Strona główna » Obyczajowe i romanse » Złota godzina

Złota godzina

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65506-19-1

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Złota godzina

NAPISANA Z ROZMACHEM EPICKA SAGA O DWÓCH LEKARKACH SZUKAJĄCYCH SWEGO MIEJSCA W ŚWIECIE, W KTÓRYM REGUŁY GRY USTALAJĄ JEDYNIE MĘŻCZYŹNI

Dwie kuzynki – Anna i Sophie Savard – nigdy nie żyły w konwencjonalny, tradycjonalistyczny sposób. Osierocone w dzieciństwie, były wychowywane przez owdowiałą ciotkę Quinlan w ich ukochanym Waverley Place w centrum Manhattanu. Mimo że bardzo się od siebie różnią – Anna jest odważna i wygadana, ma jasną karnację i ciemne włosy, Sophie zaś to spokojna i pełna wdzięku młoda kobieta, o ciemno-miodowym kolorze skóry oraz kasztanowych włosach – obie łączy ta sama historia, więzy krwi oraz dążność do przełamywania norm i konwencji.

Anna jest chirurgiem, Sophie zaś – położną. To jednak niełatwy czas dla kobiet lekarek. Jest rok 1883, Nowy Jork. Oszałamiające bogactwo współistnieje z niewyobrażalnym ubóstwem, a społeczeństwo przechodzi ogromne zmiany. Z jednej strony miasto rozwija się w zawrotnie szybkim tempie, z drugiej – wpływy zyskują obrońcy wiktoriańskiej moralności. Na drodze kobiet staje Anthony Comstock – niebezpieczny człowiek, który celem swojego życia uczynił zwalczanie wszelkich przejawów nieprzyzwoitości, zwłaszcza aborcję. Mimo tych przeciwności losu Anna i Sophie kochają swoją pracę. Robią wszystko, by zwalczać nierówności społeczne i pomagać uciśnionym kobietom.

CZY JEDNAK ODWAGA I MIŁOŚĆ WYSTARCZĄ, BY KOBIETY ODNIOSŁY W TEJ WALCE SŁUSZNE ZWYCIĘSTWO?

„Sprawnie napisana, (…) intrygująca saga historyczna, która wlewa życie w ducha emocjonującej przeszłości”  – Booklist

„Niezwykle klimatyczna i wciągająca”  – „Kirkus Reviews”

—–

Sara Donati (właśc. Rosana Lippi). Za pierwszą powieść, zatytułowaną Homestead, zdobyła prestiżową nagrodę Pen/Hemingway Award (1999) oraz znalazła się w finale plebiscytu 2001 Orange Prize. Jest autorka słynnej serii Into the Wilderness – epickiej sagi opowiadającej losy amerykańskiej rodziny walczącej o przetrwanie w dziczy.

Polecane książki

W starym, wytartym notatniku kryje się kronika pewnej miłości, która rozkwitła po zakończeniu II wojny światowej gdzieś w Karolinie Północnej. Noah Calhoun odczytuje ją wieczorami w domu opieki pewnej kobiecie cierpiącej na chorobę Alzheimera. Dzięki sile uczucia przeżywa na nowo cudowne chwile ...
Słodko-gorzka opowieść przepełniona emocjami. Tak pięknie i ciepło o prawdziwych dylematach potrafi pisać tylko Natalia Sońska!   Nawet praca w najwspanialszej cukierni, takiej jak „Słodka”, nie uchroni Jagody przed nurtującymi ją problemami. Zbliżająca się sprawa rozwodowa i widmo odebrania odziedz...
Violka nękana jest przez celebrytkę. Czy kult celebrytów to także przyzwolenie na dopuszczanie się przez nich do psychicznej przemocy względem tak zwanych zwykłych osób, których w książce „Niemożliwe??” uosabia Violka? Współczesna historia towarzyska w realiach współczesności, napisana przez autorkę...
Napisany przystępnym językiem poradnik, w którym szczegółowo scharakteryzowano poszczególne środki odurzające i ich działanie. To także opis procesu uzależniania się oraz związanych z nim objawów i konsekwencji – procesu, który Wojciech Wanat zna z własnego doświadczenia. „Dla kogo jest ta książ...
Ludwika Wujec w rozmowie z Michałem Sutowskim opowiada o dzieciństwie wśród komunistów – na sowieckim Uralu, w powojennej Łodzi i w Warszawie – i o dorosłości w gronie demokratycznej opozycji, która ruszając na pomoc robotnikom, rzuciła wyzwanie machinie autorytarnego państwa. Mówi o swoich żydowski...
Psychopatyczny morderca znajduje perfekcyjne narzędzie zbrodni…Czy zdoła nim zadać perfekcyjną śmierć?... Na wzgórzu w parku zamarza naga dziewczyna.Szefowa fundacji charytatywnej umiera na tajemniczą chorobę.Inspektor Luc Callanach i świeżo awansowana nadinspektor Ava Turner nie wiedzą jeszcze, że ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Sara Donati

Dla mojej najukochańszej córki, Elizabeth

Młodą jest, ale na jej statku już ciężki ładunek życia. Życzę jej bezpiecznej podróży.Richard Wilbur, 1921

Główne postacie

DOM QUINLANÓW, WAVERLY PLACE

Ciotka Quinlan – emerytowana malarka, wdowa po Simonie Ballentynie i Harrisonie Quinlanie

Anna Savard – lekarka, chirurg

Sophie Savard – lekarka urodzona w Nowym Orleanie

Margaret Quinlan Cooper – dorosła pasierbica ciotki Quinlan

Henry i Jane Lee – ogrodnik i gospodyni Quinlanów

DOMY VERHOEVENÓW I BELMONTÓW PRZY PARK PLACE I MADISON AVENUE

Peter „Kap” Verhoeven – adwokat

Conrad Belmont – adwokat, wuj Kapa

Bram i Baltus Decker – bliźniacy, kuzyni Kapa

Eleanor Harrison – gospodyni

RODZINA RUSSO

Carmine Russo – Włoch, owdowiały pracownik fabryki

Rosa, Tonino, Lia i Vittorio Russo – dzieci Carmine

RODZINA MEZZANOTTE

Ercole Mezzanotte i Rachel Bassani Mezzanotte – para przybyłych z włoskiego Livorno ogrodników i pszczelarzy

Massimo i Filomena Mezzanotte – syn i synowa Ercole i Rachel, kwiaciarze

Giancarlo „Jack” Mezzanotte – syn Ercole i Rachel, sierżant w wydziale dochodzeniowym nowojorskiej policji, mieszka z siostrami, Bambiną i Celestyną Mezzanotte

INNI

Oscar Maroney – sierżant w wydziale dochodzeniowym nowojorskiej policji

Archer Campbell – inspektor pocztowy, z żoną, Janine Lavoie Campbell, i dziećmi

*Anthony Comstock – inspektor pocztowy, sekretarz Nowojorskiego Towarzystwa na Rzecz Walki z Występkiem

Sam Reason – drukarz, z żoną Delilą

Sam Reason – dorosły wnuk Sama i Delili, również drukarz

Giustiniano Nediani, zwany też Baldym lub Nedem – były gazeciarz

Ojciec John McKinnawae – duchowny i pracownik społeczny

Siostra Francis Xavier – zarządzająca Ochronką dla Sierot imienia Świętego Patryka

Siostra Mary Augustin (Elise Mercier) – pielęgniarka w Ochronce dla Sierot imienia Świętego Patryka

*Siostra Mary Irene – matka przełożona, Ochronka dla Podrzutków

Lorenzo Hawthorn – koroner

Michael Larkin i Hank Sainsbury – sierżanci w wydziale dochodzeniowym nowojorskiej policji

Doktor Klara Garrison – Szkoła Medyczna dla Kobiet

*Doktor Abraham Jacobi – lekarz w Szpitalu Dziecięcym

*Doktor Mary Putnam Jacobi – wykładowczyni ze Szkoły Medycznej dla Kobiet

Doktor Donald Manderston – lekarz w Szpitalu dla Kobiet

Doktor Maude Clarke – wykładowczyni ze Szkoły Medycznej dla Kobiet

Doktor Nicholas Lambert – lekarz medycyny sądowej

Neil Graham – lekarz stażysta

Amelia Savard – położna, córka Bena i Hanny Savardów

* gwiazdką oznaczono postacie historyczne

1

1883

Pewnego marcowego poranka, gdy w powietrzu było już czuć nadchodzącą wiosnę, Anna Savard, wróciwszy z ogrodu, zastała w domu młodą kobietę. Przybyła ona z wiadomością, która miała zakłócić Annie spokój ducha oraz wysłać ją w nieoczekiwaną podróż. Zwiastunka zmian stała na środku kuchni ubrana w habit zakonu Sióstr Miłosierdzia.

Anna oddała w ręce pani Lee cztery jeszcze ciepłe jajka, które ze sobą przyniosła, i zwróciła się do gościa ze słowami powitania. Młoda kobieta stała z rękami złożonymi na wysokości talii, chowając dłonie w przepastnych rękawach habitu. Cała była w bieli, od prostego czepka ciasno zawiązanego pod brodą aż po krawędzie zakonnej szaty spływającej na podłogę niczym płótno namiotu. Gospodyni pomyślała, że stojąca przed nią kobieta ma nie więcej niż dwadzieścia trzy lata i ledwie metr pięćdziesiąt wzrostu. Jej postać zdawała się opierać na ostrych liniach: miała spiczasto zakończone policzki i brodę, a jej zgięte łokcie wskazywały różne kierunki świata. Skojarzyła się Annie z nerwowym, niedożywionym kurczęciem owiniętym serwetką.

– Siostro…

– Mary Augustin – dokończyła mniszka. Miała dźwięczny głos o uprzejmym tonie zdradzającym dobre maniery, choć dalekim od nieśmiałości.

– Dzień dobry. W czym mogę siostrze pomóc?

– Przysłano mnie po drugą doktor Savard, ale zdaje się, że jej nie zastałam. Zostawiła mi wiadomość, żebym na panią poczekała.

Ludzie, którzy pojawiali się w ich domu o tak wczesnej porze, prawie zawsze przychodzili do kuzynki Sophie, która opiekowała się ubogimi kobietami i dziećmi z miasta.

Przez ułamek sekundy Anna pomyślała, że mogłaby skłamać, ale nigdy nie opanowała tej sztuki. W dodatku złożyła Sophie obietnicę…

– Druga doktor Savard asystuje przy porodzie – odrzekła. – Powiedziała mi, że siostra może przyjść, a ja zgodziłam się ją zastąpić.

Blade czoło zmarszczyło się, a po chwili niechętnie rozpogodziło. Widać było, że siostra Mary Augustin ma własne zdanie, ale została nauczona zachowywać je dla siebie.

– Czy zatem możemy iść? – odpowiedziała tylko.

– Oczywiście – zgodziła się Anna. – Muszę jedynie zostawić wiadomość.

– Może w tym czasie – wtrąciła się pani Lee – ja poczęstuję czymś siostrę Mary Augustin? Jeśli tego nie zrobię, będę musiała tłumaczyć się ojcu Gravesowi na spowiedzi. – Zauważyła wahanie przybyłej, ale wskazała krzesło. – Wiem, że siostrzyczka nie chciałaby mnie doprowadzić do takiej zguby. Proszę usiąść.

Piętnaście minut później były wreszcie gotowe do drogi. Pani Lee wzięła od Anny liścik z wiadomością dla personelu szpitala, jednocześnie przekazując jej wiadomość:

– Kuzynka Margaret chciała pomówić o pani kostiumie na ten bal. – Słowa „ten bal” zabrzmiały w jej ustach jak „ognie piekielne”.

– Jeśli Margaret się tym martwi, to powinna porozmawiać z ciotką Quinlan. To ona zajęła się przygotowaniami.

Mała okrągła twarz pani Lee była w stanie zapełnić się niewiarygodną ilością różnorakich zmarszczek, kiedy jej właścicielka była poirytowana – tak jak w tej chwili.

– A czego miałaby na takim balu szukać porządna, dodajmy – trzydziestoletnia, panna…

– Nie mam jeszcze dwudziestu ośmiu lat i pani dobrze o tym wie.

– …z wykształceniem, z dobrego domu, niezamężna, a w dodatku chirurg. Pytam, czego miałaby taka młoda kobieta szukać na balu wielkanocnym, w Poniedziałek Wielkanocny!, urządzonym przez tę chciwą, butną Vanderbiltową? Po co…

– Droga pani Lee – przerwała jej Anna, siląc się na jak najsroższy ton, który jednak złagodziła uśmiechem – obiecałam Kapowi, że przyjdę. Chyba nie chciałaby pani, żeby czuł się zawiedziony?

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki cała irytacja nagle wyparowała z twarzy gosposi. Uwielbiała Kapa, jak wszyscy zresztą. Zamruczała tylko coś pod nosem, udając się w stronę pieca.

– Pani i pani cioteczka, jak coś wymyślicie… – dobiegło jeszcze do uszu Anny. – Bóg jeden wie, co z tego będzie. I to w Poniedziałek Wielkanocny.

***

Anna ruszyła żwawo wzdłuż parku przy Placu Waszyngtona, ale zatrzymała się, kiedy zdała sobie sprawę, że siostra Mary Augustin musi prawie truchtać, żeby dotrzymać jej kroku.

– Proszę nie zwalniać, bo inaczej nie zdążymy na prom – powiedziała. – Mogę biec i cały dzień.

– Nawet w tym tempie dotrzemy tam pięć minut przed czasem.

Cień wątpliwości przemknął po ostrych rysach siostry Mary Augustin. W słońcu jej cera była mlecznobiała, tu i ówdzie naznaczona piegami, a brwi nabrały głębokiej, kasztanowej barwy. Anna próbowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej widziała zakonnice w czepkach, ale szybko porzuciła te rozważania.

– Czy mogę zapytać, jak potrafi to pani ocenić? – pragnęła się upewnić zakonnica.

– Dorastałam tu i prawie wszędzie chodzę na piechotę. No i mam w głowie zegar.

– Zegar?

– Talent do trafnej oceny czasu – wyjaśniła Anna. – Umiejętność szacowania, która jest godzina. Widzi siostra, to sztuka, którą chirurg musi opanować…

– Chirurg? – Mary Augustin wyglądała na zaskoczoną, tak jakby kobieta właśnie oznajmiła, że jest biskupem. – Myślałam, że… to pani kuzynka…

– Druga doktor Savard specjalizuje się w położnictwie i pediatrii. Moją specjalizacją jest chirurgia.

– Ale któż by… – Siostra zamilkła, a na jej policzkach pojawiła się czerwień. Anna stwierdziła, że dziewczyna pięknieje, kiedy zapomina o powadze. Zastanawiała się, ile jeszcze może jej powiedzieć bez ryzyka, że siostrzyczka zemdleje.

– Kobiety, które są bardzo chore bądź w połogu, z reguły wolą, żeby zajmowała się nimi inna kobieta. Jeśli mają taki wybór – powiedziała.

– Ach – odrzekła siostra Mary Augustin – więc operuje pani tylko kobiety! To ma już większy sens.

– Kwalifikacje pozwalają mi operować wszystkich, ale jestem zatrudniona w Szpitalu Miłosierdzia Nowego Amsterdamu. Tak jak druga doktor Savard, którą miała siostra nadzieję zastać, jest zatrudniona w Szpitalu dla Dzieci i Noworodków i w Szpitalu dla Kolorowych. I tak, technicznie rzecz ujmując, nie wolno mi operować mężczyzn. A w każdym razie tak mówi prawo.

– Moje kwalifikacje wypadają przy tym bardzo skromnie. Nigdy nawet nie widziałam sali operacyjnej.

– No cóż – powiedziała Anna – musi więc siostra kiedyś do nas wpaść i poobserwować. A my zawsze poszukujemy wykwalifikowanych pielęgniarek, gdyby siostra kiedyś zechciała przemyśleć swoje… – zawahała się – powołanie.

Siostrze Mary Augustin odebrało na chwilę mowę. Co za zaskakująca sugestia! Siostra Ignatia byłaby oburzona, tak samo jak oburzona powinna być sama siostra Mary Augustin, ale zamiast tego zaczęła zmagać się z nagłym wybuchem ciekawości. Już od roku mieszkała w tym przerażającym, ale i ekscytującym mieście, i w ciągu całego tego czasu pytania w jej głowie tylko się mnożyły, a ona nie miała nikogo, by porozmawiać o nurtujących ją kwestiach…

Aż tu nagle pojawił się ktoś, kto nie zbeształby jej, gdyby jedną z nich ubrała w słowa. Ktoś, kto zapewne by jej pomógł. Mogłaby spytać tę doktor Savard o położnictwo, o to, jak kobieta może zostać nie tylko lekarzem, ale i chirurgiem. Tym myślom deptała jednak po piętach świadomość, że siostra Ignatia miała rację: błędem jest popuszczać wodze fantazji. To prowadzi nas do miejsc, które lepiej omijać z daleka.

A jednak nie mogła powstrzymać się od zerkania kątem oka na tę lekarkę – to znaczy chirurga. Na początku wydawało się jej, że doktor Savard nosi makijaż, ale potem zdała sobie sprawę, że to po prostu żywe kolory pojawiające się na jej policzkach i znikające za sprawą wiatru. Jej pełne usta miały kolor mocnego różu, były trochę popękane. Pod praktycznym kapeluszem jej ciemne włosy były gładko ułożone w jeden skręt, a nie podzielone na pukle, jakie wówczas nosiła większość młodych kobiet. Tak czesałaby się siostra Mary Augustin – albo raczej Elise Mercier, jak ciągle o sobie myślała – gdyby mogła sobie pozwolić na podobną próżność. Powstrzymała chęć dotknięcia prawie niewidocznych blizn po ospie, które nosiła na czole.

Zapewne niewiele osób uznałoby twarz doktor Savard za ładną, ale z pewnością jej urodę można było określić jako interesującą, a z jej oczu biła inteligencja. Dobrze jej się powodziło: mieszkała w dobrej dzielnicy, w czteropiętrowym domu z jasnego kamienia z ciężkimi dębowymi drzwiami wejściowymi zdobionymi rzeźbionymi liliami i cherubinkami, w oknach powiewały koronkowe firany. A jednak obie panny Savard dla medycyny zrezygnowały z wygodnego życia.

Siostra Ignatia kazałaby jej skierować uwagę w inną stronę. Na przykład ku różańcowi, który przy każdym kroku kołysał się u jej pasa. Gdyby zdobyła się na odwagę, pierwsze pytanie, jakie zadałaby lekarce, dotyczyłoby jej stroju.

Doktor Savard miała na sobie świetnie skrojone ubrania z najlepszych materiałów, ale brakowało im ozdób i cechowała je surowość charakterystyczna dla męskiego stroju. Jej ciemnoniebieski kapelusz w szare paseczki pasował do szerokiego płaszcza, którego fałdy spływały od wysokiego zapięcia tuż pod łopatkami aż po kostki zamknięte w solidnych butach. Nosiła też rękawiczki w kolorze głębokiej, lśniącej czerni, zdobione małymi mosiężnymi guzikami na nadgarstku. Jak wszyscy lekarze miała przy sobie pojemną skórzaną torbę.

Kiedy szła, na ułamki sekund spod płaszcza wyłaniała się fantazyjnie pod nim wirująca spódnica. To, że doktor Savard nie nosiła turniury, nie było taką znowu niespodzianką – niewiele kobiet opiekujących się chorymi zawracało sobie głowę modą. Ale sposób, w jaki układała się jej spódnica, stanowił zagadkę dla siostry Mary Augustin. Jej habit falował zamaszyście przy każdym kroku, odsłaniając czubki butów. Doktor Savard szła tym samym tempem, ale jej spódnica zdawała się zajmować przy tym znacznie mniej przestrzeni. Zakonnica nagle z przestrachem zdała sobie sprawę, że spódnica lekarki była podzielona na dwie części, tak jak męskie spodnie czy swego rodzaju rękawy na nogi. Nogawki były szerokie i nie ograniczały ruchów, ale niewątpliwie należały do pary spodni.

Podczas Wielkiego Postu ojciec Corcoran wygłosił piorunujące kazanie na temat Towarzystwa Racjonalnego Stroju, które stanowiło dla niego dowód na coraz większy upadek słabszej płci. Przepowiadał w nim choroby, bezpłodność i potępienie. Ku swojemu zdumieniu siostra Mary Augustin z niepokojem odkryła, że takie spódnice nie były wcale nieskromne, bez względu na to, co mógłby o nich powiedzieć ojciec Corcoran czy nawet Jego Świątobliwość Papież Leon. Wyglądały na skromne i wygodne – mogła to przyznać. I znowu coś szokującego i interesującego – a ona musi zachować wszystkie te rozważania dla siebie.

Po drodze doktor Savard prawie wszystkich witała po imieniu: zamiatacza ulic, chłopca od piekarza, dziewczynkę pilnującą dziecka zawiniętego w kołderkę i zapakowanego do skrzynki, dwie praczki sprzeczające się po gaelicku. Zawołała do jakiegoś gazeciarza obdartusa, pytając o zdrowie jego matki, a on uśmiechnął się, co momentalnie rozjaśniło jego twarz.

Drzewa na Placu Waszyngtona przygotowywały się do wiosny, a grube pąki na ich gałęziach wypuszczały pierwsze bladozielone listki, które połyskiwały w słońcu. Całe miasto było pełne podobnych kontrastów: piękne domy przy szerokich alejach obsadzonych lipami, wiązami i platanami sąsiadowały z kamieniczkami tak brudnymi i przeludnionymi, że wydobywający się z nich fetor przyprawiał o nudności. Mali chłopcy ubrani w aksamity dreptali tam i z powrotem pod czujnym okiem piastunek w śnieżnobiałych fartuchach, a obok półnagie dziecko przykucnęło nad martwym kotem, w którego otwartym brzuchu roiło się od robactwa.

Siostra Mary Augustin każdego dnia pytała samą siebie, co sobie wyobrażała, kiedy przysłano ją do tego wielkiego, hałaśliwego miasta. Teoretycznie rozumiała, co znaczy opieka nad tymi najbiedniejszymi i najbardziej potrzebującymi; wiedziała, że wiele niemowląt jest skazanych na śmierć z powodu chorób i tylko nieliczne dożyją swoich pierwszych urodzin. I mimo że prawdziwą biedę poznała jeszcze zanim znalazła się w tym miejscu, każdego dnia czuła się przytłoczona i przerażona, choć jednocześnie zjadała ją ciekawość i chęć zrozumienia rzeczy, których do tej pory nie zdołała pojąć.

Spojrzała na doktor Savard i zaczęła się zastanawiać, czy rozmowa z nią byłaby straszliwym grzechem i jaką pokutę dostałaby za taki akt nieposłuszeństwa.

Wybacz mi, Ojcze, bo zgrzeszyłam. Zadawałam niestosowne pytania dobrze wychowanej i wykształconej damie w spodniach. I słuchałam odpowiedzi na nie.

Na rogu Piątej Alei nagle musiały się zatrzymać, żeby przepuścić dwa wielkie wozy ciągnięte przez woły przejeżdżające przez skrzyżowanie. Czerwony napis na boku pierwszego z nich głosił, że zgromadzony na nim gąszcz drzewek w doniczkach – z których przynajmniej kilka było dwukrotnie wyższych od siostry Mary Augustin – pochodził z oranżerii LeMoulta. Na drugim wozie znajdował się lżejszy ładunek: wiadra kwiatów w przepięknych, głębokich kolorach i jasnych wiosennych barwach. Na boku tego wozu widniał napis: Bracia Mezzanotte, Greenwood, N.J.

Siostra Mary Augustin nie mogła oderwać oczu od tego widoku. Zresztą nie ona jedna.

– Ciekawa jestem, o co tu chodzi – zapytała cichym głosem, który łatwo można było puścić mimo uszu. Doktor Savard spojrzała na nią i uniosła ramię.

– Vanderbiltowie – powiedziała. – I ich bal kostiumowy.

Siostra w końcu zadała pytanie i otrzymała odpowiedź, ale to tylko spowodowało w jej głowie lawinę kolejnych dylematów. Jeśli ten stan potrwa dłużej, powiedziała do siebie, jej umysł zostanie podziurawiony znakami zapytania, setkami małych haczyków wpiętych tak głęboko, że nigdy się ich nie pozbędzie.

***

Na Christopher Street mieściło się niewielkie targowisko, ale większość straganów była o tej porze zamknięta. Prom czekał na przyjęcie pasażerów. Tłum ludzi chciał przedostać się na drugą stronę rzeki Hudson, do Hoboken: robotnicy najróżniejszych profesji, wieśniaczki obwieszone pustymi koszami i zmęczonymi niemowlętami, holujące na plecionych sznurkach dzieci o bladych twarzach, które jeszcze nie do końca odżyły po srogiej zimie. Woźnice nachylali się nad piramidami skrzynek albo stali w grupkach, nad którymi unosiły się chmury tytoniowego dymu.

Pośrodku tego zbiorowiska czekała na nie siostra Ignatia – ta sama, która w myślach pouczała siostrę Mary Augustin. Była jej całkowitym przeciwieństwem, począwszy od kompletnie czarnego habitu, a skończywszy na okrągłych policzkach i krzepkiej budowie ciała. Anna zastanawiała się, co oznacza ta różnica ubioru – młodość czy starość? Dobro czy zło? Musiała przygryźć wargę, żeby powstrzymać uśmiech.

Syrena na promie zawyła głośno, co oszczędziło im kolejnych minut niezręcznych powitań. Na pokładzie rozmowy pasażerów zagłuszały odgłosy wody, wiatru i silników. Niemiecki, włoski, jidysz, gaelicki, francuski, polski, chiński i inne języki, których Anna nie była w stanie rozpoznać, przekrzykiwały się nawzajem. W kajucie byłoby jeszcze gorzej, więc zaczęła rozglądać się za miejscem na pokładzie wolnym od dymu i pyłu, ale siostra Ignatia miała inne plany. Rzuciła w stronę Anny surowe spojrzenie, więc ta, tłumiąc westchnienie, podążyła za zakonnicą. W jakiś tajemniczy sposób siostra Ignatia sprawiała, że Anna czuła się jak studentka pierwszego roku medycyny, wiecznie gotowa, żeby usłyszeć, co zrobiła źle.

Powietrze w kajucie było przesiąknięte zapachem węgla, szybko tracących świeżość ryb, kwaśniejącego mleka, kiszonej kapusty i mokrych pieluch, a nade wszystko potu. Zapach ciężkiej pracy – mimo że ciężki, to szlachetny.

– A więc – zwróciła się do Anny siostra Ignatia, pochylając się w jej stronę, by móc mówić prosto do jej ucha. – Na ile zna się pani na tych rzeczach?…

To, że ta zakonnica uznała, że ma prawo przepytywać wykwalifikowanego chirurga, nie było żadną niespodzianką. Anna mogłaby powiedzieć: „Wielokrotnie widziałam i leczyłam ospę”, albo: „W ciągu tych czterech lat, które upłynęły, odkąd uzyskałam dyplom, złożyłam podpis na jakichś pięciuset aktach zgonu, a ponad siedemdziesiąt procent z nich dotyczyło dzieci przed piątym rokiem życia”.

Mogłoby się wydawać, że miasteczka przemysłowe w pobliżu Hoboken zawsze stały na skraju jakiejś epidemii: ospy, odry, świnki, żółtej febry, hiszpanki, kokluszu, a czasem nawet kilku tych chorób jednocześnie. Istniały środki, które mogłyby temu zapobiec, ale właściciele fabryk nie widzieli sensu w inwestowaniu w zdrowie swoich pracowników. Nigdy nie brakowało imigrantów chętnych do pracy w zakładach włókienniczych. Jedynie interwencja Departamentu Zdrowia mogła spowodować jakiekolwiek zmiany.

Teraz właściciele fabryk mieli zapewnić pracownikom mydło i gorącą wodę – higiena była pierwszą linią obrony we wszystkich kwestiach związanych ze zdrowiem publicznym – oraz dopilnować, żeby nowo przybyli mieli dostęp do czystej wody i zostali zaszczepieni przed podjęciem pracy. Kilku fabrykantów nawet stosowało się do tych zaleceń, przynajmniej przez jakiś czas. Ale epidemie wciąż się zdarzały, regularnie jak w zegarku. I dlatego Anna siedziała teraz na promie z zakonnicami.

– Szczepienia nie są trudne. Jeśli znajdą się tłumacze, którzy pomogą wyjaśnić, o co chodzi, nie widzę żadnych trudności. Zakładam, że tam, dokąd się udajemy, będzie wystarczająco dużo igieł – odpowiedziała siostrze Ignatii.

– Szczepienia? – Siostra Ignatia posłała ostre spojrzenie siostrze Mary Augustin, a kiedy znowu przemówiła, jej niemiecki akcent brzmiał równie ostro. – Kto mówi o szczepieniach?

Anna zawahała się.

– Czy doktor Sophie nie miała pomóc siostrom w akcji szczepień pracowników fabrycznych?

Kiedyś ta twarz okolona podwijką musiała być bardzo piękna – i wciąż taka była – jak u wielu przybyszów z północy Europy. Okrągłe policzki, nieskazitelna cera, szaroniebieskie oczy. W tym przypadku dochodził jeszcze podbródek charakterystyczny dla osoby, która nie toleruje niedbalstwa. Widocznie poirytowana, odpowiedziała:

– Jesteśmy Siostrami Miłosierdzia. Naszą misją jest zapewnianie opieki osieroconym i porzuconym dzieciom.

Anna zdobyła się na lekki uśmiech.

– A więc – zaczęła z udawanym spokojem – do czego jestem siostrom potrzebna?

– Zabieramy dzieci, których rodzice zmarli podczas ostatniej epidemii ospy, ale według prawa nikt nie może przeprawić się do Nowego Jorku bez…

– …zaświadczenia o dobrym stanie zdrowia – dokończyła za nią Anna. – Włoskie sieroty?

– Tak – odpowiedziała siostra Ignatia. – Ale nie ma powodów do obaw, siostra Mary Augustin uczyła się włoskiego, a oprócz tego naszym tłumaczem będzie ojciec Moreno. Chyba że pani włada tym językiem?

– Nie – przyznała Anna. – Byłam zbyt zajęta nauką anatomii, fizjologii i bakteriologii. Ale mówię po niemiecku. Studiowałam w Berlinie i w Wiedniu.

Czy tylko się jej wydawało, że siostra Ignatia ucieszyła się na tę wzmiankę o jej ojczystym języku i kraju, z którego pochodziła? Starsza kobieta nie powiedziała jednak ani słowa. Odezwała się za to siostra Mary Augustin siedząca po drugiej stronie Anny:

– Pani doktor, co to jest bakteriologia?

– To nauka o genezie i leczeniu pewnych typów chorób – odpowiedziała Anna z ulgą, że zmieniły temat.

– Bakteriologia – wtrąciła siostra Ignatia – nie ma z nami nic wspólnego, siostro. Wykonujemy pracę bożą między ubogimi dziećmi tego miasta i nie ośmielamy się aspirować do niczego więcej.

Przy innej okazji Anna mogłaby podjąć takie wyzwanie. Toczyła debaty i potyczki słowne przez cały okres swojej edukacji i później, częstokroć z ludźmi równie onieśmielającymi i niewzruszonymi w swojej pewności co siostra Ignatia. Każda kobieta praktykująca medycynę miała wiele okazji do doskonalenia umiejętności dyskusji… Ale w zasięgu ich wzroku już pojawiło się Holboken, a za kilka minut miała zająć się tuzinami dzieci, które, tak jak ona, straciły wszystko w bardzo młodym wieku. Najlepsze, na co mogły liczyć te sieroty, to kąt do spania, pożywienie, podstawowa edukacja oraz szansa na naukę fachu bądź możliwość wstąpienia do zakonu lub seminarium duchownego.

Na pokładzie rozległ się dzwonek, a ludzie wokół nich zaczęli zbierać swoje pakunki, kosze i skrzynki. Nastąpiło powszechne poruszenie. Anna podniosła swoją torbę lekarską i poszła za tłumem.

***

W Kościele Miłosiernej Maryi Panny brakowało pięknych posągów, złoconych aniołów i witraży charakterystycznych dla większych katolickich świątyń na Manhattanie, ale było w nim bardzo jasno i czysto. Nawet piwniczne pieczary pachniały octem i mydłem ługowym; nie wykryto by tam ani śladu zgnilizny czy pleśni.

W takim nietypowym otoczeniu znalazło się jakieś trzydzieścioro dzieci, a wszystkie stały cichutko, jakby niezwracanie na siebie uwagi było sprawą życia i śmierci. Anna oszacowała, że najstarsze z nich nie mogły mieć więcej niż jedenaście lat, natomiast najmłodsze wciąż jeszcze ubierano w śpioszki. Wszystkie miały zapadnięte policzki, były niedożywione, zagubione i wystraszone.

Z przodu stały trzy stoliki: „gabinet” Anny, gdzie miała badać małych pacjentów i wypisywać świadectwa zdrowia, stół ze stertami zużytych ubrań pilnowany przez wysoką zakonnicę o szorstkim głosie i ciasnej zawijce pod szarym welonem oraz ostatni, z zupą i chlebem, nad którymi czuwała siostra Ignatia.

Pierwszy chłopiec, który stanął przed Anną, ściskał w rękach zawiniątko, jakby myślał, że lekarka będzie chciała mu je zabrać. Do jego koszuli przyczepiono karteczkę, odpięła ją siostra Mary Augustin. Rozprostowała ją na rozłożonej księdze ewidencji spoczywającej na pulpicie.

– Santino Bacigalup – przeczytała. – Wiek: dwanaście lat. Rodzice i dwie siostry zmarli w zeszłym tygodniu. – Zmrużyła oczy i zabrała się za sporządzanie notatki.

Anna popatrzyła na zacięte usta chłopca i napotkała jego niewzruszone spojrzenie. Przyszło jej do głowy, że gdyby teraz wyciągnęła rękę, by go dotknąć, rzuciłby się na nią jak dzikie kociątko.

Siostra Mary Augustin powiedziała do niego kilka słów po włosku, a w odpowiedzi z jego ust wydobyła się lawina sylab. Zakonnica z wysiłkiem próbowała zrozumieć, co miał na myśli.

– O co chodzi? – zapytała Anna.

Tłumaczka rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami:

– Żebym to ja wiedziała.

– Chce wracać do domu, na Sycylię – odezwał się głos za nimi. Anna badała brzuch chłopca, więc nie mogła spojrzeć w górę, ale musiał to być ojciec Moreno, który obiecał im swoją pomoc.

– Ma w Palermo dziadków i zamężną siostrę – ciągnął ksiądz. – Chce tam wracać. Tak kazał mu ojciec, zanim umarł.

Ksiądz zadał mu jakieś pytanie, a twarz chłopca rozpogodziła się i pojawiła się na niej ulga. Anna właśnie osłuchiwała stetoskopem jego płuca, więc poczekał na jej znak, że może odpowiedzieć, po czym wystrzelił kolejną serią włoskiego. Ona zbadała jego podbrzusze i węzły chłonne.

Był niedożywiony, ale bardzo silny, jak zwój skręconego drutu. Po rozmowie z chłopcem ksiądz potwierdził to, czego sama się domyśliła: Santino nie był zaszczepiony, ale jakoś udało mu się ujść z życiem i nie zachorował na ospę, która zabrała mu rodziców i siostry. Ksiądz kontynuował rozmowę z dzieckiem, a Anna przeszła przez salę do zaskoczonej siostry Ignatii.

– To dziecko nie zostało zaszczepione przeciwko ospie – oznajmiła.

Siostra Ignatia zmarszczyła brwi.

– A czy to jest w tej chwili istotne?

– Czy jest istotne?! – Dobór odpowiedniego, umiarkowanego tonu głosu zajął Annie chwilę. – Gdyby jego rodzice byli zaszczepieni, ciągle by żyli, a on nie stałby tutaj, drżąc z przerażenia.

Tracąc cierpliwość, siostra Ignatia wzruszyła ramionami.

– Nie można zmienić przeszłości, pani doktor.

– Ale możemy zrobić coś dla jego przyszłości. Gdyby tylko powiedziała mi siostra o tym rano, mogłabym… – przerwała. – Nieważne – dodała, zanim siostra Ignatia zdołała cokolwiek odpowiedzieć. – Jutro pojawię się u sióstr i zaszczepię tego chłopca oraz inne dzieci, a także każdego, kto powinien być zaszczepiony. Nawet jeśli ma mi to zająć cały dzień i całą noc.

***

Ksiądz i Santino Bacigalup wciąż byli pogrążeni w dyskusji, gdy Anna do nich wróciła. Tyle że mężczyzna, który wyprostował się, żeby z nią pomówić, nie wyglądał jak duchowny. Nie miał koloratki i nosił ubranie człowieka nawykłego do ciężkiej pracy. Był wysoki i dobrze zbudowany, na twarzy miał przynajmniej kilkudniowy gęsty zarost, a na skronie opadały mu potargane ciemne włosy.

– Chłopiec chce pracować, żeby zarobić na podróż powrotną do Włoch – powiedział niewzruszony. Albo nie chcąc zdradzać emocji, poprawiła się w myślach Anna.

– A pan to… – zaczęła.

– Giancarlo Mezzanotte – odrzekł, robiąc w jej stronę lekki ukłon głową, tak jakby jej niedokończone pytanie o nazwisko było nie na miejscu. Ale od razu starał się złagodzić wyraz twarzy. – Proszę mi mówić Jack. Tak mnie tutaj nazywają. Ojca Moreno wezwano do ostatniego namaszczenia i poprosił mnie, żebym pomógł przy sierotach.

Mówił płynnie po angielsku, a w jego głosie Anna nie słyszała włoskiego zaśpiewu. Co więcej, w jego sposobie wyrażania się było coś, co stało w sprzeczności z jego strojem i szorstkimi dłońmi.

Anna położyła rękę na głowie chłopca, a on podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy.

– Czy jest możliwość, żeby znaleźć dla niego jakieś zajęcie tu, w New Jersey?

Pan Mezzanotte pochylił się, żeby znowu porozmawiać z chłopcem.

– Może coś się znajdzie. Porozmawiam z ojcem Moreno – powiedział, wyprostowawszy się ponownie.

Anna diagnozowała bóle brzucha, zapalenie uszu, wysypki, grzybicę, wszy i popękane zęby. U jednej z dziewczynek, ośmiolatki, wykryła ciche rzężenie w płucach, natomiast jej starszy brat miał płytką ranę kłutą na łydce, w którą wdała się infekcja. Kiedy Anna ją przemywała i bandażowała, chłopiec opowiedział jej, jak spadł z okropnie długich schodów, konsultując wybrane przez siebie wyrażenia z panem Mezzanotte, ponieważ pragnął być jak najbardziej precyzyjny. Jego sposób wyrażania się był tak wystudiowany i zarazem szczery, a ekspresja pełna przemyślanego dramatyzmu, że Anna mogłaby się głośno roześmiać. Nie zrobiła tego jednak, na co chłopiec wzruszył ramionami – niczym aktor, który zachowuje stoicki spokój, kiedy publiczność nie bije braw.

Niewiele z dzieci było tak skorych do rozmowy. Do tych cichych Anna podchodziła z największą łagodnością i szacunkiem, odpowiadając na ich pytania z taką dokładnością, jakiej sama oczekiwała, kiedy była dzieckiem. Podniosła głowę i zauważyła, że siostra Ignatia obserwuje ją, tym razem bez śladu zniecierpliwienia. Na jej twarzy malowały się zaskoczenie, ciekawość i szczególny rodzaj empatii, który sprawił, że lekarka poczuła się trochę nieswojo.

***

Ostatni mali pacjenci stanęli przed Anną we czwórkę. Ośmioletnia dziewczynka, najstarsza z grupy, na jednym ramieniu trzymała niemowlę, a drugim popychała przed siebie pozostałą dwójkę. Rosa, Tonino, Lia i Vittorio Russowie mieli gęste czupryny kędzierzawych, ciemnobrązowych włosów i niebieskie oczy, które jasno błyszczały na twarzach o barwie lekko spieczonego chleba. Według notatki matka dzieci zmarła podczas epidemii, a zrozpaczony ojciec oddał je do kościoła i zniknął. Nikt nie miał pojęcia, gdzie mógł przebywać.

Rosa Russo stanęła wyprostowana w otoczeniu stłoczonego przy niej młodszego rodzeństwa, trzymając wolną lewą dłoń na ramieniu brata.

– Jestem Amerykanką – oznajmiła, zanim o cokolwiek ją spytano. – Urodziłam się tu. Wszyscy się tu urodziliśmy. Mówię perfekcyjnie po angielsku – dodała z akcentem przeczącym jej słowom.

Drobne dziecko nosiło za dużą sukienkę. Ubrania całej czwórki miały postrzępione kołnierzyki i rąbki ubrań, ale buzie, szyje i ręce małych przybyszów były tak czyste, jak u samej Anny. W wyprostowanej postawie dziewczynki i sposobie, w jaki trzymała głowę, widać było godność. Była do granic przerażona, ale jeszcze bardziej zdeterminowana.

– Podejdźcie bliżej. – Anna przywołała ich gestem. – Obiecuję, że nic złego wam nie zrobię. Chodźcie.

– Musimy odszukać ojca – odpowiedziała ośmiolatka, a jej głosik po raz pierwszy zabrzmiał żałośnie piskliwie.

– Rozumiem – rzekła Anna – ale jeśli chcecie go szukać na Manhattanie, muszę wydać wam takie zaświadczenie – podniosła i pokazała im druczek. – Inaczej nie pozwolą wam przeprawić się na drugą stronę rzeki.

– Można przeprawić się w innym miejscu – spokojnie odpowiedziała dziewczynka.

– Tak, ale jak się tam dostaniecie? Macie pieniądze na prom?

Po chwili Rosa lekko popchnęła przed siebie dwójkę średniego rodzeństwa.

Starszy chłopiec był bardzo ponury, natomiast młodsza dziewczynka szczebiotała bezustannie, głównie po włosku i z lekką domieszką angielskiego. Kiedy Anna na chwilę odwróciła od niej uwagę, dwoje małych, chłodnych dłoni wylądowało na jej policzkach. Spojrzała w górę i znalazła się dosłownie twarzą w twarz z bardzo poważnie wyglądającą Lią Russo.

Mała zniżyła głos i powiedziała konspiracyjnym tonem:

– Hai occhi d’oro.

– Mówi, że ma pani złote oczy – przetłumaczyła siostra Mary Augustin.

Anna uśmiechnęła się.

– Moje oczy są brązowo-zielone i czasami, zależnie od światła, wyglądają na złote.

Tym razem to pan Mezzanotte przetłumaczył słowa lekarki.

Lia pokiwała głową, niezachwiana w swojej decyzji:

– D’oro.

– No cóż – kontynuowała Anna – pozwól, że użyję swoich złotych oczu, żeby upewnić się, że jesteś zdrowa. Czy mogłabyś wziąć głęboki oddech i przez chwilę nie wypuszczać powietrza?

Pan Mezzanotte pochylił się, żeby przetłumaczyć jej polecenie. W odpowiedzi Lia wciągnęła powietrze tak gwałtownie i z taką teatralną mocą, że aż zrobiła zeza. Była zdrowa, Anna poczuła ulgę. W głębi duszy jednak zastanawiała się, czy dziewczynka nie wiedziała, że jej matka nie żyje, czy po prostu nie rozumiała, co to znaczy?

W końcu przyszła kolej Rosy. Stanęła przed Anną ze swoim małym braciszkiem na ręku, próbując sprawić wrażenie opanowanej młodej osoby.

– Czy mogę potrzymać twojego braciszka, kiedy będę go badała? – poprosiła Anna.

– Mama mówi, że nie. Mama mówi… – przerwała. – Mówi, że nam go odbierzecie, a my musimy zostać razem.

Anna zastanowiła się przez moment, co odpowiedzieć, a następnie pochyliła się w stronę dziewczynki i zniżyła głos:

– Moja mama umarła w dniu, kiedy skończyłam trzy latka, a mój tata zmarł kilka tygodni później. Każdego dnia myślę o nich i zastanawiam się, czy byliby dziś ze mnie dumni.

Oczy dziewczynki wpatrywały się w twarz Anny, szukając w niej jakiegoś konkretu, jakiejś odpowiedzi.

– Czy miała pani rodzeństwo, które się panią zajęło?

– Dużo starszego brata gdzieś daleko, w szkole. Jednak zbyt młodego, żeby zająć się wychowywaniem małej dziewczynki. Więc przygarnęła mnie ciotka i przywiozła tutaj, żebym dorastała z jej dziećmi.

– Pani brat na to pozwolił? – Emocje Rosy oscylowały gdzieś pomiędzy szokiem a pogardą. – Dlaczego panią oddał?

– To były trudne czasy – odpowiedziała Anna łamiącym się głosem. – Tak trudne, jak ten, przez który teraz wy przechodzicie.

– To żadna wymówka – stwierdziła dziewczynka. – Nie powinien był pani oddawać. Gdzie teraz jest?

– Nie żyje – odpowiedziała Anna. – Zginął na wojnie.

– Nie powinien był pani zostawiać – dopowiedziała Rosa płomiennie. – Zawiódł panią, ale ja nie zawiodę mojej siostry i braci.

Siostra Mary Augustin odchrząknęła, gotowa stanąć w obronie brata lekarki od wielu lat leżącego w grobie, osoby, której nigdy nie poznała i której nie mogła sobie wyobrazić. Anna odpowiedziała:

– Mam nadzieję, że masz rację, Roso. Mam nadzieję, że będziesz mogła zrobić dla swojego rodzeństwa to, czego mój brat nie był w stanie zrobić dla mnie.

***

Po południu Anna ponownie płynęła promem w otoczeniu sióstr i zdrowszych sierot. Połowie dzieci obcięto włosy prawie do skóry, żeby zatrzymać wędrówkę wszy z głowy na głowę. Sieroty, które okazały się chore – jedno z podejrzeniem gruźlicy i jedno z podejrzeniem odry – zostały w New Jersey, gdzie miały otrzymać opiekę, chociaż nikt nie potrafił wyjaśnić zaniepokojonej Annie, co to dokładnie oznaczało. Santino Bacigalup również był nieobecny. Pan Mezzanotte znalazł dla niego pracę na jakiejś farmie poza miastem.

Po powrocie ojciec Moreno wyraził podobne zastrzeżenia względem tego rozwiązania, jakie Anna usłyszała wcześniej od siostry Ignatii. W tonie jego głosu było tylko trochę mniej poirytowania niż u zakonnicy. Przekonała go dopiero obietnica znacznego datku na biednych, choć rzucił Annie podejrzliwe spojrzenie.

– Czy próbuje pani kupić sobie przebaczenie za jakiś grzech? Kościół nie sprzedaje już odpustów, doktor Savard.

– Nie jestem katoliczką, ojcze Moreno. Wydaje mi się, że moje pojęcie grzechu znacznie różni się od waszego.

Osuszyła i podała mu czek, który wypisała przy jego biurku.

– A siostra Ignatia? Kto jej to wyjaśni?

– Prawdopodobnie przypadnie to w udziale mnie – odrzekła. – Mam nadzieję, że będzie mi to policzone jako dostateczna pokuta.

Usta księdza zadrżały na granicy uśmiechu, który jednak udało mu się powstrzymać.

– Chłopca trzeba zaszczepić – dodała Anna. – Zanim pojedzie do pracy. Mam nadzieję, że to możliwe?

– Zadbamy o to – odpowiedział ojciec Moreno.

Kiedy wychodziła, zatrzymał ją w drzwiach.

– Nie wątpię, że pani troska o dobro tych dzieci jest szczera i że ma pani dobre intencje – powiedział. – Ale jest pani bardziej podobna do siostry Ignatii, niż byłaby pani skłonna przyznać.

***

Na promie, w otoczeniu dzieci i innych pasażerów, siostra Igantia nie zawahała się poruszyć sprawy młodego Bacialupa.

– Ingeruje pani w sposób – zaczęła starsza zakonnica – który może przynieść straszne konsekwencje.

– Nierobienie niczego też przynosi straszne konsekwencje – odpowiedziała spokojnie Anna.

– Proszę nie być tak zadowoloną z siebie. To nie jest akt dobroczynny.

– Oczywiście, że nie – zgodziła się Anna.

Siostra Ignatia cofnęła się, lekko zaskoczona.

– Nikt nigdy nie robi niczego bezinteresownie – ciągnęła Anna. – Każdy wybór, jakiego dokonujemy, przynosi nam bezpośrednią bądź pośrednią korzyść. Nawet jeśli jakiś uczynek wygląda na ofiarę, alternatywa byłaby w jakiś sposób nie do zniesienia. Gdybym nie pomogła, nie mogłabym zasnąć, a potrzebuję snu.

Szare oczy zakonnicy przesuwały się po twarzy Anny w poszukiwaniu jakiejś wskazówki, która wyjaśniałaby tę osobliwą i niepokojącą filozofię.

– U młodej kobiety taki cynizm nie prezentuje się najlepiej.

– Być może. Ale u lekarza i chirurga jest nieodzowny. – Anna złagodziła ton uśmiechem.

Po chwili zakonnica stwierdziła:

– Proszenie panią o pomoc było błędem. Więcej tego nie zrobię.

– Tak byłoby prawdopodobnie najlepiej – zgodziła się Anna. – Ale i tak przyjadę i dopilnuję, żeby wszyscy zostali zaszczepieni.

Siedzący ławkę dalej Giacomo Mezzanotte i Rosa Russo żywo dyskutowali. Wciśnięci między nimi siedzieli Tonino i Lia, a Rosa wciąż trzymała na rękach niemowlę.

Ten człowiek wydawał się Annie jakoś znajomy, chociaż była pewna, że nigdy wcześniej go nie spotkała. Kiedy pochylił głowę w kierunku dziewczynki, zdała sobie sprawę, że wygląda jak lekarz wysłuchujący opowieści pacjenta i rozważający każdą informację – nie dlatego, że podejrzewał kłamstwo, ale ze względu na ton jej głosu i ekspresję mówiące mu więcej, niż mógłby się dowiedzieć z jej słów.

To była kuriozalna myśl. Wciąż miał na sobie robocze ubranie, mógł być cieślą, kamieniarzem albo nawet zwykłym robotnikiem fabrycznym, ale w przeciwieństwie do większości znanych jej mężczyzn miał talent do rozmawiania z dziećmi, co prawdopodobnie znaczyło, że sam jest ojcem albo że dorastał wśród licznego rodzeństwa. Albo jako sierota…

Spojrzał na nią zza ramienia, jakby wyciągnęła rękę i przyjaźnie klepnęła go w plecy. Uniósł jedną brew. W jakiś sposób zrozumiał jej niewypowiedziane pytania.

Anna lekko pokiwała głową. Kiedy odwrócił się z powrotem do dzieci, zadała siostrze Mary Augustin pytanie które od pewnego czasu cisnęło się jej na usta.

– Na jakiej farmie będzie pracował Santino Bacigalup?

Ale pan Mezzanotte ją usłyszał. Znowu się do niej odwrócił, przekładając łokieć przez oparcie ławki, żeby móc zwrócić się bezpośrednio do niej. Miał bardzo głęboki i dźwięczny głos, ale i tak musiał mówić głośniej, żeby dało się go usłyszeć.

– Wysłałem go do moich rodziców. Są ogrodnikami i pszczelarzami. Mają pasiekę, ule dla pszczół.

Anna zdławiła chęć poinformowania go, że wie, co to pasieka, i nie trzeba wykładać jej definicji tego terminu. Było to o tyle łatwiejsze, że w jej głowie aż roiło się od kolejnych pytań. Zastanawiała się, co sprowadzało tego człowieka na Manhattan, skoro pracował na farmie w New Jersey. I dlaczego jego sposób wysławiania się pasował do osoby wykształconej do pracy innej niż uprawa roli?

– Widzę, że nie przedstawiłam pana odpowiednio – wtrąciła sucho siostra Ignatia. – Doktor Savard, oto sierżant Mezzanotte. Z wydziału dochodzeniowego nowojorskiej policji – zaciskała szczękę, jakby musiała ugryźć każde słowo, zanim pozwoliła mu wybrzmieć.

To była dla Anny niespodzianka, ale teraz wszystko nabierało sensu. Mężczyzna miał w sobie naturalny autorytet i bił od niego skromny profesjonalizm. Brakowało mu poczucia wyższości, jakie spotykała u policjantów, z którymi miała okazję zetknąć się w pracy.

– Wydawało mi się, że większość policyjnych detektywów to Irlandczycy.

Posłał jej uśmiech, co całkowicie zmieniło kształt jego twarzy. Szeroki, szczery, ciepły uśmiech, który przypominał Annie dotyk.

– To prawda, policja składa się głównie z Irlandczyków.

– Tak jak izba lekarska składa się głównie z mężczyzn – dodała siostra Ignatia, co zamknęło dyskusję.

Anna wyraźnie czuła, że starsza zakonnica lubi sierżanta i ma o nim wysokie mniemanie. Mało tego – siostra Ignatia wydawała się uważać, że trzeba go przed lekarką chronić. Mogła uspokoić zakonnicę zapewnieniem, że nie interesuje się sierżantem i że nigdy nie nauczyła się flirtować bez zażenowania. Przez głowę przemknęła jej myśl, że teraz żałuje braku tej umiejętności, bo chętnie zobaczyłaby reakcję siostry Ignatii na jej flirt z policjantem.

Te rozmyślania przerwała uwaga siostry Mary Augustin.

– Cieszę się, że pan sierżant tutaj jest i może wszystko wyjaśnić tej małej. Przygotować ją. Z takimi rzeczami trudno sobie poradzić, kiedy spadają na nas z zaskoczenia.

Anna skierowała uwagę na rodzeństwo Russo. Mimo szczerych chęci Rosy dzieci zostaną rozdzielone. W sierocińcach panował podział na płeć, więc ona i jej siostra będą umieszczone w jednym miejscu, a ich bracia w innym. Kobieta dobrze wiedziała, że dorośli najprawdopodobniej okłamią dziewczynkę, żeby uniknąć większych problemów przy ich rozdzielaniu. Powiedzą jej, że niedługo zobaczy swoich braci.

Ludzie karmili dzieci kłamstwami, tak jak karmili je bajkami, całkowicie ufając, że nastąpi w nich zawieszenie niewiary. Jednak Rosy Russo nie da się tak łatwo wywieść w pole. Anna zastanawiała się, czy dziewczynka wpadnie w furię, zacznie błagać lub płakać, czy zachowa godność, żeby ochronić pozostałą trójkę, za którą czuła się odpowiedzialna. Jedno było pewne: Rosa nie podda się bez walki.

Urzędnicy Departamentu Zdrowia, mężczyźni w średnim wieku o bujnym zaroście, czekali już w doku. Grymas niezadowolenia na ich twarzach widać było z daleka. Anna ruszyła szybkim krokiem, z nikim się nie żegnając.

***

Po czterech latach nauki w nowojorskiej Szkole Medycznej dla Kobiet i kolejnych czterech spędzonych w różnych klinikach, szpitalach, przytułkach i sierocińcach na Manhattanie Sophie Elodie Savard uzyskała stopień doktora medycyny. A jednak kiedy otworzyły się przed nią drzwi drewnianego domu przy Charles Street, stojącemu w nich człowiekowi przedstawiła się, nie podając żadnego tytułu.

Archer Campbell z czupryną zmierzwionych rudych włosów i delikatną, niemal przezroczystą skórą był drobnym człowiekiem z gatunku tych, co nigdy nie przytyją, bez względu na to, ile by nie jedli. Jego dłonie, szerokie i szorstkie jak u gospodarza, były poplamione atramentem.

Mężczyźni zwykle są zdenerwowani, rozkojarzeni bądź mimo wszystko opanowani, kiedy ich żony rodzą, ale pan Campbell sprawiał wrażenie poirytowanego. Zmarszczył brwi na wieść o tym, że lekarz, któremu płacił, nie przyjdzie. Zamiast niego pojawiła się kobieta, w dodatku wolna kolorowa kobieta, jak nauczono Sophie o sobie myśleć, kiedy dorastała w Nowym Orleanie. Kobieta sprawiająca wrażenie profesjonalistki, elokwentna i patrząca ludziom prosto w oczy.

Pan Campbell na pewno zatrzasnąłby jej drzwi przed nosem, gdyby jego ciekawości nie wzbudziła karteczka, którą wyjęła Sophie. Notka widniejąca pod nagłówkiem nowojorskiego Szpitala dla Kobiet była tak krótka, że wydawała się niemal szorstka:

Drogi Panie,

Panna Savard przychodzi w moim zastępstwie, zatrzymały mnie sprawy, na które nie mam wpływu. Jest znakomitą, doświadczoną lekarką, a liczy sobie jedynie połowę mojego honorarium.

Doktor Frank F. Heath

Jęki dochodzące z domu, treść karteczki i obietnica niższego honorarium jak zwykle otworzyły przed nią drzwi. Sophie spojrzała na dorożkarza, który ją przywiózł. Zapłaciła mu, żeby zaczekał godzinę, na wypadek gdyby musiała posłać po pomoc – ale nie zdziwiłaby się, gdyby zniknął po chwili, a wtedy po pomoc musiałaby posłać samego pana Campbella. Wyobraziła sobie jego obrażoną minę i niemal niewidocznie się uśmiechnęła.

Dom był mały, ale pięknie utrzymany, sprzęty na swoim miejscu, wszystko wypucowane, w oknach świeżo wyprane zasłony. Kiedy Sophie zaczęła się krzątać, mąż jej pacjentki huczał na nią albo mamrotał coś pod nosem, spoglądając co rusz na zegar na kominku i przechadzając się tam i z powrotem z cygarem w ustach. Nie pozwolił jej zamknąć drzwi do pokoju, w którym rodziła jego żona, więc widziała go za każdym razem, gdy patrzył w ich kierunku. Lekarka zastanawiała się, co jest powodem jego rosnącego poirytowania: fakt, że jego żona rodziła, czy to, że nie miał gdzie spać.

– Z pierwszą trójką nie miała kłopotu. – Jego słowa zatrzymały Sophie w przejściu kilka godzin później. – Dlaczego teraz to tak długo trwa?

– Dziecko jest duże – odpowiedziała. – Ale pańska żona jest silna, a dziecko ma stabilne tętno. Poród zabierze po prostu więcej czasu, niż się pan spodziewał.

Odczuła ulgę, kiedy wreszcie poszedł do pracy.

– Nigdy nie chciałam doktora Heatha. Jest taki nieprzyjemny – powiedziała pani Campbell. Jej akcent przypominał Sophie Nową Anglię: samogłoski wypowiadała szybko i połykała literę „r”. – Chciałam, żeby była tu położna, ale pan Campbell… – Rzuciła spojrzenie w kierunku drzwi, ale wciąż mówiła szeptem. – Pan Campbell uważa, że żona kogoś o jego pozycji musi mieć lekarza.

Ponieważ na takie dictum nie można było w żaden sposób odpowiedzieć, Sophie zapytała o powijaki, szmatki i miednicę.

– Dziwnie pani brzmi – powiedziała pani Campbell – nie po amerykańsku.

– Moim rodzimym językiem jest francuski.

– Moim też.

Sophie odwróciła się do niej zaskoczona.

– Urodziłam się i wychowałam w Benedikcie, w stanie Maine – wyjaśniła pani Campbell. – Mieszka tam wielu frankofonów, ale przeprowadziłam się do Bangor, kiedy miałam piętnaście lat, i zaczęłam mówić po angielsku.

– Ja przyjechałam tu z Nowego Orleanu jako dziecko. – Sophie miała nadzieję, że nasilające się skurcze odciągną uwagę jej pacjentki od tego tematu, ale kiedy tylko minęły, pani Campbell znowu go podjęła.

– Nigdy nie widziałam kogoś o podobnym kolorze skóry. A pani oczy mają taką osobliwą zieloną barwę…

– Jestem wolną kolorową kobietą – przerwała jej Sophie. – Moi dziadkowie byli Francuzami, pochodzili z plemienia Seminoli z Afryki, ale nigdy nie byłam niewolnicą – dodała w odpowiedzi na puste spojrzenie pani Campbell, która teraz zacisnęła usta.

– Nie biała – głośno zastanawiała się Campbell – ale pani włosy… Jest nazwa dla osób takich jak pani, ale jakoś nie mogę…

– Byłam wtedy bardzo mała – przerwała jej Sophie. – Z Nowego Orleanu nie pamiętam prawie nic.

Co nie było prawdą. Miała skończone dziesięć lat, kiedy wyprowadziła się z miasta, w którym przyszła na świat, i dobrze pamiętała zapach morskiej wody i bugenwilli, zimno posadzki pod stopami, kiedy bawiła się na dziedzińcu, oraz dziecięce wyliczanki wciąż przychodzące jej na myśl w chwilach zmęczenia. Pamiętała brzmienie głosu ojca i sposób, w jaki odchrząkiwał, zanim powiedział coś, co według niego rozbawi jego córkę. Pamiętała ton matki, kiedy była szczęśliwa i zmartwiona, i wtedy, gdy stwierdziła, że ma dość pracy i chce podróżować razem z Sophie. Pamiętała żonę piekarza przybyłą z wysp i jej opowieści o Iwie z Saint-Domingue, a także Hiacyntę, która miała tylko trzy zęby, ale królowała w kuchni i jednym spojrzeniem potrafiła sprawić, że służba trzęsła się ze strachu.

Pamiętała promień światła, który padał na jej łóżko, kiedy budziła się rano.

Pamiętała wojnę, pamiętała, jak trzęsła się ziemia, a powietrze zdawało się krzyczeć. Pamiętała dzień, kiedy minęło najgorsze i nie było już nikogo i niczego, kiedy pani Jamison przyjechała zabrać ją z domu. Weszły na pokład parowca Królowa Ester zacumowanego przy brzegach wielkiej, błotnistozielonej rzeki Mississippi, a Sophie patrzyła, jak miasto powoli chowa się i znika, kiedy parowiec odpływał.

Nie chciała dzielić się swoimi wspomnieniami z panią Campbell. Ludzie, zwłaszcza biali, urodzeni i wychowani na Północy, nie rozumieją, nie mogą zrozumieć, czym wtedy był Nowy Orlean. Sophie sama ledwie to rozumiała. Jej niechęć do odpowiadania na pytania wzbudziła podejrzliwość pacjentki. Między skurczami wypytywała, jak długo Sophie była położną i przy ilu porodach asystowała. Między jej brwiami pojawiła się bruzda świadcząca o nieufności.

– Mam nadzieję, że pani naprawdę ma kwalifikacje. Doktor Heath nie przysłałby nikogo niekompetentnego.

– Tak – odpowiedziała Sophie, niezdolna ukryć ostrego tonu. – Jestem w pełni wykwalifikowanym lekarzem.

Zapadła cisza. Pani Campbell była wyraźnie zaskoczona.

– Ależ moja droga – powiedziała po chwili drwiąco. – Pani sama w to nie wierzy.

Sophie mogła wyrecytować imiona i nazwiska siedmiu czarnoskórych kobiet, które przed nią ukończyły szkoły medyczne w Filadelfii i w Nowym Jorku, ale na nic by się to nie zdało, nie uwolniłaby pani Campbell od jej upartej ignorancji, tak jak nie mogła jej uwolnić od bólów porodowych. Zamiast tego powiedziała:

– Zrobię pani herbaty, żeby pomóc temu dziecku przyjść na świat.

***

Późnym rankiem Sophie ułożyła w ramionach matki dużego, płaczącego wniebogłosy chłopca o rudych loczkach. Wciąż ciężko dysząc, pani Campbell osunęła się na poduszki i zamknęła oczy.

– To silny, zdrowy chłopczyk – powiedziała Sophie. – Czujny i pełen wigoru.

– Ohydnie tłusty – odparła oschle jego matka. – Chciałam dziewczynkę.

Niemowlę ułożyło się wygodnie i odnalazło sutek. Jego matka wygięła się w łuk, jakby chciała pozbyć się szkodnika, i wydała odgłos obrzydzenia.

Kiedy Sophie zajęła się łożyskiem, pani Campbell leżała ze wzrokiem wbitym w sufit, nie zwracając uwagi na niemowlę przy jej piersi. Lekarka otworzyła okno, z zewnątrz dobiegały odgłosy ulicy charakterystyczne dla zapracowanego poniedziałkowego poranka. Wozy, wózki, omnibusy, ostrzyciele noży i handlarze rybami naganiający klientów, wiatr targający cherlawymi jabłonkami, które porastały prawie cały ogródek za domem. Nieopodal jakiś pies szczekał ostrzegawczo.

Sophie nuciła pod nosem, kiedy kąpała niemowlę, oczyszczała jego pępek i zawijała je w powijaki. Było ciężkie, gorące i pełne życia, ale jego matka widziała w nim jedynie brzemię. Kiedy kładła je z powrotem w ramiona pani Campbell, widziała, jak po jej policzkach na poduszkę spływają łzy.

Kobiety płaczą po porodzie z różnych przyczyn. Z radości, ulgi, podekscytowania, przerażenia. Łzy pani Campbell nie płynęły z żadnego z tych powodów. Była wyczerpana, sfrustrowana i stała na krawędzi tego ciemnego miejsca, do którego świeżo upieczone matki czasami udawały się na kilka dni czy tygodni. Niektóre nigdy z niego nie wracały.

– Nie lubię płakać – zakomunikowała w stronę sufitu. – Pomyśli pani, że jestem słaba…

– Nic podobnego – odpowiedziała Sophie. – Wyobrażam sobie, jak musi być pani zmęczona. Czy nie ma pani sióstr lub krewnych, którzy mogliby panią wesprzeć? Czworo małych dzieci i prowadzenie domu to za dużo jak na jedną osobę.

– Archer mówi, że jego matka wychowała sześciu chłopców i nigdy nie pomagała jej żadna inna kobieta. Powiedział mi tak, kiedy starał się o moją rękę, jeszcze w domu moich rodziców. Żałuję, że wtedy tego wszystkiego nie przemyślałam. Wciąż pracowałabym na poczcie w Bangor. Z gałązką forsycji przypiętą do kołnierzyka bluzki.

Jedyne, co Sophie mogła dla niej zrobić, to jej wysłuchać.

– A najgorsze jest to, że on sam chce mieć sześciu synów. Rywalizuje w tej dziedzinie ze swoimi braćmi i obawiam się, że nie ustąpi. Będzie zmuszał mnie do rodzenia, aż będzie mu dość. Albo aż umrę.

Sophie pracowała, a pani Campbell opowiadała jej rzeczy, które za kilka godzin wstydziłaby się powtórzyć. Jeśli zachowa milczenie, świeżo upieczona matka będzie mogła zapomnieć o wyszeptanych sekretach – i o tym, komu się zwierzała.

Pani Campbell powoli odpływała w zasłużony sen, kiedy nagle oprzytomniała.

– Czy słyszała pani o doktor Garrison?

Sophie cieszyła się, że w tym momencie stała do niej plecami – mogła ukryć swoje zaskoczenie.

– Tak – odparła. – Śledziłam tę historię w prasie.

Zapadła długa cisza. Kiedy się odwróciła, pani Campbell powiedziała:

– Jeśli jest pani lekarzem, czy mogłaby pani…

– Nie – przerwała jej Sophie. – Przykro mi.

Pani Campbell usłyszała w jej głosie jedynie żal, więc pociągnęła temat bardziej zdecydowanie.

– Następne dziecko mnie zabije, wiem to. Mam odłożone pieniądze…

Zanim Sophie odwróciła się do pacjentki, przybrała bezkompromisową minę.

– Prawo zabrania mi nawet rozmawiać z panią na temat antykoncepcji i podobnych rzeczy. Nie mogę podać pani ani nazwiska, ani adresu. Jeśli zna pani sprawę doktor Garrison, to wie pani, że poczta nie jest bezpieczna.

Pani Campbell zamknęła oczy i przytaknęła.

– Wiem o tym – powiedziała. – Oczywiście, że wiem. Pan Campbell mnie w tym upewnia.

Sophie przełknęła ciężko, przypominając sobie, o jaką stawkę toczyła się gra.

2

Kiedy już sprowadzono z promu wszystkie dzieci, Mary Augustin odetchnęła z ulgą na widok trzech czekających na nich omnibusów. Jeszcze bardziej cieszył ją fakt, że na wybrzeżu czekały również cztery siostry zakonne, by pomóc im przy prawie trzydzieściorgu przerażonych, nieszczęśliwych dzieci. Dziesięcioro sierot i dwie siostry na omnibus – to było wykonalne. Siostra Ignatia była pod wieloma względami trudną osobą, ale nie miała sobie równych, jeśli chodziło o planowanie i organizację.

Mary Augustin przykucnęła, żeby dodać otuchy drżącemu, zalanemu łzami sześciolatkowi o imieniu Georgio. Z promu wolniutkim krokiem schodził starszy mężczyzna, a gdy tylko znalazł się na stałym lądzie, usiadł tam, gdzie stał, i zaczął wachlować się kapeluszem. Na jego skroniach szkliły się kropelki potu, a twarz miał poszarzałą. To mogła być zwykła choroba morska – ale też coś znacznie poważniejszego. Mary Augustin starała się przyciągnąć uwagę siostry Ignatii, ale w tej samej chwili w tłumie ludzi czekających na wejście na kolejny prom wywiązała się jakaś sprzeczka.

Dwóch muskularnych robotników portowych stało ze sobą nos w nos, wykrzykując coś do siebie. Obaj byli ewidentnie pijani. Padły ciosy, a gapie zeszli im z drogi, niektórzy śmiejąc się, inni zdegustowani całą sytuacją. Tymczasem starszy mężczyzna wciąż siedział na swoim miejscu, wachlował się i próbował złapać oddech. Mary Augustin podzieliła uwagę między sieroty, które starała się odsunąć jak najdalej od całego zdarzenia, a staruszka, który właśnie mógł przechodzić atak serca, więc była w stanie obserwować rozwój wydarzeń tylko kątem oka.

Jeden z robotników pchnął drugiego z wielką siłą, ten zrobił kilka chwiejnych kroków do tyłu, a na jego twarzy odmalował się wyraz niemal komicznego zaskoczenia. Gapie odskakiwali, uciekając spoza zasięgu jego tnących powietrze ramion, ale wyglądało na to, że stracił impet, kiedy jego stopy zaplątały się w czyjś płócienny worek. W ostatniej desperackiej próbie odzyskania równowagi rozpostarł ramiona, z których jedno uderzyło Salvatore Ruggerio, dopiero co osieroconego jedenastolatka, który podszedł bliżej, by lepiej widzieć walkę.

Mężczyzna i chłopiec spadli tyłem z krawędzi doku. Na sekundę zapanowała całkowita cisza, a potem tłum oszalał. Siostra Ignatia krzyczała, brzmiąc pośród tłumu jak walkiria:

– Zabierzcie stąd dzieci! Zabierzcie je!

Mary Augustin zawahała się i odwróciła, by zobaczyć, jak trzech mężczyzn, z których jeden miał na sobie długi granatowy płaszcz patrolowego, wskakuje do wody. Dostrzegła też, jak starszy człowiek, o którego stan zdrowia się obawiała, podrywa się na równe nogi niczym młokos, żeby lepiej widzieć rozgrywający się dramat.

***

Jeden z omnibusów już odjechał, więc szybko usadziła swoich podopiecznych w drugim, zachowując przy tym możliwie największy spokój. Wahała się, czy nie wrócić do doku, gdzie mogła być potrzebna, kiedy zobaczyła siostrę Ignatię maszerującą w jej stronę. Starsza zakonnica chwyciła ją za łokieć i zawróciła.

Była zaczerwieniona na twarzy, ale miała równy oddech.

– Chłopiec uderzył się w głowę. Ten oficer – wskazała brodą na mężczyznę w granatowym płaszczu – chce, żeby on i ten zapijaczony idiota pojechali trzecim omnibusem do Świętego Vincenta – przerwała, jakby w głowie na chwilę zaświtała jej niechciana myśl, a potem jak zwykle energicznie krzyknęła:

– Panie władzo! Zabierzemy chłopca do Świętego Vincenta – i nigdzie indziej! Czy pan mnie rozumie?

Patrolowy, który mógłby być wnukiem siostry Ignatii, przełknął głośno ślinę i skinął głową, ale ona już zdążyła skierować uwagę z powrotem na Mary Augustin.

– Więc musi siostra wsadzić resztę dzieci do tego omnibusu. Siostra Konstancja też pojedzie z wami, jakoś się zmieścicie. A ja zobaczę, co z… – zawahała się.

– …Salvatorem Ruggerio.

– Ruggerio – powtórzyła siostra Ignatia. – Dam znać, gdy pomówię z lekarzami. A teraz proszę zabrać stąd te sieroty. Wystarczająco dużo widziały w swoim życiu.

***

W omnibusie przed Mary Augustin stanęła Rosa Russo. Walczyły w niej gniew, smutek i rozczarowanie, ale to wzburzenie ostatecznie wzięło górę.

– Moi bracia – powiedziała. – Zabrali moich braci.

Rozłączenie rodzeństwa było nieuniknione, ale gdyby nie chaos w doku, sprawę załatwiono by delikatniej.

– U Świętego Patryka są dwa budynki – odpowiedziała Mary Augustin. – Jeden dla chłopców, a drugi dla dziewczynek. Budynek dla chłopców jest w zasięgu wzroku, będziesz widziała, gdzie są twoi bracia.

Odkąd znalazła się w ochronce dla sierot, bardzo często zdarzało jej się widzieć dzieci w podobnej sytuacji. Częściej, niż chciała pamiętać. Niektóre były zbyt apatyczne, żeby w ogóle reagować na rozłąkę, inne załamywały się lub poddawały. Ale Rosa nie dawała za wygraną. Nie pozwoliła spłynąć po policzkach szklącym sie w jej oczach łzom. Wydawało się, że walczy ze sobą, by coś powiedzieć albo raczej, żeby czegoś nie powiedzieć.

– Chodź, usiądź obok mnie – zaproponowała Mary Augustin. – Odpowiem na twoje pytania najlepiej, jak tylko potrafię.

Ale Rosa wróciła na swoje miejsce obok młodszej siostry, które dzieliły z innymi dziewczynkami. Zakonnica zdała sobie sprawę, że omnibus skręcił z Christopher Street w Waverly Place. Zastanawiała się, czy woźnica wie, dokąd ma ich zawieźć, kiedy jej oczom ukazał się park przy Placu Waszyngtona. Chwiejnym krokiem – pojazd podskakiwał na kostce brukowej – dotarła na kozioł.

Omnibusem powoził niemal chłopiec, ale wprawnie radził sobie z końmi i nie poczuł się urażony jej pytaniem.

– Te małe trzeba trochę uspokoić – powiedział, nie spuszczając oczu z drogi i ruchu ulicznego. – Pomyślałem, że wybiorę drogę przez park, żeby nieco odwrócić ich uwagę od tej sprawy przy promie.

Było to coś, czego Mary Augustin jeszcze nie rozumiała: jak to możliwe, że jedni mieszkańcy miasta są tak grubiańscy i prymitywni, a inni okazują bliźnim niezwykłą troskę i szczodrość? Podziękowała woźnicy i wróciła na miejsce, dając znać siostrze Konstancji, że wszystko jest w porządku.

I rzeczywiście: niepokój dzieci znacznie zmalał. Stłoczone wyglądały przez okna i wskazywały paluszkami na rzeczy, których nie umiały nazwać. Z pewnym wysiłkiem siostra zakonna starała się podawać im włoskie nazwy tego, o co pytały.

Wskazywały drzewa, alejki, dzieci w wózkach i domy stojące wzdłuż Waverly Place – wysokie budynki z czerwonej cegły. Dzieciom, które dorastały w ubogich kamienicach, musiały wydawać się pałacami.

Rosa Russo chciała wiedzieć, jacy ludzie mieszkają w takim miejscu, czy są to królowie i królowe.

– To zwykli ludzie – odpowiedziała jej Mary Augustin. – Rodziny.

Rosa zmrużyła oczy i zapytała:

– Czy zna siostra którąś z tych rodzin?

Mary stłumiła uśmiech, który cisnął jej się na usta.

– Nie, żadnej z tych domów… Ale tam dalej, wzdłuż ulicy – wskazała na Waverly Place. – Widzisz ten budynek z wieżyczkami?

– Kościół – odpowiedziała Rosa.

Mary Augustin była pewna, że to nie kościół, ale nie wiedziała też, czemu może służyć tak imponujący budynek. Woźnica uratował ją z opresji, rzucając przez ramię:

– To budynek Uniwersytetu Nowojorskiego – powiedział. – Podobny do kościoła, trzeba przyznać.

– Rosa – Mary Augustin zwróciła się do dziewczynki – znam kogoś, kto mieszka tuż obok, naprzeciwko. I ty też znasz tę osobę. To doktor Savard, która zbadała cię, zanim weszliśmy na prom. Mieszka z ciotką i kuzynką tuż za budynkiem Uniwersytetu, w domu z aniołami wyrzeźbionymi wokół drzwi i z dużym ogrodem, tak dużym, jak sam dom. I ma altankę. I kury.

Kiedy Rosa tłumaczyła słowa Mary Augustin na włoski, wszystkie dzieci słuchały jej w kompletnej ciszy. Kiedy skończyła, posypał się istny grad pytań. Zakonnica odpowiadała na nie, Rosa tłumaczyła, a konie wolno ciągnęły powóz w cieniu drzew uginających się pod ciężarem pąków gotowych na powitanie słońca.

***

Oficer dyżurny rezydujący pod numerem 333 przy ulicy Mulberry spojrzał na Jacka Mezzanotte spod gąszczu siwiejących brwi i powiódł spojrzeniem od jego kilkudniowego zarostu po wypolerowane na błysk buty i z powrotem. Następnie potrząsnął głową jak nauczyciel cierpiętnik.

– Lepiej niech pan się pospieszy, Mezzanotte. Zaraz zaczną bez pana.

– Musiałem się przebrać – rzucił przez ramię Jack. Biegł po schodach, pokonując dwa stopnie naraz. Naprawdę powinien był zajrzeć do fryzjera – przesunął dłonią po szczecinie na twarzy – ale lepiej nieogolony niż spóźniony.

Zatrzymał się i poświęcił chwilę, żeby poprawić kołnierzyk, a następnie wślizgnął się na tyły sali, gdzie siedziało trzydziestu detektywów nowojorskiej policji, jak zawsze ignorując ludzi z przodu sali.

Zajął miejsce w ostatnim rzędzie obok swojego partnera. Oscar Maroney hołdował pewnej zasadzie, od której Jackowi nigdy nie udało się go odwieść: na komisariacie lepiej się nie wychylać. Niewidzialność to cnota. Ale dziś Maroney złamał swoje zasady, ponieważ jego twarz była daleka od neutralnego wyrazu. Oscar nie był po prostu niezadowolony – był tak niezadowolony, że nie potrafił tego ukryć.

– Przygotuj się, Jack – kiedy zechciał, Maroney potrafił zdławić, złagodzić lub przywołać swój irlandzki akcent, który teraz bulgotał tuż pod powierzchnią. – Comstock szuka ofiar. Przepraszam, chciałem powiedzieć: ochotników – zmarszczył swój pokaźnych rozmiarów nos, jednocześnie podnosząc wargi, co sprawiło, że jego wąsy podskoczyły. Dysponował całym arsenałem obrażonych, gniewnych, oskarżycielskich i karcących min, a teraz sięgnął po kilka z nich.

Jack skupił uwagę na tym, co działo się z przodu sali: oparty o ścianę kapitan skrzyżował ramiona na piersi, trzymając nisko podbródek. Centralny punkt zajmował obiekt nienawiści Oscara – Anthony Comstock, ubrany tak jak zawsze, bez względu na porę roku, czyli w czarny wełniany „księżowski” garnitur.

Inspektor pocztowy był przysadzistym mężczyzną z bujnymi bokobrodami, które jeżyły się na jego twarzy jak szczecina na pysku dzika. Czubek jego głowy lśnił blado, małe usta rysowały się mocno jak kobiece. Krytyczne spojrzenie sprawiało, że przypominał agresywnego kogucika z rozbieganymi oczkami, w każdej chwili gotowego przelać krew dla ochrony swojego stadka kurek. Był despotą pierwszej wody, najgorszym, jakiego Jackowi dane było poznać na swojej ścieżce zawodowej, gdzie aż roiło się od podobnych osobowości.

Baker uderzył w ścianę, żeby zgromadzeni zaczęli słuchać go w skupieniu, a Comstock odrzucił do tyłu ramiona i podniósł ręce jak dyrygent w orkiestrze.

– Moje nazwisko i funkcja są panom dobrze znane – zaczął. – Jestem Anthony Comstock, starszy inspektor w Towarzystwie na Rzecz Walki z Występkiem i agent specjalny z ramienia urzędu pocztowego mianowany przez Generalnego Naczelnika Poczty Państwowej zasiadającego w gabinecie prezydenta. Przybyłem tu, żeby przemówić do panów – jako oficerów prawa – w sprawie najwyższej wagi.

Zrobił potężny wdech, który wydął mu policzki, a następnie, sycząc, wypuścił powietrze.

– Każdy bogobojny, myślący człowiek wie, że żądza jest serdecznym kompanem każdej zbrodni. W swej nieskończonej mądrości Kongres tego wspaniałego kraju nadał mi uprawnienia do walki z publikowaniem, propagowaniem, rozpowszechnianiem, kolportowaniem, sprzedażą, wypożyczaniem i posiadaniem sprośnych i obrazoburczych materiałów. Wszyscy panowie doskonale wiecie, o jakiego rodzaju materiałach mówię. Mówię o… – tu przerwał i uniósł brwi, jakby miał nadzieję, że ktoś zaprzeczy. W tym momencie Jack zauważył niewielką skrzynkę stojącą na biurku obok Comstocka, na którym ten położył pięść, jakby nie chciał, żeby wypełzło z niej jakieś robactwo.

– Jego osobista skrzynia skarbów – skomentował cicho Maroney, podążając za wzrokiem Jacka. – Bracia Larkin chcą za wszelką cenę położyć na niej łapę, zanim on wyjdzie z budynku.

W policji służyło pięciu braci Larkin, dwóch z nich w stopniu sierżanta w wydziale dochodzeniowym. Tego dnia siedzieli w pierwszym rzędzie. Byli dobrymi policjantami, ale też wziętymi żartownisiami, dla których nie było świętości. Te ciągoty kosztowałyby ich wiele przyjaźni, gdyby z taką samą lubością nie praktykowali żartów na sobie nawzajem. Niestety nie sposób było o nich powiedzieć, żeby trzymali się z dala od korupcji…

Rzecz jasna największych oszustw dopuszczał się Comstock. Co więcej, był złośliwy, mściwy i podły do szpiku kości. Jack nie mógł mieć za złe braciom Larkin, że planują przywłaszczyć sobie coś, co należało do Comstocka.

Tymczasem inspektor mówił dalej.

– Moim zadaniem jest również rekwirowanie wszelkich instrumentów i medykamentów, które mogłyby uniemożliwić poczęcie bądź posłużyć aborcji. Skonfiskowałem przedmioty od ulotek informacyjnych do gumowych rekwizytów stworzonych w niemoralnych celach. Kara dla dopuszczających się tego procederu jest surowa. Każdemu, kto bierze w nim udział, grozi wyrok od sześciu miesięcy do pięciu lat ciężkich robót i grzywna do dwóch tysięcy dolarów.

Przerwał i rozejrzał się po sali. Większość brygady patrzyła na niego, jakby była głucha i nie usłyszała ani słowa z tego, co mówił, a niektórzy – w tym Maroney – otwarcie okazywali mu pogardę.

– W ostatnich latach my, agenci Nowojorskiego Towarzystwa na Rzecz Walki z Występkiem, przejęliśmy i zniszczyliśmy ponad dwadzieścia pięć ton sprośnych traktatów i fotografii, książki o łącznej wadze sześciuset funtów, około dwudziestu tysięcy diaskopowych przeźroczy, prawie sto tysięcy gumowych rekwizytów, sześćset talii nieprzyzwoitych kart, czterdzieści tysięcy funtów afrodyzjaków oraz osiem ton materiałów przeznaczonych do gier hazardowych i loterii – ponownie rozejrzał się po sali, ale nie znalazł uznania, które w jego mniemaniu mu się należało. Nerwowo zakaszlał i kontynuował w bardziej ponurym tonie.

– Jestem tu dziś, aby rekrutować detektywów, którzy pomogą w zwalczaniu epidemii przetaczającej się przez ten kraj. Rozpowszechniają ją sami medycy, i to nie jedynie szarlatani czy ludzie niskiego stanu, o nie! Lekarze, pielęgniarki, aptekarze i położne dostarczają informacji i wskazówek dotyczących metod antykoncepcyjnych każdej kobiecie, która o nie poprosi. Co gorsza, bez skrupułów i poczucia wstydu sprzedają też strzykawki, gumowe kapturki i tym podobne.

No i są jeszcze ci, którzy przeprowadzają aborcje. Dotąd byłem w stanie doprowadzić przed oblicze sprawiedliwości jedynie niewielki odsetek tych zbrodniarzy. Walka z nimi to powolny proces. Niestety… Musimy poprawić nasze wyniki w tym zakresie, korzystając ze wszelkich dostępnych nam środków. – Uśmiechnął się złowieszczo, wyraźnie zadowolony z siebie. – Na pewno pamiętają panowie madame Dubois.

Wcześniej Jack odpłynął myślami, ale na wzmiankę o madame Dubois ponownie skupił uwagę na Comstocku, który teraz zaczepił kciuki o klapy swojego płaszcza i kołysał się lekko w przód i w tył z wyrazem samouwielbienia na twarzy.

– Zamiast oddać się w ręce sprawiedliwości – kontynuował – Dubois palnęła sobie w łeb, oszczędzając nam kosztów procesu. Nie była pierwszym takim grzesznikiem, który sam położył kres swojemu życiu, a gdyby to ode mnie zależało, nie byłaby też ostatnim.

Oscar poderwał się z miejsca:

– I ty śmiesz nazywać się chrześcijaninem, ty świętoszkowata, arogancka, odrzucona przez Boga kupo gówna!

Oscar był dużym mężczyzną o wyglądzie awanturnika, z gatunku tych, co to potrafią wymierzać ciosy, nie czując bólu w złamanych knykciach i poranionym ciele, dopóki burza nie ucichnie. Niższy i drobniejszy Comstock wciąż stał niewzruszony, co potwierdzało jego reputację zawadiaki innego sortu – nosił przy sobie pistolet i lubił go używać.

Baker przerwał scenę, próbując przywołać go do porządku:

– Maroney!

Postawa Oscara rozluźniła się, dzięki czemu Jack miał pewność, że jego kolega nad sobą panuje. Maroney odwrócił się na pięcie i torując sobie drogę między zebranymi oraz soczyście klnąc, wyszedł z sali. Trzasnął drzwiami tak mocno, że aż zadrżały szyby w oknach.

– Czy pan słyszał, co powiedział ten człowiek?! – Comstock warknął na Bakera. – Żądam, aby udzielono mu oficjalnej nagany za użycie wulgarnego języka!

– To jeden z funkcjonariuszy, którzy znaleźli pańską madame Dubois w wannie pełnej krwi – odrzekł Baker. – To był jego pierwszy dzień na służbie. Proszę się streszczać. Nie mamy całego dnia.

Comstock zrobił obrażoną minę, zadrżały mu wargi. Chrapliwym głosem powiedział:

– Tak zrobię, ale proszę nie myśleć, że sprawa jego bluźnierstw i pańskiej reakcji przejdzie bez echa. – Rzucił gniewne spojrzenie w stronę widowni, tak jakby właśnie dawał im ważną lekcję na przyszłość.

– Jak panowie dobrze wiecie – ciągnął – funkcjonariuszom policji nie zawsze udaje się przejrzeć medyków mających za nic prawa ludzkie i boże. Ale ja wierzę, że detektywi są w stanie sprostać temu zadaniu, i chciałbym, żeby wszyscy panowie zgłosili się na ochotnika do pracy w charakterze agentów Towarzystwa na Rzecz…

– Czas, panie inspektorze – przerwał mu Baker.

Comstock obrócił się i spiorunował wzrokiem mężczyznę – kapitana wydziału dochodzeniowego nowojorskiej policji – jakby ten był małym chłopcem przyłapanym na dłubaniu w nosie.

– Panie kapitanie! Zgodził się pan, żebym zwrócił się z apelem do detektywów. Dziś wieczorem odbędzie się zebranie Towarzystwa i nowi ochotnicy powinni się na nim zjawić.

– A ja jasno panu powiedziałem, że nie może pan ich dzisiaj w to angażować. Ponad połowa tych ludzi pracuje na dwie zmiany i żaden z nich aż do jutra nie zobaczy swojego łóżka. Mają zadanie specjalne.

– Zadanie specjalne? Specjalne? Według kogo? Pozwolę sobie przypomnieć panu, panie kapitanie, że Kongres Stanów Zjednoczonych nadał mi uprawnienia…

– Panie Comstock…

– Inspektorze Comstock! Inspektorze! – huknął, opluwając okolicę śliną. – Będzie mnie pan tytułował, jak należy!

– Inspektorze Comstock – ciągnął spokojnie Baker – proszę pozwolić, że odpowiem na pańskie pytania po kolei. Nie wierzę, że nie wie pan, co dzieje się dziś wieczorem na Piątej Alei. Za kilka godzin rozpoczyna się bal kostiumowy u Vanderbiltów. Jedna trzecia wszystkich mundurowych będzie pilnowała tam porządku, a ponad połowa obecnych tu detektywów będzie po cywilnemu patrolowała okolicę. Takie rozkazy przysłali nam burmistrz, gubernator i senatorowie stanowi.

Mięsiste usta Comstocka zadrgały i zmarszczyły się.

– Jakie są pańskie priorytety, kapitanie? Czy przedkłada pan błahe sprawy rozpustnych bogaczy nad dobro młodzieży tego miasta? Zapewniam pana, że ci ludzie nie są potrzebni na Piątej Alei. Gdzie pańskie poczucie moralności?

– Jest w tak samo bezpiecznym miejscu, jak i pańskie – sucho odpowiedział Baker. – A o moich priorytetach decydują zwierzchnicy. Proponuję omówić tę kwestię z nimi, bo ja nie mogę pomóc panu w sprawie pańskiego Towarzystwa.

***

W pokoju detektywów z nogami wyciągniętymi jak dwa ścięte drzewa siedział przygarbiony Maroney. Zza gęstych i lśniących niczym borsucze futro wąsów wystawało mu cygaro.

– Czasami żałuję, że kapitan potrafi zachować zimną krew – powiedział do niego Jack. – Myślę, że przy minimalnym wysiłku byłby w stanie na miejscu doprowadzić do eksplozji głowy Comstocka. Stracona okazja.

– Chciałbym to zobaczyć – cygaro drgało przy każdym słowie Maroneya.

Jack usiadł przy biurku i zaczął przyglądać się stercie papierów, którymi musiał się zająć.

– Jestem pewien, że sprzedalibyśmy wszystkie bilety na spektakl, w którym główną atrakcją byłby widok głowy tego bufona rozpryskującej się w powietrzu jak dynia – powiedział Maroney. – Rozdalibyśmy widowni parasole dla ochrony przed obryzganiem.

– Facet ma przyjaciół, gdzie trzeba… – przypomniał partnerowi Jack.

– Nieprawda – odparł Maroney. – On ma pachołków. Współwyznawców. Nawet wielbicieli. Ale gdyby w kieszeni kamizelki nie nosił tego pistoleciku, a w kieszeni spodni – naczelnika poczty, łatwo byłoby go zgnieść. A tak muszę wciąż z nadzieją wypatrywać dnia, w którym ktoś wpakuje mu kulkę w łeb.

– Zapominasz o YMCA i jego Towarzystwie na Rzecz Walki z Występkiem.

Maroney zamachał cygarem jak magiczną różdżką, sugerując, że byłby w stanie zdławić tak nijakich adwersarzy jednym ruchem.

Właśnie wstawał z krzesła, kiedy drzwi z hukiem otworzyły się na oścież, a do pokoju wpadł Michael Larkin, ściskając pod pachą skrzyneczkę ze sprośnymi fotografiami skonfiskowanymi przez Comstocka.

Nie mówiąc ani słowa, wskoczył na biurko, jedną ręką otworzył wysoko zawieszoną szafkę, a drugą wepchnął do niej skrzyneczkę.

Kiedy w drzwiach stanął funkcjonariusz żółtodziób, Larkin siedział już przy owym biurku, z głową pochyloną nad jakimiś papierami. Dzieciak wsadził głowę do środka.

– Baker chce, żeby przeszukać cały komisariat – powiedział przepraszająco. – Mogę wejść?

Szybko uwinął się ze swoją robotą, rzucając jedynie spojrzenie w kierunku Michaela Larkina, po czym ponownie przeprosił i wyszedł.

Zapadła długa cisza. W końcu Maroney zakaszlał.