Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Zdrowie psychiczne. Mity i fakty

Zdrowie psychiczne. Mity i fakty

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-61710-67-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Zdrowie psychiczne. Mity i fakty

Hal Arkowitz i Scott Lilienfeld od roku 2006 prowadzą „Scientific American Mind” rubrykę „Fakty i fikcje” poświęconą psychiatrii i psychologii. W książce Zdrowie psychiczne. Mity i fakty znalazły się wybrane teksty publikowane wcześniej w tej rubryce, zaktualizowane o najnowsze badania i teorie oraz kilka tekstów napisanych specjalnie z myślą o publikacji w książce. Kolejne rozdziały poświęcone są poszczególnym aspektom zdrowia psychicznego i terapii – łącznie 51 mitom wybranym spośród tych, które wokół ludzkiej psychiki krążą, oraz temu, co o tych mitach ma do powiedzenia nauka. Dowiadujemy się zatem między innymi, co dziś naukowa psychologia i psychiatria mówią o zaburzeniach ze spektrum autyzmu, ADHD, chorobie dwubiegunowej, anoreksji i bulimii, psychopatii, samobójstwach… A przy okazji autorzy (Hal Arkowitz jest też psychoterapeutą i prowadzi praktykę kliniczną) radzą czytelnikom, czym się kierować, poszukując pomocy w problemach natury psychicznej.

Wstęp do wydania polskiego napisał od lat współpracujący ze Scottem Lilienfeldem dr Tomasz Witkowski, autor (między innymi) Zakazanej psychologii.

Polecane książki

W książce dokonano oceny posiadanych przez NATO zdolności w aspekcie aktualnie prowadzonych operacji oraz przez pryzmat Sił NATO. Wskazano na występujące braki oraz perspektywy wyeliminowania niektórych z nich. Opisano ograniczenia w możliwościach prowadzenia działań ekspedycyjnych na podstawie ...
Publikacja wskazuje, jaką formę zatrudnienia warto zastosować, jeżeli pracodawca nie chce zawierać umowy o pracę. W publikacji zostały omówione plusy i minusy zatrudnienia na podstawie: - umowy zlecenia, - umowy o dzieło, - kontraktu menedżerskiego, - umowy o pracę tymczasową, - umowy o staż. Z publ...
"Niespodziewany telefon. Głos, którego nie słyszał od lat. Desperackie wołanie o pomoc, którego nie potrafił zignorować. I dwa krótkie słowa, które przewróciły jego życie do góry nogami. A gdyby istniał narkotyk wywołujący tak niezwykłe i niepokojące doznania, że mógłby wstrząsnąć posadami zachodni...
Świat otwiera przed nami nieograniczone możliwości – do takiego wniosku dochodzi bohaterka książki i ma rację. Aby jednak z nich skorzystać, trzeba być otwartym na ten świat, nie bać się zmian ani wyzwań, nie zasklepiać w utartych zwyczajach i poglądach. Trzeba iść do ludzi, nie zastanawiając si...
Polska zwróciła się do UE o zgodę na wprowadzenie ograniczenia do 50% prawa do odliczenia VAT w odniesieniu do zakupu, dzierżawy, najmu lub leasingu niektórych rodzajów pojazdów niewykorzystywanych wyłącznie dla celów służbowych. Unia Europejska dała Polsce zielone światlo na wprowadzenie tych ogran...
Jaka jest policja? Czy kościół zawsze jest dobry? Narkotyki, alkohol, internet… Na co dzień wszyscy zadajemy sobie pytanie dlaczego nie wszystko jest doskonałe. Dlaczego ludzie i instytucje zawodzą i nie działają tak jak powinny? Razem ze znajomymi, a także przypadkowymi ludźmi porozmawiałem na tema...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Hal Arkowitz i Scott O. Lilienfeld

Spis treści:

Strona redakcyjna

PRZEDMOWA DO WYDANIA POLSKIEGO

WSTĘP

PODZIĘKOWANIA

Część I. ZABURZENIA LĘKOWE

WPROWADZENIE

Rozdział 1. DLACZEGO WPADAMY W PANIKĘ?

Rozdział 2. CZY ZESPÓL STRESU POURAZOWEGO ZAWSZE JEST SKUTKIEM TRAUMY?

Rozdział 3. RUPIECIE, WSZĘDZIE TE RUPIECIE… PROBLEM PATOLOGICZNEGO ZBIERACTWA

Rozdział 4. TERAPIA ODWRAŻLIWIANIA ZA POMOCĄ RUCHU GAŁEK OCZNYCH (EMDR) W ZABURZENIACH LĘKOWYCH. BLIŻSZE SPOJRZENIE

Rozdział 5. CIEMNE STRONY MEDYKALIZACJI LĘKU

Rozdział 6. CZY TERAPIA MINDFULNESS JEST SKUTECZNA W PRZYPADKU STANÓW LĘKOWYCH I DEPRESJI?

Rozdział 7. CZY LEKI ZIOŁOWE POMAGAJĄ NA LĘKI I DEPRESJĘ?

Część II. ZABURZENIA NASTROJU (AFEKTYWNE)

WPROWADZENIE

Rozdział 8. CHOROBA DWUBIEGUNOWA I ZDOLNOŚCI TWÓRCZE — PSYCHOLOGICZNA PRAWDA CZY MIEJSKA LEGENDA

Rozdział 9. ŻAŁOBA BEZ ŁEZ?

Rozdział 10. CZY DEPRESJA TO PROBLEM (ZŁEJ) „CHEMII” MÓZGU

Rozdział 11. CZTERY MITY O SAMOBÓJSTWIE

Rozdział 12. JAKA JEST NAJSKUTECZNIEJSZA KURACJA NA DEPRESJĘ — LEKARSTWA, TERAPIA CZY JEDNO I DRUGIE?

Rozdział 13. CZY ANTYDEPRESANTY MOGĄ DOPROWADZIĆ CZŁOWIEKA DO SAMOBÓJSTWA?

Rozdział 14. CAŁA PRAWDA O ELEKTROWSTRZĄSACH

Część III. ZABURZENIA PSYCHICZNE DZIECI I MŁODZIEŻY

WPROWADZENIE

Rozdział 15. CZY LEKARZE ZBYT CZĘSTO DIAGNOZUJĄ U DZIECI ADHD?

Rozdział 16. EPIDEMIA AUTYZMU?

Rozdział 17. CO WIEMY O ZESPOLE TOURETTE’A?

Rozdział 18. CZY U DZIECI WYSTĘPUJE CHOROBA DWUBIEGUNOWA?

Rozdział 19. CO ROBIĆ Z MŁODOCIANYMI PRZESTĘPCAMI?

Rozdział 20. CZY ROZWÓD JEST ZAWSZE TRAUMĄ DLA DZIECI?

Część IV. UZALEŻNIENIA

WPROWADZENIE

Rozdział 21. CAŁA PRAWDA O TRAWCE

Rozdział 22. CZY AA DZIAŁA?

Rozdział 23. SAMOPOMOC W UZALEŻNIENIACH

Rozdział 24. JAK SZKODLIWA JEST PORNOGRAFIA DOSTĘPNA W INTERNECIE?

Rozdział 25. PO PROSTU POWIEDZ NIE

Część V. ZABURZENIA EKSTERNALIZACYJNE

Rozdział 26. „AGRESJA DROGOWA” — CZYM JEST I JAK SOBIE Z NIĄ RADZIĆ

Rozdział 27. PRZESTĘPCA SEKSUALNY — RAZ I NA ZAWSZE?

Rozdział 28. CZY MĘŻCZYŹNI SĄ BARDZIEJ AGRESYWNI?

Część VI. ZABURZENIA OSOBOWOŚCI

Rozdział 29. ODROBINA NARCYZMU NIE ZASZKODZI

Rozdział 30. BORDERLINE, CZYLI „OSOBOWOŚĆ CHWIEJNA EMOCJONALNIE” — CO TO JEST?

Rozdział 31. „PSYCHOPATA” — CO TO ZNACZY

Część VII. ZABURZONE JA. SCHIZOFRENIA I ZABURZENIE DYSOCJACYJNE OSOBOWOŚCI

Rozdział 32. CZY CZŁOWIEK MOŻE MIEĆ WIELE OSOBOWOŚCI?

Rozdział 33. CHOROBY PSYCHICZNE A SKŁONNOŚĆ DO PRZEMOCY

Rozdział 34. CZY SCHIZOFRENIKOM MOŻNA POMÓC?

Część VIII. MITY O MÓZGU I ZACHOWANIU

WPROWADZENIE

Rozdział 35. W KRAINIE NEUROMITOLOGII

Rozdział 36. CZY „TRANS HIPNOTYCZNY” TO ODRĘBNA FORMA ŚWIADOMOŚCI?

Rozdział 37. PAMIĘĆ W STARSZYM WIEKU — NIC (DO KOŃCA) STRACONEGO

Część IX. PSYCHOTERAPIA I INNE PODEJŚCIA DO ZMIANY

WPROWADZENIE

Rozdział 38. CZY WSZYSTKIE PSYCHOTERAPIE SĄ Z GRUBSZA PODOBNE?

Rozdział 39. CZY PORADNIKI PSYCHOLOGICZNE POMAGAJĄ?

Rozdział 40. PUŁAPKA „PO PROSTU TO ZRÓB!” — DLACZEGO TELETERAPEUCI NIE ROZWIĄŻĄ TWOICH PROBLEMÓW

Rozdział 41. CZY ZWIERZĘTA POMAGAJĄ W TERAPII

Rozdział 42. CO LUDZIE MYŚLĄ O PSYCHOTERAPII?

Rozdział 43. DLACZEGO LUDZIE SIĘ NIE ZMIENIAJĄ

Część X. INNE MITY

WPROWADZENIE

Rozdział 44. CZY WYSTĘPUJE MIĘDZYKULTUROWE ZRÓŻNICOWANIE ZABURZEŃ PSYCHICZNYCH?

Rozdział 45. NEGATYWNE STRONY POZYTYWNEGO MYŚLENIA

Rozdział 46. CZY PEŁNIA KSIĘŻYCA WYZWALA W LUDZIACH SZALEŃSTWO?

Rozdział 47. „MAM TĘ SCENĘ W OCZACH”. ZEZNANIA NAOCZNYCH ŚWIADKÓW SĄ CZĘSTO NIEWIARYGODNE

Rozdział 48. „UZNANY ZA NIEPOCZYTALNEGO”

Rozdział 49. CZY OTYŁOŚĆ TO PROBLEM KULTUROWY

Rozdział 50. KIEDY JEDZENIE STAJE SIĘ CHOROBĄ

Rozdział 51. SAMOOKALECZENIA

POSTSCRIPTUM. KRÓTKI PORADNIK WYKRYWANIA BZDUR

WARTO PRZECZYTAĆ (OD REDAKCJI WYDANIA POLSKIEGO)

PRZYPISY

Copyright © 2013-2017 by Hal Arkowitz and Scott O. Lilienfeld

Copyright © 2018 for this edition by Wydawnictwo CiS

Tytuł oryginału: Facts and Fictions in Mental Health

Projekt okładki: Studio Gonzo & Co.

Przekład: Piotr J. Szwajcer

Konsultacja naukowa i wstęp: dr Tomasz Witkowski

Korekta: zespół

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach do przetwarzania danych, przesyłanie drogą elektroniczną (przewodowo i bezprzewodowo), odtwarzanie w jakiejkolwiek formie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym, pisemnym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wydanie I

Stare Groszki 2017

Adres redakcji:

Wydawnictwo CiS

Opoczyńska 2A/5

02-526 Warszawa

e-mail:CiS@CiS.pl

www.cis.pl

ISBN 978-83-61710-26-4

ISBN e-book 978-83-61710-67-7

Publikację elektroniczną przygotował:

Dla Lollie — z miłością

Hal Arkowitz

Moim studentom,

od których nieustannie się uczę

Scott O. Lilienfeld

PRZEDMOWA DO WYDANIA POLSKIEGO

Nestor polskiej psychiatrii, profesor Antoni Kempiński, twierdził, że: „Dla człowieka nie tylko świat otaczający jest zagadką; jest on nią sam dla siebie. I z obu tajemnic bardziej dręczącą wydaje się ta druga”. Próbując ją rozwiązać, od najmłodszych lat zachłannie poszukujemy wiedzy na temat funkcjonowania naszej psychiki. W swoich poszukiwaniach zwracamy się do dostępnych nam autorytetów — rodziców, nauczycieli, rówieśników… Czytamy popularne magazyny, słuchamy celebrytów i coraz częściej zawierzamy dr. Google’owi. Tymczasem omówienia wyników badań naukowych publikowane zwykle w trudno dostępnej prasie naukowej (i często, niestety, pisane nieprzystępnym językiem) pokazują rzeczywistość bardzo różną od tej tworzonej w umysłach zwykłych ludzi, przekazywanej w formie tak zwanej mądrości ludowej lub, jak kto woli, w postaci miejskich legend oraz od tej opisywanej na portalach internetowych. Dlatego też każda poważna próba zaprowadzenia porządku w naszych wyobrażeniach o sobie samych i przybliżenia ich do tego, co już faktycznie o sobie i świecie wiemy, zasługuje na najwyższą uwagę i szacunek. Przedsięwzięciem, które bezsprzecznie realizuje ten cel, jest książka Hala Arkowitza i Scotta Lilienfelda Zdrowie psychiczne — mity i fakty. Autorzy będący wybitnymi autorytetami w dziedzinie psychologii klinicznej i psychoterapii pokazują nam nasze wyobrażenia o zdrowiu i chorobie psychicznej, o zaburzeniach i prawidłowościach funkcjonowania naszego umysłu w bezlitosnym świetle naukowych reflektorów. Dzięki nim (albo przez nich) będziemy zmuszeni pożegnać się z wieloma złudzeniami dotyczącymi ludzkiej psychiki, ale również przekonać się, że jest ona czymś twardszym i bardziej odpornym, niż nam się to często wmawia.

Jakkolwiek cenię sobie wkład obu autorów w demaskowanie mitów na temat natury zdrowia psychicznego, chciałbym do ich sceptycznego spojrzenia dodać kilka uwag, które, jak mam nadzieję, pozwolą nieco rozszerzyć perspektywę czytelnika. Przede wszystkim, podczas lektury książki warto wziąć pod uwagę, że na jej zawartość składają się felietony publikowane na przestrzeni kilku lat w „Scientific American” i „Scientific American Mind”. W dziedzinach tak młodych i tak szybko się rozwijających jak psychiatria, psychologia i psychoterapia kilka lat potrafi czasami zmienić dość zasadniczo spojrzenie na niektóre kwestie i chociaż autorzy deklarują, że przygotowując książkę do wydania, uzupełnili swoje felietony o najnowsze wyniki badań, to bezlitosny upływ czasu powoduje, że nawet pomiędzy złożeniem do druku amerykańskiego oryginału a momentem, w którym jego polski przekład trafi do czytelnika, ukazało się wiele publikacji, które znacząco zmieniają naszą wiedzę o niektórych zjawiskach. Mam tu na myśli w szczególności publikacje dotyczące negatywnych skutków psychoterapii, nieujawnianego konfliktu interesów u badaczy publikujących pozytywne doniesienia na temat skuteczności psychoterapii itp. W ostatnich latach ukazało się ich dość dużo i część z nich może nieco zmodyfikować chyba nadmiernie chwilami entuzjastyczny stosunek autorów do psychoterapii.

Ponieważ całą wiedzę na temat zdrowia psychicznego zawdzięczamy głównie naukom społecznym, należy zawsze uwzględniać kontekst społeczny i kulturowy, do którego się odnosi. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że Stany Zjednoczone to kolebka filozoficznego pragmatyzmu, uznawanego czasem nawet za amerykańską „filozofię narodową”. Ta orientacja sprzyja tak intensywnie ostatnio rozwijającemu się w różnych dziedzinach podejściu opartemu na dowodach (evidence based). Jesteśmy świadkami ekspansji rozwoju opartej na dowodach medycyny, ale również edukacji i zarządzania. Dotyczy to również psychoterapii opartej na dowodach, która bardzo szybko wypiera w Stanach Zjednoczonych kierunki mające z empirią niewiele wspólnego. To dlatego autorzy mogą swobodnie mówić o psychoanalizie jako ciekawostce historycznej i o dominacji nurtu poznawczo-behawioralnego w psychoterapii. W Europie, a w Polsce w szczególności, sytuacja jest zgoła odmienna. Najsilniej w psychoterapii udokumentowane empirycznie podejście behawioralno-poznawcze jeszcze kilka lat temu w naszym kraju było nieobecne w poradniach finansowanych przez NFZ, podczas gdy wywodzące się z psychoanalizy podejście psychodynamiczne było nurtem dominującym (i w pewnym stopniu nadal nim pozostaje). Również o psychoanalizie nie możemy jeszcze mówić jako o kierunku historycznym. Cały czas jest on silnie reprezentowaną modalnością terapeutyczną. Jakkolwiek sytuacja ta ciągle zmienia się i coraz więcej młodych adeptów psychoterapii wybiera podejścia oparte na dowodach, to należy pamiętać, że są to zmiany mentalności możliwe często wyłącznie poprzez zmiany pokoleniowe. Czytając tę książkę, warto mieć na uwadze fakt, że obraz psychoterapii, jaki mieli przed oczami jej autorzy, jest zgoła odmienny od rzeczywistości europejskiej, a zwłaszcza od tego, z czym wciąż można zetknąć się w Polsce. Co za tym idzie, niektóre generalizujące opinie na temat psychoterapii mogą być nietrafne w zetknięciu z tym, z czym Polacy mają do czynienia.

Komentarza wymaga również pozycja, jaką zajmują autorzy książki w immanentnym w psychoterapii sporze pomiędzy zwolennikami podejścia medycznego i farmakoterapii z jednej strony a stronnikami psychologicznego (psychoterapeutycznego) podejścia do leczenia chorób i zaburzeń psychicznych. Ci pierwsi, reprezentowani w znacznej mierze przez psychiatrów, bywają oskarżani o redukcjonizm polegający na sprowadzaniu problemów związanych ze zdrowiem psychicznym do procesów fizjologicznych. Ich metody, oczywiście w dużym uproszczeniu, to próby korygowania tych mechanizmów, często za pomocą substancji chemicznych. Po drugiej stronie barykady znajdują się zwolennicy nieinwazyjnego oddziaływania na psychikę pacjentów, również upraszczając — za pomocą rozmowy, którą zwiemy psychoterapią. Lektura książki Arkowitza i Lilienfelda wskazuje na to, że opowiadają się oni dość zdecydowanie po stronie zwolenników psychoterapii. Jednak i to stanowisko wymaga pewnych korekt, aby stało się czytelniejszym dla polskiego odbiorcy. Przede wszystkim to, co autorzy nazywają w swojej książce „agresywnym marketingiem koncernów farmaceutycznych”, to w znacznym stopniu specyfika Stanów Zjednoczonych, które są jednym z dwóch krajów na świecie, gdzie w pełni legalna jest reklama leków przepisywanych na receptę. I nie jest to wyłącznie moja interpretacja ich stanowiska, lecz wynik ustaleń z jednym z autorów (Lilienfeld) podczas rozmowy prywatnej. Warto więc brać to pod uwagę, próbując przenieść wnioski autorów na grunt polski. Warto również uzupełnić przedstawiony przez autorów obraz psychoterapii o fakty wskazujące na podobnie agresywne działania ze strony zwolenników psychoterapii, o których autorzy nie wspominają. Takim niechlubnym przypadkiem jest bardzo znane, chętnie i często cytowane i przy tym koszmarnie niepoprawne metodologicznie badanie przeprowadzone przez Martina E.P. Seligmana nad efektywnością psychoterapii . O innych, podobnych przykładach wiele pisała również Tana Dineen w książce Manufacturing Victims. What the Psychology Industry Is Doing to People.

W rozdziale poświęconym literaturze motywacyjnej i psychologicznej autorzy doradzają czytelnikowi, by decyzję o tym, czy warto jakąś książkę z tego obszaru kupić, a tym bardziej, czy stosować się do zawartych w niej sugestii, podejmować ostrożnie. By zawsze kierować się starą rzymską maksymą Caveat emptor, czyli „niech kupujący się strzeże”. Tą samą zasadą powinien się kierować każdy, kto decyduje się skorzystać z usług psychiatry lub psychoterapeuty. To wybór o kluczowym znaczeniu i mam nadzieję, że książka Arkowitza i Lilienfelda pomoże czytelnikom w podjęciu racjonalnej decyzji.

Mam też nadzieję, że mimo wskazanych wyżej kilku nadmiernych i raczej niezamierzonych przez autorów uproszczeń lektura tej niezwykle cennej na polskim rynku książki będzie dla czytelników wartościowym doświadczeniem.

Tomasz Witkowski, listopad 2017

WSTĘP

„Bardzo poważnie zastanów się, jeśli chcesz zmienić pierwotnie udzieloną odpowiedź [w teście egzaminacyjnym]. Doświadczenie wskazuje, że w większości przypadków zdający zmieniają odpowiedź na złą”. To cytat z jednego z wysoko cenionych i wielokrotnie wznawianych poradników dla studentów przygotowujących się do Graduate Record Examination, egzaminu kończącego pierwszy etap studiów wyższych, mającego kluczowe znaczenie dla każdego amerykańskiego studenta. Porada brzmi bardzo rozsądnie, ma tylko jedną wadę — jest fałszywa. Jest już wiele badań, które pokazują, że ludzie, którzy zgodnie z nią postępują i pozostawiają w testach odpowiedzi, które przyszły im do głowy jako pierwsze, osiągają gorsze wyniki niż ci, którzy jednak decydują się zmienić zdanie.

W Stanach Zjednoczonych sporą popularnością cieszą się programy telewizyjne prowadzone przez psychiatrów. Gospodarz jednego z nich, znany dr Phil (Phil McGraw) regularnie pokazuje na wizji, w jaki sposób można w ciągu niespełna kwadransa rozwiązać problemy ludzi, którzy do niego przychodzą. Kłopot w tym, że nie ma nawet śladu dowodu, że „terapia”, jaką im funduje, rzeczywiście pomaga. Przeciwnie nawet — jest bardzo wiele świadectw empirycznych wskazujących, że preferowane przez tego pana (i podobnych mu teleterapeutów) silnie konfrontacyjne podejście pozbawione w ogóle empatii jest przeciwskuteczne u osób z autentycznymi problemami i wzmacnia opór wobec zmian. Przekaz dr. Phila jest prosty — „Po prostu to zrób!”. „Wielu ludzi miało tragiczne dzieciństwo — potrafi powiedzieć swojemu „pacjentowi” Phil McGraw — ale wiesz, co? Po prostu przejdź nad tym do porządku dziennego”. Gdyby zmiana była tak prosta, liczba ludzi z problemami psychologicznymi byłaby o wiele, wiele mniejsza.

Te dwa przykłady dobrze pokazują, jak często nasze przekonania bywają sprzeczne z tym, co mówią badania naukowe. W tej książce takie przekonania nazywać będziemy „mitami” i postaramy się wskazać naukowe dowody, które takie — nader liczne — mity pozwolą obalić. Mawia się, że w każdym micie tkwi ziarno prawdy, to nie do końca prawda, ale czasem tak bywa z poglądami na temat zdrowia psychicznego. Błędne przekonania awansują do kategorii mitów, gdy stają się powszechne i nadaje im się status obowiązujących prawd. Powszechne jest na przykład przekonanie, jakoby wszyscy przestępcy seksualni mieli skłonność do recydywy oraz że nie da się takim ludziom pomóc. Tymczasem, jak wynika z badań, w rzeczywistości stosunkowo niewielu spośród skazanych za tego typu przestępstwa popełnia je ponownie, a co więcej, leczenie zdecydowanie obniża prawdopodobieństwo recydywy. Rzecz jasna, sporo jeszcze musimy się nauczyć, by zapobiegać recydywie u przestępców seksualnych, gdyż jakkolwiek zdarza się to znacznie rzadziej, niż się ludziom wydaje, to i tak zdecydowanie zbyt często. Właśnie to mamy na myśli, mówiąc o „ziarnie prawdy” w tym micie. Zarazem bez wątpienia jest to mit, bowiem badania bezdyskusyjnie dowodzą, że to nie żadna żelazna reguła.

W książce omawiamy oczywiście i inne mity. Wśród nich takie fałszywe przekonania jak to, że:

Rozmowa

z osobą o skłonnościach samobójczych o jej zamiarach zwiększa prawdopodobieństwo popełnienia przez nią samobójstwa.

Depresja

to zawsze efekt zaburzenia równowagi chemicznej w mózgu.

Mamy

obecnie do czynienia z epidemią autyzmu.

Ludzie

mogą mieć wieloraką osobowość.

Marihuana

uzależnia.

Podczas

pełni Księżyca ludzie zachowują się dziwnie.

Kuracje

ziołowe są skuteczne w przypadku zaburzeń lękowych i depresji.

Otyłość

to

głownie konsekwencja deficytu silnej woli.

Terapia

za pomocą elektrowstrząsów jest niebezpieczna i może zrobić z człowieka coś na kształt zombie.

Zaczerpnęliśmy te mity z różnych źródeł, zarówno z mediów, jak z rozmów z niespecjalistami. Jest wiele powodów, dla których ludzie mają skłonność do wierzenia w takie rzeczy. (Jeden z nas — Scott Lilienfeld — jest współautorem książki 50 wielkich mitów psychologii popularnej, poświęconej podobnym mitom — ta książka i dyskusja, którą w niej prowadzimy, jest jej rozwinięciem.)

Po pierwsze zatem dzięki mitom świat wydaje się prostszy, a ludzie zwykle nie chcą widzieć świata w całej jego złożoności. Cytowany przez nas wcześniej dr Phil i jego przekaz, że jeśli chcemy coś w sobie zmienić, po prostu mamy tak zrobić, to dobry przykład. Zasada „Just do it” jest prosta, jasna i… fałszywa. Wiele powodów sprawia, że zmiana zachowań i nawyków jest trudna (piszemy o tym w Rozdziale 43.) i wiele rzeczy musi się zdarzyć, by taka — trwała i skuteczna — zmiana nastąpiła. Nic dziwnego, że ludzie wolą przyjąć receptę dr. Phila.

Po drugie nasze doświadczanie rzeczywistości jest doznaniem subiektywnym, a o jego kształcie decyduje selektywna percepcja i wspomnienia. Innymi słowy, odbieramy ze świata i zapamiętujemy to, co najlepiej pasuje do tego, co już wiemy. I jeśli na przykład widzimy w ludziach z problemami psychicznymi jednostki słabe i zalęknione, bez kłopotu zaakceptujemy tezę, iż wystarczy odwaga i silna wola, by dokonać w sobie zmiany.

Trzeci powód tak powszechnej akceptacji mitów wiąże się błędem poznawczym znanym w psychologii jako „błąd konfirmacji” lub „efekt potwierdzania” (confirmation bias). To powszechna skłonność, by zwracać uwagę i zapamiętywać to, co jest zgodne z naszymi przekonaniami, postawami i oczekiwaniami, połączona z tendencją do pomijania i kwestionowania tego, co jest z nimi sprzeczne. Z tego właśnie powodu ludzie, którzy wierzą, że chorzy na schizofrenię są skłonni do przemocy, będą bardziej zwracać uwagę na informacje zgodne z tym przekonaniem, a pomijać lub negować, które mówią coś przeciwnego.

Po czwarte — ludzie mają skłonność do mylenia korelacji (czyli współwystępowania) z relacją przyczynowo-skutkową. To, że jakieś dwie zmienne korelują, np. jakieś dwa zdarzenia występują zwykle równocześnie albo jedno po drugim, nie oznacza jeszcze, że jedno wynika z drugiego. Z interesującym przypadkiem dobrze ilustrującym działanie tej zasady mieliśmy styczność w jednym ze stanowych szpitali psychiatrycznych. Grupa pracujących w nim badaczy zwróciła uwagę, że na oddziale dla schizofreników unosił się zupełnie inny zapach niż na pozostałych oddziałach. Badacze wysunęli więc — bardzo rozsądnie brzmiącą hipotezę — że pot schizofreników zawiera jakieś składniki, być może przyczyniające się do rozwoju choroby, które nie występują u ludzi cierpiących na inne zaburzenia. Gdy już zaczęli badania, jeden z bliskich współpracowników ordynatora oddziału spytał, co takiego ich zainteresowało. Usłyszawszy wyjaśnienie, wybuchnął śmiechem. „Tak, rzeczywiście — wyjaśnił po chwili. — Istotnie na oddziale śmierdzi. Jakiś tydzień temu zepsuł nam się prysznic!”. Związek między „dziwnym zapachem” na oddziale schizofreników a ich schorzeniem był więc tylko koincydencją — przyczyną był niedziałający prysznic. I z czymś takim właśnie — gdy za korelację między dwiema zmiennymi odpowiada jakiś trzeci czynnik — mamy do czynienia dość często.

Jak już mówiliśmy, problem z mitami na temat zdrowia psychicznego (czyli i zaburzeń psychicznych) wiąże się z tym, że są one bardzo rozpowszechnione. Jeśli uda się je zastąpić przekonaniami, których źródłem są fakty, a nie fikcja i uprzedzenia, pozwoli to zredukować skłonność do stygmatyzacji chorych i sprawi, że nasze — jako jednostek i jako społeczeństwa — zachowania i postawy wobec nich będą o wiele bardziej racjonalne. Taki właśnie cel przyświecał nam przy pisaniu tej książki.

Mamy nadzieję, że będzie ona też cenną pomocą dla studentów i stanie się wartościowym uzupełnieniem na przykład kursów wprowadzających do psychologii ogólnej i klinicznej, a przydatna może być również przy omawianiu bardziej szczegółowych zagadnień na wyższych latach. Wiedza o tym, co w obszarze zdrowia psychicznego jest mitem, a co faktem, jest zresztą niezbędna nie tylko psychologom i psychiatrom, ale też prawnikom i pracownikom opieki społecznej. Także dziennikarze, a wreszcie wszyscy, nawet niespecjaliści zainteresowani rzeczywistością społeczną powinni taką wiedzą dysponować.

Większość tekstów składających się na tę książkę była wcześniej publikowana w magazynie „Scientific American Mind”, w zamieszczanej co dwa tygodnie rubryce „Facts and Fictions in Mental Health”. Teksty uaktualniliśmy, jeśli było to konieczne, i dodaliśmy kilka nowych — w tym o samobójstwie, chorobie dwubiegunowej, kreatywności oraz o popularnych szkołach w psychoterapii. Za zgodę na wykorzystanie wcześniej publikowanych tekstów jesteśmy „Scientific American Mind” bardzo wdzięczni. Nie mniejszą wdzięczność winni jesteśmy dwóm naszym redaktorkom — gdyby nie cenne komentarze i sugestie Mariette DiChristiny i Ingrid Wicklegren, nie wprowadzilibyśmy wielu poprawek i korekt, które sprawiły, że nasza książka stała się zdecydowanie lepsza i czytelniejsza, niż byłaby bez ich pomocy.

PODZIĘKOWANIA

Wiele osób zaangażowało się w pracę nad tą książkę — gdyby nie ich pomoc, nigdy by się ona nie ukazała. Na szczególne wyróżnienie zasługują Mariette DiChristina i Ingrid Wickelgren z „Scientific American” i „Scientific American Mind”, które pomogły nam przeredagować oryginalne teksty. Karen Shield z Wiley-Blackwell z kolei pomogła nam w uzyskaniu niezbędnych pozwoleń, a jej współpracownicy z tego wydawnictwa — Andrew Peart i Liz Wingett — sprawili, że nasze teksty i manuskrypty przybrały ostatecznie postać książki.

Niestety — a może na szczęście — przy przygotowywaniu kolejnych rozdziałów okazało nam pomoc zbyt wielu naszych kolegów — psychologów, psychiatrów i specjalistów z innych dziedzin — oraz studentów i czytelników, byśmy mogli ich tu wszystkich wymienić i należycie podziękować.

Część I

ZABURZENIA LĘKOWE

WPROWADZENIE

Każdy z nas zna kogoś cierpiącego na zaburzenia lękowe. Nierzadko kogoś takiego widzimy, spoglądając w lustro. W Stanach Zjednoczonych zaburzenia tego typu ma w jakimś momencie życia prawie jedna trzecia ludzi. To wielki problem i nieszczęście i dla nich, i dla ich otoczenia, wszyscy więc powinniśmy wiedzieć, na czym polega ta choroba i jak można ją leczyć.

Zaburzenia lękowe wiążą się, mówiąc najogólniej, z oczekiwaniem, że za chwilę nastąpi jakieś stresujące lub niebezpieczne zdarzenie, przy czym oczekiwanie takie nie ma w zasadzie żadnego racjonalnego uzasadnienia, bo naprawdę nic na to nie wskazuje. Często towarzyszą temu fizjologiczne objawy silnego pobudzenia oraz wyraźna skłonność do unikania sytuacji wzbudzających takie reakcje. Lęk jest także ważnym symptomem grupy zaburzeń, do których zalicza się między innymi zespół stresu pourazowego (PTSD — od post-traumatic stress disorder), zaburzenia kompulsywno-obsesyjne oraz patologiczne zbieractwo (zwane też chorobliwym zbieractwem i syllogomanią).

Najnowsza, piąta edycja publikowanego przez American Psychiatric Association podręcznika diagnostycznego — DSM-5, wydany w roku 2013 — wymienia kilkanaście zaburzeń określanych jako lękowe i do tej kategorii zalicza specyficzne fobie, fobię społeczną, zespół lęku napadowego, agorafobię i zespół lęku uogólnionego (zaburzenie lękowe uogólnione).

Ludzie z rozpoznaniem specyficznych fobii zwykle odczuwają lęk w określonych sytuacjach (na przykład podczas jazdy samochodem), wobec określonych przedmiotów (na przykład igieł) albo określonych zwierząt (np. węży). Fobie często nazywa się określeniami zaczerpniętymi z greki (nasz faworyt to heksakosioiheksekontaheksafobia, ponoć faktycznie się zdarzający irracjonalny lęk przed liczbą 666, która według Biblii symbolizuje szatana; fobia, jak fobia, ale słowo, przyznać trzeba, imponujące). Fobia społeczna objawia się silnym, często wręcz paraliżującym lękiem przed sytuacjami, w których jest się wystawionym na ocenę ze strony innych — to mogą być wystąpienia publiczne, ale czasem nawet zwykła konwersacja. Zespół lęku napadowego z kolei łączy się z napadami paniki i lękiem przed tym, że będą się one powtarzać. Samo słowo „panika” też zresztą ma grecki źródłosłów — wywodzi się od jednego z bogów greckiego panteonu, mitycznego Pana, który bardzo lubił straszyć podróżnych, najchętniej nocą w lesie, i świetnie się w tej roli sprawdzał — niektóre jego ofiary ze strachu umierały. Atak paniki to rzeczywiście przerażające doświadczenie. Przemożnemu uczuciu lęku towarzyszą symptomy czysto fizyczne: przyspieszone bicie serca, ból w klatce piersiowej, problemy z oddychaniem, czasem drgawki oraz nader nieprzyjemne stany psychiczne: utrata kontroli, poczucie utraty zmysłów; człowiek czuje się tak, jakby umierał. Chorzy ze zdiagnozowaną agorafobią starają się zatem unikać sytuacji, z których nie mogą natychmiast uciec, albo liczyć na pomoc w chwili wystąpienia objawów. Dotyczy to zarówno przebywania w miejscach zatłoczonych i takich, które trudno opuścić w dowolnym momencie (na przykład kino), jak i bycia samemu i z dala od domu. Symptomem uogólnionego zaburzenia lękowego jest zaś silna i nieustępująca obawa przed nadciągającym nieszczęściem, które może w każdej sferze dotknąć zarówno chorego, jak i jego bliskich.

W DSM wymienione są różne formy zaburzeń lękowych. Do tej grupy współczesna psychiatria zalicza między innymi zespół stresu pourazowego (PTSD), zaburzenia obsesyjno-kompulsywne i patologiczne zbieractwo. PTSD diagnozowany jest w tych przypadkach, kiedy chory doznał silnej traumy — czyjaś śmierć lub zagrożenie własnego życia, tortury; czasem zresztą wystarczy być tylko świadkiem takiego dramatycznego zdarzenia, na przykład wypadku samochodowego. Symptomy obejmują zwykle stresujące wspomnienia związane z traumą, przebłyski i nawroty pamięci, koszmary senne. Silny stres występuje w przypadku kontaktu z bodźcami kojarzącymi się z traumatycznym zdarzeniem (na przykład, gdy w mediach ktoś natrafi opis podobnej sytuacji). W efekcie pojawiają się zaburzenia snu, niezdolność do odczuwania pozytywnych emocji, nieustanna irytacja i gniew. Według ostatnich badań zespół stresu pourazowego występuje znacznie częściej, niż dotychczas sądzono. W Stanach Zjednoczonych może doświadczać go nawet siedem procent populacji.

W przypadku zaburzeń kompulsywno-obsesyjnych kluczowe dla diagnozy są albo stałe obsesyjne i natarczywe myśli na jakiś temat, albo podejmowanie kompulsywnych zachowań, które stanowią nieskuteczną próbę redukcji napięcia. W większości przypadków występuje i jedno, i drugie. Stosunkowo często ta forma zaburzeń przejawia się na przykład w kompulsywnym, nieustannym myciu rąk, co wiąże się z obsesyjnym lękiem przed brudem i zanieczyszczeniami. Świetnie udało się przedstawić taką postać Jackowi Nicholsonowi w filmie Lepiej być nie może z roku 1997.

Z syllogomanią wiąże się patologiczne pragnienie posiadania i zbierania różnych przedmiotów, często kompletnie bezwartościowych. Gromadzenie ich pozwala chorym zredukować lęk, mimo że często „kolekcja” tak się rozrasta, że człowiek już nie ma jak się poruszać po własnym lokum. Dobry filmowy obraz takiego zaburzenia przedstawia Awiator(2004). Bohaterem tego filmu jest Howard Hughes, jeden z najbogatszych ludzi w Ameryce w latach 20. XX wieku, cierpiący (między innymi) na wyjątkowo ostrą postać chorobliwego zbieractwa.

Zaburzenia lękowe leczy się na wiele sposobów. Jak pokazują badania, najskuteczniejsze są metody terapeutyczne zaliczane do szeroko rozumianej terapii poznawczo-behawioralnej, pewne sukcesy odnosi też psychoanalitycznie zorientowana psychoterapia. Stosowane są jednak też inne metody leczenia w tym farmakoterapia (leki redukujące lęk), kuracje ziołowe, medytacja „mindfullness” i stosunkowo niedawno odkryta technika znana jako EMDR, od Eye Movement Desensitisation and Reprocessing (na polski najczęściej tłumaczone jako „Terapia odwrażliwiania za pomocą ruchu gałek ocznych”). To powstała w latach 80. XX wieku technika polega z grubsza na tym, że terapeuta prosi pacjenta o przywoływanie wspomnień wywołujących lęk i w tym czasie wodzi mu palcem przed oczami, by skłonić do naprzemiennego mrugania.

W tej sytuacji zupełnie zrozumiałe, że pojawiło się wiele pytań dotyczących natury i skuteczności terapii stosowanych w przypadku zaburzeń lękowych. Niektórymi z tych pytań i wątpliwości zajmiemy się w dalszej części tej książki. W szczególności zastanowimy się:

Czy

ataki paniki biorą się „z niczego”?

Czy

u większości ludzi, którzy doświadczyli traumy, występuje zespół stresu pourazowego (PTSD)?

Czy

zagrożenie fizyczne jest warunkiem wystąpienia PTSD?

Czy

według

DSM-

5

patologiczne

zbieractwo jest symptomem zaburzeń kompulsywno-obsesyjnych?

Czy

są jakieś przeciwwskazania w przypadku leków przeciwlękowych?

Jaka

jest faktyczna skuteczność preparatów ziołowych, medytacji „mindfullness” i terapii odwrażliwania za pomocą ruchu gałek ocznych w przypadku zaburzeń o podłożu lękowym?

Rozdział 1. DLACZEGO WPADAMY W PANIKĘ?

Rozdział 1.

DLACZEGO WPADAMY W PANIKĘ?

„Wracałem samochodem do domu z pracy — opowiada
Dawid. — To był bardzo stresujący okres. Byłem zmęczony i bardzo chciałem
już dotrzeć do siebie i odpocząć. I nagle — coś się stało! Serce zaczęło
mi bić jak szalone, nie mogłem oddychać. Oblałem się potem, cały się
trząsłem. Jakaś gonitwa myśli. Bałem się, że oszalałem albo że mam zawał
serca. Zjechałem na pobocze i zadzwoniłem do żony, żeby przyjechała i
zabrała mnie na ostry dyżur”. Obawy Dawida były nieuzasadnione. Lekarz na
izbie przyjęć poinformował go, że miał właśnie atak paniki (tak naprawdę
żaden Dawid nie istnieje. To „modelowy pacjent”, stworzony na podstawie
wielu osób cierpiących na ataki paniki, których leczeniem zajmował się
jeden z nas — Hal Arkowitz).

Najnowsze wydanie Diagnostic and Statistical Manual (DSM-5) definiuje atak paniki jako „Nagły atak bardzo silnego lęku
lub innego równie nieprzyjemnego doznania. Atak osiąga maksimum w ciągu
kilku minut”. Podręcznik wymienia też trzynaście symptomów, z których co
najmniej cztery muszą wystąpić, by dane zdarzenie mogło być zdiagnozowane
jako atak paniki. Wśród tych symptomów znajdują się: silne dreszcze
(drgawki), zaburzenia oddechu („płytki oddech”) lub nagły ból w klatce
piersiowej, poczucie nierealności lub oddzielenia od świata, lęk przed
śmiercią i/lub utratą kontroli nad własnym losem oraz „utratą zmysłów”.
Zwykle ataki paniki następują bez żadnej wyraźniej przyczyny, co czyni je
jeszcze bardziej przerażającym doświadczeniem. Ataki takie okazjonalnie
zdarzają się u ośmiu do dziesięciu procent populacji, ale tylko w około
pięciu procentach przypadków można mówić o wystąpieniu zaburzeń lękowych.
Wbrew powszechnemu przekonaniu atak paniki (w sensie diagnostycznym) to
coś innego niż nawet głęboki, nagły niepokój, jaki od czasu do czasu
zdarza się odczuwać większości z nas. Nie przypadkiem chorzy, którzy
naprawdę taki atak przeżyli, mówią, że było to dla nich najbardziej
przerażające doświadczenie w całym życiu.

Dzięki licznym badaniom wiemy już sporo o tym, co
powoduje pierwszy atak, a raczej, co sprawia, że przychodzi tak
nieoczekiwanie — a to wiedza cenna choćby w kontekście tego, jak
zapobiegać przyszłym atakom. Otóż gdy poziom stresu zbliża się do
krytycznego, już nawet niewielkie jego podwyższenie może doprowadzić do
ataku paniki. Skutek jest taki, że człowiek rzeczywiście może być
przekonany, że atak nastąpił bez żadnego powodu.

Psycholog Regina A. Shih z Johns Hopkins University
twierdzi, że możemy mówić o występowaniu genetycznej predyspozycji do
ataków paniki. Zaburzenie to jest częściowo przynajmniej dziedziczne, o
czym świadczy fakt, że gdy cierpi na nie któreś z jednojajowych bliźniąt,
szansa, że wystąpi również u drugiego, jest trzykrotnie wyższa niż w
przypadku zwykłych, nieidentycznych genetycznie bliźniąt. Oczywiście nie
świadczy to, że powinniśmy wykluczyć czynniki środowiskowe, wskazuje
jedynie na silny komponent genetyczny.

Powtarzające się ataki paniki zdecydowanie obniżają
jakość życia człowieka, a sytuację chorego dodatkowo pogarsza nieustanny
lęk przed kolejnymi. Agorafobia na przykład, czyli lęk przed otwartą
przestrzenią, to jedno z częstszych zaburzeń tego typu. Nazwa jest nieco
myląca, bo w istocie zaburzenie to obejmuje lęk pojawiający się w różnych
sytuacjach — niekoniecznie na otwartej przestrzeni — z
których trudno się wycofać lub trudno liczyć na pomoc w przypadku ataku
albo wystąpienia innych symptomów wiążących się z lękiem. Problemy u
chorego mogą pojawić się chociażby podczas korzystania z publicznego
transportu, przebywania w zamkniętym pomieszczeniu (na przykład windzie)
czy wreszcie samotnego przebywania bez opieki bliskich poza domem. W
najcięższych przypadkach chory właściwie jest uwięziony we własnym
mieszkaniu.

OD ZWYKŁEGO LĘKU DO OBEZWŁADNIAJĄCEGO
PRZERAŻENIA

Jakie są przyczyny tych czyniących człowieka
praktycznie bezradnym ataków paniki? Psycholog David H. Barlow z Boston
University, autor pionierskich badań nad etiologią i leczeniem zaburzeń
lękowych, twierdzi, że atak paniki następuje, gdy nasza naturalna reakcja
na nieoczekiwane zagrożenie — „uciekaj lub walcz” (której elementem jest
przyspieszone bicie serca i przyspieszony oddech) — zostaje uruchomiona
przez bodziec, który w istocie jest fałszywym alarmem, czyli w sytuacji,
gdy żadne zagrożenie nie występuje (w sytuacja zagrożenia taka reakcja
byłaby w pełni zasadna). Niemniej, kiedy organizm odbiera taki alarmujący
sygnał (prawdziwy lub fałszywy), człowiek zaczyna z nim kojarzyć
biologiczne (fizjologiczne) i psychologiczne reakcje, jakie wywołuje, a to
skojarzenie uogólnia się na inne elementy sytuacji i tak tworzy się
„wyuczony alarm”, skutkujący dalszymi atakami paniki. Ten „wyuczony alarm”
może następnie wywołać reakcję zarówno w odpowiedzi na zewnętrzne
zdarzenia, jak na sygnały napływające z ciała (takie jak przyspieszony
oddech).

Wiadomo na przykład, że u niektórych chorych atak
paniki pojawia się w stanie pobudzenia, gdy normalne fizjologiczne reakcje
organizmu są zbliżone do reakcji charakterystycznych dla ataku.

Dlaczego u niektórych ludzi ataki paniki zdarzają się
tylko sporadycznie, natomiast u innych wykształca się pełen zespół lęku
napadowego? Barlow na podstawie własnych oraz wcześniej publikowanych
badań zaproponował hipotezę, zgodnie z którą w zaburzeniach lękowych pewną
rolę odgrywają (wrodzone i nabyte) predyspozycje. Wymienił w tym
kontekście:

Ogólną biologiczną
skłonność

do reakcji lękowych, której efektem
są nadmiarowe reakcje na codzienne zdarzenia.

Ogólną
psychologiczną skłonność

do reakcji lękowych,
wyuczoną we wczesnym dzieciństwie (przyczyną może być na przykład
nadmierna opiekuńczość rodziców) i wynikające z niej przekonanie, że świat
jest groźny, a stres jest zbyt silny, by można było sobie z nim poradzić.

Podatność na
specyficzne bodźce psychologiczne

nabyta w
dzieciństwie, wiążąca się z przekonaniem, że określone sytuacje i
zdarzenia są zagrażające, nawet jeśli takie nie są.

Zespół lęku napadowego rozwija się u osób mających
takie skłonności, w sytuacji silnego i długotrwałego stresu, który kończy
się atakiem paniki. Pierwszy atak uruchamia cały mechanizm, jako że chory
zaczyna przejawiać nadwrażliwość na zewnętrzne i wewnętrzne sygnały z nim
się kojarzące, a w rezultacie nawet słabe bodźce mogą wywołać kolejny
atak.

W ustaleniach Barlowa znalazły się też elementy
pozytywne. Dobrą wiadomością dla chorych i ich otoczenia są w
szczególności dwie rzeczy — po pierwsze atak paniki zawsze spowodowany
jest przez coś, przez jakiś sygnał znany choremu, nawet jeśli nie jest on
świadomy jego obecności. Po drugie sama wiedza, że atak paniki to
bezzasadnie uruchomiona zupełnie normalna reakcja „walcz lub uciekaj”, też
może być przydatna i uspokajająca.

Badania podstawowe nie tylko ułatwiają nam
zrozumienie natury zespołu lęku napadowego, ale też pomagają znaleźć
skuteczne kuracje. Sam Barlow ze współpracownikami opracował taką terapię,
którą opisał w wydanej w roku 2006 książce Mastery of Your Anxiety and Panic. Znaleźć tam można zarówno opis schorzenia, jak i technik
umożliwiających odkrycie wewnętrznych i zewnętrznych sygnałów wywołujących
ataki paniki oraz metod pozwalających sobie z nimi radzić. W licznych
przypadkach kuracja proponowana przez Barlowa okazała się w dłuższej
perspektywie skuteczniejsza niż farmakoterapia.

PODSTAWOWE ŹRÓDŁA:

Barlow, D.H. (2002). Anxiety and its disorders (wyd. II). New York, NY: Guilford Press.

Barlow, D.H., Craske, M.G. (2006). Mastery of your anxiety and
panic: Workbook (treatments that work) (wyd.
IV). Oxford, England: Oxford University Press.

Craske, M.G., Barlow, D.H. (2014). Panic disorder and agoraphobia, [w:] D.H. Barlow (red.), Clinical handbook of psychological disorders (wyd. V) (s. 1-61), New York, NY: Guilford Press.

Rozdział 2. CZY ZESPÓL STRESU POURAZOWEGO ZAWSZE JEST SKUTKIEM TRAUMY?

Rozdział 2.

CZY ZESPÓL STRESU POURAZOWEGO ZAWSZE JEST SKUTKIEM TRAUMY?

Stres to nieodłączna część naszego życia. Jeśli na
nasze codzienne udręki składają się bezustanne narzekania upierdliwego
szefa albo kolejne napastliwe pismo z Urzędu Skarbowego, zwykle jakoś
znajdujemy sposób, by sobie z tym poradzić. Czasem jednak — rzadko na
szczęście — dzieje się coś tak okropnego, że przekracza to nasze
możliwości i wprost paraliżuje. To właśnie w takich sytuacjach grozi nam,
że staniemy się ofiarą zaburzenia znanego jako zespół stresu pourazowego (posttraumatic stress disorder — PTSD).

Do objawów zespołu lęku pourazowego zalicza się
między innymi nawracające wspomnienia zdarzenia, które go wywołało, nocne
koszmary oraz inne symptomy bardzo mocno zakłócające codzienne
funkcjonowanie. Zaburzenie to występuje stosunkowo często — jak się
szacuje w Stanach Zjednoczonych w jakimś momencie życia cierpi na nie
około siedmiu procent ludzi.

Zespół stresu pourazowego to jedno z najpowszechniej
znanych zaburzeń, a jednocześnie jedno z najbardziej kontrowersyjnych.
Głębokie psychologiczne cierpienie, jakie odczuwają jego ofiary, jest bez
wątpienia jak najbardziej realne, natomiast spore wątpliwości budzi wciąż
jego etiologia, a w szczególności pytanie, czy to rzeczywiście trauma jest
kluczowym czynnikiem odpowiedzialnym za to zaburzenie. Specjaliści od
zdrowia psychicznego od dość dawna przyjmowali, że jest to typowa (według
niektórych wręcz nieuchronna) reakcja na silną traumę, a przy tym
zdecydowanie różni się od innych zaburzeń lękowych występujących u ludzi
ciężko doświadczonych przez życie. Coraz więcej danych empirycznych
wskazuje jednak, że te założenia należy zweryfikować.

NERWICA FRONTOWA (SHELL SHOCK)

Zespół stresu pourazowego pojawił się w
psychiatrycznej biblii — za jaką bez wątpienia uznać należy Diagnostic and Statistical
Manual of Mental Disorders (DSM) — dopiero w
roku 1980, ale charakterystyczne dla niego objawy opisywali już
starożytni, można je znaleźć i w mitach Sumerów, i u Homera w Iliadzie. Gdy zaś przejdziemy do czasów nam bliższych, to okaże się,
że w XIX wieku weterani amerykańskiej wojny secesyjnej cierpieli na
„żołnierskie serce”
(soldier’s heart), w czasie I wojny światowej
powszechnie diagnozowano „nerwicę frontową”, w kolejnej — „zmęczenie
walką” (combat
fatigue), a na odmianę weterani powracający z
Wietnamu w latach 70. XX wieku otrzymywali (nieformalną jeszcze wówczas)
diagnozę „syndromu powietnamskiego”. We wszystkich przypadkach symptomy
były bardzo podobne do tych, na podstawie których dziś DSM
każe postawić diagnozę zespołu stresu pourazowego.

Według DSM-5 zespół
stresu pourazowego to skutek „traumy”, którą podręcznik ten definiuje jako
bardzo silny uraz psychologiczny, zdarzenie takie jak bycie świadkiem
czyjejś śmierci, ciężkie zranienie, gwałt (doświadczenia takie jak
zerwanie związku lub katastrofa finansowa według amerykańskich psychiatrów
nie spełniają kryteriów). Najczęściej z zespołem stresu pourazowego mamy
zatem według autorów
DSM do czynienia u weteranów wojennych, ofiar
gwałtu, przestępstwa lub wypadków samochodowych czy katastrof lotniczych,
a także pożarów i naturalnych kataklizmów takich jak tornada, huragany,
powodzie, tsunami czy trzęsienie ziemi. Podręcznik wymienia cztery grupy
symptomów: nieustanne powroty do traumatycznego zdarzenia w świadomych
wspomnieniach i w snach; emocjonalny opór wobec kojarzących się z nim
bodźców, negatywne myśli i zły (obniżony) nastrój, którego elementem są
przypisywanie sobie winy za to, co się zdarzyło, oraz emocjonalne
izolowanie się od innych; nadpobudliwość, która sprawia, że chory ma
problemy ze snem i jest podatny na lęk. Żeby można było postawić diagnozę
zespołu stresu pourazowego, te symptomy muszą utrzymywać się co najmniej
przez miesiąc.

ODPORNI NA TRAUMĘ?

Po atakach islamskich terrorystów 11 września 2001
roku wielu amerykańskich ekspertów od zdrowia psychicznego uznało, że
Stany Zjednoczone nieuchronnie czeka prawdziwa epidemia zespołu stresu
pourazowego, a groźnie będzie zwłaszcza w dwóch miastach bezpośrednio
dotkniętych atakami — w Nowym Jorku i w Waszyngtonie. Rzeczywistość
okazała się jednak znacznie bardziej skomplikowana. Nie ulega wątpliwości,
że po zamachach u wielu Amerykanów wystąpiło co najmniej kilka symptomów
tego zaburzenia, ale w większości przypadków bardzo szybko one ustąpiły.
Duże badania przeprowadzone przez psycholożkę Roxane Cohen Silver z
University of California w Irvine[1] wykazały, że zaburzenie w silnej
postaci wystąpiło u około dwunastu procent Amerykanów w okresie między 9.
a 23. dniem po tragedii, ale sześć miesięcy później utrzymywało się tylko
u sześciu procent. Najwyraźniej czas leczy również psychiczne rany.

W roku 2002 wyniki swoich badań opublikował też
epidemiolog Sandro Galea z nowojorskiej Academy of Medicine. Jego zespół
wykrył, że pięć do ośmiu tygodni po zamachach z 11 września diagnostyczne
kryteria stresu pourazowego spełniało tylko 7,5 procenta nowojorczyków, z
tym że wśród tych, którzy mieszkali na południe od Canal Street — czyli w
bezpośrednim sąsiedztwie World Trade Center — proporcje były znacznie
wyższe i sięgały 20 procent. To niejedyne dane, które potwierdzają, że
fizyczna bliskość jest dobrym predykatorem nasilenia reakcji stresowej.
Niemniej badania te wskazują zarazem, że nawet przy tak olbrzymim stresie
zaburzenia posttraumatyczne rozwijają się tylko u wyraźnej mniejszości
ofiar traumy. W zasadzie można wręcz przyjąć, że powszechniejszą niż
załamanie reakcją na wydarzenia 11 września był wzrost psychicznej
odporności na stres.

Psycholog George A. Bonanno z Columbia University
przygotował w roku 2011 przegląd literatury przedmiotu i, jak stwierdził,
na tej podstawie można uznać, że pełnoobjawowy zespół stresu pourazowego
rozwija się u zaledwie od pięciu do dziesięciu procent osób, które doznały
traumy. Te proporcje się oczywiście zmieniają i przy ciężkiej traumie są
wyższe, ale nawet wtedy rzadko przekraczają trzydzieści procent, może
tylko z wyjątkiem przypadków, gdy ofiary były jej poddane wielokrotnie.
Przeprowadzone także w roku 2011 badania Stevana Hobfolla z Rush Medical
College, które objęły 763 Palestyńczyków zamieszkujących obszar
najostrzejszego konfliktu palestyńsko-izraelskiego, wykazały, że w takiej
sytuacji niektóre objawy zespołu stresu pourazowego występują u ponad 70
procent ofiar traumy, w tym u ponad jednej czwartej są one bardzo silne.

Te i inne zbliżone dane, wskazujące, że zespół stresu
pourazowego nie jest wcale nieuchronną konsekwencją przeżycia traumy,
skłoniły psychologów do poszukiwanie czynników uodparniających na to
zaburzenie. Kolejne badania wykazały, że taką zwiększoną odporność można
łączyć na przykład z wyższymi dochodami i wykształceniem, a także z płcią
(lepiej z traumą radzą sobie mężczyźni). Pewne znaczenie mają też silne
więzi społeczne. W żadnym przypadku nie były to jednak wysokie korelacje.
Wiadomo też, że mniej narażone na zespół stresu pourazowego są osoby
rzadziej odczuwające złość, gniew, alienację i inne „niedobre” czy też
negatywne emocje. Wszystko wskazuje zatem, że to cechy osobnicze decydują,
czy wskutek przeżycia traumy rozwinie się zespół stresu pourazowego, tylko
w tej chwili nauka nie jest jeszcze w stanie wyjaśnić tej zależności.

EMOCJONALNE WYZWALACZE

Tak więc samo doświadczenie traumy nie oznacza
automatycznie, że pojawi się zespół stresu pourazowego. Jak się okazuje,
nie jest ono ani warunkiem dostatecznym, ani nawet koniecznym. Co prawda,
przynajmniej zgodnie z obowiązującą dziś definicją klinicysta nie może
stwierdzić u pacjenta zespołu stresu pourazowego, jeśli ten nie przeżył
traumatycznego doświadczenia (a te są też precyzyjnie w definicji
określone), to jak pokazują badania, charakterystyczne objawy tego
zaburzenia może powodować działanie stresorów niepowiązanych z fizycznym
zagrożeniem. W roku 2008 jeden z nas (Scott Lilienfeld) przeprowadził
wspólnie z psychologiem Geraldem M. Rosenem z University of Washington
przegląd badań i udało nam się pokazać, że wyraźne symptomy mogą
też wystąpić po wstrząsie emocjonalnym, jakim bywa na przykład rozwód,
poważne trudności w pracy albo utrata bliskiego przyjaciela/przyjaciółki.
Sari Gold z Temple University i jej współpracownicy przebadali w roku 2008
454 studentów młodszych lat i pokazali, że młodzi ludzie, którzy mają za
sobą mocno stresujące, ale nietraumatyczne (w sensie braku fizycznego
zagrożenia) doświadczenia, takie jak poważna choroba bliskiej osoby,
problemy w związkach albo aresztowanie kogoś bliskiego, mają czasem nawet
silniejsze objawy PTSD niż ci, którzy przeszli „klasyczną” traumę.
Wszystkie te wyniki sprawiły, że przynajmniej część badaczy zaczęła się
zastanawiać, czy od dawna przyjęte założenie, że zespół stresu pourazowego
musi być konsekwencją traumy, której częścią jest fizyczne zagrożenie, nie
wymaga rewizji, czyli czy nie należy zmodyfikować definicyjnych kryteriów
diagnozy zespołu stresu pourazowego tak, by zaburzenie te obejmowało
również reakcje lękowe na stres, którego elementem nie jest (fizyczna)
trauma. Jak zwrócił jednak uwagę psycholog Richard J. McNally, taka zmiana
mogłaby grozić „kryterialnym rozmyciem” (criterion creep)
— byłoby to niedopuszczalne rozszerzenie granic diagnozy.

Nie wgłębiając się w spory definicyjne, można mimo
wszystko przyjąć, że wyniki prowadzonych w ostatnich latach badań każą się
zastanowić, czy aby zespół stresu pourazowego nie jest zaburzeniem
znacznie mniej jednoznacznym, niż do tej pory przyjmowano, jako że
identyczne symptomy mogą pojawić się w przypadku całej grupy
stresorów, które po prostu są elementem kondycji ludzkiej[2].

PODSTAWOWE ŹRÓDŁA:

Bonanno, G.A., Westphal, M., Mancini, A.D. (2011). Resilience to loss and
potential trauma. „Annual Review of Clinical
Psychology”, 11, 511-535.

Rosen, G.M., Lilienfeld, S.O. (2008). Posttraumatic stress disorder:
An empirical evaluation of core assumptions.
„Clinical Psychology Review”, 28(5), 837-868.

Rozdział 3.

RUPIECIE, WSZĘDZIE TE RUPIECIE… PROBLEM PATOLOGICZNEGO ZBIERACTWA

Rzeczy, rzeczy i jeszcze więcej rzeczy. Wielu z nas
wręcz ubóstwia kupować i zbierać rzeczy, nawet jeśli większość z nich
naprawdę na nic się nam nie może przydać. Ponad siedemdziesiąt procent
amerykańskich dzieci kolekcjonuje różne przedmioty — monety, lalki, karty
graczy w baseball; wielu dorosłych robi to samo. Ludzie często traktują
swoją własność jak przedłużenie własnej osoby i bardzo się do niej
przywiązują. Niestety w niektórych, na szczęście rzadkich przypadkach ten
nawyk zdobywania i gromadzenia rzeczy przyjmuje formy ekstremalne i staje
się chorobą — to właśnie wciąż jeszcze nie do końca przez medycynę
rozpoznane zaburzenie znane jest jako patologiczne (chorobliwe)
zbieractwo. Niespecjaliści często przyjmują, że „patologiczni zbieracze”
to albo ludzie zbyt leniwi, by wyrzucić otaczające ich hałdy śmieci, albo
też mają takie szczególne „hobby”; takie życie po prostu sprawia im
przyjemność. Oba te twierdzenia są fałszywe. Z drugiej strony większość
ekspertów długo zakładała, że patologiczne zbieractwo to szczególna postać
zaburzeń kompulsywno-obsesyjnych. Nowe badania wskazują jednak, że to
założenie również jest błędne. Wydaje się raczej, że w takich przypadkach
mamy do czynienia z patologiczną — nadmiarową — postacią naturalnej i
zasadniczo korzystnej skłonności do gromadzenia dóbr (zapasów).

ODRĘBNE ZABURZENIE

W Martwych duszach
Gogola — powieści napisanej w roku 1842 — pojawia się postać niejakiego
Pliuszkina. Ów opisany jako „kutwa nad kutwami” właściciel wsi chodził w
łachmanach i zbierał wszystko, co wpadło mu w ręce. Zygmunt Freud uznał,
że zbieractwo jest symptomem „osobowości analnej” i konsekwencją
nadmiernie ostrego treningu „toaletowego” w fazie wczesnodziecięcej (co
ciekawe, nadal są psychologowie, choć niewielu, którzy podzielają ten
pogląd). Sytuacja zmieniła się dopiero w połowie lat 90. XX wieku, kiedy
to coraz powszechniejsze stało się przekonanie, że zbieractwo jest
odrębnym zaburzeniem — a przy okazji poważnym problemem dla klinicystów.
Kiedy w roku 1993 psycholog Randy O. Frost ze Smith College opracował i
opublikował systematyczne kryteria patologicznego zbieractwa, to nowo
odkryte, a raczej zidentyfikowane zaburzenie wzbudziło na tyle szerokie
zainteresowanie, że pojawiły się nawet poświęcone mu telewizyjne filmy
dokumentalne i programy typu reality show, takie
jak Hoarders, Clean
House i „Hoarding: Buried Alive”.

Jeszcze do niedawna większość specjalistów
przyjmowała, że patologiczne zbieractwo to szczególna postać zaburzeń
kompulsywno-obsesyjnych. Samo gromadzenie miałoby być właśnie typowym
zachowaniem kompulsywnym, zrytualizowanym aktem mającym zredukować lęk,
jakimś odpowiednikiem nieustannego sprawdzania, czy aby na pewno kuchenka
jest wyłączona. W roku 2010 psycholog David Mataix-Cols z londyńskiego
King’s College opublikował jednak duży przegląd badań, który jednoznacznie
wskazywał, że co najmniej u 80 procent „zbieraczy” nie występują objawy
typowe dla zaburzeń kompulsywno-obsesyjnych. Większość chorych nie ma na
przykład żadnych obsesji (nawracających myśli, prześladujących obrazów i
wspomnień, niekontrolowalnych impulsów), które dość powszechnie występują
przy zaburzeniach kompulsywno-obsesyjnych. Co więcej, osoby u których
rozpoznano patologiczne zbieractwo, były zwykle starsze i uboższe niż
pacjenci z zaburzeniami kompulsywno-obsesyjnymi, były też bardziej od nich
podatne na zaburzenia nastroju i zaburzenia lękowe, a wreszcie znacznie
rzadziej gotowe były przyznać, że mają jakiekolwiek problemy natury
psychicznej.

Wszystkie te odkrycia znalazły odzwierciedlenie w
ostatnim, piątym wydaniu sygnowanego przez American Psychiatric
Association podręcznika diagnostycznego i tu po raz pierwszy patologiczne
zbieractwo zostało wymienione jako odrębne zaburzenie, którego kluczowym
objawem jest ekstremalnie silna i trwała niemożność rozstania się z
gromadzonymi przedmiotami, nawet jeśli nie mają one żadnej wartości
materialnej ani użytkowej. Ludzie dotknięci tym zaburzeniem czują
nieodpartą potrzebę gromadzenia rzeczy. Ich mieszkania (domy), a czasem
też miejsca pracy są zagracone do tego stopnia, że nie da się tam
normalnie funkcjonować; to kolejne źródło poważnego stresu. Autorzy DSM-5
zwracają przy tym uwagę, że przed zdiagnozowaniem patologicznego
zbieractwa należy uważnie sprawdzić, że nie występują medyczne przyczyny,
które mogłyby wywołać zbliżone objawy. Z przeprowadzonych w roku 1998
badań psychiatry Jen-Ping Hwanga z Urzędu d.s. weteranów w Taipei wynika
na przykład, że u niemal jednej czwartej chorych z demencją pojawiają się
też kliniczne symptomy chorobliwego zbieractwa.

Według różnych szacunków patologiczne zbieractwo
występuje u dwóch do pięciu procent (amerykańskiej) populacji, co sprawia,
że jest to schorzenie powszechniejsze niż np. schizofrenia. Ofiarami
padają zarówno kobiety, jak mężczyźni. Ludzie najczęściej gromadzą
książki, pisma i gazety, ale zdarza się też, że zbierają ubrania —
koszule, spodnie, bluzki czy sukienki, które nawet nie są rozpakowywane.
Rzadsze, ale też odnotowywane są przypadki „zbieraczy” zwierząt. W roku
2010 w Powell w stanie Wyoming lokalne władze musiały sobie poradzić z
chorą, która trzymała u siebie w domu ponad sto pięćdziesiąt kotów. Frost
i jego współpracownicy opublikowali w roku 2011 artykuł o ludziach,
których zaburzenia obejmuje właśnie gromadzenie zwierząt — jak twierdzą,
są to osoby wyjątkowo silnie psychicznie zaburzone, żyjące zwykle w
warunkach skrajnego brudu i nędzy.

ŚMIERTELNIE GROŹNA

Patologiczne zbieractwo to bardzo groźna choroba,
czasem prowadząca do śmierci. Może się zdarzyć na przykład, że „kolekcja”
osiągnie takie rozmiary, że praktycznie uniemożliwi poruszanie się po
domu, a zbieracz, żeby gdzieś się dostać, musi korzystać z wąskich tuneli
albo karkołomnych ścieżek przez zwały rupieci. David Tolin, psycholog z
Institute of Living w Hartford (Connecticut), badał ten problem w roku
2008 i wykrył, że w niektórych przypadkach (dwa procent chorych) konieczna
była eksmisja. Rok później studenci psychologii z Worcester Polytechnic
Institute Project Center w Melbourne stwierdzili, że przynajmniej w
Australii patologiczne zbieractwo jest przyczyną prawie jednej czwartej
(dokładnie 24 procent) tragicznych śmierci w pożarach domów; gdyby nie
choroba, tym tragediom można by zapobiec. Zdarza się też, że chory ginie,
dosłownie przywalony przez swoją „kolekcję” — w roku 2013 w New Jersey
służby miejskie znalazły martwą 68-letnią kobietę przysypaną zwałami
gnijących resztek, pustych toreb na zakupy, starych ubrań i innych
odpadów.