknięta w 1954 roku, stacja emigracyjna, przez którą
przeszło kilkanaście milionów ludzi, w tym co najmniej półtora miliona
Polaków.

Zetknęłam się z tym tematem już jako potencjalna emigrantka, bo ja
rzeczywiście w 1984 roku wyjechałam z dziesięcioletnim synem do Ameryki
z myślą, że zostaniemy tam na stałe. Co prawda, szybko wróciliśmy, ale
dzięki temu doświadczeniu temat emigracji stał mi się bliski. Zostać czy
wrócić? Jaką cenę zapłacimy, gdy zostaniemy? Jakie koszty poniesiemy,
gdy wrócimy? Syn koniecznie chciał wrócić, a ja właściwie bez przerwy
przez te dwa i pół roku o tym myślałam… Na szczęście sytuacja w Polsce
po 1989 roku zmieniła się na tyle, że – jak się okazało – miałam do
czego wrócić, ale te lata zawieszenia pozostawiły we mnie trwały ślad.

Po napisaniu Czarnego ogrodu została próżnia i nie bardzo wiedziałam,
czym ją wypełnić. Zazwyczaj reporter ma przygotowanych kilka tematów i po wyczerpaniu jednego zabiera się za następny, ale ja nie miałam.
Któregoś dnia poszłam z wizytą do przyjaciółki, dziennikarki, która,
korzystając z Internetu, szukała jakichś tropów genealogicznych.
Poradziłam jej, żeby zajrzała na stronę poświęconą Ellis Island, że mogą
tam mieć świetne programy ułatwiające poszukiwania rodzinne. Weszłyśmy
razem na tę stronę i zaczęłyśmy grzebać. Tam było mnóstwo fantastycznych
wiadomości, budzących ciekawość. Pomyślałam – co za wspaniały temat –
organizacja tej stacji, jej losy, jej personel! Znowu olśnienie, po
którym natychmiast zaczęłam sprawdzać, co Polska wie o Ellis Island i okazało się, że w Bibliotece Narodowej nie ma na ten temat ani jednej
pozycji!

No a potem był Zanzibar i książka Dom żółwia. Ten temat wiązał się z moim dziewiętnastowiecznym dzieciństwem. Bo ja zahaczyłam w życiu o trzy
stulecia: dziewiętnaste, dwudzieste i dwudzieste pierwsze. Urodziłam
się, co prawda, w trzeciej dekadzie wieku dwudziestego, ale moje
dzieciństwo w Białej Podlaskiej zanurzone było cywilizacyjnie,
obyczajowo i nawet historycznie w wieku dziewiętnastym. W miasteczku nie
było wodociągów, kanalizacji, a o tym, że ktoś umierał wiedzieliśmy
stąd, że przez rynek przechodził ksiądz z olejami, a przed nim
ministrant z dzwoneczkiem… Pierwszego dnia szkoły, w 1944 roku,
poszłam do niej, niosąc krzesło na głowie, trzeba było przecież
umeblować tę szkołę, ale w pustej klasie wisiał już na ścianie cykl
sztychów Grottgera Polonia i Lithuania. Powstanie styczniowe wydawało
się bliższe niż pierwsza wojna światowa. O drugiej dorośli chcieli
zapomnieć. Bohaterami mojego dzieciństwa byli wielcy odkrywcy – na
przykład Livingstone – lekarz, misjonarz, uważający niewolnictwo za
przekleństwo i hańbę świata, niesiony po śmierci tysiąc pięćset
kilometrów do brzegu Afryki przez wiernych tragarzy (o tym dowiedziałam
się później, właśnie na Zanzibarze).

Gdy w 2008 roku poleciałam na Zanzibar, zaproszona tam przez
przyjaciółkę, instruktorkę nurkowania, zwiedziłam oczywiście starą cześć
jego stolicy, zwaną Kamiennym Miastem. Zobaczyłam tam odrapaną, piękną
niegdyś, arabską rezydencję, w której mieścił się przed laty konsulat
angielski. Tabliczka na zapuszczonej fasadzie informowała, że w tym domu
David Livingstone oczekiwał w trumnie na ostatnią drogę do Anglii.
Bardzo mnie to zainteresowało i tak – za sprawą Livingostone’a –
zaczęłam myśleć o Zanzibarze jako temacie na reportaż. Wprawiający w zdumienie transport zwłok Livingstona przez dżunglę, który opisuję
dokładnie w książce, to tylko szczegół, przyczynek do wielkiego tematu
roli Zanzibaru w dziejach niewolnictwa. W XIX wieku był światowym
centrum handlu niewolnikami. Ale niewolnictwo na Zanzibarze to nie tylko
historia, ponieważ tam ciągle istnieją pewne formy niewolnictwa –
Afrykanie są wypierani przez biały biznes turystyczny, i to właśnie
starałam się w tej książce pokazać…

A potem pojechałaś na Białoruś i napisałaś książkę Usypać góry. Historie z Polesia…

Tak. Ten reportaż z kolei wziął się z buntu przeciwko zbitce słów
„Polesia czar”, za którą krył się sielski obrazek Poleszuków, żyjących w swojej mitycznej krainie. Te słowa to cytat z piosenki, która ma
historię miłosną. W latach międzywojennych poeta Jerzy Artur Kostecki
pojechał na wakacje na Polesie i nieszczęśliwie się zakochał w córce
właściciela jednego z tamtejszych majątków ziemskich. Była to miłość
nieodwzajemniona i pozostała piosenka – tango.

„Pośród łąk, lasów i wód toni
W ciągłej pustej życia pogoni
Żyje posępny lud
Brzęczą much roje nad bagnami
Skrzypi jadący wóz czasami
Poprzez grząską rzekę w bród

Czasem odezwie się łosia ryk
Albo dziki w głębi głuszca krzyk
I znów cisza, cisza tak niewzruszona
Dusza śni pustką rozmarzona
Piękny o Polesiu sen

Polesia czar, to dzikie knieje, moczary
Polesia czar, smętnego wichru jęk
Gdy w mroczną noc z bagien wstają opary
Serce me drży, dziwny ogarnia lęk
I słyszę jak w głębi wód jakaś skarga się miota
Serca prostota wierzy w Polesia cud”.

Była to piosenka na tyle popularna, że trafiła do szkolnego programu
wychowania muzycznego w polskich szkołach. Co prawda, jej tekst zawiera
ponure obrazy, stada much, moczary, opary z bagien, ale zapamiętano
przede wszystkim słowa „Polesia czar” i po wojnie traktowano ją niemal
jak hymn czarownej, nieodwołalnie straconej krainy. Chciałam więc
sprawdzić, co to za raj został utracony i czym Polesie jest dziś, w XXI
wieku…

Impulsem do tego, by zabrać się na poważnie do pracy nad tą książką była
rozmowa z Bożeną Dudko, która po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego
zaopiekowała się jego archiwum. Któregoś dnia, już po napisaniu przeze
mnie Domu żółwia, zapytała: „Słuchaj, a nad czym Ty teraz pracujesz?”.
Odpowiedziałam, że właściwie to nad niczym, mam dziurę… A ona na to: „To
wypełnij tę dziurę Polesiem, Pińskiem. Kapuściński już tej książki nie
napisze, trzeba to zrobić”. Ryszard Kapuściński, który pochodził
przecież z Pińska, bardzo chciał napisać książkę o Polesiu.
Przygotowywał się do niej… Niestety, nie zdążył, zmarł w 2007 roku.
Zaczęłam czytać o Polesiu, ukazał się już wtedy, po raz pierwszy wydany,
tom tekstów etnologa Józefa Obrębskiego, który przed wojną badał
Polesie. To była pasjonująca lektura.

Postanowiłam więc pojechać na Polesie, na tę jego część, która po
traktacie ryskim w 1921 roku została w Polsce, a obecnie jest częścią
Białorusi. Poszłam więc do pani Alicji Kapuścińskiej, wdowy po
Ryszardzie, która bardzo się ucieszyła i dała mi świetne kontakty w Pińsku.

Pamiętasz tę swoją pierwszą podróż na Polesie? Jaka ona była?
Zaskakująca, rozczarowująca?

Wspaniała. Zaskakująca o tyle, że nie spodziewałam się tyle ciepła i życzliwości… Może dlatego, że nie występowałam oficjalnie jako
dziennikarka, nie miałam żadnej akredytacji, bo bałam się jakiejś
niepotrzebnej opieki, nie tyle ze strony jakichś służb specjalnych, lecz
że ktoś będzie chciał moją wizytę potraktować bardzo oficjalnie i zechce
mnie prowadzić jakimiś utartymi szlakami, jakoś kontrolować mój pobyt. I dlatego większość moich kontaktów, to byli ludzie, którzy starali się
zachować swoją niezależność. W większości inteligenci, ale także ludzie
ze wsi, różnych zawodów. Przed nikim jednak nie ukrywałam, że gromadzę
materiały do książki, która wyjdzie w Polsce.

Przyznaję się więc od razu, że nie zachowywałam się na Białorusi jak
rasowy reporter, nie próbowałam dotrzeć do administracji i władz
partyjnych. Dlatego też moja książka nie jest obiektywnym obrazem życia
na Białorusi, lecz pewnego rodzaju wyborem, który wydał mi się
konieczny.

[Uczestnik spotkania]A dlaczego nie próbowała Pani z nimi
rozmawiać?

Wie Pan… Bo co ja bym w gruncie rzeczy od nich usłyszała? Jeżeli piszę
na przykład o zielonoświątkowcach, z którymi nawiązałam doskonały
kontakt – to niezwykle ciekawy ruch religijny na Białorusi – i oni mi
opowiadają z czym się borykali, przez co musieli przechodzić, zanim
okrzepli, to co bym miała u tej drugiej strony potwierdzać? Ale też nie
opieram się wyłącznie na rozmowach z zielonoświątkowcami. Sięgam do
świadków, dokumentów, szukam w archiwach i drukach wydawanych w drugim
obiegu, by znaleźć potwierdzenia, albo zaprzeczenia…

Jakim miejscem na ziemi była dla Ciebie Białoruś zanim ruszyłaś w tę
podróż, a jakim jest teraz?

Przed napisaniem tej książki prawie nic o Białorusi nie wiedziałam, a do
tego nie znam języka białoruskiego i bardzo słabo znam rosyjski. Gdy
zabrałam się do tematu, to zaczęłam wiedzieć. Przeczytałam mnóstwo
książek, mnóstwo dokumentów, relacji, wspomnień. To pochłania dużo czasu
i wysiłku, ale jest znikomą częścią reporterskiej pracy, bo
najważniejsze jest pojechać, zobaczyć, dotknąć, usłyszeć głos i spojrzeć
w oczy człowiekowi podczas bezpośredniej rozmowy…

Białoruś teraz jest dla mnie miejscem oswojonym i znajomym, gdzie
mieszka wielu ludzi, z którymi chętnie bym się spotkała ponownie. Nie
zamierzam pisać już o Białorusi, więc prawdopodobnie tam już nie pojadę,
ale ci znajomi przyjeżdżają do Polski, mamy więc ze sobą kontakt,
piszemy do siebie listy. Białoruś stała się dla mnie zrozumiała…

Większość bohaterów mojego reportażu to ludzie, którzy uważają się za
obywateli Białorusi, ale nie bardzo wiedzą, czy są Rosjanami,
Białorusinami, Polakami. Mówią o sobie najczęściej, że są „tutejsi” i ta
„tutejszość” jako określenie własnej tożsamości jest bardzo wyraźna w małych miastach, od Brześcia począwszy i dalej na wschód, i wiąże się
często z poszukiwaniem w danym miejscu korzeni. Prawie wszyscy, z którymi spotykałam się na przykład w Pińsku, niezależnie od wykonywanych
zawodów, byli historykami-amatorami. Interesowali się historią miejsca,
po to, żeby się w nim zakorzenić, żeby poczuć, że są „stąd”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki