Strona główna » Obyczajowe i romanse » Złodzieje książek

Złodzieje książek

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-244-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Złodzieje książek

Pasjonująca podróż w przeszłość w poszukiwaniu rękopisu Roberta Louisa Stevensona Londyn, 1890 rok. Pen Davenport cieszy się sławą najbardziej bezwzględnego pirata książek w Europie. Jako mistrz podstępu zarabia na życie, przeczesując zatoki, tawerny i drukarnie w poszukiwaniu rękopisów, które można by złupić. Nieprecyzyjne przez setki lat prawo autorskie i publiczność spragniona nowych historii stwarzały dotąd wyjątkowe możliwości: bezkarnie wydawano książki bez zgody autora. Pisarze – choćby Charles Dickens, Mark Twain i Robert Louis Stevenson – zdobywali sławę, ale ponosili straty finansowe, wydawcy natomiast osiągali wielkie zyski, a czytelnicy mogli tanio nabywać książki. Jednak złoty wiek działalności wydawniczej dobiega końca. U progu XX wieku postanowiono bowiem podpisać umowę międzynarodową, by zlikwidować czarny rynek. Bukinierzy, Złodzieje książek, stają się gatunkiem na wymarciu. Davenport postanawia więc wyruszyć w ostatnią podróż, zanim nowe prawo wejdzie w życie. Cel jego wyprawy rozpala wyobraźnię wszystkich bukinierów – na wyspie Samoa umierający Robert Louis Stevenson kończy swoją ostatnią książkę. Jak zawsze Davenportowi niechętnie towarzyszy jego pomocnik, Fergins. Zabrany podstępem na ostatnią szaleńczą wyprawę Fergins odkrywa, jak emocjonującym przeżyciem jest asystowanie sławnemu piratowi w jego misji. Jednak Davenport nie jest jedynym bukinierem, który ma chrapkę na nową powieść angielskiego autora. Na wyspie pojawia się bowiem Belial, jego śmiertelny rywal. Davenport, Fergins i Belial zostają wkrótce uwikłani w konflikt większy niźli tylko literacki... Niezwykła opowieść o ostatnim skoku bukinierów – piratów kradnących utwory literackie, zdolnych zrobić wszystko to, przed czym wzdrygają się wydawcy i pisarze… „To powieść o miłośnikach książek i dla miłośników książek, napisana przez człowieka, który je uwielbia. Matthew Pearl wyznacza standardy w dziedzinie kryminału historycznego, czego potwierdzeniem są Złodzieje książek – wspaniała i pełna intryg opowieść o ostatnich dniach Roberta Louisa Stevensona”. Lyndsay Faye „Nikt nie może się równać z Matthew Pearlem, gdy trzeba jednocześnie uczyć i bawić. Złodzieje książek to emocjonująca egzotyczna przygoda na transatlantyckich wodach, pierwszorzędne doświadczenie intelektualne w dziedzinie historii, a pod powierzchnią bogato zdobionych kartek, list miłosny adresowany do pisanego słowa. Powieść Pearla przypomina o tym, za co przede wszystkim kochamy książki”. Louis Bayard

Polecane książki

Zapraszamy do dworku Longbourn na spotkanie z Elizabeth, Jane, panem Darcym. Postaci znane z kart Dumy i uprzedzenia są jednak tylko tłem dla nowej historii. Głównymi bohaterami są tutaj władcza, aczkolwiek wyrozumiała gospodyni ­– pani Hill, chodząca z głową w chmurach pokojówka Sara oraz tajemnic...
W społeczności, w której żyje Jonasz, wszystko jest idealne. Specjalnie dobrane kobiety rodzą dzieci, które trafiają potem do odpowiednich jednostek zwanych komórkami rodzinnymi. Każdy ma przypisanych rodziców i pracę. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, by zadawać pytania. Wszyscy są posłuszni. Ni...
To one są „przy łóżku” pacjenta, stale poddane ocenie – pacjentów, rodzin, lekarzy. Wzbudzają skrajne emocje – od uwielbienia, poprzez lekceważenie, po agresję. Młode i stare, wykształcone i przyuczone, entuzjastyczne i zgorzkniałe. Zbyt nisko opłacane. Przepracowane. Przestały milczeć. Opowiada...
Po 123 latach niewoli Polska znów pojawiła się na mapach Europy, natomiast Wielkopolska wciąż należała administracyjnie do Niemiec. Wówczas Wielkopolanie upomnieli się o przynależną im wolność. Jednym z tych, którzy stanęli do walki, był Krzysztof Wartecki, który podczas pierwszej wojny światowe...
Przełożeni major Kamieńskiej doceniają jej profesjonalizm i tzw. szósty zmysł. Nic zatem dziwnego, że postawili przed nią wyjątkowo trudne zadanie - ma zapobiec planowanemu morderstwu. I co ciekawe, nie chodzi tu wcale o uratowanie życia przyszłej ofierze! W śledztwie pomaga Anastazji zaprzyjaźniony...
Książka jest kursem języka angielskiego opartym na wspaniałej komicznej powieści Jerome’a K. Jerome’a „Three Men in a Boat (To Say Nothing of the Dog)”, która należy do klasyki humoru angielskiego i od początku XX wieku znajduje się w kanonie literatury satyrycznej.Ksi...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Matthew Pearl

Tytuł oryginału:

THE LAST BOOKANEER

Copyright © 2015 by Matthew Pearl

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Robert Kempisty

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Aneta Iwan, Agnieszka Majewska, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-244-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Moim dzieciom

Rozdział ICLOVER

Pewnych książek wolno jedynie skosztować, inne powinno siępołykać, są też nieliczne, które należy przeżuwać i smakować.

FRANCIS BACON

Nie sądzę, abyś słyszał o takim stworzeniu.

E. C. FERGINS

Gdy jako młody chłopak pracowałem w kompanii kolejowej New York Central & Hudson River Railroad, codziennie sprawdzałem, czy wsiadł do wagonu przed odjazdem pociągu.

– Pewnie czekasz na jakąś ładną panienkę? – pytał kucharz z nutką ironii w głosie, gdy wycierałem stoliki lub czyściłem sztućce na wysoki połysk.

Człowiek, którego szukałem na peronie, był niepozorny jak czyścibut lub handlarz pieczywa, który balansuje ciałem, niosąc tacę z chlebem w wyciągniętym ręku. Przypuszczam, że większość ludzi nie obserwowała go dość długo, aby zapamiętać, jak wyglądał. Był w średnim wieku, średniej budowy ciała, o figurze przypominającej śliwkę. Nosił okulary w białej, metalowej oprawce, miał spiczasty nos oraz brodę. Jego wydatne usta były nieustannie zajęte szykowaniem się do uśmiechu, podśpiewywaniem, pogwizdywaniem lub wyginały się w grymasie zaskoczenia. Manewrował swoim pokaźnym wózkiem z pasiastą parasolką i miękkim, pilśniowym kapeluszem zatkniętym na górnej półce z książkami. Dotarłszy do wagonu restauracyjnego, pchał swój jasnozielony pojazd w moją stronę, bo w całym pociągu ceniłem tylko jego, a on tylko mnie.

– Oto mój ulubiony klient! – wołał na powitanie, a następnie pochylał się tak głęboko nad wózkiem, że ten mało się nie przewracał. – Na co ma pan dziś ochotę, panie Clover?

Inni kelnerzy obsługujący wagon restauracyjny rozczytywali się w powieściach o ubogich młodzieńcach, którzy zbili fortunę, lub bogaczach, którzy okazali się przestępcami. Przewracali kartki tak szybko, jakby słowa były widokami – polami i farmami – monotonnie przesuwającymi się za oknem. Ja poszukiwałem w książkach czegoś innego. Nie potrafiłbym wyjaśnić czego, ale znałem powód: wierzyłem, że nawet jeśli wprowadzą mnie w błąd własne myśli, wszystko, co wyczytam w książkach, będzie niewzruszoną prawdą. Uważałem tak, gdy miałem dziewiętnaście lat, bo dopiero później zacząłem ufać bardziej sobie niż księgom.

Mimo życzliwych słów pana Ferginsa nie nadawałem się na klienta. Miałem puste kieszenie i wobec tego byłem pewnie jedynym mieszkańcem Nowego Jorku, który nie lękał się złodziei. Jednak szczodry, poczciwy bukinista zostawiał mi dowolnie wybraną książkę, zanim wyruszył w dalszą podróż przez wagony. Jeśli stoliki zostały wcześniej sprzątnięte i nakryte, mogłem czytać, dopóki nie poczułem dygotania podłogi pod stopami i nie usłyszałem sapania lokomotywy. Spieszyłem wówczas, żeby zwrócić pożyczony tomik i pomóc mu wynieść wózek z pociągu. Kiedy pociąg ruszał, pan Fergins stał na peronie i machał mi chusteczką, jakby żegnał własnego syna.

W mojej rodzinnej wiosce było niewiele książek – zdobywało się je tylko w księgarni lub objazdowej bibliotece. Żebym miał co czytać, pastor pożyczał mojej matce czarne, grube i ponure tomiszcza, które miały mnie ukształtować na sposób praktyczny i duchowy. Literatura? Prawie nie znałem tego słowa. Oczy otworzyła mi dopiero stara, zniszczona książka Miltona, którą odkryłem, gdy miałem trzynaście lat i wielebny pozwolił mi korzystać ze swojej prywatnej biblioteki. Chociaż był to poemat religijny, odznaczał się nową jakością. Opowieści, które słyszałem wielokrotnie podczas kazań, nagle przeistoczyły się w poezję. Stały się prawdziwymi historiami, z krwi i kości. Odnosiłem wrażenie, że czuję na karku lodowaty oddech Lucyfera i delikatne muśnięcie Ewy, ocierającej się o moje ramię. Że przeżywam nie tylko wypędzenie prarodziców z Edenu, ale wygnanie z mojego życia całej prowincjonalnej nudy. Nie pamiętam pytań, które zadałem po lekturze Raju utraconego, ale pastor musiał zrozumieć, że od nauki chrześcijańskiej bardziej interesuje mnie poezja, bo tomik Miltona zniknął. To książki dostarczały mi pocieszenia, gdy pięć lat później na zawsze pożegnałem się z wiejskim życiem i podjąłem pierwszą pracę, a później odkryłem, że mimo najlepszych chęci z mojej strony ogromny Manhattan, buchający parą i kipiący energią, nigdy nie stanie się moim domem. Książki były wszędzie, gdzie spojrzałem – na wystawach sklepów, ulicznych straganach i w nowych publicznych bibliotekach wielkich jak zamek – nawet w wagonach kolei.

Pan Fergins mógł nie wzbudzać zainteresowania innych pasażerów jako relikt czasów znacznie spokojniejszych od obecnego tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego pierwszego roku. Mógł się im wydawać postacią tak pospolitą jak ubiór, który nosił, gdyż nie potrafili dostrzec, kim naprawdę był: przyjaznym, pokornym i skromnym człowiekiem. W jego powściągliwości kryło się jednak coś głębokiego i niewypowiedzianego. Musiał znosić typową opryskliwość i typowe zniecierpliwienie, z jakimi mają do czynienia wędrowni handlarze. Może właśnie to tłumaczyło cierpliwość, którą mi okazywał. Nie pogardzał upodobaniami innych kelnerów domagających się kolejnych „powieści sensacyjnych” i nie kwestionował mojej wartości z powodu wyboru trudniejszej drogi. Kiedyś powiedział mi, że książki pełnią dwie funkcje.

– Mogą nas ukołysać do snu lub zmieniać, kawałek po kawałeczku, aż przybliżymy się do Boga. Jedna funkcja jest bierna, druga czynna – ożywiająca – ale obie są wartościowe.

– Przecież jestem tylko kelnerem kolejowym – odparłem któregoś dnia, pomagając mu przenieść wózek z wagonu na peron. – Nie zmieni tego żadna książka na świecie.

Wybuchnął tak serdecznym i szczerym śmiechem, że mimowolnie sam się roześmiałem, czując, jak mięknie mi serce, gdy patrzę na tulipany wymalowane na jego wózku. Pewnie miałem nadzieję, że pan Fergins zaprzeczy.

– Wybacz mi, młodzieńcze. Moją wesołość wzbudził jedynie sposób, w jaki pan to ujął. Literatura nie zmieni pańskiej profesji ani jakości kapeluszy, które będziesz pan nosić. Boże broń. Miałem na myśli zmianę innej natury. – Zaczął majstrować przy swoich białych oprawkach. – Chodziło mi o inną rzecz…

Nie dokończył zdania, bo lokomotywa zaczęła sapać i zagłuszyła jego słowa.

Praca kelnera wymaga tego, żeby stać w miejscu, kiedy cały świat wokół się porusza. To dzięki nam podróżni mogą udawać, że siedzą w restauracji podobnej do tej, która jest w ich mieście, zamiast zwracać uwagę na to, że zostali uwięzieni we wnętrzu jednego z najbardziej niezwykłych mechanicznych wynalazków współczesnych czasów. Dochodziła dziewiętnasta, nasz wagon restauracyjny pękał w szwach, bo jeździliśmy na popularnej trasie. Często zaglądali do nas mężczyźni i kobiety wyjątkowego charakteru, ludzie zamożni i znani, cieszący się powszechnym szacunkiem. Tym razem spojrzenia podróżnych przykuł stolik na końcu wagonu, a ich rozmowy zamieniły się w teatralny szept. Byłem zbyt zajęty klientami, żeby to spostrzec, dopóki Rapp, inny kelner, który obsługiwał tamten rewir, nie chwycił mnie za łokieć. Rapp miał cerę ciemniejszą od mojej, przetłuszczone włosy i cienkie wąsiki nawoskowane w ostry szpic, na wzór wąsów naszego szefa kuchni.

– Jesteś molem książkowym, prawda, Clover? – wyszeptał.

– O co ci chodzi? – spytałem, bo nie miałem ochoty na żarty.

– Bez urazy! Nie udawaj takiego drażliwego! Widziałem, jak krzywisz w uśmiechu swoją buźkę mieszańca, gdy rozmawiasz z tym dziwakiem domokrążcą.

Chociaż Rapp też był mieszańcem, jak wszyscy kelnerzy kolejowi w tamtych czasach, zdenerwował mnie sposób, w jaki mówił o moim przyjacielu.

– Pan Fergins nie jest domokrążcą!

– Nie krąży z książkami po wagonach? Jak domokrążca? Mniejsza o to. Pomyślałem, że chciałbyś coś zobaczyć.

Skinął głową w kierunku stolika, przy którym siedział mężczyzna zwrócony plecami w moją stronę. Miał długie włosy przeplatane białymi i srebrnymi pasemkami. Pochylał się nad talerzem z gotowanym udźcem baranim i ziemniakami parisienne, jakby powoził grupą koni.

– To Mark Twain… ten pisarz. Nie znasz się nawet na tym, co lubisz?

W życiu nie widziałem żadnego pisarza. Ba, nawet nie pomyślałem o tym, że mógłbym go zobaczyć, więc nie przeczuwałem, iż kiedykolwiek to nastąpi.

Połowa wagonu obsługiwana przez Rappa była pełna, a moje stoliki zaczęły się wyludniać, więc kucharz wezwał mnie do siebie, żebym mu pomógł w robocie. Kiedy wyprawiono mnie z parującą tacą do jednego ze stolików, szef otworzył skrzynkę z lodem i wyciągnął butelkę wina, która miała trafić na stolik numer szesnaście.

Wziąłem kilka głębokich wdechów i przeszedłem na stronę Rappa, żeby stanąć twarzą w twarz z jednym z moich ulubionych autorów. Miałem na końcu języka pół tuzina inteligentnych i rezolutnych uwag, gdy jakaś przerażająca starucha spojrzała na mnie spod siwej peruki, przesuwając długim językiem po białych, sztucznych zębach.

– Czemu tak sterczysz, na Boga?! – wykrzyknęła. – Nie widzisz, że chce mi się pić, chłopcze! Co z ciebie za kelner?!

Ręce zwilgotniały mi od potu i butelka wyślizgnęła się z palców. Kawałki szkła i rozlane wino – największy koszmar kolejowych kelnerów. Wszyscy goście restauracyjnego utkwili we mnie wzrok, a z oddali doleciał donośny śmiech Rappa.

Nigdy nie zdobyłem się na odwagę, żeby opowiedzieć panu Ferginsowi o dalszych wypadkach. Gdy kilka dni później pchał swój wózek z książkami przez wagony, wykrzykując najnowsze tytuły, nadal czułem się boleśnie zraniony, bo nawet drobna porażka na długo zapadała mi w pamięć. Kiedy miałem siedem lat, spadłem z konia, ale nawet w Nowym Jorku zdarzało mi się budzić rano na twardej pryczy, w małej klitce przypominającej szafę, słysząc w uszach przenikliwy śmiech dawnych towarzyszy zabaw.

Bukinista musiał wiedzieć o psikusie, bo przemówił do mnie takim tonem, jakbym leżał na łożu boleści.

– W pociągu nic się nie ukryje – wybąkałem, spoglądając na własne dłonie.

Uśmiechnął się niewinnie, a później zmarszczył brwi, rozdrażniony tym, że się zdradził.

– Daj spokój. Każdy może coś upuścić w pędzącym wagonie.

– Jeden z kelnerów zrobił mi kawał. Powiedział, że w restauracyjnym jest Mark Twain, a ja głupi mu uwierzyłem. Uwierzyłem draniowi.

– Faktycznie, o tej porze roku Twain nie podróżowałby twoją trasą – zaczął pan Fergins, ale urwał w pół zdania i odchrząknął, starając się uzasadnić w ten sposób dziwną dygresję. – Panie Clover, uwierzył pan bałamutnym słowom kolegi, bo jest pan uczciwym człowiekiem i oczekuje uczciwości od świata. Kiedyś byłem taki jak pan.

– Jednak to nie psikus Rappa najbardziej mi dopiekł, panie Fergins. Najgorsze było to, co poczułem, gdy zrozumiałem, że to nie on. – Kiedy to powiedziałem, zauważyłem ze wstydem, że oczy mi zwilgotniały.

– Tak czy owak zawsze lepiej przeczytać książkę, niż poznać jej autora.

– Dlaczego? – spytałem z dziwnej potrzeby doznania otuchy, ale kiedy podał mi swoją chusteczkę, już o tym zapomniałem.

– Czy wiesz, dlaczego jesteś taki wzburzony?

– Nie, proszę pana – odrzekłem.

– Zastanówmy się. Może sam znajdziesz powód, młodzieńcze.

– Nie. Nie mam pojęcia, dlaczego zachowałem się jak dziecko z powodu głupiego kawału, odrobiny rozbitego szkła i autora, którego w ogóle nie było w pociągu. Miasto Nowy Jork jest zbyt brutalne. Wielebny Millens mnie ostrzegał.

– Jaki Millens?

– Mój ojciec – odpowiedziałem bukiniście, a następnie wyjaśniłem mu obszernie to, czego nie zdradziłbym żadnemu kelnerowi ani kolegom, z którymi wynajmowałem mieszkanie. – Nie wiedziałem o tym do trzynastego roku życia. Podczas wojny jego kościół pomógł mojej matce, wtedy młodej dziewczynie, przeprowadzić się do wioski. Później mama pomogła mu sprowadzić innych. Rzecz jasna nie mogliśmy należeć do jego parafii, ale dawał mi książki, gdy byłem chłopcem, a później pozwalał, żebym sam je wybierał. Czasami słyszałem jego kazania, kiedy siedziałem w bibliotece, która znajdowała się nad kaplicą. Kiedy powiedziałem, że chcę wyjechać, ostrzegł mnie, że nie dam sobie rady w mieście, bo życie w Nowym Jorku jest trudne nawet dla białych.

– Nowy Jork jest trudny dla wszystkich. Właśnie dzięki temu stał się taki, jaki jest. Czy pan wie, panie Clover, że większość ludzi znajduje w książkach szczęście i niedolę, dobro i zło, moralność i grzech? Można by tak wymieniać bez końca. Nie to wszak jest najważniejsze. Najważniejsze kryje się w miejscach, których nie potrafimy do końca zrozumieć – lukach w opowieści, brakujących fragmentach – właśnie tam czai się najprawdziwsza prawda.

Wzruszyłem ramionami, nie wiedząc, o co mu chodzi.

– Pewnego dnia zrozumiesz pan, co cię trapi. Wtedy historia, którą mi przed chwilą opowiedziałeś, o żałosnym psikusie pana Rappa, zyska nowy sens i stanie się dla pana ważniejsza od faktycznego spotkania z tak zwanym geniuszem. Wówczas wspomni pan moje słowa i powie: „Pan Fergins był mi prawdziwym przyjacielem”.

Pewnie odgadł, że martwiłem się przede wszystkim o to, aby nie zostać zganionym za płacz, bo poklepał mnie zachęcająco po ramieniu, co mi pomogło. Później usiadłem i zacząłem słuchać z zapartym tchem jego wspaniałych opisów najnowszych książek, jakby snuł przede mną wizję nowego, lepszego życia. Przeczytał mi nawet fragment Rymów o starym marynarzuColeridge’a z jego niespokojnymi strofami. „I nikt przed nami pod żaglami – kiedy go słuchałem, miałem wrażenie jakby słowa były wiatrem pchającym nas naprzód – nie wszedł w to martwe morze”1. Wiele lat później tamta chwila stała się jednym z moich najszczęśliwszych wspomnień z okresu, gdy pracowałem na kolei.

Nowy Jork był drogim miastem, a ja dysponowałem zaledwie sześcioma lub siedmioma dolarami tygodniowo (zależnie od napiwków), więc oprócz czytania mogłem czerpać rozrywkę jedynie ze spacerowania po wyspie i obserwowania życia – przypatrywania się bogatym obywatelom wsiadającym do powozów zaprzężonych w czwórkę koni i sprzedawcom krzątającym się w zatłoczonej chińskiej lub niemieckiej dzielnicy. Wszyscy oprócz mnie, od najbogatszych do najbiedniejszych, wydawali się dokądś spieszyć – przynajmniej wtedy, gdy nie byłem w pracy. Kuzyn mojej matki miał stajnię, w której trzymano policyjne konie. Widywałem się z nim co kilka miesięcy i pomagałem ich doglądać. Czasami widywałem pana Ferginsa na mieście. Tak przywykłem do jego obchodów pociągu, że początkowo byłem zdumiony, gdy ujrzałem bukinistę w centrum wielkomiejskiego zgiełku. Mimo to rozpoznałem go natychmiast, pochylonego nad zielonym wózkiem i pchającego go ulicami, jakby robił to całą wieczność. Któregoś dnia szedłem wyboistymi uliczkami dolnego miasta, usianego rezydencjami z dawno minionych epok, które przekształcono w składy, bo nowe pałace bogaczy przesunęły się bliżej parku. Było późno – ceglane gmachy nabrały delikatnego pomarańczowego zabarwienia w promieniach zachodzącego słońca – gdy pan Fergins ukazał się moim oczom, właśnie omijał pęknięcia i wyrwy w chodniku. Pospieszyłem mu z pomocą.

– Moje biedne nogi radują się na twój widok, młody Cloverze – powiedział z obliczem spotniałym i poczerwieniałym z wysiłku. – Nabyłem ten wózek od kwiaciarki, stąd wymalowany tulipan. Czasami się zastanawiam, jak by wyglądał wypełniony bukietami, bo żadna rzecz na świecie – nawet tona cegieł – nie jest tak ciężka, jak książki. – Mówiąc to, wskazał drogę do pensjonatu, w którym mieszkał. Było to skromne drewniane domostwo stojące nieopodal czarnej rzeki, której leniwy nurt oddzielał Nowy Jork od New Jersey. Salon zajmowali elegancko odziani, dobrze urodzeni dżentelmeni. Kiedy wepchnęliśmy wózek do izby pana Ferginsa, parasol spadł z górnej półki na podłogę.

Schyliłem się, aby go podnieść. Spostrzegłem, że jest wygięty jak banan. Na pasiastym poszyciu widniała ciemnoczerwona plama jakby od rdzy. Bukinista wsunął parasolkę pod wózek, wyraźnie zakłopotany jej stanem.

– Ciągle mi spada… – rzekł przepraszającym tonem.

Zdumiała mnie liczba tomów o różnej oprawie, barwie i wielkości, które stały wszędzie, gdzie spojrzałem. Każda wolna przestrzeń na stołach, półkach lub podłodze była zajęta przez sterty książek sięgające kolan wysokiego mężczyzny. Zauważyłem też chybotliwą, drewnianą drabinę na kółkach, którą można było przesuwać po izbie. Pan Fergins odzyskał siły i wspiął się na nią ze zwinnością atlety. W pokoju zalatywało naftą, ale światła starczało tylko na to, by odczytać tytuł, i to pod warunkiem, że przystawiło się nos do okładki.

– Teraz rozumiem, jakim sposobem ma pan taki szeroki wybór książek na wózku.

– Skądże znowu! Nie sprzedaję tych książek w pociągu ani na ulicy, drogi chłopcze. Kilka przecznic stąd mam dwie izby przeznaczone na magazyn.

– Doprawdy?

– Tutaj trzymam książki i foliały, które zgromadziłem, zanim otworzyłem własny kram na londyńskim Hoxton Square. Wiele nabyłem z zapasów bankrutujących oficyn wydawniczych, od prywatnych bibliotek, na aukcjach, czasami od handlarzy staroci, którzy nie znali się na książkach i nie wiedzieli, co mają. Śmiało, rozejrzyj się. Owe księgi były świadkiem życia i śmierci.

Pompatyczne słowa sprawiły, że się roześmiałem, ale spostrzegłem, że pan Fergins jest zamyślony i poważny. Zacząłem się przechadzać rozległym labiryntem ksiąg, bacząc, aby nie zawadzić kurtką o żadną oprawę. Między dziełami sławnych pisarzy leżały całkiem przyziemne tomy w rodzaju Podręcznika bibliografii, Poradnika bibliografa i Amerykańskiej bibliografii. Na półkach trafiały się rzeczy o humorystycznie brzmiących tytułach, jak Zbiór drobiazgów Drowsy’ego i Dzieje wieków przeciętnych, które nie były prawdziwymi książkami, ale imitacją. Pan Fergins nabył je na publicznej aukcji w wiejskim domu nieżyjącego już Charlesa Dickensa, który zlecił wykonanie atrap książek, aby ukryć drzwi prowadzące do biblioteki. Zatrzymałem się, by obejrzeć kilka książek stojących nieco wyżej.

– Czytałeś to?

Spoglądałem na pół tuzina książek o tym samym tytule – różnych wydań powieści Frankenstein Mary Shelley.

– Frankensteina? Nie, proszę pana. Wielebny Millens nie zakupiłby jej do swojej biblioteki. Nie widziałem jej na oczy. Czy to przyzwoita książka?

– Kiedy sir Walter Scott ją przeczytał, zapłakał, bo wiedział, że nawet on, największy pisarz w dziejach Szkocji, nie zdołałby stworzyć powieści równie oryginalnej jak ta napisana przez dwudziestojednoletnią dziewczynę. Czy można to uznać za odpowiedź na twoje pytanie?

Nie byłem pewny.

– Pożyczyłem książkę Scotta od przyjaciela i przeszmuglowałem do domu. Jedną Scotta i jedną Stevensona.

– Nie ma nic piękniejszego od pożyczonej książki. Książki tych dwóch genialnych Szkotów mają szczególny walor – mówię o Scotcie i Stevensonie. Kiedy zaczniesz je czytać, poczujesz się ponownie jak mały chłopiec, a gdy skończysz, staniesz się lepszym człowiekiem. – Pan Fergins ruszył przed siebie, rozpościerając ramiona, jakby chciał nimi objąć cały pokój. – Skoro już się rozejrzałeś, którą z tych księgą uznałbyś za najcenniejszą?

Odparłem, że nie zdołam tego odgadnąć.

– Spróbuj. – W pokoju było ciepło, więc na czoło pana Ferginsa wystąpiły kropelki potu, a okulary zsunęły się na czubek nosa.

Wydawał się rozbawiony pomysłem, że mam wybrać najcenniejszą książkę. Nie chcąc dowieść swojej ignorancji, starannie przeanalizowałem możliwości, a następnie wybrałem duży tom oprawny w grubą, czarną, bydlęcą skórę.

– Znakomicie! To jedno z pierwszych folio Shakespeare’a, niestety niekompletne. Widzisz? – Położył księgę na biurku – między stertami książek było akurat tyle wolnej przestrzeni, żeby otworzyć wielkie tomiszcze – i pokazał mi miejsca, gdzie brakowało kartek, a następnie wskazał inne braki, które pozostały niewidoczne dla moich oczu, nawet gdy je opisał. – Cztery lata temu nabyłem je za marnych sto szylingów z majątku po zmarłym londyńskim prawniku. Dodam, że wspomniane folio jest warte co najmniej trzysta pięćdziesiąt funtów. Dasz wiarę? Trzymasz w ręku oryginalne wydanie dramatów Shakespeare’a, ale bardziej godne uwagi jest to, że za jednego szylinga można dziś kupić wspaniałe, współczesne wydanie jego największych dzieł. A teraz podaj mi ten tomik, jeśli łaska – tak, druga półka od dołu, dwie trzecie od brzegu. Ten, który wygląda jak przerażone kocię wyciągnięte za kark z rzeki.

Była to mała książeczka nadgryziona przez robaki. Pan Fergins zamarł, czekając na mój werdykt.

– To mi wygląda na tomik wierszy – rzekłem. – Postrzępiony, przykro mówić, panie Fergins. Brak tytułowej karty zniweczy, jak mniemam, możliwość jego odsprzedaży. Na dodatek zabazgrany – na wielu kartkach widnieją notatki ołówkiem. Słowa wzięto w kółko, podkreślono lub zaznaczono strzałkami odsyłającymi do uwag na marginesie, gdzie widnieją jakieś nieczytelne znaki.

– Dobrze, bardzo dobrze. Trzymasz w ręku tomik poezji Johna Donne’a. Nie jest to pierwsze wydanie, nie należy też do rzadkich. Nie ma również żadnych szczególnych cech, które czyniłyby go wartościowym z bibliograficznego punktu widzenia. Jednak na moje oko w dniu dzisiejszym jego wartość rynkowa przekroczyłaby tysiąc dolarów.

– Dlaczego?

– Bo ten egzemplarz należał do Samuela Taylora Coleridge’a. Oznaczenia ołówkiem, które raczyłeś pan zauważyć, to notatki poety naniesione na wiersze Donne’a. Imaginujesz pan sobie? Na tym polega prawdziwa siła książki – nie na tym, co jest na jej kartach, ale tym, co się dzieje, gdy czytelnik bierze ją sobie do serca. Oto prawdziwa definicja literatury. Przypomina mi to jedno ze słynnych zdań Francisa Bacona o książkach.

Nie znałem wspomnianego cytatu i nigdy nie czytałem Bacona, w dodatku byłem zbyt nieśmiały, żeby o to spytać lub uczynić coś innego, gdy pan Fergins oprowadzał mnie po swojej świątyni książek, z ożywieniem pokazując ulubione egzemplarze. Nauczył mnie, jak rozpoznać pierwsze wydanie po „sygnaturach” i skutecznie odróżnić kolejne edycje na podstawie drobnych zmian i braków. Pokazał mi też książki, które inni kolekcjonerzy lub handlarze próbowali naprawić, czyniąc dalsze spustoszenia na krawędzi papieru – „upuszczając krwi” książce, jak to barwnie określali bukiniści. Opowiadał mi też o cenach książek, porównując zapłaconą sumę z ich aktualną ceną rynkową. Pochlebiało mi to, bo jego ton sugerował, że ja także mógłbym się nauczyć handlować książkami, gdybym tego zapragnął. Z drugiej strony czułem się zagubiony, bo zestawiał słynne nazwiska – Shakespeare’a, Wordswortha, Scotta i mojego ubóstwianego Miltona – z przyziemnymi liczbami.

– Przyrzeknij mi pan, że jeśli zapamiętasz tylko dwie rzeczy z moich nauk, będą one następujące: nie naśladuj najnowszej mody paryskich kolekcjonerów oraz nigdy nie przepuść okazji zakupu tomiku angielskiej poezji sprzed tysiąc siedemsetnego roku.

– Obiecuję, panie Fergins.

Dodam, że cały czas słyszałem słabe, choć uporczywe cykanie, a później kolejne, nakładające się na pierwsze. Bukinista nieoczekiwanie wybuchnął śmiechem, jak to miał we zwyczaju. Wyobraźcie sobie starego wilka, który wyje ostatni raz, a później się kładzie, żeby wyzionąć ducha, a będziecie wiedzieć, w jak niezwykły sposób się zaśmiewał.

– Widzę, że rozglądasz się pan w poszukiwaniu zegara. Choć od czasu wyjazdu z Londynu wiele rzeczy zacząłem poczytywać za drogie, młody Cloverze, czas się do nich nie zalicza. Właściwie nie czynię z niego użytku, pomijając rozkład jazdy pociągów waszej kompanii kolejowej. Dźwięk, który pan słyszy, pochodzi z wnętrza tego pudła.

Rzekłszy to, zaprowadził mnie do dużej, oszklonej gabloty i podważył jej żelazną pokrywę. Na dnie ułożono gałązki sosny i liście platanu. Na tej miękkiej podściółce znajdowały się misterne przegródki wykonane z różnych materiałów – skóry, tkaniny i papieru. Zauważyłem też dwa otwory wentylacyjne po bokach i ciepły palnik naftowy, nad którym umieszczono rondel z wodą służący do wytwarzania pary przenikającej do wnętrza gabloty. Cofnąłem się, zaskoczony nieoczekiwanym ruchem. Skrzynia była wypełniona rozmaitymi robakami o przezroczystym ciele. Pan Fergins wyjaśnił mi, że profesor jednego z miejscowych college’ów wypożyczył mu ową skrzynię, by obserwował znajdujące się w niej stworzenia. Następnie wręczył mi lupę, abym mógł je dokładnie obejrzeć.

– Co to za licho?

– Mole książkowe. Ich nazwa jest myląca, bo taki gatunek nie istnieje. Ludzie miłujący księgi zaliczają owe szkodniki do jednego rodzaju, bo łączy je wspólny cel. Wolimy, żeby niewidzialny złoczyńca nosił jakieś imię. Nie są to nawet robaki, jeno larwy, które przeistaczają się w pewne gatunki owadów. Na przykład w mola i chrząszcza kołatka czerwotoka, który we wczesnym stadium żywi się materiałami używanymi do wytwarzania książek – klejem, płótnem, papierem i skórą. Weźmy na przykład kołatka Anobium bibliothecarum. To on wytwarza klikanie, które pan słyszałeś. Ów mały chrząszcz, wielkości od jednej piątej do jednej czwartej cala, drąży otwory przez całą grubość książki, ale gdy dorośnie, przestaje gustować w takim jadle. Wyobraź pan sobie: pasie się i rozwija na naszych książkach, a później musi je na zawsze opuścić. Otwory gębowe tych małych stworzeń to najstraszliwsza rzecz, jaką w życiu widziałem – zbudowane jeno z zębów i mięśni. Zobacz pan sam przez lupę. Tylko uważaj, aby żaden się nie wydostał – bo nastałby tu sądny dzień.

Pokazał mi własne rysunki różnych larw, zwracając szczególną uwagę na te, których poszukiwacz książek winien się najbardziej obawiać.

Deszcz zbudził Nowy Jork po chłodnej, ale spokojnej nocy, gdy spotkałem go ponownie na ulicach miasta. Przechodząc przez ogród City Hall Park, zauważyłem mojego przyjaciela wśród morza obcych twarzy. Musiałem nań spojrzeć dwa razy, bo nie miał ze sobą wózka, trzymał w ręku ten nieszczęsny parasol, no i zasłaniał go częściowo jegomość w ciężkim, wełnianym płaszczu i bobrowej czapce. Wcześniej sądziłem, że pan Fergins ma pięćdziesiąt kilka lat, gdyż wyglądał jak przeciętny mężczyzna w tym wieku, z obwisłymi powiekami, ruchliwymi ustami, delikatną skórą barwy porcelany, wydatną głową i zwiotczałym tułowiem, choć każda z tych rzeczy sama w sobie sugerowała nieco inny wiek. Wszakże tym razem jego postać wydawała się bardziej niż zwykle zgarbiona, jakby się postarzał na moich oczach, gdy strugi deszczu spływały odkształconymi skrzydłami parasola, pokrywając jego okulary kropelkami wody. Dwaj mężczyźni stali w połowie wysokości białych, marmurowych schodów prowadzących do wspaniałego gmachu sądu.

Pozdrowiłem mojego przyjaciela jeden raz, gdy został sam, ale mnie nie usłyszał. Kiedy zaczął się wspinać w kierunku masywnych kolumn, zawołałem doń ponownie. Odwrócił się, żeby zobaczyć, kto go wzywa. Na chwilę ogarnęła go nietypowa dlań surowość.

– Ach, to pan Clover! – wykrzyknął na mój widok, odzyskując dawną wesołość. Drugi jegomość oddalił się przed chwilą, schodząc po stopniach. Pomyślałem, że mógł być prawnikiem, z którym pan Fergins omawiał jakieś kwestie. Pomimo swobodnego uśmiechu bukinista wydawał się zadumany.

– Mógłbym panu dzisiaj pomóc. Wie pan, popchać wózek. Nie muszę się meldować na stacji przez dobrych kilka godzin.

Pan Fergins wetknął parasol pod pachę i zatarł dłonie, aby je ogrzać, choć miał na nich rękawiczki.

– Możesz mi pan wierzyć lub nie, ale dziś zostawiłem wózek w pensjonacie. Pewnie wyglądam jak syrenka bez rybiego ogona. Niestety będę musiał się wymówić, zostałem wezwany do sądu. Jeśli chcesz, możesz mi pan towarzyszyć, panie Clover.

Domyśliłem się, że zaprosił mnie z uprzejmości, ale mimo to przyjąłem propozycję, bo widziałem gmach jedynie z zewnątrz.

Minęliśmy galerię frontową i ruszyliśmy korytarzem do jednej z sal, przed którą panowało ogromne zamieszanie. Ludzie przepychali się łokciami i rozmawiali podniesionymi głosami, jak na torze wyścigów konnych za miastem, który odwiedziłem między odjazdem kolejnych pociągów. Przed chwilą otwarto duże podwójne drzwi i tłum runął do środka.

– Co tam się dzieje? – spytałem.

Pan Fergins rzucił okiem na zegar wiszący w końcu korytarza.

– Zostało dziesięć minut. Doskonale. Zanurzmy się w tym szaleństwie.

Sala była pełna mężczyzn, choć zauważyłem także parę dzielnych niewiast w eleganckim ubraniu, trzymających drogie kapelusze w ręku lub pod pachą i stroniących od ścisku. Nie przypuszczałem, że ręce i parasol bukinisty okażą się tak skutecznym narzędziem torowania drogi w ciżbie. Nagle sala wstrzymała oddech, a po chwili wypuściła powietrze z jeszcze większym podnieceniem. Stanąłem na podwyższeniu, żeby ustalić przyczynę. Przed chwilą wprowadzono więźnia. Woźny sądowy prowadził go w kajdankach do stołu z przodu sali. Jegomość obok nas, najwyraźniej fizjonomista, stanął na ławie i zaczął dyktować obserwacje swojemu asystentowi:

– Głowa i czoło sugerują przerost instynktów zwierzęcych… szczęka i wysokie kości policzkowe wskazują naturalną siłę… Profil – przerażające zdolności intelektualne, co znajduje wyraz w płatach czołowych. Wszystko zapisałeś?

Odwróciłem się, bo nagle poczułem czyjąś dłoń na głowie.

– Ładna, całkiem ładna – usłyszałem.

– Pan wybaczy! – zawołałem, strząsając z głowy natrętne palce.

Fizjonomista cofnął rękę.

– Bardzo przepraszam, młodzieńcze. – Po chwili rzekł do pomocnika: – Zapisz, co powiem: Jak wcześniej zaznaczyłem w swoich uwagach na temat ich rasy, współcześni Mulaci mają pewne cechy rasy kaukaskiej, szczególnie w rejonie mózgowym, co tłumaczy większe możliwości rozwoju intelektualnego niż pospolitych Negrów.

– Spójrz pan tam… – podjął pan Fergins, wchodząc między nas, ale skwapliwy badacz już mnie zostawił, próbując podejść do więźnia.

Ludzie wokół wykrzykiwali szyderstwa i szemrali, a później ze wszystkich stron posypały się niewybredne epitety. Usłyszałem „łotr” i „zdrajca”, ale najgłośniej krzyczano „pirat!”. To słowo wyartykułowały zupełnie inne głosy na sali.

W krótkich chwilach, gdy go widziałem, człowiek obrzucany wyzwiskami sprawiał wrażenie obojętnego na zgiełk, który panował wokół niego. Był wysoki, o gęstych, czarnych włosach. Miał przystojną twarz, wykrzywioną w ponurym półuśmiechu, który nigdy nie odsłaniał zębów, oraz lekko skrzywioną szczękę, która kiedyś mogła zostać złamana. Chcąc nie chcąc, poczułem pewien podziw, gdy zobaczyłem, jak obojętnie podchodzi do tych hałaśliwych oznak wrogości. Przysunąłem się w kierunku przedniej części sali, ciągnąc za sobą pana Ferginsa, choć wyczułem pewne wahanie z jego strony. Później, gdy więzień przechodził obok nas w drodze na ławę oskarżonych, jego wzrok spoczął… na mnie.

Jednak prawie natychmiast zrozumiałem, że spogląda na kogoś za moimi plecami, na mojego towarzysza. Zatrzymał się i otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Na sali zapadła cisza. Nagle jego wargi ożyły przypominającymi dźwięk bębna słowami, których znaczenia nie rozumiałem. Nie była to mowa, którą słyszałem, włócząc się po dokach Nowego Jorku, co znaczyło dla mnie tyle, że nie był to ludzki język.

Ooot-malla malla-malla-malla ma!

Istny jazgot z wieży Babel, jak mawiał mój ojciec w kazaniach o cechach diabelskiego języka. To, co usłyszałem, właśnie tak zabrzmiało w moich uszach. Kiedy więzień mówił, jego twarz nabiegła krwią, a jednocześnie wszelka krew odpłynęła z policzków mojego przyjaciela. Publiczność odczytała ten nonsensowny wybuch jako szyderstwo pod swoim adresem. Gwizdy się nasiliły. Otoczyłem ramieniem pana Ferginsa, wolną ręką torując drogę do galerii i na schody.

Bukinista szedł przodem, a ja zasypywałem go pytaniami o to, co widzieliśmy i co się stało.

– No, nareszcie jesteśmy – rzekł jedynie. Weszliśmy na pierwsze piętro i stanęliśmy przed szkarłatnymi drzwiami na końcu długiego korytarza. Pan Fergins zastukał w nie czubkiem parasola, a gdy te się otwarły, nagle się pożegnał i zostawił mnie samego. Czekałem i czekałem, dopóki mogłem, ale on nie wrócił.

Później, gdy pan Fergins odwiedził nasze wagony, byłem zbyt zajęty i nie miałem czasu, żeby pomówić z nim o dziwnych wydarzeniach w sądzie. Minął kolejny tydzień. W końcu pojawiła się okazja, bo usterka lokomotywy unieruchomiła inny pociąg i kelnerzy siedzieli przy stolikach wzorem klasy próżniaczej, wygniatając eleganckie liberie wespół z pomywaczami i bagażowymi o ciemniejszym kolorze skóry. Sprzedawca książek, którego uśmiech stał się szerszy niż zwykle, bo uwięzieni podróżni wyrywali sobie książki w zawrotnym tempie, przyniósł całą stertę tomów, które dla mnie wybrał.

– Nie mam dzisiaj czasu, panie Fergins – odrzekłem.

Jego usta utworzyły „O”, a duże, brązowe oczy posmutniały za grubymi soczewkami, które, co spostrzegłem dopiero wówczas, były pokryte misternymi rysami. Zaprosiłem go do stołu w pustym wagonie.

– Niech mi pan wybaczy brak manier, panie Fergins, ale w sądzie zostawił mnie pan samego i zignorował moje pytania.

– To prawda! – odparł, kręcąc głową. – Masz pan rację we wszystkim. Mogę się wytłumaczyć jedynie tym, że owego dnia byłem bardzo wytrącony z równowagi. O co chce pan spytać?

– Kim był więzień, którego wprowadzono na salę?

Wydawał się zdumiony moim pytaniem. Rozluźnił ramiona i milczał przez chwilę, a później rzekł z napięciem w głosie:

– Słyszałeś o bukinierach2?

Wzruszyłem ramionami, słysząc to dziwne słowo, a później pokręciłem głową.

– Nie sądzę, żeby pan słyszał o takim stworzeniu.

Jakiś pasażer potrącił wózek z książkami, zrzucając parasolkę. Pan Fergins był tak dumny, że ją złapał, jakby udało mu się chwycić niemowlę spadające ze stolika. Później, dla usprawiedliwienia, wypowiedział jedną ze swoich dygresji:

– Czy wiesz, chłopcze, że kiedyś ten prosty przedmiot ocalił mi życie?

– Parasol? – zapytałem, spoglądając nań ze zdumieniem.

– Czy zdajesz sobie sprawę, młodzieńcze, że zarejestrowano więcej patentów ulepszających działanie parasola niż jakiegokolwiek przedmiotu na świecie? Mimo to parasolki prawie się nie zmieniły.

– Odniosłem wrażenie, że zrozumiał pan słowa wypowiedziane przez zatrzymanego… bezsensowne brednie, które do pana skierował.

– Do mnie? – Pan Fergins chciał zawyć swoim wilczym śmiechem, ale ten przerodził się w słaby chichot.

– Tak, do pana.

– Kimże ja jestem? Dlaczego tak pomyślałeś? Wiem, wszystkiemu winna młodzieńcza wyobraźnia. Sprzedaję książki, próbując uszczęśliwić ludzi. Mówiąc krótko, to całe moje życie. Pozwól pan, że pokażę mu nową powieść z Londynu.

– Wiem, co widziałem – powtórzyłem z naciskiem, zatrzymując jego rękę sięgającą do wózka. – Ów człowiek patrzył na pana, gdy zaczął przemawiać tym dziwnym językiem, a to, co rzekł, pana zmartwiło. Panie Fergins, ja tam byłem!

Sprzedawca westchnął ciężko. Dół jego soczewek na chwilę zasunął się mgłą, a gdy ta zniknęła, ukazały się zbolałe oczy.

– Widziałeś pan pierwszy dzień jego procesu. Sędzia zwrócił się do mnie o opinię, bo poświęciłem długie lata badaniu charakteru pisma, właściwości papieru, atramentu i tak dalej. Miałem przejrzeć dokumenty związane ze sprawą. To bardzo uciążliwa robota, ale nie mogłem odmówić. Człowiek, którego widziałeś, potraktowałby surowo każdego udzielającego pomocy oskarżeniu. To niebezpieczny osobnik. Nie zrozumiałem jego słów i wolę nie myśleć, do jakich rzeczy mógłby być zdolny.

– Dlaczego tak go nienawidzą? Czy dopuścił się zdrady? Zabił kogoś?

– Zabił?!

– Jestem pewny, że popełnił jakiś haniebny czyn. Dlaczego tylu ludzi przyszło do sądu i patrzyło na niego z taką nienawiścią?

– Nie, ten człowiek nie jest mordercą, a przynajmniej nie jest mordercą ludzi, lecz… książek.

– Książek, panie Fergins?! – odparłem, zbyt zdumiony, aby dokończyć myśl. – Chyba nie sądzi pan… Przecież nie można…

– Mam nadzieję, że szczegóły tej historii, w której odegrałem pewną skromną rolę, rzucą dostateczne światło na sprawę, panie Clover. Jeśli wysłucha mnie pan cierpliwie, może zrozumie pan to, co mógł podejrzewać od miesięcy – książki nie są martwymi przedmiotami.

W ten sposób dowiedziałem się o ostatnim z bukinierów, o których istnieniu wiedzieli nieliczni. Szczegółów na ich temat nie znał nikt z żyjących na ziemi.

Rozdział IIFERGINS

Okraść wydawcę? Odparłem mu, że jeśli uważa taki czynza przestępstwo, świadczy to jedynie o brakach w jegowykształceniu.

MARK TWAIN

W czarnym fachu – to znaczy w branży drukarskiej –człowiek spotyka ludzi wszelkiej maści.

POMOCNIK DRUKARZA, W TAWERNIE CROWN

Jeśli zdarzy ci się spotkać człowieka twierdzącego, że wie coś o bukinierach, odnieś się do tego sceptycznie. Najpewniej miał do czynienia z mitami i baśniami. Większość ludzi nigdy nie słyszała o bukinierach i nie ma pojęcia o ich wyjątkowej pozycji w długim, krętym i zasadniczo niewidocznym łańcuchu postaci, które łączą pisarza z czytelnikiem. Taki już los bukinierów, że pojawiają się i znikają niepostrzeżenie, pozostawiając za sobą jedynie ślad w atmosferze jak meteoryty. Opowiem ci o jednym z nich, człowieku o niezwykłych umiejętnościach – ostatnim prawdziwym przedstawicielu tej profesji i tego plemienia, jeśli można tak rzec. Moja opowieść jest prawdziwa w najdrobniejszych szczegółach, bo osobiście brałem udział w wydarzeniach, z których zdam ci sprawę.

Nie ma ona początku – to znaczy brak jest punktu wyjścia – choć opowieść powinna przynajmniej próbować gdzieś się zaczynać. A zatem rozpocznijmy w Londynie. Mój kram z książkami na Hoxton Square znajdował się niedaleko zaułka Bowling Green Lane. Wyhodowałem go, pielęgnowałem i – daruj, chłopcze, sentymentalność – miłowałem przez lata kosztem wszystkiego innego. Kram przylegał do ogrodzenia z żelaznych prętów, pokrytych mchem wszelkich gatunków, w odcieniach zieleni oraz brązu, który porastał je od dwustu lat. Z jednej strony uliczki dolatywało regularne bicie dzwonu na wieży kościelnej, z drugiej słychać było terkot wozu strażackiego, a moje księgi rozsiadły się wygodnie pomiędzy dźwiękami duchowego zbawienia i ziemskiej przestrogi.

Przebywanie wśród ludzi miłujących książki sprawiło, że moja wrodzona nieśmiałość zamieniła się w towarzyską naturę. Nieznajomi rozmawiający nad stertami tomów niedługo pozostają obcymi. Gdybym się nie nauczył miłości do ksiąg, wyrósłbym pewnie na nudnego pustelnika. Kiedy byłem młodszy od pana, panie Clover, chciałem się wyuczyć na prawnika, przekonany, że profesja jurysty, który ustawicznie nosi prawnicze tomy i do nich zagląda, musi być przyjemna. Jednak im bardziej się starałem, tym bardziej bolała mnie głowa od zawiłych prawniczych doktryn. W końcu porzuciłem ten zamiar, choć nie miałem nic innego na widoku.

Nigdy nie potrafiłem prosić o pomoc, nawet gdy jej najbardziej potrzebowałem, a wtedy właśnie tak było. Znalazłem się w trudnym położeniu, bez widoków na przyszłość, bez przyjaciół i krewnych, którzy okazaliby zrozumienie. Na szczęście w okolicy była księgarnia. Każdy młodzieniec powinien mieć ulubioną księgarnię. Ta, o której mówię, znajdowała się niedaleko miejsca, gdzie mieszkałem. Spędzałem w niej tyle czasu – ukrywając się, jak sądzę, przed przyjaciółmi, znajomymi rodziców oraz gospodarzem, aby nie musieć się tłumaczyć ze swoich decyzji i, uchowaj Boże, podejmować kolejnych – że mógłbym uchodzić za jej pracownika. Wkrótce też nim zostałem. Najpewniej pan Stemmes, kolekcjoner książek, który był jej właścicielem, poczuł się zmuszony przyjąć mnie do terminu. Ponad trzy lata spałem nad sklepem, w klitce bez okna. Pakowałem skrzynie, wymachiwałem miotłą i starałem się nie spaść ze starej drabiny, trzymając w ręku ścierkę do kurzu. Z drugiej strony dowiedziałem się, jak oszacować wartość książki i odkryć jej braki, na które licytacje chodzić, żeby zdobyć najcenniejsze egzemplarze, oraz jak wyszukać książkę dla konkretnego klienta lub, na odwrót, klienta dla konkretnej książki. Każda minuta pracy dostarczała mi radości. No cóż, prawie każda. Nie lubiłem przebywać całymi dniami w ciemnej izbie, bo coraz bardziej odzwyczajałem się od słońca, próbując zrozumieć ponurego, upartego staruszka, który wypowiadał mądrości w rodzaju „przesada to ośmiornica języka angielskiego”, w przekonaniu, że muszą one coś oznaczać. Kiedy usłyszałem, że zamknięto uliczny kram z książkami na zielonym skwerze, wygrzebałem ostatni grosz, wykupiłem koncesję od miasta oraz nabyłem półki wraz z księgozbiorem.

Chociaż nie jestem urodzonym sprzedawcą, nauczyłem się tej sztuki, a zawdzięczam to przyjemności, której dostarczał mi mój skromny interes. Podzieliłem półki na pięć przegródek, ustawiłem krzesło i zaopatrzyłem magazyn pod kątem wiernych klientów, którzy odwiedzali mnie kilka razy w tygodniu. W odróżnieniu od innych sprzedawców nigdy nie przeganiałem nikogo, kto chciał przeczytać jeden lub dwa rozdziały pod moim daszkiem w upalny lub deszczowy dzień. Zdarzało się, że czytelnicy zbyt ubodzy, aby cokolwiek kupić, zaglądali do mojego straganu każdego popołudnia przez dwa tygodnie, aż przeczytali całą powieść.

Moi rodzice nigdy nie pogodzili się z tym, że porzuciłem studia prawnicze. Któregoś dnia podsłuchałem ich rozmowę w ogrodzie – matka rzekła ojcu, że mam przynajmniej te swoje książki. Nie zapomnę tonu, jakim to powiedziała, jakbym bez nich był nikim. Wypominali mi, że dużo czytam, mam mniej przyjaciół niż brat i wadę wzroku, ale nigdy nie pomyśleli, że z racji słabych oczu i nieśmiałej natury książki były dla mnie wybawieniem.

Dodam, że prowadząc kram z książkami, poznałem kilka pięknych kobiet, które były równie interesujące, jak życzliwe. Jeżdżąc na wieś do moich uroczych małych kuzyneczek – Veroniki i Emily – zacząłem myśleć o założeniu rodziny, bo dzierlatki zawróciły mi w głowie. Jednak książki to zazdrosne kochanki. Kiedy wracałem do Londynu, byłem tak pochłonięty pracą, że niemożliwością wydawało się zabieganie o coś więcej prócz serdecznej przyjaźni. Wkrótce młodość przeminęła, a wraz z nią cierpliwość, która jest potrzebna do dogodzenia innym. Książki stały się całym moim życiem, są lepsze niż wino.

Można powiedzieć, że zdobyłem wszystko, czego pragnąłem. Przed ukończeniem trzydziestego roku życia stałem się szczęśliwie samowystarczalny – zarabiałem dość, aby utrzymać się przy życiu, i zostałem dostrzeżony z powodu umiejętności, które mają znaczenie w naszym fachu. Na przykład, potrafiłem odszyfrować charakter pisma, który był absolutnie nieczytelny dla innych ludzi, choć miałem ledwie przeciętny wzrok, i to jedynie dzięki okularom. Umiejętność ta przydawała się do odczytywania oznaczeń we wnętrzu ksiąg, wprowadzonych przez poprzednich sprzedawców, czytelników lub autorów na odbitkach korektorskich lub rzadkich egzemplarzach pierwszych wydań. Potrafiłem również naśladować charakter pisma danej osoby, tak by próbki stylu i krój liter można było wysłać z Londynu potencjalnym nabywcom, zamiast czekać na fotograficzne reprodukcje. Bez trudu zapamiętywałem też to, co przeczytałem. Ponieważ pożerałem wszystko, co wpadło mi w ręce, od literatury po historię, umiałem datować odbitki korektorskie i inne nieoprawione materiały, które zostały odnalezione i czekały na oszacowanie ich wartości. Pomogło mi także to, że spędzałem długie dnie w swoim kramie, przeglądając różne księgi, gdy akurat nie miałem klientów. Bo widzisz pan, prawdziwy sprzedawca książek musi znać nie tylko szczegóły z dzieciństwa Spencera, ale także dzieje papirusu w starożytnym Egipcie.

Większość czytelników błędnie uważa, że książka jest dziełem autora – gotowym utworem przekazanym z góry w jego oczekujące dłonie. Pogląd ten jest daleki od prawdy. Wyobraź pan sobie najbardziej intrygujący i błyskotliwy wybór dokonany przez pisarza. A teraz pomyśl, młody Cloverze, o równie intrygujących i błyskotliwych zabiegach ludzi, o których pewnie nigdy nie usłyszysz, aby owoc pracy autora mógł ujrzeć światło dzienne. Droga ta nigdy nie jest pozbawiona przeszkód, szczególnie gdy książka okazuje się znacząca lub kontrowersyjna. Po latach prowadzenia kramu z książkami stałem się bardziej świadomy owych przeszkód. Ujrzałem cienie królestwa literatury, których wcześniej naiwnie nie dostrzegałem, miałem też okazję poznać przedstawicieli tej mrocznej krainy: bezwstydnych łowców autografów, fałszerzy, kolekcjonerów próbujących upchnąć trzecie wydanie jako pierwsze, wydawców udzielających lipnego upustu i wyolbrzymiających koszty reklamy oraz urzędników celnych żądających łapówki za drogie wydania sprowadzone z zagranicy. Co roku zapisuję w notesie następujące zdanie: „Nawet gdyby anioł podyktował słowa, diabeł drukarz musi je wydrukować, a nie wyobrażasz sobie, jakie spustoszenie potrafią czynić te demony”. Thomas Moore miał na myśli terminatorów drukarskich, bo tak nazywają ludzi wykonujących niewdzięczną i mozolną pracę w drukarniach. Jednak w naszym rzemiośle diabeł przybiera wiele postaci.

Wśród rozlicznych szelm i spekulantów szwendających się wśród książek od niepamiętnych czasów pojawili się bukinierzy. Ich pochodzenie sięga pierwszych amerykańskich przepisów z dziedziny prawa autorskiego. Prawo to, ogłoszone w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym roku przez dumnych i aroganckich legislatorów (inaczej mówiąc, najzwyklejszych polityków), pozostawiało celowo bez ochrony zagranicznych autorów, co spowodowało, że inne kraje w odwecie pozbawiły ochrony amerykańskich pisarzy. Otworzyło to drzwi różnego rodzaju piractwu i czarnemu rynkowi, co doprowadziło do grabienia europejskiej literatury przez Amerykanów i vice versa. Wydawcy robili wszystko, aby te drzwi zatrzasnąć – przynajmniej na początku. Życie nauczy cię, młody Cloverze, iż pragnienie zysku jest tak silne, że nie potrafią mu się oprzeć nawet dobrzy ludzie.

W nowych czasach – gdy nie wystarczy opublikować książkę, ale trzeba to zrobić przed innymi i tanio – wydawcy zaczęli szukać osób posiadających wyjątkowy zbiór umiejętności: potrafiących zdobyć rękopis i odbitki korektorskie drogą perswazji, przekupstwa, wyłudzenia, a czasem pospolitej kradzieży, a później przewieźć je z jednego kraju do drugiego. Jednak wydawcy i ich potajemni agenci nie poprzestali na zdobywaniu zagranicznych książek, ale zaczęli szpiegować konkurencyjne oficyny i zajmować się wszelkimi sprawami wymagającymi dyskrecji.

Krótko mówiąc, bukinier to człowiek zdolny do podjęcia wszelkich niezbędnych działań, w których wydawcy, autorzy i czytelnicy nie mogą uczestniczyć – ba, w których nie wolno im brać udziału. Choć bukinierzy nie uważają się za złodziei, posunęliby się do wszystkiego, żeby zarobić na pozbawionej ochrony książce. Sięgnij po kieszonkowe wydanie słownika Webstera ze spodu mojego wózka i otwórz na literze „B” – słowo, o którym mowa, powinno być tutaj, pomiędzy book3 i bookish4. Nie, nie znajdziesz słowa „bukinier” w żadnym słowniku, ale uważaj, wkrótce wypełnimy ten brak.

Pewnie się zastanawiasz, jak z mojej skromnej grzędy ulicznego sprzedawcy książek zdołałem wejrzeć w tak mroczną niszę świata literatury. Muszę przyznać, że temat ten fascynował mnie, odkąd stałem się świadomy jego istnienia. Kiedy znajomy pokazywał mi jakiegoś bukiniera w klubie lub miejskim zajeździe, przechodził mnie dreszcz podniecenia podobny do tego, który czuje człowiek, gdy pierwszy raz spotka ulubionego autora. Jeśli chodzi o pisarzy, okazują się zwykle bardziej ludzcy, z kolei bukinierzy są z natury osobnikami skrytymi i nieprzystępnymi. Oczywiście moje osobiste kontakty z bukinierami były nieliczne i przelotne, nigdy też nie oczekiwałem, że sytuacja ulegnie zmianie.

– Mam dla pana książkę.

Usłyszałem te słowa, gdy pchałem wózek wyboistym chodnikiem z magazynu do mojego kramu z książkami. Pamiętam, że było gorące, parne popołudnie. Rozpostarłem cienką plandekę, żeby ochronić książki przed wilgocią i słońcem. Człowiek, który mnie zagadnął, miał pewny krok i wysoką posturę, która nakazywała szacunek. Osłoniłem oczy przed słońcem, żeby przyjrzeć się mu dokładniej. Spod eleganckiego kapelusza sterczała bujna, ruda czupryna, miał też rozbiegane oczka i gęste, choć starannie przyczesane wąsy.

Jedno spojrzenie wystarczyło, abym wiedział, że książka, którą trzyma w ręku, nie jest moja, bo nauczyłem się pamiętać każdy z tomów leżących na widoku.

– Dziękuję, chociaż ten tom nie należy do mojej kolekcji.

– Przyniosłem tę książkę – wycedził rudowłosy jegomość, odsłaniając szerokie szpary między przednimi zębami zarówno w dolnej, jak i górnej szczęce, a następnie przysunął ją ku mnie, trzymając w obu dłoniach – dla pana, panie Fergins. – Rzekłszy to, upuścił książkę grzbietem w dół, tak że upadła na bruk. Pospieszyłem, aby ją podnieść, zanim zostanie stratowana lub kopnięta do rynsztoka. Kiedy się podniosłem, tajemniczy mężczyzna zniknął. Nie mogłem się powstrzymać przed pytaniem, czy nieznajomy wiedział, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie zostawiłbym książki – nawet najbrzydszego, najbardziej sponiewieranego tomu – na ulicy. Przetarłem okładkę chusteczką. Z przodu małymi literami wydrukowano tytuł Develin Leister.

Czasami klient zwracał się do mnie z pytaniem, czy mógłbym sprzedać książkę na jego rachunek. Zgadzałem się zawsze, gdy było to możliwe, pobierając niewielką prowizję od sprzedaży, bo transakcja przysparzała reputacji mojemu kramowi. Jeśli była to prośba o sprzedanie książki na jego rachunek, nigdy nie otrzymałem równie niejasnej propozycji. Po namyśle postanowiłem umieścić książkę na półce i zobaczyć, co się stanie. Kiedy następnego dnia otworzyłem kram, zjawił się biznesmen, którego nigdy wcześniej nie widziałem, niepozorny pod każdym względem, jeśli nie liczyć małego fioletowego kwiatka w butonierce. Człowiek ów w milczeniu przeglądał książki, a później kupił trzy – między innymi tę, którą rzucił na chodnik nieznajomy o ognistorudych włosach, a którą ja umieściłem na dolnej półce obok dwóch innych tomików podobnej barwy. Gdy zamierzałem włożyć do kasetki pieniądze otrzymane od owego biznesmena, znalazłem w dłoni złożony pięciofuntowy banknot. Zadrżałem z zakłopotania… zdumienia i podniecenia. Moje palce i dłonie, ba! całe ciało przeszedł dreszcz.

Pewnie jesteś ciekaw książki, która wywołała to całe zamieszanie. Mógłbym przysiąc na Biblię Gutenberga, że nigdy do niej nie zajrzałem. Z miejsca rozpoznałem dziwny tytuł: Develin Leister. Kiedy starzy angielscy farmerzy snuli opowieści, często droczyli się ze sobą: „Zaczerpnąłeś tę historię z Develina Leistera!”. Legenda głosi, że Develin był ubogim farmerem, który ciągle obiecywał, że napisze książkę (jak większość ludzi, którzy plotą trzy po trzy), ale nigdy nie skreślił jednego słowa. Nikt nie zdołał ustalić, skąd się wziął ten tytuł ani co dokładnie oznacza, sama książka zaś nigdy nie istniała – była czystą fikcją, symbolem wszystkich ksiąg tego świata, które nigdy nie zostały napisane, czyli bardzo wielu.

Zauważyłem, że tom, który otrzymałem od nieznajomego, nie należy do starych. Miał metalowy zatrzask przytwierdzony do mocnego skórzanego paska, jak dawne tomiszcza służące ludziom pobożnym. Choć lico skóry było nowe, sama książka była pod każdym względem chimerą. Nadto w tonie nieznajomego kryła się zawoalowana groźba – którą wyczułem – zakazująca jej otwierania.

Jakiś czas później mój dawny pracodawca, pan Stemmes, zamknął księgarnię na Strandzie z powodu choroby, odszedł na emeryturę i przeprowadził się nad morze. Kiedy księgarnia zaprzestaje działalności w tak kulturalnym mieście jak Londyn, społeczeństwo odbiera to jako porażkę ludzkości: znak, że już nie czyta się książek lub że czytuje się jedynie książki niewłaściwe; że literatura na dobre umarła lub znajduje się w przejściowym stanie rozkładu; że wszystkie księgarnie pewnego dnia znikną, zastąpione przez zamówienia pocztowe, lub że same książki zostaną wyparte przez swojego zajadłego wroga, znacznie tańsze i łatwiejsze do noszenia gazety. Jednak dla nas, ludzi z branży, było to raczej pożegnanie starego przyjaciela.

Uroczystość na cześć pana Stemmesa odbyła się w kipiącej życiem, choć nieco podejrzanej gospodzie. Oprócz przyjaciół gościa honorowego, innych kolekcjonerów i sprzedawców książek przyszło kilku ludzi z gazet i czasopism oraz przedstawiciele mniej szanowanych grup z branży wydawniczej, uznający przyjęcie za okazję do wypitki. Pulchny, szesnastoletni młodzieniec o piegowatej, dziobatej twarzy wcisnął się na krzesło obok mnie. Zalatywał alkoholem, a jego maniery zdradzały prostaka.

– Wybaczcie, panie, mam grube nogi! Bardzo was przepraszam!

Uwięziony przez wspomnianego młodzieńca, spojrzałem w drugą stronę, ale najbliższy sąsiad, znajomy irlandzki ilustrator, dyskutował z innym kolegą o najnowszej londyńskiej szkole malarstwa. Zacząłem gwizdać pod nosem, aby dać do zrozumienia, że wolałbym zostać sam z moim piwem, ale odczytywanie sygnałów nie było mocną stroną owego młodzieniaszka. Powiedział mi, że jest pomocnikiem drukarza, co mógłbym łacno odgadnąć po smugach farby na palcach, knykciach i dłoniach. Piegi, które wcześniej spostrzegłem, okazały się plamami tuszu po jednym dniu lub wielu latach pracy.

Chciałem się odwrócić na ławie, ale terminator szturchnął mnie łokciem w żebra.

– Są tu jacyś wielcy ludzie? Dałbym szylinga, żeby zobaczyć Tennysona lub Browninga, zanim umrą.

– Zawiadomię cię, jeśli któregoś zobaczę.

– Pisarz musi pić, żeby pisać. Możesz mi pan wierzyć, już ja to wiem. Nie napisałem jednego słowa i nie mam takiego zamiaru, ale ich obserwuję. A jakże! W branży drukarskiej człowiek ma kontakt z osobnikami wszelkiej maści. Wszelkiej! Od prostych maszynistów obsługujących prasę po wielkich bukinierów. Pisarze rzadko zachodzą do drukarni, ale mnie z roboty często do nich wysyłają po odbitki szczotkowe – wziąłbyś mnie pan za poborcę podatków, gdybyś ujrzał ich minę, gdy stoję na progu i pytam, czy już pokończyli te swoje rozdziały…

– Widziałeś jakiegoś bukiniera?

– A jakże! Prawie wszystkich od czasu, gdy podjąłem pracę jako dwunastoletni chłopak. Kiedyś widziałem nawet Beliala.

– Na niebiosa! Jak on wygląda?

– Największy, jakiego widziałem – ciągnął, ignorując pytanie i ciesząc się, że chwyciłem przynętę – ichni herszt zwie się Whiskey Bill. Słyszałeś o nim?

Przytaknąłem.

– Mówią, że sam jeden wymyślił ten fach. Jest zbyt skromny, żeby to przyznać, ale nie wolno z nim zadzierać ani się spierać… chyba nie muszę dodawać, że książkowi piraci to twardziele. Wydawcy, którzy próbują opróżnić kieszenie klientów, dygoczą na dźwięk imienia Billa, jak żadnego innego. Z drugiej strony hojnie nagradza on przyjaciół, otwiera im drogi.

– Jakie drogi?

– Drogi do wielkiego bogactwa i chwały. – Po chwili dodał pospiesznie: – Tak przynajmniej powiadają.

– Jak on wygląda?

– A jak powinien wyglądać człowiek?

Zanim zdążyłem się żachnąć z powodu absurdalności pytania, odepchnął krzesło i odszedł w pośpiechu. Rozczarowany, że rozmowa dobiegła końca w chwili, gdy zaczęła się robić ciekawa, ponownie poczułem na karku jego przykry oddech.

– Spójrz na tego z rudymi włosami – wyszeptał.

Odwróciłem się, podążając wzrokiem za urwisem paradującym w kierunku pianina i zatrzymując go na innej postaci – rudowłosym mężczyźnie, który upuścił tajemniczą książkę na ulicy, u moich stóp. Rudzielec zdejmował z wieszaka wysoki kapelusz i nasadzał go na głowę. Whiskey Bill – bo natychmiast odgadłem, kim jest – skinął głową, spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się protekcjonalnie, wyraźnie rad z siebie, odsłaniając szpary między zębami.

Chciałem za nim pójść, kiedy ruszył ku schodom, lecz jednocześnie miałem ochotę czmychnąć tylnymi drzwiami. Mimo to zamarłem bez ruchu, bo choć miałem słabe pojęcie o świecie bukinierów, słusznie wyczułem, że wszelkie próby wypytania go na nic się nie zdadzą. Whiskey Bill tylko na własnych warunkach był gotów powiedzieć mi, kim jest. Zaproszenie nie mogło wyjść z jego ust, ja zaś wiedziałem aż nadto dobrze, że nie powinno wyjść z moich. Siedziałem tam długi czas, rozmyślając o dziwnej sytuacji i swojej pozycji jako wspólnika wpływowego bukiniera. Może powinienem był odczuwać więcej skrupułów, ale im dłużej o tym myślałem, tym większe ogarniało mnie podniecenie. Tajemnica i potencjalne niebezpieczeństwo – bo tak wyobrażałem sobie życie, na którego progu stanąłem – dawały ogromne zadowolenie. W jednej chwili zdałem sobie sprawę – jak w pysk dał – że nie zdobyłem wszystkiego, czego pragnę i na co mam nadzieję. Że tego właśnie chcę, że pragnę wkroczyć w ich świat. Tamtej nocy modliłem się do Boga, abym nie popełnił błędu i nie zaprzepaścił okazji.

Najwyraźniej rad z tego, co zdziałał za moim pośrednictwem, oraz dyskrecji, którą okazałem w gospodzie Crown, Whiskey Bill zaczął mi dostarczać książki w nieregularnych odstępach czasu. Nigdy nie zatrzymywał się przy moim kramie. Wręczał mi pakunek na zatłoczonej ulicy lub zatłoczonym chodniku, w omnibusie lub na promie, nie wyjaśniając, w jaki sposób mnie odnalazł, i nie zagajając rozmowy, ograniczał się do zdawkowego powitania. Jakiś czas później klient, za każdym razem ktoś inny, zawsze nieznajomy, kupował tomik na straganie, zostawiając w moich rękach zbyt dużą sumę i nie czekając na resztę.

Zainteresowanie bukinierami sprawiło, że posiadłem znaczną wiedzę na temat Whiskey Billa. Mimo słów pomocnika drukarza Bill nie był najświetniejszym przedstawicielem swojego fachu. Gdyby jakiś profesor Agassiz dokonał klasyfikacji książkowych piratów, Bill znalazłby się pewnie w drugim rzędzie, lecz bez wątpienia stale usiłował podnieść swój status. Na samym dole znajdowały się „pąkle” – ludzie, którzy mieli pewne doświadczenie w bukinierskim rzemiośle, ale którym brakło cierpliwości, więc dopuszczali się zuchwałych kradzieży i stale wracali do więzienia. Jak sama nazwa wskazuje, byli pasożytami w bukinierskim świecie, żywiącymi się informacjami wywiadowczymi wykradzionymi lepszym i bardziej skutecznym adeptom rzemiosła.

Opowieści o wyczynach dawnych bukinierów powtarzane w piwiarni Pfaff ’s Cave cechowały się dramatyczną intrygą i dramatycznymi okolicznościami, zawierały opisy emocjonujących pościgów miejskimi ulicami i korytarzami budynków, starć ze sławnymi autorami i bezwzględnymi drukarzami mającymi pieniądze i władzę. Jak to zwykle bywa, prawda jest źródłem rozczarowania. Pospolity bukinier przesiadywał na ogół w obskurnych gospodach, negocjując transakcje, pełnił funkcję kuriera wymykającego się celnikom oraz pod fałszywym nazwiskiem oferował jakiemuś szmatławcowi wiersze i opowiadania ukradzione innej podejrzanej gazecie, mając nadzieję na uszczknięcie kilku dolarów tu, kilku szylingów tam. Żadnych uzbrojonych po zęby autorów czyhających w zasadzce, żadnych aktów zdrady ze strony zaufanych wspólników, żadnych ukrytych przejść umożliwiających ucieczkę.

Chociaż większość przedstawicieli tego rzemiosła była niczym woły robocze i Jeremy Diddler5 w jednym i tworzyła mały, nieoficjalny cech, prawdziwi eksperci z powodzeniem dążyli do wielkości. Często podróżowali z jednej strony Atlantyku na drugą. Myślę, że mógłbym ich zliczyć na palcach jednej ręki. Wyrwali się spod władzy wydawców, a ci obawiali się ich i zarazem polegali na ich usługach. Każdy z tych najlepszych był królem.

Owi mężczyźni – i jedna kobieta, co należy wyraźnie podkreślić – nie byli jedynie pracownikami wydawnictw, którzy dorabiali sobie na boku jako złodzieje amatorzy lub szpiedzy. Mówili i pisali w kilkunastu językach, znali się na literaturze jak każdy profesor lub erudyta oraz potrafili rozpoznać przez małe szkiełko lornetki teatralnej charakter pisma i styl tysięcy autorów i ilustratorów książek, a nawet przypadkowe ślady pozostawione przez ich pióro. Nic więc dziwnego, że współbracia zerkali na nich z podziwem i goryczą. Nazywano ich zuchwałymi przestępcami, ale nie było to do końca właściwe, bo najwięksi bukinierzy działali w próżni prawnej i pomagali kontrolować chaos wywołany łamaniem prawa autorskiego oraz rozbuchaną chciwością, która kipiała pod powierzchnią świata książek.

Kiedy stałem się bohaterem przypisu w rozdziale poświęconym działalności Whiskey Billa, moje zainteresowanie opowieściami o bukinierach przerodziło się w jawną fascynację. Zapisywałem całe notesy najdrobniejszymi plotkami i anegdotami, które się z nimi wiązały. Chociaż mógłbym napisać książkę O klasyfikacji bukinierów i pragnąłem lepiej poznać ich mroczne uczynki, nadal nie mogłem się zdobyć na otworzenie żadnego z tajemniczych tomów dostarczonych przez Billa. Wiedziałem tylko, że nie były to zwyczajne książki. Zauważyłem, że zostały ręcznie zszyte, oprawione w grubą, brązową skórę i miały metalową klamrę oraz tytuły nieistniejących książek. Czułem się tak, jakby Whiskey Bill miał cały czas na mnie oko, i byłem przekonany, że gdybym otworzył jeden z owych tomów, nawet w zaciszu swojego mieszkania, natychmiast utraciłbym kontakt z tym tajemnym światem. Obracałem je w ręku, naciskałem i analizowałem różne możliwości. Może były to odbitki korektorskie zachwalanej książki, która nie została jeszcze wydana. Albo karty rękopisu niedokończonego dzieła, które przez wieki uważano za zaginione. A może przynęta mająca zdemaskować szpiega nasłanego przez konkurencyjnego wydawcę.

Proszę spojrzeć na mój mały wózek. Niektórzy uważają książkę za uroczy, oswojony przedmiot – nietrudno pojąć dlaczego – ale przyjrzyj się pan bliżej, panie Clover. Proszę sobie przypomnieć, gdy z pras drukarskich zaczęły schodzić pierwsze egzemplarze Pisma Świętego, a skrybowie, którzy latami ślęczeli nad jednym dziełem, jak to czyniono od wieków, wylegli z klasztorów, wymachując gęsimi piórami i ogłaszając, że drukowana Biblia jest dziełem diabła. Kiedy jeden z pionierów wydrukował niektóre słowa czerwoną farbą, aby je podkreślić, uznano to za dowód, iż użył własnej krwi. Dlatego pomocników drukarskich nazywano „diabłami”. Wkrótce drukarzom zaczęto grozić podpaleniem, a niektórzy faktycznie spłonęli wraz ze swoimi dobytkiem. Od początku proces powstawania nowożytnej książki był postrzegany jako dzieło diabła, jako próba uzurpowania sobie Bożego Słowa.

Nie sięgano po żadne połowiczne środki, a przecież były to jeno wstępne potyczki. Odwiedziwszy mnie w pensjonacie, gdzie mieszkam, zwróciłeś uwagę na egzemplarze niezwykłej, szalonej powieści Mary Shelley, którą napisała, gdy była jeszcze bardziej dziewczyną niż kobietą. Kiedy wydano Frankensteina, książkę uznano za potworną i obrzydliwą, za koszmar na jawie, jednak powieść Shelley pokonała wszystkich rozhisteryzowanych intelektualistów, oczarowując miliony niczego niepodejrzewających czytelników. Zaczęła żyć własnym życiem niczym stwór, który pojawia się na jej kartach. Jak bukinierzy, którzy przedzierzgnęli się w potężnego potwora, niedającego się obłaskawić.

Od chwili powstania nowoczesnego przemysłu w świecie książki nie było nikogo, kto nie dopuściłby się utowarowienia, komercjalizacji i konkurencji, bo nawet najwznioślejsi autorzy paradujący z głową w chmurach poszli na kompromis z rzeczywistością. Czytelnicy pozostali względnie nietknięci i czyści, choć to ich pieniądze przechodzą z rąk do rąk. Dla bukiniera przeszłość, teraźniejszość i przyszłość literatury jest śmiechu warta, ale dla rozbudzonej wyobraźni takiego sprzedawcy książek i kolekcjonera jak ja bogactwa i tajemnice, które można wycisnąć spomiędzy dwóch części prasy drukarskiej, nie mają końca.

Może powodem, dla którego nie otworzyłem żadnej z książek Billa, nie były jedynie przesądy ani czysta przyjemność płynąca z odgadywania, co zawierają. Dopiero dzisiaj rozumiem, że obawiałem się, iż ich treść zmieni moje życie.

Nie posiadałem się ze szczęścia z powodu nowego znaczenia, którego nabrałem wśród ludzi książki. Radośnie odwiedzałem najlepsze londyńskie kluby i kawiarnie, które gościły przedstawicieli malarstwa i literatury. Właśnie tam miałem poznać najbardziej znanych bukinierów mojego pokolenia. Były to czasy przyprawiające o zawrót głowy, na długo przedtem, zanim Molassowie zostali zamieszani w morderstwo, przed rozmowami poprzedzającymi podpisanie konwencji berneńskiej, kiedy wszyscy mogli robić interesy. Zaufanie, którym obdarzył mnie Whiskey Bill, skłoniło innych bukinierów do anonimowego przepuszczania książek przez mój kram oraz zlecania zadań odpowiadających moim talentom w dziedzinie identyfikowania charakteru pisma. Nigdy nie wiedziałem, czy jestem sprawdzany, zawsze też dokładałem starań, aby wykonać zadanie uczciwie i na czas, pozwalając sobie jeno na najbardziej konieczne pytania. W ten sposób zacząłem odgrywać pomniejszą, choć użyteczną rolę w świecie najbardziej dyskretnych ludzi książki. I w ten sposób dostałem się w sferę wpływów Pena Davenporta.

Davenport należał do trójki najbardziej osławionych bukinierów na świecie – do nieśmiertelnych, jak można by ich nazwać. Z urodzenia Amerykanin, od dłuższego czasu był obywatelem świata, pozbawionym ojczyzny, choć obracającym się w środowisku londyńskich pisarzy. Była też Kitten, francuska dama uważana za najbardziej zdeterminowaną i zręczną w całej grupie. Do dziś można oglądać jej niezwykły portret na trzecim piętrze British Museum. Ukazano ją jako młodą damę w zielonym płaszczu, w którym pozowała wielkim malarzom artystycznej bohemy minionych dziesięcioleci. Trzecim bukinierem dorównującym im sławą był Anglik Belial, którego prawdziwe nazwisko do niedawna pozostawało nieznane, on sam zaś rzadko pokazywał się publicznie. O ile wiadomo, Belial zawsze wykonywał jakąś bukinierską misję. Davenport przyciągał zainteresowanie i uwagę, ale jeśli rozglądałeś się za Davenportem, oznaczało to, że szukasz Beliala, co obdarzało nieobecnego wyjątkową władzą.

Z moich usług nie korzystało żadne z nich – Belial, Kitten ani Davenport. Chyba tylko swojej drażliwości zawdzięczam, że czułem się tym zniechęcony. Szczerze to wyznaję. Trafiłem do świata bukinierów w sposób przypadkowy i dokładałem wszelkich starań, żeby sprawować się w nim absolutnie najlepiej. Wiesz, jakie arabskie przysłowie powtarzał stary pan Stemmes? Strzeż się nosa wielbłąda, bo za nosem rychło podąży całe ciało. Oto sedno sprawy. Choć nigdy nie odznaczałem się chciwością, tym razem nie potrafiłem się powstrzymać. Ponieważ Belial uchodził za człowieka niewidzialnego, a Kitten była zbyt onieśmielająca, postanowiłem, że gdy następnym razem ujrzę Pena Davenporta, podejdę do niego i wyjawię mu otwarcie swoje pragnienia.

Pewnego wiosennego wieczoru musiał mnie ożywić rześki wiatr, bo pomyślałem, że wstąpię do paru miejsc, w których go widywano. W ten sposób zawędrowałem w rejon Covent Garden. Kiedy wkroczyłem do mrocznych, urządzonych we włoskim stylu sal Garrick Clubu, zegary biły północ, ale zgiełk nie osłabł. W takim miejscu myśl o śnie wydaje się głupotą. Miałem nadzieję, że słuchając rozmów o teatrze, wyłapię jakieś plotki o bukinierach, a konkretnie uzyskam wskazówkę, gdzie ostatnio widziano Davenporta, choć o ile wiedziałem, wyruszył on w długą misję i przebywa z dala od angielskiej ziemi.

Poczułem się mile połechtany, kiedy kamerdyner skłonił się przede mną i rzekł, abym za nim poszedł.

– Przygotowaliśmy dla pana miejsce.

Jak bardzo związki z bukinierami podniosły moją pozycję zawodową! W Nowym Jorku kultura jest tylko czasami potężniejsza od pieniądza, ale w Londynie bogactwo zawsze zostaje daleko w tyle.

Garrick Club był pełen drogich zbiorów książek i obrazów, współczesnych i dawnych, często uznanych przez muzea za zbyt dziwaczne lub obsceniczne, aby można je było wystawić. Miejsce na ścianach podzielono między literaturę i malarstwo, jak podzieleni byli goście Garricka – pisarze i malarze, do których dołączyło wielu wybitnych aktorów teatralnych. Tylu gości miało peruki, sztuczne wąsy i grubą warstwę pudru, że zdawało się, iż wszyscy przyszli w przebraniu. Miałeś wrażenie, że przebywasz w najlepszych ówczesnych teatrach. Że muszą tam panować jakieś magiczne istoty, a nie zwykli śmiertelnicy. Wśród przybyłych dostrzegłem grupę roześmianych mumii i gulów, podnoszących kieliszki w toaście na cześć udanego przedstawienia. Gdy szliśmy długim korytarzem obok głównej sali jadalnej, chciałem spytać, czy tego wieczoru mają jakichś ciekawych gości, ale mój przewodnik zatrzymał się nagle przed drzwiami do palarni.

Kamerdyner ustąpił na bok i wówczas go ujrzałem. Pen Davenport siedział pośrodku stołu, a powietrze wokół niego wirowało od goryczkowej woni tytoniu – od piżma po gorczycę. Obejrzałem się przez ramię, ale lokaj zniknął w sali jadalnej.

– Szukałeś mnie, prawda?

Otworzyłem usta ze zdumienia.

Senne, zamyślone oczy barwy szmaragdu spojrzały na mnie zza długich rzęs. Jego głos był tak cichy, że musiałem wytężyć słuch. Nad Davenportem wisiało malowidło przedstawiające Davida Garricka, legendarnego aktora, od którego wzięła się nazwa klubu – w stroju Makbeta i ze sztyletem w dłoni. Po lewej stronie stała elegancka statuetka przedstawiająca Thackeraya.

Zasłoniłem usta dłonią.

– Przepraszam?

– Nie szukałeś mnie?

Byłem tak zdumiony, że odpowiedziałem z najwyższym trudem. Przed wstąpieniem do Garricka zaszedłem na chwilę do paru gospód i klubów odwiedzanych przez literatów, gdzie wedle moich notatek widywałem Davenporta, choć nie wyłożyłem mu wówczas swych zamiarów.

W końcu odzyskałem władzę w języku.

– To prawda, szukałem cię dziś wieczór, ale nie wymówiłem twojego nazwiska żadnej żywej duszy.

– Nie musiałeś tego robić. W ciągu ostatnich czterech godzin odwiedziłeś gospody Beefsteak, Green Room, Canary House i Hogarth, a teraz przyszedłeś tu, do Garricka, nie czyniąc nic innego, jak tylko gwiżdżąc pod nosem i ukrywając się za okularami. Wiem, kim jesteś. Wykonywałeś drobne zlecenia dla paru przeciętnych bukinierów, poza tym uznałbym twoje życie za całkiem pospolite. Okulary w białej oprawce noszą jedynie ludzie stroniący od kłopotów. Jeśli więc robisz coś niezwykłego, z pewnością ma to związek z naszą profesją, a nie twoją. Gdyby choć dwa z owych pięciu miejsc były inne, gdybyś zaszedł do gospody Crown lub Stone, żeby poznać nocne życie Londynu, i gdyby choć jedno z nich było ulubionym miejscem innego bukiniera, na przykład Molassów lub tego rudowłosego chama, Whiskey Billa, wówczas byłoby mniej oczywiste, że mnie szukasz.

– Skąd pan wie, gdzie byłem? Czy mnie… – Przełknąłem następne słowo.

– Nie śledziłem cię – odrzekł, zgadując moje pytanie. – Obawiam się, sprzedawco książek, że nigdy nie będziesz dość ważny, by cię śledzić. – Trudno akuratnie opisać jego szczery, a jednocześnie pozbawiony modulacji głos. Tylko on potrafił rzec „nigdy nie będziesz tak ważny, by cię śledzić” tonem wolnym od zniewagi, jakby chodziło wyłącznie o chłodną obserwację.

– Ma się rozumieć. Oczywiście, to niemożliwe. Nie miałem na myśli…

– Mam wiele oczu na mieście, szczególnie tam, gdzie bywają pisarze. W klubach, spelunkach, kawiarniach, bibliotekach objazdowych, drukarniach i magazynach drukarskich. Wiem o nawykach gości i zmianie ich codziennej rutyny. W przeciwieństwie do moich bardziej ambitnych rywali, którzy uważają się za zbyt wyjątkowych, by przebywać w towarzystwie zwykłych ludzi, staram się być widoczny na tyle, aby wiedzieć, czy ktoś pragnie mnie znaleźć. A teraz, za pozwoleniem. – Skinął ręką, żebym usiadł.

Starając się zapanować nad nerwami, opadłem na krzesło po drugiej stronie, niemal strącając na podłogę dużą skórzaną poduszkę. Na stole czekała na mnie próbka słynnego klubowego ponczu z dżinem. Nie mogłem się powstrzymać przed spojrzeniem na niego.