Strona główna » Obyczajowe i romanse » Zamki na piasku

Zamki na piasku

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-372-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Zamki na piasku

"KSIĄŻKA ROKU 2012 THE WASHINGTON POST, LIBRARY JOURNAL I KIRKUS REVIEW! Rok 1915. Młoda bogata Amerykanka Elizabeth przyjeżdża do Aleppo w ramach misji humanitarnej, której celem jest dostarczenie żywności i lekarstw, a także niesienie pomocy medycznej uchodźcom ocalałym z Rzezi Ormian. Na miejscu Elizabeth poznaje Armena, młodego ormiańskiego inżyniera, który właśnie stracił żonę i maleńką córeczkę. Wkrótce Armen opuszcza Aleppo i wyrusza do Egiptu, by tam wstąpić w szeregi Armii Brytyjskiej. Rozłąka sprawia, że Armen uświadamia sobie, że jest zakochany w Elizabeth. Wiele lat później ich amerykańska wnuczka Laura odbiera telefon, pod wpływem którego postanawia zagłębić się w losy swojej rodziny i poznać swoje ormiańskie korzenie. Dzięki temu odkrywa historię o miłości, stracie i bolesnej tajemnicy skrywanej od pokoleń. Chris Bohjalian. Pisarz, autor 18 książek, z których większość trafiła do zestawienia bestsellerów „The New York Times”. Jego powieści przetłumaczono na 30 języków, a trzy z nich zekranizowano. W Polsce nakładem wydawnictwa Sonia Draga ukazały się do tej pory powieści Sekrety Edenu, Wojna uczuć i Bez wyjścia. Autor tekstów dla m.in. „The Washington Post”, „Cosmopolitan” czy „Reader's Digest”. Wielokrotnie nagradzany nie tylko za osiągnięcia literackie, ale również za działalność edukacyjną związaną z dziedzictwem kulturowym Ormian. [ten cytat proszę przenieść nad biogram]  „Historia gęsto utkana z wątków dotyczących przeszłości i teraźniejszości, bestialstwa i człowieczeństwa, zagłady i odkupienia. Fascynująca”. The Washington Post"

Polecane książki

Tematyka wzrostu gospodarczego była wielokrotnie podejmowana w literaturze ekonomicznej, zarówno od strony teoretycznej, jak i empirycznej, jednak wciąż pozostaje jednym z najważniejszych przedmiotów zainteresowania ekonomistów. Przyczyną tego niegasnącego zainteresowania jest bez wątpienia fakt, że...
Jak na zawsze pozbyć się niechcianych włosków? Pewnie wiesz jak to jest z depilacją. Depilujesz - boli, nieobce Ci są podrażnienia i problem wrastających włosków. Włoski ciągle odrastają i stale musisz z nimi walczyć. Mam dla Ciebie poradnik, z którego dowiesz się, jak łatwo możesz to zmienić, stosu...
Portret artysty w wieku młodzieńczym Jamesa Joyce’a to historia dojrzewania młodego wrażliwego człowieka, który zmagać się musi z zaściankową rodziną, represyjną religią i anachronicznym nacjonalizmem. To również wydarzenie w języku, nowe spojrzenie na literaturę. Jedna z najważniejszych powieści XX...
Uwolniona po wiekach, potężna siła zagraża globalnemu bezpieczeństwu. Klucz do rozwiązania zagadki kryje się w nieznanym liście Benjamina Franklina. Ale to tylko jeden z sekretów Białego Domu... Jaskinia w Górach Skalistych. Setki zmumifikowanych zwłok. Prawo do nich rości sobie indiańska społeczno...
Nie jest to książka o Leśmianie, lecz o wielu „Leśmianach” jako tworach krytycznoliterackiej imaginacji. Przedstawia proces wcielania się twórczości poety w dyskurs krytyczny – proces długotrwały, bo zapoczątkowany ponad sto lat temu i nadal niezakończony, a przy tym przebiegający w zmiennym tem...
Trzecia część trylogii FIREBIRD Claudii Grey ‒ bestsellerowej autorki New York Timesa. Połączenie gorącego romansu z powieścią akcji i science fiction. Niezwykła podróż po złożonych zakrętach alternatywnych światów i osobowości, gdzie los jest nieunikniony, prawda nieuchwytna, zaś miłość pozostaje n...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Chris Bohjalian

Tytuł oryginału:

THE SANDCASTLE GIRLS

Copyright © 2012 by Chris Bohjalian

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Translation Support by

Ministry of Culture of the Republic of Armenia

within the framework of

Armenian Genocide Centennial Program

Tłumaczenie otrzymało wsparcie

Ministerstwa Kultury Republiki Armenii

w ramach

Programu upamiętniającego stulecie Ludobójstwa Ormian

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bogumiła Pasionek-Szachnowska

Korekta: Natalia Karpińska, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-372-7

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Pamięci mojej teściowej Sondry Blewer (1931-2011)

i mojego ojca Arama Bohjaliana (1928-2011).

Sondra nakłoniła mnie do napisania tej powieści, a ojciec

pomógł znaleźć inspirację.

„Niczym heretycy zaspokajaliśmy

naszą potrzebę przyjrzenia się

horrorowi przeszłości,

uwieczniając go

szerokokątnym obiektywem”

„Pytasz mnie: Jeśli nie ma nikogo, kto mógłby wysłuchać tej historii,

to co pozostaje? Zbliżenie sufitu w kolorze jak z obrazów Duccia?”

– PETER BALAKIAN„Sarajewo” (z tomu Ziggurat)

Prolog

Kiedy ja i mój brat bliźniak byliśmy małymi dziećmi, dziadek brał nas na kolana, najpierw jedno, potem drugie. Chwytał mnie i brata za typowe dla maluchów wałeczki tłuszczu, które niczym lina oplatały nasze talie, i lekko podrzucając nas do góry, mruczał: „Co to za wielki brzuszek”. Oczywiście był to z jego strony czuły, pełen pobłażliwości gest, a nie subtelna aluzja dotycząca naszej wagi – wcale nie dawał nam do zrozumienia, że jeśli nie zrzucimy kilku kilogramów, będzie się nami musiała zająć fundacja Jenny Craig. Należy jeszcze wspomnieć o jednej kwestii. Otóż mój brat, kiedy tak podskakiwał na dziadkowych kolanach, z reguły miał na sobie biały golf i czerwone aksamitne pumpy. Matka często go tak ubierała, gdy szliśmy z wizytą do dziadków. Jej zdaniem taki właśnie strój nadawał jego wyglądowi brytyjski sznyt, niezbędny przy odśpiewaniu hitu zespołu Herman’s Hermits I’m Henry the VIII, I am z 1965 roku, do czego notorycznie zmuszała go w trakcie tych wizyt. Wprawdzie od czasów, gdy utwór cieszył się popularnością, minęły już cztery lata, ale że akurat wtedy przyszliśmy na świat, matka z jakichś niepokojąco edypalnych pobudek uznała, że to „ich piosenka” – czyli nasza.

Wyobraźcie sobie: grubas w czerwonych pumpach śpiewający hit Herman’s Hermits z fatalnym brytyjskim akcentem. Aż dziw, że nie został przez nikogo pobity.

Ja z kolei miałam w repertuarze piosenkę Both Sides Now, odrobinę nowszą, bo powstałą w 1968 roku, ale równie nieodpowiednią. Jako czteroletnia dziewczynka nie zdążyłam wyrobić sobie absolutnie żadnego zdania na temat miłosnych złudzeń. Byłam za to obdarzona, pomimo całkiem sporej porcji ormiańskiego DNA, burzą blond loków, co sprawiło, że matka uczepiła się wersu o kaskadach anielskich włosów. Ubierała mnie w niebieską minispódniczkę i białe lakierowane kozaki ze skóry. W tym stroju raczej nie groziło mi pobicie, ale nie mogę się nadziwić, że żaden pracownik opieki społecznej nigdy nie zwrócił jej uwagi, iż ubiera swoją czteroletnią córkę jak prostytutkę.

Mój dziadek – tak samo zresztą jak babcia, choć pewnie z całkiem innych powodów – nie miał bladego pojęcia o rock and rollu, toteż zupełnie nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co myślał o swoich wnukach w strojach rodem z American Bandstand1. Poza tym, gdyby rok 1969 opatrzyć ścieżką dźwiękową, z pewnością opierałaby się na nagraniach z Woodstock, a nie na hitach Herman’s Hermits czy Judy Collins. Tak czy owak, jedyne dźwięki, jakie słyszałam tamtego roku w domu dziadków – oczywiście oprócz traumatycznego refrenu wydobywającego się z gardła mojego brata, który brzmiał mniej więcej tak: „Każdy był jakimś Hendrykiem (Hendrykiem!)” – płynęły z lutni oud. Dziadek wygrywał na niej ludowe pieśni ormiańskie albo szarpał jej struny jak wariat, akompaniując mojej ciotce, podczas gdy ta wykonywała dla nas taniec brzucha. Dlaczego to robiła, do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą. Ormianki wykonywały taniec brzucha jedynie wtedy, gdy trafiały do haremu szejka, kiedy stawały przed wyborem: umrzeć na pustyni albo pozwolić zrobić sobie tatuaże i nauczyć się kołysać biodrami. I możecie mi wierzyć, nigdy nie zobaczycie żadnej ormiańskiej dziewczyny trzęsącej brzuchem w programie So You Think You Can Dance.

Zarówno owe tańce mojej ciotki, jak i pełen czułości stosunek dziadka do wnuków mogłyby świadczyć o tym, że w jego domu panowała pogodna, radosna wręcz atmosfera. Rzeczywiście czasami tak było. Ale równie często w powietrzu unosiła się aura smutku, tajemnicy i melancholii. Nawet będąc dzieckiem, podczas tych wizyt wyczuwałam jakieś podskórne brzemię straty.

Taniec brzucha mógłby też wskazywać na egzotyczny wymiar mojego dzieciństwa. Nic bardziej mylnego. Wiodłam typowy, podmiejski żywot, czy to w eleganckiej dzielnicy, której mieszkańcy dojeżdżali do pracy na Manhattan, czy też w Miami na Florydzie. Za to dom moich dziadków stanowił prawdziwą odmianę. Ciotka faktycznie uprawiała taniec brzucha, dopóki nie przekroczyła czterdziestki; do tego dochodziły prawdziwe fajki wodne (już nieużywane, o ile mi wiadomo), kunsztownie zdobione orientalne dywany i grube księgi w skórzanych oprawach, pisane alfabetem, którego nawet nie miałam szansy rozszyfrować. A wszystko to spowite było zapachem jagnięciny i mięty, ponieważ dziadek nie chciał jeść nic innego, tylko kotlety; nawet na śniadanie musiał być kotlet z jagnięciny, a do tego wielka miska płatków kukurydzianych i czekoladowych kulek z jogurtem zamiast mleka. Dziadek uwielbiał amerykańskie płatki kukurydziane. Można powiedzieć, że to było takie jego kulinarne dziwactwo, które zresztą babcia przyjęła z miłą chęcią, gdyż ów nawyk znacznie ułatwiał jej życie. Smażąc poranny kotlet, mawiała, że śniadanie dziadka to iście „królewski posiłek”. Gdy byłam małą dziewczynką, każde danie zawierające jagnięcinę uważałam za „królewski posiłek”.

A jednak, mimo iż dziadkowie rozpoczynali dzień od wielkiej miski czekoladowych kulek, w ich domu panowała niezmiernie oficjalna atmosfera. Dziadek, podobnie jak wielu imigrantów, którzy przybyli do Ameryki na początku dwudziestego wieku, nie zdołał nabrać swobody właściwej przedstawicielom białej anglosaskiej elity. Stanowił dokładne przeciwieństwo swoich prezbiteriańskich krewnych z Bostonu (to właśnie ich genom zawdzięczam blond włosy). Dopiero gdy był już umierającym, przykutym do łóżka staruszkiem, jego garderoba ograniczyła się do piżamy i szlafroka w szkocką kratę. Ale zanim to nastąpiło, nie pamiętam, żeby miał na sobie co innego niż koszulę, kamizelkę i krawat. I tylko w nielicznych sytuacjach, na przykład gdy grał na swojej ukochanej lutni, przycinał żywopłot albo czyścił piec w piwnicy, zdejmował marynarkę, ale nawet wtedy nie rezygnował z eleganckiej białej koszuli. Był typem mężczyzny, który nigdy nie założyłby tenisowego swetra z wycięciem w serek. Moje wspomnienia dotyczące jego ubioru potwierdzają liczne fotografie w starych rodzinnych albumach: prawie na każdej z nich dziadek ma na sobie garnitur. Jest nawet cała seria zdjęć z wakacji w domku nad jeziorem leżącym na północy stanu Nowy Jork. Fotografie przedstawiają dziadka, który siedzi w wysokiej trawie z wyciągniętymi przed siebie nogami. Plecami opiera się o stół piknikowy i oczywiście ubrany jest w szary prążkowany garnitur. Na jednym ze zdjęć przy stole obok niego siedzą także inni ormiańscy mężczyźni w szarych i czarnych garniturach, a przed nimi, na drewnianym blacie leży sterta zamkniętych futerałów na skrzypce i lutnie. Wyglądają jak zbiegli gangsterzy żywcem wyjęci z czasów prohibicji.

Co ciekawe, już w 1928 roku, kiedy dziadek budował elegancki ceglany dom na przedmieściach Nowego Jorku – a trzeba zaznaczyć, że ze wszystkich domów, w jakich mieszkali moi bliżsi i dalsi krewni, ten podobał mi się najbardziej – był niemal tak samo łysy jak staruszek, którego pamiętam z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Aż do jego śmierci w 1976 roku żyłam w przeświadczeniu, iż dziadek od urodzenia był seniorem. Dopiero na jego pogrzebie ojciec wyprowadził mnie z błędu.

– Nie, Lauro. Twój dziadek nie urodził się stary.

Tamtego wieczora, gdy po stypie wróciliśmy do domu w Bronxville, ojciec po raz pierwszy opowiedział mi trochę o młodości dziadków. Wkrótce dowiedziałam się więcej od mojej babci. I tak, choć zaczęłam tę opowieść od wydarzeń, które miały miejsce w 1969 roku, równie dobrze mogłam wybrać rok 1976. Albo cofnąć się o ponad pół wieku i rozpocząć ją w punkcie, z którego biorą swój początek wszystkie ormiańskie opowieści, czyli w 1915 roku.

Rok 1915 był rokiem Nikomu Nieznanej Rzezi. Właśnie zbliża się jej rocznica, setna rocznica. Jeśli nie jesteś Ormianinem, zapewne niewiele ci wiadomo na temat deportacji i ludobójstwa Ormian. Na temat śmierci półtora miliona cywilów. Metz Yeghern. Wielkiej Katastrofy. Raczej nie mówią o tym w szkołach i z pewnością nie piszą w książkach, które czytamy przed snem. Żeby jednak lepiej zrozumieć moich dziadków, jakaś podstawowa wiedza niewątpliwie by się przydała (wyobraźcie sobie grube tomiszcze w miękkiej, żółto-czarnej okładce pod tytułem Ludobójstwo Ormian dla opornych albo telewizyjny program edukacyjny). Wiele lat temu próbowałam o tym pisać, choć ani słowem nie wspomniałam o moich dziadkach. Jedyna kopia rękopisu leży w archiwum mojej uczelni, razem z innymi papierami ze studiów. W ogóle nie byłam zadowolona z tej książki i nawet jej nie pokazałam swojemu wydawcy. Przeczytał ją tylko mój mąż i ocenił identycznie jak ja: totalna katastrofa. Nic nie wyszło tak, jak chciałam. Nadałam jej zbyt chłodny, zbyt zdystansowany ton. Jego zdaniem zamiast pisać w ten sposób, powinnam była bez żadnych skrupułów wykorzystać historię moich dziadków. W końcu oboje byli naocznymi świadkami tamtych zdarzeń…

Ale wtedy jeszcze ani on, ani ja nie znaliśmy szczegółów ich historii. Kiedy po latach dowiedzieliśmy się prawdy, zmienił zdanie co do mojego moralnego prawa opisywania horroru, jaki przeżyli. Ja jednak zdążyłam popaść w obsesję na tym punkcie i nic już nie mogło mnie powstrzymać.

I tak oto rozpoczynam dziś opowieść o losach moich dziadków, po raz kolejny skupiając uwagę na zakątku świata, którego większość z nas nie potrafiłaby odnaleźć na mapie, oraz na wycinku historii, kiedyś tak dobrze znanym, a dziś niemal całkowicie pogrążonym w odmętach zapomnienia. Najpierw wyobrażam sobie pasma gór we wschodniej Turcji. Potem przychodzi kolej na wioskę leżącą w pobliżu malowniczego miasta Van i przepięknego jeziora o tej samej nazwie. Przed oczyma staje mi plaża nad Cieśniną Dardanelską. I dom w bostońskiej dzielnicy Back Bay. Ale najczęściej widzę Aleppo i surową Pustynię Syryjską, otaczającą miasto.

W takiej wersji historia moich dziadków przypomina prawdziwą sagę. Pewnie nie powinnam opowiadać jej w ten sposób. Ale wydaje mi się, że z dzisiejszej perspektywy losy każdej rodziny żyjącej w 1915 roku – w czasach, na które spoglądamy poprzez mgiełkę czarno-białych fotografii czy niemego kina, gdzie na porysowanej, gruboziarnistej taśmie filmowej ludzkie ruchy są nienaturalnie gwałtowne – będą miały epicki wymiar. Ja sama wcale nie postrzegam historii mojej rodziny jako wielkiej epopei. Gdybym musiała przyporządkować ją do jakiejś kategorii, prawdopodobnie wybrałabym romans. Albo raczej, patrząc na zdjęcia z dzieciństwa, na których razem z bratem pozujemy w salonie rodem z sekcji otomańskiej Metropolitan Museum of Art – ja w białej minispódniczce, a on w tych swoich czerwonych aksamitnych pumpach – może nawet zdecydowałabym się na komedię.

Ale czy taki wybór byłby stosowny w przypadku moich dziadków w 1915 czy 1916 roku? Ich saga wyglądała zupełnie inaczej. Gdy się spotkali, moja babcia była na misji, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Można powiedzieć, że w owym czasie ta młoda dama, pochodząca z jednej z tych najbardziej wyniosłych i zadzierających nosa rodzin w Bostonie, nie bardzo potrafiła nadać kierunek swojemu życiu. Dzięki bostońskim dobroczyńcom zrzeszonym w organizacji Przyjaciele Armenii opanowała podstawy tureckiego i liznęła nieco ormiańskiego. Uzbrojona w świeżo uzyskany dyplom ukończenia Mount Holyoke College oraz umiejętności zdobyte na przyspieszonym kursie pielęgniarstwa, wybrała się wraz z ojcem w podróż do istnego piekła na ziemi, gdzie na własne oczy ujrzała rzeź, głód i chorobę.

Z kolei dziadek, któremu udało się przetrwać tę samą rzeź, głód i chorobę, lecz stracił niemal całą swoją rodzinę, postanowił wreszcie wziąć odwet. Zaciągnął się do armii i podjął walkę u boku ludzi, którzy mieli niewielkie pojęcie o Armenii i którym zależało na odniesieniu zwycięstwa nad konającym imperium z przyczyn niemających nic wspólnego z krwawymi porachunkami rodzinnymi.

Tak więc ani dziadek, ani babcia raczej nie dostrzegliby nic romantycznego, a już na pewno nie komicznego w tym wszystkim, czego doświadczyli latem 1915 roku. I jestem pewna, że gdyby musieli przyporządkować swoją historię do jakiejś kategorii, oboje wybraliby tragedię.

Część PierwszaRozdział 1

Młoda, dwudziestojednoletnia kobieta ostrożnie stawia kroki, idąc ulicą u boku swojego ojca. Włosy i twarz zasłania szalem. Towarzyszy im energiczny jegomość mniej więcej w wieku jej ojca, niejaki Ryan Donald Martin, amerykański konsul rezydujący tu, w Aleppo. Mężczyźni wybierają okrężną drogę naokoło placu u podnóża cytadeli, ponieważ chcą jej oszczędzić widoku deportowanych, którzy dotarli tu zeszłej nocy – niebawem i tak będzie miała z nimi do czynienia. Mimo to kobieta czuje, że zaraz zrobi jej się niedobrze. Odór gnijącego ciała i smród ekskrementów w lipcowym upale są niczym spiskowcy w zmowie przeciwko jej żołądkowi, który ma się teraz nawet dużo gorzej niż podczas podróży przez Atlantyk przed kilkoma tygodniami. Jest jej duszno, nogi się pod nią uginają. Wyciąga dłoń, by wesprzeć się na ojcowskim ramieniu. W odpowiedzi ojciec delikatnie klepie ją po ręce, jakby tym niezdecydowanym, roztargnionym gestem chciał dodać jej otuchy.

– Panno Endicott, może chce pani odpocząć? – pyta konsul. – Nie wygląda pani najlepiej. – Kobieta podnosi na niego wzrok. Jego wielkie, brązowe oczy są nieco rozbiegane, a po obu stronach twarzy spływają mu cienkie strużki potu. Ma na sobie beżową, lnianą marynarkę, z pewnością o niebo wygodniejszą od szarego, wełnianego garnituru jej ojca. Kobieta wolną ręką dotyka własnej twarzy, która także jest wilgotna. Na pytanie konsula odpowiada skinieniem głowy. Tak, musi na chwilę usiąść, choć wstyd jej się do tego przyznać. A może jednak nie będzie to konieczne, zwłaszcza że nie bardzo widzi, gdzie mogłaby spocząć na tej brudnej, nędznej ulicy. Lecz Ryan, nie czekając ani chwili, bierze ją pod ramię, prowadzi w stronę schodów wiodących na taras przed jednym z domów po ocienionej stronie wąskiej ulicy, po czym gołymi rękami wyciera szeroki stopień, by mogła na nim usiąść. U szczytu schodów znajdują się rozklekotane drewniane drzwi, szczelnie zamknięte przed porannym skwarem. Ten, kto za nimi mieszka, chyba nie będzie miał nic przeciwko, jeśli chwilę odpocznie przed wejściem. Siada więc i bierze głęboki oddech. Powoli wciąga powietrze ustami, przyglądając się kobietom w chustach i długich, luźnych sukniach – niektórym widać tylko oczy spod burki – oraz mężczyznom w długich, ozdobnych marynarkach, obszernych, bezkształtnych spodniach i przypominających doniczki fezach. Niektórzy spoglądają na nią życzliwie, ze współczuciem, inni rzucają jej bezwstydne, pożądliwe spojrzenia. Została ostrzeżona.

– Mamy dziś przyjemny wietrzyk – stwierdza wesoło Ryan. Nieco chłodniejszy powiew powietrza rzeczywiście daje jej odrobinę wytchnienia, lecz wraz z nim niesie się smród znad miejskiego placu. – Zanim pani przyjechała, upał był po prostu nie do zniesienia.

Ona jednak nie potrafi sobie wyobrazić jeszcze większej spiekoty. W tej chwili wyższa temperatura wydaje jej się po prostu niemożliwa. Aczkolwiek, mimo upału wczorajszej nocy w mieszkaniu, które zajmują, poczuła się niespodziewanie komfortowo, zwłaszcza po wielu tygodniach spędzonych na pokładzie statku, po których nastąpiła przesiadka do zaprzężonego w konie powozu, który potem jeszcze zamienili na dwa kolejne pociągi z wagonami wyposażonymi jedynie w drewniane ławki. Mimo nagrzanego powietrza niemal pół godziny spędziła, stojąc przy oknie w środku nocy i spoglądając na rzędy posągowych cyprysów porastających wzgórze, widoczne poza granicami amerykańskiego konsulatu, a także na altany ocienione koronami drzew rosnących na terenie ośrodka. Na niebie świeciło więcej gwiazd niż kiedykolwiek nad Bostonem, a zawieszony pośród nich sierp księżyca sprawiał wrażenie, jakby znajdował się niesamowicie blisko ziemi, i był to doprawdy piękny widok.

Jej ojciec, z rękami skrzyżowanymi na piersiach i surowym wyrazem twarzy, uważnie przygląda się rzędom dwupiętrowych budynków w kolorze piasku, wiodących po łuku do wylotu jednej z uliczek. Nagle jego córka widzi, jak odchyla do tyłu ramiona i prostuje plecy. Ryan, dostrzegłszy to samo co on, mamrocze pod nosem, jednak na tyle głośno, że jest w stanie go usłyszeć:

– Jezu Chryste! Nie, już wystarczy.

Obaj spoglądają na nią w tym samym momencie, uświadamiając sobie, że nic nie mogą zrobić. Że nie ma absolutnie żadnego sposobu, by ochronić ją przed tym, co za chwilę nastąpi. Ale czyż nie przyjechała tu właśnie z tego powodu? Przecież sama zgłosiła się na ochotnika, by uczestniczyć w tej misji. Żeby prowadzić kronikę wydarzeń dla Przyjaciół Armenii i żeby zostać wolontariuszką w szpitalu – jednym słowem robić wszystko, żeby pomóc tym ludziom. Mimo to obaj mężczyźni czują narastającą falę zażenowania, które spływa po nich niczym pot. Co ciekawe, przynajmniej z jej punktu widzenia, są równie zakłopotani, co zniesmaczeni całą tą sytuacją. Gdyby znaleźli się tutaj sami – zostawiając ją w ośrodku – z pewnością doświadczyliby jedynie uczucia gniewu. Opiera więc dłoń o zaskakująco chłodną ścianę i wstaje.

Z drugiego końca ulicy wyłania się kolumna ledwo powłóczących nogami starych kobiet. Same Afrykanki, co niezmiernie ją dziwi. Ten widok wręcz ją paraliżuje, ale nie może oderwać wzroku. Przywodzi jej na myśl rysunki i obrazy przedstawiające amerykańskie targi niewolników z połowy dziewiętnastego wieku, ale o ile ją pamięć nie myli, ukazani na nich ludzie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, zawsze mieli na sobie ubrania, nawet jeśli były to tylko łachmany. W przeciwieństwie do nich te kobiety są całkiem nagie, od stóp do głów, z których zwisają długie kołtuny czarnych włosów. I to właśnie włosy, długie i proste, choć niemożliwie rozczochrane i aż lepiące się od brudu, uświadamiają jej, że te kobiety są białe – a przynajmniej kiedyś były – i w dodatku całkiem młode. Wiele z nich ma tyle lat co ona, niektóre być może jeszcze mniej. Ale żadna nie pamięta już, co to wstyd. Jest im wszystko jedno. Czerń swojej skóry zawdzięczają parzącym promieniom słońca albo ziemi, na której spały. Ich ciała pokryte są strupami i otwartymi, ropiejącymi ranami, które cuchną tak bardzo, że czuć je nawet z tej odległości. I kiedy tak się wleką chwiejnym krokiem, przypominają konające dzikie zwierzęta. Niektóre opierają się o ściany, żeby nie upaść. Pierwszy raz w życiu widzi tak wychudzonych ludzi i nie może pojąć, jakim cudem są w stanie utrzymać się na tych obleczonych skórą kościach. Ich zapadnięte klatki piersiowe giną między żebrami. Sterczące miednice przypominają kosze.

– Nie musisz na to patrzeć, Elizabeth – mówi ojciec, ale ona go nie słucha. Nie odwraca wzroku.

Kobiety pędzi przez miasto sześciu młodych mężczyzn. Dwóch, którzy wyglądają na równie wykończonych jak one, jedzie na koniach, pozostałych czterech maszeruje wzdłuż kolumny. Każdy z nich ma przewieszony przez ramię karabin. Oni też nie wydają się starsi od Elizabeth, a dwaj znajdujący się w pobliżu niej mogą mieć co najwyżej po szesnaście lat. Widać, że dopiero co puścił im się lekki wąsik, stanowiący w ich przekonaniu atrybut dojrzałego mężczyzny.

Kiedy cała ta grupa prawie już zrównuje się z Elizabeth, jej ojcem i konsulem, żandarmi kierują kobiety w stronę wąskiej uliczki prowadzącej na plac u stóp cytadeli, gdzie dołączą do reszty przebywających tam od wczoraj deportowanych. Mężczyźni są zmęczeni i łatwo wyprowadzić ich z równowagi. Biją kobiety, gdy któraś idzie zbyt wolno lub porusza się zbyt ociężale. Szarpnięciem za włosy stawiają na nogi te, które upadły na ziemię. Elizabeth próbuje je liczyć, zanim znikną za zakrętem, lecz odruchowo odwraca głowę, gdy jej wzrok krzyżuje się ze spojrzeniem jednego z tych chodzących szkieletów. Mimo to udaje jej się oszacować liczbę kobiet. Jest ich co najmniej sto dwadzieścia pięć. Zupełnie nieświadomie wypowiada tę liczbę na głos.

– Zapewniam panią, panno Endicott, że kiedy opuszczały Zejtun czy Adanę, było ich ponad tysiąc – mówi Ryan.

– Czemu Turcy zabrali im ubrania? – pyta go.

Konsul potrząsa głową.

– Zazwyczaj tego nie robią, no chyba że mają zamiar kogoś zabić. Czasami rozbierają mężczyznę tuż przed egzekucją, ponieważ uważają, że ubranie osoby umarłej jest odzieniem zbrukanym. Nie mam jednak pojęcia, co nimi kierowało w tym przypadku. Może chcieli poniżyć tych, którzy zdołali przetrwać. A może uznali, że dzięki temu szybciej powymierają od samego słońca. Ale nie ma co się w tym wszystkim doszukiwać jakiegokolwiek sensu.

– A gdzie są mężczyźni?

Konsul delikatnie przeciera czoło chusteczką.

– Można uznać, że po prostu nie żyją. Albo ich… – przerywa w pół zdania, milknąc pod piorunującym spojrzeniem ojca Elizabeth, który chce wprowadzać córkę w ten świat stopniowo. Krok po kroku. Opowiadał jej już trochę podczas podróży statkiem. Rozmawiali też w pociągu. Ale bardzo ogólnikowo, głównie o historii państwa osmańskiego.

Pod koniec miesiąca przybędą tu jeszcze dwaj lekarze i od razu rozpoczną pracę. Do ośrodka wróci też wraz z nimi doświadczona misjonarka Alicia Wells. Właśnie dostali od nich telegram, w którym zawiadamiają, że wypłyną z Bostonu z opóźnieniem. W dodatku być może będą musieli obrać okrężny kurs z powodu czających się na morzu U-Bootów. Niestety dla niektórych trafiających tu ocalałych kobiet takie dwu- lub trzytygodniowe opóźnienie może okazać się tragiczne w skutkach. Kiedy lekarze wreszcie dotrą na miejsce, ich dawno już tu nie będzie. Do tego czasu zostaną wyprowadzone z powrotem na pustynię do obozów przesiedleńczych na południowym wschodzie. To samo spotka grupę kobiet i dzieci, które na uginających się nogach odbyły podróż z pustyni do miasta i od wczoraj przebywają na placu.

Elizabeth nie potrafi sobie wyobrazić, w jaki sposób mogłaby im pomóc, ba, jak ktokolwiek na tym bożym świecie mógłby im pomóc. Jednak po chwili odpoczynku, gdy dochodzi do siebie, razem z ojcem i konsulem postanawiają, że zamiast dyskutować podczas lunchu na temat warunków panujących w Aleppo oraz omawiać plany związane z przyjazdem pozostałych członków misji, lepiej będzie, jeśli udadzą się na plac za tymi wynędzniałymi kobietami i sprawdzą na miejscu, co da się dla nich zrobić.

Ryan Martin wyrusza na poszukiwanie czegokolwiek, czym mogłyby się okryć nagie kobiety, ale gdy wraca z całym wózkiem postrzępionych sukienek i bluzek – będących pozostałością po trupach deportowanych Ormianek, które przed śmiercią trafiły tego lata do Aleppo – okazuje się, że zostały one już odziane przez współtowarzyszki. W tym czasie Elizabeth wraz z pielęgniarką ze szpitala wyskubują robaki pokrywające ich skórę i opatrują ziejące rany na udach, kostkach i stopach. Tym z niezbyt głębokimi poparzeniami słonecznymi aplikują niewielkie, ściśle wydzielone porcje galmanowej płukanki, a także oliwy z oliwek. Kobietom poparzonym zwłaszcza na ramionach i plecach, skąd zeszła im cała skóra, podobnie jak wężom, które zrzucają zrogowaciałą warstwę naskórka, delikatnie przemywają rany. W ciągu zaledwie kilku minut kończy im się wielka butla jodyny, przyniesionej przez pielęgniarkę. Elizabeth częstuje je wodą i zupą z kaszy bulgur, bo tylko to ma w tej chwili pod ręką. Może jutro pojawi się chleb. Czuje się całkowicie bezradna. Kiedy uczęszczała na kurs pielęgniarski w Bostonie, nikt nie przygotował jej na to, że będzie miała do czynienia z dyzenterią. Z gangreną. Ze stopami z kośćmi popękanymi od wielotygodniowej, bosej wędrówki; ze spuchniętymi, pokiereszowanymi, zdeformowanymi palcami i piętami.

Większość kobiet tłoczy się w prowizorycznych namiotach składających się z płacht płótna mocno naciągniętego na niezbyt stabilne drewniane pale. Jest ich jednak tyle, że nie dla wszystkich starcza miejsca, więc kiedy tylko słońce schodzi niżej, rzucając gdzieniegdzie długie smugi przyjemnego cienia, wylewają się na zewnątrz. Dzieci – w tej grupie deportowanych tylko wśród nich można spotkać przedstawicieli płci męskiej – przypominają jej martwe pławikoniki, które widziała kiedyś na jednej z plaż Cape Cod. Zwinięte w kłębek leżą na boku, a ich drobne kości wydają się tak kruche i jednocześnie tak ostre jak pancerze wysuszonych koników morskich. Mniej więcej czterysta metrów dalej znajduje się szpital, co prawda dość prymitywny w odniesieniu do bostońskich standardów, ale to wciąż szpital. Elizabeth czuje, jak ogarnia ją wściekłość na myśl o tym, iż nie ma w nim miejsca dla tych kobiet i że do tej pory ani jeden lekarz nie wyszedł z budynku, żeby udzielić im pomocy. Ryan próbuje ją uspokoić. Większość łóżek, tłumaczy konsul, zajmują właśnie armeńskie kobiety i dzieci, lecz tak czy owak to, co widzi tu, na zewnątrz, sprawia, że w duchu aż gotuje się ze złości.

Ku zaskoczeniu Elizabeth całkiem spora grupa spośród deportowanych kobiet mówi po angielsku lub francusku. Większość jest w tej chwili zbyt wycieńczona i nie ma siły rozmawiać, lecz jedna z nich, która wygląda na pięćdziesiąt lat, choć Elizabeth podejrzewa, że w rzeczywistości ma połowę mniej, biorąc od niej miskę zupy i podnosząc ją do ust, niemal szeptem wypowiada po angielsku słowo „dziękuję”.

– Nie ma za co – odpowiada Elizabeth. – Żałuję, że nie mamy nic bardziej pożywnego.

– Jest pani Amerykanką – zauważa kobieta, wzruszając ramionami.

– Tak. Mam na imię Elizabeth.

– A ja jestem Nevart – przedstawia się Ormianka. Elizabeth powoli powtarza w myślach to imię. Obok kobiety śpi mała dziewczynka. Z każdym oddechem jej obojczyk lekko faluje. Wygląda na siedem, może osiem lat.

– A skąd dokładnie pani pochodzi? – pyta kobieta.

– Z Bostonu. W stanie Massachusetts. – Elizabeth spogląda na paznokcie Nevart. Są brązowe, tak samo jak jej skóra. – Jedz zupę powoli, małymi łykami – dodaje.

Ormianka odpowiada skinieniem głowy i stawia sobie miskę na kolanach.

– Wiem, gdzie jest Boston. Przed chwilą słyszałam, jak mówiła pani po ormiańsku. Dobrze zna pani ten język?

– Odrobinę. W zasadzie tyle co nic. Znam głównie słownictwo. Pojedyncze słowa, nie gramatykę – wyjaśnia Elizabeth. – A gdzie ty nauczyłaś się angielskiego?

– Mój mąż studiował w Londynie. Był lekarzem.

Elizabeth zastanawia się nad tym, co właśnie usłyszała. Próbuje sobie wyobrazić ten wrak człowieka wiodący żywot w Anglii. Nevart, jak gdyby czytała w jej myślach, kontynuuje opowieść:

– Nie towarzyszyłam mężowi w czasie studiów. Owszem, byłam w Londynie, ale tylko z wizytą. – Nevart ciężko wzdycha i spogląda Elizabeth prosto w oczy. – Ja nie umrę – mruczy pod nosem, a w jej tonie słychać niemal nutę rozczarowania.

– Nie, oczywiście, że nie umrzesz. Jestem tego pewna. – Elizabeth ma nadzieję, że jej słowa brzmią pokrzepiająco, choć wcale nie jest o tym przekonana.

– Tylko tak pani mówi. Ale ja to wiem na pewno. W końcu byłam żoną lekarza. Przeżyłam czerwonkę, głód, odwodnienie. Oni mnie… nieważne, co mi zrobili. A ja wciąż żyję.

– To twoja córeczka? – pyta Elizabeth.

Kobieta przecząco kręci głową.

– Nie – odpowiada, delikatnie głaszcząc kark dziewczynki. – Ma na imię Hatoun. I tak samo jak ja jest niezniszczalna.

Elizabeth chciałaby jeszcze wypytać ją o męża, lecz nie ma odwagi. Ten człowiek z pewnością nie żyje. Zastanawia się też, czy Nevart straciła dzieci, ale wie, że z takiego przesłuchania nie wyniknie nic dobrego. Zresztą Ormianka chyba wspomniałaby o swoich dzieciach, gdyby były tu z nią teraz. I gdyby w ogóle żyły.

Ponad ramieniem swojej rozmówczyni dostrzega stojącego nieopodal ojca. Chochlą nalewa zupę z czarnego kotła i podaje kobietom, które są jeszcze w stanie utrzymać się na nogach i zanieść jedzenie do namiotu, gdzie leżą na ziemi ich skrajnie wycieńczone towarzyszki. W tym świetle jego broda i bokobrody, o wiele rzadsze i bardziej siwe niż porastające czubek głowy przerzedzone loki koloru cynamonu, wyglądają tak, jakby były całkiem białe.

Na dniach ma przyjechać dostawa mąki, cukru i herbaty. To pierwszy z dwóch transportów żywności zaplanowany na ten miesiąc, choć Ryan ich ostrzegł, że najprawdopodobniej tylko niewielki odsetek tego, co zamówili, dotrze do Aleppo.

– Dokąd teraz nas zabiorą? – pyta Nevart. – Przyprowadzili nas tutaj, ale przecież nie pozwolą nam zostać.

– Jestem tu dopiero jeden dzień, więc niewiele wiem. Przykro mi.

– Mieszkańcy Aleppo nie chcą nas na swoim placu. A pani by chciała?

– O ile mi wiadomo, w mieście jest sierociniec – odpowiada wymijająco Elizabeth, usiłując jakoś dodać tej kobiecie otuchy. – Ale jeszcze go nie widziałam.

Na twarzy Nevart pojawia się cień gorzkiego uśmiechu.

– O tak, na pewno jest. – Jedną ręką przytrzymuje miskę zupy na kolanach, drugą gładzi Hatoun po głowie. – Wkrótce nie będzie tu nic prócz sierocińców. – Spogląda na dziewczynkę, po czym powoli bierze do ust kolejny łyk zupy.

Ryan Martin uprzedzał Elizabeth, że na pustyni są jeszcze tysiące ludzi. Czasami żandarmi przyprowadzają deportowanych tu, do Aleppo, ale na ogół pędzą ich jeszcze przez tydzień na wschód, wzdłuż Eufratu prosto do obozów, choć, jak podkreślił, słowo „obóz” to nie do końca właściwy termin.

– Z tego, co słyszałem, „rzeźnia” byłaby dużo bardziej trafnym określeniem.

Wszyscy troje siedzą w restauracji na leżących na podłodze poduszkach. Ryan zajmuje miejsce naprzeciwko Elizabeth i jej ojca. Pulchny, niedowidzący na lewe oko chłopak przynosi im w wysokich szklankach wodnisty jogurt z miętą. Z dala od wycieńczonych kobiet i dzieci Elizabeth czuje jednocześnie ulgę i wyrzuty sumienia. Postanowiła towarzyszyć ojcu w podróży do tego zakątka Imperium Osmańskiego, ponieważ uznała, iż będzie to idealne zwieńczenie jej studiów w Mount Holyoke, zwłaszcza że uczelnia posiada filię na terenie wschodniej Turcji. Przed wojną ten ośrodek akademicki prowadził szkołę, a także seminarium duchowne w ormiańskiej dzielnicy miasta Bitlis. Poza tym, gdyby nie fakt, że Europa stała się jednym wielkim polem bitwy, Elizabeth, wzorem swoich starszych kuzynów, pewnie wybrałaby się w wielką podróż do Londynu, Paryża, Rzymu i Berlina. Jeszcze kilka lat temu taka wyprawa byłaby możliwa. Dzisiaj już nie.

– Czy my też tam pojedziemy? – pyta Elizabeth, mając nadzieję, że choć przeszły ją ciarki, głos jej nie zadrżał.

– Do obozów na pustyni? Tak, jeśli w końcu nam pozwolą – odpowiada Ryan. – Ale to nic pewnego. Prowadzę w tej sprawie rozmowy zarówno z gubernatorem generalnym, ichnim wali, jak i z jego pomagierami. Jeśli uda mi się zdobyć wszystkie niezbędne pozwolenia, to będzie niemały wyczyn, może mi pani wierzyć. Turcy nie chcą, by Ormianie otrzymywali jakąkolwiek pomoc z zagranicy. Nie chcą też, żebyśmy na własne oczy zobaczyli, co tam z nimi robią. Do obozów nie wpuścili nawet przedstawicieli Czerwonego Krzyża.

Przy drzwiach wejściowych nagle robi się jakiś ruch. Elizabeth odwraca głowę i widzi dwóch młodych niemieckich żołnierzy, w nieskazitelnie czystych mundurach pomimo lejącego się z nieba żaru. Towarzyszy im Turek ubrany w wełniane spodnie i białą, lnianą koszulę. Żołnierze zdejmują czapki i z pełnym powagi szacunkiem trzymają je na wysokości serca. Zza zasłony oddzielającej salę jadalną od kuchni wyłania się przysadzista kobieta, która jest właścicielką lokalu. Podchodzi do mężczyzn i sadza ich przy niskim stoliku tuż obok amerykańskiego dyplomaty i Endicottów. Żołnierze są blondynami, zaś ich turecki kompan ma włosy koloru smoły i równie ciemne oczy. Ci młodzi Niemcy, podobnie jak wszyscy żołnierze zdaniem Elizabeth, zachowują się beztrosko i krzykliwie. Trochę przypominają jej wielkie, przyjaźnie nastawione psy, które bezmyślnie kładą ubłocone łapy na kanapie. Oczywiście zdaje sobie sprawę z faktu, że zabijają ludzi; przecież właśnie do tego zostali wyszkoleni. Jeden z nich ma nawet długą, wąską bliznę biegnącą przez policzek od ucha do samego nosa, niczym równoleżnik przecinający kulę ziemską. Ale Elizabeth nigdy nie będzie świadkiem aktów przemocy, których pokłosiem są trupy w okopach czy na zawsze oszpecona twarz. Jej jedyny kontakt z żołnierzami ograniczać się będzie do takich właśnie sytuacji: gdy z pełnym życzliwości nastawieniem, jak zwykli turyści, wpadną do baru na kawę, piwo czy – jak ci tutaj – na arak.

– Widzę, że jesteście Amerykanami – zagaduje żołnierz, którego twarz jeszcze nie zdążyła ucierpieć w bitwie. Ma silny niemiecki akcent, ale każde słowo wymawia bardzo starannie. W ciągu ostatniego tygodnia, od chwili, gdy przekroczyła granicę Imperium Osmańskiego, Elizabeth spotkała już kilku Niemców. Ten jest porucznikiem. Wyciąga rękę do jej ojca, który niechętnie podaje mu swoją.

– Mam na imię Erich. To jest Helmut, a to Armen – mówi, wskazując na swoich towarzyszy.

Pan Endicott i Ryan także się przedstawiają, na co żołnierze odpowiadają lekkim skinieniem głowy. Dyplomata okazuje odrobinę więcej entuzjazmu niż ojciec Elizabeth, ale zachowanie obu nie wykracza poza ramy elementarnej grzeczności.

– Moja siostra ma na imię Elli – ciągnie porucznik, najwyraźniej nie dostrzegłszy chłodu w tonie Endicotta. – To tak jak pani, prawda? Czy ktoś na panią mówi Elli? – dopytuje, zawadiacko unosząc brew. – Elli to wyjątkowo piękna kobieta, równie piękna jak pani.

– Owszem, można nazywać mnie Elli – odpowiada Elizabeth, choć wie, że ojciec prawdopodobnie będzie próbował uciąć ten flirt. Mimo to chce podjąć ryzyko. – Jednak do tej pory nikt nie zwracał się do mnie inaczej niż Elizabeth.

– Albo panno Endicott – wtrąca ojciec stanowczym tonem. Wygląda na to, iż zaraz powie coś jeszcze, by dać żołnierzom wyraźnie do zrozumienia, że ich krótka wymiana zdań właśnie dobiegła końca, po czym odwróci się do nich tyłem – nawet jeśli będzie musiał w tym celu wykonać niezgrabny ruch na grubej poduszce. Ale w tym momencie do rozmowy przyłącza się Turek, którego oczy są czarniejsze niż noc.

– Przyjechaliście tu, żeby pomagać Ormianom, tak? – pyta. Jego akcent brzmi inaczej niż pozostałej dwójki.

– Zgadza się – odpowiada ojciec Elizabeth. – Jesteśmy członkami niewielkiej filantropijnej misji.

– Dziękuję – mówi mężczyzna, a w kącikach jego ust pojawia się nieznaczny uśmiech. – Zawsze przyda nam się odrobina… filantropii. – Dopiero teraz do Elizabeth dociera, że to nie żaden Turek, tylko Ormianin. Również Ryan orientuje się, z kim ma do czynienia, i natychmiast odwraca się w jego stronę. Robi to tak gwałtownie, że omal nie strąca kolanem szklanki z jogurtem. Zanim Elizabeth ma szansę znów się odezwać, ubiega ją konsul.

– A więc jest pan Ormianinem! – mówi konsul. – Tak też mi się wydawało, ale nie chciałem być nietaktowny. Pomyślałem, że może źle usłyszałem pańskie imię, gdy nas sobie przedstawiano. Nazywa się pan Armen, prawda? – w głosie konsula pobrzmiewa nuta gorączkowego podniecenia, pojawiająca się zawsze, gdy jest podekscytowany. Elizabeth się zastanawia, czy jej ojciec, z tym swoim chłodnym i zasadniczym sposobem bycia, kiedykolwiek przekona się do Ryana Martina. Ma co do tego poważne wątpliwości.

– Skąd pan pochodzi? – pyta konsul.

– Z Van.

– Naprawdę? Jakim cudem udało się panu stamtąd wydostać?

Armen zwleka z odpowiedzią, jakby zastanawiał się nad tym, ile może wyjawić. Wreszcie wzrusza ramionami, lekko napinając mięśnie twarzy.

– Ja i moi bracia walczyliśmy – mówi bezbarwnym tonem. – Potem, gdy przyszła pora, opuściliśmy miasto. Było nas trzech.

– A pańscy bracia są teraz…?

– Jeden walczy gdzieś z Rosjanami, taki przynajmniej miał zamiar. Drugi nie żyje.

– Przykro mi – mówi Ryan.

– Mnie również jest przykro – odpowiada Armen. I dodaje: – Dziękuję panu.

– A mimo to spędza pan czas w towarzystwie tych dwóch… – konsul przerywa w pół zdania, nie chcąc palnąć czegoś głęboko niestosownego. Na szczęście Niemiec z blizną na policzku, Helmut, wybawia go z tej kłopotliwej sytuacji.

– Niemcy i Turcja są sojusznikami. A Armen jest tureckim obywatelem – wyjaśnia.

– Chociaż, przynajmniej formalnie rzecz biorąc – dodaje Armen – należę do grona niewiernych. A to oznacza, że w teraźniejszym życiu jestem obywatelem drugiej kategorii, nie mówiąc już o tym, co mnie czeka po śmierci. Z tego, co słyszałem, będzie to bardzo nieprzyjemne doświadczenie.

– Tak czy inaczej, Armen nigdy nie walczył przeciwko Niemcom – kontynuuje Helmut. – Poza tym my też jesteśmy wyznawcami islamu.

– A jak się poznaliście? – pyta Ryan.

Porucznik raczy Armena potężnym klepnięciem w plecy.

– Nasz towarzysz, tak samo jak my, jest inżynierem. Zajmuje się sporządzaniem map dla kolei i kładzeniem torów, a przynajmniej kiedyś się tym zajmował. Helmut i ja pracujemy na odcinku pomiędzy Aleppo i Nusaybin. Spotkaliśmy się z Armenem na stacji telegraficznej, tuż za rogiem.

Elizabeth uważnie przygląda się Niemcom.

– A więc nie pochwalacie tego, co wasi sojusznicy robią z Ormianami? – pyta po chwili.

– Ależ skąd! – odpowiada porucznik podniesionym głosem.

Jego przyjaciel, Helmut, składa ręce na piersiach. Elizabeth dopiero teraz dostrzega, jak bardzo szerokie ma ramiona.

– To barbarzyństwo – dodaje Helmut. W trakcie mówienia jego blizna na twarzy lekko się rozciąga. – Proszę zapytać naszego Armena. Niech pani powie, co widział.

– Tak, prosimy, niech pan nam powie! – wtrąca Ryan tak natarczywym tonem, że gdyby ktoś nie znał powodów jego żywego zainteresowania, mógłby pomyśleć, iż ma do czynienia z amatorem niezdrowej sensacji, lubującym się w makabrycznych historiach.

Armen zerka na Elizabeth i ich spojrzenia spotykają się na ułamek sekundy, po czym znów spuszcza głowę i wbija wzrok w blat stołu. Jego skóra ma kolor kawy z mlekiem, co wydaje jej się kuszące i egzotyczne zarazem. Wąskie usta podkreśla kruczoczarny wąs, a w podbródku, choć skrywa go kilkudniowy zarost, da się dostrzec zarys dołeczka. Podobnie jak ojciec ma wysokie czoło, ale najbardziej z całej twarzy przyciągają uwagę Elisabeth jego wilgotne, przygniecione jakimś ciężarem oczy, które ocieniają firanki długich, dziewczęcych wręcz rzęs.

– Zbyt długo by opowiadać. Nie wiedziałbym nawet, od czego zacząć – mówi wreszcie, kierując swe słowa do wszystkich, po czym zwraca się do Elizabeth:

– Proszę mi lepiej powiedzieć, dlaczego przyjechała pani do Aleppo. Albo niech pani opowie coś o swoim świecie, Elli.

– Elizabeth – poprawia go, czując na sobie badawcze spojrzenia ojca.

– Elizabeth – powtarza Armen przepraszającym tonem.

– Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, jak wiele pan przeszedł, ale bylibyśmy wdzięczni, gdyby zechciał pan się z nami podzielić swoimi doświadczeniami – nalega konsul pełnym ekscytacji i zaangażowania głosem, żywo przy tym gestykulując rękoma z rozcapierzonymi palcami, jakby potrząsał jakimś kamieniem. – Przecież ludzie muszą się dowiedzieć, co wyprawiają Turcy! Turcy, którzy… – urywa nagle w pół zdania, przypomniawszy sobie, gdzie jest i z kim rozmawia. Jego milczenie przerywa jeden z Niemców.

– Za naszych dzielnych sojuszników! Za Talaata Paszę i za Komitet Jedności i Postępu! – wykrzykuje Erich, podobnie jak Ryan zbyt donośnym głosem jak na tak małą salę, wznosząc kieliszek w szyderczym toaście. – Ich zdrowie!

W tym momencie Elizabeth po raz kolejny odnosi wrażenie, jakby miała do czynienia z przesadnie rozentuzjazmowanymi, niczego nieświadomymi wielkimi psami. Albo gorzej – z małymi dziećmi. Choć z drugiej strony, czy to nie jedno i to samo?

– Gdyby była tu z nami twoja matka… – zaczyna Silas Endicott, nie bardzo wiedząc, w jaki sposób przekazać swoją myśl, gdyż dotyczy ona jego córki i kwestii mężczyzn, a chyba żaden inny temat na świecie nie wprawia go w tak wielkie zakłopotanie – … z pewnością potrafiłaby ci dobrze doradzić.

Przez całe życie wydawało mu się, że świetnie rozumie Elizabeth, ale w zeszłym roku zupełnie go zaskoczyła, odrzucając oświadczyny Jonathana Peckhama, kandydata z dobrej rodziny, który stanowił całkiem przyzwoitą partię. Gdyby poślubił Elizabeth, Silas chętnie przyjąłby go do swojego banku. Na dodatek jakiś czas później dotarły doń pogłoski o tym, że jego córka utrzymuje niestosowne kontakty z jednym ze swoich profesorów w South Hadley – z wdowcem, który ponoć miał słabość do swoich studentek, i to każdego roku do innej.

Elizabeth siedzi teraz naprzeciwko niego w salonie ich apartamentu na terenie amerykańskiego konsulatu, w fotelu z wysokim oparciem, zbyt krzykliwym i ozdobnym jak na jego gust. Siedzisko, obite fioletowym materiałem, wykończone jest złotymi frędzlami, a każdy podłokietnik wieńczy rzeźbiona głowa lwa. W jego przekonaniu to zupełnie nie pasuje do tego miejsca. Taki mebel nadaje się raczej do jakiegoś pałacu. Silas stoi na środku pokoju, z rękami w kieszeniach marynarki. Za wszelką cenę stara się roztaczać wokół siebie aurę spokoju i zdrowego rozsądku.

– I bez wątpienia przypomniałaby ci – kontynuuje swoją przemowę – że choć znaleźliśmy się w innym świecie, nadal obowiązują nas dobre maniery i przyzwoite zachowanie. Zwłaszcza gdy jesteś w towarzystwie żołnierzy. Żołnierze na przepustce…

– Oni nie byli na przepustce, ojcze – poprawia go.

– W każdym razie żołnierze często wychodzą z założenia, że mają prawo sobie pofolgować. Chcę, żebyś się pilnowała i nie traciła czujności.

Silas Endicott cieszy się z przyjazdu córki razem z nim do Aleppo. Będzie pomagać innym, ale też przekona się na własne oczy, jak hojnie została obdarowana przez los. Po powrocie do Bostonu wyjdzie za mąż i wreszcie się ustatkuje. Jej życie wróci na właściwe tory.

Elizabeth wstaje z fotela i podchodzi do ojca. Jego skronie płoną. Całuje go w policzek, dokładnie tam, gdzie kończą się bokobrody.

– Będę się pilnować – mówi z uśmiechem. – Dziękuję ci. A teraz pozwól, że cię opuszczę. Muszę zapisać wszystko, co dziś widzieliśmy i co robiliśmy. Dobranoc.

Wspinając się po ciemnych schodach wiodących do jej pokoju, zastanawia się nad tym, co powiedział ojciec. To ciekawe, że jego zdaniem podczas spotkania w restauracji odwzajemniła zainteresowanie niemieckich żołnierzy. Choć z drugiej strony może wcale nie powinno jej to dziwić, w końcu obaj są wysokimi blondynami. Prawda jest jednak taka, że niewiele uwagi poświęciła tej dwójce. Jej myśli prawie bez reszty pochłonął ich ormiański towarzysz.

Rozdział 2

Moja babcia była odar – czyli obca. Tak samo moja matka, przynajmniej technicznie rzecz biorąc, jako że w międzyczasie mój ormiański rodowód został znacznie rozcieńczony przez bostońską krew. W dodatku mój dziadek nie miał już żadnej rodziny, gdy emigrował do Stanów Zjednoczonych, w związku z czym, będąc Ormianinem, to prędzej on powinien być traktowany w Nowej Anglii, świecie swojej żony, jak odar. Ale tak się nie stało, gdyż to właśnie babci przypadła w udziale rola „obcej”, kiedy wylądowała w enklawie Ormian w Westchester na przedmieściach Nowego Jorku. W dużej mierze przyczynił się do tego jej własny charakter – podobnie jak ojciec była najzwyczajniej w świecie uparta, a poza tym chciała się uwolnić od bostońskiej arystokracji, pośród której się wychowywała.

Jeśli o mnie chodzi, nie sądzę, by Ormianie stanowili bardziej zamkniętą społeczność niż przedstawiciele jakiejkolwiek innej narodowości, którzy masowo osiedlali się w Ameryce na przestrzeni ostatnich czterystu lat, czego najlepszym dowodem jest ślub moich rodziców. Co ciekawe, to wcale nie dziadek z Armenii, tylko ojciec mojej matki pochodzący z Filadelfii odmówił wzięcia udziału w tej uroczystości. Dziadek od strony ojca nie zgłaszał żadnych obiekcji. W końcu jego syn zrobił dokładnie to samo, co kiedyś on, biorąc sobie za żonę przedstawicielkę białej amerykańskiej elity. Natomiast dziadek z Filadelfii nie zamierzał patrzeć, jak jego córka wychodzi za „syna dywaniarza”. Co prawda Armen nigdy nie zajmował się wyrobem dywanów – zresztą do dziś pozostaje dla mnie niezgłębioną tajemnicą, dlaczego tkanie dywanów miałoby być czymś tak uwłaczającym – ale wiecie, o co mi chodzi. Tak więc rodzice wzięli ślub, na którym zabrakło ojca panny młodej, a ta w rezultacie przestała się do niego odzywać. Zresztą, odkąd kilka lat wcześniej rozwiódł się z jej matką, nie odgrywał już w życiu córki zbyt wielkiej roli.

Jedenaście miesięcy po ślubie dziadek przyjechał na Manhattan w interesach i zaprosił moją matkę na lunch. Po rozwodzie przeniósł się z Filadelfii do Chicago, gdzie zamieszkał z kobietą niewiele starszą od własnej córki. Matka przyjęła zaproszenie. Umówili się w restauracji mieszczącej się w budynku domu towarowego B. Altman, jednego z tych snobistycznych centrów handlowych w dawnej dzielnicy Ladie’s Mile, który, podobnie jak Arnold Constable i Best & Co., dziś już nie istnieje. Nawiasem mówiąc, tego typu miejsca zawsze kojarzyły mi się z pudłami na kapelusze. W każdym razie, gdy tylko usiedli przy stoliku, dziadek powiedział do matki:

– Nie wierzę własnym oczom. Jak ty jesteś ubrana! Czyżby twojego szanownego małżonka nie było stać na porządną sukienkę dla żony? Zaraz po obiedzie idziemy na zakupy. Musimy ci przecież sprawić jakieś przyzwoite ubranie.

I to był koniec spotkania. Matka wstała od stołu, wyszła z restauracji i zniknęła gdzieś między sklepami. Nigdy więcej nie odezwała się do swojego ojca.

Z kolei mój drugi dziadek dostrzegał w synowej te same cechy, które posiadała jego żona – jak miło, kolejna „obca” kobieta w rodzinie – i kiedy się dowiedział, że urodzi bliźniaki, wpadł w prawdziwą euforię. Poza mną i bratem wprost świata nie widział, a nasze jasne włosy stanowiły dla niego niewyczerpane źródło zachwytu, ale i żartów (z czasem bratu ściemniały włosy i kiedy poszliśmy do trzeciej klasy podstawówki, ktoś, kto nie znał nas z czasów wczesnego dzieciństwa, w życiu by nie uwierzył, że byliśmy bliźniakami i że brat miał kiedyś taką samą blond czuprynę jak ja). Mieszkaliśmy zaledwie dziesięć minut drogi od naszej ormiańsko-amerykańskiej rodziny, za to od babci w Filadelfii dzieliły nas trzy godziny drogi, w związku z czym znacznie więcej czasu spędzaliśmy z Ormianami niż z „mafią Bryn Mawr”, jak ojciec pieszczotliwie określał dom swoich teściów.

Oczywiście moi przodkowie z Pensylwanii i Massachusetts także byli emigrantami. Nawet pierwsi bostończycy przyjechali tu ze starego kontynentu, aby uniknąć prześladowań na tle religijnym. Zresztą kwestia religii w jakiejś mierze przyczyniła się również do konfliktu pomiędzy Turkami i Ormianami. Przedstawiciele nowego ustroju politycznego w państwie, w którym większość stanowili muzułmanie, postanowili podjąć próbę pozbycia się mniejszości chrześcijańskiej. Zbytnio to upraszczam? Pewnie tak. W końcu muzułmanie i chrześcijanie żyli obok siebie przez wiele stuleci. I dopiero takie idee jak „nacjonalizm” czy „modernizacja”, z których zrodziła się wizja homogenicznej Turcji, doprowadziły do rzezi. Ale podobieństwa pomiędzy moimi purytańskimi i ormiańskimi przodkami nasuwają się same. Jeśli zaś chodzi o różnice, to największa polega na tym, że bostończycy przybyli tu po prostu trzysta lat wcześniej niż Ormianie.

Jest wczesny wieczór. Elizabeth stoi oparta o framugę drzwi i spogląda na swoją sypialnię, oczarowana widokiem moskitiery, która niczym delikatna mgiełka spowija łóżko. Pokój jest niemal tak samo przestronny jak jej bostońska sypialnia i swymi gabarytami zdecydowanie przyćmiewa pokoje, które przez ostatnie cztery lata dzieliła z innymi studentkami w akademiku Mount Holyoke. Sama już nie wie, czy jej się to podoba, czy nie. Szczerze mówiąc, spodziewała się czegoś bardziej prymitywnego i nawet cieszyła się na odrobinę ascezy, która, jak sądziła, przydałaby jej nieco heroizmu. Do tego ci wszyscy wysiedleńcy stłoczeni w obozie na placu, spośród których tylko nieliczni mają to szczęście, że śpią na prowizorycznych materacach zrobionych ze szmat czy postrzępionych koców, podczas gdy cała reszta leży na nagich kamieniach. I jeszcze Nevart, kobieta, której mąż studiował na akademii medycznej w Londynie. Elizabeth ciężko wzdycha. Wie, że nie zrobiła nic złego, a mimo to ogarnia ją dojmujące poczucie winy przy jednoczesnym zachwycie nad tym zakątkiem starego świata.

Z zamyślenia wyrywa ją jakieś poruszenie na dole. Wychyla się na korytarz.

– Tak, jest na górze – słyszy głos Davida Heberta, asystenta konsula, udzielającego komuś odpowiedzi. – Spodziewa się pana?

– Nie. Pomyślałem tylko, że…

– Tak? – ponagla go David.

Ale Elizabeth stoi już przed niewielkim lustrem na toaletce. Co prawda szklaną taflę pokrywają gdzieniegdzie powstałe z upływem lat brązowe plamy, lecz wciąż spełnia ono swoją funkcję. Jest wystarczająco przejrzyste, by mogła w nim sprawdzić stan swoich włosów, twarzy i kołnierzyka bluzki. Nie słucha już wymiany zdań odbywającej się na parterze. Od razu rozpoznała głos niespodziewanego gościa. To ormiański inżynier, którego spotkali wczoraj w restauracji. Bierze głęboki oddech, żeby się uspokoić, by opanować przyjemne drżenie, które powoli ogarnia całe jej ciało. W tej samej chwili z półpiętra dociera do niej głos Davida, informujący ją, że na dole czeka jakiś dżentelmen. Podobno się znają. Mówi, że chciałby się z nią zobaczyć. W tonie asystenta Elizabeth nie słyszy obecnego zazwyczaj ironicznego dystansu. Widać, iż jest pod wrażeniem tupetu Armena. Podobnie zresztą jak ona sama. Poprawia rękawy, gorset, obraca się na pięcie i powoli rusza korytarzem w kierunku schodów wiodących na parter, całym wysiłkiem woli próbując zdusić impuls, który każe jej biec.

Armen mówi po angielsku, ponieważ uczył się Euphrates College w Harput. Kiedy Turcy, opowiada jej, zamordowali większość wykładowców, a budynki należące do szkoły przekształcili w baraki wojskowe, jego dawno już tam nie było. Razem z braćmi zaszył się w górach otaczających Van. Elizabeth zdaje sobie sprawę, że historia Armena i całej jego rodziny z pewnością kryje przed nią jeszcze wiele tajemnic, ale nie ma odwagi, by wypytywać go o szczegóły. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

– Byłem pewien, że pani ojciec jest duchownym – mówi Armen.

Na horyzoncie widać już tylko cienką smugę czerwonego światła rzucaną przez zachodzące słońce. Elizabeth i Armen siedzą obok siebie na fotelach z kutego żelaza na dziedzińcu przed konsulatem. Silas Endicott i Ryan Martin już wrócili. Są w gabinecie konsula i wysyłają list do amerykańskiego ambasadora w Konstantynopolu, a także jej pierwszy, nieco przydługi raport dla Przyjaciół Armenii, organizacji Endicotta z siedzibą w Bostonie. Dziedziniec otaczają wysokie kamienne mury z jednym okazałym, zwieńczonym łukiem wyjściem na ulicę. Nocą masywne, dwuskrzydłowe drewniane drzwi odcinają Amerykanów od reszty świata. Rygluje się je za pomocą trzech grubych żelaznych zasuw i drewnianej belki o szerokości jakichś piętnastu centymetrów. Z każdej strony drzwi, niczym pełniący straż wartownicy, znajdują się wąskie, zakratowane otwory, które trochę przypominają więzienne kraty. Można przez nie wyjrzeć na zewnątrz, ale nikt się tamtędy nie wśliźnie do środka.

– Niestety, mój ojciec nie pełni aż tak zaszczytnej funkcji. Jest zwykłym bankierem – wyjaśnia Elizabeth. – Oczywiście nie twierdzę, że wykonywanie tego zawodu przynosi jakąś ujmę. Mój dziadek i pradziadek też byli bankierami. I abolicjonistami.

– Nie znam tego słowa – przyznaje Armen. Wówczas Elizabeth serwuje mu krótki wykład. Jednak co jakiś czas traci wątek, rzucając w jego stronę ukradkowe spojrzenia. Armen zdaje się nie spuszczać z niej wzroku i kiedy ich spojrzenia się spotykają, powietrze staje się naelektryzowane jak przed nieuchronnie nadciągającą burzą.

– Pani kraj wydaje się taki rozsądny w porównaniu z Turcją – stwierdza, gdy Elizabeth kończy przemowę. – Taki normalny. Ale nie zawsze, prawda?

– Cóż, mamy też swoje dziwactwa.

– Wasz przyjazd do Aleppo doprawdy godny jest pochwały.

– Może i tak.

– Dlaczego tak pani mówi?

Na twarzy Elizabeth pojawia się uśmiech.

– Bo widzi pan, pochodzę z rodziny, w której od dziada pradziada każdy podchodził krytycznie do swoich własnych intencji. Uważam, że nawet w najlepszym zamiarze może kryć się coś podejrzanego. Poza tym tak naprawdę ani ja, ani mój ojciec niespecjalnie nadajemy się do tego przedsięwzięcia. Myślę, że inni członkowie naszej ekspedycji okażą się bardziej przydatni.

– W takim razie dlaczego tu przyjechaliście?

– Mój ojciec ceni sobie odpowiedzialność, zwłaszcza finansową. W tym wypadku dała o sobie znać natura prawdziwego bankiera. Zebrał całkiem sporą sumę pieniędzy, które potem oddał potrzebującym. Tymczasem do jego uszu dotarły informacje, że tylko niewielka ilość zgromadzonych środków trafia z Ameryki czy Egiptu tam, gdzie powinna.

– A pani?

Pytanie Armena nie wprawia jej w zakłopotanie, aczkolwiek odpowiedź na nie wymyka się prostemu wyjaśnieniu.

– Nie jestem nauczycielką, ale mogłabym uczyć. Nie jestem też pielęgniarką, ale mam w tym zakresie pewne przeszkolenie, choć muszę przyznać, że wczoraj niewielki był z niego pożytek. Nie przeraża mnie choroba. Co prawda podczas pierwszych godzin pobytu w Aleppo średnio sobie radziłam, ale już doszłam do siebie. Myślę, że moja pomoc najbardziej przyda się w szpitalu.

– Kiedy już opanuje pani język ormiański – rzuca Armen żartobliwym tonem.

– Jest aż tak źle?

– Mógłbym pani pomóc z czasownikami. Czasowniki to podstawa większości zdań.

– Są jednak rzeczy, które mogę robić, zanim zacznę biegle mówić w pańskim języku – uśmiecha się Elizabeth.

Armen przytakuje skinieniem głowy.

– A oprócz tego czym się pani będzie zajmować?

– Jestem odpowiedzialna za korespondencję z Przyjaciółmi Armenii. Będę informować ich na bieżąco o naszej pracy tu na miejscu. Amerykanie muszą się dowiedzieć, z jak dramatyczną sytuacją mamy do czynienia.

– Znałem kilku Amerykanów w Van i Harput. Misjonarzy i nauczycieli. Byli bardzo… – przerywa, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa. Ale po chwili podejmuje wątek: – Uwielbiali Van. Podobały im się ogrody. I jezioro. Jest naprawdę piękne. Miasto zamieszkiwali głównie Ormianie. Stanowili ponad połowę z pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców.

– Nigdy tam nie byłam. Zresztą jeszcze do niedawna w ogóle nigdzie nie byłam, nie licząc Massachusetts. Mogę panu co najwyżej opowiedzieć o Bostonie, South Hadley czy o Cape Cod. To moja pierwsza zagraniczna podróż. I być może to właśnie prawdziwy powód, dla którego tu przyjechałam – mówi Elizabeth, a przed oczyma stają jej twarze dwóch mężczyzn: tego, który poprosił ją o rękę, i tego, który najwyraźniej nie był już zdolny do takiego poświęcenia. Obaj, oczywiście każdy na swój sposób, wyglądali na głęboko zawiedzionych, gdy postanowiła zakończyć z nimi znajomość.

– Dziś prawie wszyscy nie żyją – mówi Armen z ciężkim westchnieniem. Jego słowa wyrywają ją z zamyślenia. – Ci, co przetrwali, opuścili miasto. W Van nie ma już żadnych Ormian.

– Pańska rodzina pochodzi z Van czy Harput? Wspominał pan o Euphrates College.

– Z Van.

Dwa ptaki przysiadają na gałęziach rachitycznej topoli. W pierwszej chwili Elizabeth się wydaje, że to jastrzębie. Jednak po bliższej inspekcji okazuje się, że to sępy.

Następnego dnia Elizabeth zakłada słomkowy kapelusz z szerokim rondem, by choć trochę ochronić się przed słońcem. Może nie prezentuje się tak imponująco jak kapelusze à la „Wesoła wdówka”, co nie znaczy, że pozbawiony jest szyku – zdobiły go dwa ekstrawaganckie strusie pióra, zanim Elizabeth nie usunęła ich przed wyjściem z ośrodka. Na placu, gdzie koczują kobiety, spotyka Ryana Martina. Konsul wygląda na podekscytowanego. Towarzyszy mu jedenasto-, może dwunastoletni turecki chłopiec, który pracuje w szpitalnej kuchni. Każdy z nich trzyma w ręku duży, jutowy worek z pieczywem.

– To nie jest prawdziwy chleb, ale można się nim najeść – oznajmia, stawiając worek na ziemi. Rękawem marynarki ociera pot z czoła. – Tak zwany szpitalny chleb.

– A co to znaczy?

– Że jest ciemny, niedopieczony, wypełniony plewami i słomą. Ale podsmażyliśmy go na maśle zarekwirowanym przez tego chłopaka – komu on to zabrał, nie pytałem – dzięki czemu jest prawie jadalny.

Zaczynają rozdawać chleb kobietom na placu. Niektóre są zbyt osłabione, by zdobyć się na choć odrobinę entuzjazmu. Jedna z nich, stara, z całkowicie zapadniętymi ustami z powodu braku wszystkich zębów, mówi coś po ormiańsku do Ryana, z czego Elizabeth rozumie tylko co drugie słowo. Jednak konsul kręci głową i na siłę wciska przysmażony kawałek chleba w jej sękate, spalone słońcem dłonie.

– Nie chciała chleba? – pyta Elizabeth, gdy kobieta odchodzi.

– Prosiła mnie, żebym zaniósł jej porcję do sierocińca. Ma tam dwójkę małych dzieci.

– Myślałam, że… – przerywa, zaciskając usta. Potrzebuje chwili, by przetrawić tę informację.

– Tak?

– Myślałam, że jest babcią.

– To skutek poważnego niedożywienia. I słońca – tłumaczy konsul, po czym wskazuje na jej kapelusz. – Bardzo mądrze. A do tego bardzo ładnie. Tu w Aleppo taki kapelusz to raczej niespotykany widok. – Milknie na chwilę, gdyż jego uwagę przyciąga grupa kobiet na drugim końcu placu. Jest ich dziewięć, może dziesięć. Stoją w rzędzie i wszystkie odwrócone są do niego plecami. – A co tam się, u licha, dzieje? – mruczy pod nosem. Ręką daje znak małemu Turkowi, żeby dalej rozdawał chleb, a sam rusza w kierunku kobiet. Elizabeth idzie tuż za nim.

Po chwili już wie, co się dzieje, i czuje, jak robi jej się słabo. Jednak sekundę później ogarnia ją gniew. Dwóch niemieckich żołnierzy, których poznała w restauracji, robi zdjęcie za pomocą aparatu skrzynkowego jednej z deportowanych kobiet. Helmut, ten z blizną, stoi za statywem, a Erich ustawia modelkę. Porucznik śmieje się z czegoś, ściągając z niej postrzępioną kraciastą bluzkę. Wygląda to tak, jakby chciał, żeby uniosła ramiona i wykonała jakiś absurdalny, a zarazem poniżający gest; być może chce, żeby udawała baletnicę. Elizabeth już się szykuje do przypuszczenia szturmu na żołnierzy. Jakim prawem urządzają sobie jarmarczny pokaz osobliwości, wystawiając te kobiety na pośmiewisko?! Ale Ryan kładzie jej rękę na ramieniu i mówi:

– Panno Elizabeth, pozwoli pani, że ja się tym zajmę.

On także jest poruszony, lecz w jego zachowaniu nie widać nawet cienia wściekłości. W tym momencie do Elizabeth dociera, że opacznie zrozumiała całą tę sytuację. Niemcy wcale nie naśmiewają się z Ormianek, tylko dokumentują to, co widzą, jak gdyby byli dziennikarzami, a nie żołnierzami. Fotografowana przez nich kobieta ma potworne, ropiejące rany, które niczym naszyjnik oplatają jej obojczyk i biegną dalej, wzdłuż lewego policzka.

– To pański aparat? – pyta Ryan.

– Nie. Należy do Helmuta – odpowiada porucznik i wyciąga dłoń do konsula. Następnie odwraca się do Elizabeth. – Dzień dobry – wita się z nią, lekko skłaniając głowę.

– To niemożliwe, żeby Turcy pozwolili wam fotografować – kontynuuje podekscytowany konsul. – Robienie zdjęć deportowanym jest nielegalne, przecież o tym wiecie. Możecie za to trafić do więzienia. Mogą postawić was przed sądem wojennym.

– Oczywiście nie rozpowiadamy na prawo i lewo o naszej działalności – odpowiada Helmut. – Nie rozwieszamy na mieście ogłoszeń informujących o tym, że poszukujemy modelek.

– Sam Dżemal Pasza wyraził się jasno na ten temat: fotografowanie Ormian traktowane jest tak samo jak robienie zdjęć w strefie wojennej. To szpiegostwo. Zdrada stanu.

– W takim razie proszę mu lepiej nic nie mówić – kwituje Erich niemal żartobliwym tonem. (Dżemal Pasza stoi na czele 4 Korpusu tureckiej armii na terenie Syrii i Palestyny.)

– Od jak dawna robicie te zdjęcia?

– Od dwóch tygodni.

– I nikt o tym nie wie?

– Nikt.

– Z wyjątkiem ofiar – zauważa Elizabeth, patrząc, jak kobieta z ranami na szyi z każdą chwilą coraz bardziej słabnie w upale. Opiera się o ścianę i zawstydzona z powrotem naciąga bluzkę na ramiona.

– Zgadza się – przytakuje Helmut. – Po drugiej stronie placu był jeden żandarm, który się zdrzemnął. Nadal śpi?

– Chyba tak – odpowiada Ryan.

– To dobrze. Ale na wszelki wypadek zasłaniają nas te kobiety – wyjaśnia Helmut. – Pewnego dnia przywieziemy nasze płytki fotograficzne do Europy, choć nie bardzo wiem, co dalej z nimi zrobimy. Niektórzy Niemcy są tak samo wstrząśnięci tym, co się tutaj dzieje, jak wy, Amerykanie. Ale nie zapominajmy, że Turcja to nasz sojusznik, a niemiecki rząd ma teraz inne problemy na głowie. I chyba ostatnią rzeczą, jakiej by sobie życzył, byłby kryzys w relacjach z sojusznikiem, który zmusza Rosję do walki na Kaukazie, a Brytyjczyków i Francuzów w Cieśninie Dardanelskiej.

– Ale w tej sytuacji czas jest na wagę złota – przypomina im wzburzony Ryan. W jego głosie słychać nutę desperacji, a jednocześnie natarczywości. – To od nas zależy, czy świat się o tym dowie. I tylko my możemy sprowadzić pomoc. Czy wobec tego nie dałoby się od razu wysłać tych płytek do Niemiec pocztą albo przez kuriera?

– Turcy w życiu by na to nie pozwolili – odpowiada porucznik. – Natychmiast by je skonfiskowali i zniszczyli. Przecież dobrze pan o tym wie. I doskonale zdaje pan sobie sprawę z tego, jak ścisłą cenzurą objęte jest wszystko, co dotyczy deportacji.

– W takim razie proszę je oddać nam – proponuje konsul. – Proszę je oddać mnie. Może uda mi się znaleźć sposób, by je wywołać.

Erich i Helmut patrzą po sobie.

– Muszę się nad tym zastanowić – mówi Helmut. – Nie planowałem wypuścić tego materiału z rąk, dopóki sam nie zrobię odbitek.

– Ale rozumie pan, że to kwestia niecierpiąca zwłoki, prawda?

Helmut w zamyśleniu pociera bliznę na swojej twarzy, ale nic więcej nie mówi. Elizabeth zwraca się do Ericha:

– Kiedy do was podeszliśmy, śmiał się pan z czegoś. Pomyślałam… Pomyślałam, że…

– Co pani pomyślała?

– Nieważne.