Strona główna » Obyczajowe i romanse » Zniknięcie znachorki

Zniknięcie znachorki

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-236-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Zniknięcie znachorki

Marchia Miśnieńska, roku Pańskiego 1173. Złe wieści dla Marty i Chrystiana. Henryk Lew powrócił z Ziemi Świętej, a wraz z nim ich zagorzały wróg, rycerz Randolf. Margrabia miśnieński ponownie zostaje wciągnięty w walkę przeciwko potężnemu księciu Saksonii i Bawarii. A na kasztelana bogatej w srebro wioski wyznacza największego wroga Chrystiana. Zaraz potem fanatyczny medyk rzuca na Martę oskarżenie o czary, co prowadzi ją przed sąd kościelny. Chrystian poszukuje jej rozpaczliwie, lecz po trzymanej w biskupich lochach znachorce wszelki ślad zaginął… Dalsze, fascynujące losy młodej akuszerski, bohaterki Tajemnicy znachorki.

Polecane książki

W „Słowniku demokracji samorządowej” czytelnik znajdzie filozoficzne i praktyczne odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące władzy lokalnej. Jakie są jej cele i zadania? Kto jest jej beneficjentem? Jaki powinien być radny i przewodniczący rady gminy czy powiatu? Jak sprawnie zorganizować posiedz...
Wiersze Norberta Zapory budzą wzruszenia, które zwykle odbierają głos. Miłość i śmierć — wielkie żywioły burzące spokój i ciszę, niezależne od człowieka, a jednak określające jego los. Wiersze Norberta Zapory otwierają świat, w którym wzruszenia i zamyślenia są silniejsze od logiki i rozsądku. Dopro...
Praktyczna i zdolna wiele zmienić w ludzkim życiu książka wybitnego austriackiego psychologa i psychoterapeuty. Autor prowadzi czytelnika przez szereg pytań i zagadnień pomagających zbliżyć się do indywidualnej odpowiedzi na fundamentalne pytanie o sens. Wspaniałe w podejściu Längle'a jest to, ż...
Pierwsza, główna część opracowania, przygotowana przez pracowników Biura Rozwoju Gdańska, zawiera przyczynek do porównań prowadzonych polityk przestrzennych w Gdańsku i Glasgow. W dalszych częściach przedstawione zostały wybrane zagadnienia w ujęciu modelowym, opracowane przez naukowców z Politechni...
Dziewiąty tom publikacji ”Rozmowy o rynku książki” to zbiór wywiadów publikowanych w dwutygodniku ”Biblioteka Analiz” w 2009 roku. Bohaterami rozmów są główni kreatorzy rodzimego rynku wydawniczego - szefowie oraz pracownicy wydawnictw, firm dystrybucyjnych i hurtowni, także księgarze. Obszerne wywi...
  „Język korzyści” Kiry Pietrek to zapis literackiej „akcji krytycznego myślenia” prowadzonej przez autorkę na wielu poziomach. Funkcjonuje ona pomiędzy fascynacją rynkowymi idiomami a demaskacją celu, któremu służą, między tradycją a nowatorstwem poetyckich chwytów, kolaboracją z systemem a sprzeci...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Sabine Ebert

Tytuł oryginału:

DIE SPUR DER HEBAMME

Copyright © 2007 by Droemersche Verlagsanstalt Th. Knaur Nachf. GmbH & Co. KG, Munich, Germany. This book was negotiated through AVA

Copyright © 2013 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2013 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt okładki: Wydawnictwo Sonia Draga

Wykonanie okładki: DT Studio s.c.

Redakcja: Małgorzata Kur

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-236-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2014

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Nakładem Wydawnictwa Sonia Draga ukazały się

następujące powieści tej autorki:

Tajemnica znachorki

Zniknięcie znachorki

Wybór znachorki

Dramatis Personae

Wykaz najważniejszych postaci występujących w powieści.

Postacie historyczne oznaczono gwiazdką.

Mieszkańcy Chrystianowa1

Chrystian*, rycerz w służbie margrabiego miśnieńskiego Ottona z Wettinu

Marta, młoda akuszerka i zielarka, żona Chrystiana

Tomasz i Klara, ich dzieci, a także Joanna i Maria, pasierbice Marty

Randolf, zagorzały wróg Chrystiana i kasztelan Chrystianowa

Rycheza, jego żona

Łukasz, niegdyś giermek Chrystiana, obecnie rycerz w jego drużynie

Jakub, młodszy brat Łukasza, giermek Chrystiana

Gero i Ryszard, rycerze i przyjaciele Chrystiana

Herwart, dowódca straży w Chrystianowie

Jonasz, kowal, i jego młoda żona Emma

Karol, kowal i pasierb Marty

Agnieszka, żona Karola

Mechthilda, kucharka w domu Chrystiana

Till, sekretarz Chrystiana, niegdyś grajek znany jako Ludmił

Hildebrand, niegdyś starosta wioski, i jego żona Gryzelda

Kuno i Bertram, początkujący wartownicy w służbie Chrystiana

Bartłomiej, wiejski proboszcz

Herman, mistrz górniczy

Hans i Fryderyk, niegdyś przewoźnicy soli z Halle

Piotr i jego siostra Anna, sieroty

Hilbert, kapelan w domu Chrystiana

Józef, handlarz suknem

Anzelm, krawiec

medyk

Tilda, prowadząca zamtuz

Miśnia

Otto z Wettinu*, margrabia miśnieński

Hedwiga*, małżonka Ottona

Albrecht* i Dytryk*, synowie Ottona i Hedwigi

Zofia* i Adela*, córki Ottona i Hedwigi

Oldrzych z Czech*, mąż Zofii

Marcin, biskup miśnieński

Zuzanna, służąca Hedwigi

Józefa, znachorka i przybrana matka Chrystiana

Arystokracja i duchowieństwo

cesarz Fryderyk ze Staufen*, zwany Rudobrodym

Beatrycze z Burgundii*, małżonka Fryderyka

Henryk Lew*, książę Saksonii i Bawarii

Matylda*, małżonka Henryka

Jordan z Blankenburgu*, stolnik Henryka

Dytryk z Landsbergu*, margrabia Marchii Wschodniej, brat margrabiego Ottona

Konrad*, syn margrabiego Dytryka

Dedo z Grójca*, Henryk z Wettinu*, Fryderyk z Brehny*, pozostali bracia margrabiego Ottona

Wichman, arcybiskup Magdeburga*

Ludwik Pobożny*, landgraf Turyngii

Otto Brandenburski*, Herman z Weimaru-Orlamünde*, Dytryk z Werben* i Bernhard z Aschersleben*, synowie Albrechta Niedźwiedzia* i bracia Hedwigi

Pozostałe postaci

Ekkehart, Giselbert i Elmar, rycerze i przyjaciele Randolfa

Rajmund, rycerz w służbie Ottona i przyjaciel Chrystiana

Elżbieta, jego żona

Sigrun, narzeczona Łukasza

Sebastian, jej spowiednik

Bertold* i Konrad*, właściciele wsi sąsiadujących z Chrystianowem i przyjaciele Randolfa

Marcin i Gertruda, dawni mieszkańcy Chrystianowa, którzy przenieśli się do sąsiedniej wioski

Hilda, znachorka

Melchior, przywódca i mistrz złodziejskiej bandy dzieci

Alojzjusz, astrolog

Prolog

Z całą odwagą, na jaką było ich stać, i pośród niewypowiedzianych trudów wyruszyli niegdyś, by szukać na obczyźnie szczęścia i rozpocząć życie jako wolni ludzie.

A potem w ich nowej ojczyźnie znaleziono srebro. Niewyobrażalne ilości srebra.

Wieść, że w Chrystianowie szczęście leży na ulicy, szybko się rozprzestrzeniła.

Lecz przez cierpienie musieli się nauczyć, że szczęście wcale nie leży na ulicy. Trzeba je sobie wywalczyć.

CZĘŚĆ PIERWSZANiebezpieczne spotkaniaChrystianowo, marzec roku Pańskiego 1173

Panie, musimy mieć zamtuz!

Zdumiony jeździec, ciemnowłosy, około trzydziestoletni rycerz o ostrych rysach twarzy, popatrzył na starą kobietę, która pomimo padającego śniegu wybiegła mu naprzeciw i rzuciła się na kolana, by poskarżyć się zrzędliwym głosem.

Z cichym westchnieniem ściągnął wodze swojego siwka. Od wielu dni był w drodze pośród chłodu i śniegu, był więc zmęczony, głodny, przemarznięty i przemoknięty. I tęsknił do swojej żony.

Boże w niebiesiech, wiem, że powinniśmy miłować bliźniego swego, lecz przez takie jazgotliwe baby naprawdę mi to utrudniasz – pomyślał z irytacją o zrzędliwej starusze.

Oburzona wieśniaczka zdawała się nie dostrzegać jego niechęci.

– Nie da się przejść przez wieś, żeby nie napotkać tych bezwstydnic z obnażonymi piersiami i pożądliwymi spojrzeniami! – uniosła się gniewem. – Zaczepiają nawet żonatych. Ale gorsze jest to, że odkąd osiedliły się tutaj te dzikusy, żadna szanująca się kobieta nie może czuć się bezpieczna.

Ciebie na pewno nikt nie napastuje – pomyślał rycerz. Lecz musiało się coś wydarzyć, skoro stara zaczaiła się na niego w taką pogodę, zanim zdołał dotrzeć do domu.

– Zajmę się tym, Gryzeldo – powiedział niecierpliwie. – A teraz wracaj do siebie, do ciepłego paleniska!

Wydawało się, że tego roku zima się nie skończy. A była już przecież połowa marca. Jeśli śnieg wkrótce nie stopnieje, zasiew zacznie się z opóźnieniem. Ale jeśli wieści, które uzyskał od swojego pana, margrabiego Ottona, okażą się prawdziwe, jego wioska będzie miała wkrótce większe zmartwienia niż opóźniony wysiew.

– Tak, panie. Oczywiście, panie. – Stara ukłoniła się gorliwie i podreptała do domu, a rycerz ruszył konia. Siwek od dawna wiedział, że jego stajnia jest blisko, więc sam przyśpieszył.

Jak zawsze, gdy wracał do domu po dłuższej nieobecności, Chrystian przyglądał się polom i gwałtownym przemianom, jakie następowały w jego wiosce, odkąd przed niemal sześciu laty przybył tutaj z grupą frankońskich osadników. Opuścili swą ojczyznę i wyruszyli z nim w nieznane, by po pełnej niebezpieczeństw podróży przez dzicz i pustkowia wydrzeć Ciemnemu Lasowi2 skrawek ziemi i zagospodarować go. A potem odkryto u nich bogatą żyłę rudy srebra. Wkrótce sprowadzili się tutaj górnicy i rzemieślnicy w takiej liczbie, że z pierwotnych czterech tuzinów mieszkańców zrobiło się ich już kilka setek. A wraz z nimi przybywali także złodzieje, poszukiwacze przygód i dziwki, z którymi podczas jego nieobecności musiało znowu dojść do jakiegoś konfliktu, jeśli wierzyć Gryzeldzie.

Mężczyźni i kobiety, rozpoznawszy swojego pana, witali go, kłaniając się z szacunkiem.

W przeciwieństwie do innych wiosek tutaj nie panował typowy dla zimy spokój. Ze wszystkich stron dobiegał stukot górniczych kilofów w kopalniach, które zajmowały tutejsze tereny w miejsce pól, uderzenia młotków przy ławach, gdzie rozbijano mniejsze odłamki, oraz hałasy z kuźni. Znad szmelcarni przy strumieniu unosił się gęsty dym.

Pełen radosnego wyczekiwania Chrystian skierował siwka na dziedziniec swojej posiadłości. Lecz zamiast Marty wybiegła mu naprzeciw jedna ze służek.

Po co mi jasnowidząca żona, skoro nawet nie przeczuwa, że przyjeżdżam – pomyślał rozczarowany.

– Bogu niech będą dzięki, że wróciliście cali i zdrowi, panie – powitała go służąca ze szczerą radością.

Podziękował jej za powitanie.

– A gdzie moja żona?

– Przykro mi, panie. Powiedziała, że dzisiaj na pewno przybędziecie. Mamy zupę na piecu i gorącą wodę do kąpieli. Ale ona musiała wyjść. Dopiero co w kopalni zdarzył się wypadek.

Chociaż tyle, że nie wezwali jej do porodu – pomyślał Chrystian. Wtedy mogłoby się zdarzyć, że nie zobaczyłby jej przez cały dzień. Lecz w następnej chwili zbeształ się za takie myśli. Może byli tam ranni, a może i ktoś zginął.

– Niech ktoś powiadomi ją, że przybyłem. A gorąca kąpiel to świetny pomysł.

Służka oddaliła się pośpiesznie, a Chrystian zaczął wycierać do sucha swojego ogiera. Siwek był nieobliczalny i nie mógł zostawić go samemu stajennemu. Gdy podał koniowi porządną porcję owsa, wszedł w końcu do domu. Tam czekała już na niego dziesięcioletnia Maria, jedna z pasierbic jego żony z jej pierwszego, wymuszonego i nieszczęśliwego małżeństwa. Trzymała za rękę jego syna, Tomasza. Maria nieśmiało powitała przybyłego, natomiast zaledwie trzyletni chłopiec zachwycony rzucił się w stronę ojca. Najpierw objął go za nogi, a potem wyciągnął rączki, żeby wziąć go do góry. Maluch przytulił twarz do policzka Chrystiana, żeby zaraz potem odchylić się i głośnio poskarżyć na kłujący zarost.

– Później każę się ogolić – obiecał z uśmiechem Chrystian. Z dumą i czułością patrzył na syna, który z czarnymi włosami i ciemnymi oczami wyglądał jak jego wierna kopia.

– A co robi twoja siostra? – zapytał.

– Śpi. I wciąż jeszcze nie umie chodzić – oburzył się Tomasz, rozbawiając ojca. – Ale wszyscy mówią, że niedługo się nauczy – dodał z poważną miną.

Klara miała dziewięć miesięcy. Jej brat od dnia jej narodzin pałał do niej iście rycerskim uczuciem i dokładnie obserwował wszystkie postępy, jakie czyniła.

Chłopiec zamachał nogami, żeby go postawić na podłodze i pociągnął ojca w stronę kołyski, ku której ten ruszył bez ociągania. Wzruszony popatrzył na córkę. Tomasz wrodził się w niego, natomiast Klara ze swymi zielonymi oczami i kasztanowobrązowymi włosami to wykapana matka. Rzeczywiście spała. Jej malutkie usteczka poruszały się, jakby ssała. Miała okrągłą twarzyczkę i różaną cerę. Chrystian każdego dnia dziękował Bogu za to, że pobłogosławił go dwójką zdrowych dzieci i że jego żona przeżyła oba porody. Nie mógł sobie wyobrazić, jak miałby żyć bez niej. Była miłością jego życia.

Przyszła do nich Mechthilda, kucharka.

– Chcecie gorącej zupy, panie? Kąpiel zaraz będzie gotowa.

Chrystian postanowił, że każe sobie podać jedzenie w kuchni, która ze względu na ryzyko pożaru mieściła się w pewnym oddaleniu od głównego budynku. Było tam cieplej, a posiłki nie stygły po drodze do jadalni. Kucharka napełniła mu miskę i podsunęła pajdę chleba. Świeżo upieczony, zauważył Chrystian po pierwszym kęsie i powdychał rozkoszny aromat zupy, zanim zaczął jeść. Fasolowa, przyprawiona ziołami na szczególny sposób, który znała tylko Marta. Zamoczył chleb w misce i dał ugryźć synkowi.

Gorąca zupa i ogień paleniska dobrze mu zrobiły. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest zmęczony i przemarznięty. Długa jazda sprawiła, że spocił się pomimo chłodu. Jego biegła w sztuce leczenia żona kazałaby mu jak najszybciej zdjąć mokre odzienie i zanurzyć się w gorącej kąpieli.

Podsunął miskę z resztą zupy synowi, który obserwował go zaspanym wzrokiem.

– Jak zjesz, idziesz spać.

Chłopiec skrzywił się.

– Jeszcze nie – poprosił.

– Bądź posłuszny, to jutro rano pojedziemy gdzieś razem.

Tomasz rozpromienił się. Chrystian pogładził jego jedwabiste włosy. Gdy przekazał syna z powrotem Marii, wszedł na górę do sypialni, gdzie w dzieży parowała już gorąca woda, a obok czekały czyste ręczniki.

Rozkoszując się tym, jak jego ciało odpręża się i ogrzewa, rozmyślał o podróży, z której właśnie powrócił.

To, co zlecił mu jego pan lenny, margrabia Otto z Miśni, może wywołać poważne kłopoty. Znów zagrożony był jego własny los i los jego wioski. Srebro było błogosławieństwem, a jednocześnie przekleństwem. Pomogło im osiągnąć względny dobrobyt w porównaniu z niedostatkami pierwszych trudnych lat po przybyciu na to pustkowie, lecz jednocześnie wzbudziło chciwość we wrogach, powodując cierpienia i przelew krwi.

Lecz tak naprawdę bardziej zajmowała go inna myśl. Następne tygodnie wyjaśnią, co stało się z jego najzagorzalszym wrogiem, którego powrotu spodziewał się już od miesięcy. Z mężczyzną, którego przysiągł zabić.

Z zamyślenia wyrwało go skrzypnięcie drzwi.

Stała tam, szczupła i delikatna, z płatkami śniegu na opończy. Jej twarz promieniała radością.

Chrystian zerwał się i wyszedł z dzieży.

Marta chwyciła za ręcznik i podeszła do niego, żeby go wytrzeć. Lecz on nie pozwolił jej na to, tylko mocno ją do siebie przytulił.

– Tęskniłem za tobą.

Powitalny pocałunek zdawał się nie mieć końca. Gdy oderwała się od niego, spoglądając w dół jego ciała, stwierdziła ze śmiechem:

– Właśnie widzę. – Zarzuciła mu ręce na szyję, pocałowała delikatnie i szepnęła: – Ja też za tobą tęskniłam.

Zsunął jej czepek z głowy, by móc popatrzeć na jej kasztanowobrązowe włosy i przeczesać je palcami. Później zdjął jej z ramion opończę. A potem wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka.

Gdy jego usta pieściły jej ramiona, jego ręce wędrowały w górę ud, które chętnie rozsunęła.

Marta niecierpliwie szarpała wiązania sukni. Czasem nie wiedziała, jak mogła wytrzymać bez niego choćby jeden dzień. Za każdym razem, gdy wracał, rzucali się na siebie jak wygłodniali.

Tym razem nawet nie rozebrała się do końca. Była równie niecierpliwa jak on.

Objęła go, wygięła ciało w jego stronę i jęknęła z ulgą, gdy wsunął się w nią i zaczął szybko się poruszać. Już po chwili oboje krzyczeli z rozkoszy.

– Wygniotłem ci suknię – powiedział z udawaną skruchą, gdy leżeli obok siebie mokrzy od potu, zdyszani i szczęśliwi. – Tak nie możemy pójść do jadalni, bo wszyscy w domu nie wiadomo co sobie pomyślą.

Marta roześmiała się cicho.

– Po hałasie, którego narobiliśmy i który słychać było chyba aż w sąsiedniej wiosce, stan mojej sukni raczej nikogo nie zaskoczy. – Delikatnie pogładziła go po twarzy. – Przecież i tak wiedzą, jak między nami jest.

Nagle w jej szarozielonych oczach pojawił się figlarny błysk.

– Zresztą czy jako twoja małżonka nie mam obowiązku spełniać wszystkich twych życzeń?

Nie potrafił opanować uśmiechu.

– Jak najbardziej.

Marta usiadła.

– Pomożesz mi to rozsznurować? Założę tę zieloną.

Cierpliwie rozsupływał tasiemki, które poplątała w pośpiechu, zdjął jej przez głowę najpierw suknię wierzchnią, a potem spodnią i popatrzył na nią zakochanym wzrokiem. Dwie ciąże prawie nie zmieniły jej ciała, miała dziewiętnaście lat i figurę wciąż tak dziewczęcą, jak w dniu, w którym połączyli się po wielu trudach i przygodach. Tylko piersi miała teraz pełniejsze.

Gdy zobaczył ją po raz pierwszy, była młodziutką akuszerką, bezradną i ściganą. Okrutny kasztelan kazał odciąć jej stopy i dłonie, gdy jego żona urodziła martwego syna. Chrystian właśnie wyruszał wtedy z grupą osadników, których miał doprowadzić do Marchii Miśnieńskiej, i zaproponował jej ochronę przed prześladowcami. Jej bystry umysł i umiejętność leczenia wkrótce sprawiły, że zwrócił na nią uwagę. Lecz nie tylko on. Gdy zabrał Martę do miśnieńskiego zamku, by uleczyła najmłodszego syna Ottona, zapobiegła wtedy próbie otrucia margrabiny Hedwigi, ściągając w ten sposób na siebie uwagę wrogów margrabiego. Gdy w ich wiosce odkryto złoża srebra, wypadki potoczyły się błyskawicznie. Margrabia wyznaczył na kasztelana przyszłego grodu Chrystianowa najpotężniejszego wroga Chrystiana, rycerza Randolfa. W wiosce zapanowały jego okrutne rządy. Chrystian został zamknięty w lochu pod fałszywym zarzutem, gdzie go torturowano. Ryzykując własne życie, Marta i giermek Chrystiana, Łukasz, uratowali go i wykryli spisek przeciwko margrabiemu Ottonowi. Marta uleczyła zamęczonego niemal na śmierć Chrystiana. I zanim stanął do walki na śmierć i życie, by uwolnić swą wioskę od Randolfa, wyznali sobie miłość, miłość wydawałoby się niemożliwą do spełnienia, miłość między rycerzem i młodą zielarką.

Margrabia Otto wysłał Randolfa w ramach pokuty do Ziemi Świętej, a prostego ministeriała3 Chrystiana i jego młodziutką żonę Martę uczynił członkami stanu szlacheckiego.

Że też ona znowu potrafi się śmiać! – pomyślał Chrystian, przyglądając się Marcie w milczeniu. Zbyt długo widział, jak niszczą ją kłopoty i strapienia. Miłość uleczyła ich oboje, jego wyzwoliła z długiej żałoby. Lecz na duszy pozostały blizny, które pewnie znów się zaognią w obliczu tego, o czym musiał ją powiadomić.

Marta chciała wstać, żeby przynieść sobie ze skrzyni zieloną suknię, lecz on chwycił ją za rękę i przyciągnął z powrotem na łóżko. Widok jej nagiego ciała na nowo obudził w nim pożądanie, lecz było w tym coś jeszcze. Jakby mógł w swych objęciach ochronić ją przed wszelkim złem. Chciał, by była szczęśliwa.

Bez oporu opadła obok niego i przeczesywała palcami jego sięgające ramion włosy, gładziła jego twarz i muskularne ramiona. A potem zaczęła wodzić palcem po każdej bliźnie na jego tułowiu, co robiła często, gdy leżeli obok siebie.

Przerwał tę czynność, kładąc się na nią. Tym razem działał powoli, głaskał i całował jej szyję, piersi i uda.

Lecz ona wkrótce straciła cierpliwość.

– Chodź – zażądała i swą szczupłą dłonią dała do zrozumienia, że nie chce już dłużej czekać.

Nie było go prawie dwa tygodnie. Wydawało jej się, że to wieczność.

– Na Boga, wszyscy w domu pomrą z głodu, jeśli zaraz nie zejdziemy na dół. A jeśli ja nie wstanę, to zasnę i obudzę się dopiero za dwa dni – powiedział później.

Marta uśmiechnęła się.

– Ty jesteś panem tego domu. Możemy zostać tutaj i powiedzieć im, żeby zjedli sami – zaproponowała.

Lecz on na to nie przystał, choć pomysł mu się spodobał. Zwyczajem stało się, że wieczorem po jego powrocie z podróży zasiadają do stołu ze wszystkimi domownikami, a on słucha opowieści o tym, co wydarzyło się w wiosce podczas jego nieobecności.

– Na pewno kazałaś kucharce przygotować coś wyjątkowego. Więc nie możemy jej rozczarować.

Teraz, w czasie postu i gdy niemal wszystkie zapasy zostały zużyte, ciężko było ugotować smaczny posiłek. Nie mógł liczyć na nic innego jak bezmięsną zupę albo soloną rybę.

Zanim zeszli na dół, zajrzeli do dzieci, które spały spokojnie w izbie obok.

– Są cudowne – szepnął i po raz kolejny przyciągnął Martę do siebie.

– Tak, to prawda – odparła równie cicho. – Witamy w domu.

Nowiny

Chrystian i Marta razem poszli do głównej sali swego domostwa, gdzie służki już ustawiały stoły i ławy. Pomagały im w tym pasierbice Marty.

– Jak się masz, Joanno? – rycerz pozdrowił starszą z nich, bo nie widział jej jeszcze od swojego powrotu. Z pewnością była razem z Martą u rannych górników.

– Dobrze, mój panie – odparła nieśmiało, ukłoniła się i odsunęła kosmyk jasnych włosów, który wysmyknął się z jej warkocza. – Choć mamy teraz dużo pracy. Zimowa gorączka… I do tego jeszcze to nieszczęście w kopalni. Dwóch górników zostało rannych. Ale wkrótce będą mogli wrócić do pracy.

– Jestem pewien, że zrobiłaś, co w twojej mocy – powiedział uprzejmie rycerz.

Dwunastoletnia Joanna wcześnie zaczęła interesować się pracą Marty i zdobyła już znaczne umiejętności w stosowaniu ziół.

Po ślubie z Martą Chrystian przyjął do swego domu także jej pasierbice. Te dwie śliczne, kochane i pracowite dziewczynki z jasnymi lokami nadal okazywały w jego obecności nieśmiałość. Wciąż nie oswoiły się z faktem, że panem ich domu nie jest już stary prosty chłop, tylko prawdziwy rycerz. Zwłaszcza że mieszkańcy wioski rzadko widywali uśmiech na twarzy Chrystiana, którego uważali za surowego, ale sprawiedliwego. Tylko gdy był sam z Martą albo pośród przyjaciół, pokazywał się z innej strony.

W przeciwieństwie do swojej młodszej i wesołej siostry, Marii, Joanna była poważna i wycofana. Lecz już jako ośmiolatka wykazała się wielką odwagą, gdy wraz z Martą uratowała życie swojemu starszemu bratu Karolowi i kowalowi Jonaszowi. Randolf skazał wówczas tych dwóch młodych mężczyzn, którzy należeli do zaufanych sojuszników Chrystiana, na okrutną i niesprawiedliwą karę. Dzięki wsparciu Joanny Marta, narażając życie, zakradała się do nich w nocy, by udzielić im pomocy. Gdyby Chrystian nie pojawił się w ostatniej chwili z mieczem w dłoni, zarówno Marta, jak i Joanna nie uniknęłyby krwawej kary.

– Biegnij do ojca Bartłomieja, do bergmajstra4 oraz do Jonasza i jego żony i zaproś ich na wieczerzę – poprosił Chrystian. – I przyprowadź też swojego brata.

Karol, starszy brat dziewczynek, pracował w kuźni u Jonasza i mieszkał w chacie, która należała wcześniej do ich ojca.

Dziewczynka skinęła głową, chwyciła swoją opończę i wybiegła z domu, aż zatrzepotały jej jasne loki.

Niedługo potem siedzieli już wszyscy przy stole i zajadali z apetytem. Obok Chrystiana zasiedli goście honorowi: ksiądz, bergmajster i starosta wioski. Ojciec Bartłomiej był miłym człowiekiem z wianuszkiem siwych włosów, który przyjął święcenia kapłańskie i przed sześciu laty opuścił swój klasztor, by wraz z osadnikami wyruszyć do Ciemnego Lasu i dbać o zbawienie ich dusz. Bergmajstrowi Hermanowi podlegało wszystko, co dotyczyło kopalni i szmelcarni. Obok siedzieli kowal Jonasz i Emma, jego śliczna żona o rudoblond włosach. Pomimo młodego wieku Jonasza mieszkańcy wioski przed trzema laty wybrali go na starostę. Jego poprzednik, Hildebrand, mąż Gryzeldy, która zaczepiła Chrystiana w drodze powrotnej do domu, w chwili zagrożenia okazał się tchórzem.

Przy Marcie siedzieli bracia Gero i Ryszard, rycerze bez ziemi i przyjaciele Chrystiana, których wziął do siebie na służbę trzy lata temu. Brakowało jeszcze dwóch: Łukasza, który był niegdyś giermkiem Chrystiana, a za swą odwagę został przed czasem pasowany na rycerza osobiście przez margrabiego Ottona, i jego młodszego brata, Jakuba, który teraz z kolei służył Chrystianowi jako giermek. Chrystian wysłał ich obu do domu, ponieważ posłaniec przyniósł wieść, że ich ojciec ciężko zachorował.

Przy długim stole zasiedli też do uroczystej wieczerzy wszyscy domownicy Chrystiana: Maria, Joanna, Karol, kucharka, służki, chłopcy stajenni i wdowa Hiltruda, która na polecenie Chrystiana nadzorowała we wsi warzenie piwa i pieczenie chleba. Jej mąż zginął w wyjątkowych okolicznościach po tym, jak podrzucił ukradkiem Chrystianowi i cieśli Guntramowi skradzione srebro. Guntram został za to powieszony przez ludzi Randolfa.

To, że Chrystian nie uznał jej za współwinną zdrady męża, napełniło przerażoną Hiltrudę bezgraniczną wdzięcznością. W mig odczytywała każde jego życzenie, a po śmierci brutalnego męża dosłownie rozkwitła.

Chrystian z zadowoleniem powiódł wzrokiem po siedzących przy stole. W tym towarzystwie czuł się o wiele lepiej niż pośród intrygantów i pochlebców na dworze. Siedząca obok niego Marta promieniała szczęściem, na górze spokojnie spały ich dzieci. Niestety, nie dane mu będzie długo cieszyć się tą idyllą.

Gdy wszyscy skończyli już posiłek, gospodarz odsunął miski, kazał podać piwo i wygodnie się rozsiadł.

– Co tam nowego w wiosce? – zapytał towarzystwo.

– Już troje dzieci zmarło na gorączkę, która wciąż szaleje – poskarżył się ojciec Bartłomiej. – A w najgorszy śnieg przybyło do nas dwóch trędowatych. Kazaliśmy zbudować im szałas na skraju wioski i regularnie stawiamy przed nim jedzenie. Drewno na opał mogą sobie zebrać sami. Gdy śnieg stopnieje, chcą ruszyć dalej, jeśli tylko dożyją.

– Gryzelda skarżyła mi się, żądając założenia zamtuza. Co się wydarzyło? – zapytał Chrystian.

Jonasz nie potrafił powstrzymać uśmiechu.

– Jedna z tych ślicznotek robiła piękne oczy do jej Hildebranda, a ten nie potrafił oderwać od niej wzroku. W końcu te dwie baby rzuciły się na siebie i pobiły na oczach wszystkich.

– Nie można tolerować takich sytuacji – rzucił surowo ojciec Bartłomiej. – Może zamtuz rzeczywiście byłby dobrym rozwiązaniem. Wtedy nie wszyscy musieliby oglądać te grzeszne widoki. To byłoby lepsze również dla kobiet.

– Potrzebujemy ladacznic – burknął bergmajster. – Pośród moich ludzi i pośród straży jest zbyt wielu kawalerów. Jeśli nie będą mogli od czasu do czasu mieć kobiety za pieniądze, będziemy mieć jeszcze więcej problemów. Już i tak skaczą sobie do oczu o tych parę bab.

– Przybyło tutaj tylu awanturników i złodziei, że myślałem, że ladacznice same tu ściągną – stwierdził Chrystian, rzucając Marcie bezradne spojrzenie. Ona uśmiechnęła się w duchu. Chrystian chyba najchętniej jej zostawiłby rozwiązanie tego delikatnego problemu.

– Na temat grzesznych żądz cielesnych i swarliwych bab wypowiem się na najbliższej mszy. Ale ty powinieneś jak najszybciej zwołać sąd, mój synu. Ostatnio mnożą się kradzieże. Twoi strażnicy złapali chłopca, który ukradł wdowie Elzie sakiewkę – doniósł ojciec Bart­łomiej.

Chrystian zmarszczył czoło. Niechętnie wydawał wyroki obcięcia dłoni na złodziei, którzy byli jeszcze dziećmi. Lecz nie mógł też tolerować, by ktoś pozbawiał mieszkańców wioski owoców ich pracy. Pracy w ich wiosce nie brakowało, a w porównaniu z innymi miejscami ludziom powodziło się nieźle. Kto cierpiał biedę, mógł zarobić na chleb przy oddzielaniu rudy od skał albo rozkruszaniu jej odłamków5. Nawet kalecy i żebracy, którzy mieszkali w wiosce, otrzymywali hojną jałmużnę. Srebro dało wielu ludziom większe bogactwo, niż kiedykolwiek mogliby osiągnąć w swoich rodzinnych stronach.

Marta położyła mężowi rękę na ramieniu.

– Powinieneś dokładnie zbadać tę sprawę. Myślę, że ktoś sprowadził całą bandę dzieciaków, którym każe dla siebie kraść. Wypytaj tego wygłodzonego i posiniaczonego chłopca i znajdź tego człowieka.

Gdy towarzystwo zaczęło się później rozchodzić, Chrystian w uprzejmych słowach zwrócił się bergmajstra, żeby został jeszcze chwilę.

Pełnym żalu wzrokiem poprosił Martę o wybaczenie za to, co musiał teraz powiedzieć.

– Margrabia Otto chce, żebym tuż po Wielkanocy towarzyszył mu na cesarskim zjeździe w Goslarze. Mam tam zwerbować kolejnych górników. Po otrzymaniu od was najnowszych wieści o pobliskich żyłach margrabia również tam chce jak najszybciej rozpocząć wydobycie.

Bergmajster rzucił mu zdumione, niemal przerażone spojrzenie.

– Macie pod bokiem cesarza werbować górników z jego własnego miasta?

– Rozumiem wasze obawy, bergmajstrze. Lecz rozkaz margrabiego jest jednoznaczny – odparł zdecydowanym głosem Chrystian. Tuż po odkryciu srebra margrabia Otto kazał sprowadzić do Chrystianowa górników i nalegał na rozpoczęcie wydobycia. Teraz miał jednak dodatkowy powód, by przyśpieszyć prace. Cesarz, któremu Lombardowie nadali szyderczy przydomek „Rudobrody”, obwieścił, że zamierza rozpocząć kolejną kampanię w Italii6. Niemieccy książęta wcale nie mieli ochoty w niej uczestniczyć. Ostatnia włoska kampania, która zakończyła się przed sześciu laty, okazała się katastrofą, a niewiele przemawiało za tym, by kolejna miała się zakończyć lepiej. Otto chciał, podobnie jak inni, wykupić się od udziału w kampanii. I dlatego potrzebował srebra. Bardzo dużo srebra.

Chrystian kontynuował już spokojniej.

– Chętnie wziąłbym ze sobą do Harcu kogoś z waszych ludzi. Nie was, to za bardzo zwracałoby uwagę. Może któregoś ze sztygarów, kogoś, kto ma tam krewnych, których bez większego zamieszania będzie mógł przekonać do przeniesienia się tutaj.

– Wyznaczę jutro kogoś dla was – powiedział zamyślony Herman i pożegnał się, dziękując za wieczerzę.

Chrystian wiedział, że zbliża się moment, gdy zostanie z Martą sam i będzie musiał w końcu przekazać najgorsze wieści. Lecz wciąż był z nimi Karol, któremu najwyraźniej coś ciążyło na sercu.

Choć młody kowal był prawdziwym siłaczem, a i w niebezpieczeństwie nieraz dowiódł swojej odwagi, teraz wyglądał na naprawdę przestraszonego.

Jonasz popchnął go delikatnie w stronę Chrystiana. Marta uśmiechnęła się do niego zachęcająco. Chrystian skrzyżował ramiona i czekał w napięciu.

Karol podszedł krok bliżej z zakłopotaną miną.

– Panie, chciałbym poprosić was o pozwolenie na ślub – wydusił z siebie w końcu.

Chrystian nie ukrywał zaskoczenia.

– A kto jest tą szczęśliwą wybranką?

– Agnieszka, córka nadsztygara. Dam radę ją wyżywić, w kuźni mamy mnóstwo pracy – pośpieszył z zapewnieniem, gdyż mając zaledwie dwadzieścia lat, był właściwie za młody, by założyć własną rodzinę.

Chrystian przypomniał sobie tę dziewczynę: nieśmiała panna z kasztanowobrązowym warkoczem, trochę podobna do Marty. Miał wielką nadzieję, że Karol naprawdę pragnie właśnie jej, nie tylko jako namiastki Marty, w której się kiedyś kochał. Ale dla Agnieszki to nie było złe rozwiązanie. Karol, jako kowal, był dobrą partią, a poza tym był silnym i przystojnym mężczyzną, który z czułością traktował swoje młodsze siostry.

– Co na to jej ojciec?

– Zgadza się.

– A ona?

Karol uśmiechnął się i jeszcze bardziej zmieszał.

– Ona też.

Chrystian położył mu dłoń na ramieniu.

– Kiedy chcecie się pobrać?

– Zgadzacie się? – zapytał Karol z taką ulgą, jakby zamiast pozwolenia spodziewał się ostrej reprymendy.

– Oczywiście. Macie moje błogosławieństwo.

– W maju skończę dwadzieścia jeden lat – powiedział rozpromieniony Karol.

– A więc po sianokosach. Pasuje? Jeśli twoja macocha się zgodzi, przekażemy wam dom i ziemię twojego ojca. – Wiedział, że Marta zaaprobuje tę decyzję, gdyż już kiedyś o tym rozmawiali.

– Zrobilibyście to? – wydukał zdumiony Karol.

– Mamy za co żyć. Twój ojciec oddał życie, by uratować Martę. Przejmij więc należne ci dziedzictwo.

Spojrzał na Jonasza.

– Co powiesz, jeśli on urządzi tam drugą kuźnię? Narzekasz przecież, że ledwo wyrabiacie się z robotą. Wtedy każdy z was mógłby sobie wziąć pomocnika i moglibyście się też dzielić zleceniami. Jeden pracowałby dla górników, a drugi wykuwał gwoździe i podkowy oraz naprawiał lemiesze. Czy jak tam będziecie chcieli. Nie będę się wtrącać. Z jednym wyjątkiem. Ty zajmiesz się bronią.

Jonasz skinął głową.

– To dobry pomysł. Chcesz od razu omówić szczegóły?

Karol wydawał się nieco oszołomiony.

– Pozwólcie mi najpierw pójść do Agnieszki i przekazać jej dobre wieści. – I już go nie było.

Jonasz i Emma wymienili ukradkowe spojrzenia, po czym i oni się pożegnali.

– Wiedziałaś o tym? – zapytał Chrystian Martę, wciąż zaskoczony nowinami.

– Już od pewnego czasu coś się między nimi działo – odpowiedziała z uśmiechem. – I zanim zadasz kolejne pytanie: tak, rozmawiał ze mną, bo nie był pewien, czy to będzie dobry moment na poproszenie cię o zgodę, i nie wiedział, jak zareagujesz.

Pociągnął ją po schodach do izby, w której spali.

– Dlaczego miałbym mieć coś przeciwko temu? To wspaniały chłopak, i do tego sumienny – burknął.

– Na pewno będą ze sobą szczęśliwi – stwierdziła Marta, gdy dotarli na górę. A potem sięgnęła po dzban i napełniła dwa kubki.

– No dalej. Co przemilczałeś, żeby powiedzieć mi dopiero teraz?

Zrezygnowany Chrystian opadł na stołek. Przed nią naprawdę nie dało się nic ukryć. Nagle poczuł się zmęczony. Przeczesał ręką włosy.

– Po pierwsze, to okropne, że wkrótce znowu muszę wyjechać. I tym razem nie możesz mi towarzyszyć na zjeździe.

– Klara i tak jest za mała na taką podróż. A ponieważ wciąż karmię ją piersią, wzbudziłabym tylko zdziwienie. Poza tym słyszałeś przecież, że szaleje tutaj groźna gorączka, umarło już troje dzieci. Z Joanną od rana do wieczora jesteśmy zajęte doglądaniem chorych.

– Na Boga, omal nie zapomniałem! – Chrystian zerwał się i przeskakując po kilka stopni, zbiegł na dół. Marta popatrzyła za nim zdumiona. Chwilę potem pojawił się z jakimś miękkim zawiniątkiem.

– To dla ciebie.

Zaskoczona rozwinęła pakunek i z oszołomienia aż zabrakło jej tchu. Była to obszyta futrem opończa z kapturem z ciemnobłękitnego sukna. Wzruszona nałożyła piękny płaszcz na ramiona i pogładziła miękki materiał.

– To przepiękne, ale musiało kosztować majątek. Czy stać nas na to?

– Mówisz tak za każdym razem, gdy kupuję ci ubrania. Wiesz przecież, że nie robię tego tylko po to, żeby cię wystroić.

Marta popatrzyła na niego sceptycznie.

– Chcesz, żebym odwiedzała w tym chorych?

Zdecydowanie pokiwał głową.

– Drogie odzienie świadczy o stanie, do którego się należy. Jeśli nadal chcesz wykonywać swoją pracę, nikt nie może uważać cię za małą bezbronną zielarkę, którą można traktować jak popychadło. Nie zapominaj, że kiedyś chcieli cię zabić jako czarownicę.

Marta westchnęła w duchu. Już nieraz prowadzili takie rozmowy, a ten temat zawsze wywoływał w niej nieprzyjemnie uczucia. Nie tylko ze względu na pieniądze. Jedna wioska jako lenno to za mało, by rycerz mógł zadbać o swoje uzbrojenie i wypełnić zobowiązania wobec swojego pana. Lecz ich wieś rozrosła się i wzbogaciła dzięki srebru. Jednak Chrystian niemal wszystkie swoje dochody przeznaczał na wystawianie i dozbrajanie straży. Nie bez powodu. Srebro było wielką pokusą dla złodziei i już nieraz musieli odpierać ataki na wioskę.

Ona miała na dodatek innych wrogów. Jeśli nie tutaj, to w sąsiedniej wiosce, gdzie rządzili przeciwnicy Chrystiana i gdzie mieszkała kobieta, która kiedyś oskarżyła ją o czary. Marta uciekła wtedy prześladowcom tylko dlatego, że jej pierwszy mąż stanął im na drodze, poświęcając swe życie. Z pewnością chciał w ten sposób odpokutować za to, że źle traktował ją jako żonę.

Chrystian wciąż powtarzał, że drogie odzienie będzie ją chronić tak, jak jego chroni kolczuga. A potrzebowała tej ochrony, kiedy go nie było. Dlatego uparcie domagał się, żeby również wtedy, gdy zajmowała się chorymi, ubierała się jak szlachcianka.

A ona przecież nie lubiła afiszować się ze swoim stanem. W głębi serca wciąż uważała się za prostą dziewczynę, a nie panią, i czuła się dziwnie, gdy jej dawni towarzysze kłaniali się przed nią, a nawet przyklękali.

Władza to obosieczny miecz. Łatwo może zniszczyć tego, kto ją posiada.

Marta starała się nie myśleć o tym, jak ma utrzymać w czystości kosztowną opończę w wąskich i zadymionych chatach chłopów i górników.

– Dziękuję – powiedziała cicho, wzruszona, że tak się o nią troszczy. A potem popatrzyła na niego z powagą. – Ale co tak naprawdę cię dręczy? Pomijając to, że niedługo znów musisz wyjechać i po raz kolejny narażać się dla Ottona?

Chrystian przez chwilę wpatrywał się przed siebie.

– Przeżyliśmy trzy spokojne i szczęśliwe lata – powiedział i skierował wzrok na żonę. – Możliwe, że ten spokój wkrótce się skończy.

Marta rzuciła mu pytające spojrzenie.

– Margrabia Otto otrzymał wiadomość, że Henryk Lew wrócił na początku tego roku z pielgrzymki do Ziemi Świętej – oznajmił Chrystian. – Ponoć mieszkańcy Brunszwiku z radością powitali jego i pięciuset rycerzy z jego świty. Przywiózł ze sobą cenne relikwie i zamierza teraz wybudować imponującą kolegiatę. Mówią też, że po drodze wszędzie witano go niczym króla albo cesarza.

Marta natychmiast pojęła, co to może oznaczać.

Przed siedmiu laty margrabia Otto wraz z wieloma innymi książętami i dostojnikami kościelnymi przyłączył się do buntu przeciwko Henrykowi Lwu, potężnemu księciu Saksonii i Bawarii. Była razem z Chrystianem przy tym, jak cesarz na zjeździe w Würzburgu obwinił buntowników o atak na jego najpotężniejszego i najwierniejszego wasala. Przeciwnicy Lwa uniknęli kary tylko dlatego, że zgodzili się wtedy zawrzeć kruchy pokój.

– Ale przecież większość przywódców rebelii nie żyje: Albrecht Niedźwiedź, Ludwik z Turyngii, Chrystian z Oldenburga… Myślisz, że mimo tego znowu dojdzie do wojny? – zapytała cicho.

– Dzięki pielgrzymce Henryk zdobył jeszcze więcej władzy i wpływów. Prędzej czy później choćby z tego powodu dojdzie do nowego konfliktu. Między nim a książętami, a może nawet między nim a cesarzem.

Marta na chwilę zamknęła oczy. Ujrzała przed sobą spalone wioski, stosy okaleczonych ciał kobiet i dzieci, martwych mężczyzn, wszystko to, co było ceną za prowadzenie okrutnych waśni. Czy Chrystian będzie musiał wkrótce wyruszyć na wojnę? Czy plądrujące i palące wszystko hordy przybędą wtedy także tutaj? Bo Chrystianowo nie było już nieznanym nikomu przysiółkiem pośród Ciemnego Lasu, lecz słynęło z opartego na srebrze bogactwa.

– To wciąż jeszcze nie jest wszystko, co chciałeś mi powiedzieć – drążyła dalej.

– Nie. – Chrystian głęboko zaczerpnął powietrza. – Szpiedzy Ottona donoszą, że z Ziemi Świętej w świcie Henryka powrócił również miśnieński rycerz szlachetnej krwi.

Marta zgarbiła się na stołku, choć od dawna spodziewała się takiej wiadomości.

Randolf wrócił. Mężczyzna, który wraz ze swymi kompanami uprowadził ją i brutalnie zgwałcił, gdy miała zaledwie czternaście lat. Mężczyzna, który pod fałszywym zarzutem uwięził Chrystiana i zamęczył go niemal na śmierć, a Otto za te występki wysłał go tylko na pielgrzymkę. Lecz by ją chronić, po wyroku margrabiego Chrystian z ciężkim sercem zrezygnował z wyzwania Randolfa na pojedynek i zamiast tego poprosił o przyjęcie Marty do stanu szlacheckiego.

Chrystian wziął żonę za rękę, która nagle stała się lodowata, i przyłożył ją sobie do piersi, by ją ogrzać.

– Może to nie on. A jeśli tak, to może wstąpił do służby u Henryka. Czy w przeciwnym razie nie przyjechałby najpierw do domu, żeby zobaczyć się z żoną i synem?

Oboje wiedzieli, że Randolf tuż przed wyruszeniem do Ziemi Świętej poślubił młodą wdowę, by nie zostawiać swych posiadłości pod nadzorem samego zarządcy. Podczas jego nieobecności żona urodziła syna, który był niemal co do dnia w tym samym wieku co ich Tomasz.

Marta podniosła wzrok i spokojnie popatrzyła Chrystianowi w oczy.

– Sam w to nie wierzysz. Ilu jeszcze rycerzy Otto wysłał do Ziemi Świętej? A poza tym Otto go potrzebuje, tak samo jak cesarz Henryka. To są ich najpotężniejsi sojusznicy, podczas kampanii wojennych wystawiają najliczniejsze oddziały. Więc Otto obieca mu jeszcze więcej władzy i wpływów, żeby zatrzymać go w Marchii Miśnieńskiej. – Głęboko zaczerpnęła powietrza. – Wiesz równie dobrze jak ja, że nie trzeba będzie długo czekać, zanim Randolf znów się tu pojawi. Niech Bóg ma nas wszystkich w opiece.

Dzień sądu

Następnego ranka Marta już o świcie została wezwana do zrozpaczonej Emmy, której dzieci gorączkowały. Szybko chwyciła koszyk z maściami i nalewkami i pobiegła do młodej kobiety, która pochodziła z tej samej wsi co ona i od dawna była jej przyjaciółką.

Chrystian też nie przebywał w domu dłużej, niż to było konieczne. Miał mnóstwo spraw do załatwienia, zanim znów będzie musiał wyjechać. Wyszedł przed drzwi i przez chwilę cieszył się otaczającym go widokiem. Śnieg przestał padać, a świecące słońce sprawiało, że biała pokrywa skrzypiąca przy każdym kroku aż się skrzyła.

Minęło go jakieś pędzące zawiniątko, potknęło się i z parsknięciem wylądowało w śniegu.

– Hopla! – Chrystian błyskawicznie chwycił chłopca za kubrak i mocno go przytrzymał. To był mały Chrystian, pierwsze dziecko, które urodziło się w tej wiosce i na prośbę rodziców otrzymało jego imię. Chłopiec miał już sześć lat.

– Jak się miewa twoja matka? – zapytał Chrystian.

– Dobrze, panie – skrzeknął w odpowiedzi chłopiec. Mąż Berty był cieślą, którego Randolf kazał powiesić z powodu fałszywych oskarżeń. Bergmajster wziął ją potem do siebie, żeby prowadziła mu dom. Jego żona nie żyła już od dawna, a córkę wypędził po tym, jak oskarżyła Martę o czary, żądając jej śmierci.

– Idź do mojego domu i poproś, żeby kucharka dała ci coś do jedzenia. I wysusz się przy ogniu – nakazał Chrystian chłopcu z udawaną surowością. Ten podziękował rozpromieniony i w podskokach pobiegł do domu. Większość mieszkańców otaczała małego Chrystiana szczególną opieką, nie tylko dlatego, że był półsierotą, ale przede wszystkim dlatego, że większość ludzi widziała w nim symbol powodzenia ich nowej ojczyzny, Chrystianowa.

Chrystian poszedł do stajni i przywitał się z końmi.

– Zabierzesz mnie ze sobą? Obiecałeś – usłyszał za sobą czysty głosik swojego syna.

Obrócił się do niego z uśmiechem.

– Powiadom Marię albo kucharkę, żeby nikt cię nie szukał.

Zachwycony Tomasz pobiegł po śniegu z powrotem do domu.

Chrystian poklepał swojego siwka, Drago, po szyi.

– Przykro mi – powiedział do niego – ale skoro jadę z tym moim trzpiotem, muszę wziąć innego konia.

Choć Drago już wkrótce miał być zbyt stary, by dźwigać rycerza w pełnej zbroi, to wciąż był nieobliczalny i nie akceptował na swoim grzbiecie nikogo poza Chrystianem. By powstrzymać Tomasza od prób jeżdżenia na dzikim siwku w przyszłości, celowo nie zapoznawał z nim syna.

Osiodłał młodego karego rumaka z wybujałym temperamentem. Większość ludzi uznałaby, że to też nie jest koń, na którego można posadzić trzylatka, jednak Chrystian chciał, żeby jego syn jak najszybciej zaznajomił się z końmi. A sam był tak doświadczonym jeźdźcem, że miał pewność, iż wychowa rozbrykanego młodego ogiera na godnego zaufania towarzysza. Kary był podarunkiem ślubnym od jego przyjaciela Rajmunda, który hodował konie i nieraz pożyczał Drago do krycia. Tym hojnym darem Rajmund podziękował też za to, że kiedyś, gdy był ciężko ranny, Marta uratowała mu życie.

Tomasz już stał obok niego i patrzył na ojca rozpromienionym wzrokiem. Chrystian posadził syna przed sobą w siodle i ruszył w stronę zachodniego wjazdu do wioski, gdzie wartownicy, których wystawił, mieli swoje kwatery, stajnie i plac do ćwiczeń, na którym trenowali młodych chłopców na swoich pomocników. Druga strażnica znajdowała się na północnym skraju wsi, skąd wyruszało się w drogę do Miśni.

Gdy Chrystian dotarł do strażnicy, mężczyźni zajęci byli ćwiczeniami z bronią. Zadowolony pozdrowił Herwarta, ich kapitana, który byłby doskonałym rycerzem, gdyby pochodził ze szlachty. Zbliżał się już do czterdziestki, miał za sobą wiele walk, lecz mimo upływu lat wciąż dziarsko wymachiwał mieczem.

– Jak się dziś spisują nowi ludzie? – zapytał Chrystian.

– Najlepsi są w gębie – odparł Herwart z uśmiechem, który sprawił, że zmarszczki na jego kanciastej ogorzałej twarzy jeszcze się pogłębiły.

Przywołał do siebie gestem młodzieńców, jednego rudego, z buzią obsianą niezliczoną ilością piegów, i jego równolatka, z potarganymi czarnymi włosami.

– Wy tam, pan chce wiedzieć, czego się już nauczyliście. Pokażcie nam.

Obaj podeszli bliżej i ukłonili się. Kuno i Bertram byli szesnastolatkami, którzy przybyli tutaj wraz z pierwszymi osadnikami, aż tryskając żądzą przygód. Lecz w sytuacjach zagrożenia wykazali się odwagą. Chrystian spełnił więc ich gorące pragnienie i pozwolił im kształcić się w posługiwaniu bronią. Rudowłosy Kuno był sierotą, jego przybrana matka, stara Greta, została zasztyletowana przez Randolfa po tym, jak go przeklęła. A rodzice Bertrama, poprzedni starosta i jego zrzędliwa żona Gryzelda, która zaczaiła się poprzedniego dnia na powracającego do domu Chrystiana, nie odważyli się sprzeciwić decyzji rycerza.

Choć obu żądnym przygód chłopcom brakowało wprawy w posługiwaniu się bronią, nadrabiali to swym temperamentem. Przynajmniej po części.

– Nabraliście szybkości – stwierdził z uznaniem Chrystian. – Ale brakuje wam ostrożności.

Odpiął pas z mieczem, podał Herwartowi swoją broń i kazał podać sobie jeden z kijów, którymi ćwiczyli chłopcy. Potem przywołał do siebie rudzielca.

– Chwyć kij i staraj się przede mną obronić.

Kuno z wahaniem podszedł bliżej. I tak trudno było jako tako radzić sobie pośród ludzi, którzy mieli za sobą lata ćwiczeń. A Chrystian słynął z umiejętności walki mieczem. Kuno kilka razy na własne oczy widział, jak jego idol pokonywał przeciwników wyższych i silniejszych od siebie. Ale nie mógł się wycofać. Przystąpił więc z energią do walki.

Lecz już po trzecim czy czwartym ruchu Chrystian bez żadnych trudności i z wielką siłą opuścił na niego swój kij, zatrzymując go zaledwie na odległość dwóch palców od miejsca, gdzie szyja Kuna łączyła się z jego ramieniem.

– Jeśli twój przeciwnik jest od ciebie wyższy, bardzo prawdopodobne, że od razu zaatakuje cię z góry. Ale ty w ogóle nie osłoniłeś się przed moim uderzeniem – wytknął mu rycerz.

Zazwyczaj rezolutny Kuno wydawał się jednocześnie rozczarowany i zawstydzony.

Chrystian powtórzył swój atak, lecz tym razem zrobił to powoli.

– Jeśli będziesz wystarczająco szybki, możesz wykorzystać moment, w którym przeciwnik robi zamach. Ma wtedy odsłonięty tułów – wyjaśnił Kunowi, dając mu swoimi powolnymi ruchami okazję, by zadać cios. – Ucz się przewidywać, co w następnej kolejności zrobi twój przeciwnik – napomniał go, zakładając z powrotem swój pas z mieczem. – Twoje życie od tego zależy.

– Ośmieszyliście mnie, niedojdy – zagrzmiał Herwart. – Każę wam za to czyścić kolczugi z rdzy aż do świtu, żebyście, słabeusze, w końcu nabrali mięśni.

– Nie teraz, Herwarcie – przerwał mu Chrystian.

Popchnął swojego syna w kierunku chłopców.

– Popilnujcie go przez jakiś czas. Ale nie oddalajcie się, mam dla was zadanie.

Jego ostatnie słowa dodały Kunowi otuchy.

– Tak, panie.

– Nie myślcie sobie, że się wam upiecze – zagroził Herwart.

Chrystian rzucił okiem na chłopców, za którymi jego syn pobiegł z zachwytem, ponieważ wiedział, że zawsze płatają jakieś figle. A potem wszedł z Herwartem do wartowni.

– Zaraz po Wielkanocy muszę znów wyruszyć, na zjazd cesarski – poinformował dowódcę straży. – Niech czterej twoi najlepsi ludzie przeniosą się na czas mojej nieobecności do mego domu.

Ten rozkaz sprawił, że Herwart uniósł brwi. Ale powstrzymał się od zadawania pytań. Chrystian z pewnością powie mu wszystko, co trzeba. Dowódca straży podrapał się po zarośniętym policzku.

– Jeśli wasi domownicy potrzebują ochrony, najlepiej będzie, jeśli ja sam się tam przeniosę. Ćwiczenia możemy odbywać na waszym dziedzińcu, a ja będę zawsze na miejscu.

– Dobrze. – Chrystian z ulgą przystał na tę propozycję. – A co z tym małym złodziejaszkiem, którego złapaliście?

– Ma ledwo siedem lat, a już wielkie doświadczenie w odcinaniu sakiewek. Trzymamy go w zasieku.

Herwart wyjął ze skrzyni płócienne zawiniątko.

– Znaleźliśmy to przy nim. Stara Elza od razu rozpoznała swoją własność, po tym wyhaftowanym znaku.

Chrystian rozwiązał chustę, w którą zawinięto miedzianą miseczkę, w jakich przechowywano ułożone jeden na drugim cienkie fenigi, żeby się nie połamały7.

– Niczego nie brakuje?

Herwart skinął głową.

– Moja żona przypuszcza, że grasuje tutaj cała banda młodych złodziejaszków, których wysyła na łowy ktoś starszy.

– Ja też tak uważam, ale na razie nikogo nie udało nam się znaleźć. W każdym razie ostatnimi czasy aż roi się tutaj od małych i bardzo zręcznych kieszonkowców. Nie wiem, skąd oni się tu wszyscy biorą, szczególnie o tej porze roku. Przecież wszystkie sieroty z naszej wioski mieszkają u krewnych.

– Przyprowadź tego chłopca. I porządnie go przede mną nastrasz – powiedział Chrystian.

Herwart szeroko się uśmiechnął.

– Z przyjemnością.

Chwilę później wrócił z więźniem, na wpół wygłodzonym i obdartym chłopcem, który ze wszystkich sił starał się sprawiać wrażenie dzielnego i opanowanego. Nawet w półmroku wartowni Chrystian zauważył, że jego twarz, półnagie ramiona i nogi pokrywają liczne ślady długotrwałego bicia.

– Uklęknij przed panem tej wioski – szepnął Herwart do chłopca, który natychmiast posłuchał.

– Jutro odbędzie się sąd nad tobą – surowo oznajmił Chrystian. – Żeby cię powiesić, musiałbym zawieźć cię do Miśni, a na to nie mam czasu. Więc każę ci obciąć dłoń. Ale okażę łaskę. Możesz wybrać, czy prawą, czy lewą.

Blady jak ściana chłopiec wpatrywał się w niego, starając się opanować strach. Lecz nie powiedział ani słowa.

– Kto ci pomagał? – zapytał Chrystian szorstko, pochylając się ku niemu.

– Nie mogę wam tego powiedzieć, panie – odpowiedział chłopiec łamiącym się głosem.

– A dlaczego nie? Jeśli powiesz prawdę, wydam łagodniejszy wyrok.

Mały złodziej długo walczył ze sobą, aż w końcu powiedział cicho:

– Bo wtedy on bardzo skrzywdzi moją siostrę…

Chrystian zapytał przyjaźniej:

– Mężczyzna, który wysyła was, żebyście kradli?

Chłopiec skinął głową i wytarł sobie nos w rękaw.

– Mistrz dba o nas, żebyśmy nie pomarli z głodu. Nie mamy przecież nikogo innego…

– Widzę tylko, że was bije, wysyła, byście kradli, i nie obchodzi go, że za to zawiśniecie – odparł ostro Chrystian. – Ilu należy do waszej zgrai? Gdzie ukrywa się ten wasz „mistrz”?

– Panie! – wykrzyknął chłopiec, któremu łzy spływały po twarzy. – Nie wolno mi wam tego powiedzieć, bo on pobije moją małą siostrę na śmierć.

– Jak ona ma na imię? I jak ty się nazywasz?

– Jestem Piotr. A ona ma na imię Anna. Nie ma jeszcze sześciu lat. – Wychudły złodziejaszek pociągnął nosem. – Już tylko my zostaliśmy z naszej rodziny…

– Powiedz mi, gdzie go znajdę, a ja zadbam o to, żeby wam się nic nie stało. Masz moje słowo.

Chwilę później Chrystian wyszedł na zewnątrz i odszukał Kuna i Bertrama. Obaj wraz z jego synem kręcili się wokół koni i z wyraźną przyjemnością opowiadali mu krwawe historie o słynnym księciu Słowian Radomirze, którego imię nosił kary rumak Chrystiana.

– I on naprawdę pił wino z czaszek swoich zabitych wrogów? – pytał właśnie Tomasz z lśniącym wzrokiem.

– No pewnie – odparł Kuno. – Jego oczy ciskały płomienie, a włosy miał kruczoczarne, takie jak sierść ogiera twojego ojca. A gdy wpadła mu w oko jakaś ładna dziewczyna…

– Wystarczy już na dziś opowieści mrożących krew w żyłach – przerwał mu Chrystian. – Kuno, Bertramie, musicie znowu się przebrać. Załóżcie kapoty górników albo chłopskie odzienie i rozejrzyjcie się po dzielnicy rzemieślników.

Dzięki temu, czego dowiedział się przed chwilą, mógł dać im dokładne wskazówki.

– Ale poczekajcie do popołudnia – postanowił. – Najpierw trzeba załatwić coś innego.

Gdy Chrystian wrócił do domu wraz z synkiem, Marta stała akurat w kuchni i gotowała jakiś środek na kaszel. Zapach był jakby znajomy, lecz pomimo upływu lat nie był pewien, co ona tam miesza, może tymianek? Koniuszki palców miała całe zielone, jak zwykle przy tym zajęciu.

– Jak się mają dzieci Emmy i Jonasza? – zapytał, gdy Tomasz przywitał już matkę gorąco i podekscytowany przekazał jej straszne opowieści Kuna.

– Gorączka nie jest tak bardzo wysoka – opowiedziała Marta, nie przerywając rozdrabniania ziół. – Na szczęście Emma przyszła po mnie w samą porę.

Wydawała się przygnębiona. Chrystian wiedział, że czyni sobie wyrzuty, że nie uratowała dzieci, które umarły z powodu gorączki. Dzieci i starcy zawsze umierali pierwsi podczas epidemii. Ale w ich młodej wsi starszych osób prawie nie było.

W pełną niebezpieczeństw drogę na wschód na obczyznę, do nieznanej, niewykarczowanej nawet ziemi, wyruszali niemal bez wyjątku młodzi i silni ludzie, którzy pragnęli lepszego życia.

– Robisz, co możesz – próbował ją pocieszyć. – Wszystkich nie dasz rady uratować. – Wyjął jej nóż do siekania ziół z dłoni i powiedział: – Ale ja znam kogoś, kogo możesz uratować. Czy jesteś gotowa podjąć niewielkie ryzyko?

Gdy wyjaśniał jej swój plan, widział, jak ożywa jej twarz, która wyrażała na zmianę gniew i chęć działania.

– Przykażę Joannie, żeby to skończyła – powiedziała, wytarła ręce i przyniosła wytworną opończę, którą podarował jej mąż.

Marta zdecydowanym krokiem szła w stronę dzielnicy rzemieślników i kupców, która wyrosła w wiosce podczas ostatnich trzech lat, odkąd oprócz chłopów i górników do Chrystianowa ściągać zaczęli także powroźnicy, garncarze, bednarze, kotlarze, kołodzieje i wielu innych. Tylko garbarze i mydlarze mieszkali nieco na uboczu z powodu nieprzyjemnych zapachów związanych z ich rzemiosłem. Pozostali rzemieślnicy oraz kupcy pobudowali swe domostwa poniżej chłopskich zagród i wkrótce będą mieli nawet swój własny kościół, który zapowiadał się imponująco. Miał nosić imię świętego Mikołaja i dlatego tę część osady nazywano już teraz Mikołajowem. Osiedle górników natomiast mieszkańcy nazywali Saksonią, gdyż większość górniczej braci pochodziła z Saksonii: z Gór Harcu, z cesarskiego miasta Goslaru lub z Zellersche Feld.

Na razie nowy kościół miał tylko fundamenty, których głębokość zawsze zadziwiała Martę. Pierwsze rzędy kamieni zostały otulone słomą dla ochrony przed chłodem. Z warsztatów budowniczych dochodziły odgłosy pracy kamieniarzy, którzy opracowywali kształty ozdobnych elementów kolumn.

Kupcy i rzemieślnicy musieli nieźle zarabiać, skoro mogli sobie pozwolić na wzniesienie kościoła z kamienia. Dwa pozostałe kościoły we wsi, pierwszy, który osadnicy zbudowali tuż po przybyciu, oraz kościół w osadzie górników pod wezwaniem świętego Jakuba, były prostymi drewnianymi budowlami.

Marta minęła powstającą świątynię i skręciła w jeden z zaułków, po którym wałęsało się kilka wychudłych psów. Tutaj śnieg zamienił się już w brudną breję, choć wciąż przykrywał większość nieczystości szpecących ulicę.

Celowo powolnym krokiem przemierzała zaułki, ukradkowo się rozglądając. U świecarza kupiła kilka świec, u żony garncarza obejrzała kubki i dzbany i omówiła z nią parę wzorów, które jej się podobały. Podczas dalszej wędrówki czuła już, że obserwuje ją wiele par oczu.

Niosąc przed sobą nowy dzban i zawiniątko ze świecami, poszła do handlarza suknem, który osiedlił się tutaj jesienią, żeby obejrzeć jego towar.

– Mistrzu Józefie, ja chcę kupić cztery łokcie, a nie całą belę – zganiła go, gdy podał zbyt wysoką cenę. Pod niebiosa wychwalał jakość swojego towaru, a potem zaczął się targować. Marta wiedziała, że chce ją oszukać, ponieważ sądził, że z niewiastą łatwo sobie poradzi. Lecz ona bez ceregieli przerwała potok jego słów. – Zaproponuj mi o wiele lepszą cenę, to wtedy złożymy zamówienie u ciebie. Mój mąż chce na Wielkanoc sprawić wszystkim domownikom nowe ubrania. Lecz jeśli wasz towar okaże się zbyt drogi, nabędziemy go od mistrza Wolframa z Miśni.

Marta zwykle nie zachowywała się tak po wielkopańsku, lecz nauczyła się już, że to bardzo pomaga w przekonywaniu innych do swoich racji.

Po jej słowach przez twarz mistrza Józefa przemknęły i chciwość, i strach. Kłaniając się jej i zasypując ją swymi zapewnieniami, odprowadził klientkę do drzwi.

Gdy wyszła z jego domu, miała już pewność, że jej śladem podąża w ukryciu cały ogonek dzieci. Wkrótce znalazła to, czego szukała.

Przywołała do siebie małą i chudą dziewczynkę o potarganych włosach, która stała w śniegu boso i w podartej sukience, obserwując ją płonącym wzrokiem.

– Ty tam! Możesz ponieść mi zakupy do domu. Zapłacę ci za to – zawołała przywykłym do posłuchu głosem. Dziewczynka natychmiast podbiegła.

– Bardzo chętnie, szlachetna pani – szepnęła i sięgnęła po zawiniątko ze świecami, przypatrując się talii Marty. Ta domyśliła się, że dziewczynka szuka wzrokiem sakiewki przytroczonej do pasa pod opończą.

Marta mocno chwyciła dziewczynkę za rękę, żeby nie mogła jej uciec, a potem zdecydowanym krokiem ruszyła do domu. Chciała, żeby to półnagie dziecko jak najszybciej znalazło się w cieple, i czuła się coraz bardziej nieprzyjemnie pod wieloma śledzącymi ich ukradkiem spojrzeniami.

Zaprowadziła dziewczynkę do kuchni, przysunęła ją do paleniska i odebrała zakupy.

– Chcesz coś zjeść? – zapytała.

Dziewczynka, której oczy zalśniły, pokiwała głową, lecz zaraz potem zamarła bez ruchu.

– Powiedzieliście, że mi zapłacicie, pani – powiedziała z lękiem.

– Tak też uczynię – uspokoiła ją Marta i napełniła miskę gorącą kaszą. – Masz, jedz.

Nakazała kucharce, by pilnowała dziewczynki, która z wilczym apetytem pochłaniała kaszę, i wyszła, żeby sprowadzić Chrystiana.

Gdy po chwili weszła wraz z nim do kuchni, dziewczynka drgnęła, pośpiesznie wsunęła do ust ostatnią łyżkę kaszy i przyklękła, wpatrując się z lękiem w miecz przypięty do pasa rycerza o srogim wyglądzie.

– Masz na imię Anna, tak? – zapytała Marta, uzyskując w odpowiedzi zaskoczone spojrzenie dziecka. – To jest Chrystian, pan tej wioski – mówiła dalej spokojnym głosem. – Jutro będzie sądzić twojego brata, którego przyłapano na kradzieży.

Dziewczynka znów z lękiem popatrzyła na Chrystiana.

Ponieważ nikt nic nie mówił, wstała z klęczek i zrobiła dwa kroki w jego stronę.

– Proszę was, panie, nie róbcie nic mojemu bratu. Wtedy ja też będę dla was bardzo miła – szepnęła i uniosła do góry podartą sukienkę, ocierając sobie jednocześnie nieporadnie rękawem łzy płynące z oczu.

Marta i Chrystian wymienili ponure spojrzenia. Oboje wiedzieli, że w dużych miastach pozbawieni sumienia herszci tresowali całe bandy dzieci na złodziei, a nierzadko zmuszali je także do zaspokajania żądz różnych zwyrodnialców. Ale tutaj? A przecież ta chudzina nie miała nawet sześciu lat!

Chrystian odchrząknął.

– Opuść sukienkę. Tutaj wobec nikogo nie musisz być miła w ten sposób.

– Ale jeśli każecie obciąć mojemu bratu rękę, to nie będzie mógł wykonywać żadnej pracy, panie. Wtedy mistrz go wypędzi, on umrze z głodu, a ja zostanę całkiem sama – wygadała się dziewczynka.

– Powiedz nam tylko, gdzie się ukrywacie. Wtedy postaram się, żebyś wraz z bratem miała dach nad głową i tyle jedzenia, żebyś nie musiała kraść… ani być miła dla mężczyzn – przekonywał ją Chrystian.

– Ale wtedy on ukarze nas i pozostałych… Wszyscy umrzemy – jęknęła dziewczynka, przygryzając dłoń zwiniętą w pięść.

– Daję ci moje słowo. Ten wasz „mistrz” nie będzie już mógł nikomu z was nic zrobić. Kto z twoich towarzyszy zechce tu pozostać, będzie mógł zarobić na chleb uczciwą pracą.

Na następny dzień Chrystian zwołał całą wieś na sąd. Ciężkie przestępstwa, za które groziła kara śmierci, a do których zaliczała się także kradzież, osądzano w Miśni, spory między górnikami rozstrzygał bergmajster, natomiast wszelkie inne sprawy podlegały Chrystianowi. Przysługiwała mu część zasądzonych grzywien, a także część opłat za korzystanie z młyna, wspólnego pieca oraz za prawo do warzenia piwa. Potrzebował pieniędzy, by mieć środki na zapewnienie wiosce ochrony.

Podczas jego nieobecności doszło do różnych wykroczeń, które właśnie teraz miał osądzić.

Jako pierwszy wystąpił handlarz winem, który wysunął oskarżenie wobec prowadzącego wioskową łaźnię cyrulika.

– Akurat czternaście dni po Gromnicznej wykupił niemal połowę moich zapasów.

– To żadne przestępstwo – natychmiast zaoponował cyrulik.

I faktycznie nie było to przestępstwo, lecz najwyraźniej dla wszystkich było to zuchwalstwo, gdyż po stronie publiczności natychmiast rozległy się pomruki. Handlarz winem otrzymał mniej lub bardziej głośne wyrazy współczucia, podczas gdy cyrulik usłyszał parę plugawych wyzwisk.

Chrystian nakazał zgromadzonym zachowanie spokoju. Każdego roku na święto Matki Boskiej Gromnicznej odbywało się tak zwane „psucie monet”. Trzeba było u wysłannika margrabiego wymienić wszystkie stare fenigi na nowe. Lecz za cztery stare monety otrzymywało się tylko trzy nowe, czwarta przypadała margrabiemu8. Starych monet można było używać jeszcze tylko przez dwa tygodnie. A więc kto dwa tygodnie po Gromnicznej posiadał gotówkę zamiast towaru, tracił jedną czwartą jej wartości. Można było co prawda zachować stare monety, ich wartość w srebrze nie ulegała zmianie, lecz puszczanie ich w obieg było karane. Każdy więc starał się wymienić swoje fenigi na towary tuż przed lub tuż po Matki Boskiej Gromnicznej. Skoro cyrulik wcisnął handlarzowi winem stos fenigów akurat w ostatni dzień terminu, wyglądało to na działanie złośliwe. Ale z drugiej strony kupiec nie musiał godzić się na transakcję.

Słowa, które wypowiedział w następnej chwili handlarz winem, potwierdziły przypuszczenia Chrystiana.

– Chciał mi w ten sposób odpłacić za to, że zapłaciłem mu tylko połowę ceny za wyrwanie zęba, bo przy okazji złamał mi szczękę – poskarżył się kupiec.

– Przecież ci ją nastawiłem, i to za darmo – skontrował natychmiast cyrulik.

– Czy masz wobec handlarza winem jakieś roszczenia za leczenie? – zapytał Chrystian.

Cyrulik dramatycznie rozpostarł ramiona.

– Ależ skąd, mój panie. Jestem uczciwym człowiekiem. Skoro nie był zadowolony, mógł zapłacić mniej. Ale żeby ciągać mnie przed sąd tylko dlatego, że u niego kupuję, nie, naprawdę! Moi goście są spragnieni i chcą pić.

– Sprzedałeś mu więc tyle wina, ile chciał? – zapytał Chrystian kupca. Ten skinął głową. – Więc nie możesz go oskarżyć. Musisz wymienić pieniądze. Takie jest prawo – oznajmił Chrystian.

Triumfujący cyrulik zbierał się do odejścia, natomiast handlarz winem spuścił nos na kwintę, lecz Chrystian zatrzymał ich obu.

– Możliwe, że w przyszłym roku czternaście dni po Gromnicznej do twojej łaźni przyjdzie szczególnie wielu gości, którzy zapłacą ci fenigami – zawołał za cyrulikiem.

Reakcja mieszkańców wioski, którzy natychmiast zaczęli szeptać i chichotać, pokazała, że jego zawoalowana propozycja trafiła na podatny grunt. Przy następnym „psuciu monet” cyrulik nie będzie się mógł opędzić od klientów i nie będzie miał okazji, by pozbyć się przyjętych w ramach zapłaty za swe usługi monet. Ta wizja rozjaśniła też oblicze handlarza winem. Obaj odeszli pośród śmiechu publiczności.

Następną sprawą, jaką miał się zająć Chrystian, była publiczna bójka między Gryzeldą a jedną z ladacznic. W tym przypadku publika też nie szczędziła zgryźliwych komentarzy. Zwłaszcza że pikantny był nie tylko sam incydent. Jako świadkowie przesłuchani mieli zostać dwaj przewoźnicy, Hans i Fryderyk. Ponieważ znani byli jako żartownisie, zapowiadała się świetna zabawa. Obaj bracia jeszcze przed paru laty przewozili sól z Halle9 do Czech, a podczas pobytu w Chrystianowie znaleźli pierwszą rudę srebra, którą zabrali ze sobą i dali do zbadania w Harcu. Korzystając z propozycji Chrystiana, przenieśli swoje przedsiębiorstwo do jego wioski. Gdy wieźli drewno do jednej z kopalń, przypadkiem stali się świadkami stoczonej na śniegu walki.

Fryderyk, starszy z braci, zamierzał szczegółowo przedstawić przebieg zdarzenia, lecz ku ubolewaniu publiczności Chrystian mu na to nie pozwolił. Nie tylko po to, by oszczędzić niewiastom wstydu, lecz także dlatego, że mieli do wyjaśnienia pilniejsze sprawy. Nałożył na obie kobiety karę grzywny.

– Następnym razem postawię was pod pręgierzem. I to razem – oznajmił, a jego groźba znów wywołała śmiech mieszkańców, którzy wyobrazili sobie tę scenę.

Potem Chrystian kazał wystąpić Piotrowi. Natychmiast zapadła cisza, gdyż wszyscy wiedzieli, że teraz rozpatrywana będzie najtrudniejsza sprawa.

Marta wyczuła, że pośród tłumu zapanował jakiś szczególny nastrój. Mieszkańcy wioski pragnęli surowej kary. Większość tych, którzy jeszcze przed chwilą się śmiali, chciała teraz rozlewu krwi.

Kradzież uważano za niemal tak wielkie zło jak morderstwo. Kto ograbiał uczciwych ludzi z owoców ich pracy, temu bezwzględnie należała się kara.

– Ten chłopiec jest złodziejem – oznajmił surowo Herwart, dowódca straży. – Okradł wdowę Elzę i jest wystarczająco duży, by wymierzono mu pełną karę za to przestępstwo.

Chłopiec stał blady jak płótno przed Chrystianem, z trudem powstrzymując łzy.

Z tłumu dobiegło kilka drwiących okrzyków, lecz Chrystian gestem dłoni sprawił, że umilkły.

– Chłopiec nie kradł dla siebie, tylko na zlecenie człowieka, który przed dwoma tygodniami przybył do naszej wioski z grupą zagłodzonych sierot wytresowanych do kradzieży.

Chrystian dał strażnikom znak, by wypchnęli na środek chudego mężczyznę. Miał kosmatą brodę, a za odzienie służyła mu brudna owcza skóra. W jego oczach płonęła nienawiść.

Kuno i Bertram wytropili go poprzedniego dnia dzięki wskazówkom Marty i z ukrycia obserwowali jego kryjówkę. Gdy po zapadnięciu zmierzchu dzieci wróciły, by oddać hersztowi łupy, strażnicy aresztowali go.

– Sprawdź, czy niczego nie brakuje – zawołał Chrystian i rzucił zdumionej wdowie Elzie jej owiniętą w chustkę miseczkę na monety.

– Ty sukinsynu, ty mały szczurze, zdradziłeś mnie! Zatłukę cię za to! Ciebie i tę gówniarę, twoją siostrę! – Obdartus już miał się rzucić na Piotra, lecz strażnicy natychmiast zareagowali i mocno go przytrzymali.

– Tutaj nikogo nie zatłuczesz – stwierdził Chrystian z gniewem. – Czy możesz wezwać poręczyciela, który zaświadczy, że pieniądze, które u ciebie znaleziono, zdobyłeś uczciwą pracą? – zapytał potem. Lecz przybysz splunął tylko, za co oberwał od Herwarta pięścią.

– Mamy więc tutaj dwóch złodziei, dużego i małego – powiedział Chrystian głośno do tłumu.

Marta uspokajająco pogłaskała Annę po świeżo umytych włosach. Dziewczynka chowała się za nią i właśnie zaczęła kwilić.

– Chłopca skazuję na rok pracy u wdowy Elzy w ramach zadośćuczynienia za jego występek. Będziesz jej pomagać, zbierać dla niej chrust, przynosić wodę i robić wszystko, co tylko ci każe. Czy to jasne?

Piotr skwapliwie pokiwał głową, ocierając sobie jednocześnie z brudnej buzi łzy ulgi.

– Jeśli się poskarży, że jesteś leniwy, że coś ukradłeś albo że chciałeś uciec, kara cię nie ominie – upomniał rycerz surowo chłopca.

Ten opadł na kolana i zwrócił się do niego z rozpromienioną twarzą:

– Niech Bóg pobłogosławi was za waszą łaskę! Będziecie ze mnie zadowoleni, mój panie!

– Ty szczurze! Już ja cię dopadnę! – syknął do Piotra obdartus.

– Milcz! – ofuknął go Chrystian. – Od dziś nie wolno ci zbliżać się do tego miejsca na odległość mniejszą niż dwadzieścia mil. By ostrzec przed tobą wszystkich innych, zostaniesz napiętnowany.

Podczas gdy publiczność z zadowoleniem komentowała wyrok, kilka małych obdartych postaci na skraju tłumu wydało z siebie okrzyki przerażenia. Na znak Chrystiana Jonasz przyniósł misę z rozżarzonymi węglami i podkową. Kowal bardzo się rozgniewał, gdy poprzedniego wieczoru Chrystian i Marta opowiedzieli mu o tym, jak Anna zaproponowała, że będzie „miła”. Jego własna córka była w podobnym wieku co ta zaniedbana dziewczynka, którą tamten drań najwyraźniej sprzedawał już mężczyznom, a może i sam wykorzystywał.

– Kto z was chce znaleźć sobie tutaj dom i uczciwą pracę, niech przyjdzie do mnie – zawołał Chrystian głośno w tę stronę, gdzie skupiły się wychudzone i obdarte postacie. – Pozostałych obowiązuje ten sam zakaz. Jeśli kiedykolwiek was tu jeszcze zobaczymy, spotka was to samo co jego.

W międzyczasie dwóch strażników poderwało herszta złodziejskiej bandy z ziemi, a trzeci zbliżał się do niego z rozżarzoną podkową.

– Przeklinam was! Was i waszą podstępną niewiastę! – pluł jadem skazaniec.

– Zamilcz, bo jeszcze każę cię powiesić – ofuknął go Chrystian.

A potem rozległ się syk żelaza, którym wartownik wypalał skazańcowi na policzku złodziejskie piętno. Herszt bandy krzyknął przeraźliwie, upadł na ziemię, a potem z trudem podniósł się z powrotem.

– Przeklinam was! Zapamiętajcie me imię. Jeszcze usłyszycie o Melchiorze, mistrzu złodziei! – zawołał, gdy mieszkańcy pośród szyderstw wypędzali go ze swojej wioski.

Po krótkim wahaniu ruszyło za nim kilku większych chłopców spośród gromadki obdartusów.

Dziewczynka i czterech chłopców w wieku Anny i Piotra zostali z niepewnymi minami. Marta przepchnęła się przez tłum w ich stronę i powierzyła dzieci swojej kucharce.

– Ona was zabierze, da wam coś do jedzenia, a potem zastanowimy się, gdzie was ulokować. Zgoda? – powiedziała zachęcająco do swoich nowych podopiecznych.

Mechthilda nie wahała się długo i zaraz popędziła dzieci przed sobą.

– Najpierw przyda wam się trochę wody i mydła – mruknęła pod nosem. Choć minę miała zwykle ponurą, cieszyła się, gdy mogła komuś pomatkować, choćby Marcie, bo jej własne dzieci poumierały.

Tłum zaczął się rozchodzić, by szczegółowo przedyskutować wydane wyroki w drodze do domu albo w gospodzie.

Marta ruszyła w kierunku Chrystiana i dotarła do niego akurat w chwili, gdy ten z surową miną zwrócił się do małego złodzieja:

– Miałeś dzisiaj wielkie szczęście, chyba to rozumiesz?

– Nigdy was nie zawiodę, szlachetny panie – ponownie zapewnił go chłopiec. – Cokolwiek rozkażecie, uczynię to. Czy będę mógł wam służyć, gdy skończy się moja praca u wdowy Elzy?

– Zobaczymy – odparł Chrystian. Popatrzył na Annę, która podbiegła do brata i mocno się do niego przytuliła. – Najpierw weźmiemy do siebie twoją siostrę.

Lecz przez twarz dziewczynki przemknął strach.

– On was przeklął. Mistrz rzucił na was przekleństwo – szepnęła. – On wróci i zrobi nam krzywdę.

Marta uspokajająco pogładziła ją po policzku.

– Nieprawda. Teraz, dzieci, znajdujecie się pod ochroną jednego z najdzielniejszych rycerzy w całej Marchii Miśnieńskiej.