Strona główna » Obyczajowe i romanse » Zakładnik

Zakładnik

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-276-2903-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Zakładnik

Zatrzymał się na śniadanie w knajpie przy parkingu. Jechał na wakacje, miał swoje plany. Kiedy jednak kobieta w barze wycelowała w niego broń, udał, że nie poznał, że to zabawka. Ciekawość wzięła górę i ruszył z nieznajomą w szaloną podróż. Jej konsekwencje przeszły jego najśmielsze oczekiwania, także te erotyczne...

Polecane książki

Wiele ograniczeń tkwi wyłącznie w naszej głowie.„Nie wolno”, „nie wypada”, „nie rób”, „nie dotykaj” słyszymy od najmłodszych lat. W książce Zrób to kochanie Katarzyna Miller będzie namawiać do różnych rzeczy. A właściwie do zrobienia różnych rzeczy. Różnica jest istotna. Pewnie każdy zauważył, j...
Wspaniały prezent na uroczystość Pierwszej Komunii Świętej. Biblia. Święta historia dla naszych dzieci to książka wyjątkowa nie tylko dzięki oryginalnym ilustracjom, które zachwycą wszystkich młodych czytelników. Oprócz najbardziej znanych epizodów ze Starego Testamentu oraz dziejów Jezusa i pocz...
Doskonały przekład z języka arabskiego jednej z pierwszych powieści Khalila Gibrana. Książka ukazała się równo 100 lat od pierwszego wydania amerykańskiego (New York, 1912 r.)! Znany i uwielbiany na całym świecie autor bestsellerowego „Proroka”, przetłumaczonego na ponad 20 języków i wcią...
XXI wiek stał się erą pośpiechu. Z jednej strony ludzie w pogoni za nowymi perspektywami lepszego jutra, przestali dostrzegać piękno otaczającego ich świata, z drugiej, w wielu przypadkach szare i smutne blokowiska oraz centra miast, niezbyt zadbane tereny zielone nie zachęcały ich do zatrzymani...
Książka jest szczegółową i pogłębioną naukową prezentacją i analizą poglądów ekonomicznych Adama Smitha. Podejmuje temat, który ma istotne znaczenie w studiowaniu i pogłębionym poznaniu współczesnej teorii ekonomii. Argument ten opiera się na przekonaniu o istotnej roli ciągłości myśli ekonomicznej ...
Książka przeznaczona głównie dla studentów wydziałów szkół wyższych o profilu chemicznym, biotechnologicznym lub pokrewnym, którzy pragną pogłębić swoją wiedzę i umiejętności praktyczne z zakresu zastosowania grafiki molekularnej do obliczeń kwantowo-chemicznych oraz w procedurach dopasowania moleku...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Karen Foley

Karen FoleyZakładnik

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W normalnych okolicznościach Colton Black drugi raz nie spojrzałby na tę dziewczynę w luźnym T-shircie, czapce z daszkiem i z plecakiem. Chłopczyce nie były w jego typie. Tylko długi jasny koński ogon i miło zaokrąglone pośladki pod spłowiałymi dżinsami świadczyły o jej kobiecości. Nie to jednak przyciągnęło jego uwagę. Colton dostrzegł, że dziewczyna ma broń.

Kiedy podniósł wzrok znad talerza, duży grayhound wtoczył się na żwirowany parking przy międzystanowej numer 80 w Lovelock w stanie Nevada. Z autobusu wysiadło kilkoro podróżnych, by się odświeżyć, nim znów do niego wsiądą, albo zaczekać na kolejny autobus, do którego chcieli się przesiąść. Była wśród nich przemęczona matka, która ciągnęła za rękę marudzącego chłopca, para starszych ludzi i młoda kobieta w czapce z daszkiem.

Podróżni weszli do baru, a Colton wrócił do gazety i jedzenia. Gdy później o tym myślał, nie potrafił wyjaśnić, co kazało mu znów podnieść wzrok. Dziewczyna przystanęła obok kasjerki i spojrzała na półkę z gumami do żucia i miętówkami. Jakiś zagadkowy szósty zmysł, który przy licznych okazjach uratował Coltonowi skórę, i tym razem dał mu sygnał.

Dziewczyna wsunęła rękę pod T-shirt, zawahała się i opuściła rękę. Colton zdążył jednak zobaczyć metaliczny błysk schowanej pod T-shirtem broni.

Po chwili dziewczyna odwróciła się do kasjerki, znów się zawahała, potem jakby zmieniła zdanie. Odsunęła się, udając, że patrzy na stojak z gazetami, głęboko nabrała powietrza, jakby się do czegoś szykowała, po czym już zdecydowanie obróciła się do siedzącej przy kasie kobiety. Colton właśnie się podnosił, gdy gwałtownie zakręciła się na pięcie i minęła go z pochyloną głową, kierując się na tył sali i mrucząc pod nosem coś, co brzmiało jak: Idiotka.

Sięgnął po portfel i rzucił na stolik parę banknotów. Powoli ruszył na tyły niewielkiego baru, gdzie zniknęła dziewczyna. W małej wnęce znajdował się aparat telefoniczny, tuż obok drzwi do jedynej w tym barze toalety, zajętej przez matkę z synem. Colton słyszał zza drzwi płacz dziecka.

Na pozór nonszalancko oparł się o ścianę, jakby czekał w kolejce do toalety, jednak wcale nie musiał udawać. Dziewczyna wydawała się nieświadoma jego obecności. Stała do niego tyłem i mówiła coś pod nosem. Podejrzanie przypominało mu to scenę z filmu „Thelma i Louise”.

Poruszyła ramionami, przyjęła buńczuczną postawę i od nowa zaczęła cichym chrapliwym głosem:

– W porządku, panie i panowie, wszyscy kładą się na podłodze. Jeśli zachowacie zimną krew, nikomu nic się nie stanie. – Jęknęła i przygarbiła się. – Nie dam rady, nie zrobię tego.

– Całe szczęście – odezwał się Colton – bo jestem na wakacjach i cholernie by mi się nie podobało, żeby mi je zepsuła głupia smarkula, która chce zgarnąć trochę kasy w niezgodny z prawem sposób.

Na dźwięk głosu dziewczyna raptownie się odwróciła. Niezdarnie sięgnęła pod T-shirt i nerwowym ruchem wyciągnęła rewolwer. Ręce jej drżały, ale była dość blisko, by pociągnąć za spust i trafić, gdyby się na to zdecydowała. Colton zamarł i uniósł ręce, ale się nie wycofał.

– Nie ruszać się – rzekła pełnym napięcia głosem. – Jeden krok i będę strzelać.

Nie spuszczał wzroku z jej twarzy, ale zdążył jej się przyjrzeć. Obiema rękami ściskała rewolwer i celowała w środek jego ciała. Zdawało mu się, że rewolwer nie był odbezpieczony. Nim dziewczyna naciśnie dźwignię bezpieczeństwa, bez kłopotu odbierze jej broń.

Zerknął na gości. Starsza para siedziała w boksie. Kelnerka po pięćdziesiątce o zmęczonej twarzy notowała ich zamówienie, starszy mężczyzna przy barze lekko kołysał szpakowatą głową nad filiżanką kawy.

Colton westchnął. Pora zakończyć tę zabawę. Jeśli zrobi to skutecznie, ci w barze nawet się nie zorientują, co działo się za ich plecami. Dziewczyna uświadomi sobie, że jest bezbronna, gdy będzie już za późno. Zabierze jej broń, pchnie ją na ścianę i zawiadomi policję. Może uda mu się przed zapadnięciem zmroku dotrzeć do domku letniskowego.

Wtedy właśnie dziewczyna przekrzywiła głowę, a wpadające przez brudne szyby przytłumione światło rozlało się po jej twarzy. Colton patrzył teraz prosto w oczy o barwie starej whisky, ocienione przez osobliwie, w porównaniu do koloru tęczówek, ciemne rzęsy.

To nie dziewczyna. To kobieta.

Ocenił ją na dwadzieścia kilka lat, mogła zbliżać się do trzydziestki. Owalna twarz o delikatnych rysach, wysokich kościach policzkowych i wąskim prostym nosie. Dołek w brodzie świadczył o sile lub uporze, któremu zaprzeczała miękkość pełnych warg. Ale to jej spojrzenie kazało mu podnieść ręce w niemym geście poddania. Kobieta była przerażona.

I zdesperowana.

Dwa razy w życiu widział to spojrzenie. Raz, kiedy zapędził w róg małego lisa, który zabłądził do jego letniskowego domu. Kiedy się zastanawiał, jak pozbyć się intruza, myślał, że zwierzę albo go zaatakuje, albo umrze na atak serca. W końcu odsunął się na bok, otworzył drzwi z siatki i patrzył, jak lisek rzucił się do ucieczki.

Drugi raz… Cóż, niestety nie mógł powiedzieć, że sytuacja była tak prosta jak z lisem. Niechętnie wracał pamięcią do incydentu w sądzie federalnym w San Diego przed sześciu laty. Do budynku sądu wszedł mniej więcej szesnastoletni chłopak. Kiedy mijał detektory metalu, uruchomił alarm. Colton stał wówczas przed jedną z sal, chronił mężczyznę, który stawił się na rozprawę za zamkniętymi drzwiami. Nie było wątpliwości, że pozwany to męt oskarżony o porwanie, gwałt i morderstwo, ale przysługiwała mu ochrona. Zadaniem Coltona było dopilnowanie, by oskarżony wyszedł z sądu cały.

Kiedy rozległ się alarm i strażnicy rzucili się zatrzymać chłopca, ten wyrwał się im i pognał przed siebie korytarzem z twarzą wykrzywioną cierpieniem i determinacją. Colton nigdy nie zapomni pisku podeszew sportowych butów chłopca na lśniącej marmurowej posadzce holu. Z wyciągniętą bronią ruszył naprzód, by zastąpić mu drogę. Chłopak gwałtownie się zatrzymał, unosząc ręce, by nie stracić równowagi. Zobaczywszy zbliżających się strażników, sięgnął do dżinsowej kurtki i wyjął z niej broń.

Bezsprzeczna desperacja, która malowała się na jego twarzy, sprawiła, że Colton zawahał się przez jedną, za to fatalną sekundę. Krzyknął, by powstrzymać chłopca, a jednocześnie rzucił się na niego, by go rozbroić.

Za późno. Chłopak przyłożył do skroni rewolwer. W wysokim korytarzu odbił się echem odgłos wystrzału. Chłopak padł na podłogę, nim echo umilkło. Colton dowiedział się później, że zamierzał zabić mężczyznę, którego on chronił, bo to jego dziewczynę oskarżony porwał, zgwałcił, a następnie zabił.

Teraz na twarzy stojącej naprzeciw niego kobiety Colton dostrzegał tę samą determinację. Zacisnęła wargi i celowała w jego serce, starając się opanować drżenie rąk.

– Spokojnie – rzekł Colton. – Może odłoży pani broń? Na pewno da się to inaczej załatwić. A pani wcale nie chce tego zrobić.

Spojrzała mu w oczy, po czym przeniosła wzrok na parking za oknami.

– Czy któryś z tych samochodów należy do pana?

Powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem, zgadując, co jej chodzi po głowie.

– Tak, proszę pani.

Niech to szlag. Może stracić odznakę, ale nie miał wyboru. Niezależnie od tego, w jakie tarapaty wpakowała się ta kobieta, instynkt mu podpowiadał, że aresztowanie jej nie było rozwiązaniem, a może nawet wytrąciłoby ją kompletnie z równowagi. Za skarby świata nie chciał jej mieć na sumieniu.

Kobieta wskazała bronią na drzwi i w tym właśnie momencie Colton sobie uświadomił, że go wykiwała. Kiedy machnęła rewolwerem, na końcu lufy dojrzał zadrapanie, spod którego wyzierał pomarańczowy plastik. To była zabawka, a swoją drogą kolorowy plastik służył właśnie do tego, by nie pomylić go z prawdziwą bronią. Tak czy owak jak na zabawkę była to cholernie realistycznie wyglądająca replika.

– Dobrze, zawiezie mnie pan gdzieś. – Uniosła głowę i zmrużyła oczy. – Tylko niech pan nie próbuje nic głupiego, bo jestem… jestem dobrym strzelcem.

Colton zachował powagę.

– Nie wątpię, proszę pani.

Był szczerze zaciekawiony, jak daleko kobieta się posunie. Podczas jedenastu lat pracy w policji widział niejedno dziwactwo, nigdy jednak nie spotkał się z czymś takim. Wiedział, co powinien zrobić, lecz nie miał na to ochoty. Na razie zamierzał grać wedle jej reguł i udawać zakładnika. Dzięki temu miał przynajmniej pewność, że kobieta nie spróbuje tego samego zagrania wobec innej osoby. Do diabła, mogłaby znaleźć się po niewłaściwej stronie lufy, zwłaszcza w tej wiejskiej okolicy, gdzie większość właścicieli sklepów trzyma pod ladą załadowaną broń.

W odpowiedniej chwili da jej znać, że gra dobiegła końca. Na razie był zaintrygowany i chciał poznać jej motywy. Miał nadzieję, że przed kolacją dotrze do letniskowego domu, uznał jednak, że jego wakacje mogą jeszcze godzinę czy dwie poczekać.

Ukrywając rewolwer pod T-shirtem, kobieta stanęła za Coltonem i dała mu znać, że ma iść przodem.

– Jak pan się odwróci, będę zmuszona użyć broni. Zrozumiał pan?

Wykrzywił wargi, ale z powagą skinął głową.

– Tak, proszę pani.

Kiedy zbliżali się do wyjścia, drzwi toalety się otworzyły i Colton usłyszał umęczoną matkę i jej syna, który wciąż jęczał.

– Jak coś zostawiłeś w autobusie, na pewno się znajdzie – matka pocieszała chłopca.

Colton poczuł, że kobieta pchnęła go naprzód, przykładając mu do pleców lufę.

– Szybko – odezwała się cicho.

Wyszedł na spieczony słońcem parking. Zanim drzwi się za nimi zamknęły, usłyszał odpowiedź dziecka:

– Zostawiłem na siedzeniu rewolwer. A jak ktoś mi go zabierze?

Z trudem powściągnął prychnięcie. Zastanawiał się, jak kobieta by zareagowała, gdyby wyszarpnął jej tę bezużyteczną broń spod T-shirtu.

Obrzuciła go wrogim spojrzeniem. Wyraźnie usiłowała się zorientować, czy słyszał słowa chłopca, a jeśli tak, czy je skojarzył z posiadaną przez nią bronią.

Colton zachował obojętną minę i szedł zakurzonym placem parkingowym. Kobieta się zawahała, a on się obejrzał. W tym momencie nabrał pewności, że zabrała dziecku zabawkę. Poczucie winy i konsternacja na jej twarzy kazały mu się zastanowić, czy przypadkiem nie zawróci do baru, by oddać chłopcu jego własność.

Gdy już sądził, że tak właśnie postąpi, kobieta przybrała maskę determinacji.

– Który jest pana? – Popatrzyła na samochody.

– Tamten. – Colton wskazał czarną furgonetkę. Brezentowa płachta chroniła zapasy i sprzęt, który wiózł na wakacje.

– Okej, pan prowadzi. – Gdy otwierał samochód, stanęła z boku. – Chwileczkę!

Odwrócił się do niej, patrząc z oczekiwaniem. Kobieta ściągnęła brwi.

– To nie w porządku – mruknęła.

– Owszem – przyznał. – To nie jest w porządku. Nie wiem, na czym polega pani problem, ale na pewno nie jest wart kłopotów, w jakie się pani pakuje, biorąc mnie jako zakładnika.

Lekceważąco machnęła ręką.

– Nie o to chodzi. – Pokazała na otwarte drzwi. – Ma pan wsiąść na siedzenie pasażera i przesunąć się za kierownicę. Potem ja wsiądę. W ten sposób będę miała pewność, że nic pan nie kombinuje.

– Aha. – Zamknął drzwi od strony kierowcy. – Widzę, że naoglądała się pani kryminałów w telewizji. – Przeszedł do drzwi od strony pasażera, czując na sobie jej spojrzenie. Otworzył drzwi i wsiadł. W samochodzie było parno, więc uruchomił silnik i włączył klimatyzację.

Zdusił uśmiech, gdy kobieta wyjęła zza pasa rewolwer i niezręcznie nim celowała, sadowiąc się w fotelu.

– Okej. – Zamknęła drzwi. – Ruszajmy.

Z trudem zdjęła plecak i rzuciła go na podłogę. Nie spuszczając wzroku z Coltona, przycisnęła się do drzwi. Wciąż w niego celowała.

Colton uniósł brwi.

– Zechce mnie pani łaskawie poinformować, dokąd jedziemy? Spodziewam się, że niedługo będziemy mieli towarzystwo, więc pewnie się pani spieszy.

Maddie Howe odwróciła wzrok od wysokiego mężczyzny, który siedział obok, i spojrzała na międzystanową numer 80, która ciągnęła się po horyzont, aż w końcu znikała za górami. Nad wąską wstążką asfaltu drgało rozgrzane powietrze, doliny po obu stronach były wypalone upalnym lipcowym słońcem.

– Niech pan po prostu jedzie w kierunku Reno, dopóki nie dam panu dalszych wskazówek – odparła, wracając do niego spojrzeniem.

Ku jej rozczarowaniu mężczyzna nie ruszał, choć jedną rękę położył na dźwigni zmiany biegów. Przyglądał się jej jakby ze współczuciem.

– Na pewno pani tego chce? – spytał z powagą.

Nerwowo przełknęła ślinę. A gdyby odmówił? Nie mógł jej tego zrobić! Tak daleko już się posunęła, nieodwołalnie odmieniła swoje życie, może nawet je zmarnowała. Dla niej nie było już powrotu. Musi trzymać się obranego kursu, nawet jeżeli to oznacza, że go porzuci i znajdzie innego kierowcę.

– Na pewno – rzekła w końcu. W ustach jej zaschło. Zacisnęła palce na rewolwerze i odrobinę go uniosła. – Proszę, niech pan rusza.

Jego mina wyrażała rozczarowanie, mimo to wkrótce znaleźli się na międzystanowej, jadąc na zachód. Maddie jeszcze raz spojrzała na bar, sama nie wiedząc, co spodziewała się zobaczyć. Nikt tam przecież nie miał pojęcia, że właśnie popełniła przestępstwo. Cała ta sprawa poszła zbyt gładko. Wreszcie Maddie odetchnęła.

Mężczyzna milczał. Nie wiedziała, czy powinna mu być za to wdzięczna. Zerkała na niego spod daszka czapki. Był wysoki i dobrze zbudowany. W barze śmiertelnie ją przestraszył. W pierwszej chwili widziała tylko jego atletyczną sylwetkę i ciemne oczy, które przeszywały ją na wylot.

Potem się odezwał, a jego głos był jak koło ratunkowe w świecie, który nagle wymknął się spod kontroli. Ten człowiek mógłby przekonać samobójcę, by zszedł z barierki mostu. W jego głosie było coś, co uspokajało i budziło zaufanie. Był cichy, niski, nieco schrypnięty, aż chciało się go słuchać. Gdy mężczyzna mówił, odnosiła wrażenie, że naprawdę się o nią troszczy. Zapewne mylne wrażenie, bo przecież jej nie znał. Nie wspominając o tym, że go porwała, grożąc mu bronią.

Zauważyła też, że nie nosił obrączki. Dotąd nie miała okazji mu się przyjrzeć, za to teraz wodziła po nim wzrokiem, zatrzymując się dłużej na profilu.

Miał skórę w ciepłym kolorze miedzi, wyraziste czarne brwi, orli nos nad szerokimi wargami i mocną szczękę. Czarne włosy były krótko ostrzyżone. Założyłaby się, że ma u kobiet powodzenie. Zgadywała, że z pochodzenia jest przynajmniej częściowo Indianinem. Czarny T-shirt i niebieskie dżinsy podkreślały muskularną sylwetkę.

Mężczyzna, jakby świadomy jej oględzin, zerknął na nią z ukosa. Maddie zrobiło się gorąco. A gdyby próbował ją obezwładnić? Pokonałby ją bez walki. Chyba straciła rozum, angażując tego człowieka w swoje sprawy. Od chwili, gdy wczoraj rano otrzymała list z pogróżkami, a zaraz po nim telefon w tym samym tonie, nie była w stanie myśleć. Była w szoku, działała pod wpływem paniki.

Jej młodszy brat Jamie wpadł w poważne tarapaty. Przegrał ogromne pieniądze w pokera w Reno. Pieniądze, które do niego nie należały, które chcieli od niego odzyskać wierzyciele. Więcej pieniędzy niż miała Maddie, licząc jej oszczędności, sumę, jaką dostała za samochód sprzedany poniżej wartości i spieniężone obligacje.

Nie było dość czasu, by starać się o pożyczkę w banku czy zapożyczyć się pod hipotekę. Ludzie, którzy przetrzymywali brata, powiedzieli, że zrobią mu krzywdę, jeśli w ciągu kolejnych siedemdziesięciu dwóch godzin nie otrzymają pieniędzy. Ostrzegli ją, że jeśli zawiadomi policję, od razu z nim skończą.

Maddie im uwierzyła.

Czemu miałaby nie wierzyć? Widziała, co się działo z ojcem. Z doświadczenia znała mroczną stronę hazardu, miała pojęcie, co naprawdę dzieje się w pokojach na tyłach kasyna. Ale brat miał ledwie dwadzieścia lat, dopiero kończył college. Był za młody, by pamiętać, co się stało z ojcem. Maddie jednak wciąż miała to przed oczami.

Nie dopuści do tego, by podobny los spotkał Jamiego, choć jakaś jej część chciała go zabić własnymi rękami. Ileż to razy wbijała mu do głowy, jakie niebezpieczeństwa pociąga za sobą hazard? Kazała mu obiecać, że nigdy, w żadnych okolicznościach, nie pójdzie do kasyna, a już na pewno nie z cudzymi pieniędzmi. Rozumiała jednak, że możliwość szybkiego i łatwego zdobycia dużej forsy jest atrakcyjna. Niestety Jamiego opuściło szczęście i jeśli ona szybko nie zadziała, jego życie może być zagrożone.

W pośpiechu spakowała do plecaka całą posiadaną przez siebie gotówkę i wsiadła do pierwszego autobusu do Reno. W biurze, gdzie pracowała jako starszy księgowy, zostawiła wiadomość na sekretarce, informując szefa, że ma bardzo pilną rodzinną sprawę i jest zmuszona wziąć parę dni wolnego. Po przyjeździe do Reno miała zadzwonić na podany jej numer.

Przez pierwsze dwieście pięćdziesiąt kilometrów podróży jakoś znosiła głośnego chłopca, który na siedzeniu przed nią bawił się rewolwerem. Ale po prawie trzech godzinach z malcem, który bez końca do niej strzelał, była u kresu wytrzymałości.

Gdy zaparkowali w Lovelock, na siedzeniu dojrzała zabawkę chłopca i ukradkiem po nią sięgnęła. Obiecała sobie, że gdy dotrą do Reno, uda, że znalazła zabawkę i odda ją właścicielowi. Dzięki temu spędzi resztę podróży w spokoju.

Gdy jednak w szufladzie kasy w barze dojrzała pieniądze, coś wpadło jej do głowy. Coś złego, desperackiego. Była do bólu świadoma wciskającej się w jej brzuch zabawki. Na szczęście nie dowie się, czy starczyłoby jej odwagi, by obrabować bar. To, co zrobiła, było wystarczająco złe. Ledwie mogła uwierzyć, że wzięła zakładnika, i że on dał się oszukać.

– Ma pani jakieś imię? – spytał nieznajomy z lekkim uśmiechem. – Czy mam się do pani zwracać Bonnie?

Zamrugała. Jak on może zachowywać się tak beztrosko? Przecież widział, że w niego celowała. Podczas jazdy zastanawiała się, gdzie ma wysiąść. Droga do Reno potrwa parę godzin. Jeśli będzie milcząca lub opryskliwa, podróż będzie jeszcze mniej przyjemna. Zresztą jakie to ma znaczenie, czy mężczyzna pozna jej imię? Gdy tylko znajdzie brata i wróci z nim do domu, zgłosi się na policję. Wtedy wszyscy poznają jej tożsamość.

– Madeleine – odrzekła krótko, nie dodając, że zwykle ludzie nazywają ją Maddie.

– Colton Black – przedstawił się. – Naprawdę bardzo mi przykro, że spotkaliśmy się w takich okolicznościach.

Ku przerażeniu Maddie wyciągnął do niej rękę. Miał dużą opaloną dłoń o szczupłych palcach i zadbanych paznokciach. Maddie podniosła wzrok, ich oczy się spotkały. Z jego twarzy niczego nie mogła wyczytać.

Czy naprawdę wierzył, że jest taka głupia? Wiedziała, co by się stało, gdyby ujęła jego dłoń. Pociągnąłby ją i z jej zdrętwiałych palców wyrwał żałosną namiastkę rewolweru.

Ale on tylko się uśmiechnął i cofnął rękę.

– Okej – mruknął. – Jeszcze nie jest pani gotowa być miła i towarzyska. Rozumiem. Ale jesteśmy na siebie skazani. – Uśmiechnął się cierpko. – Przynajmniej jedziemy we właściwym kierunku.

– Słucham? – Zamrugała.

Zerknął na nią krótko.

– Wybieram się do Paradise Valley na dwa tygodnie wędkowania. Podrzucę panią, dokądkolwiek pani chce, i może uda mi się dotrzeć na miejsce przed nocą.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem.

– Nie pozwolę panu nigdzie jechać.

Colton patrzył przed siebie.

– Czemu? Ręczę, że nie chciałaby pani tych wszystkich kłopotów, w jakie mógłbym panią wpakować.

Czy to groźba, czy tylko uwaga dotycząca ryzyka związanego z braniem zakładników?

– Niech pan posłucha, naprawdę nie chcę kłopotów. Ja… muszę tylko coś zrobić, okej? Jak już to zrobię, będzie pan wolny.

– Tak? – Uniósł kącik warg w uśmiechu. – Co jest tak ważne, że ryzykuje pani życie? Czemu chciała pani napaść na bar? Chodzi o narkotyki? – Omiótł ją spojrzeniem. – Czy musi pani spłacić bukmachera?

Na te słowa zbladła, ale Colton wrócił spojrzeniem do autostrady i nie widział jej ataku paniki. Wyjrzała przez okno. Gdy tylko wspomniał o domu w Paradise Valley, wiedziała, co ma zrobić. Jej dziadek miał na tych wzgórzach dom. Któregoś razu oznajmił, że ukrył tam majątek. Nie miała pojęcia, czy było w tym ziarno prawdy, ale musi to sprawdzić. Najpierw powinna pozbyć się tego mężczyzny, by zająć się swoją misją. Jeśli każe mu wysiąść na głównej drodze, będzie miał większą szansę na to, że ktoś inny go zabierze. Sumienie nie pozwoliłoby jej zostawić go na pogórzu, gdzie dzień wędrówki bez zapasu wody w tej temperaturze może oznaczać śmierć.

– Niech pan się zatrzyma – odezwała się głosem, w którym sama słyszała napięcie.

– Co? – Zaśmiał się z niedowierzaniem.

Machnęła rewolwerem.

– Słyszał pan. Niech pan stanie.

Kiedy zjeżdżał na pobocze w chmurze kurzu, zacisnęła wargi. Zatrzymał się, ale nie wyłączył silnika.

– Co teraz? – Spojrzał na nią ze spokojem. – Każe mi pani wysiąść i iść przez pustynię? Tak się nie stanie, moja droga. Poza tym powiedziała pani, że nie może mnie pani wypuścić.

Zmarszczyła czoło.

– Ja… zmieniłam zdanie. Nie potrzebuję pana, tylko samochodu. – Uniosła rewolwer, zła, że ręce jej drżą. – Niech pan wysiada. Nie musi pan iść przez pustynię, tylko wysiąść. W końcu złapie pan jakiś samochód.

Z osłupieniem zobaczyła, że mężczyzna się zaśmiał.

– Nie ma takiej możliwości.

Patrzyła na niego z przerażeniem.

– Zwariował pan? – Pogroziła mu bronią. – Mogę pana zastrzelić.

Szeroko rozłożył ręce.

– Bardzo proszę, miła pani, do dzieła, bo tylko martwy opuszczę moje auto.

– Nie mówi pan poważnie.

– Poważnie jak diabli. – Uderzył ręką w deskę rozdzielczą. – To nowiutki wóz. Cholernie ciężko na niego pracowałem. Za nic go nie porzucę. Jak pani chce mi go zabrać, musi mnie pani zastrzelić.

To nie dzieje się naprawdę. Maddie przetarła oczy, próbując ukryć panikę. Nie może angażować tego mężczyzny w swoje sprawy. Po raz kolejny zerknęła na pustynię, która ciągnęła się do pogórza Sierra Nevada. Nawet gdyby zdecydowała się wysiąść z samochodu, nie pokona na piechotę spieczonej słońcem równiny.

Wróciła spojrzeniem do siedzącego obok mężczyzny. On też patrzył przez okno, postukując palcami po udzie w rytm jakiejś melodii, którą nucił chyba w duchu, jakby nie miał żadnych zmartwień. Jakby nie była w stanie go zastrzelić.

Co akurat było prawdą. Mężczyzna mógł nie wiedzieć, że nie ma prawdziwej broni, a mimo to intuicyjnie wyczuwał, że Maddie brak tego czegoś, co jest konieczne do popełnienia zbrodni z zimną krwią.

Westchnęła sfrustrowana, nie protestując, gdy samochód ruszył.

– W porządku. – Udawała, że wciąż panuje nad sytuacją. – Nie zostawił mi pan wyboru, muszę pana z sobą zabrać.

– Bez żartów. Dokąd to? – zapytał z uśmiechem.

– Niech pan skręci na najbliższym zjeździe do Spotted Canyon.

– Okej – mruknął. – To może się udać. Nadal jedziemy w kierunku Paradise Valley. Podrzucę panią tam, gdzie pani się wybiera, a potem pędzę do siebie.

Omal nie zakrztusiła się na wpół histerycznym śmiechem, ale szybko się opanowała. Ten człowiek myśli tylko o tym, by dotrzeć do swojego domu. Patrzyła przez przednią szybę, ignorując go.

– Więc – podjął lekko – w jaki sposób taka miła dziewczyna znalazła się w tej sytuacji?

Rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie.

– Niech pan zjedzie w prawo.

Spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Jest pani pewna?

To była gruntowa droga, z obu stron otoczona skałami i krzakami. Maddie wiedziała, że powoli wije się w stronę pogórza. Minęło wiele lat, odkąd ostatnio nią jechała, ale nie miała cienia wątpliwości.

– Tak, jestem pewna. A teraz, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, moglibyśmy więcej nie rozmawiać?

– Jasne.

Odetchnęła. Kiedy wsiadła do autobusu w Elko, chciała jechać do Reno i tam zastanowić się, jak uwolnić brata. Potem popełniła głupi błąd i wzięła zakładnika. Nie może wejść do kasyna z tym człowiekiem na muszce. Była bliska rozpaczy. Dopiero gdy mężczyzna wspomniał o domu w Paradise Valley, wiedziała, co zrobi.

Tytuł oryginału: Hard to Hold

Pierwsze wydanie: Harlequin Blaze, 2014

Redaktor serii: Ewa Godycka

Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2014 by Karen Foley

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2015, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-2903-6

Konwersja do formatu EPUB:
Legimi Sp. z o.o.