Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Wytańczyć marzenia. Historia osieroconej czarnoskórej dziewczynki, która stała się słynną primabaleriną

Wytańczyć marzenia. Historia osieroconej czarnoskórej dziewczynki, która stała się słynną primabaleriną

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65170-46-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wytańczyć marzenia. Historia osieroconej czarnoskórej dziewczynki, która stała się słynną primabaleriną

Poruszająca, chwytająca za serce opowieść o czarnoskórej dziewczynce, która spełniła swoje najskrytsze marzenia i stała się słynną primabaleriną.

W sierocińcu w Sierra Leone Michaela de Prince była znana jako dziewczynka nr 27. Samotne dziecko, prześladowane przez innych z powodu bielactwa, nie miało łatwego życia w kraju ogarniętym powojennym chaosem. Pewnego dnia ukochana nauczycielka Michaeli została brutalnie zamordowana.  Dziewczynka przeszła wtedy bardzo trudne chwile. Przyszłą baletnicę uratowało znalezione zdjęcie pięknej primabaleriny. Pozwoliło ono Michaeli odciąć się od ponurej rzeczywistości i zacząć marzyć o lepszym życiu. W wieku 4 lat Michaela została zaadoptowana przez amerykańską rodzinę, dzięki której mogła rozpocząć naukę tańca w szkole baletowej Jacqueline Kennedy Onassis. Obecnie jest najmłodszą tancerką Dance Theatre w Harlemie, a jej kariera rozwija się w zawrotnym tempie.

„Niesamowicie napisana. Trudności życiowe wzmacniają siłę woli. Michaela to przykład cudu, jaki się stał, kiedy zdawało się, że już nic dobrego nie może się przydarzyć w życiu tej dziewczynki. Niech stanie się ona inspiracją dla wszystkich młodych tancerek i tancerzy świata – bez względu na kolor skóry”.

- Misty Copeland, światowej sława tancerka baletowa, autorka książki Balerina. Życie w tańcu

Oto prawdziwa opowieść o tym, jak można wytańczyć swoje marzenia

JUŻ NIEDŁUGO NA PODSTAWIE TEJ INSPIRUJĄCEJ HISTORII POWSTANIE FILM W REŻYSERII SANAA HAMRI

Polecane książki

Historia, która brzmi jakby była z bajki ale przecież mogłaby się wydarzyć... Pewnego jesiennego wieczoru Sabina Południewska stanęła w drzwiach pałacyku „Pod Graalem i Różą” Potrzebowała natchnienia, które pozwoli jej skończyć kolejną powieść. Gospodynią pensjonatu okazała się przemiła Mila Moss...
    Klasyfikacja Środków Trwałych (KŚT) jest usystematyzowanym zbiorem obiektów majątku trwałego. Jest stosowana do celów ewidencyjnych, a także do ustalania stawek odpisów amortyzacyjnych oraz do badań statystycznych. Od 1 stycznia 2018 r. należy już w pełni stosować klasyfikację KŚT 2016. Dot...
Komentarz zawiera omówienie znowelizowanych z dniem 1 października 2011 r. przepisów ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym oraz ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki. Czytelnik znajdzie w nim odpowiedzi na pytania dotyczące m.in.: nowych za...
Ludzkość opuściła Starą Ziemię i skolonizowała odległe światy. Stało się to możliwe dzięki odkryciu tuneli czasoprzestrzennych, które skróciły drogę do układów gwiezdnych z planetami nadającymi się do zamieszkania. Właśnie dlatego sektor Victorii stał się węzłem komunikacyjnym i handlowym dla pozost...
Rolnik, który uległ wypadkowi przy pracy w gospodarstwie rolnym może ubiegać się o odszkodowanie. Z tego e-booka dowiesz się, jak i gdzie wystąpić o takie odszkodowanie. Dowiesz się także, jak przebiega ustalanie okoliczności i przyczyn wypadku i wjakiej wysokości możesz otrzymać odszkodowanie....
Najważniejsze to mieć w swoim życiu miejsce, w którym będzie robiło się rzeczy naprawdę potrzebne. Miejsce, które najpierw będzie marzeniem, utkanym z ulotnych myśli i nadziei, a potem, dzięki niewytłumaczalnym, a jakże potrzebnym splotom okoliczności, przemieni się w dotykalną rzeczywistość. Już...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Elaine Prince

Dla Charlesa DePrince’a, czułego oraz wielkodusznego ojca i męża

Prolog

Czarny łabędź

Stoję za kulisami ubrana w obszerną czarną tutu udekorowaną równie czarnymi piórami oraz krwistoczerwonymi kwiatami. Srebrna tiara nabijana cyrkoniami zdobi moje włosy upięte z tyłu w ciasny kok. Po kolei rozgrzewam kostki stóp, rozciągam mięśnie nóg i staję na palcach, aby sprawdzić, czy wstążki moich point są zawiązane i bezpiecznie schowane. „Profesjonalna balerina nigdy nie pozwala, aby wstążki zwisały luźno wokół kostek” − ostrzegał mnie jeden z moich ulubionych nauczycieli. Kąciki moich ust unoszą się w lekkim uśmiechu, kiedy przypominam sobie tę siedmioletnią dziewczynkę z powiewającymi u nóg wstążkami. Mam wrażenie, że śnię. Profesjonalna balerina, czy to naprawdę ja? Wydaje mi się, jakbym zaledwie wczoraj była sierotą – małą, umorusaną, wygłodzoną, przerażoną i trzymającą się życia dzięki marzeniu, że zostanie baleriną. Jako Mabinty Bangura tańczyłam podczas pory deszczowej w błocie na gołych stopach i odganiałam chmarę komarów, które w złości kąsały i zarażały malarią.

Moje ramiona pokryły się gęsią skórką. Potarłam je, pamiętając, co kiedyś powiedziała do mnie moja siostra Mia: „To łabędzia skórka, Michaela, nie gęsia”. Czy moją łabędzią skórkę wywołał stres, chłodne powietrze Berkshire w Ted Shawn Theatre w Jacob’s Pillow, czy nawiedzające mnie wspomnienia?

Czym miałabym się denerwować? To nie pierwszy raz, kiedy tańczę pas de deux w drugim akcie Jeziora łabędziego, występując w roli Odylii, mrocznej i przebiegłej córki złego czarnoksiężnika Rotbarta. Ale to pierwszy raz, kiedy tańczę przed tak dużą publicznością złożoną z krytyków i innych tancerzy, którzy przybywają do Jacob’s Pillow każdego czerwca, aby wziąć udział w tym głośnym festiwalu. I oto zaraz na scenie pojawię się ja – najmłodsza z nich, zawodowa balerina, tańcząca rolę, która wymaga dojrzałości i finezji. Czuję się jak oszustka.

Czarny Łabędź to uwodzicielka kusząca księcia Zygfryda swoimi kobiecymi wdziękami, aby odebrać go Odetcie − Białemu Łabędziowi. Co ja wiem o kobiecych urokach czy uwodzeniu? Po moim kwietniowym wystąpieniu jeden z krytyków napisał: „To najsłodsza uwodzicielka, jaką kiedykolwiek widzieliście, ale musi jeszcze popracować nad tajemniczością baleriny. Ma zaledwie osiemnaście lat”. Pokazałam tę recenzję mojemu chłopakowi Skylerowi.

– Zgadzasz się z tym? – zapytałam go ze łzami w oczach.

– Ma rację. Jesteś słodka – odpowiedział.

– Ale ja nie chcę być słodka. Chcę mieć kobiecy urok. Chcę być uwodzicielska. Chcę emanować tajemniczością baleriny.

Skyler zaśmiał się i powiedział:

– Jesteś urocza, a do tego zabawna.

– Ale ja nie chcę być urocza i zabawna. Chcę być tajemnicza.

– Cóż, czasem jesteś dla mnie kompletną tajemnicą – przyznał ze złośliwym uśmiechem.

– To nie to samo co tajemniczość baleriny.

Mamy teraz ostatnie przedstawienie sezonu. Muszę odegrać swoją rolę doskonale. Przez krótką chwilę mam ochotę uciec, ale rozbrzmiewa muzyka i wychodzę na scenę. Nagle nie jestem już ani Mabinty Bangura, ani Michaela DePrince. Jestem Czarnym Łabędziem. I jak napisze później recenzent: „Nikczemna Odylia była zachwycająco chłodna, kiedy uwodziła nieświadomego księcia”.

Rozdział 1

Z domu po prawej

Zanim zostałam „nikczemną” i „chłodną” Odylią, byłam Michaelą DePrince, a zanim zostałam Michaelą, byłam Mabinty Bangura − to jest historia mojej drogi od wojennej sieroty do gwiazdy baletu.

Kiedy mieszkałam z rodzicami w Afryce, mój papa uwielbiał harmattan – pylisty, suchy wiatr wiejący od Sahary każdego grudnia lub stycznia. „Ach, harmattan znowu przyniósł nam szczęście!” – krzyczał, wracając ze zbiorów ryżu. Uśmiechałam się, gdy to mówił, bo wiedziałam, że zaraz doda: „Ale szczęście nie tak wielkie jak wtedy, gdy przyniósł nam Mabinty. Nie, tak wielkie szczęście się nie powtórzy!”.

Rodzice opowiadali, że urodziłam się z donośnym płaczem i charakterem ostrym niczym afrykański jeż. Co gorsza, byłam dziewczynką, a do tego cętkowaną, ponieważ urodziłam się z chorobą skórną zwaną bielactwem, która powodowała, że wyglądałam jak mały lampart. Niemniej rodzice przyjęli moje narodziny z wielką radością.

Kiedy ojciec przyznał, że moje przyjście na świat było najważniejszą chwilą w jego życiu, jego starszy brat Abdullah potrząsał głową i mówił: „Pechowy jest harmattan, który przynosi córkę, bezwartościową cętkowaną córkę, taką, za którą nie dostaniesz wysokiego mahru”. Matka mówiła, że ojciec śmiał się z brata. On i wujek Abdullah w zasadzie w niczym się nie zgadzali.

Pod jednym względem wuj miał rację: w typowej rodzinie z okręgu Kenema w południowo-wschodnim Sierra Leone w Afryce Zachodniej moje narodziny nie były powodem do świętowania. Ale nasza rodzina nie była typowa. Po pierwsze małżeństwo moich rodziców nie zostało zaaranżowane. Pobrali się z miłości, a mój ojciec odmówił poślubienia innej kobiety, nawet po kilku latach małżeństwa, kiedy wyglądało na to, że będę ich jedynym dzieckiem. Po drugie oboje potrafili czytać i mój ojciec uważał, że jego córka też powinna się tego nauczyć.

– Jeśli mój brat ma rację i nikt nie będzie chciał poślubić dziewczyny ze skórą jak lampart, to ważne, aby nasza córka chodziła do szkoły. Przygotujmy ją na to – powiedział matce.

I tak oto zaczął mnie uczyć abjad, arabskiego alfabetu, kiedy byłam jeszcze małym, ledwo drepczącym szkrabem.

– Głupcze! – wrzasnął wujek Abdullah, kiedy zobaczył, jak papa układa moje małe paluszki dokoła kawałka węgla.

– Po co uczysz dziewczynkę? Będzie zbyt wiele o sobie myślała. Jedyne, co musi wiedzieć, to, jak gotować, sprzątać, szyć i zajmować się dziećmi.

Moje plamy odstraszały dzieci z naszej wioski. Nikt nie chciał się ze mną bawić, czasem tylko moi kuzyni, więc często siedziałam sama na ganku naszej chaty i rozmyślałam. Zastanawiałam się, dlaczego mój ojciec pracuje tak ciężko, wypłukując w kopalniach diamenty, których i tak nie będzie mógł zatrzymać. To była trudna, obciążająca plecy praca, w której trzeba było pochylać się przez cały dzień. Nocami ojciec kuśtykał po domu, bo bolały go plecy, kostki i stopy. Jego dłonie boleśnie puchły od przesiewania przez sito ciężkiej, mokrej gleby. I wtedy, pewnej nocy, gdy mama wcierała masło shea zmieszane z pieprzem w opuchnięte stawy papy, podsłuchałam ich rozmowę i zrozumiałam.

– To ważne, aby nasza córka poszła do szkoły i nauczyła się więcej, niż my sami możemy jej przekazać. Chciałbym, żeby poszła do dobrej szkoły.

– Jeśli będziemy oszczędni, pieniądze z kopalni wystarczą, aby opłacić jej czesne, Alhaji – powiedziała matka.

– Ach, Jemi, przelicz pieniądze. Ile do tej pory odłożyliśmy? – zapytał papa.

Mama roześmiała się.

– Tyle plus suma, którą policzyłam, gdy pytałeś mnie o to poprzednim razem – oznajmiła, trzymając monety, które przyniósł do domu tego wieczoru.

Uśmiechnęłam się dyskretnie schowana w małej wnęce za zasłoną. Uwielbiałam słuchać nocą głosów moich rodziców.

Nie mogę powiedzieć tego samego o głosach wuja Abdullaha i jego żon.

Nasz dom był położony po prawej stronie od domu wujka, który miał trzy żony i czternaścioro dzieci. Na jego nieszczęś­cie wśród nich było trzynaście dziewczynek. Wujek i jego drogocenny syn Usman, dziecko jego pierwszej żony, byli w domu jedynymi mężczyznami. Wiele razy słyszałam płacze i krzyki złości dobiegające z podwórka. Odgłosy z domu wujka Abdullaha bijącego żony i córki przepełniały moich rodziców smutkiem. Wątpiłam, czy wujek Abdullah kiedykolwiek kochał którąś ze swoich żon, bo przecież wtedy by ich nie bił. Natomiast z pewnością nie kochał swoich licznych córek. Obwiniał je za każde swoje niepowodzenie.

Wujek troszczył się jedynie o syna. Nazywał Usmana swoim skarbem i karmił go pysznymi mięsnymi smakołykami, podczas gdy jego córki patrzyły głodne i wzdęte od skrobiowej diety składającej się z ryżu i manioku – długiego korzenia o brązowej skórce, któremu brakuje witamin i minerałów. I nic go tak nie irytowało jak widok mnie siedzącej ze skrzyżowanymi nogami na trawiastej macie, uczącej się i przepisującej litery z Koranu. Nie mógł powstrzymać się od szturchania mnie czubkiem swojego sandała i mówienia, abym zajęła się kobiecymi obowiązkami.

– Głupcze! – wuj Abdullah krzyczał do mojego ojca. – Zagoń to dziecko do pracy.

– Jakie kobiece obowiązki mogłaby wypełniać? Przecież to jeszcze dziecko – przypominał papa swojemu bratu. Nie mógł się też powstrzymać, aby nie dodać: – Tak, nie ma jeszcze czterech lat, a już potrafi mówić w językach mende, temne, limburskim, krio i arabskim. Podchwytuje języki na targowisku i szybko się ich uczy. Kiedyś na pewno zostanie uczoną.

Nie musiał „wcierać więcej soli” w rany wujka Abdullaha, przypominając mu, że Usman, o kilka lat starszy ode mnie, był w nauce daleko za mną.

– Potrzebuje solidnego lania – skontrował wujek Abdullah. – A ta twoja żona! Jej też przyda się okazyjne bicie. Rozpuszczasz swoje kobiety, Alhaji. Nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Być może papa nie powinien chwalić się moimi postępami w nauce. Mieszkańcy wioski i mój wujek uważali, że przez swoje cętki jestem już wystarczająco dziwna. Moja umiejętność czytania sprawiła, że stałam się w ich oczach jeszcze dziwniejsza, a wujek zaczął mnie nienawidzić.

Jedyną rzeczą, która łączyła mojego ojca z bratem, była ziemia, która nas żywiła, dawała schronienie i dostarczała ryżu, wina palmowego oraz masła shea, które sprzedawaliśmy na targowisku.

Nocą, kiedy słyszałam zawodzenia płynące z podwórka, nastawiałam uszy w kierunku moich rodziców odpoczywających po drugiej stronie zasłony. Dobiegały mnie stamtąd słodkie słowa miłości i delikatny śmiech. Dziękowałam wtedy Allahowi za to, że urodziłam się w domu po prawej, a nie po lewej stronie.

Rozdział 2

Do domu po lewej

Wojna domowa wybuchła w moim kraju w 1991 roku i nim skończyłam trzy lata, toczyła się już od siedmiu lat. Jej powodem było przede wszystkim to, że zlikwidowano szkolnictwo, a bez niego młodzi ludzie nie mogli zdobyć wykształcenia, a później znaleźć pracy. Było to przyczyną biedy i głodu. Czyniło z nich desperatów. Stworzyli armię rewolucyjną, aby walczyć o swoje prawa.

Kiedy wojna postępowała, młodzi stracili z oczu swoje wcześniejsze cele i zaczęli mordować niewinnych mieszkańców. Tak więc zamiast szczęścia sucha pora przyniosła nam tym razem inwazję buntowników ze Zjednoczonego Frontu Rewolucyjnego. Nazywali siebie RUF, ale ich ofiary połączyły dwa angielskie słowa: rebel – rebeliant i devil – diabeł, i nazywały ich debils.

Harmattan, tak ukochany przez mojego ojca, zdradził nas tego roku. Zamiast szczęścia przyniósł do naszej osady wojnę. Papy nie było w domu tego dnia, gdy rebelianci podpalili plantację ryżu i palmy rosnące na pobliskich wzgórzach. Był w kopalni diamentów. Kiedy wrócił do domu, mama musiała mu powiedzieć, że rebelianci zostawili nas bez upraw, bez ryżu i bez nasion na przyszłoroczny zasiew.

Siedziałyśmy z mamą na drewnianej ławce przed naszym domem i oglądałyśmy płomienie roznoszone przez silne wiatry harmattanu. Dym utrudniał oddychanie. Krztusiłam się i kaszlałam, a ona objęła mnie ramionami.

– Mamo, dlaczego nie płaczesz? – zapytałam.

Mama wskazała kolejną wioskę na wzgórzach. Zobaczyłam dym unoszący się z tamtejszych domów.

– Mamy szczęście, że rebelianci oszczędzili nasze domy i nasze życie – odpowiedziała. – Powinniśmy za to dziękować Allahowi.

Może miała rację, ale jakoś nie czułam się wdzięczna. Kilka minut później podszedł do nas mężczyzna, który jęczał i zawodził. Powiedział, że jest jedynym ocalałym ze swojej wioski. Rebelianci zmusili go, aby przyglądał się, jak zabijają jego rodzinę i przyjaciół. Później, śmiejąc się, zapytali, czy woli krótki, czy długi rękaw. Odparł, że zazwyczaj nosi długie rękawy, więc odcięli mu dłoń i wysłali w drogę po kraju, aby rozsiewał strach i ostrzegał innych o zbliżającym się niebezpieczeństwie.

Ciocia Yeabu, najmłodsza z żon wujka Abdullaha, pomogła mojej matce zabandażować kikut mężczyzny, podczas gdy ja stałam obok i trzęsłam się ze strachu. Mama zaproponowała mężczyźnie małą porcję ryżu, który został z naszego śniadania. Prosiła, aby odpoczął w naszym domu. Ale on się bał, że rebelianci wkrótce przejdą przez naszą wioskę, rozpoznają go i zabiją, więc zamiast odpocząć, pospieszył na północ, w stronę Makeni, miasta oddalonego o wiele kilometrów, gdzie, jak sądził, jest bezpiecznie.

Tej nocy mama wsypała do rondla mniej ryżu niż zazwyczaj. Wiedziałam, że i tak zje niewiele, żebyśmy ja i papa mogli napełnić żołądki. Postanowiłam, że wezmę z niej przykład. Po całodziennej pracy w kopalni diamentów papa potrzebował największej porcji ryżu. Gdy ryż bulgotał w rondlu, my nadal czekałyśmy na ojca. Mama nalegała, abym zaczęła jeść.

– Chcę zaczekać na papę – zaprotestowałam.

– Nie, ty zjesz, ja zaczekam – powiedziała mama. – Jesteś dzieckiem. Rośniesz. Jedz.

– Nie jestem głodna – załkałam.

Zwinęłam się obok niej i zasnęłam.

Obudził mnie głos mojego kuzyna Usmana:

– Ciociu Jemi – syknął cicho. – Ciociu Jemi, rebelianci przyszli dzisiaj do kopalni. Zastrzelili wszystkich pracowników.

– Wszystkich pracowników? – powtórzyła matka. – A Alhaji?

– Wujka Alhaji też – wyszeptał Usman.

– NIE-E-E! – wrzasnęłam. – Nie papę!

– NIE-E-E! – wrzasnęła mama. – Nie mojego Alhaji!

Przytuliłyśmy się do siebie mocno. Kołysała mnie w swoich ramionach, a ja głośno płakałam.

Wkrótce cała wioska wypełniła się płaczem, ponieważ prawie każda rodzina straciła ojca, brata, syna lub siostrzeńca. W dniu, w którym umarł mój ojciec, wierzyłam, że odczuwam ból najgorszy z możliwych, że takiego bólu nie będę już czuła nigdy. A potem przeniosłam się do domu po lewej stronie i nauczyłam się, że ból, niczym zieleń dżungli, ma wiele odcieni.

Wujek Abdullah postanowił wynająć nasz dom rodzinie uchodźców i zmusił mamę i mnie do przeprowadzki pod jego skrzydła. Zgodnie z prawem szariatu wujek Abdullah stał się naszym opiekunem. Przywłaszczył sobie pieniądze, które rodzice odkładali na moją edukację, a skoro nie miałyśmy pieniędzy, nie mogłyśmy uciec. Wuj chciał poślubić mamę, ale szariat dawał jej również prawo do odrzucenia jego propozycji, co też zrobiła. Jej odmowa go rozzłościła, dlatego szukał wymówki, aby nas ukarać. Żyłyśmy z mamą w ciągłym strachu przed wujem. Nigdy nie zapomniałam jego krzyków: „Zostaniecie ukarane! Żadnego jedzenia dla was obu! Ani dziś, ani jutro, ani pojutrze!”.

Ciocia Yeabu próbowała przemycać nam jedzenie, ale nie zawsze mogła to robić, ponieważ obserwowały ją pozostałe ciotki. Często chodziłyśmy głodne i przez wiele miesięcy mama oddawała mi większość swojego jedzenia. „Nie jestem dziś specjalnie głodna. Zjedz mój ryż” – mówiła. Nie wierzyłam jej, więc próbowałam odmawiać, ale nalegała. „Wyrzucę, jeśli ty tego nie zjesz” – groziła. Łzy napływały mi do oczu i mimo że byłam bardzo głodna, ryż zamieniał się w moim gardle w dławiącą kulę.

Wiedziałam już, że moja matka głoduje i oddaje mi swoje porcje, abym nie głodowała razem z nią. Mimo że zjadałam posiłki, moja twarz puchła, a brzuch nabrzmiewał, co często przytrafia się głodującym dzieciom.

Wujek Abdullah krzyczał na mnie: „Jesteś bezużytecznym bachorem! Spójrz na siebie. Jaka jesteś brzydka. Masz cętki lamparta. Marnuję na ciebie jedzenie i pieniądze. Nic za ciebie nie dostanę. Kto chciałby poślubić dziewczynę, która wygląda jak niebezpieczna bestia z dżungli?”. Och, jakże nienawidziłam wtedy mojego wujka. Chciałam mu odpyskować, ale nie ośmieliłam się. Zamiast tego biegłam do matki i kryłam się w jej ramionach.

Rozdział 3

Gdy nadszedł deszcz

Pora sucha tamtego roku wydawała się trwać w nieskończoność i powodowała, że zmniejszały się zapasy jedzenia. Odetchnęłam z ulgą, gdy pewnego ranka obudziłam się i poczułam w powietrzu zapach deszczu. Chmury zbierały się nad horyzontem. „Ach, wkrótce nadejdzie pora mokra, na drzewach pojawią się owoce, a zwierzęta w buszu nabiorą tłuszczu” – pomyślałam. Nie mogłam się doczekać, aby powiedzieć o tym mamie, ale spała spokojnie, więc nie chciałam jej budzić. Od kilku dni była chora. Poprzedniej nocy wymiotowała tak bardzo, że z nosa pociekła jej krew. Przez większość nocy słyszałam, jak mama rzucała się i przewracała. Chwilę przed świtem wydała z siebie trzy głośne westchnienia i w końcu się uspokoiła. Uśmiechnęłam się z ulgą, gdy zasnęła. Wyciągnęłam notatnik mojego ojca i pióro i zaczęłam pisać, bo wiedziałam, że kiedy wujek Abdullah się obudzi, znów będę musiała się przed nim ukrywać.

W końcu wstali wszyscy, poza mamą i wujkiem Abdullahem. Zaczęłam się martwić. Jeśli wujek wstanie i zastanie moją mamę śpiącą, znów ją zbije. Co gorsza, nie da jej więcej jedzenia. Kiedy go usłyszałam, zerwałam się z mojej trawiastej maty i pobiegłam do niej.

– Mamo! Mamo, wstawaj! – krzyczałam, potrząsając jej ramieniem. – Wujek Abdullah cię zbije, jeśli nie wstaniesz. Proszę, mamo! Proszę, mamo! – błagałam ją wciąż na nowo, potrząsając coraz mocniej.

Ciocia Huda podbiegła i zobaczyła krew na twarzy mamy.

– Jak długo Jemi choruje? – zapytała ciocię Yeabu.

– Od paru dni – odpowiedziała.

– Głupia! – krzyknęła ciocia Huda. – Ma gorączkę Lassa.

Spojrzała na mnie dziwnie i zapytała Yeabu:

– Czy to nakrapiane diabelstwo też choruje?

Ciocia Yeabu pokręciła głową zbyt przerażona, aby wydobyć z siebie głos. Ciocia Huda wypędziła mnie na podwórko. Wybiegłam na zewnątrz i przykucnęłam blisko drzwi, nasłuchując, jak kłócą się o gorączkę Lassa. Może przynieśli ją uchodźcy, którzy tłoczyli się w pobliskich obozach dla uchodźców. Może ciocia Huda miała rację i moja matka prosiła się o kłopoty, kiedy pomagała mężczyźnie z odciętą dłonią.

– Mamo! – zawołałam z progu. – Proszę, czy mogę wejść?

Ciocia Yeabu zostawiła kobiety i podeszła do mnie. Podniosła mnie i zakryła moje oczy swoją lapą – długim, kolorowym szalem, który owijał ją i zwisał z jej ramion. Odrzuciłam lapę, ale ciocia Yeabu powiedziała:

– Nie, zostaw. Nie chcesz widzieć, jak wynoszą ciało twojej matki.

Do tamtej chwili nie rozumiałam, że moja matka nie żyje. Nagle przytłoczyła mnie myśl, że odeszła na zawsze. Zaczęłam krzyczeć. Porażona żalem załkałam:

– Proszę! Proszę! Chcę być z mamą! Pochowajcie i mnie! Nie chcę żyć! Nikt mnie nie kocha!

– Cicho! – prosiła ciocia Yeabu. – Na twoim miejscu nie podsuwałabym Abdullahowi pomysłu o wspólnym pochówku.

Ale nie potrafiłam być cicho. Płakałam i wyłam, gdy przytrzymywała mnie mocniej w obawie, że wskoczę do dziury, którą kopali wujek Abdullah i mężczyźni z wioski. W końcu wyrwałam się z objęć cioci Yeabu, kiedy sypali łopatami piach na ciało mojej matki, ale było już za późno.

Połamałam paznokcie, próbując dłońmi wykopać drogę do niej, kiedy wujek Abdullah złapał mnie i rzucił w stronę swoich żon:

– Trzymajcie tę wariatkę! – wrzasnął.

Gdy pochowali moją matkę, wujek Abdullah spalił jej rzeczy, bojąc się, że mogą roznosić gorączkę. Nie została mi po niej żadna pamiątka.

Wuj Abdullah odwrócił się od mojej zalanej łzami twarzy. Miał tylko jedno zmartwienie.

– Co zrobię, jeśli Usman złapie tę chorobę? – zastanawiał się.

Później sprawdził wszystkie moje kuzynki, szukając u nich oznak gorączki Lassa.

– Mabinty ściąga na nas same kłopoty. To przez te jej cętki – burknęła pierwsza żona wujka Abdullaha do pozostałych. – I przez to czytanie. Tylko diablice potrafią czytać w tak młodym wieku. Sprowadziła na tę rodzinę nieszczęście. Pora się jej pozbyć.

Przyzwyczaiłam się, że matka śpi obok mnie. Otaczała mnie ramionami i śpiewała mi do snu. Jej głos przenosił mnie do miejsca, w którym mogłam zapomnieć o swoim nieszczęściu. Bez niej ciągle się wierciłam, aż wujek potrącił mnie stopą i powiedział: „Weź swoje rzeczy i chodź ze mną”.

Nie miałam pojęcia, dokąd chce mnie zabrać, ale wiedziałam, że będzie lepiej, jeśli zabiorę ze sobą swój notes i pióro. Schowałam je w ubraniu i przewiązałam na piersi, pod sukienką. Wygładziłam sylwetkę zadowolona, że wciąż jest wystarczająco płaska, aby mój wuj niczego nie zauważył. Następnie zwinęłam trawiastą matę, którą uplotła dla mnie matka, i położyłam ją na ramionach.

Podążałam za wujkiem Abdullahem w dół krętej, piaszczystej drogi, która przebiegała obok naszego domu. „Dokąd idziemy?” – zapytałam głosem chrapliwym od płaczu. W odpowiedzi wujek Abdullah jedynie chrząknął, więc nie dałam mu satysfakcji i nie zapytałam ponownie, chociaż nie mogłam powstrzymać łez. Tęskniłam za rodzicami i bałam się tego, co przyniesie przyszłość.

Wkrótce spotykaliśmy na drodze coraz więcej ludzi dźwigających na głowach swój dobytek. Wuj Abdullah rozmawiał z nimi i dzięki temu dowiedziałam się, że przemierzają 147 kilometrów do Makeni, aby uciec przed rebeliantami.

– Czy rebelianci nie ruszą za wszystkimi do Makeni? – zapytałam, czkając od płaczu, ale wujek zignorował moje pytanie i dźgnął mnie ponaglająco laską w nogę.

– Twoja córka wygląda na zmęczoną. Jeśli chcesz, może wspiąć się na mój wóz – powiedział napotkany po drodze człowiek w łachmanach. – Wezmę od ciebie niewielką sumę, tylko pięć leone.

Wujek Abdullah parsknął:

– Nie zapłacę nawet jednego leone. Może iść i nie jest moją córką – odpowiedział szorstko, wyraźnie obrażony przypuszczeniem mężczyzny, że spłodził tak brzydkie dziecko.

Podążaliśmy z wujem za tłumem ludzi zmierzających do Makeni. Nagle zagrzmiało, a z chmur polał się deszcz. Grzmot zagłuszył mój szloch, a krople deszczu zmieszały się ze łzami. Przycisnęłam tobołek mocniej do piersi, brnąc przez błoto, w którym grzęzły moje gumowe sandały. W końcu straciłam jeden z nich. Szłam w jednym sandale i z jedną nagą stopą, ale wkrótce błoto pochłonęło drugi but. Większość pieszych schroniła się pod drzewami, jednak wuj Abdullah i ja szliśmy dalej. Wtedy obok nas zatrzymała się ciężarówka, a z jej wnętrza odezwał się ktoś. Twarz wuja pojaśniała, kiedy rozpoznał Pa Mustapha, przyjaciela z targowiska. Przyjaciel kiwnął na wujka Abdullaha i coś mu powiedział. Nagle wuj podniósł mnie i rzucił na otwartą pakę ciężarówki, gdzie wylądowałam na kilkucentymetrowej warstwie deszczówki. Sam wsiadł do suchej kabiny. Ciężarówka podskakiwała na drodze, a ja razem z nią, owinięta w trawiastą matę i wciąż opłakująca utraconą radość życia. W końcu zasnęłam, głodna, przemoczona i smutniejsza niż kiedykolwiek.

Rozdział 4

W sierocińcu

Kiedy się obudziłam, padał deszcz, a ostatnie promienie słońca już znikały. Wujek Abdullah otworzył pakę ciężarówki i polecił gestem, żebym wysiadła. Następnie czubkiem swojego nosa wskazał bramę, nie mówiąc do mnie ani słowa. Gapiłam się na wielki znak, a że był napisany w innym języku niż arabski, nie mogłam go odczytać.

Wyskoczyłam i poszłam posłusznie za nim. „Moja mata! Zapomniałam mojej maty. Zaczekaj!” – krzyknęłam do Pa Mustapha, ale dodawał właśnie gazu i nie usłyszał. Odjechał, zanim udało mi się wskoczyć na ciężarówkę.

Wuj Abdullah popchnął mnie w stronę bramy, nie przejmując się tym, że straciłam jedyną rzecz, która łączyła mnie z moją matką. Nagle zza bramy wyłoniła się dziewczyna. Przykucnęła i przyglądała się nam.

– Nie siedź tak i nie gap się! – złajał ją wuj Abdullah. – Idź i znajdź dyrektora! – rozkazał.

Dziewczyna skoczyła na równe nogi i pobiegła do pobliskiego budynku, krzycząc:

– Papo Andrew! Jakiś mężczyzna i dziecko przyszli, aby się z tobą zobaczyć.

Z budynku wyszedł mężczyzna w spodniach khaki, niebieskiej koszuli i brązowych sznurowanych butach.

– Witamy w sierocińcu Bezpieczne Niebo – powiedział, po czym przedstawił się wujkowi jako Andrew Jah, dyrektor sierocińca.

Zadarłam głowę i spojrzałam na niego. Czy dobrze usłyszałam? Czy powiedział „sierociniec”? Czy byłam teraz nikim więcej jak sierotą? Nie miałam nikogo, kto by mnie kochał albo się o mnie troszczył, nikogo, dla kogo byłabym kimś wyjątkowym? Takie właśnie myśli przetaczały się przez moją głowę, gdy usłyszałam, jak wujek wyjaśnia:

– Mój brat został zabity. Jego żona zmarła niedawno. Przyprowadziłem do ciebie moją bratanicę, ich córkę. Jestem jej opiekunem, ale nie mogę się nią zajmować. Mam trzy żony i wiele własnych dzieci, więc nie mogę marnować na nią jedzenia. Poza tym jest brzydkim, wyszczekanym, niegrzecznym dzieckiem z cętkami. Nie dostanę pieniędzy, kiedy będę chciał ją wydać za mąż. Jestem pewien, że rozumiesz.

Andrew Jah przykucnął przede mną i zapytał:

– Jak masz na imię?

– Mabinty Bangura – odpowiedziałam od razu.

– W jakim języku mówisz? – zapytał w krio.

Kiedy się zawahałam, wuj Abdullah pacnął mnie w głowę. Andrew Jah zaczął zadawać mi to samo pytanie w mende, ale przerwałam, odpowiadając mu w krio:

– Mówię w krio, mende, temne, limburskim i arabskim.

– To dużo języków jak na takiego małego brzdąca! – wykrzyknął Andrew Jah.

– Nauczyłam się ich na targowisku, kiedy pomagałam rodzicom przy ich straganie.

W tym momencie pióro papy wypadło spod mojej sukienki i wylądowało przy stopach dyrektora. Kiedy próbowałam je podnieść, węzeł na moich piersiach poluzował się i notatnik też wypadł.

– Co takiego niosłaś pod swoją sukienką? – zapytał Andrew Jah, wskazując nosem na mój tobołek.

Ostrożnie rozwinęłam ubrania i wydobyłam z nich notatnik, stwierdzając z ulgą, że nie zmókł, i drżącymi dłońmi podałam go dyrektorowi. Wziął go ode mnie i powoli przewracał strony.

– Co my tu mamy? – zapytał ze zdziwieniem.

– To mój notatnik – odpowiedziałam cicho, bo bałam się, że mi go zabierze.

– I kto to wszystko zapisał? – Wskazał na litery.

– Ja.

– Czy chcesz powiedzieć, że choć jesteś małym brzdącem, potrafisz czytać i pisać po arabsku? – zapytał zaskoczony.

Przytaknęłam, a on spojrzał na mojego wuja.

– To bardzo obiecujące dziecko. Nasz sierociniec jest pełen, ale znajdę dla niej miejsce pod jednym warunkiem. Nie możesz wrócić, aby ją odebrać.

– Nie mam takiego zamiaru – powiedział wuj Abdullah. – Cieszę się, że mogę się jej pozbyć.

Wtedy dyrektor zaprosił nas do niewielkiego pokoju, w którym dał wujowi do podpisania jakieś dokumenty. Ponieważ dokumenty były po angielsku, a wuj nie znał tego języka, dyrektor przeczytał je na głos, a następnie przetłumaczył je na krio. Czekałam w ciszy i uważnie słuchałam. Wiele słów było dla mnie zbyt skomplikowanych, ale rozumiałam ich sens. Mówiły, że zostanę wykształcona i odesłana, aby żyć z rodziną w innym kraju.

– Jakim kraju? – zapytał wuj Abdullah.

– W Stanach Zjednoczonych Ameryki – odpowiedział Andrew Jah i pokazał mojemu wujowi, gdzie ma się podpisać.

Moje serce zabiło głośniej na dźwięk słów „Stany Zjednoczone Ameryki”. Nazwa tego kraju była czymś szczególnym dla moich rodziców. Często mówili, że kiedyś mnie tam zabiorą. „To miejsce, w którym edukacja jest darmowa – nawet dla dziewczynek!” – mawiał papa.

Kiedy dyrektor zauważył, że wuj Abdullah nie wie, jak zapisać swoje imię, wyciągnął małą czarną poduszeczkę ze swojej szuflady, przycisnął kciuk mojego wuja do poduszeczki i odcisnął go na papierze, zostawiając wyraźny odcisk na dokumencie.

– W ten sposób mogę udowodnić, że doszliśmy do porozumienia – powiedział Andrew Jah.

– Ile zapłacisz mi za to dziecko? – zapytał wuj Abdullah.

– My nie płacimy za dzieci. Sam fakt, że będziemy je karmić, troszczyć się o nie, kształcić i że znajdziemy im dobry dom, jest wystarczającą zapłatą dla większości rodziców – powiedział dyrektor.

– Nie jestem jej rodzicem. Moje dzieci nie mają takich cętek – odpowiedział wuj Abdullah. Chwycił dokument z odciśniętym kciukiem: – Równie dobrze mogę ją sprzedać na plantacji kakao! – wykrzyczał, chwytając mnie za ramię i ciągnąc w stronę drzwi.

Złapałam się ramy i trzymałam mocno. Chciałam pojechać do Stanów Zjednoczonych Ameryki, ale mój wuj był duży i silny, więc odciągnął mnie z niewielkim trudem. Ugryzłam go, przywierając do jego nogi niczym wściekły pies.

– Zaczekaj! – zainterweniował Andrew Jah. Przyciągnął mnie do siebie, po czym wypowiedział słowa, na które wuj Abdullah wyraźnie czekał: – Mogę dać ci trochę pieniędzy. Zwykle nie płacimy za dzieci, ale czasem pomagamy ich rodzinom, jeśli są w potrzebie. Wysunął z szafy metalową szufladę i wyciągnął z niej parę banknotów, które wręczył wujowi.

– O tak. To pomoże wyżywić moją głodną rodzinę – powiedział wuj Abdullah, pieszcząc zwitek.

Później odwrócił się na pięcie i zostawił mnie bez słowa pożegnania. Nie było mi smutno, gdy odchodził, ale wiedziałam, że będzie mi brakowało niektórych kuzynek i cioci Yeabu. Nie pozwolono mi nawet się z nimi pożegnać.

Dyrektor położył dłoń na moim ramieniu i powiedział:

– Od teraz będziesz mnie nazywała papą Andrew, bo w tych murach będę twoim papą. Rozumiesz?

Żołądek mi podskoczył. Zrobiło mi się niedobrze na myśl, że miałabym tak nazywać obcego mężczyznę. Zanim zdążyłam mu odpowiedzieć, dyrektor skierował mnie do kobiety (cioci) o imieniu Fatmata, wieśniaczki, która pracowała i mieszkała w sierocińcu. Na mój widok opuściła kąciki ust, zmierzyła mnie wzrokiem i coś burknęła. Wiedziałam, że mnie nie polubiła.

Kiedy ciocia Fatmata zobaczyła, jak przebieram nogami, zaprowadziła mnie do przybudówki z toaletami, które tak naprawdę były zaledwie dziurami w ziemi przykrytymi drewnianymi deskami. Nakazała mi, abym była ostrożna, bo dzieci wpadają czasem do dziur. „I uważaj na węże” – dodała. Wtedy roześmiała się i odeszła, zostawiając mnie w ciemności samą.

Kiedy skończyłam, zobaczyłam, że ciotka Fatmata czeka na zewnątrz, aby zaprowadzić mnie do budynku nieopodal biura papy Andrew. Był w nim rozległy pokój, w którym wiele dziewcząt spało parami na trawiastych matach. Ciotka Fatmata wskazała na matę, na której siedziała jedna dziewczynka, jakby wyczekiwała mojego przybycia. To była ta sama dziewczynka, którą spotkaliśmy przy bramie.

Chciałam powiedzieć, że mam własną matę uplecioną przez moją mamę, ale przypomniałam sobie, że zostawiłam ją w ciężarówce. Poczułam nagły skurcz w klatce piersiowej. Tylko ta mata łączyła mnie z matką, a ja ją zgubiłam. Opadłam jak szmaciana laleczka na matę tamtej dziewczynki, trzęsąc się w przemoczonym ubraniu. Moje ramiona drżały, gdy szlochałam z rozpaczy.

– Cicho, cicho – wyszeptała dziewczynka obok mnie. – Jeśli swoim płaczem obudzisz ciotkę Fatmatę, zbije cię wierzbową witką.