Strona główna » Obyczajowe i romanse » Wyznania patrycjusza

Wyznania patrycjusza

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-07-03332-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Wyznania patrycjusza

Autobiograficzna powieść Sándora Máraiego Wyznania patrycjusza składa się z dwóch części: pierwsza z nich to opis dzieciństwa, a zarazem obraz Węgier z początku XX wieku; druga jest relacją z okresu emigracji młodego człowieka (a wkrótce młodego małżeństwa) i jednocześnie portretem Europy Zachodniej w latach dwudziestych minionego stulecia. Jak pisze Teresa Worowska w posłowiu, „całą powieść cechuje owa dwoistość: pierwsza część opowiada o próbie wyrwania się z pewnego świata, druga – o daremności tej próby, o niemożliwości wyrwania się”.

Dzieje tej książki były dość niełatwe: pierwsze wydanie ukazało się w latach 1934–35, lecz na skutek procesu o zniesławienie, wytoczonego przez jedną z opisanych w powieści osób, zostało wycofane ze sprzedaży, a wszystkie kolejne edycje publikowano już w wersji ocenzurowanej przez autora zgodnie z wyrokiem sądu. W niniejszym, rozszerzonym wydaniu po raz pierwszy prezentujemy polskim czytelnikom oryginalną, pełną wersję Wyznań.

Z okazji 70 lat istnienia "Czytelnika" ukazuje się kolekcja tytułów wybranych z dorobku wydawnictwa. Edycję wyróżnia jednolita szata graficzna autorstwa Andrzeja Heidricha. Wyznania patrycjusza są kolejną książką w tym cyklu.

 

Polecane książki

Eva, nieuleczalna romantyczka, patrzy na życie przez różowe okulary i wierzy w szczęśliwe zakończenia. Jednak czasem nawet jej jest smutno. Po śmierci babki nie ma już żadnej rodziny i ciągle nie może znaleźć prawdziwej miłości, choć jej przyjaciółki dawno odszukały swoje połówk...
W Londynie znikają młode dziewczęta – osierocone bogate dziedziczki.Trop wiedzie do ponurego zamku, gdzie są więzione. Guwernantka Concordia Glade postanawia ocalić dziewczęta. Lecz nawet najbardziej samodzielna i odważna młoda dama potrzebuje czasem pomocy. Tę pomoc nieoczekiwanie oferuje jej Ambro...
Tytułowe pogo to przypominający bijatykę grupowy taniec na koncertach rockowych i punkowych, w Polsce rozpowszechniony na festiwalu w Jarocinie w latach młodości autora zbioru. Taniec ten, swoisty rytuał punkowy, polega na bardzo chaotycznym wzajemnym odbijaniu się od siebie, przepychankach w ta...
Publikacja dotyczy historii sztuki Afryki prezentowanej z perspektywy badań (post)kolonialnych. Stanowi ona efekt dyskusji środowiska afrykanistycznego z udziałem gości zagranicznych, którzy wskazują na wciąż żywe postrzeganie kultury i sztuki europejskiej jako dominującej i metropolitalnej. Autorzy...
Inspirujący poradnik buddyjski współczesnych ludzi Oświecenie, znane jako bezgraniczna radość i wolność umysłu, istnieje, choć tego typu doświadczenie nie trwa wiecznie. I choć większość opowieści o rozwoju duchowym kończy się opisem iluminacji, to przecież po przebudzeniu umysłu mistrz zen wraca do...
Zastanawialiście się kiedyś, co dzieje się po „…i żyli długo i szczęśliwie”?   Zuzanna i Ludwik zaczynają starać się o dziecko. Chcą na dobre przegonić czarne chmury, które jakiś czas temu zawisły nad ich małżeństwem. Nie jest to jednak łatwe, gdy do ich sypialni ciągle zaglądają zaaferowani domowni...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Sandor Marai

Sándor Márai

Wyznania patrycjusza

Przekład
Teresa Worowska

Czytelnik

Warszawa 2014

Przedmowa do wydania rozszerzonego

Niniejsza edycja po raz pierwszy przedstawia polskim czytelnikom
oryginalną, pełną wersję Wyznań patrycjusza, obejmującą fragmenty,
które usunięto przy drugim wydaniu książki w 1940 roku. Przyczyny, dla
których Márai dokonał takich zmian i nadał powieści nowy kształt, były
dość złożone.

Pierwszy tom Wyznań patrycjusza ukazał się w 1934 roku, tom drugi
wydano rok później, dodrukowując jeszcze tom pierwszy. Łącznie rozeszło
się wówczas ponad dwadzieścia tysięcy egzemplarzy, co było niewątpliwie
wielkim sukcesem. Krytyka przyjęła tę niezwykłą książkę bardzo
przychylnie, tylko prasa skrajnie prawicowa zarzuciła jej „freudyzm,
cynizm, nieodpowiedzialność i nihilizm intelektualny”.
Trzydziestojednoletni zaledwie autor, mający już wówczas za sobą
pierwsze powieści, w tym znakomitych przecież Zbuntowanych, dzięki
Wyznaniom patrycjusza znalazł się w ścisłej czołówce ówczesnych
prozaików. I nagle, na początku 1935 roku rozeszła się wieść, że powieść
nosząca znamiona biografii trafiła na wokandę – Sándorowi Máraiemu
wytoczono proces, ponieważ obraził dobre imię swego niegdysiejszego
korepetytora.

Był nim niejaki György Stumpf, w tym czasie wikariusz biskupi i proboszcz parafii rzymsko-katolickiej w Sátoraljaújhely. Nic nie
wiedział o ukazaniu się książki; rozpoznali go znajomi, którzy znali
przeszłość Stumpfa z jego własnych opowiadań, wspominał im bowiem
niejednokrotnie, że kiedy był uczniem w Kassy, pełnił funkcję domowego
korepetytora w rodzinie Grosschmidów. Powierzony mu pod opiekę
najstarszy syn okazał się chłopcem nieposłusznym i zepsutym, dlatego po
roku zrezygnował z funkcji „instruktora”, miał już wówczas powołanie do
stanu kapłańskiego i nie dawał sobie rady z krnąbrnym paniczykiem.
Stumpf zwrócił się najpierw do władz kościelnych o pozwolenie na
wytoczenie procesu, a gdy je uzyskał, złożył pozew. Ponieważ zachowały
się akta procesu, możemy prześledzić zarówno jego przebieg, jak i argumentację stron. Obaj adwokaci przytaczają ważkie, godne przemyślenia
argumenty, ale też sam problem nie jest bynajmniej biało-czarny;
przysługujące każdemu prawo do ochrony dobrego imienia i prywatności
zderza się tu z racją wolności twórczej i jej granic. Tej kwestii nie
rozstrzygnięto w sposób jednoznaczny po dziś dzień, i, być może, w ogóle
nie jest to możliwe. Dzięki aktom procesu możemy w każdym razie
wnioskować, jakie były przyczyny zmian, które Sándor Márai wprowadził do
tekstu książki, opuszczając pewne jej fragmenty.

Stumpf oskarżył autora Wyznań o zniesławienie, powołując się na to, że
autor poświęcił jego „skromnej osobie” cały rozdział, w którym został
wymieniony z nazwiska i postawiony pod pręgierzem opinii publicznej,
ośmieszony w sposób niedopuszczalny, ujawniono nieprawdziwe, jego
zdaniem, intymne fakty z jego życia, przypisano mu słabości i wady, przy
których trudno nawet uchodzić za człowieka uczciwego, a cóż dopiero –
być księdzem. Stumpf był zdania, że Márai wyrządził mu wielką krzywdę –
naruszając jego dobra osobiste, zniszczył mu opinię. Nietrudno sobie
wyobrazić, jak musiał się czuć po opublikowaniu książki, w której został
opisany tak złośliwie i bezwzględnie, gdy tymczasem pełnił ważną funkcję
w niewielkim miasteczku, w którym wszyscy się znali, a podobne plotki
rozchodziły się błyskawicznie. Nawet jeśli w latach szkolnych
rzeczywiście przypominał chłopca opisanego w Wyznaniach, po dwóch
dziesięcioleciach zapewne był już innym człowiekiem.

Adwokat Máraiego wniósł o oddalenie powództwa. Jego argumentacja, którą
możemy poznać z dwóch sążnistych elaboratów, przedstawionych sądowi
pierwszej i drugiej instancji, skupiała się przede wszystkim na tym, że
autor w najmniejszej mierze nie miał zamiaru obrazić swego
niegdysiejszego „instruktora”. Książka opiera się przecież na
reminiscencjach z lat dzieciństwa, pisarz podkreśla, że to wspomnienie
odczuć i myśli trzynastolatka. Wymienia wprawdzie nazwisko preceptora,
ale nie podaje jego imienia ani nazwy miasta, w którym rozgrywa się
akcja. Na dodatek nie jest to przecież opinia wyrażona przez dorosłego
pisarza o dorosłym kapłanie, tylko opinia ucznia o koledze z klasy,
który, na nieszczęście, jest jego domowym nauczycielem. Pisarz od
dzieciństwa nie widział powoda, nie wiedział, że mieszka na Węgrzech i został księdzem. Gdyby o tym wiedział, nie napisałby tego rozdziału i jest mu niezwykle przykro z powodu całej historii.

Sąd odrzucił tę argumentację. Uznał, że z punktu widzenia sprawy nie ma
żadnego znaczenia, iż są to reminiscencje z dzieciństwa. Faktem jest
bowiem, że powód rzeczywiście nosi nazwisko Stumpf, chodził do gimnazjum
w Kassy i był nauczycielem domowym pozwanego. Niewątpliwie to o nim mowa
w krzywdzącym go rozdziale, w którym został przedstawiony jako postać
godna pogardy, co całkowicie wyczerpuje znamiona zniesławienia. A ponieważ książka ukazała się niedawno, nie może być traktowana jako
niesprawiedliwa, złośliwa krytyka rozpieszczonego dziecka, lecz stanowi
odzwierciedlenie tego, jak autor dzisiaj wspomina człowieka, który
pozostaje w stanie duchownym i sprawuje poważny urząd kościelny.

Od sentencji wyroku w pierwszej instancji, opiewającego na karę
pieniężną obciążającą autora i nakazującą wycofanie książki, odwołały
się obie strony. Stumpf oświadczył, że przebaczył wprawdzie oskarżonemu,
i to nawet jeszcze przed złożeniem przez niego przeprosin, ale ponieważ
książka rozeszła się w wielu tysiącach egzemplarzy, poważnie zagrażając
jego wiarygodności jako kapłana i katechety, zmuszony jest, przede
wszystkim ze względu na pełniony przezeń urząd, żądać surowszego
ukarania oskarżonego, choć prywatnie bardzo go żałuje. W słowach
oskarżyciela zawarta była niemała dawka hipokryzji, oczekiwał bowiem dla
pisarza kary więzienia.

Adwokat Máraiego rozwinął dalszą argumentację: oskarżony nie tylko nie
miał najmniejszego zamiaru uchybić kapłanowi, którego nie widział od
czternastego roku życia, ale na dodatek we wspomnianym rozdziale sam
sobie wystawia jak najgorsze świadectwo, przypisując jednocześnie wiele
pozytywnych cech swemu „instruktorowi”. W porównaniu z nim siebie samego
odmalowuje w znacznie ciemniejszych barwach. O wartości książki stanowi
właśnie to, jak przekonująco potrafił autor ukazać kryzysy,
rozczarowania i trudności przeżywane w latach dzieciństwa, kiedy łatwo
zbłądzić czy wpaść w pułapkę. Nie kierowała nim żadna niegodna intencja,
jest uznanym i szanowanym twórcą, książka została nadzwyczaj pozytywnie
przyjęta przez krytykę i okrzyknięta przykładem nowoczesnej literatury
konfesyjnej. Nałożona grzywna stanowi na dodatek sumę półtora raza
większą od honorarium, które autor otrzymał za pracę trwającą wiele
miesięcy. Nazwisko Sándora Máraiego jest dobrze znane czytającej
publiczności, w żadnym razie nie należy on jednak do pisarzy, którzy
poszukują popularności, grzebiąc w życiu prywatnym innych. Osobista
uczciwość, nieposzlakowana opinia oskarżonego, a także jego otwarta i szlachetna postawa podczas procesu naprawdę nie zasługują na tak surową
karę.

Ostatecznie18 marca 1935 roku doszło do ugody stron – Sándor Márai
został ukarany grzywną w wysokości pięciuset pengő, ponadto sąd zasądził
dla powoda tysiąc pięćset pengő odszkodowania i zobowiązał pisarza do
usunięcia inkryminowanego rozdziału. Książek już opublikowanych nie
wysłano jednak na przemiał, jak tego żądał György Stumpf; wstrzymano
tylko dodruk.

* * *

W drugiej połowie lat dwudziestych na łamach wiodącego pisma
literackiego „Nyugat” toczyła się dyskusja na temat niedyskrecji w literaturze. Wypowiedział się w niej również mieszkający wówczas w Paryżu Márai: „od dłuższego czasu rozważam pomysł napisania (…)
książki o moim rodzinnym mieście, dzieciństwie, pierwszych przeżyciach,
w nadziei, że w trakcie tej pracy rozpoznam wydarzenia, które sprawiły,
że w młodych latach skierowałem się w złą lub dobrą stronę (…) ale od
ostatecznego, szczerego opisu powstrzymuje mnie pewien rodzaj naiwnej
delikatności, skrępowania, konfuzja spowodowana faktem, że wszyscy
bohaterowie mojego dzieciństwa żyją (…) Zapewne byliby niezadowoleni,
rozpoznając się podczas lektury w namalowanych przeze mnie portretach”.

Siedem lat później Márai nie pamiętał już pewnie o tej deklaracji.
Szczerość i naturalna swoboda, z jaką wspomina siebie samego i swoich
bliskich w opublikowanej w 1934 roku książce, po dziś dzień robią na nas
wrażenie, choć wydaje się niekiedy, że obecnie przekroczone zostały już
wszelkie możliwe granice niedyskrecji.

Jednocześnie jednak z oryginalnych Wyznań nie dowiadujemy się o wielu
ważnych wydarzeniach z lat 1915–1920: gdzie i jak skończył szkołę (bo
nie w opisanym w książce gimnazjum), jak przebiegała mobilizacja jego
klasy po wojennej maturze, co się działo w Kassy po zajęciu jej przez
Słowaków, jak się ułożyły dalsze losy jego rodziny i najbliższych,
pozostałych na odłączonych terenach, co skłoniło go do napisania kilku
artykułów do „Czerwonego Sztandaru” w okresie Republiki Rad, i dlaczego
w końcu wyjechał do Niemiec? Nie znamy zadowalającej odpowiedzi na te
pytania.

Opublikowane w 1940 roku Wyznania patrycjusza były już inną książką,
zmienioną po przegranym procesie. Sentencja wyroku nakazywała jedynie
opuszczenie rozdziału o Stumpfie, ale ingerencje autorskie poszły
znacznie dalej. Stało się to z niewątpliwą szkodą dla konstrukcji
książki: każdy z dwóch tomów oryginalnego dzieła składa się z czterech
części, każda zaś część z dwunastu podrozdziałów; opowiedziane
wydarzenia następują po sobie jak cztery pory roku i dwanaście miesięcy.
Po usunięciu rozdziału o Stumpfie ten odzwierciedlający się w konstrukcji zamiar przestał być widoczny. Znikła znakomita większość
nazwisk, autor usunął też kilka większych i mniejszych fragmentów.
Musiały tu zaistnieć jeszcze jakieś inne przyczyny, sentencja wyroku nie
wymagała przecież tak daleko idących zmian. Co bowiem skłoniło pisarza
do usunięcia rozdziału o „babce” Irmie? Fragmentu o żydowskim
pochodzeniu swego pierwszego przyjaciela, o fanatyzmie niemieckich
gospodarzy, u których zamieszkał z Lolą w pierwszych latach małżeństwa,
o książęcym pochodzeniu jednego z kolegów gimnazjalnych, o transgresywnej dziecięcej zabawie? Mógł się obawiać dalszych procesów; w moim przekonaniu jednak konflikt prawny ze Stumpfem skłonił go do
przemyślenia kwestii „niedyskrecji literackiej” na nowo, tym razem w jej
praktycznym wymiarze. Decyzja mogła też być podyktowana taktem autora,
który bez wątpienia stanowił typ człowieka okazującego zrozumienie dla
tego rodzaju skrupułów.

Był ponadto o siedem lat starszy i zapewne inaczej traktował aspekt
szczerości w procesie dochodzenia do prawdy, nie sądził już, że jedyną
metodą zbliżenia się do niej jest bezwzględne odsłonięcie wszelkich
tajemnic. W Dzienniku z 1947 roku zanotował: „Na życie składa się nie
tylko to, co czynimy i o czym mówimy, lecz także to, co p r z e m i l c z a m y. Milczenie jest także
uczynkiem, podobnie jak mowa czy działanie. Prawdziwe milczenie – kiedy
milczymy o naszej samoświadomości gruczołów – jest co najmniej w tym
stopniu czynem, co jakiekolwiek działanie”.

Po latach doszedł do jeszcze bardziej zdecydowanego stanowiska – prawda
nie znajduje się na ogół w tym, co ukryte, skrywane. Powołując się (w książce Ziemia! Ziemia!…) na pisarza francuskiego, André Malraux,
konstatuje, że to, co tak kurczowo skrywamy, jest zaledwie „małym
brudnym tłumoczkiem drobnych sekretów”, którymi nie warto się zajmować.
Człowiek jest interesujący nie przez swoje tajemnice, lecz przez swój
los. Jeśli jest kimś niezwyczajnym – intrygują przyczyny i natura tej
niezwykłości, jeśli jest świętym – charakter jego świętości.
Najciekawszy jest jednak jego indywidualny stosunek do świata.

Oddając czytelnikowi polskiemu do ręki oryginalną wersję sławnej książki
Sándora Máraiego, zadajmy na koniec pytanie – czy wydana w 1940 roku,
znana całemu światu jako Wyznania patrycjusza powieść biograficzna ma
rzeczywiście mniejszą wartość, skoro została tak dramatycznie
ocenzurowana? Nie sądzę. Z wersji oryginalnej dowiadujemy się naturalnie
więcej, otrzymujemy pełniejszy obraz, ale o wielkości tego dzieła
zadecydowały dalece istotniejsze względy, którym usunięcie nazwisk i kilku kłopotliwych fragmentów naprawdę nie mogło zaszkodzić.

Teresa Worowska

Część IRozdział I1

Domów dwupiętrowych było w mieście może z tuzin: ten, w którym
mieszkaliśmy, dwa budynki koszar honwedów 1 i kilka gmachów
publicznych. Później wybudowano jeszcze pałac komendantury korpusu, był
to także budynek dwupiętrowy, z elektryczną windą. Nasz dom, położony
przy ulicy Głównej, miał prawdziwie wielkomiejski charakter; była to
kamienica dwupiętrowa, z szerokim frontem i obszerną bramą – panował w niej wieczny przeciąg, na schodach przed południem wysiadywali
przyjeżdżający na targ chłopi w wojłokowych kurtkach i baranich
czapkach, jedli chleb ze słoniną, palili fajki i spluwali – a z każdego
piętra spoglądał na ulicę długi rząd dwunastu okien. Mieszkania na
pierwszym piętrze, w tym i nasze, miały też niewielki balkon, którego
żelazne poręcze latem uginały się pod ciężarem skrzynek z pelargoniami.
(„Upiększaj swoje miasto!” – brzmiało ówczesne hasło, i dla popierania
tego szlachetnego celu powstało nawet Towarzystwo Upiększania Miasta).
Był to bardzo piękny i przede wszystkim imponujący budynek; pierwszy
naprawdę nowoczesny dom w mieście, z frontem z surowej czerwonej cegły,
z gipsową sztukaterią wokół okien; ambitny projektant użył zapewne całej
swej pomysłowości, by przyozdobić dom we wszystko, co na przełomie
wieków uważano za godne nowej kamienicy.

Wszystkie domy w tym mieście, nawet te, w których mieszkało kilka rodzin
i mieszkańcy płacili czynsz, robiły wrażenie domów rodzinnych. Właściwe
miasto było tak naprawdę niewidzialne; budowane na tyłach parterowych
domów, stanowiących front ulic, rozciągało się niejako za ich plecami.
Gdy przechodzień zajrzał w głąb którejś z bram, widział wokół podwórza
kilka mniejszych domków, wzniesionych przez wnuki i prawnuki
właścicieli; gdy któryś z synów się żenił, dobudowywano następne
skrzydło. Miasto chowało się w podwórzach domów. Ludzie żyli jakby w ukryciu, zazdrośnie strzegąc swej prywatności, i z czasem każda rodzina
stworzyła sobie niewidoczny dla innych interior, coś w rodzaju małego
osiedla, które reprezentował przed światem jedynie kamieniczny front.
Nic więc dziwnego, że dom, w którym rodzice moi na początku wieku
wynajęli mieszkanie, robił w tym środowisku wrażenie prawdziwego
drapacza chmur i dorobił się sławy na cały komitat2. W rzeczywistości była to zwyczajna, ponura kamienica, taka, jakie w stolicy budowano wówczas setkami: kamienica z lokatorami, z otoczoną
żelazną poręczą wewnętrzną galerią od strony podwórka, z pralnią,
centralnym ogrzewaniem i klozetami dla służby przy kuchennych schodach.
Czegoś takiego do tej pory w naszym mieście nie było. Centralne
ogrzewanie uchodziło jeszcze wówczas za nowoczesny wynalazek, ale wiele
mówiono też o klozetach dla służby, przez wieki bowiem, wskutek
powszechnej dyskrecji, nikogo nie interesowało, dokąd chodzi służba za
potrzebą. Ów „nowoczesny” architekt, który zaprojektował naszą
kamienicę, okazał się nowatorem także i w tym względzie, oddzieliwszy w tak kategoryczny sposób wygódki zamieszkałych razem państwa i służby.
Gdy byłem uczniakiem, chwaliłem się nawet, że w naszym domu jest osobny
ustęp dla służby. W rzeczywistości jednak służba, powodowana niepojętą
zaiste wstydliwością, odniosła się nieufnie do przeznaczonych jej
klozetów i w ogóle nie było wiadomo, dokąd chodziła. Prawdopodobnie tam
gdzie dawniej, przedtem, od wieków, przez wieki, od zarania dziejów.

Architekt mógł się rozporządzać bez ograniczeń, nie musiał się miarkować
ani pod względem miejsca, ani też materiału. Z klatki schodowej
wchodziło się do ogromnego jak sala przedpokoju, w którym stała szafa z lustrem, na ścianie zaś wisiały jelenie rogi i haftowany futerał na
szczotki; w przedpokoju zawsze było zimno, bo zapomniano w nim
zainstalować centralne ogrzewanie; nie było też żadnego innego i dlatego
zimą pozostawione na wieszakach futra gości zamarzały na lód. Było to
„wejście od frontu” z klatki schodowej, ale te drzwi otwierano tylko
szczególnie szanowanym gościom. Służba, członkowie rodziny i rodzice
wchodzili do mieszkania przez ganek od podwórka; obok kuchni znajdowały
się tu małe oszklone drzwi bez dzwonka i aby się dostać do środka,
należało zapukać w kuchenne okno. Przyjaciele rodziny także tędy
wchodzili do mieszkania. Ozdobione jelenimi rogami „wejście od frontu”
używane było dwa, trzy razy do roku, w dniu imienin ojca oraz w karnawałowe wieczory. Kiedyś w dniu moich urodzin poprosiłem matkę, bym
któregoś powszedniego dnia mógł wkroczyć do mieszkania tym wejściem, z klatki schodowej przez ogromny przedpokój, zupełnie sam i tylko dla
własnej przyjemności; prosiłem o to niczym o szczególną łaskę.

Podwórze miało kształt prostokąta i było bardzo rozległe. Na jego środku
stał przypominający coś w rodzaju kilkuosobowej szubienicy ogromny
trzepak i znajdowała się okrągła studnia, z której za pomocą
elektrycznej pompy dostarczano wodę do mieszkań. Miasto nie znało
jeszcze wodociągów. Każdego dnia o świcie i o zmierzchu przy studni
pojawiała się Dókusowa, żona dozorcy, włączała elektryczny motorek,
który pracował dopóty, dopóki z umieszczonej na drugim piętrze pod rynną
niewielkiej rurki spustowej nie chlusnął na podwórko cienki strumyk,
sygnalizując, że już nawet położony najwyżej zbiornik wypełnił się
zdatną do picia wodą. Widowiskowość tego wydarzenia szczególnie o zmierzchu ściągała na podwórko wszystkich tych mieszkańców naszego domu,
których godności nie uchybiała czynność gapienia się, to jest głównie
dzieci i służbę. W większości domów w mieście wprowadzono już
elektryczne oświetlenie, palono na zmianę światło elektryczne i gazowe
lampki Auera. W wielu jednak domostwach w codziennym użyciu były jeszcze
lampy naftowe. U mojej babki aż do śmierci paliła się wisząca u sufitu
lampa naftowa, a i ja sam, wynajmując przed maturą kwaterę u organisty w sąsiednim mieście, spędziłem przy podobnej cały rok, ucząc się i grając
w oko; byłem jednak zdania, że znalazłem się w anachronicznych
warunkach, i konieczność bytowania w tak zacofanym miejscu obrażała moją
dumę. W tych latach chlubiliśmy się wprawdzie oświetleniem elektrycznym,
ale gdy tylko nie mieliśmy na kolacji gości, chętniej zapalaliśmy
rozsiewające miękkie, mleczne światło lampy gazowe. W mieszkaniu często
czuć było gaz. Później jakiś pomysłowy człowiek skonstruował bardziej
bezpieczny zapalnik, była to platynowa płytka, którą należało
przymocować na koszulce Auera. Gdy gaz zaczynał się wydobywać, płytka
drżała, rozżarzała się i mechanicznie doprowadzała do zapalenia się
lampy. Mój ojciec interesował się nowinkami technicznymi i był jednym z pierwszych w mieście, którzy zainstalowali w domowych kandelabrach to
urządzenie. Ale i u nas były w użyciu lampy naftowe, głównie u służby i w kuchni; dozorca także zapalał taką zawsze na klatce schodowej.
Oświetlenie elektryczne podziwiano, ale nie ufano mu.

Piece centralnego ogrzewania także bardziej stukały i brzęczały, niż
grzały. Moja matka w dziecięcym pokoju do nauki kazała postawić piec
kaflowy, bo nie chciała się zdawać na ów parowy wynalazek. Wszystkie te
urządzenia w pierwszych latach wieku więcej sprawiały fatygi niż wygody.
Inżynierowie ulepszali swoje dzieła naszym kosztem. Dziesięć lat później
na całym świecie szumiały i warczały urządzenia elektryczne, parowe i spalinowe, ale w latach mojego dzieciństwa konstruktorzy ciągle jeszcze
poprawiali i przerabiali swoje wynalazki, a to, co tak gorąco
proponowali poczciwym nabywcom, było w rzeczywistości wielce
niedoskonałe i niedogodne w użyciu. Lampy elektryczne mrugały, światło
dawały żółte i słabe. Centralne ogrzewanie psuło się zawsze w okresie
największych mrozów albo zasnuwało pokoje wilgotną, gorącą parą, dlatego
też zapewne tyle chorowaliśmy. Ale wypadało iść z duchem czasu. Starsza
siostra mojej matki nie chciała jednak „iść z duchem czasu”, paliła
drewnem w białych kaflowych piecach, a my, uciekając od centralnego,
chodziliśmy do niej grzać się i rozkoszowaliśmy się stałym ciepłem i specyficznym zapachem rozżarzonych bukowych bierwion.

Na rozległym podwórzu naszego domu wiał stale ostry wiatr, szalał i gwizdał bez końca, północna część miasta nie była bowiem niczym
osłonięta, stała otwarta naprzeciw otaczającego ją półkoliście,
pokrytego nawet w miesiącach letnich śnieżną czapą, szczerbatego tu i tam łańcucha górskiego. Dwupiętrowy front naszego domu stanowił jedną
linię czworoboku, który tworzyły nadto dwie ściany parterowych budynków
po obu stronach podwórza i elegancka parterowa stróżówka na tyłach,
będąca samodzielnym dwupokojowym mieszkaniem dozorcy. Zaplecze kamienicy
sięgało daleko i zajmowało wiele miejsca. Architekt widocznie sam także
nie dowierzał, że kamienica znajdzie wielu lokatorów, od podwórza bowiem
nie przewidział już dodatkowych, zbytecznych pięter. Cały wygląd domu
głosił nadejście nowej epoki, chwałę ambitnego i twórczego,
przedsiębiorczego kapitalizmu. Był to pierwszy dom w mieście, który nie
został wzniesiony po to, by mieszkańcy mogli spędzić w jego zacisznym
schronieniu całe swoje życie aż do śmierci – o ile mi wiadomo, dziś już
na próżno by tam szukać kogoś z jego dawnych mieszkańców z początku
wieku. Ot, kamienica z lokatorami. Dawne rodziny patrycjuszów nigdy nie
wprowadziłyby się do takiego domu. I trochę pogardzały jego
wykorzenionymi, przybyłymi nie wiadomo skąd mieszkańcami.

2

Mój ojciec także uważał, że dżentelmen nie płaci czynszu i nie mieszka w cudzym domu, czynił więc wszystko, byśmy jak najprędzej przeprowadzili
się do własnego. Ale zanim to się stało, upłynęło wiele czasu, blisko
piętnaście lat. Do „własnego domu” przyjeżdżałem już tylko w odwiedziny,
jako student, i nie zachowałem dobrych wspomnień o tym zanadto
obszernym, niemal zbytkownym budynku. Moje dzieciństwo upłynęło w „kamienicy”. Gdy myślę „dom”, przed oczyma staje mi szerokie podwórze
posesji przy ulicy Głównej, długie galerie z żelaznymi poręczami, wysoki
trzepak i studnia z elektrycznym motorkiem. Myślę jednak, że naprawdę
był to budynek nieforemny i ponury. Nikt nic o nikim nie wiedział,
mieszkańcy nie znali się nawzajem, nie łączyła ich przyjaźń ani nawet
zwykła sąsiedzka zażyłość. Czuło się tu odrębność kast, klas i wyznań. A tymczasem w starych, parterowych domach żyły jeszcze razem całe rodziny,
wrogowie czy przyjaciele, ale ludzie połączeni ze sobą na pewno
nierozerwalnymi więzami.

W kamienicy mieszkały dwie rodziny żydowskie: jedna z nich – prowadząca
w duchu religii zreformowanej tryb życia wielkoświatowy i mieszczański,
„postępowa” i bogata – zajmowała całe drugie piętro od ulicy; jej
członkowie robili wrażenie wyniosłych, skrytych i byli powściągliwi w kontaktach z sąsiadami; na parterze natomiast mieszkała pochodząca z Polski bardzo liczna, ortodoksyjna, biedna i w jakiś szczególny sposób
stale powiększająca się druga rodzina żydowska, w której coraz to
pojawiali się nowi krewni i rodziły się następne dzieci; wszyscy oni
zamieszkiwali razem trzy ciemne pokoje od podwórza, przez które czasami,
w dniach żydowskich świąt, przewijał się korowód gości i krewnych, a dobiegające z tamtejszej krzątaniny gwar i harmider przypominały rejwach
na targowisku. Ci „biedni Żydzi” – ja oczywiście nie wiedziałem, czy
rzeczywiście byli biedni – nosili jeszcze tradycyjne galicyjskie stroje
żydowskie i surowo przestrzegali przepisów swej religii, a pozostali
mieszkańcy kamienicy odnosili się do nich bardziej życzliwie niż do
zasymilowanej, bogatej i izolującej się rodziny żydowskiej z piętra. Ale
też coraz to nowych członków biednej rodziny z parteru widywaliśmy ze
zgolonymi pejsami i brodami, przebranych niejako po cywilnemu;
odrzuciwszy kapoty i lisie czapy, zgoliwszy brody i przywdziawszy modne
ubrania, upodobnili się do reszty mieszkańców i zmiana ta u większości z nich przebiegła bardzo prędko. Ich dzieci uczęszczały już do szkół
powszechnych, niektóre zostały nawet zapisane do gimnazjum. Po upływie
dziesięciu, piętnastu lat w kamienicy nie widywało się już Żydów w chałatach, ale nie widywało się ich także w mieście. Rodzina na parterze
miała tak wiele dzieci, że nie pamiętam już każdego z osobna. Ich ojciec
z czasem zmienił nazwisko na węgierskie, ale było ono dość dziwne:
Jónap3. Z chrześcijanami z kamienicy rodzina ta żyła w stosunkach
o wiele bardziej zażyłych i przyjaznych niż Żydzi z drugiego piętra. W kamienicy mówiło się o nich tonem z lekka protekcjonalnym, lecz
serdecznie, byli to „nasi Żydzi”, „porządni i uczciwi ludzie”, i byliśmy
właściwie dumni z tego, że w naszym nowoczesnym, dużym domu mieszkają
Żydzi, prawdziwi Żydzi, jak być powinno. Z członkami bogatej rodziny z drugiego piętra spotykaliśmy się rzadko. Prowadzili oni prawdziwie
światowe życie, wiele podróżowali, ich dzieci wychowywały się w katolickich szkołach średnich, a matka – chuda, smutna i chora na serce
kobieta – pięknie grała na pianinie i ubierała się w stolicy.
Skromniejsze mieszkanki kamienicy naturalnie zazdrościły jej tego.
Eleganckie suknie zamożnej pani Wein rébowej nazbyt rzucały się w oczy i budziły niechęć; ja sam też uważałem, że to nie wypada, by Weinrébowie,
„w końcu jednak Żydzi”, żyli zamożniej i wytworniej niż chociażby my, a tamta kobieta ubierała się bardziej elegancko, więcej grała na pianinie
i częściej jeździła powozem niż moja matka. „Wszystko ma swoje granice”
– myślałem. Z Jónapami, a szczególnie z dziećmi, rozumieliśmy się
lepiej. Swoje żydostwo objawiali naturalnie, bez zbędnej uniżoności, a sposób, w jaki byli doń przywiązani, jak manifestowali je swoimi
potrawami, strojem, szczególnymi zwyczajami świątecznymi, niezrozumiałym
i szwargotliwym językiem, w którym tajemniczo mieszały się słowa
niemieckie, jidysz i węgierskie, świadczył o czymś w rodzaju dobrowolnej
i podkreślanej obcości, przeto odbieraliśmy ich niczym egzotyczne
plemię, nad którym wypada się ulitować i które każda dobra
chrześcijańska dusza winna otaczać opieką. Moja matka posyłała czasem
kompoty „tej poczciwej Jónapowej”, która każdej jesieni leżała w połogu,
ona z kolei każdej Wielkanocy przynosiła owiniętą w śnieżnobiały ręcznik
macę, za którą uprzejmie dziękowaliśmy, oglądaliśmy ją z zainteresowaniem, lecz nie pamiętam, by ktokolwiek z nas, wliczając w to
także służbę, kiedykolwiek jej skosztował. Litowaliśmy się nad Jónapami
i opiekowaliśmy się nimi, ale trochę tak, jak biali kolonizatorzy
opiekowali się ucywilizowanymi Murzynami. Moja matka czasami konferowała
z Jónapową, naturalnie z wysokości pierwszego piętra; podczas większego
sprzątania zamieniała nieraz kilka miłych słów z wychudzoną, wiecznie
karmiącą sąsiadką w peruce, która odpowiadała na ogół tylko cichym
głosem: „Tak, wielmożna pani”. Nie sądzę, by matka akcentowała
jakiekolwiek różnice społeczne między nami a biedną rodziną żydowską;
nie było to potrzebne. Wszyscy znali swoje miejsce i mieszkańcom z parteru w głowie by nie postała zbytnia poufałość; dopiero znacznie
później spostrzegłem, że rodzina ta strzeże swej odrębności co najmniej
tak samo troskliwie, a może nawet jeszcze bardziej zazdrośnie niż
rodziny chrześcijańskie, i wszelkie sąsiedzkie kontakty podtrzymuje w specjalny sposób, dumnie i powściągliwie, podobnie jak my. Na ogół
jednak stosunek kamienicy do „biednych Żydów” był protekcjonalny, za to
ich święta obserwowaliśmy z pełnym akceptacji zaciekawieniem.

Rodzina neologów 4 nie budowała już naturalnie szałasu w Sukkot, rzadko też chodziła do bóżnicy w święta żydowskie; kiedyś mój
ojciec z niesmakiem i zdumieniem opowiadał o Weinrébach, z którymi
pewnego przedwiośnia podróżował pociągiem i którzy jedli opakowane w watę, przysłane z południa świeże winogrona – cały wieczór powracał do
tego tematu, zdumiony i niespokojny, i pamiętam, że matkę także
irytowała ta „niestosowność”.

Obie rodziny żydowskie nie utrzymywały ze sobą żadnych kontaktów.
Weinrébowie żyli jakby na innej planecie. Mężczyzna był fabrykantem,
producentem szkła, wiele podróżował, utył i wyłysiał, do żony odnosił
się źle i zdradzał z kelnerkami tę przedwcześnie postarzałą, smutną
kobietę; wiedziało o tym naturalnie całe miasto. Ona znosiła tę
upokarzającą sytuację niczym bohaterka romansu, grała na pianinie przy
otwartych oknach, bardzo pięknie, ale za głośno i nazbyt długo. O Weinrébach wiadomo było w kamienicy, że nie jadają koszernie, kupowali
szynkę i używali w kuchni wieprzowego smalcu; to także niezbyt się
wszystkim podobało. Jeśli można w ogóle mówić o jakichkolwiek
komentarzach dotyczących Żydów, uwagi nie odnosiły się w żadnym wypadku
do licznej rodziny Jónapów. Dla nas wszystkich w kamienicy
sympatyczniejsi byli pejsaci, ubrani w chałaty galicyjscy krewni rodziny
z parteru niż całkowicie zasymilowany fabrykant szkła i jego rodzina.
Ich wytworne, światowe życie obserwowaliśmy zresztą z zazdrością, czegoś
jakby nie chcieliśmy z nimi dzielić, ale sami nie wiedzieliśmy czego. W rzadkich kontaktach z sąsiadami fabrykant był uprzejmy i obojętny, do
biednej rodziny z parteru zaś miał stosunek z lekka pogardliwy. My na
przykład nigdy nie słyszeliśmy od rodziców, żeby nie zadawać się z dziećmi Jónapów, i nikt nigdy nie zakazywał nam wspólnej zabawy z tymi
bladymi urwisami o dużych oczach, którzy w swych dziwnych, dorosłych
ubraniach wyglądali jak starzy malutcy, głowy mieli nakryte nawet
podczas zabawy, i bynajmniej nie byli wobec nas uprzejmi, w gorączce
zabawy niejednokrotnie przezywali inne dzieci „szabes gojami”, za co
jednak nikt się nie obrażał, bo nikt nie rozumiał tego wyrażenia. Pół
tuzina żydowskich dzieciaków bawiło się więc w najlepsze z dziećmi
chrześcijan i razem wychowywaliśmy się na podwórku; pilnowano natomiast,
by prowadzane do szkoły przez Fräulein i odwiedzane przez rozmaite
nauczycielki dzieci Weinrébów nie stykały się z żydowskim proletariatem.
Nigdy nie przyłączały się do wspólnej zabawy i owa chmurna wyniosłość
do tego stopnia raziła moje poczucie sprawiedliwości, że któregoś
popołudnia zwabiłem do piwnicy najstarszego Weinréba, trzecioklasistę, i zamknąłem go w kotłowni, po czym jak ktoś, kto solidnie wypełnił swój
obowiązek, wróciłem do domu i nikomu nie wspomniałem o tym ani słowem.
Nie przyznałem się nawet w nocy, gdy zaginionego chłopca zaczęła już
poszukiwać policja, a przyzywające syna przeraźliwe krzyki Weinrébowej
postawiły na nogi cały dom. Chłopca odnalazł nad ranem palacz.
Najdziwniejsze w całej tej historii było to, że nigdy mnie nie wydał.
Ten ociężały wyrostek o powolnych ruchach i sennym spojrzeniu uparcie
milczał, gdy go wypytywano, a i później, po latach, gdyśmy się już
zaprzyjaźnili, nigdy mi nie wypomniał tej szczególnej zemsty. Zapewne
czuł, że miałem rację. Dzieci osądzają szybko i bezapelacyjnie.

Młodsze pokolenie Jónapów powoli przeobraziło się pod względem
zewnętrznym, ale corocznie w Sukkot stawiali jeszcze na podwórzu szałas
przykryty chodnikami i kapami, a stary Jónap, ów dziwny, małomówny wódz
plemienia, całymi popołudniami wysiadywał samotnie w tej osobliwej
budowli. Jego synowie twierdzili, że się modli. Kiedyś podpatrzyliśmy go
przez szparę pomiędzy chodnikami, ale widzieliśmy tylko, że siedzi na
krześle pośrodku szałasu i smutnym wzrokiem spogląda przed siebie.
Myślę, że się nudził. Któregoś ranka obudziło nas szczególne poruszenie,
przez mieszkanie na parterze przewijały się całe gromady nieznanych
Żydów w chałatach. Jeden z Jónapów, dziewięcioletni Lajos, oderwał się
wreszcie od tego tłumu, podszedł do nas zaaferowany i dumny i udzielił
wyjaśnienia:

– Ojciec zmarł w nocy. Same kłopoty! – dodał z nieznośną wyniosłością.

A ponieważ cały dzień nadymał się i puszył, czego wreszcie nie sposób
było wytrzymać, przeto o zmierzchu bez żadnej szczególnej przyczyny
spuściliśmy mu lanie.

3

My mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, a obok nas „mieszkał bank”. W początkowym okresie zajmował trzy ciemne pokoje, z klatki schodowej
wchodziło się do gabinetu dyrektora, w sąsiedztwie znajdowała się kasa,
w pokoju od podwórza zaś mieściła się księgowość. Pokój mego ojca od
gabinetu dyrektora oddzielała ściana, w której wybito „sekretne
okienko”; gdy dyrektor miał dla ojca wiadomość, otwierał po prostu
zamykające otwór żelazne drzwiczki i przekazywał list, dokument czy
dojrzały do protestu weksel. Ta patriarchalna biurowość funkcjonowała
przez lata bez zarzutu i bank kwitł. W księgowości pracowały dwie stare
panny, obowiązki kasjera pełnił zaś spensjonowany przed terminem kapitan
huzarów, który z obrażoną miną znosił ową niefortunną odmianę losu, a na
chłopów, przychodzących po pożyczkę czy z wpłatą procentu, wrzeszczał
jak w koszarach. Kapitan musiał się pożegnać z rangą, ponieważ chciał
się ożenić ze swoją ukochaną, która była jedynie biedną nauczycielką.
Odkąd udało mu się przeprowadzić swój zamiar, nie znalazł dla siebie
więcej miejsca na świecie, czuł nieutuloną tęsknotę za dawnym życiem,
zaczął pić, przeklinał porządek świata, który kapitanów huzarów
degraduje do poziomu kasjerów bankowych, i w niecierpliwych, gniewnych
słowach domagał się, żeby „wreszcie coś się stało”. Nigdy nie widziałem
szczęśliwszego człowieka niż ów były kapitan, gdy w pierwszym dniu wojny
znów mógł przywdziać dawny mundur, przypasać szablę, i gdy w tym stroju
wmaszerował do banku, by pożegnać się ze swymi zwierzchnikami, którzy
znów rozmawiali z nim z wyszukaną uprzejmością, a on, podkręcając wąsa,
udzielał im krótkich odpowiedzi, bo, chwała Bogu, nareszcie „coś się
stało”. Ten człowiek, na przykład, jak wielu, wielu innych, wyruszał na
wojnę z prawdziwym entuzjazmem i zginął zaraz w pierwszym jej roku.

Ale o wojnie nikomu się jeszcze nie śniło, gdy ów niewielki bank, „nasz
bank”, rozkwitał w ciemnych pomieszczeniach pierwszego piętra. Klienci
banku w kożuchach, z węzełkami koczowali na klatce schodowej i czekali
na swoją kolej. Byli to głównie biedni chłopi z północnych powiatów
komitatu, gdzie plony osiągano zawsze marne, a gospodarz na dziesięciu
morgach uchodził już za średniego posiadacza; ale liche grunty i łyse
pastwiska nie były w stanie zapewnić dostatku właścicielom majątków
liczących nawet pięćset mórg. Na ogół byli Słowakami i niewiele umieli
po węgiersku. Służba także mówiła jakimś specyficznym,
węgiersko-słowackim wolapikiem; językiem zamieszkujących komitat
wyższych klas był oficjalnie węgierski, ale po domach, w rodzinach,
rozmawiało się nierzadko używanym na Słowacji dialektem niemieckim. Nie
było w tym żadnej ukrytej intencji. Atmosfera miasta była węgierska, ale
wieczorami, w kapciach, w bonżurkach, po kolacji, nawet w pańskich
domach przechodzono na niemiecki.

Jednym z najjaśniejszych, najświetniejszych, bezchmurnych wspomnień z mego dzieciństwa było poczucie dumy, że w naszym domu mieści się bank,
prawdziwy bank, z kasjerem i gotówką, do którego wystarczy wejść, coś
podpisać i już dostaje się pieniądze. W tamtych czasach transakcje
bankowe rzeczywiście zawierano po prostu, zwyczajnie, bez zbędnych
komplikacji. Chłopi zjawiali się rano, z palinką5, słoniną i wystawionym przez notariusza wyciągiem z ksiąg hipotecznych w torbach, i czekali na swoją kolej. Każdego dnia o dwunastej w południe zbierało się
„konsylium”: dwóch starych księży, dyrektor banku i jego radca prawny
odbywali krótką „naradę zarządu”, głosowali w sprawie pożyczek wysokości
stu, dwustu koron, potem w księgowości wystawiano weksle i po południu
klienci nieśli pieniądze do domu. Dostatek gotówki, odczuwany wówczas na
całym świecie, objawił się także w naszym mieście, były kredyty
osobiste, a spensjonowany kapitan huzarów-kasjer płacił nawet weksle
honorowe i grzecznościowe. Gdy upłynął czas spłaty pożyczki, chłop
płacił; jeżeli nie, to z dziesięciu mórg licytowano mu pięć, a i tych
pięć kupował bank. Bankowość wydawała się tak prostą i naturalną
dziedziną życia jak przyroda, podobnie celowa i niewzruszona. Bank miał
pieniądze i rozrastał się. My, mieszkające w domu dzieci, byliśmy
niezmiernie dumni z tego miłego, pogodnego banku. Dzieci interesują się
sekretami pieniężnymi dorosłych nie mniej niż sekretami ich życia
płciowego. Wiedzieliśmy doskonale, że w naszym domu, w masywnych i topornych szafach pancernych przechowuje się to coś najwartościowszego,
coś, o czym dorośli rozmawiają najczęściej, widzieliśmy pokorne twarze
klientów przychodzących po pożyczkę, wysłuchiwaliśmy opowiadanych
płaczliwym tonem skarg, słyszeliśmy uniżone „całuję rączki”, którym
klienci witali wszystkich związanych z bankiem, nawet służbę. Dzieciom
tu mieszkającym świadomość, że w ich domu znajduje się taki dobrotliwy,
przynależny niejako do rodziny bank, dawała poczucie bezpieczeństwa i powód do dumy; czuliśmy, że nic złego stać się nie może z nami, którzy
mieszkamy pod jednym dachem, w egzystencjalnej wspólnocie z bankiem.
Myślę, że nasi rodzice czuli to samo. Dom należał do banku, więc bank
nie utrudniał odroczenia terminu płatności, udzielał też skromnych
pożyczek przyciśniętym kłopotami mieszkańcom. Uważaliśmy, że pieniądze
banku są w jakiś sposób także pieniędzmi rodziny; panowała atmosfera
wielkoduszności, życzliwości i łatwowierności, lokatorzy chodzili do
banku po pożyczkę tak, jak się przychodzi do ojca klanu rodzinnego czy
do bogatego krewnego, a bank dawał, bo nikomu nie postało w głowie, że
lokator mógłby chyłkiem wynieść się z domu, nie uregulowawszy długu.
Dzieci instynktownie orientowały się w sprawach pieniężnych. My,
szczęśliwcy, którzy urodziliśmy się w cieniu banku i wzrastaliśmy pod
jego patronatem, byliśmy przekonani, że osiedliliśmy się w pobliżu
źródła wszelkiego ziemskiego dobrobytu i że już nigdy w życiu nie spotka
nas nic złego, jeśli tylko zachowamy dobre stosunki z tym dobrodusznym,
życzliwym bankiem. To przyziemne myślenie, groteskowe uczucie
towarzyszyło mi przez całe lata, w czasach studenckich i w trakcie
zagranicznych włóczęg, i choć bank ów wtedy już dawno zbankrutował, ja
jednak w kwestiach pieniężnych zawsze odczuwałem spokój i pewność, że
wszystko będzie dobrze, jakbym ciągle podtrzymywał bezpośrednie,
zadzierzgnięte w dzieciństwie, doskonałe stosunki z pieniądzem, który
wobec tego nigdy nie będzie nieludzko okrutny w stosunku do mnie – wszak
byłem mu w dziecinnych latach przyjacielem.

Bank kwitł i wszyscy z nim związani obrastali w dostatek, nawet
urzędnicy i służba. Jeden z urzędników założył chór, drugi wziął się do
pióra i w dwóch tomach opublikował legendy związane z ruinami pobliskich
zamków. Wszyscy znajdowali czas na amatorską działalność artystyczną.
Bank nie mógł się już pomieścić w trzech ciasnych pokojach i niczym
parweniusz zaczął się budować, wzniósł sobie na podwórku szklany pałac z baśni. Był to budynek piękny jak kościół: z Niemiec sprowadzono grube
szklane płyty, a nad salą kas wzniesiono szklaną kopułę, jakie rzadko
zdarzało mi się później widywać podczas zagranicznych wojaży. Chłopi
trafnie nazywali pałac bankowy „Betlejem”. Przyjeżdżali go podziwiać z okolicznych wsi i znajdując się w sali pod szklaną kopułą, rozmawiali
cicho i z nabożeństwem, jak w kościele. Rozwijający się kapitalizm
zbudował sobie tu, na krańcu świata, świątynię ozdobną i onieśmielającą
– tak sądzili wszyscy, którzy ją widzieli; i rzeczywiście, nie sposób
było inaczej oceniać tego zbyt okazałego i wystawnego gmachu. Było tu
wszystko, co powinno się znaleźć w prawdziwym banku: skarbiec z niezwykle masywnymi, otwierającymi się na zaklęcie drzwiami, obita
korkiem sala narad, nowe i nowoczesne maszyny do liczenia i pisania;
bank miał też chyba ponadto pieniądze. Nas, dzieci mieszkające w domu,
szczególnie intrygował usytuowany naprzeciw stróżówki skarbiec, z głęboko kopanymi fundamentami; wyobrażaliśmy sobie, że w podziemiach
znajdują się pancerne pudła pełne skarbów i drogich kamieni. Ówczesny
kapitalizm był jeszcze przyjazny i pogodny, i wyczarował przed naszymi
zdumionymi oczyma pałac z baśni; nie podobał się on tylko naszym dawnym
klientom, którzy podchodzili do spraw pieniądza po staroświecku i więcej
zaufania mieli do marnych szaf pancernych stojących w jednym z ciemnych
pokoi na piętrze, a na widok szklanego pałacu i skarbca w piwnicy
kręcili głowami i pytali podejrzliwie: „A z czyich to wszystko
pieniędzy?”.

4

Dyrektorem banku był „wuj Endre”; kierował nim bardzo energicznie i z wielkim oddaniem. Wuj Endre pochodził ze świetnej i znanej w kraju
rodziny, ukończył prawo, jak w owym czasie całe pokolenie, które szukało
szczęścia „w wolnym zawodzie”, ale nie miał ochoty wspinać się po
szczeblach miejskiej ani komitackiej kariery. W dzieciństwie oglądałem z bliska proces przekształcania się warstwy młodych ziemian w zdobywającą
dyplomy inteligencję i dopiero po latach spostrzegłem, że ówczesna
literatura pozostawiła fałszywy obraz tego czasu i tych postaci. Wuj
Endre oddawał się pracy bankowej z pełnym poświęceniem, choć nie miała
ona nic wspólnego z jego zainteresowaniami i skłonnościami, sumiennie
odrabiał godziny urzędowania i w niczym nie przypominał owego
rozjeżdżającego się po polowaniach, wysiadującego po kasynach urzędnika
o pańskich pretensjach, który o północy, grając w bakarata, przyjmuje od
swego kompana weksel. Życie zazwyczaj odbiega od literatury. Nikt nie
uważał wuja Endrego za geniusza w kwestiach gospodarczych, ale faktem
jest, że nierównie więcej czasu poświęcał bankowym papierom niż
polowaniom i kartom, sporo czytał, czasami podróżował, żył skromnie i o jego ziemiańskim pochodzeniu przy tym trybie życia nie przypominało nic
poza sygnetem. Bank rozwijał się i powiększał klientelę, bo wynikało to
z samej natury rzeczy, a wuj Endre pilnował jedynie, by w przypadku
każdej pożyczki urzędnicy stosowali się do „przepisów bankowości”. O,
cóż łatwiejszego, niż naszkicować portret dyrektora prowincjonalnej kasy
oszczędności, który częściej przylepia banknoty do czoła muzykujących
Cyganów niż znaczki skarbowe na umowach i rozmaitym lekkomyślnym „młodym
Nosztym”, owym „drogim kompanom”, udziela ogromnych pożyczek6.

W innych komitatach – w Sáros czy Zemplén – zdarzały się może podobne
przypadki, ale nie w naszym urzędniczym mieście, gdzie panowały surowe
obyczaje i coś podobnego byłoby nie do pomyślenia. Sam dyrektor każdego
ranka punktualnie co do minuty stawiał się w banku, wkładał zarękawki i do zmroku siedział zagłębiony w papierach. Kredyty otrzymywał od
wielkiego banku w stolicy, którego prezesi, starzy, zarozumiali Żydzi,
co roku przyjeżdżali, by skontrolować pracę wuja Endrego; Żydzi ci
polowali, pili bruderszafty, naśladowali ziemiańskie obyczaje, a my z cicha podśmiewaliśmy się z nich. Wuj Endre za swoim dyrektorskim
biurkiem robił w zasadzie to samo, co przez wieki robili jego ojcowie i dziadowie w swych majątkach i w komitackich urzędach: pilnował, by
chłopi w terminie dopełnili swych obowiązków, które dawniej polegały na
pracy na pańskim czy oddaniu części płodów rolnych, a teraz – na
płaceniu należnych procentów. Zmieniały się tylko formy.

Czy bardzo obdzierano chłopów? Nie sądzę. Czyniono to jednak
systematycznie, bo przecież „z czegoś trzeba żyć”. I póki klientelę
banku stanowili głównie chłopi, wszystko układało się jak najlepiej;
dopiero później, kiedy z powodu skomplikowanych nieporozumień rodzinnych
wuj Endre rozstał się ze swym stanowiskiem, a jego miejsce zajął
przybyły ze stolicy finansista, który do nas zjechał ze śmiałymi planami
reformatorskimi w zanadrzu – trochę tak, jak gubernator z pejczem zjawia
się w koloniach – nastąpił pierwszy krach. Ów „znany stołeczny
bankowiec” na koszt deponentów dał polskim handlarzom, którzy skupywali
podówczas wina z podgórza Hegyalja, ogromne pożyczki pod zastaw,
skutkiem czego bank stracił wielkie sumy, wręcz miliony. Ojciec
wspominał czasem, jak udało mu się do ostatniego fillera uratować wkłady
deponentów: odwiedził prezesa wielkiego banku budapeszteńskiego, którego
faworytem był ów kolonialny gubernator, pełniący po odejściu wuja
Endrego funkcję dyrektora, i gdy ten znany w kraju i za granicą, okrutny
i potężny bogacz, wzruszając ramionami, odparł na przedłożony mu
kłopotliwy wniosek: „no to najwyżej panowie zbankrutują”, ojciec
zauważył półgłosem: „Może się tak stać i stracimy wszystko, co mamy, ale
na bilansie końcowym znajdzie się też nazwisko wielmożnego pana”. Znany
bankier zdenerwowany szarpnął głową, po czym zadzwonił i powiedział do
wchodzącego dyrektora: „Płacimy sto procent”. Te trzy słowa, owa
rycerska deklaracja kosztowała potężny bank peszteński ciężkie miliony.
Deponenci otrzymali swoje wkłady co do fillera, nawet z procentami.
Historię tę opowiadano mi wielokrotnie niczym starą legendę z okresu
dawnej świetności kapitalizmu.

Wuj Endre mieszkał na pierwszym piętrze ze swoją rodziną, dwiema córkami
i młodą żoną o niespokojnej naturze, która pewnej nocy uciekła od niego,
a później została aktorką w stolicy. Coś takiego w naszym mieście
zdarzało się bardzo rzadko. Tej pamiętnej nocy wuj Endre przyprowadził
do nas na noc obie córki, a sam usiadł w jadalni między rodzicami,
którzy bezskutecznie go pocieszali, i godzinami zanosił się płaczem. My,
dzieci, oniemiałe i blade, kuliliśmy się wokół niego w koszulach nocnych
i patrzyliśmy na to niezwykłe i przerażające zjawisko, szlochającego
mężczyznę, który jest na dodatek dyrektorem banku. Około północy
przestał na chwilę płakać, wytarł łzy i załamującym się głosem wyznał:
„Nigdy naprawdę nie ufałem Ilonie. Od trzech lat dzień w dzień
powtarzałem jej: „Ilona, Ilona, ty mnie z kimś zdradzasz”. Położono nas
wszystkich w końcu do jednego łóżka, ale nie mogliśmy zasnąć, przez całą
noc, drżąc, nasłuchiwaliśmy głosu tego zrozpaczonego, jęczącego obcego
mężczyzny, pocieszających słów rodziców, przeczuwając z dreszczem
przerażenia, że dorośli bynajmniej nie są mistrzami życia; tamtej nocy
przemknęło nad nami fatum obcych losów, wyszła na jaw tajemnica, z którą, jak się wydawało, nawet dorośli nie potrafią sobie poradzić.
„Niewierna niewiasta” po jakimś czasie wyszła za mąż za peszteńskiego
aktora i sama też zaczęła występować w teatrze; wyprawiający się do
stolicy panowie z naszego miasta nie przepuszczali okazji, by obejrzeć
na scenie to niezwykłe zjawisko i po powrocie do domu, pstrykając
palcami, z satysfakcją opowiadali w towarzystwie smakowite szczegóły
tych występów. Przypadki, by kobieta uciekła od męża, zdarzały się
wyjątkowo rzadko. Już sam rozwód bywał głośnym skandalem, uważanym za
niepokojące naruszenie porządku społecznego. Z lat dzieciństwa pamiętam
jeden rozwód, jego bohaterem był również dyrektor banku, konkurent wuja
Endre; jego także żona opuściła, by wyjść za mąż za pewnego księdza
apostatę, który służył wcześniej w kurii biskupiej, ale porzucił służbę
i sukienkę kapłańską dla tej kobiety. Takie to fatum prześladowało
dyrektorów banków w naszym mieście. Z czasem każdy zapamiętany człowiek
nabiera znaczenia, pamięć zachowuje jego obraz naszkicowany mocną
kreską, wielkie cienie dzieciństwa stają się coraz większe i zaczynamy
się zastanawiać, czy odegrały jakąś rolę w naszym życiu, zadajemy sobie
pytanie, dlaczego jakieś poboczne postaci naszej młodości zapamiętaliśmy
z tak okrutną wyrazistością. Wuj Endre nie był specjalnie mądrym czy
jakoś szczególnie interesującym człowiekiem, ale dziś już wiem, że
tamtej nocy, kiedy ten opuszczony mężczyzna płakał w naszej jadalni,
zacząłem coś przeczuwać na temat sekretów kobiet i mężczyzn; wtedy
zrozumiałem po raz pierwszy, że związek kobiety i mężczyzny nie jest
całkowicie pogodną, upragnioną idyllą; zachłystujący się szloch wuja
Endre pozostał mi w uszach i do dziś zdarza mi się go słyszeć.

5

Przez krótki czas, jakieś kilka lat, w jednym z trzypokojowych mieszkań
na pierwszym piętrze naprzeciw nas mieszkał mój ojciec chrzestny,
młodszy brat ojca, człowiek przewrażliwiony i niespokojny; wszyscy w rodzinie, wliczając w to ojca, obchodzili się z nim jak z jajkiem.
Osobnik ten, mężczyzna o duszy dumnej i samotnej, zdobył inżynieryjne
wykształcenie i tak znakomicie orientował się w problemach technicznych,
że gdy był w wojsku – odsłużył dobrowolnie rok w artylerii – koniecznie
chciano go tam zatrzymać, podobno „błagano go, żeby się zaciągnął”. W każdym razie tak głosiła rodzinna legenda. Charakter, skłonności, cała
jego duchowa kompleksja predestynowały go zapewne do kariery wojskowej.
W życiu cywilnym, szczególnie w nieco pogardzanym zawodzie inżyniera,
czuł się obco, był przewrażliwiony, wszędzie węszył upokorzenia, plątał
się w rozmaite afery i ogólnie robił wrażenie człowieka, który nie
potrafi znaleźć sobie miejsca w świecie. Zawodem inżyniera czy lekarza
wówczas jeszcze trochę pogardzano, uważano, że ktoś z lepszego
towarzystwa nie trudni się czymś takim; młodzi ludzie z rodzin
ziemiańskich mogli się poświęcić karierze prawniczej, ale nie wypadało
zajmować się lewatywą, zabawiać cyrklem i tuszem. „Kompleks niższości”
mego wuja (o którym on nic nie wiedział, ale nie wiedział też o nim
jeszcze nic młody Freud, który w tych latach prowadził w klinice
Charcota obserwację chorych cierpiących na histerię) potęgowała
dodatkowo specyficzna w końcu wieku dziewiętnastego sytuacja mojej
rodziny, żyjącej w namiętnie nacjonalistycznym, na prowincji ciągle
całkowicie stanowym węgierskim światku. Z pochodzenia rodzina była
saksońska, przodkowie w XVII wieku przywędrowali na Węgry, wiernie
służyli Habsburgom, za co cesarz Leopold nagrodził jednego z nich
szlachectwem; od tej pory w rodzinie nazywano go „Kristóf hrabia na
kopalniach”, ponieważ nadzorował należące do skarbu państwa kopalnie w Marmarosz. Dopiero w okresie walk o wolność w rodzinie przebudziło się
węgierskie serce, kilku przodków walczyło w armii Bema, a jednego z mych
prapradziadów, Zsigę, po kapitulacji pod Világos pozbawiono rangi;
zesłano go następnie do jednego z weneckich, a potem mediolańskich
pułków cesarskich, gdzie powoli znów dosłużył się dawnej szarży i przeszedł w stan spoczynku jako kapitan lejbgwardii. Ale do rewolucji
rodzina moja była w Wiedniu dobrze notowana i uważana za „godną
zaufania”. Gdy w 1828 roku prapradziad otrzymał stanowisko radcy w Budzie, pojechał do Wiednia i był przyjmowany przez cesarza Franciszka.
Stoję w „Węgierskim Królu” – pisał z Wiednia do młodszego brata, do
Marmarosz – zabawiać tu rzecz wielce kosztowna, za pokój z piecem
płacić muszę dziennie forintów pięć. Cesarz przyjął mnie łaskawie,
pamiętał Ojca; ja, ja, powtarzał, auch Sie haben gute Zeugnisse bei mir7.

węgierska nazwa żołnierzy (przypisy w całej książce pochodzą od
tłumaczki) [wróć]

terenowa jednostka administracyjna na Węgrzech, odpowiednik województwa [wróć]

Jó nap znaczy „dobry dzień”; Jó napot – „Dzień dobry”. [wróć]

Judaizm neologiczny – nurt judaizmu zreformowanego, wyrosły na gruncie
dążeń emancypacji i asymilacji węgierskich żydów w drugiej połowie XIX
wieku, wyrażający się m.in. w odejściu od jidysz na rzecz węgierskiego i przyjęciu węgierskich ubiorów. [wróć]

węgierska wódka owocowa [wróć]

Feri Noszty to tytułowy bohater powieści Kálmána Mikszátha, lekkomyślny
i cyniczny młody utracjusz z warstwy ziemiańskiej. [wróć]

Tak, tak, Pan ma u mnie dobre rekomendacje. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: Egy polgár vallomásai

© Heirs of Sándor Márai, Csaba Gaál, Toronto

PROJEKT SERII: Andrzej Heidrich

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Lijklema Design, Karolina i Hans Lijklema

REDAKCJA: Bianka Dziadkiewicz

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważania wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”
ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Teresa Worowska 2002, 2014

© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2002, 2014

ISBN 978-83-07-03332-7